Duda (02.03.15)

 

Ksiądz milioner – strażnik tajemnic Jezusa

Arkadiusz Stempin*, 02.03.2015
Ksiądz milioner Francois Berenger Sauniere.

Ksiądz milioner Francois Berenger Sauniere. (Fot. Archiwum)

O Rennes-le-Chateau, wiosce w Langwedocji u podnóża Pirenejów, napisano prawie 500 książek i nakręcono wiele filmów. Sprawił to nieżyjący od prawie stu lat ksiądz milioner Francois Berenger Sauniere.
Latem 1885 r. ten 33-letni duchowny przejął ubożuchną parafię ze stojącą obok kościoła pod wezwaniem św. Marii Magdaleny plebanią przypominającą chatkę pasterską w górach. Zamieszkał w niej wraz z gospodynią i jej 16-letnią córką Marie, w której szybko zakochał się na zabój. Po kilku latach z biedującego proboszcza stał się właścicielem rezydencji o nazwie Villa Bethania, otoczonej wspaniałym parkiem z małpkami i pawiami. Skromny do niedawna księżulo nabywał akcje kolei żelaznych i kompanii naftowych, żyjąc sobie przyjemnie z ukochaną Marie, której matka w międzyczasie zmarła. W 1960 r. historią Sauniere’a i jego tajemniczego bogactwa zainteresowali się francuscy dziennikarze i wysunęli hipotezę, że duchowny musiał znaleźć skarb. Z kolei w 1967 r. poczytny pisarz i archeolog amator Gerard de Sede opublikował książkę pt. „Przeklęte złoto z Rennes, czyli życie Berengera Sauniere’a” z kopią manuskryptu, który rzekomo uczynił z proboszcza krezusa.

Skarb króla Dagoberta

Jak pisze de Sede, ksiądz pożyczył od gminy pieniądze, by odremontować kościół, i w czasie przebudowy ołtarza w 1897 r. robotnicy natrafili na ukryte tam stare pergaminy, w tym rękopis z wersami pochodzącymi z Nowego Testamentu. W łacińskim tekście szereg liter wystawał do góry poza linijki, a po ich złożeniu powstawało francuskie zdanie: A Dagobert II Roi et a Sion est ce tresor et il est la mort , czyli: „Skarb ten należy do króla Dagoberta oraz do Syjonu i tu jest pochowany”. Frankijski król Dagobert II z dynastii Merowingów żył w VII w., a Syjon, wzgórze w obrębie Jerozolimy, na którym stały Świątynia i pałac królewski, to także biblijna nazwa Świętego Miasta. Chodziło więc o skarb należący do króla i do Jerozolimy.

Za sprawą książki de Sede’a do wioszczyny zaczęli ściągać poszukiwacze skarbów z łopatą w jednej i Biblią w drugiej ręce, ale niczego nie znaleźli. Nikt też nie zdołał udowodnić, że ksiądz Sauniere sam cokolwiek znalazł, wiele natomiast przemawiało za tym, że zapis na pergaminie został w 1960 r. sfałszowany. Jak ujawnił dziennikarz Jean-Luc Chaumeil, dziedzic spuścizny zmarłego w międzyczasie de Sede’a, ten miał mu się przyznać, że pergamin z manuskryptem dostał pocztą od anonimowego nadawcy. Istotnie, manuskrypt spisany był na pergaminie pochodzącym z 1960 r., dostępnym w sklepach papierniczych, a litery nie wyglądały na napisane przed wiekami.

Odkrycia redaktora Lincolna

Czysta mistyfikacja? Brytyjski dziennikarz Henry Lincoln był innego zdania. W 1980 r. w bestsellerze „Święty Graal, święta krew” wysunął przypuszczenie, że „ktoś coś wiedział i swoją wiedzę postanowił w zaszyfrowany sposób przekazać dalej”, a kluczowa jest treść, a nie data powstania przekazu. Zdaniem Lincolna nie ma znaczenia, czy manuskrypt powstał w 1980 r., czy w 1890 r., ponieważ „są dowody, że Sauniere coś wiedział”.

Dowody te znajdują się w kościółku pochodzącym z VI w. (czyli z czasów panowania Merowingów), a zdaniem Lincolna podczas remontu ksiądz Sauniere zaszyfrował tajemnicze informacje w reliefach i kamiennych posągach. Tuż obok głównego wejścia jest rzeźba Asmodeusza, demona, który według tradycji żydowskiej strzeże ukrytych skarbów. Istotnie, motyw niezwykły w kościele katolickim. Nad rzeźbą wyryty jest francuski napis Par Ce Signe Tu Le Vaincras , czyli: „W tym znaku go zwyciężysz”. Jeśli słowo le wstawi się pomiędzy wyryte niżej inicjały BS (Berenger Sauniere), to powstanie francuski wyraz bles (skarb) występujący w manuskrypcie. A więc – argumentował Lincoln – Sauniere wiedział o skarbie, a informację zaszyfrował w świątyni.

Skarby katarów i Wizygotów

W okolicach Rennes-le-Chateau miały być ukryte dwa legendarne skarby. Jeden – katarów, heretyków, którzy na nieodległym wzgórzu Montsegur w XIII w. wznieśli swoją katedrę. Przeciwko tym schizmatykom religijnym królowie francuscy organizowali krucjaty, a katarzy przed decydującym szturmem zdołali ukryć złoto w okolicy.

Jednak zdaniem badaczy słowo „Syjon” w manuskrypcie mogło też wskazywać na zupełnie inny trop. Na Łuku Triumfalnym cesarza Tytusa na rzymskim Forum jeden z reliefów ukazuje rabunek przez Rzymian Świątyni w Jerozolimie w 70 r. W 410 r. skarb pochodzący ze Świątyni dostał się w ręce Wizygotów, którzy złupili Rzym, i miał być wywieziony w okolice Rennes-le-Chateau. Kiedy proboszcz dorobił się nagle wielkich pieniędzy, uznano, że musiał znaleźć jeden z tych skarbów, tyle tylko, że żaden z drogocennych przedmiotów – ani ze skarbu katarów, ani ze skarbu Wizygotów – nie wypłynął nigdy na światło dzienne. A przecież duchowny musiał je spieniężyć, skoro dysponował gotówką?

Aura tajemnicy otacza także działalność księdza w parafii, a zwłaszcza przebudowę świątyni i wyryty nad portalem łaciński napis: Terribilis est locus iste , czyli: „Przerażające jest to miejsce” (jednak łacińskie terribilis oznacza też „wzbudzający respekt”), choć dalsza część biblijnego cytatu brzmi: „Tu jest dom boży i brama do nieba”, i nie budzi już żadnych kontrowersji.

Ród Jezusa

Wielu zarzucało Sauniere’owi sprzeniewierzanie się zasadom Kościoła katolickiego, a jednym z dowodów na to ma być figura Dzieciątka Jezus przy ołtarzu trzymana przez Maryję i św. Józefa. W tej niecodziennej podwójnej ikonografii interpretatorzy doszukują się ukrytego przekazu, w którym kluczowa rola przypada Marii Magdalenie. Kiedy Jezus wypędził z niej siedem demonów, przyłączyła się do jego uczniów i zdaniem niektórych badaczy miał się on z nią ożenić. Egzegeci ci powołują się na wyjątkową pozycję Marii Magdaleny, o której wiemy z Ewangelii św. Jana – to ona odkryła pusty grób po zmartwychwstaniu i to jej jako pierwszej ukazał się zmartwychwstały Chrystus. Autorzy pokroju de Sede’a czy Lincolna twierdzą, że w swoim kościółku Sauniere uhonorował heretycką interpretację Biblii z wątkiem miłosnym Chrystusa i Magdaleny.

Na dodatek w myśl legendy o przybyciu na południe Francji 10 lat po ukrzyżowaniu Chrystusa dwóch sióstr jego matki z Marią Magdaleną ta ostatnia została pochowana w Langwedocji. Wszystkie trzy miały też żyć do śmierci w Saintes-Maries-de-la-Mer niedaleko Rennes-le-Chateau. Ksiądz Sauniere znany był z czczenia Marii Magdaleny.

Maria Magdalena: kobieta, która zobaczyła pusty grób

Henry Lincoln powtarza teorię o małżeństwie Jezusa z Marią Magdaleną i ich dzieciach, protoplastach rodu, który przetrwał do dziś. Twierdzi też, że przez 20 wieków Kościół zakulisowo i uporczywie zwalczał ród Jezusa i Magdaleny. Papieże jako namiestnicy Chrystusa rościli sobie prawo do namaszczania królów jako pomazańców bożych, tymczasem – jak przekonuje Lincoln – to potomkowie Jezusa mieli zasiadać na tronach państw chrześcijańskich. Pergamin, który miał znaleźć ksiądz Sauniere, stanowi dla niego dowód: wspomniany tam skarb oznaczał nie złoto, lecz krew Jezusa, czyli jego ród, a Dagobert II do niego należał.

Władca ten świetnie pasował do tej sensacyjnej historii – w 656 r. w wyniku spisku został uprowadzony do Irlandii i ukryty w jednym z klasztorów. Rzekomo stało się to na zlecenie papieża, a celem było usunięcie prawowitego władcy. W końcu 20-letni Dagobert zbiegł z klasztoru i przejął władzę w państwie Franków, ale jego wrogowie nie dali za wygraną – zwabili młodego króla na polowanie do lasu i zamordowali.

W Mons przechowywane są relikwie ogłoszonego świętym Dagoberta, a czaszka nosi ślady uderzeń, co potwierdza hipotezę o zamordowaniu członka rodu Jezusa – jak zapewniają Lincoln i jemu podobni.

Zakon Syjonu

I wskazują na inicjały PS znajdujące się na pergaminie z Rennes-le-Chateau, rzekomo oznaczające Prieure de Sion , czyli: „Zakon Syjonu”. Tajemnicze, działające zakulisowo stowarzyszenie przez stulecia przechowywało prawdę o rodzie Jezusa i Magdaleny. To dlatego Watykan nieustannie starał się zainstalować w nim agentów. Od kiedy Dan Brown wydał „Kod Leonarda da Vinci”, miliony ludzi wierzą w istnienie Zakonu Syjonu, tym bardziej że autor podpiera się historyczną dokumentacją.

W zbiorach Biblioteki Narodowej w Paryżu znajduje się bowiem dokument potwierdzający istnienie tajnego stowarzyszenia. Trafił tam ze spuścizny niejakiego Lobineau, tyle tylko, że został sporządzony w 1967 r. i zawiera listę nazwisk znanych osób będących wielkimi mistrzami Zakonu Syjonu. Są na niej Leonardo da Vinci, Isaac Newton, Victor Hugo, Jean Cocteau, Dagobert II, a także Gotfryd de Bouillon, jeden z wodzów I krucjaty i pierwszy władca Królestwa Jerozolimskiego. Lincoln snuje zatem teorię o przejęciu przez Gotfryda spuścizny Jezusa i powołaniu przezeń Zakonu Syjonu.

Dokument w Bibliotece Narodowej wspomina o jeszcze jednej osobie – to Hugo de Payens, założyciel i pierwszy wielki mistrz templariuszy. Jak twierdzi Lincoln, rycerze-zakonnicy kamuflowali istnienie Zakonu Syjonu. Król Francji Filip IV Piękny i papież Klemens V doprowadzili do upadku zakonu i spalenia templariuszy za rzekomy homoseksualizm i bluźnierstwa. W rzeczywistości papież i król dybali na majątek templariuszy, ale naturalnie Lincoln przekonuje, że zginęli, bo znali prawdę o rodzie Jezusa.

Spalenie templariuszy

Zamek Rennes-le-Château zamieszkiwała niegdyś rodzina Blanchefortów, których przodek Bertrand był szóstym z kolei wielkim mistrzem templariuszy. Przed śmiercią w 1781 r. ostatni z rodu Blanchefortów miał zdradzić tajemnicę o Zakonie Syjonu miejscowemu proboszczowi, a ten spisał ją na pergaminie i ukrył w kościółku. Sto lat później dokument miał odnaleźć ksiądz Sauniere. Zdaniem Lincolna pojechał z nim do Paryża, ponieważ nie pojmował znaczenia tego odkrycia.

Kiedy pokazał zagadkowy pergamin paryskim arystokratom, znaleźli się wśród nich strażnicy wiedzy o rodzie Jezusa, bo po zniszczeniu zakonu templariuszy arystokraci potajemnie podtrzymywali istnienie Zakonu Syjonu. I tak oto wiejski proboszcz został dopuszczony do polityczno-religijnych układów, a jego milczenie członkowie tajnego stowarzyszenia sowicie wynagradzali. W ten sposób zamyka się teoria Lincolna. Niejasnego pochodzenia dochody księdza Sauniere’a tłumaczy on istnieniem tajnego sprzysiężenia.

Sztuczki księdza Sauniere’a…

Kiedy w 1900 r. Sauniere rozpoczął prace remontowe, wieść o bogatym duchownym dotarła do pobliskiego Carcassonne będącego siedzibą biskupa diecezjalnego Paula-Felixa Beuvain de Beausejour, który zażądał od księdza wyjaśnień. Ten bronił się, że majątek zawdzięcza donatorom chcącym pozostać anonimowymi, ale biskup nie dał mu wiary i w końcu go zawiesił oraz nakazał opuszczenie probostwa. Od tej decyzji ksiądz się odwoływał, ale bezskutecznie.

Dokumenty ze spuścizny Sauniere’a zaświadczają, że księżna Marie-Therese de Chambord, członkini rodu Habsburgów oraz wdowa po pretendencie do korony francuskiej, w 1886 r. podarowała księdzu znaczną kwotę pieniędzy na renowację jego kościoła. De Chambord wspierała paryski kościół Sacre-Coeur, bastion wiary katolickiej w świeckiej III Republice Francuskiej, a do dotacji na rzecz Sauniere’a miały ją skłonić jego rojalistyczne kazania.

Miał on jednak dochody także z innych źródeł. Wśród dokumentów będących w posiadaniu członków rodziny Captierów, z których jeden nabył plebanię razem z całym inwentarzem, są rachunki za odprawiane msze. Ksiądz zgodnie z prawem kanonicznym odprawiał co dzień trzy msze za zmarłych i przedkładał informacje o tym kurii, ale w rzeczywistości inkasował opłaty za setki mszy odprawianych na lewo. I to właśnie handel mszami miał być podstawą jego niebotycznych dochodów. Przez dwie dekady miał się dorobić równowartości 900 tys. euro.

W czasach Sauniere’a dochodowe msze za zmarłych kurie rozdzielały pomiędzy poszczególnych księży. Sauniere, czując się pominięty, wziął sprawy w swoje ręce i listownie oferował swoje usługi różnym katolickim stowarzyszeniom i wspólnotom, natomiast honoraria otrzymywał bezpośrednio, z pominięciem kurii. Za tę działalność w końcu został wykluczony ze stanu duchownego, a Marie Denarnaud, z którą żył i mieszkał pod wspólnym dachem, zapisał majątek w obawie, by nie został mu skonfiskowany, bo przecież doszedł doń nielegalnie.

A co z wielkim spiskiem? Historią o ubogim księdzu, który odnalazł pergamin, ze skarbami, królem Dagobertem II? Z przemilczanym przez Kościół małżeństwem Jezusa z Marią Magdaleną? I tajnym Zakonem Syjonu?

Papirus, który odczytałam, mówi o żonie Jezusa Chrystusa. To znak, że tak wierzyła część wczesnych chrześcijan – przekonuje prof. Karen King. Czy Chrystus był żonaty?

…i Pierre’a Plantarda

W tym momencie tej historii pojawia się nowa postać. To Pierre Plantard. W archiwum miasteczka Saint-Julien pod Genewą znajduje się dokument zaświadczający, że tajne stowarzyszenie stworzył nie Gotfryd de Bouillon w XI w., lecz Pierre Plantard, który 7 maja 1956 r. powołał do istnienia Zakon Syjonu mający pomagać ubogim. Swoją nazwą nawiązywał on do pobliskiego pasma Montagne de Sion. Na jednym ze wzgórz miał powstać klasztor Prieure pomyślany nie jako dom zakonny, ale jako miejsce spotkań religijnych dla świeckich. Plan pozostał wyłącznie na papierze, a Plantard rozwiązał klub po trzech latach.

Co go zainspirowało, by niedoszłą organizację charytatywną sprzedać jako największy tajny związek w dziejach ludzkości? Temu urodzonemu w 1920 r. Francuzowi przyszło któregoś dnia do głowy, że może być w prostej linii potomkiem Merowingów i pełnoprawnym królem Francji. W 1950 r. razem z przyjacielem, belgijskim markizem i aktorem Philippe’em de Cherisey, pomysł przelał na papier. Ci dwaj do spółki z Gerardem de Sede’em wydali książkę „Przeklęte złoto w Rennes” i zamieścili w niej słynny manuskrypt na pergaminie. Historia o tajemniczym dokumencie i ukrytym skarbie zadziałała jak magnes, a dziennikarze z całego świata chcieli zobaczyć oryginał, którego trzej szalbierze pokazać nie mogli. Dlatego kolejno fałszowali oni drzewa genealogiczne i sporządzili listę znanych osobistości będących rzekomymi wielkimi mistrzami tajnego Zakonu Syjonu, którego nazwę zapożyczyli od charytatywnego klubu Plantarda. W 1967 r. dokument „Les Dossiers Secrets” zarejestrowali w paryskiej Bibliotece Narodowej, a pieczęć archiwum państwowego nobilitowała przekręt i nadawała mu urzędowy charakter.

Brytyjczycy wchodzą do gry

W 1979 r. nastąpił zwrot w historii Rennes, którą teraz wzięli na warsztat trzej Brytyjczycy: wspomniany już Henry Lincoln oraz Michael Baigent i Richard Leigh. Ci dziennikarze natrafili oczywiście na osobę Plantarda i zorganizowali w kinie spotkanie z rzekomym potomkiem Merowingów. Dziennikarz Jean-Luc Chaumeil tak je zapamiętał: Richard Leigh schodził po schodach i szedł prosto w kierunku założyciela zakonu. „Dzień dobry, Wasza Królewska Mość” – powiedział. Potknął się przy tym i runął z hukiem jak długi. Plantard i jego towarzysze zbladli jak kreda. Wyglądało, jakby sięgali po broń, jak w filmie o mafii .

Spotkanie zaowocowało książką „Święty Graal, święta krew”, która wyszła spod pióra brytyjskich tym razem bałamutników. Przejęli oni sensacyjne story od Francuzów i rozwinęli je, wymyślając mit o linii pochodzącej od Jezusa, czyli materiał wyjściowy dla „Kodu Leonarda da Vinci” Dana Browna. Wynieśli Plantarda na spadkobiercę dynastii Merowingów i puścili w obieg bajeczkę o wielowiekowej egzystencji Zakonu Syjonu. Ale puentą było uczynienie Plantarda ostatnim przedstawicielem linii zapoczątkowanej przez Jezusa i Marię Magdalenę. Hipoteza bazująca na sfałszowanym dokumencie, rzekomo odnalezionym przez Sauniere’a w Rennes, odróżnia się od innych fantasmagorii tym, że poparta jest faktami historycznymi. „Rzeczywistość historyczna i fantastyczna zachodzą na siebie, zanieczyszczając się wzajemnie” – mówi niemiecki mediewista Jan Rudiger.

Dan Brown: płacimy za mało nauczycielom, a za dużo autorom bestsellerów [ROZMOWA]

Postscriptum

17 stycznia 1917 r. legendarnego duszpasterza dopadł w ogrodzie zawał. Ksiądz wyspowiadał się przed proboszczem z pobliskiej Couizy, który udzielił mu rozgrzeszenia i wyszedł od umierającego blady jak kreda. Sauniere, który zmarł 22 stycznia na skutek wylewu, do końca bezskutecznie walczył o przywrócenie do stanu kapłańskiego. Marie Denarnaud przeżyła sekretnego małżonka o 40 lat. Były proboszcz, który złamał śluby kościelne, ale o ukrytych skarbach czy o największym sprzysiężeniu w dziejach ludzkości nic nie wiedział, pozostawił w spadku potomności historię do dziś budzącą emocje. Nadal bowiem wielu poszukuje rodowych powiązań z Merowingami, których protoplastami mieli być Jezus i Maria Magdalena.

*Arkadiusz Stempin – historyk i politolog, profesor w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie i na Uniwersytecie Alberta Ludwika we Fryburgu Bryzgowijskim

W ”Ale Historia” czytaj też:

Podpalić Kresy. Wojna hybrydowa sprzed 90 lat
Zaraz po wojnie polsko-bolszewickiej Sowieci rozpoczęli dywersję przeciw II Rzeczpospolitej, którą dziś nazwalibyśmy wojną hybrydową. Wymyślił ją – na 90 lat przed Władimirem Putinem – Józef Unszlicht, komunista rodem z Polski.

Historia przedmiotu. Rękawiczki: oznaka dostojeństwa i fetysz erotyczny
„Dopóki ludzie rodzą się z parą rąk, nie zrezygnują z rękawiczek” – mawia słynny włoski rękawicznik Stefano Merola. Wkładali je bohaterowie Homera, średniowieczni rycerze i hollywoodzkie wampy. Bywały oznaką dostojeństwa i fetyszem erotycznym.

Jak chowano władców. Ciało do trumny, serce do urny
Od drugiej połowy XIII w. po zgonie króla Francji ze zwłok wydobywano serca i inne narządy. Monarszym sercom, a czasem też jelitom, wątrobom i mózgom, Francuzi urządzali oddzielne pogrzeby, a każda z tych ceremonii stawała się okazją do wyrażenia czci dla królewskiego ciała symbolizującego państwo.

Amerykanie o wojnie w Wietnamie: fatalnie się pomyliliśmy
Pół wieku temu, 8 marca 1965 r., uczennice z miasta Da Nang w Wietnamie Południowym wieszały girlandy z kwiatów na szyjach żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej schodzących na ląd. Na razie było ich 3,5 tys., wkrótce miały się pojawić dziesiątki i setki tysięcy.

Co i komu dawała władza ludowa
Zamiast podwyżek komuniści woleli przyznawać przywileje, nie przejmując się zbytnio tym, że górnicy, hutnicy, stoczniowcy i przedstawiciele innych branż wzbudzają coraz większą zazdrość i wściekłość obywateli mniej lub wcale nieuprzywilejowanych.

wyborcza.pl/alehistoria

 

Kłótnie o dotacje dla czasopism trwają od 20 lat. Czas z nimi skończyć [FELIETON]

Roman Pawłowski, 02.03.2015
Czy Ministerstwo Kultury uzna odwołania wydawców prawicowych pism?

Czy Ministerstwo Kultury uzna odwołania wydawców prawicowych pism? (.)

Część mediów oskarża Ministerstwo Kultury o szykanowanie prawicowych pism i promowanie czasopism liberalnych i lewicowych. Karuzela protestów w związku z dotacjami kręci się co roku. Jak ją zatrzymać?

Jak co roku powróciła sprawa dotacji dla czasopism kulturalnych. Zajrzałem do archiwum „Wyborczej” – pierwsze interwencyjne teksty w tej sprawie publikowaliśmy w 1994 r. Wtedy chodziło o tygodnik „Wiadomości Kulturalne” założony z pieniędzy Ministerstwa Kultury. Część środowiska literackiego i dziennikarskiego zarzucała ówczesnemu ministrowi Kazimierzowi Dejmkowi, że za państwowe dotacje utworzył lewicowe pismo z dziennikarzami dobranymi z politycznego klucza. Pismo wychodziło, aż zmieniła się władza i państwową kroplówkę odłączono. Ale problem pozostał.

Tym razem chodzi o nieprzyznanie drugi rok z rzędu dotacji dla rocznika „Teologia Polityczna”, konserwatywnego pisma z pogranicza filozofii, teologii i polityki. Pod kreską znalazły się także katolickie kwartalniki „Christianitas” i „Pressje” oraz prawicowy dwumiesięcznik „Arcana”. Część mediów (m.in. „Rzeczpospolita”) oskarża Ministerstwo Kultury o szykanowanie prawicowych pism i promowanie czasopism liberalnych i lewicowych; dotacje otrzymały „Krytyka Polityczna” (90 tys. zł) i internetowa „Kultura Liberalna” (210 tys. zł na trzy lata). Protesty do ministerstwa ślą prawicowi dziennikarze i literaci. Wydawcy pominiętych tytułów złożyli odwołania, które mają być rozpatrzone w marcu.

Głusi dziękuję „Frondzie”

Ten kontredans powtarza się od kilku lat. Kiedy w 2011 roku dotacji nie dostała „Fronda”, sztandarowe pismo prawicy, podniosła się fala podobnych protestów. Pod ich naciskiem ówczesny minister kultury Bogdan Zdrojewski zwiększył pulę pieniędzy na czasopisma i obniżył próg punktowy dokładnie do poziomu, który osiągnęła „Fronda”, dzięki czemu „pismo poświęcone” wskoczyło nad kreskę, a z nim dziewięć innych tytułów, w tym kwartalnik Polskiego Związku Głuchych „Świat Ciszy” oraz informator kulturalny „Notes Na 6 Tygodni”.

Ta decyzja nikogo jednak nie zadowoliła. Prawica pozostała w przekonaniu, że rząd ją szykanuje, bo ani grosza nie dostało pismo „Arcana”, lewica z kolei wskazywała, że minister nagina prawo aby spełnić żądania konserwatystów. Żartowano, że „Fronda” powinna dostać w kolejnym roku jeszcze niższą punktację, bo dzięki temu na listę dotacji wskoczy z nią jeszcze więcej tytułów.

Po tej aferze ministerstwo postanowiło, że będzie dofinansowywać pisma o profilu artystycznym, natomiast społeczno-polityczne, naukowe, historyczne i narodowościowe muszą poszukać sobie innych źródeł. To dopiero wywołało burzę, zaprotestowały redakcje pism z lewa, prawa i centrum, od „Pressji” i „Christianitas”, przez „Znak” i „Przegląd Polityczny” po „Krytykę Polityczną”. We wspólnym liście czasopisma nazwały zapis „niefortunnym” i „otwierającym pole do nadinterpretacji”.

I znów zaczął się taniec z dotacjami: w 2014 r. (ostatnim roku rządów Zdrojewskiego) pieniądze dostały wcześniej pomijane „Arcana” i „Christianitas”. Natomiast z listy wypadła „Kultura Liberalna”. Dopiero po proteście i odwołaniu minister przydzielił jej dotację. W tym roku sytuacja jest odwrotna: „Kultura Liberalna” dostała pieniądze, i to od razu na trzy lata, natomiast „Arcana” i „Christianitas” czekają na rozpatrzenie odwołania. „Fronda”, o którą było tyle hałasu, od ubiegłego roku ma trzyletnie dofinansowanie w wysokości 100 tys. zł rocznie. Jej redakcja nie kwestionuje decyzji.

System się sprawdza, ale…

Wydawcy narzekają, że system dzielenia dotacji jest zły. Mam inne zdanie. W tym roku ministerstwo rozpatrywało 150 wniosków, z czego dotacje dostało 55 czasopism, a protesty dotyczą trzech tytułów. Wiadomo, że 3,5 mln zł, które ministerstwo przeznacza na program, to wielokrotnie za mało, by zadowolić wszystkich wydawców.

System generalnie się sprawdza, ale diabeł tkwi w szczegółach. Dzieleniem dotacji dla czasopism krótko zajmował się Instytut Książki, po czym decyzje wróciły do departamentu mecenatu państwa w Ministerstwie Kultury, który powołuje komisję ekspertów. To niedobra praktyka – im dalej od gabinetów polityków zapadają te decyzje, tym mniej zarzutów o sprzyjanie tej lub innej opcji politycznej. Program powinien wrócić do Instytutu Książki, powinien być też bardziej transparentny. W tej chwili, aby uniknąć nacisków, nazwiska ekspertów nie są ujawniane do momentu ogłoszenia ostatecznych wyników. To może rodzić podejrzenia o stronniczość. Cały proces powinien być jawny.

Transparentność programu może też poprawić włączenie do oceny wniosków przedstawicieli redakcji i wydawców. Ten model sprawdził się w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, w którym wnioski oceniają wybrani w konsultacjach środowiskowych i zatwierdzeni przez ministerstwo liderzy wraz z zaproszonymi przez siebie ekspertami: reżyserami, scenarzystami, krytykami. Skoro system działa w kinematografii i przynosi dobre efekty, dlaczego nie miałby zadziałać na rynku czasopism?

Jak oddzielić sztukę od polityki?

Jestem za to zdecydowanie przeciwny wykluczeniu z programu ministerialnego czasopism łączących tematykę kulturalną i społeczno-polityczną. Kto miałby oceniać, czy profil pisma jest bliższy kulturze czy polityce? A sam pomysł takiego rozdziału jest anachroniczny, bo w dzisiejszej kulturze wątki estetyczne i filozoficzne przeplatają się z politycznymi i socjologicznymi. Tak samo anachroniczne jest domniemanie, że sztuka powinna pozostać apolityczna. Oceniana tą miarą paryska „Kultura” nigdy nie dostałoby dotacji, bo obok wierszy i prozy publikowała eseje polityczne i komentarze do bieżącej sytuacji na świecie.

Publiczne dotowanie czasopism kulturalno-społecznych jest potrzebne, bo wzmacnia pluralizm opinii w Polsce. To oczywiście nie przeszkadza, aby działalność niektórych pism finansowały partyjne think tanki. Z tym pomysłem wystąpił kilka lat temu Grzegorz Gauden, szef Instytutu Książki. Na razie jednak nie ma ustawy, która regulowałoby takie wydatki z budżetu partii, i dopóki nie powstanie, obowiązek finansowania czasopism spoczywa na państwie. Trzeba teraz poprawić system dzielenia dotacji, bo za rok po Polsce znów zaczną krążyć listy protestacyjne.

Zobacz także

wyborcza.pl

Lupa: Nie mam alergii na Klatę, ale na psucie teatrów

Rafał Romanowski 2015-02-28

  • Krystian Lupa MATEUSZ SKWARCZEK
  • Jan Klata ŁUKASZ KRAJEWSKI
  • Stary Teatr: Do Damaszku Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta
  • Krystian Lupa Fot. Paweł Piotrowski / AG
  • Bartosz Szydłowski MATEUSZ SKWARCZEK
  • Krystian Lupa Fot. Mateusz Skwarczek / AG
  • Stary Teatr: Do Damaszku Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

Położyłbym teatr w ciągu jednego sezonu. Dyrektor musi umieć ciągnąć za ileś sznurków, ja jestem skupiony tylko na jednym. Rozmowa z Krystianem Lupą, reżyserem teatralnym.

Rafał Romanowski: Lupa odszedł ze Starego Teatru. Na stałe?

Krystian Lupa: Skąd mam wiedzieć. W Starym są jeszcze – no nie można powiedzieć, że w repertuarze, raczej w zamrażarce – dwa spektakle: „Rodzeństwo” według Thomasa Bernharda i „Factory 2”. Ale to, jak teraz traktuje je Stary Teatr, nie zachęca do dialogu. Symptomatyczne było zachowanie dyrekcji Teatru wobec zaproszenia „Factory 2” na gdyński festiwal Open’er. Zespół mojego spektaklu z ogromnym entuzjazmem przyjął możliwość wznowienia, lecz dyrekcja tak długo mnożyła problemy techniczne i finansowe, aż organizator musiał się wycofać. To jeden z dwóch powodów, mniej istotny…

…a drugi, ważniejszy?

– Chodziło o sam sposób nominowania Jana Klaty. Odkąd jestem w tym teatrze, jego rada artystyczna była niezwykle dojrzałym i aktywnym podmiotem, a wszystkie dotychczasowe zmiany dyrekcji i strategia repertuarowa były wypracowywane w dyskursie. To naprawdę działało i wszyscy dotychczasowi ministrowie kultury wiedzieli o tym fenomenie, spotykali się z Radą Artystyczną Starego Teatru, doceniając wartość takiego dyskursu. Również w obliczu kryzysu poprzedniej dyrekcji rada nie próżnowała. Przez ponad rok zastanawiamy się w łonie zespołu na temat kandydatury nowego lidera, ale kiedy wysyłamy list do ministra Bogdana Zdrojewskiego z prośbą o spotkanie i dyskusję, on ignoruje jego treść i pozostawiając go bez odpowiedzi, narzuca swój wariant w postaci z góry ustawionego konkursu. Nie wyobrażałem sobie innej reakcji jak odejście.

Ot tak sobie?

– Spotkałem się z Klatą, by pogadać o dalszym losie wyżej wymienionych spektakli. Obiecał je grać, ale tak się nie stało. Z tego co widzę, jedynie usilne zaproszenia zagraniczne mogą go zmusić do wyjęcia „Rodzeństwa” z lodówki. Powiedziałem mu, że po lekturze jego ogłaszanego w prasie dyrekcyjnego programu, który uznaję za skrajnie autorski monolit, a nie teatr dialogu, nie widzę w nim miejsca w roli firmującego ten program reżysera. I że również ideę sezonów poświęconych reżyserom Starego uważam za pomysł raczej efekciarski i nierealny, w który wolałbym nie być wplątany. Wobec ponawianych w tej rozmowie deklaracji Klaty, że bardzo zależy mu na mojej obecności, zaproponowałem mu wariant częściowej autonomii: w teatrze Kameralnym coś w rodzaju Krystian Lupa Studio, polegające na pewnej odrębności statusu produkowanych w tym teatrze moich spektakli i na możliwości promowania co sezon lub dwa spektaklu młodego reżysera po krakowskiej reżyserii…

…przecież to państwo w państwie. Żaden dyrektor nie powinien się na to godzić.

– Nie, dlaczego? Istnieją w łonie teatrów takie ciała. Obecne dyrekcyjne gospodarzenie Klaty dwoma moimi spektaklami dowodzi, że miałem rację, nie chcąc pozostawić losu ewentualnie kolejnych prac wyłącznie do dyspozycji tej dyrekcji. W przypadku kiedy na przykład zagraniczne zaproszenia adresowane są do mnie, a nie do teatru, taka postawa jest jak najbardziej naturalna. Myślę, że Klacie opłaciłby się taki układ. Obiecał zareagować na tę propozycję, ale dotąd nie odpowiedział. Jestem zdania, że deklaracja pragnienia mojej współpracy wynikała z public relations początków dyrekcji i że Klacie wygodniej jest w Starym bez mojej obecności. Ja zaś nie wyobrażam sobie związku z jakimś teatrem wyłącznie jako produkowanie przedstawień. Warunkiem jest dla mnie głęboki dyskurs partnerski z dyrektorem, jako z kreatorem miejsca, kreatorem kulturowego zjawiska.

Klata reżyser tworzy złe przedstawienia?

– Zbyt demagogiczne i plakatowe, żeby mnie interesowały i mogły wciągnąć. Ale oczywiście taki teatr może istnieć i mieć swoją widownię. Choćby w Starym, jako jedna z opcji. Nie jako jedyny artystyczny profil.

To może niech sobie dyrektoruje w spokoju.

– Otóż nie. To, co Jan Klata wyprawia w teatrze, to rodzaj dyktatury, niedopuszczalny sposób traktowania ludzi. Nawet z pozycji czysto ludzkich budzi to mój sprzeciw. Jego gesty wobec innych ludzi, personelu technicznego, zespołu aktorskiego. Już samo obserwowanie tego dyktatorskiego cyrku byłoby powodem mojego rychłego odejścia.

Atak bogobojnej prawicy przerywającej gwizdkami spektakl Klaty „Do Damaszku” i protesty radiomaryjnych konserwatystów w sprawie czytania „Golgoty Picnic” ociepliły jego wizerunek?

– Paradoksalnie oni, atakując Klatę, wyświadczyli mu sporą przysługę. Mógł wreszcie przybrać pozę uznanego reżysera awangardowego teatru walczącego z zaściankowym bezmózgowiem. Te głupie incydenty wytrąciły dyskurs o kondycji Starego Teatru z jakichkolwiek rozsądnych ryzów i sprowadziły go na kretyńskie, czyli typowe dla naszej dzisiejszej rzeczywistości, tory. W tak prowadzonej debacie nie można było już brać udziału, aby nie zostać włożonym do jakiejś śmierdzącej szufladki. Uniemożliwiono dyskusję, zanim się zaczęła.

Obrońcy tradycji sprzymierzeńcami skandalizującego Jana Klaty. Trudno uwierzyć.

– Tak wyszło, nie zauważył pan tego? Z kolei ja w to nie wierzę. A tymczasem ten teatr toczy rak od środka. Wiem to z wielu spotkań z pracującymi tam ludźmi. Są rozżaleni, działają w atmosferze zastraszenia. To nie jest teatr, w którym można być z koniecznym dla tej pracy poczuciem wolności, przyjaźni, entuzjazmu.

Oliver Frljić…

– Choćby jego sprawa. Młody chorwacki reżyser na zaproszenie Klaty zaczyna próby do „Nie-Boskiej komedii”, mającej być czołowym spektaklem Roku Swinarskiego, a więc krytyczno-badawczym dyskursem z dziełem Swinarskiego. A kiedy wybucha skandal, pół obsady rezygnuje i zaczyna się medialna wrzawa, ten sam człowiek go wyrzuca. Powstaje pytanie, na jakich podstawach Frljić został w ogóle zaproszony oraz na jakich podstawach go wyrzucono. I przede wszystkim wątpliwość, co Klata w ogóle wiedział o Frljiciu, zanim go zaprosił. Z tego co mi wiadomo – nic nie wiedział. Oprócz oczywistej medialnej atrakcji, że głośny w Europie kontestator zrobi awangardowy skandal i pokaże go zdumionej widowni.

Na internetowej stronie Starego Teatru można natknąć się jeszcze na „szczątki” zapowiedzi tego przedstawienia. Pana zdaniem to „medialne parcie na skandal”?

– Nie czytałem tych zapowiedzi, widziałem natomiast kawałki później zorganizowanej dyskusji. Byłem zniesmaczony śliskimi, asekuracyjnymi argumentami liderów teatru, bezdusznym i nielojalnym potraktowaniem Frijlicia i jego zespołu współpracowników. Miałem poczucie, że zrobiono tym artystom niewyobrażalną krzywdę, a potem nie starczyło nawet odwagi na uczciwą rozmowę.

Przez te dwa sezony w Starym nie pojawiło się nic godnego uwagi?

– Widziałem spektakl „Akropolis” Łukasza Twarkowskiego. Podobał mi się.

A „Do Damaszku”?

– Oglądałem w Sibiu, w Rumunii. Klata prezentował tę sztukę na tym samym festiwalu, na którym ja pokazałem „Rodzeństwo”. Tyle się o tym jego spektaklu gadało, był w końcu punktem zapalnym do tylu awantur.

Jaki werdykt?

– Bardzo mi się nie podobał. Wzbudził we mnie odruch odrzutu nie tylko z artystycznych, ale i czysto ludzkich powodów. Parował złą energią. Każdy moment spotkania na scenie człowieka z człowiekiem był jałowy i polegał wyłącznie na dowalaniu drugiemu. Tak jakby Klata nie znał innej przestrzeni relacji niż przestrzeń agresji. Było to trudne do zniesienia – czysto fizjologicznie. Nie mam pojęcia, co ten spektakl chce powiedzieć, co przekazać, jaką dać diagnozę, nie znajduję tam nic z tego, o czym chciał mówić Strindberg. Okej, ale po co było brać się za Strindberga, czy tylko dlatego, że Swinarski chciał to robić?

Ogłoszono, że za dwa sezony będzie Rok Krystiana Lupy w Starym Teatrze.

– Klata powinien mieć w biurku list Andrzeja Wajdy i mój, w którym formułujemy oświadczenie, że nie życzymy sobie być obiektem tego projektu. Mam nadzieję, że Klata to uszanuje. Wydaje się dość niewyobrażalne, że o tym pomyślano, ogłoszono w mediach i od dwóch sezonów forsuje bez jednego pytania w naszą stronę. Jak mi wiadomo, Jarocki też nie wyraził na to zgody. Myślę, że z czymś takim, z grubsza biorąc – konstruktem monograficznym, jest jak z pisaniem biografii: potrzebna jest zgoda żyjącego gościa. Chyba że Klata myśli, że już nie żyjemy. Zresztą jeśli miałaby być w tym odrobina sensu, to po cholerę robić czyjś rok bez skorzystania z tego, że on żyje, może mówić, dyskutować? Chyba że na tym polega autorska koncepcja Klaty, że uśmierca obiekty kolejnych sezonowych fet. Na razie byli nieżyjący… Cóż tu dużo mówić, pełna hucpa. Miniony Rok Swinarskiego mógłby dać Klacie jakiś temat do refleksji.

Niekoniecznie w roku poświęconym Swinarskiemu nic się nie udało. Choćby spektakl „Geniusz w golfie” Weroniki Szczawińskiej.

– Nie widziałem. Myślę jednak, że na jeden spektakl nie potrzeba całego roku. Może rocznica śmierci, może urodziny. Rok X to rodzaj traktatu, konstelacja kontekstowych przedstawień, instalacji, dokumentów, dyskusji. To akt kulturowy, krytyczny i twórczy. W przeciwnym razie nie rozumiem tego „roku”.

Czyli Rok Lupy możemy już skreślić.

– W takiej formie dyskurs na temat mojej pracy czy moich cech osobowych jest dla mnie mało interesujący, jałowy i niepotrzebny. Nie mam ochoty być trupem, w którym się gmera bez pojęcia i bez większej ochoty, tylko dlatego, że rok jest taki długi i trzeba go czymś zapełnić.

Ewidentnie ma pan alergię na Klatę.

– Nie mam alergii na Klatę, mam alergię na psucie teatrów w Polsce, to przecież pan mnie wciąga w tę rozmowę…

…czy rozmawiając ze mną przez Skype’a z Wilna, czy reżyserując słynną już „Wycinkę” w Teatrze Polskim we Wrocławiu…

-…a tam gdzie?

…w jednej ze scen postać, tytułującą się Aktorem Teatru Narodowego, atakuje Auersberger, gospodarz wieczoru, stwierdzając, że „Teatr Narodowy jest słaby i on nie chodzi już tam od dziesięciu lat”. Kiedy żona przypomina mu, że przecież był ledwie pół roku temu na „Do Damaszku”, ten macha ręką i jojczy: „eeee, to jakbym nie był wcale…”. Czytelne jak diabli.

– Już mówiłem, ten spektakl z widzianych ostatnio najbardziej mi się nie podobał, ale bardziej mnie bawiło, że Auersbergerowa w tej kwestii mówi, że w zeszłym tygodniu, nie chyba nie… pół roku temu… Dwa tygodnie temu byłam z tobą „na Damaszku”… NA DAMASZKU. No wie pan, z nim była. Myślałem, że pan też będzie twierdził, jak inni krytycy, że w „Wycince” mam na myśli Klatę, kiedy mowa o nowym dyrektorze Narodowego.

A nie?

– Bądźmy logiczni, jeśli w tekście Bernharda jest, że do „Burgtheatru ma przyjść nowy dyrektor, teatralny geniusz” itd., to chyba nie ten, który tam przed dwoma tygodniami grał niedobrego „Damaszka”. W oryginale chodzi przecież o Clausa Peymanna, który na kilka sezonów postawił Burgtheater na nogi, a przede wszystkim zaczął tam grać Thomasa Bernharda. Byłoby to z mojej strony dość toporne widzieć w tej roli Klatę. To zresztą przewrotne, że wątek Peymanna zbiega się z czasem pisania powieści, a więc o kilka lat wyprzedza faktyczny moment wydarzeń opisanych w „Wycince”. Na autentycznej kolacji u Auersbergerów nie mogło być zatem mowy o Peymannie. Thomas Bernhard zwykł pisać w swych utworach o autentycznych zdarzeniach, postaciach, sporach, zagrabiać rzeczywistość, często wywołując tym towarzyski skandal. Zawsze podziwiałem te jego fascynujące gesty. Pan też stara się mnie w tej rozmowie wkręcić w osobisty konflikt z Klatą…

Próbuję to jakoś czytelnikom wytłumaczyć.

– Chodziło mi o coś zupełnie innego. O zasadzenie w Polsce, gdzie gramy przecież ten spektakl, gestu Bernharda porywającego autentyczną aktualną rzeczywistość. To Bernhardowskie porwanie daje nieprawdopodobną siłę tworzonej metaforze. Począwszy od przeniesienia na nasz grunt wiedeńskiego Burgtheatru. Teatr Narodowy to najbliższy polski odpowiednik. I to nie Narodowy w Warszawie czy Narodowy Stary. Może oba razem, ale przede wszystkim jest to Teatr Narodowy w odczuciu naszego polskiego teatralnego dyskursu, teatralny świecznik, instytucja subwencjonowania przez Ministerstwo Kultury…

Chodziło o przeniesienie dyskusji o kondycji scen narodowych z austriackiego gruntu na polski.

– Odwzorowanie. Tego typu gesty wywołują tego typu odpowiedzi. Prowokują rozmaite asocjacje i domniemania, które niekoniecznie trzeba od razu tłumaczyć. Bernhard też tego nie prostował, uderzał kijem w mrowisko i obserwował, co robią mrówki, jakie są konsekwencje tego uderzenia. Nie powiem, żebym nie miał satysfakcji, patrząc na reakcje różnych osób po premierze „Wycinki”. Również odpowiadając na takie pytania.

Dzieło sztuki jako ingerencja w rzeczywistość.

– Jeśli życie poddaje się tej ingerencji – to tak. Wówczas dzieło jest spełnione.

Wygodnie panu tak mówić.

– Dlaczego? Nie rozumiem.

Krystian Lupa ma ugruntowaną pozycję, o nic nie musi walczyć, jest punktem odniesienia dla wielu ludzi teatru czy publiczności. Jak widać, jego sceniczne żarty zastanawiają wszystkich. Może narysujmy konstelację polskiego teatru i postawmy kropkę tam, gdzie pan stoi.

– Nie. Proszę. Nie chcę być rysownikiem żadnej konstelacji. Jestem w nią za bardzo uwikłany i dlatego nie zamierzam czynić takich gestów, bo szczerze powiedziawszy, nie wiem, gdzie teraz stoję.

Ale sprowokować dyskusję się chciało.

– To zupełnie co innego. Popchnięcie „Wycinki” w przestrzeń debaty czy demonstracji argumentów jest dla mnie bardzo ważne. Jeśli debata o sytuacji teatru w Polsce, czy w ogóle o sytuacji kultury, o tym, co się dzieje, podniesie swój poziom choćby o jedną kreskę, to będę miał poczucie, że zrobiliśmy coś potrzebnego.

Co się takiego dzieje?

– Lawina błędnych, cynicznie ignoranckich decyzji władz różnych szczebli dokonała wielu zmian dewastujących artystyczny teatr w Polsce. Pod pozorem względów finansowych dokonuje się regresu, próby cofnięcia fali przemian – komercjalizacji instytucji teatralnych, powrotu do tak zwanego „teatru środka”. „Teatr środka” to dziś eufemizm, to przykrywka teatru salonowego, teatru salonu, w którym bywają nasi prominenci. To symptomatyczne, co decydenci kultury we Wrocławiu pragnęli mieć w Teatrze Polskim po usunięciu dyrektora Mieszkowskiego. Pragnęli mieć, jak to zostało wyrażone w jednym z wywiadów, coś takiego jak warszawski Teatr Polonia (sic!). Teatr środka odzyskał utracone pozycje na mapie teatralnej Polski i przywraca stare, dobre i wygodne kanony. Sława i pieniądze bez artystycznego ryzyka. Co prawda nikt z młodych twórców nie umarł, wszyscy pracują, ale organizacyjny impet do poszukiwań i wędrówki przez polskie sceny wyraźnie osłabł. Zaszyli się w różnych teatrach i coś tam robią w pojedynkę. A wokół tego toczą się medialne awantury, mające coraz mniej do czynienia ze sztuką spory.

Może to kolejna odsłona starcia starszych z młodszymi. W takim razie jeszcze o relacjach mistrz-uczeń: w filmie „Pięć nieczystych zagrań” diaboliczny Lars von Trier ćwiczy swego dawnego mistrza reżyserii filmowej Jorgena Letha w dekonstrukcji jego dawnej etiudy z młodzieńczych lat. Między Lethem a von Trierem wyczuwa się nić twórczego porozumienia, choć zadania, jakie stawia uczeń profesorowi, bywają prowokacyjną kpiną. Na studiach w krakowskiej PWST Klata studiował pod pana okiem. Ba, zrobił kiedyś znakomity czwarty akt „Płatonowa” Czechowa w waszym przedstawieniu dyplomowym. Chwalił go pan. Nie będzie już między wami chemii? Nie będziecie współpracować?

– Dalej chce pan o Klacie? Po co? Powtarzam: Klacie niedobrze robi dyrektura w Starym Teatrze. Tacy ludzie nie powinni być dyrektorami, bo wówczas energia idzie w inną stronę, niż kiedy pozostaje się reżyserem. Kantor też był taki, ale Kantor był geniuszem. I stworzył swój teatr, teatr Cricot 2, a nie wziął się za dyrekcję Starego. Nie mam ochoty zastanawiać się, czy Klata ma zadatki na geniusza, czy nie, wiedziałem jednak, że obejmując teatr, pójdzie w błędną stronę. Zawsze patrzyłem i patrzę z sceptycyzmem na pomysł dyrektorowania egotycznie ambitnych reżyserów. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale niech pan popatrzy: większość wielkich dyrektorów, tych z historycznymi dokonaniami, to nie byli wcale wielcy reżyserzy.

Dlatego najpierw Warszawa w TR u Grzegorza Jarzyny, gdzie miało premierę przygotowywane pierwotnie w Starym „Miasto snu”, potem Wrocław u dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego. A pod koniec kwietnia w nowohuckiej Łaźni Nowej pokażecie zrekonstruowaną wersję dyplomowego spektaklu PWST z 1993 roku pt. „Maciej Korbowa i Bellatrix” Witkacego. Po raz pierwszy w Krakowie poza Starym.

– Zrządzenie przypadków. Ale chyba cieszę się na to spotkanie. W takich powrotach po latach jest coś fascynującego. Próba spotkania się z tym, co zostaje w pamięci aktora po czymś takim jak postać sceniczna. Na próbach często pojawiają się sto razy ciekawsze rzeczy niż te zaprogramowane. Zresztą moi dawni studenci to niejednolita grupa. Rozjechali się po świecie, jedni są aktorami, inni wykonują zupełnie inne zawody. Będzie to, mam nadzieję, bardzo ciekawe doświadczenie.

Podobno aktorzy z „Wycinki” byli zazdrośni o pana dawnych studentów.

– Moi byli studenci wymyślili ten projekt, stworzyli zamknięty profil na Facebooku, mnie tam wpisali i już nie odpuścili. Ich czatowania były tak intensywne, że często gdy zaczynałem próby we Wrocławiu, mój iPad zaczynał koncert dzwonków informujących o kolejnych postach. Rodzaj dziwnej intuicji, że kiedy my startujemy, oni nie dają nam spokoju.

Z Bartoszem Szydłowskim, dyrektorem Łaźni Nowej, współpracujecie m.in. przy festiwalu Boska Komedia. Tu jest chemia?

– Omal nie został przecież dyrektorem Starego. To właśnie jego rada artystyczna rekomendowała na to stanowisko, ale ostatecznie minister postawił na Klatę. Podoba mi się, że Szydłowski traktuje siebie jako wędrowca po przestrzeniach kulturowych, a reżyserem jest w drugim, osobnym rewirze. Pamiętam, jak Grzesiek Jarzyna przyszedł do mnie po radę, gdy zaproponowano mu Teatr Rozmaitości. Powiedziałem mu, że będąc dyrektorem, trzeba nieprawdopodobnie mocno kochać innych, a wielu intensywnych egotyków po prostu tego nie potrafi. Są za bardzo opętani wizją, kroczą swoją fanatyczną i zakochaną w sobie drogą i za żadną cenę nie chcą z niej zejść. Jarzyna zdecydował się na tę przygodę, myślał wtedy, że chwilowo udało mu się stworzyć wyrazisty teatr, jeden z tych poszukujących. Ale gdy spotkaliśmy się w 2012 roku przy realizacji „Miasta snu”, współpraca z nim jako z szefem projektu była już dla mnie rozczarowująca.

To powód, że nie pcha się pan na dyrektorski stołek?

– Ja nie pytam siebie, czy ja chcę, tylko pytam, czy się nadaję. Moim zdaniem absolutnie nie. Położyłbym teatr w ciągu jednego sezonu. Dyrektor musi umieć ciągnąć za 10 sznurków, ja jestem skupiony tylko na jednym. Praca nad spektaklem to dla mnie tunel, letarg, rodzaj snu. Świat dookoła nie istnieje.

Oglądałem z lubością pańskich „Lunatyków”, „Kalkwerk”, „Braci Karamazow” na Scenie Kameralnej. Po remoncie nie skrzypią tam krzesła jak kiedyś, ale…

– Ostatnio bywam tam coraz rzadziej. Ale zawsze jak jestem, czuję to piknięcie w sercu.

Ale planów powrotu na Scenę Kameralną nie będzie. Do końca marca praca w Wilnie nad „Placem Bohaterów”, znów według Bernharda. Potem Barcelona…

– W Barcelonie będę reżyserować „Nietzschego” Einara Schleefa, a w międzyczasie jeździć z „Wycinką” po świecie. Mamy mnóstwo zaproszeń, od Chin przez Avinion aż po Rio de Janeiro. Pracowity rok.

Z innej beczki: stał się pan patronem najpopularniejszego fanpejdżu o teatrze na Facebooku pt. „Pilne: Krystian Lupa powiedział”. Z żartów i memów o teatralnym środowisku czy repertuarze zaśmiewa się już kilka tysięcy osób. A nadal nie wiadomo, kto jest ich autorem.

– Żeby było jasne: ja nie czuję się żadnym patronem tej stronki. Oni sobie porwali moje nazwisko, ale bynajmniej nie protestuję. Ten ktoś ma dobrą intuicję. Bardzo indywidualne poczucie humoru, wyrafinowany dowcip, choć niestroniący nawet od mocnych chwytów. Te żarty są tak pyszne i tak wiele mówią o naszej infantylnej kondycji środowiskowej. Myślę, że jeśli nastąpi coming out autorów, to będzie to koniec tej przygody. Byłoby szkoda, bo od tego fanpejdżu jestem dość uzależniony. Wszedłem w nałóg.

Bryluje pan w mediach społecznościowych. Teatrolodzy tego nie przewidzieli.

– Nie udzielam się przesadnie, ale mam niezłą orientację. Facebook traktuje jak dziwną gazetę z przesuwającymi się treściami, czasem coś skomentuję, czasem wyszukam coś ciekawego. Bernhard był uzależniony od gazet, gdyby żył dzisiaj, pewnie by się w tym grzebał. Lubię Instagram, dzielenie się fotograficznymi zauroczeniami dnia – jest w tym coś pięknego, poza tym wielu uczestników traktuje to całkiem ambitnie. Twórcza aktywność rozlewa się.

W czasach, gdy konkursy fotograficzne wygrywają zdjęcia zrobione smartfonem, a dostęp do sprzętu ma każdy, serwis taki jak Instagram to po prostu signum temporis. I inspiracja?

– Dziś każdy może przejawiać ciągoty artystyczne i każdy może być artystą. Jak wszędzie, w internecie można trafić na mnóstwo śmieci, ale i na prawdziwe perełki. Liczy się w gruncie rzeczy przekaz intencji i jakiś rodzaj metafory ujęty w znaku artystycznym. Interesujące jest to, jakie wywołuje asocjacje, jaką ma moc oddziaływania. Na Instagramie ludzie obdarowują się zdjęciami jak na jakiejś nieustającej wystawie. Moim zdaniem bywa tam ciekawiej niż w galeriach sztuki. W galeriach wiemy, czego się spodziewać, a w internecie nie.

Lepiej szukać na śmietniku niż w sali wystawowej?

– Internet jest ogromnym śmietnikiem i wampirycznie pożerającym czas medium. Ale nie uciekniemy już od niego. A wie pan, że miewam ostatnio sny, że zamieniam się w program komputerowy?

Boże, jaki?

– Jeszcze nie wiem jaki. Ale którejś nocy się dowiem.

wyborcza.pl

Dekalog wg Dudy

Z ogromnym zadęciem PiS ogłosił, że kandydat Andrzej Duda podpisał “umowę z Polakami”. Kandydat zapewniał przy tym, że jest prawnikiem, wiec umowa ta jest dla niego święta. Prawnikiem musi być wszakże marnym, bo umowa, jak wiadomo, jest aktem dwustronnym, a na razie nie słyszałem, by jacyś Polacy już do tej umowy przystąpili; jest to więc umowa jednostronna, czyli byt wewnętrznie sprzeczny. Kto kształcił prawniczo kandydata Dudę?

„Umowa” ma postać wielkiej tablicy z dziesięcioma przyrzeczeniami, kompletnie zresztą banalnymi. Ale zaraz zaraz, czy już ktoś wcześniej nie ogłosił dziesięciopunktowego programu, na tablicy uroczyście przekazanej ludowi? Pajacowanie Dudy, wcielającego się w Mojżesza, zresztą sympatyczniejszego od pierwowzoru, bo niekażącego na siebie tak długo czekać, nie ma granic.

W przemówieniu, towarzyszącym obdarowaniu Polaków dekalogiem, Duda ogłosił, że Polsce narzucane są lewackie ideologie po to, by nas osłabić, a w konsekwencji zmniejszyć naszą konkurencyjność w Europie. Groteskowość tego paranoidalnego przypuszczenia, popularnego zresztą wśród radiomaryjnej publiczności, wynika z faktu, że przecież te rzekomo „lewackie” teorie (gender?) są, zdaniem naszych Dudów, wszechobecne w Europie dręczonej cywilizacją śmierci, bo właśnie to tam jest legalne in vitro, aborcja, związki partnerskie i inne diabelskie pomysły. Czyżby Europa sama tak się najpierw osłabiła, zanim swoje defekty perfidnie jęła narzucać ewangelicznej Polsce?

Brednie, płynące ze strony kandydata Dudy i jego propagandystów, byłyby tylko zabawne, gdyby w Polsce istniała jakaś inna partia opozycyjna, umiejąca przeciwstawić obecnemu Prezydentowi jakiś spójny, inteligentny pogram. Coraz wyraźniej widać, że Jarosław Kaczyński celowo wystawił do kampanijnej gry plastikowego Picusia Glancusia, by nikt nie przypuścił, że w PiS istnieje jakikolwiek poważny polityk, poza nim. Mojżeszowa tablica Dudy tylko to potwierdza. Gdybym był człowiekiem głęboko religijnym, czułbym się pewno tym obrażony, a tak, to tylko mnie to śmieszy.

naTemat.pl

Lis: Hofman powiedział, że jest symbolem obciachu i głupoty. Spokojnie, zdetronizuje go Mastalerek

Krzysztof Lepczyński, 02.03.2015
Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

„Wolę czasem chropawą prawdziwość Komorowskiego czy Kaczyńskiego niż plastikowy dynamizm Ogórek czy Dudy” – pisze w najnowszym „Newsweeku” Tomasz Lis. Publicysta narzeka na niekompetentnych, niedoświadczonych „młodych” polityków. Jednak jeszcze bardziej obrywa się ich sztabowcom, „politycznym hofmanoidom”.
Tomasz Lis zauważa w najnowszym „Newsweeku”, że wybory prezydenckie przedstawiane są jako nadejście „nowego” w polityce. Podkreśla jednak, że młodość w tym przypadku oznacza „brak kompetencji, zupełnie nieuzasadnione dobre samopoczucie, brak zahamowań i ogólną hucpę”.Polityczne hofmanoidyPublicysta ubolewa nad tym, że żaden z „młodych kandydatów” na prezydenta nie podzielił się dotychczas z publicznością żadną ciekawą ideą. Według Lisa od samych kandydatów gorsi są jednak ich doradcy, „młodzi propagandyści, polityczne hofmanoidy”.

Król: To wybory prezydenckie, a nie miss powiatu. Ktoś sobie żarty robi? >>>

Marcin Mastalerek, rzecznik PiS, obrywa od Lisa za przyrównywanie Andrzeja Dudy do Johna F. Kennedy’ego. „Adam Hofman stwierdził właśnie, że stał się symbolem obciachu i głupoty. Chciałbym go uspokoić. Mastalerek lada moment go zdetronizuje” – pisze publicysta.

Milusińscy z SLD

Jeszcze ostrzej Lis pisze o, jak to ujmuje, „trzech milusińskich z SLD”. Chodzi o Tomasza Kalitę, Krzysztofa Gawkowskiego i Dariusza Jońskiego. Lis przytacza garść cytatów polityków, jak na przykład z Jońskiego: „Doktor Magdalena Ogórek jest doktorem, jest świetnie przygotowana, jest szlachetnej urody”. Publicysta ironizuje, że tak jak Hofman z kompanami zwiedzał Madryt, tak koledzy z SLD zwiedzają „krainę absurdu”.

Lis zarzuca Andrzejowi Dudzie, Adamowi Jarubasowi czy Magdalenie Ogórek brak idealizmu, osiągnięć, doświadczeń, autentyczności. „Wolę czasem chropawą prawdziwość Komorowskiego czy Kaczyńskiego niż plastikowy dynamizm Ogórek czy Dudy” – zauważa Lis.

Cały tekst w najnowszym „Newsweeku”.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: