Ceres (03.03.15)

 

Dom Jezusa? Być może znaleziono dom, w którym się wychował

Michał Skubik, 03.03.2015
Bazylika Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie

Bazylika Zwiastowania Pańskiego w Nazarecie (Berthold Werner / Wikimedia Commons)

Podczas wykopalisk w Nazarecie – rodzinnym mieście Jezusa, archeolodzy odkryli dom, którego czas powstania datują na I w. n.e. Podejrzewają, że właśnie tutaj Maria i Józef wychowywali małego Jezusa.
Według kanonów wiary Jezus wychowywał się w Nazarecie. Ale samo dzieciństwo Jezusa jest w Ewangeliach dość skąpo opisane. Pewne informacje można znaleźć jedynie w tych spisanych przez świętych Łukasza i Mateusza. Tym bardziej interesujące może być odkrycie, które przybliży nas do odpowiedzi na pytanie, czy i kiedy faktycznie żył Jezus. Bo archeolodzy sądzą, że właśnie odkryli dom, w którym spędził swoje dzieciństwo.

Wzniesiony był na wapiennym zboczu, którego część została wycięta i następnie starannie wygładzona. Z drugiej strony dobudowano ściany z kamienia łączonego zaprawą. Jego pozostałości odkryły siostry z zakonu nazaretanek w 1880 roku. Ale dopiero w 2006 roku prof. Ken Dark z Uniwersytetu w Reading datował jego wykonanie na I w. n.e. Odkrył również, że jego późniejsi mieszkańcy przez wieki wierzyli, że w tym domu wychowywał się Jezus.

Tylko dwa takie domy

Do niedawna nie znano w Nazarecie zbyt wielu pozostałości z I w. n.e. Większość była grobami. Archeologom udało się zidentyfikować tylko dwa domy pochodzące z tego okresu (drugi z nich odkryto w 2009 r.).

Pierwszych oględzin tego, co pozostało po hipotetycznym domu Jezusa, dokonały nazaretanki tuż po jego odkryciu w 1880 roku, potem wykopaliska wznowiono w 1936 r. Zajmował się nimi Jezuita Henri Senes, który przed przystąpieniem do zakonu był architektem. Senes dokonał szczegółowego opisu całego stanowiska. Jego praca jednak nie została nigdy opublikowana, znana była jedynie zakonnicom i gościom odwiedzającym klasztor.

Dopiero w 2006 roku siostry udzieliły zgody Nazareth Archaeological Project na pełny dostęp do stanowiska archeologicznego, jak również udostępniły wszystkie zapiski i szkice Senesa, które przez lata pieczołowicie przechowywały.

Prof. Dark wraz z innymi członkami zespołu Nazareth Archaeological Projectprzeanalizował notatki Senesa, informacje z wcześniejszych wykopalisk prowadzonych przez siostry, dane, które udało się znaleźć w źródłach historycznych, a także dane z własnych wykopalisk. W ten sposób udało się zrekonstruować historię tego miejsca od I w n.e. do czasów współczesnych.

Dom otoczony kultem

Na terenie siedliska znaleziono fragmenty przedmiotów pochodzących z I w., między innymi skorupy garnków, fragmenty wrzeciona używanego do przędzenia nici oraz wapienne naczynia. Zwłaszcza te ostatnie mogą wskazywać na to, że zamieszkiwała tam żydowska rodzina (według wierzeń żydowskich wapień nie mógł stać się nieczysty). To pasuje do teorii, że mogła tam mieszkać rodzina Jezusa.

Badacze ustalili także, że w I w. n.e. dom został nagle opuszczony. W tym samym czasie na tym terenie uruchomiono kamieniołom, a jeszcze później w tym samym wieku było tam miejsce pochówku. Obok domu naukowcy odkryli dwa puste już dzisiaj groby.

– Kilka wieków później zbudowano tam kościół, który przetrwał do VII w. Następnie w XII w. budynki zostały odbudowane, by ostateczne ulec spaleniu w XIII w. – sądzi prof. Dark. Jego zdaniem wyjątkowo dobry stan znaleziska można tłumaczyć tym, że przez wieki znajdował się pod specjalną ochroną.

– Włożono wiele wysiłku, by zabezpieczyć pozostałości wcześniejszego budynku pod sklepieniami piwnic wzniesionych w czasach bizantyńskich, a później w czasie krucjat – mówi naukowiec.

„Oba groby i dom zostały ozdobione mozaiką w okresie bizantyńskim, co sugeruje, że miały szczególne znaczenie i być może były miejscem kultu” – napisał naukowiec w swojej pracy. Według niego dostępne dane wskazują, że zarówno Bizantyńczycy, jak i krzyżowcy uważali, że był to dom rodzinny Jezusa.

Oprócz śladów archeologicznych, istnieje przynajmniej jedno źródło pisane, które o nim mówi. Jest nim tekst z 670 roku, autorstwa szkockiego opata Adomnana z opactwa Iona. Prawdopodobnie powstał na podstawie informacji z pielgrzymki biskupa frankońskiego Arculfa do Nazaretu. Widnieje w nim fragment, który brzmi: „Tam, gdzie kiedyś stał dom, w którym Pan był karmiony podczas swego niemowlęctwa”.

Również jeden z grobów koło domu był czczony jako miejsce pochówku św. Józefa, męża Marii.

– Grób, który przecina obrys domu, nazywany jest dzisiaj powszechnie grobem św. Józefa i z całą pewnością był miejscem kultu w czasach wypraw krzyżowych, najpewniej z tego właśnie powodu – mówi prof. Dark. – Mało jednak prawdopodobne, by był to grób św. Józefa, ponieważ pochodzi on już z czasów, kiedy dom nie był zamieszkany, a miejsce to było częścią kamieniołomu – uważa badacz.

Nazaret antyrzymski

W pobliżu archeologowie odkryli wiele innych śladów z czasów pobytu Jezusa w Nazarecie. Wynika z nich, że mieszkańcy miasta byli niechętni Rzymianom, którzy opanowali tereny dzisiejszego Izraela jeszcze w I w. p.n.e.

Z badań doliny Nahal Zippori w sąsiedztwie Nazaretu archeologowie dowiedzieli się, że mieszkańcy północnej części doliny, w okolicy rzymskiego miasta Sepphoris byli pod większym wpływem Rzymu niż ich południowi sąsiedzi z Nazaretu.

– To może świadczyć o wyjątkowo silnych nastrojach antyrzymskich w Nazarecie albo o wyjątkowej sile tradycji żydowskiej w tym mieście – mówi Dark.

Niespełna dwa miesiące temu inny amerykański naukowiec ogłosił, że zna przypuszczalne miejsce osądzenia Jezusa.

Źródło: Livescience

Zobacz także

wyborcza.pl

Rosyjski ambasador w Polsce: Rosja nie zagraża militarnie Polsce, nie zagrażała i nie ma zamiaru zagrażać

Michał Gostkiewicz03.03.2015
 Siergiej Andriejew

Siergiej Andriejew (For. Ambasada Rosji)

Rosja nie zagraża militarnie Polsce, Krym jest częścią Rosji, a rosyjskich wojsk w Donbasie oczywiście nie ma. A relacje polsko-rosyjskie są na „obniżonym” poziomie, bo strona polska sądzi, że inaczej się nie da, a Rosja „przyjmuje to do wiadomości”. Tak bronił linii politycznej Moskwy w TVN24 BiŚ ambasador Rosji w Polsce Siergiej Andriejew.
„Czy może pan zapewnić, że Rosja nie zagraża militarnie Polsce?” – zapytał dziennikarz TVN24. – Nigdy pan prezydent Putin niczego podobnego nie powiedział – odparł Andriejew.
Choć prowadzący rozmowę w TVN24 Biznes i Świat dziennikarz nie spytał wprost, o które groźby mu chodzi, rosyjski ambasador w Rzeczypospolitej Polskiej od razu skojarzył to ze słowami, jakie według Petra Poroszenki miał wypowiedzieć w rozmowie z nim Władimir Putin: „Gdybym chciał, rosyjskie oddziały mogłyby w ciągu dwóch dni być nie tylko w Kijowie, ale także w Rydze, Wilnie, Tallinie, Warszawie lub Bukareszcie”.

„Prezydent Putin nigdy nie mówił, że zajmie jakąś stolicę”

– To nieprawda. [Prezydent Putin] nigdy nie mówił, że zajmie jakąś stolicę, ani nie proponował rozbiorów Ukrainy (odniesienie do rzekomych słów Putina do Tuska). Nie było nawet takiej rozmowy. To wszystko jest na tyle oderwane od rzeczywistości, że trudno się z tym kłócić w poważnej rozmowie – zapewniał rosyjski ambasador.

– Trzymamy za słowo, że Rosja nie grozi Polsce – stwierdził dziennikarz. – I nie grozi, i nie groziła, i grozić nie ma zamiaru – odpalił Andriejew. Dodał, że gdy czyta analizy „rzekomych specjalistów” na ten temat, to pierwsze jego pytanie brzmi: „Po co Rosja miałaby to robić?”. Dopytywany, czy w takim razie senator John McCain, Zbigniew Brzeziński i naczelny dowódca sił NATO w Europie gen. Philip Breedlove się mylą, odparł: „Sami nie wierzą w to, co mówią”.

Rosyjskie wojsko na Ukrainie? Ambasador: „Nie wysyłaliśmy”

Pozostała część wywiadu w TVN24 Biznes i Świat zmusza jednak do zapytania, czy sam ambasador Andriejew w całości wierzy w to, co mówił. Na przykład w to, że na Ukrainie nie ma rosyjskiej armii. – Raz jeszcze powtarzam: nie kierowaliśmy ani wojsk, ani broni do tych, którzy walczą o swoje prawa na wschodzie Ukrainy. To nie jest prawda – stwierdził. Zaznaczył, że Rosja „rozpatruje południowo-wschodnie regiony Ukrainy jako część Ukrainy”.

Dobre choć tyle, bo rosyjski ambasador wierzy też np. w zgodność z prawem referendum na Krymie. – Aneksji Krymu nie było, było wolne wyrażenie woli tamtejszej ludności – mówił Andriejew i dodawał, że wojska rosyjskie „znajdowały się na Krymie w ramach prawa, zgodnie z umowami ukraińsko-rosyjskimi”.

– Ich rola sprowadzała się do tego, że armia ukraińska nie miała możliwości doprowadzenia do prowokacji i zerwania referendum – wyjaśnił z rozbrajającą szczerością. Według niego początkiem nieszczęść Ukrainy był Majdan i „przewrót państwowy” w Kijowie.

Na uwagę, że z legalnością referendum na Krymie nie zgadza się około 100 państw świata, Rosjanin również miał odpowiedź. – To, że USA, UE i część innych państw się nie zgadzają, nie znaczy, że nie mamy racji. My jesteśmy głęboko przekonani, że mamy rację.

Stosunki Polski z Rosją „na poziomie roboczym”

Ambasador pytany był też m.in. o to, kiedy wrak prezydenckiego tupolewa wróci do Polski ze Smoleńska. Zasłonił się powtarzaną od lat przez Rosjan wersją, że dopóki trwa śledztwo rosyjskie, dopóty wrak jest w nim materiałem dowodowym. – Tam, gdzie mówimy o normach prawa, emocje, uczucia, niestety, nie zawsze powinny być brane pod uwagę. Prawo jest prawem – skwitował Rosjanin.

W kwestii pomnika na miejscu katastrofy stwierdził, że to polska strona ostatnio w 2013 r. nie przyjechała do Rosji, strona rosyjska czeka zatem, aż Polacy będą gotowi wznowić rozmowy.

Dopytywany z kolei o pomysł prezydenta Komorowskiego świętowania końca II wojny światowej na Westerplatte w Gdańsku powiedział, że Moskwa „nie uważa tego za gest antyrosyjski”, a rosyjska reakcja na te informacje wynikała z „poruszenia” sposobem ukazywania tematu przez polskie media – jako przeciwwagi dla późniejszych o dzień uroczystości rosyjskich.

Ambasador Andriejew tłumaczył też okoliczności odmowy wjazdu Bogdana Borusewicza do Rosji na pogrzeb Borysa Niemcowa. Według niego objęcie marszałka polskiego Senatu zakazem „nie ma związku z pogrzebem” i jest efektem „akcji odwetowej” (istotnie, normalnej w dyplomacji) na europejskie sankcje wobec rosyjskich dygnitarzy państwowych. Pytany o niełatwe obecnie stosunki polsko-rosyjskie odparł, że są one kontynuowane „na poziomie roboczym” i „polska strona uważa, że niemożliwe jest, by wspierać kontakty na poziomie politycznym (czyli szefów MSZ)”. – Przyjmujemy to do wiadomości – dodał.

gazeta.pl

Magdalena Ogórek chce rozszerzenia refundacji in vitro. „Żeby mogło skorzystać więcej par”

Magdalena Ogórek chce rozszerzyć program refundacji zapłodnień metodą in vitro
Magdalena Ogórek chce rozszerzyć program refundacji zapłodnień metodą in vitro Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Magdalena Ogórek ma już za sobą spotkania z liderami europejskiej lewicy, w tym z przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Martinem Schulzem. Teraz kandydatka SLD skupia się na Polsce. W jej planach jest m.in. udział w posiedzeniu Sejmiku Kobiet Lewicy. Ogórek ma tam mówić o in vitro.

– Kandydatka proponuje rozszerzenie programu refundacji zapłodnienia in vitro ze środków publicznych tak, żeby był dostępny dla większej liczby par niż obecnie – poinformował Tomasz Kalita, rzecznik sztabu Magdaleny Ogórek, którego cytuje portal Onet.pl.

Kalita dodał, że SLD przychylnie odnosi się do projektu ustawy o leczeniu niepłodności, jaki przygotowało Ministerstwo Zdrowia. Projekt proponuje m.in., by w ramach refundacji metoda in vitro była dostępna także dla par pozostających w związku nieformalnym. Zakazuje przy tym niszczenia zarodków, które zdolne są do prawidłowego rozwoju.

– Rządowy projekt idzie w dobrym kierunku, szkoda, że czekaliśmy na niego osiem lat – dodał Kalita.

Apel do Komorowskiego
Podczas obrad Sejmiku Kobiet Lewicy, który zbierze się 7 marca, Ogórek zwróci się również do prezydenta Bronisława Komorowskiego, prosząc go o podpisanie aktu ratyfikacji tzw. konwencji antyprzemocowej. Wcześniej, już w najbliższą środę, kandydatka weźmie udział w posiedzeniu Zarządu Krajowego SLD.

Władze Sojuszu mają rozmawiać z Ogórek o trwającej kampanii oraz jej finansowaniu. – Kandydatka otrzymała już część środków na kampanię, oczywiście nie są to duże sumy: tysiące złotych, nie miliony – powiedział pragnący zachować anonimowość polityk SLD.

źródło: Onet.pl

naTemat.pl

Pawłowicz zgłosiła się na przeszkolenie wojskowe. Joński: Broń Boże, żeby dać jej jeszcze karabin!

osi, 03.03.2015
Krystyna Pawłowicz

Krystyna Pawłowicz (Fot. PRZEMEK WIERZCHOWSKI / AG)

„Poseł Krystyna Pawłowicz z PiS skontaktowała się z Wojskową Komendą Uzupełnień na warszawskiej Ochocie. Chce w związku z napiętą sytuacją międzynarodową przejść szkolenie wojskowe” – informuje Superstacja. – Z powodu braku przepisów mnie nie przyjęto – mówi posłanka. Koledzy z konkurencyjnych partii drwią z pomysłu Pawłowicz.
„Wicepremier i szef MON Tomasz Siemoniak poinformował, że od 1 marca każdy, komu zależy na szkoleniu obronnym, może zgłosić się do Wojskowej Komendy Uzupełnień w miejscu zamieszkania. To oferta dla tych, którzy indywidualnie chcą dotrzeć do wojska, a nie mieli na to szans” – napisał pod koniec stycznia portal GazetaPrawna.pl.„Zgłoszę się na przeszkolenie”

Z zachęty ministra postanowiła skorzystać posłanka PiS Krystyna Pawłowicz. „Minister Obrony Narodowej prosi, by w związku z zagrożeniem, jakie stwarza Rosja dla swych sąsiadów, mężczyźni i kobiety zgłaszali się na ochotnicze przeszkolenie do WKU. Zobaczymy, jaki będzie odzew. Czy znajdą się, i ilu chętnych, by przeszkolić się na wypadek zagrożenia Polski?” – napisała na swoim facebookowym profilu.

„Ja sama – dziękując m.in. Żołnierzom Armii Niezłomnych, Armii Krajowej, mojemu Ojcu – zgłoszę się na przeszkolenie (choć nie wiem czy zostanę przyjęta). Zgłoszę się, by kontynuować sztafetę troski o Polskę” – dodała Pawłowicz.

O swoich planach informowała też w innym wpisie:

„Zadzwoniłam do WKU. Nie przedstawiłam się”

– Chociaż jestem już po sześćdziesiątce, to dam przykład, żeby pokazać, jakich wartości bronimy – tak posłanka PiS motywowała swoją decyzję w rozmowie z Superstacją. Telewizja informuje, że Pawłowicz już dzwoniła do WKU na warszawskiej Ochocie, jednak tam poinformowano ją, że nie ma jeszcze rozporządzeń wykonawczych ws. szkoleń dla cywilów. Według relacji posłanki powiedziano jej, że jednostka na razie może tylko przyjąć jej chęć wzięcia udziału w szkoleniu.

Pawłowicz potwierdziła te informacje w rozmowie z Gazeta.pl. – Zadzwoniłam do WKU, nie przedstawiłam się. Tam powiedziano mi, że dopiero kiedy już będą przepisy dotyczące szkoleń WKU się do mnie odezwie. Poproszono, bym podała dane kontaktowe – powiedziała posłanka.

– Chciałam pokazać, w jaki sposób ten rząd działa. To jest tylko po to, aby ludzi uspokoić. Nikt tego nie organizuje – dodała w Superstacji. Mówiła też, że w młodości przeszła już szkolenia, ale chciałaby zaktualizować swoją wiedzę.

„Niech dziki przegania!”

– Broń Panie Boże, żeby dać jej jeszcze karabin. Już widzieliśmy, co robiła ostatnio z sałatką, a co dopiero z karabinem – tak informację o planach poseł Pawłowicz skomentował rzecznik SLD Dariusz Joński, proszony o wypowiedź przez Superstację.

W prześmiewczym tonie wypowiedział się też Stefan Niesiołowski z PO. – Może dziki niech tam przegania, to chyba byłaby funkcja odpowiednia, przeganiać dziki! – powiedział poseł.

Zobacz także

TOK FM

Komorowski, jakiego nie znacie. 9 zaskakujących historii z nowej książki prezydenta. Będą problemy?

Martyna Trykozko, 02.03.2015
Lekcja historii prowadzona przez Bronisława Komorowskiego na stopniach ołtarza w Niepokalanowie

Lekcja historii prowadzona przez Bronisława Komorowskiego na stopniach ołtarza w Niepokalanowie (Z archiwum rodzinnego Bronisława Komorowskiego)

„Jednemu z kolegów udało się kupić od jakiegoś złodzieja autentyczny pistolet. Ja miałem wykonać zamach, zostawić na miejscu kartkę z informacją, że to jest odwet za zamordowanie robotników”. Na kilka dni przed konwencją wyborczą ukaże się wywiad rzeka z Bronisławem Komorowskim. Czy zaszkodzi jego wizerunkowi?
W tle rozkręcającej się już kampanii prezydenckiej do księgarń 4 marca trafi wywiad rzeka z ubiegającym się o reelekcję Bronisławem Komorowskim. Z Janem Skórzyńskim rozmawia on o swojej najbliższej rodzinie, młodości i działalności opozycyjnej w czasach komunizmu, kończąc opowieść na roku 1992 i opuszczeniu terytorium Polski przez ostatni oddział bojowy armii radzieckiej.
O książce głośno jest już przed premierą. W mediach pojawiały się doniesienia, że wielu polityków Platformy Obywatelskiej odradzało jej publikację w trakcie kampanii, obawiając się, że jej zawartość może zaszkodzić wizerunkowi Komorowskiego. Rzeczywiście, pojawiają się w niej nieznane wcześniej fakty z życia prezydenta, które mogą zostać negatywnie odebrane przynajmniej przez niektórych wyborców. Bez zahamowań opowiada on na przykład o… planowanym przez opozycjonistów zamachu na milicjanta, którego on właśnie miał dokonać.Oto dziewięć ciekawostek z książki Komorowskiego, które przyciągnęły naszą uwagę.1. Dziadek pirat z „bandą zabijaków”

Dziadek Bronisława Komorowskiego Juliusz, służący w 14. Dywizji Strzelców Syberyjskich, z „całą grupą zabijaków” porwał statek pasażerski i uciekł z Permu na Wołgę. Jak opowiada prezydent, strzelali się „i z białymi, i z czerwonymi”, wozili jedzenie i ludzi między północą a południem. „Zawsze z dumą opowiadałem o tym kolegom, [że] mój dziadek został piratem!”.

2. Koza żywicielka, świadek rozkwitu znajomości rodziców

Ciekawy detal pojawia się przy opisie historii znajomości rodziców Komorowskiego. Rodzina jego matki Jadwigi wojnę przeżyła w Wilnie – sprzedali murowany dom w Poznaniu i kupili stary drewniany dom na wileńskim Antokolu, żeby być jak najdalej od wojny. „Pieniędzy starczyło jeszcze na zakup kozy Brysi, która została żywicielką całej oficerskiej rodziny”, opowiada Komorowski. Koza żywicielka Brysia towarzyszyła matce Komorowskiego, kiedy ta po raz pierwszy dłużej rozmawiała z przyszłym mężem Zygmuntem. „Mama wspominała, że rozmawiali wtedy z tatą o książce, którą czytała, pasąc Brysię. Fakty były takie, że w czasie rozmowy koza zjadła połowę książki”.

3. Ciotka, która uratowała ojca Kaczyńskich?

Od kilku lat znana jest historia, jakoby ciotka Komorowskiego uratowała ojca braci Kaczyńskich Rajmunda. Helena Wołłowicz była sanitariuszką podczas powstania warszawskiego i dwa razy miała pomóc Kaczyńskiemu. Do historii Komorowski odnosi się krótko i niezbyt jasno. „Z tego, co sama mi opowiadała, była to i prawda, i anegdota jednocześnie”.

4. Macierewicz jak Che Guevara, czyli „podejrzany lewak”

We wspomnieniach Komorowskiego z czasów komunizmu wielokrotnie pojawia się, również działający w podziemiu, Antoni Macierewicz. Co ciekawe, Komorowski uważał go wówczas za… lewicowego radykała. Poznali się na początku lat 70. Dzisiejszego polityka PiS fascynowała wówczas urugwajska partyzantka miejska Tupamaros. „Antek dużo o nich opowiadał (…). Pasowało to zresztą do jego ówczesnego wyglądu, nosił się trochę jak Che Guevara” – mówi Komorowski.

Relacje między nimi zmieniały się – czasem była to przyjaźń i wzajemny szacunek, czasem konflikt. Kolejne ciekawe spostrzeżenie pojawia się, gdy Komorowski opowiada o współpracy z czasopismem opozycyjnym „Głos”, związanym z Komitetem Obrony Robotników, którego Macierewicz był jednym z założycieli. „Gdy zacząłem z nimi współdziałać, nie tworzyli jeszcze grupy ‚Głosu’, postrzegałem ich po prostu jako harcerzy w KOR-ze. (…) Łatwiej było mi się porozumieć z Antonim Macierewiczem, którego lokowałem w nurcie prawowitej tradycji harcerskiej. Choć przypuszczam, że wówczas i Macierewicz w moich oczach był podejrzanym lewakiem”, wspomina Komorowski.

5. Plan zabicia milicjanta

„Przykład Tupamaros skłaniał nas do myśli o akcji bardziej bezpośredniej, bojowej. Stało się to realne, gdy jednemu z kolegów z grupy wojskowej udało się kupić od jakiegoś złodzieja autentyczny pistolet”, wspomina prezydent.

„Zaplanowaliśmy więc przeprowadzenie zamachu na milicjanta w rocznicę Grudnia ’70. Nie zrealizowaliśmy pomysłu tylko dlatego, że pistolet był bez amunicji, a kaliber miał nietypowy. Wypatrzyliśmy już odpowiednie miejsce u zbiegu ulicy Obozowej i Młynarskiej, gdzie chodził milicyjny patrol. Ja miałem wykonać zamach, zostawić na miejscu kartkę z informacją, że to jest odwet za zamordowanie robotników podczas rewolucji grudniowej, a potem porzucić broń w wybranym grobowcu na cmentarzu ewangelickim i opłotkami uciec na Koło”, opowiada.

„Na szczęście w naszym przypadku zadziałał Anioł Stróż. Matka kolegi znalazła rewolwer, wezwała telefonicznie męża, a ten młotkiem rozłupał broń na kawałki i utopił w gliniankach w parku Moczydło” – mówi Komorowski. Dodaje, że ze zdziwieniem przyjął potem do wiadomości fakt, że „Antoni, nasz Che Guevara, zerwał z nami kontakt”.

Komorowski wspomina, że dziesięć lat później podobny zamach skutecznie przeprowadzili inni opozycjoniści. Zabili oni sierżanta Zdzisława Karosa, za co zapłacili „straszną cenę więzienia, wyrzutów sumienia i marginalizacji na całe życie”. Zapewnia, że historia ta wybiła mu z głowy podobne pomysły.

6. Polityczne intrygi w czasach studiów

W trakcie studiów na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego Komorowski starał się kontynuować działalność opozycyjną – później organizując manifestacje, ale najpierw budując wpływy na uczelni. Wspomina, że przed rozpoczęciem studiów ostrzegano go, że na uniwersytecie tłumi się nonkonformizm. Okazało się jednak, że wiele osób w rzeczywistości podziela jego poglądy.

„Przeprowadziliśmy więc z kolegami piękną intrygę. Mianowicie ukartowaliśmy przejęcie przez naszą opozycyjną grupę kontroli nad wydziałowymi instytucjami życia studenckiego. Podzieliliśmy się rolami – ja zostałem prezesem Koła Naukowego Historyków, a w następnym roku (1976/1977) mój najbliższy kolega Łukasz Kądziela wystartował na funkcję wiceszefa Rady Wydziałowej Socjalistycznego Związku Studentów Polskich”. Dzięki temu mogli wywieszać na wydziałowej tablicy listy o treści wspierającej opozycję.

Z kolegami ze studiów przeprowadził też intrygę mającą na celu namówienie profesora na niewygodne spotkanie ze studentami. Było to, jak mówi, najgłośniejsze przedsięwzięcie na uniwersytecie – spotkanie otwarte z prof. Jaremą Marciszewskim, szefem Wydziału Nauki w KC PZPR.”Postanowiliśmy pójść do niego nie tylko jako do posła na Sejm z Ziemi Radomskiej, ale także jako profesora cieszącego się sympatią wielu studentów” – relacjonuje Komorowski. „Wystąpiliśmy – Łukasz [Kądziela] jako wiceszef SZSP na wydziale, ja jako członek zarządu Klubu Dyskusyjnego – z prośbą, aby przyszedł i wyjaśnił, co się właściwie dzieje w Radomiu. ‚Dochodzą nas – mówiliśmy – informacje, które bulwersują studentów, o tym, że ludzie są wyrzucani z pracy i bici na komisariatach, że są ‚ścieżki zdrowia’. Nam się nie chce w to wierzyć, (…) ale wielu studentów jest kompletnie zdezorientowanych’ „, tłumaczyli.Profesor dał się zaprosić, po czym na miejscu został zaatakowany niewygodnymi pytaniami. Te jednak były dokładnie zaplanowane. „Zaczął ostro Łukasz, a ja – zgodnie z podziałem ról – w tonie bardziej ugodowym prosiłem o wyjaśnienia”. Udało im się w ten sposób zmusić profesora do niekorzystnych dla niego stwierdzeń.

7. Ksiądz Makowski

Ksiądz Stanisław Makowski, który w 4. rocznicę katastrofy smoleńskiej odprawiał pod Pałacem Prezydenckim egzorcyzmy, w 1979 roku podczas rozprawy w związku z wystąpieniem Komorowskiego na manifestacji z okazji Święta Niepodległości wystąpił razem z opozycjonistami w obronie przyszłego prezydenta. „Wtedy również wyproszony z sali wołał z patosem, ale do składu sędziowskiego (…): ‚Osądzi Was Bóg i historia!'”. Komorowski dostał wówczas wyrok miesiąca aresztu.

8. „Z głodówki nie wypada żartować, ale…”

Komorowski opowiada o tym, że kiedy przebywał z większą grupą opozycjonistów w areszcie na ul. Rakowieckiej, zaproponowane zostało rozpoczęcie głodówki – był to pomysł Antoniego Macierewicza. Ale Komorowski, jak sam podejrzewa, nie zrozumiał dokładnie intencji kolegów i zaczął głodówkę później – wcześniej najadłszy się „na zapas” jedzeniem z paczki wysłanej do współwięźnia. Kiedy zaczął pierwszy dzień głodówki, wypuszczono go z aresztu.

„Wychodzę zdumiony z pokoju, wypuszczają mnie z więzienia i na ulicy Rakowieckiej natykam się na zwolnionych już kolegów” – wspomina. „Ale widzę, że niektórzy kiepsko wyglądają, jacyś tacy szarzy, zmęczeni. Podchodzę do Macierewicza, a on pyta: ‚No jak, głodowałeś?’. ‚Głodowałem’ – odpowiadam. I dopiero wtedy się zorientowałem, że oni głodowali od pierwszego dnia. Z głodówki nie wypada żartować, ale do dziś nie wiem, czy mam ją zaliczoną, czy nie”.

To wydarzenie zwraca uwagę szczególnie po nie najlepiej odebranym geście wsparcia dla przetrzymywanej w Rosji ukraińskiej pilotki Nadii Sawczenko, wykonanym przez europarlamentarzystów, w tym Michała Boniego – zaplanowali oni „głodówkę rotacyjną”, podczas której każdy z polityków nie jadł przez 24 godziny. Czytaj więcej >>>

9. Gaszenie strajków. Do opozycjonisty: „Co ty pie…?”

W 1989 roku już jako dyrektor gabinetu ministra Aleksandra Halla musiał radzić sobie z wciąż działającymi opozycjonistami i iść na kompromisy. Na polecenie ministra Jacka Ambroziaka pojechał do Zakopanego do górali, którzy chcieli spalić Muzeum Lenina i zburzyć jego pomnik. Pomnik obalono nocą, a rano Komorowski ustalił z protestującymi, żeby z likwidacją muzeum poczekali do wizyty premiera w Moskwie i Katyniu, które były ważne ze względów politycznych.

„A to ci dopiero, pomyślałem wtedy, ja mam bronić wodza rewolucji październikowej!” – wspomina swoją reakcję na otrzymane polecenie. „Ale pan każe, sługa musi. Powiedziałem sobie: ‚Jesteś urzędnikiem i musisz to zrobić jak najlepiej. Zrób to tak, żebyś się nie musiał wstydzić wobec samego siebie, ale musisz to załatwić’ „.

Kolejny przykład opisany przez Komorowskiego to wezwanie go do zlikwidowania okupacji Domu Nauczyciela w Radomiu i dworca w Katowicach, organizowanych przez Konfederację Polski Niepodległej. W Radomiu poprzez swoje kontakty wywarł nacisk i doprowadził do wycofania się konfederatów z budynku.

W Katowicach było trudniej. Udało mu się jednak umówić na spotkanie z Adamem Słomką, szefem śląskiego okręgu KPN. Ten na spotkaniu zachowywał się jednak w sposób wyraźnie lekceważący.

Komorowski wspomina, jak przebiegła rozmowa. „Tłumaczę: ‚Co wy tu robicie? Strajk okupacyjny? Przecież to jest początek rządu Mazowieckiego, nie można destabilizować kraju’. A on: ‚My mamy swoje żądania, wojska radzieckie mają opuścić terytorium państwa polskiego’. Ja na to, ze swoim niepodległościowym życiorysem: ‚Co ty pie…? Myślisz, że z powodu waszego protestu na dworcu Ruscy wyjdą z Polski? Nad tym trzeba dopiero popracować’ „. Słomka zaczął go obrażać, na co Komorowski stwierdził, że mają czas do godziny 16, a potem przyjedzie po nich milicja. Wyszedł ze spotkania i zadzwonił do komendanta wojewódzkiego MO.

„Negocjacje nie przyniosły spodziewanego efektu, proszę od tej i tej godziny usunąć okupujących budynek” – powiedział rozmówcy. „A po drugiej stronie słuchawki słychać trzęsącą się galaretę: ‚Panie dyrektorze, tu jest Śląsk, tu był ‚Wujek’, oni nas kilofami zamordują’. Ja mu na to: ‚Proszę pana, ja tu jestem od polityki, a pan od utrzymania porządku, proszę wykonać’ „, odpowiedział stanowczo.

Adam Słomka w politykę angażuje się do dziś. Jest nawet kandydatem w nadchodzących wyborach prezydenckich. O urząd głowy państwa starał się też w 2005 roku, zdobywając 0,06 proc. głosów. W latach 1991-2001 był posłem na Sejm.

Książka „Zwykły polski los” ukaże się 4 marca w wydawnictwie Więź. Z Bronisławem Komorowskim rozmawiał historyk i publicysta Jan Skórzyński.

gazeta.pl

Matka Boska Trzebuchowska. Jak filmowa Ida stała się się wrogiem… polskiej prawicy

Agata Trzebuchowska na paradzie równości w 2012 roku była przebrana za Matkę Boską. To niepodoba się dzienikarzom Fronda.pl
Agata Trzebuchowska na paradzie równości w 2012 roku była przebrana za Matkę Boską. To niepodoba się dzienikarzom Fronda.pl Fot. Screen Fakt.pl

Choć film z jej udziałem zdobył Oscara, to z bohaterki szybko może stać się wrogiem publicznym. Katolicki portal ostrzega, że ta, w którą pokładamy wiarę i nadzieję, wspiera polskich gejów i lesbijki, a jej udział w paradzie równości nazywa “bluźnierstwem”. Kim jest Agata Trzebuchowska? Ikoną młodego kina polskiego czy symbolem zepsucia i grzechu?

Kim jesteś, Agato?
Piekielnie zdolna i jednocześnie skromna studentka Kolegium Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie Warszawskim. Agata Trzebuchowska. Urodzona w roku 1992, absolwentka Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Ignacego Witkiewicza „Witkacego” w Warszawie. Choć nie wiąże swojego życia ze sztuką, interesuje się teatrem i filmem. Bardziej jej społeczną i eksperymentalną formą.

Zwyczajna do granic możliwości dziewczyna z polskiego miasta. O możliwościach przekraczających granice tego kraju. Po zagraniu w “Idzie” dostała szereg propozycji, jednak żadnej nie rozważała w kategorii “życiowa szansa”. Wśród nich rola w najnowszych sezonach “Gry o tron”. Choć uwielbia kino, szczególnie to prezentowane przez Michaela Hanekego i Larsa Von Triera, to myślami jest zupełnie, gdzie indziej.

Aktorka znaleziona w kawiarni
Aktorką nie jest, nigdy też o pracy w tym zawodzie nie marzyła. Została Idą, jak to bywa w przypadku hollywoodzkich karier, przez przypadek. Agatę w jednej z warszawskich kawiarni przyuważyła Małgośka Szumowska, która z Pawłem Pawlikowskim nie tylko zna się zawodowo, ale także się przyjaźni. Piękna, młoda, z burzą blond loków. I te oczy! Reżyserka jest pod wrażeniem urody Trzebuchowskiej. Wie też, że twórca “Idy” wciąż poszukuje dziewczyny mającej wcielić się się w główną rolę w jego najnowszym filmie. Jest lato 2012 roku. Małgośka robi Trzebuchowskiej zdjęcie i wysyła ememesem do Pawlikowskiego. Ten koniecznie chce poznać Agatę i zaprosić ją na zdjęcia próbne. Reżyserka zostawia swoje namiary bariście i prosi, by przekazał je 21-letniej dziewczynie siedzącej pod oknem.

Agata kontaktuje się z Szumowską, a ta poznaje ją z Pawłem Pawlikowskim. Ruszają zdjęcia próbne i jak można się domyślić – wypadły absolutnie rewelacyjnie. Dlaczego w ogóle młoda Polka godzi się na udział w “Idzie”? Jest pod wrażeniem filmu “Lato miłości”, której twórcą jest Paweł. Nie wie także, że jej rola oraz film “Ida” zdobędą Oscara.

Celebrytka? Nic z tych rzeczy
Trzebuchowska nie unosi się pychą. Nie szuka poklasku. Jest wycofana i nad wyraz skromna. Może nawet za bardzo. Choć Fronda wysyła młodziutką Agatę do Canossy, a dopiero potem na plan filmowy, zapomina dodać, że dziewczyna nie ma nawet zamiaru tam wracać. Ale o tym zaraz. Podobnie jak nie chce robić sobie zdjęć w drogich sukienkach na tanich imprezach. Nie chce być celebrytką. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” powie: – Na plotkarskich stronach zaistniałam dopiero po tym, jak „popełniłam faux pas”, występując na Złotych Globach w balerinach i sukience tylko do pół łydki.

To, czego nie dostrzega redakcja katolickiego portalu, a na co przede wszystkim warto zwrócić uwagę u Agaty to fakt posiadania niebywałej skromności. Cechy, którą kościół ma w zwyczaju traktować wręcz, jak cnotę. Trzebuchowskiej nie interesuje, w przeciwieństwie do wielu, powierzchowność. A gdy próbuje o tym opowiedzieć i staje się przez to śmielsza, nie jest słuchana.

Matka Boska Trzebuchowska
“Fronda” już tak w Agatę zapatrzona nie jest. Dziennikarze katolickiego serwisu są nawet zdziwieni, że odtwórczyni roli “Idy” jest bohaterką Polaków, bowiem w roku 2012 paradowała z gejami ulicami Warszawy. Do tego przebrana za świętą, dzierżącą w ręku tabliczkę z napisem “Matka Boska przeciw homofobii”. Bohaterką zatem nie może być, chyba, że obyczajowego skandalu. A do tego udział aktorki w paradzie równości sprowadza Fronda. – To oczywiste i obrzydliwe bluźnierstwo, które powinno być w Polsce natychmiast sądownie karane – piszą dziennikarze.

Karana na pewno jest przemoc wobec drugiego człowieka, czym bez wątpienia homofobia jest, a przeciwko czemu postawiła się dziewczyna. Opowiedziała się także za miłością do bliźniego swego, ale to już chyba Frondy nie za bardzo interesuje.

Trzy lata po wydarzeniu Trzebuchowska przyzna: – Masa osób podchodziła, żeby powiedzieć: „Super, dziękujemy”. Zapraszali mnie nawet na spotkania kółek katolickich dla osób LGBTQ – czytamy w Wysokich Obcasach. – Poznawczo świetne doświadczenie, ale dziwnie się czułam wrzucona w tę sytuację, zbyt duży był ciężar odpowiedzialności. Ludzie chcieli we mnie znaleźć kogoś, kto odważnie mówi coś ważnego. A to się działo samo, przez kontekst, przez okoliczności.

Skoro przy kontekstach jesteśmy. Czy ogromny wkład Trzebuchowskiej w zdobycie Oscara oraz jej charakter, który cechuje przede wszystkim skromność nie jest zdecydowanie ważniejsze niż to, w jaki sposób walczy o prawa mniejszości w tym kraju? Czy cel przypadkiem nie uświęca środków? Agata, jesteś grzechu warta.

naTemat.pl

Sekretarz Episkopatu naciska na senatorów: Konwencja służy ideologicznej przebudowie społeczeństwa

Michał Wilgocki, 03.03.2015
Bp Artur Miziński

Bp Artur Miziński (Fot. Rafał Michałowski / AGENCJA GAZETA)

Bp Artur Miziński uważa, że antyprzemocowa Konwencja Rady Europy (CAHVIO) jest oparta na błędnych założeniach i zagraża suwerenności Polski. Pisze o tym w oświadczeniu, wydanym w przededniu posiedzenia Senatu, na którym zaplanowano debatę i głosowanie nad ratyfikacją Konwencji.
Bp Miziński, od niedawna sekretarz generalny Episkopatu, przypomina na początku, że Kościół jest przeciwko przemocy domowej. To odpowiedź na zarzuty, że skoro biskupi protestują przeciwko wprowadzeniu Konwencji, to automatycznie aprobują przemoc.- Przemoc stosowana wobec kogokolwiek jest sprzeczna z zasadami wiary chrześcijańskiej i jako taka powinna być eliminowana z relacji międzyludzkich – pisze biskup. Dlaczego więc Episkopat protestuje?- Konwencja błędnie wiąże zjawisko przemocy z tradycją, kulturą, religią i rodziną, nie zaś z błędami czy słabościami konkretnych ludzi – twierdzi bp Miziński.Sekretarz Episkopatu twierdzi też, że ratyfikowanie Konwencji ograniczy suwerenność Polski.- CAHVIO ogranicza też suwerenne kompetencje Polski w sprawach etyki i ochrony rodziny przez nadanie uprawnień kontrolnych komitetowi tzw. ekspertów pozbawionemu jakiejkolwiek legitymacji demokratycznej – dodaje.

Jego zdaniem Konwencja „nie zmierza do budowania pozytywnych relacji pomiędzy ludźmi”. – Służy projektowi przebudowy społeczeństwa na bazie ideologicznej i z tego powodu nie może być zaakceptowana – pisze w oświadczeniu.

Kończy apelem do senatorów.

– Episkopat Polski ma nadzieję, że dla senatorów Rzeczypospolitej Polskiej sprawą zasadniczą jest dobro małżeństwa, rodziny i przyszłość demograficzna Polski oraz że uznają oni, iż zapisy Konwencji CAHVIO nie wnoszą żadnych nowych rozwiązań prawnych przeciwdziałających przemocy, wobec czego wprowadzanie Konwencji w Polsce jest bezzasadne – pisze biskup.

To kolejny głos ze strony Episkopatu w tej sprawie. Tuż przed głosowaniem w Sejmie prezydium KEP wydało komunikat w „aktualnych sprawach społecznych” w którym biskupi piszą, że Konwencja oparta jest na „skrajnej, neomarksistowskiej ideologii gender”.

Przeciwko zapisom Konwencji zaprotestował też prymas Polski abp Wojciech Polak.

– Źródłem przemocy mogą być wypaczone formy religii, ale nie religia jako taka, dlatego taki zapis nie powinien mieć miejsca – powiedział w rozmowie z KAI.

6 lutego ustawa zezwalająca na ratyfikację konwencji Rady Europy o przeciwdziałaniu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej przyjął Sejm. Na posiedzeniu 4-6 marca będzie debatował o niej Senat. Jeżeli ją przyjmie, konwencję będzie musiał podpisać jeszcze prezydent Bronisław Komorowski.

Zobacz także

wyborcza.pl

Rzecznik PiS ostro o Palikocie: Ten błazen, winiarz, milioner spod Biłgoraja? On startuje po to, by obrażać Dudę

past, 03.03.2015
Rzecznik PiS Marcin Mastalerek

Rzecznik PiS Marcin Mastalerek (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Debata Andrzeja Dudy z Januszem Palikotem? Chodzi o tego winiarza, błazna, milionera spod Biłgoraja? – kpił w RMF FM Marcin Mastalerek, rzecznik PiS. – Palikot startuje, żeby obrażać Dudę, tak jak kiedyś z polecenia Donalda Tuska obrażał Lecha Kaczyńskiego – dodał rzecznik PiS. Pochwalił z kolei decyzję władz ws. pogrzebu Borysa Niemcowa.
– Władze dobrze zareagowały na odmówienie marszałkowi Borusewiczowi wjazdu do Rosji. Mam nadzieję, że na forum UE ten temat także będzie poruszony – powiedział dziś rano Mastalerek w RMF FM.
Marszałek Senatu miał wziąć udział w pogrzebie zamordowanego działacza rosyjskiej opozycji, Borysa Niemcowa. Jednak strona rosyjska stwierdziła, że Borusewicz nie zostanie wpuszczony do Moskwy. W związku z tym podjęto decyzję, że Polska nie wyśle oficjalnej delegacji na pogrzeb Niemcowa.

– Możemy podpisać się pod słowami, że Rosja nie będzie nam wybierała polskiej delegacji – ocenił rzecznik PiS. – Trzeba odpowiadać twardo, ale dyplomatycznie – dodał.

„Wpływ PiS na wysyłanie broni na Ukrainę jest żaden”

Mastalerek odniósł się do informacji, że polski MON wyśle na Ukrainę personel wojskowy, który będzie szkolił ukraińskich żołnierzy. – Wysłanie szkoleniowców na Ukrainę to dobry kierunek, ale żołnierzy na front absolutnie nie chcemy wysyłać – stwierdził rzecznik PiS.

Odniósł się on także do możliwości wysłania lub sprzedaży broni na Ukrainę. – Zgadzam się z Dudą, że daleko idąca ostrożność w kwestii wysyłania broni jest potrzebna. Ale można wysyłać np. broń defensywną – stwierdził Mastalerek.

Zapytany, czy w PiS istnieje rozłam w kwestii broni dla Ukrainy, rzecznik stwierdził, że brak konsensusu w tej sprawie jest raczej w PO. Dodał też, że stosunek PiS w tej kwestii jest raczej bez większego znaczenia. – Bez sensu gadać o tym, czy w PiS jest konsensus o broni. Wpływ Prawa i Sprawiedliwości na to, czy Polska będzie wysyłać broń na Ukrainę, jest żaden – stwierdził Mastalerek.

„Palikot? Winiarz, błazen milioner spod Biłgoraja”

Rzecznik PiS zapytany, czy jest możliwość debaty Andrzeja Dudy z Januszem Palikotem, zakpił, pytając, czy chodzi o „tego winiarza, błazna, milionera spod Biłgoraja?” Mastalerek ocenił, że Palikot tak naprawdę nie chce prezydentury, a kandydując, ukrycie wspiera Bronisława Komorowskiego.

– To jest człowiek, który startuje tylko po to, żeby obrażać Dudę, tak jak kiedyś miał zadanie od Tuska obrażać Lecha Kaczyńskiego – stwierdził rzecznik PiS. – Dziś Polacy oczekują debaty Duda – Komorowski. Debata bez urzędującego prezydenta nie ma sensu – dodał.

„Dobrze, że jest entuzjazm w kampanii Dudy”

Mastalerek zwrócił też uwagę na rosnący wynik kandydata PiS w sondażach. – Nie ekscytujemy się liczbami w sondażach, ale widzimy pewną tendencję. Od miesiąca rośnie poparcie Dudzie, a spada Komorowskiemu – stwierdził.

– Dobrze, że jest entuzjazm w kampanii prezydenckiej, wiara w zwycięstwo i pozytywna energia, bo kiedy zestawi się eventy Andrzeja Dudy i oklapłych, znudzonych polityków PO wysłuchujących Bronisława Komorowskiego, to dobry prognostyk na przyszłość – mówił rzecznik PiS.

Zobacz także

TOK FM

Niemcowa zabiła telewizja

Rozmawiał Wacław Radziwinowicz, 03.03.2015
Siergiej Kowaliow, rosyjski obrońca praw człowieka, były dysydent i więzień łagrów

Siergiej Kowaliow, rosyjski obrońca praw człowieka, były dysydent i więzień łagrów (TOMASZ WIECH)

Ci, którzy na marsz pamięci Borysa przyszli z plakatami „Propaganda zabija”, wskazali właściwego sprawcę.
Rozmowa z Siergiejem Kowaliowem, rosyjskim obrońcą praw człowieka, byłym dysydentem i więźniem łagrówWACŁAW RADZIWINOWICZ: Nie pytam, kto zabił Borysa Niemcowa, bo tego nie wiedzą, a może nawet nigdy się nie dowiedzą prowadzący śledztwo. Kto jednak ponosi odpowiedzialność za to morderstwo?SIERGIEJ KOWALIOW: A ja odpowiem na to pierwsze pytanie. Niemcowa zabiła najwyższa władza naszego kraju. Zabiła go kremlowska telewizja. Ci, którzy na niedzielny marsz pamięci Borysa przyszli z plakatami „Propaganda zabija”, mieli rację. Wskazali właściwego sprawcę.Mówi pan jednak o sprawcy pośrednim, a nie bezpośrednim.– Nie mam dowodów, że władza lub służby specjalne zleciły zabicie przeciwnika. Sądzę, że takich dowodów nie będzie. Ale nie trzeba wiele, by zrozumieć, że w naszym kraju panuje dziś histeryczna atmosfera mordu. Myślę, że pan czasem włącza naszą telewizję, więc rozumie pan, co mam na myśli.Oglądam ją stale, bo mam taki obowiązek…– Serdecznie współczuję. Ja też czasem na to patrzę. Zgroza. Ale to ujadanie, chamskie szczucie wcale nie zaczęło się od wojny z Ukrainą czy nawet wcześniejszej – z Gruzją. Przyniósł to ze sobą przychodzący do władzy Putin. Myślę, że on w szkole KGB, jak to było tam przyjęte, przechodził kursy bandyckiego języka, rosyjskiej grypsery, i był na nich prymusem. Razem z tym słownictwem, określeniami typu „utopimy w kiblu”, wniósł do naszego życia publicznego pogardę, cyniczną drwinę ze słabszych, nienawiść [Wladimier Putin, kiedy jako premier Rosji rozpoczynał w 1999 r. drugą wojnę w Czeczenii, powiedział: terrorystów czeczeńskich „utopimy w kiblu”]. Albo ta jego niby pomyłka – powiedział, że wziął białe wstążeczki opozycjonistów manifestujących w Moskwie zimą 2011-12 roku za prezerwatywy. Jeżeli przywódca kraju pozwala sobie na takie chuligańskie żarciki, to cały kraj przejmuje taki styl.

Narodowi ten styl się podoba. 86 proc. Rosjan popiera takiego właśnie mocnego, agresywnego przywódcę.

– Niestety, moi rodacy okazali się bardzo podatni na jego wpływ. Socjolodzy z niezależnego i bardzo fachowego Ośrodka Jurija Lewady uparcie dowodzą, że piąta część Rosjan ma poglądy liberalne, wolnorynkowe. Ale jak się okazuje, nawet część z nich, i to spora, popiera przywódcę, który napadł na sąsiedni kraj i prowadzi wojnę z bratnim narodem. Przywódcę, który przez telewizję codziennie po wiele godzin karmi obywateli nienawiścią.

Nie Rosjanie pierwsi tak się zachowują.

– Wie pan, Hitler czyściej grał ze swymi poddanymi. On nie ukrywał, że plany budowy potęgi Niemiec opiera na zbrodniach, nienawiści, deptaniu obcych. A w Rosji udajemy, że niczego takiego u nas nie ma. Władze sieją nienawiść, rozpętują wojny i jednocześnie udają, że nigdzie na świecie nie ma tak wysokiego poziomu moralności jak u nas. Wmawiają ludziom, że cały świat zazdrości nam naszej „duchowości”, szerokiego serca. Ludzie zdają sobie sprawę, że to fałsz, ale godzą się grać w tę grę w udawanie. W efekcie zdecydowana większość stoi po stronie brutalnego, agresywnego przywódcy, który ich oszukuje i pozwala okradać.

W niedzielę Mokswa zaprezentowała światu też inne oblicze. Na marsz pamięci Borysa Niemcowa przyszło ponad 50 tys. ludzi. To tutaj bardzo wiele.

– Muszę przyznać, że ta manifestacja zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż poprzednie marsze opozycji, w których pacyfiści maszerowali ramię w ramię z ludźmi krzyczącymi: „Bij Żydów”. To mi się nie podobało, tak nie powinno być. A w niedzielę tłum był wielki, ale jednorodny. Ludzie byli połączeni jednym bólem i jedną ideą protestu przeciw terrorowi politycznemu. A przy tym spokojni i pewni swej racji. To trochę dodaje otuchy.

Ale zaraz potem w swych domach ci sami ludzie z telewizorów znów usłyszeli o piątej kolumnie zdrajców, którzy na polecenie wrogów chcą rozbić Rosję.

– I niektórzy słuchający tego dają wiarę propagandowym bzdurom i współczują władzom swego biednego, zagrożonego państwa. I wtedy przychodzi im do głowy rzecz oczywista – trzeba pomóc władzy, która ma spętane ręce, bo musi zachowywać pozory przyzwoitości. Nie może więc, „jak należy”, zrobić porządku ze „zdrajcami narodu”, jak swych oponentów nazywa Putin. A przecież oni – dobrzy patrioci – mogą wziąć ten trud na swoje barki. Myślę, że wy, Polacy, powinniście to zrozumieć. Przecież „porządek” z księdzem Jerzym Popiełuszką postanowiła zrobić grupa nie tak już bardzo wysoko postawionych, ale otumanionych propagandą oficerów waszej bezpieki. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że dziś u nas mordercy Niemcowa czują się bohaterami, którzy bardzo się przysłużyli ojczyźnie. I pewnie wielu jest wśród nas takich, którzy też się chcą podobnie „zasłużyć”.

To wisi w powietrzu, to się wyczuwa w tej atmosferze nienawiści, która panuje dziś w Rosji. Aktualności znów nabiera Gogolowskie pytanie: dokąd pędzi „Rosja-trojka”?

– To nasze wieczne pytanie. Dokąd pędzi ten kraj? Gdzie on się w końcu zatrzyma – na skraju przepaści czy na jej dnie? I straszne jest to, że nawet ci, co rządzą w Moskwie, nie znają odpowiedzi. Myślę, że kiedy Putin budzi się w nocy i zadaje sobie pytanie: kim jestem, dokąd zdążam, dokąd prowadzę ludzi – nawet on sam z ręką na sercu nie potrafi sobie na nie odpowiedzieć. Jego też porwał i niesie potok kłamstwa i nienawiści, jaki sam skierował na Rosję.

Zobacz także

wyborcza.pl

Czechy nie są w Europie koniem trojańskim

Rozmawiał Lubosz Palata, 03.03.2015
Ministrowie spraw zagranicznych (od lewej): Słowacji Miroslav Lajcak, Czech Lubomir Zaoralek, Polski Grzegorz Schetyna i Ukrainy Pawło Klimkin na spotkaniu 16 grunia 2014 r. w Kijowie

Ministrowie spraw zagranicznych (od lewej): Słowacji Miroslav Lajcak, Czech Lubomir Zaoralek, Polski Grzegorz Schetyna i Ukrainy Pawło Klimkin na spotkaniu 16 grunia 2014 r. w Kijowie (SERGEI CHUZAVKOV/AP)

Jesteśmy przeciwni dostawom broni dla Kijowa, jednak jasno mówimy, że to nie Ukraina jest agresorem. To Rosja zdestabilizowała sytuację w tym kraju i naruszyła zasady obowiązujące w naszej cywilizacji. Rozmowa z Lubom~rem Zaorálkiem, ministrem spraw zagranicznych Czech
LUBOSZ PALATA: Premier Węgier Viktor Orbán powiedział, że Czechy wspólnie z Austrią, Węgrami i Słowacją opowiadają się przeciwko utrzymaniu sankcji przeciw Rosji. Czy rzeczywiście jesteśmy częścią grupy „przyjaciół Rosji” w Unii Europejskiej?LUBOM”R ZAORÁLEK: Nie, tego bym nie chciał. Czechy jasno dają do zrozumienia, jaki jest ich stosunek do Ukrainy.Jaki? Co pana zdaniem dzieje się na wschodzie Ukrainy? Czy to rosyjska interwencja?– Bez ingerencji Rosji ten problem nigdy nie nabrałby takich rozmiarów. Gdyby nie Rosja, Ukraina byłaby sobie w stanie z nim poradzić. Przez aneksję Krymu oraz dostawy broni i „ochotników” do wschodnich regionów Ukrainy Moskwa zdestabilizowała sytuację w tym kraju. Złamała w ten sposób podstawowe zasady pokojowego współżycia obowiązujące w naszej cywilizacji, więc Unia Europejska nie mogła tego zostawić bez odpowiedzi.Jak czeski rząd ocenia Majdan? Czy to była rewolucja, której celem było związanie Ukrainy z Europą i Zachodem?– Tak. Pytałem wielu Ukraińców, dlaczego Europa, UE tak bardzo ich pociągają. Mówili, że tam się tak bardzo nie kradnie, że obowiązuje solidarność, europejskie wartości, że jest demokracja. Majdan był też protestem przeciw olbrzymiej nierówności. Przeciw sytuacji, w której po jednej stronie mamy kilku oligarchów ze złotymi kranami w łazienkach, a po drugiej – większość Ukraińców, którzy wegetują. Jednak rok po wydarzeniach na Majdanie wciąż nie możemy powiedzieć, że coś się w tej kwestii wyraźnie poprawiło. Przeciwnie, Ukraina ma duże problemy gospodarcze.Czy przypadkiem nie dlatego, że Rosja zrabowała Ukrainie Krym, a na wschodzie kraju rozpętała wojnę?

– Także dlatego. Ale wyzwania, które pojawiły się przed rokiem, wciąż pozostają aktualne. Ich realizacja jest oczywiście straszliwie obciążona tym, co się dzieje na wschodzie kraju.

Nawet w Unii Europejskiej wielu polityków mówi, że nie można wymagać od Ukrainy przeprowadzania reform w sytuacji, kiedy kraj jest w stanie wojny z Rosją.

– Tego jednoznacznie nie mówią nawet politycy ukraińscy, włącznie z prezydentem Poroszenką. Nikt z nich mi nie powiedział, że reformy są niemożliwe, bo trwa wojna. To bardziej skomplikowane. Oczywiście w takich warunkach trudno sobie wyobrazić przeprowadzenie niektórych reform. Z drugiej jednak strony – nie ma już czasu na odkładanie zmian na później. Dlatego chwalę Ukrainę za to, że udało jej się przeprowadzić reformę systemu sądowego, że na przekór wojnie parlament i rząd starają się wprowadzać reformy, które w tych warunkach są możliwe do wprowadzenia. Są one bardzo ważne i niezbędne, by gospodarka ukraińska w ogóle przeżyła. Należy zlikwidować olbrzymie nierówności społeczne i przywrócić zaufanie obywateli do państwa.

Polska jest naszym sojusznikiem strategicznym. Czy podzielamy polskie postrzeganie wydarzeń na Ukrainie?

– Nie mówimy, co prawda, tego samego – praga i Warszawa nie będą chyba nigdy mówić o Ukrainie w ten sam sposób – ale nie znaczy to, że nie chcemy działać razem z Polską. Dla naszego funkcjonowania w Europie jest to kwestia zasadnicza. To nasz obowiązek.

A czy Polska jest partnerem strategicznym Czech?

– Jest i nadal będzie. Ma to związek z naszą historią i z tym, że mamy wiele wspólnego. Nasza historia, co prawda, nie jest taka sama, ale to, co nas łączy, jest o wiele silniejsze i istotniejsze niż różnice. Jesteśmy zbliżeni kulturowo, łączą nas cele, jakie sobie stawiamy w Europie. Wspólny mamy też Wyszehrad, który wciąż ma olbrzymią wartość.

I nie zastępujemy Wyszehradu trójkątem sławkowskim z Austrią i Słowacją? Dopiero co odbył się taki trójstronny szczyt. Dlaczego w ogóle nawiązaliśmy tę współpracę?

– Stosunki z Austrią były zamrożone i chcemy to zmienić. Nie działały nawet rzeczy tak praktyczne, jak budowanie infrastruktury komunikacyjnej czy energetycznej. Współpraca Austrii, Słowacji i Czech dotyczy właśnie tych konkretnych spraw.

Więc nie jest to stowarzyszenie przeciwko sankcjom nałożonym na Rosję, jak napisał na stronie internetowej kanclerz Austrii Werner Faymann?

– Nie, muszę temu zaprzeczyć. Nie chcemy być niczyim koniem trojańskim. Opowiadamy się za jednolitym stanowiskiem UE w kwestii kryzysu ukraińskiego, bo to nasza jedyna szansa. Kryzys ukraiński i Państwo Islamskie są możliwe do opanowania, jeśli unia będzie w stanie funkcjonować jako całość. Siły dośrodkowe w UE są na szczęście wciąż dostatecznie mocne. Nawet Orbán jakiś czas temu powiedział, że Węgry nigdy nie wyłamią się z jednolitej linii polityki europejskiej.

Czy UE zrobiła wystarczająco dużo, aby powstrzymać wojnę na Ukrainie?

– Kiedy umierają ludzie, są tysiące zabitych, nie można powiedzieć, że zrobiliśmy wystarczająco dużo. Broniłbym jednak UE. Nie zawiedliśmy. Podjęliśmy kroki, które wcale nie były tak łagodne, jak na początku myślano. Zrobiliśmy to, co było możliwe, i pod tym względem zadanie zostało spełnione. Teraz chodzi o to, abyśmy byli konsekwentni. UE musi być w stanie reagować na każdy wariant sytuacji na Ukrainie, nawet ten najmniej korzystny.

Dlaczego sprzeciwia się pan dostawom broni na Ukrainę? Przecież Kijów ma prawo się bronić przeciw rosyjskiej agresji.

– UE tego nie zabrania i my oczywiście nie powinniśmy tego zabraniać. Ukraina nie jest agresorem. To indywidualna sprawa każdego państwa, czy chce wspierać konflikt wojenny. Dostawy broni oznaczają kolejne cierpienia ludności cywilnej.

Ale Rosja dostarcza tam broń.

– W ostatnich porozumieniach z Mińska znalazło się zobowiązanie do wycofania broni i przerwania walk. Wierzę, że uda się doprowadzić do rozejmu, chociaż Debalcewe było poważnym naruszeniem zobowiązań. Przerwanie walk chcemy osiągnąć za pomocą środków dyplomatycznych. Dlatego dostawy broni nie byłyby teraz najlepszym pomysłem. Takie jest stanowisko czeskiego rządu. Ten kryzys nie ma rozwiązania wojskowego.

Konfrontacja wojskowa jest dla Rosji korzystna, tu Rosjanie odnoszą sukcesy. Istnieją jednak inne rzeczy, w których znacznie silniejsza jest UE. Dyplomatyczny, ekonomiczny nacisk, który działa. Wiedzą o tym także Rosjanie.

Zobacz także

wyborcza.pl

Planetka z niespodzianką

Piotr Cieśliński, 03.03.2015
Sonda Dawn

Sonda Dawn

Za kilka dni sonda Dawn wejdzie na orbitę planety karłowatej Ceres. Astronomowie już zacierają ręce.
Żaden ziemski statek wcześniej nie odwiedził tego obcego świata, największego z ciał, które krążą w pasie planetoid pomiędzy Marsem i Jowiszem. Na zdjęciach teleskopu Hubble’a Ceres przypominała małą, rozmytą piłeczkę golfową.Dziś byśmy raczej porównali ją do jajka z niespodzianką, bo ze zdjęć, które od tygodni przesyła zbliżająca się do niej sonda Dawn, wynika, że to wcale nie jest martwy i nieciekawy glob.Skąd te białe plamy?Pod koniec stycznia na zdjęciach północnej półkuli Ceres dostrzeżono tajemniczą białą plamę, która wyraźnie się odcinała od bardzo ciemnego tła. Miesiąc później, gdy Dawn przeleciała kolejne dziesiątki tysięcy kilometrów, okazało się, że to w rzeczywistości dwie sąsiadujące z sobą jaskrawe plamki. Są sporo jaśniejsze niż otoczenie, ich blask aż bije po oczach.To pierwsza z zagadek, które przyjdzie rozwiązać naukowcom. Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi, że to świeże kratery odsłaniające lodowe wnętrze planety. Większość powierzchni Ceres jest bardzo ciemna – pokrywa ją materiał bogaty w węgiel, ale jej wnętrze zapewne kryje lód. Wynika to stąd, że średnia gęstość planety jest niewielka – ledwie 2 g/cm sześc. (gęstość skalistej Ziemi jest dwa i pół razy większa). Nawet 40 proc. jej objętości może więc stanowić woda albo uwodnione minerały.Jeśli rzeczywiście Ceres to w dużej części lód, to jest największym – poza Ziemią – rezerwuarem wody w wewnętrznym obszarze Układu Słonecznego. Niewykluczone, że cała woda nie jest zamrożona, część może tworzyć podziemny ocean, jak na księżycach Jowisza i Saturna, albo wypełniać izolowane kieszenie wodne. Tę hipotezę wzmocniło odkrycie obłoków pary wodnej nad powierzchnią Ceres przez widzący w podczerwieni teleskop kosmiczny Herschela.Na razie nie wiadomo, skąd się ta para ulatnia. Może Dawn zauważy jakieś aktywne szczeliny lub gejzery na powierzchni. Dwie jasne plamki mogą być śladem niedawnej aktywności geologicznej. Albo to dziury wybite przez uderzenie meteorytów.

– Leżą w tym samym zagłębieniu, co może wskazywać na to, że ich źródłem jest jakiegoś rodzaju wulkan, ale będziemy musieli poczekać na lepsze zdjęcia, zanim zajmiemy się geologicznymi interpretacjami – mówi Chris Russell z NASA, szef misji.

Policja nieba poszukuje

Ceres ma średnicę ok. 950 km (średnica naszego Księżyca jest trzy i pół razy większa). Jako pierwszy dostrzegł ją z Ziemi 1 stycznia 1801 r. sycylijski astronom Giuseppe Piazzi. Był jednym z członków elitarnego klubu astronomów zwanego „policją nieba”, który zawiązał się w celu sprawdzenia niezwykłej koncepcji Johanna Daniela Titiusa. Ten profesor Uniwersytetu w Wittenberdze w 1766 r. zauważył, że istnieje prosta matematyczna reguła, która opisuje odległości planet od Słońca. Nikt wtedy nie zwrócił na to uwagi, ale kiedy w 1781 r. William Herschel odkrył Urana, okazało się, że znajduje się on prawie dokładnie w odległości przewidzianej przez tę regułę.

I wtedy astronomowie zainteresowali się przestrzenią między Marsem i Jowiszem. Tam według wzoru Titiusa także powinna krążyć planeta. 24 astronomów podzieliło nieboskłon na osobne rewiry i w ramach nieformalnej „policji nieba” rozpoczęło regularne patrole w celu poszukiwania kosmicznej zguby. Poszczęściło się Sycylijczykowi.

Giuseppe Piazzi był przekonany, że odkrywa nową planetę, więc zgodnie z tradycją sięgnął do mitologii i nazwał nowe ciało niebieskie imieniem rzymskiej bogini, opiekunki Sycylii. Ale w kolejnych latach w podobnej odległości od Słońca – dalej, niż krąży skalisty Mars, ale bliżej niż gazowy Jowisz – odkryto więcej niezbyt dużych globów, a także setki tysięcy mniejszych skalnych okruchów. Zaliczono je do nowej klasy pomniejszych ciał Układu Słonecznego i odtąd zwano asteroidami, planetoidami, a niekiedy planetkami czy małymi planetami.

Ceres była z nich zdecydowanie największa, ale mimo to straciła miano planety. Dopiero w XXI w. podniosła swój kosmiczny status, bo w 2006 r. została mianowana planetą karłowatą. Tę nową grupę ciał Układu Słonecznego utworzono specjalnie dla Plutona, którego w tym samym roku Międzynarodowa Unia Astronomiczna wyrzuciła z listy planet. Ale żeby pocieszyć amerykańskich astronomów (Pluton jako jedyna planeta odkryta przez Amerykanina jest przez nich bardzo hołubiony), zostawiono mu na osłodę w tytule miano planety, tyle że karłowatej.

Wielu astronomów uważa, że oba globy – zarówno Pluton, jak i Ceres – zostały niesprawiedliwie potraktowane i powinny wrócić na listę pełnoprawnych, rasowych planet. Ważkich argumentów ku temu ma właśnie dostarczyć sonda Dawn.

Życie na Ceres?

To pierwsza sonda, której celem jest zbadanie dwóch prominentnych globów pasa asteroid. Trzy lata temu Dawn dotarła do planetoidy Westa (530 km średnicy) i spędziła rok na jej orbicie, a od września 2012 r. podąża do Ceres. Będzie pierwszym statkiem w dziejach, który w ramach jednej misji wejdzie na orbitę dwóch globów.

Jest to możliwe dzięki silnikowi jonowemu. To rodzaj napędu odrzutowego, w którym siła odrzutu nie pochodzi ze spalania paliwa i strumienia gorących gazów wylatujących z dysz. Napęd dają jony gazu szlachetnego – ksenonu. Są przyspieszane w polu elektrycznym (energii dostarczają baterie słoneczne) i z dużą prędkością wyrzucane z silnika, tworząc za dyszą obłok mieniący się delikatną, trochę nieziemską, niebieską poświatą. Największą zaletą jest oszczędność. Mając taką samą ilość paliwa, z silnikiem jonowym można dolecieć dziesięć razy dalej niż z silnikiem o napędzie chemicznym. Wadą jest niezwykle mała siła ciągu, którą można porównać do nacisku, jaki kartka papieru wywiera na powierzchnię Ziemi. Dawn potrzebuje aż czterech dni, żeby przyspieszyć do 100 km/godz.

Dlatego całe lata trwało, nim dogoniła Westę, a teraz Ceres. Gdy już wejdzie na orbitę planety karłowatej, miesiące zajmie jej korekta orbity i spiralne zejście z ponad 10 tys. km do ledwie 375 km nad powierzchnię. Ale warto poczekać.

Astrobiolodzy uważają dziś, że Ceres jest równie ciekawym miejscem do szukania środowiska sprzyjającego życiu jak lodowe księżyce Jowisza – Ganimedes czy Europa – albo naturalny satelita Saturna – Enceladus. Ceres ma nad nimi tę przewagę, że jest dużo bliżej Ziemi. Za kilka miesięcy możemy się spodziewać wielu niespodzianek.

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: