Duda (14.02.15)

 

Co ukrywał przed papieżem ks. Dziwisz?

Kardynał Stanisław Dziwisz (fot. JAKUB GRUCA / Newspix.pl )Kardynał Stanisław Dziwisz (fot. JAKUB GRUCA / Newspix.pl )
Według mnie Jan Paweł II jest święty. Jednak nie uważam, że był idealnym papieżem i idealnym człowiekiem. De facto nie rządził, robili to za niego inni. Nie potrafił też zarządzać skandalami seksualnymi w Kościele – mówi w rozmowie z Magdaleną Rigamonti John Thavis, autor „Dziennika watykańskiego”.

Magdalena Rigamonti: Ksiądz Dziwisz wiedział o skandalach seksualnych w Legionie Chrystusa? O molestowaniu seminarzystów przez założyciela Legionu, ks. Maciela?

John Thavis: W Watykanie było wiadomo, że ks. Dziwisz był w bliskich stosunkach z ks. Marcialem Macielem Degollado, założycielem Legionu Chrystusa. W 1998 r. papież wyświęcił ks. Dziwisza na biskupa i nowo wyświęcony biskup wydał uroczysty obiad na 600 osób na uczelni prowadzonej właśnie przez legionistów Chrystusa. W tym czasie eksseminarzyści i legioniści oskarżający Maciela o molestowanie i wykorzystywanie seksualne przekazali Dziwiszowi informacje na temat Maciela z prośbą o przekazanie ich papieżowi. Wiem to od nich, wiem też, że nie było żadnej reakcji. Sugerowali, że ks. Dziwisz te informacje blokuje.

Przekazali je bezpośrednio ks. Dziwiszowi?

Tak, tak twierdzą. I nie ma podstaw, żeby im nie wierzyć. Różnymi sposobami próbowali poinformować Watykan o tym, co się dzieje w Legionie Chrystusa, w jaki sposób działał Maciel. A ten wybierał sobie młodego seminarzystę, mówił, że jest chory, nakazywał, by wybranek zajął się nim w jego pokoju, twierdził, że masowanie brzucha mu pomoże… Proszę pamiętać, że młodzi chłopcy składali śluby, że nie będą nikomu mówić, co się dzieje w Legionie, zobowiązani byli też do spowiadania się tylko u księży legionistów. Kiedy już sprawę opisałem, kard. Dziwisz powiedział mi, że ofiary ks. Maciela nie przekazały tych informacji do właściwych osób.

Czyli do kogo?

Prawdopodobnie miał na myśli siebie. Twierdził, że jemu nikt nic na temat Maciela nie mówił, że ktoś inny z Kurii Rzymskiej musiał blokować informacje.

Zamknięte koło.

Taki jest Watykan. Pracuję tam od ponad 30 lat i tak jak już mówiłem, z jednej strony wyciekają z niego różne informacje, nic się w Watykanie nie ukryje, wszyscy plotkują, a z drugiej są blokady.

Wprost.pl

Watykański minister finansów: znaleziono 1,4 mld euro dodatkowych aktywów

14.02.2015

W Wa­ty­ka­nie zna­le­zio­no łącz­nie do­dat­ko­we ak­ty­wa w wy­so­ko­ści 1,4 mi­liar­da euro, o któ­rych wcze­śniej nie wie­dzia­no – ujaw­nił pre­fekt Se­kre­ta­ria­tu ds. Eko­no­micz­nych kar­dy­nał Geo­r­ge Pell. Wy­ja­śnił, że sumy te nie były ce­lo­wo ukry­te i nie­le­gal­ne, ale źle za­rzą­dza­ne.

Papież Franciszek i Benedykt XVI podczas konsystorza w Watykanie

Foto: ReutersPapież Franciszek i Benedykt XVI podczas konsystorza w Watykanie

W wy­wia­dzie dla dzien­ni­ka „Cor­rie­re della Sera” po­cho­dzą­cy z Au­stra­lii wa­ty­kań­ski „mi­ni­ster fi­nan­sów” przy­znał, że mała grupa do­stoj­ni­ków Kurii Rzym­skiej sta­wia­ła opór fi­nan­so­wej re­for­mie pa­pie­ża Fran­cisz­ka.

Postawmy sprawę jasno; nie można kraść i nie można trwonić pieniędzy. Nie chcemy ekstrawagancji i marnotrawstwa. Jeśli będziemy właściwie postępować, będzie więcej pieniędzy na działalność Kościoła i na pomoc dla biednych i tych, którzy cierpią.

Kard. George Pell

Kar­dy­nał Pell pod­kre­ślił, że zna­le­zie­nie nie­zna­nych ak­ty­wów moż­li­we było dzię­ki nowym re­gu­łom i pro­ce­du­rom za­rzą­dza­nia bu­dże­ta­mi wszyst­kich urzę­dów i in­sty­tu­cji za Spi­żo­wą Bramą.

Nowe za­sa­dy, wpro­wa­dzo­ne wraz z re­for­mą Fran­cisz­ka, przy­no­szą nie tylko re­zul­ta­ty w po­sta­ci zra­cjo­na­li­zo­wa­nia wy­dat­ków i więk­szej wy­daj­no­ści, ale także uczci­wo­ści i przej­rzy­sto­ści – oświad­czył kar­dy­nał Pell.

– Po­staw­my spra­wę jasno; nie można kraść i nie można trwo­nić pie­nię­dzy. Nie chce­my eks­tra­wa­gan­cji i mar­no­traw­stwa. Jeśli bę­dzie­my wła­ści­wie po­stę­po­wać, bę­dzie wię­cej pie­nię­dzy na dzia­łal­ność Ko­ścio­ła i na pomoc dla bied­nych i tych, któ­rzy cier­pią – stwier­dził au­stra­lij­ski kar­dy­nał, który pod­czas kon­sy­sto­rza przed­sta­wił Ko­le­gium Kar­dy­nal­skie­mu sy­tu­ację fi­nan­so­wą Wa­ty­ka­nu. Po raz pierw­szy kar­dy­na­ło­wie za­po­zna­li się z nią tak do­kład­nie – za­zna­czył kard. Pell.

Kar­dy­nał pod­kre­ślił, że fun­du­sze ujaw­nio­ne w wy­ni­ku kon­tro­li nie są nie­le­gal­ne. – Nikt nie wie­dział o do­kład­nej sumie tych fun­du­szy – po­wie­dział. We­dług słów do­stoj­ni­ka nawet Se­kre­ta­riat Stanu nie wie­dział, że ma „dużo do­dat­ko­wych pie­nię­dzy na złe czasy”.

Zna­le­zie­nie do­dat­ko­wych ak­ty­wów ozna­cza zatem, pod­kre­ślił „mi­ni­ster fi­nan­sów”, że sy­tu­acja fi­nan­so­wa Sto­li­cy Apo­stol­skiej i Pań­stwa Wa­ty­kań­skie­go jest lep­sza niż uwa­ża­no.

Papież Franciszek: nieposiadanie dzieci jest egoizmem

0:36 min
Papież Franciszek: nieposiadanie dzieci jest egoizmem– Posiadanie dzieci jest błogosławieństwem, a nie ciężarem – powiedział papież Franciszek podczas cotygodniowej audiencji. Dodał, że niesłuszne jest postrzeganie wielodzietności jako wyniku podejmowania nieodpowiedzialnych decyzji. Zwrócił uwagę na to, że nieposiadanie dzieci jest wyborem egoistycznym. Papież zachęcał również dzieci do wspierania swoich rodziców w czynieniu świata lepszym. (RC)x-news

Onet.pl

Druga rewolucja francuska

Rafał Woś, 13.02.2015
Rafał Woś

Rafał Woś (Youtube.com)

Są tacy, którzy na sam dźwięk słowa „nierówności” skrzywią się z niesmakiem. Pewnie dlatego, że patrzą na nierówności po staremu. I widzą tylko rytualne ględzenie o biedzie oraz wykluczeniu, z czego zazwyczaj nic nie wynika. Nie rozumieją, że po kryzysie o nierównościach trzeba rozmawiać inaczej.
Nie chodzi tu już tylko o szlachetny odruch serca wobec najsłabszych, lecz o przyszłość całej gospodarki. Rozumie to coraz więcej ekonomistów. Nie tworzą oni jednej „szkoły”, bo są rozsiani po różnych ośrodkach akademickich od Paryża po Kalifornię. Nazwijmy ich jednak roboczo „Francuzami”. A to dlatego, że spora część z nich pochodzi właśnie znad Sekwany (choć są tu i inne nacje). Taki na przykład Emmanuel Saez. Ten 42-letni profesor z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii ma już w dorobku – zwany „małym Noblem” – medal im. Johna Batesa Clarke’a. Albo jego rówieśnik Thomas Piketty z Paris School of Economics – autor „Kapitału w XXI wieku”, najbardziej poczytnej książki ekonomicznej roku 2014.

Zarówno Saez, jak i Piketty nie wzięli się znikąd. Mniej więcej od dekady pracują nad stworzeniem wielkiej (w międzyczasie dostępnej w internecie jako „The World Top Incomes Database”) bazy danych poświęconej nierównościom dochodowym. Bo teoretyzować na temat rozpiętości dochodowych to jedno. Dużo lepiej jednak podeprzeć swoje wnioski twardymi danymi historycznymi. A tych w bazie Saeza i Piketty’ego nie brakuje. Na jej podstawie każdy czytelnik może sobie w dowolnej chwili obejrzeć, jaka część dochodu narodowego przypadała na górne warstwy społeczeństw USA, Francji, Niemiec albo Skandynawii. W roku 1913 albo 2012. Do wyboru, do koloru.

Oczywiście Saez i Piketty nie wykonali tej tytanicznej pracy sami. Pomagała im cała sieć pracujących w różnych częściach świata ekonomistów, reprezentujących na dodatek różne pokolenia. Od pioniera tego typu badań w Wielkiej Brytanii prof. Anthony’ego Atkinsona, po młodego Argentyńczyka Facundo Alvaredo z Paris School of Economics czy kolejnych Francuzów Gabriela Zucmana i Camille’a Landaisa pracujących w London School of Economics. Jest też Serb Branko Milanovic, ekonomista przez lata pracujący w Banku Światowym, a obecnie zadomowiony w nowojorskim City University. Milanovic, autor pionierskich prac próbujących szacować nierówności w epokach przednowoczesnych (na przykład w czasach Bizancjum), nie współpracuje z Saezem i Pikettym w sposób bezpośredni. Raczej z życzliwością starszego kolegi przypatruje się ich wysiłkom.

Pułapka przypływu

Dorobek „Francuzów” sprowadza się jednak nie tylko do wydobycia i skompilowania w jednym miejscu historycznych danych dotyczących nierówności. Tak naprawdę wybuchowe okazały się dopiero wyciągnięte przez nich wnioski. Już choćby zaprzeczenie dominującemu w ekonomii głównego nurtu przekonaniu, że nierówności to problem, z którym wolnorynkowy kapitalizm sobie raz na zawsze poradził.

Taki wniosek sformułował już w latach 50. Amerykanin Simon Kuznets. Ten późniejszy ekonomiczny noblista zauważył bowiem, że nierówności dochodowe układają się w długim okresie na kształt odwróconej litery U. To znaczy we wczesnej fazie rozwoju rosną, ale potem wraz ze wzrostem zamożności spadają w sposób automatyczny. Dokładnie według ukochanego przez ekonomicznych liberałów powiedzonka, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”.

Wniosek z tego, że nierównościami dochodowymi nie należy się aż tak bardzo przejmować. Bo są w gospodarce sprawy dużo ważniejsze. Krzywa Kuznetsa przyjęła się w debacie ekonomicznej bardzo dobrze. Również z przyczyn nie do końca merytorycznych. W końcu trwała zimna wojna i Zachód bardzo potrzebował namacalnych dowodów, że kapitalizm to ustrój nie tylko skuteczniejszy, lecz także sprawiedliwszy niż radziecki komunizm.

Jak to zwykle w życiu bywa, rzeczywistość okazała się jednak trochę bardziej skomplikowana. Głównie dlatego, że Kuznets tworzył swoją teorię w latach 50. XX wieku. I bazował na danych statystycznych za lata 1913-1948. Czyli akurat trafił na okres, gdy nierówności rzeczywiście się zmniejszyły. Był to jednak efekt jednorazowy spowodowany wojnami i wielką depresją oraz radykalną polityką redystrybucji dochodu narodowego, która była na Zachodzie odpowiedzią na kryzys lat 30.

Zmarły w 1985 r. ekonomista nie mógł wszakże wiedzieć, że mniej więcej od lat 70. nierówności dochodowe we wszystkich krajach rozwiniętego Zachodu znów rosną. I to jak! Jeśli wierzyć danym zebranym przez Francuzów, to kierunkiem, do którego zmierza większość społeczeństw bogatego Zachodu, są poziomy dochodowych i majątkowych nierówności sprzed Wielkiego Kryzysu lat 30. albo nawet z końca XIX wieku.

Najbardziej widać to w Stanach Zjednoczonych, gdzie w latach 60. na najbogatsze 5 proc. społeczeństwa przypadało ok. 20 proc. dochodu narodowego. Teraz (dane za rok 2012) ten odsetek sięga już 35 proc. Czyli dokładnie tyle, co w roku 1928. Jeżeli doliczyć do tego zyski kapitałowe, dochodzi do 40 proc. Tę samą tendencję widać (w różnym natężeniu) w pozostałych krajach rozwiniętych. Można to traktować jako dowód, że „nierówności” to nie jest już kwestia biedy i wykluczenia, które zawsze będą występowały gdzieś na obrzeżach każdego społeczeństwa. Problem, na który wskazują Francuzi, to permanentne rozjeżdżanie się społeczeństw pod względem majątkowym. To powód do obaw o wielki wybuch społeczny oraz przyczyna wielu ekonomicznych problemów dzisiejszego kapitalizmu, z kulejącym popytem, nadmiernym poziomem oszczędności i wielką bombą zadłużenia prywatnego.

Brakujące bogactwo

Jakie są tego przyczyny? Mówiąc krótko, tą przyczyną jest natura samego kapitalizmu. Thomas Piketty opisuje to za pomocą prostej nierówności r>g. Pod symbolem r kryją się dochody z prywatnego kapitału, a więc zyski, dywidendy, oprocentowanie kont, zyski z najmu etc. Symbol g to tempo wzrostu gospodarczego. Jeżeli r w znaczący sposób przewyższa g, to efekt jest taki, że bogaci stają się coraz bogatsi. Bo prywatne odziedziczone fortuny rosną szybciej niż dochody uzyskiwane z normalnej pracy najemnej (ta jest mniej lub bardziej powiązana z gospodarczą koniunkturą).

W efekcie im większy majątek, tym szybciej się powiększa. Zwłaszcza że wzmacnia go efekt rzadkości opisywany już przez Davida Ricardo. Chodzi po prostu o to, że bogaci mają największe możliwości ulokowania swoich pieniędzy w najbardziej zyskownych dobrach rzadkich, czyli na przykład surowcach albo wielkomiejskich nieruchomościach.

I nie ma to nic wspólnego z niedoskonałościami wolnego rynku. Odwrotnie. Im mniej ograniczeń narzucanych na rynek, tym proces odkładania się kapitału w rękach nielicznych przebiega bardziej gładko. Jest to szczególnie dotkliwe, gdy poziom wzrostu gospodarczego jest niski. Tak jak to miało miejsce przed wiekiem XIX i jak się wydaje, będzie również w wieku XXI. Do tego dochodzą rosnące wraz ze wzrostem zamożności możliwości wyprowadzania kapitału do rajów podatkowych.

Świetnie opisał to Gabriel Zucman z LSE (uczeń Saeza i Piketty’ego). W przewrotnie nawiązującej do klasycznej pracy Adama Smitha książce „The missing wealth of nations” (Brakujące bogactwo narodów) Zucman próbuje rozwiązać zagadkę, która od dłuższego czasu męczy wielu ekonomistów.

Czyli na pytanie, jak to możliwe, że gdy patrzymy na międzynarodowe bilanse płatnicze, to strony „ma” i „winien” nie chcą się ze sobą za nic zgodzić. I wygląda to tak, jakby cały świat był zadłużony. Pytanie tylko u kogo? A tym bardziej nic nie wiadomo o tym, by ktokolwiek prowadził transakcje finansowe z Marsem albo Jowiszem.

Zucman rozwiązuje łamigłówkę w sposób bardzo prosty. Te brakujące w bilansach handlowych pieniądze to majątek ukryty w rajach podatkowych. W sumie jakieś 7-8 bln dol. albo inaczej 8 proc. całego osobistego majątku zgromadzonego przez mieszkańców kuli ziemskiej. To pieniądze, których formalnie nie ma. I nikt nawet o nie szczególnie nie pyta. To ta najgłębsza warstwa majątkowych nierówności, bo przecież raje podatkowe to jest właśnie oferta dla kilku górnych procentów najbogatszych społeczeństw globu.

Proces ten potęgują jeszcze współczesne trendy podatkowe. Bo Francuzi faktycznie znaleźli odwrócone U, jednak nie tam, gdzie szukał go Simon Kuznets, ale w poziomie obciążeń fiskalnych najlepiej sytuowanych warstw społecznych. I tak w 1930 r. najwyższa stawka podatku dochodowego sięgała w USA ok. 25 proc. W latach 50. skoczyła do bez mała 90 proc. Dziś znów jest w granicach 40 proc. (a jeszcze niedawno była nawet niżej).

Mówiąc krótko, niższe i coraz bardziej płaskie podatki to więcej pieniędzy w kieszeniach najbardziej majętnych, czyli mniej redystrybucji będącej przecież (przynajmniej teoretycznie) niczym innym jak przekazywaniem pieniędzy z góry drabinki społecznej na jej dół. Nie chodzi jednak tylko o czyste wpływy fiskalne, lecz również o kształtowanie zachowań. W tekście napisanym w 2011 r. Saez, Piketty i ekonomistka z Harvardu Stefanie Stantcheva pokazywali, że niskie podatki dla najlepiej zarabiających wcale nie skłaniają ich do bardziej wytężonej pracy. Raczej stanowią naturalną zachętę do targowania się o więcej. Przecież to logiczne, że przy stawce podatkowej na poziomie 35 proc. takie zachowanie opłaca się bardziej, niż gdyby podatek wynosił 90 proc. Powinien o tym pamiętać każdy, kto uważa, że płacowe ekscesy w korporacjach (zwłaszcza w sektorze finansowym) prowadzą do mało efektywnej alokacji zasobów, pokusy nadużycia albo po prostu do rosnącego poczucia nieadekwatności zarobków do faktycznego wkładu w ekonomiczny wynik firmy.

Dlatego Francuzi nie boją się poszukiwania nowego – bardziej optymalnego kształtu systemu podatkowego. Według Francuzów dla naprawdę wysokiego dochodu (powiedzmy powyżej 1 mln dol. rocznie) najwyższa stawka PiT powinna wynosić ok. 70-80 proc., a więc mieć de facto charakter konfiskacyjny. A wprowadzić ją trzeba właśnie po to, by firmy – na przykład z branży finansowej – przestały płacić swoim czołowym menedżerom kosmiczne pieniądze, które po wielokroć przekraczają ich faktyczną wartość. I żeby te pieniądze przeznaczyli raczej na wynagrodzenia dla pracowników średniego szczebla. Z korzyścią i dla korporacji, i dla całej gospodarki.

 

Uniknąć skrajności

W „Kapitale w XXI wieku” Piketty do tego katalogu podatkowych rozwiązań dodał jeszcze zupełnie nową koncepcję podatku majątkowego. I to najlepiej wprowadzonego od razu na poziomie globalnym (ideał) albo „przynajmniej” unijnym (to już jest możliwe). Chodzi mu o progresywny podatek od majątku netto. To znaczy, że płaciłoby się go od sumy rynkowej wartości wszystkiego, co ktoś posiada, a więc nieruchomości oraz aktywów finansowych oraz biznesowych. Bez wyjątku, lecz po odliczeniu różnego rodzaju zobowiązań. Żeby nie wpychać ludzi w zadłużeniową spiralę.

Celem tego podatku nie byłoby odbieranie biednym ani nawet średniakom. W książce Piketty pisze, że można sobie wyobrazić podatek na poziomie 0 proc. dla majątku netto poniżej miliona euro. A potem 1 proc. dla majątku na poziomie 1-5 mln. I 2 proc. powyżej 5 mln euro. Można także wyobrazić sobie system bardziej progresywny, poczynając od 0,1 proc. od 200 tys. euro; po 5-10 proc. za majątek powyżej miliarda euro.

Oczywiście podatek ten nie ma w żadnym sensie zastąpić istniejących. Powinien być wobec nich dodatkiem. Wcale nie jakimś wygórowanym i obliczonym przede wszystkim na zatrzymanie naturalnego wzrostu nierówności. Według koncepcji Piketty’ego taka danina miałaby jednak jeszcze jeden cel – zwiększenie majątkowej przejrzystości. Bo dziś nawet urzędy podatkowe i statystyczne najbogatszych krajów świata nie do końca wiedzą, kto ma ile majątku, gdzie i w jakiej formie. A opinia publiczna wie o najbardziej majętnych najwyżej tyle, ile oni zechcą o sobie zdradzić dziennikarzom „Forbesa” przygotowującym doroczny ranking najbogatszych.

Tworzy to niebezpieczne skrajności. Jedni są przekonani, iż miliarderzy mają tyle pieniędzy, że wystarczyłoby ściągnąć z nich troszeczkę, by rozwiązać wszystkie problemy świata. Inni z kolei dowodzą, że superbogaczy jest ledwie garstka. Więc jakiekolwiek próby opodatkowania ich majątku nie dadzą absolutnie nic. I jedna, i druga postawa budzi poczucie bezradności. Podczas gdy prawda – dowodzą Francuzi – leży mniej więcej pośrodku. Bo globalny podatek od majątku nie rozwiąże wszystkich problemów świata. Jego wprowadzenie może nas jednak uchronić przed wieloma szkodliwymi społecznie zjawiskami; i uruchomić wreszcie współpracę międzynarodową w dziedzinie ścigania przestępstw gospodarczych.

Na pytanie, czy takie opodatkowanie jest sprawiedliwe, Piketty odpowiada zwykle pytaniem: A czy sprawiedliwa jest sytuacja, w której majątek po osiągnięciu pewnej wielkości przestaje być w ogóle przedmiotem zainteresowania fiskusa? Czy to jest fair wobec tych wszystkich szaraczków wypełniających grzecznie swoje zeznania podatkowe, przed którymi nie mogą uciec?

Wszystkie te podatkowe eksperymenty nie są dla Francuzów jakąś lewacką fanaberią. Oni są przekonani, że w ten sposób ratują kapitalizm przed nim samym, zanim rosnące nierówności doprowadzą do potężnego tąpnięcia na wzór rewolucji francuskiej z 1789 r. albo bolszewickiej. Stąd radykalna krytyka nierówności, podwyżki podatków i dowodzenie, że wolny rynek może w końcu zabić kapitalizm.

Nie trzeba być specjalnym znawcą debat ekonomicznych, żeby zrozumieć, że takie obrazoburcze tezy musiały wywołać olbrzymie kontrowersje. Opór wobec Francuzów skupił się zwłaszcza na Pikettym. I przybierał różne formy. Od pozamerytorycznych ataków na tle obyczajowym (Piketty’emu zarzucono, że dopuszczał się przemocy domowej), po wytykanie błędów metodologicznych oraz logicznych. Większość krytyków uderzała jednak w Piketty’ego z pozycji pryncypialnych, robiąc z niego przeciwnika kapitalizmu.

Trudno jednak zaprzeczyć, że wystąpienie Francuzów uruchomiło też nowy ton w międzynarodowej debacie ekonomicznej, widoczny już nawet tam, gdzie dotąd mówiło się raczej o potrzebie większej innowacyjności albo konkurencyjności. „Idą po nas z widłami. Jeszcze jest czas uniknąć najgorszego” – pisał w głośnym tekście na łamach magazynu „Politico” multimilioner Nick Hanauer. Przyznając w zasadzie w pełni rację diagnozie przedstawionej przez Francuzów. Głośnym echem odbił się też raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego autorstwa Jonathana D. Ostry’ego, Andrew Berga i Charalambosa Tsangaridesa dowodzący, że nierówności dochodowe i niezrównoważony wzrost gospodarczy to często dwie strony tej samej monety. Z przedstawionej przez nich analizy danych historycznych z lat 1960-2010 wynikało, że owszem, są kraje, którym zwiększenie redystrybucji zaszkodziło. Ale nawet więcej jest takich, gdzie rozkręcenie mechanizmów państwa dobrobytu zaczęło przynosić efekty w postaci wyższego wzrostu i zmniejszenia nierówności dochodowych.

Nie jest rzecz jasna tak, że wszystkie te głosy wcześniej w przestrzeni publicznej w ogóle nie funkcjonowały. Dopiero jednak mocne uderzenie francuskiego combo ustawiło nierówności w centrum współczesnych sporów ekonomicznych. Czy przełoży się to na konkretne propozycje polityczne? Tego na razie nie wiadomo. W końcu poprzednie rewolucje ekonomiczne (zarówno ta keynesowska, jak i neoliberalna) nie od razu przełożyły się na gospodarczą praktykę. Ale w końcu na nią wpłynęły, czemu chyba nikt rozsądny nie będzie zaprzeczał.

Prawdziwa nauka reaguje na rzeczywistość, a nie obraża się na nią. Wybuch kryzysu w 2007 roku sprawił, że ekonomiści musieli na nowo spojrzeć na uprawianą dyscyplinę. Pojawiły się nowe idee, powrócono do tych zapomnianych. Choć proces trwa, minęło już wystarczająco dużo czasu, by spróbować te nowe prądy usystematyzować. „Dziennik Gazeta Prawna” wspólnie z Obserwatorem Finansowym podjęły taką próbę. Będą opisywać tę zmianę w nowym cyklu „Podręcznik nowej Ekonomii”. Autorami publikacji będą dwaj znakomici dziennikarze ekonomiczni: Rafał Woś, publicysta „Dziennika Gazety Prawnej”, autor książki „Dziecięca choroba liberalizmu”, w której kontestuje realia wolnego rynku, oraz Sebastian Stodolak z Obserwatora Finansowego, autor wielu doskonałych wywiadów, m.in. z laureatami Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, zwolennik wolnego rynku i ograniczenia roli państwa w gospodarce. Ich artykuły będą naprzemiennie przedstawiać różne punkty widzenia na największe wyzwania ekonomii i gospodarki.

Zobacz także

TOK FM

Grecja zablefowała się na śmierć

LONDYN – Przyszłość Europy zależy dziś od czegoś na pozór niemożliwego: Grecja i Niemcy muszą się dogadać. To porozumienie wydaje się nie do osiągnięcia nie z powodu zasadniczego sprzeciwu między tymi dwoma rządami – Grecja żąda redukcji długu, a Niemcy upierają się, że nie można im darować ani eurocenta – ale z powodu czegoś bardziej fundamentalnego: wprawdzie w tym sporze Grecja jest wyraźnie słabszą stroną, ale ryzykuje znacznie więcej.

Z teorii gier wynika, że najmniej przewidywalne konflikty to takie, w których do walki staje słaby, ale zdeterminowany uczestnik, zaś jego przeciwnik jest silny, lecz znacznie mniej zaangażowany. W tych scenariuszach najbardziej stabilnym wynikiem zwykle jest remis, z którego obie strony są częściowo zadowolone.

W konfrontacji grecko-niemieckiej łatwo jest, przynajmniej w teorii, zaprojektować taką grę o sumie dodatniej. Musimy tylko odrzucić polityczną retorykę i skupić się na wynikach gospodarczych, na jakich naprawdę zależy obu uczestnikom.

Niemcy są zdeterminowane, by sprzeciwiać się wszelkim umorzeniom długu. Dla niemieckich wyborców ten cel znaczy więcej niż szczegóły reform strukturalnych w Grecji. Z kolei Grecja jest zdeterminowana, by zrzucić choć na chwilę jarzmo karzących i bezproduktywnych oszczędności narzuconych jej przez „trojkę” (Komisję Europejską, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy) za namową Niemiec. Dla greckich wyborców ten cel liczy się bardziej niż szczegółowe kalkulacje o wartości netto długu publicznego za 30 lat.

Jeśli obie strony skupią się na swoich priorytetach, a odpuszczą cele drugorzędne, łatwo powinno być osiągnąć kompromis. Niestety, ludzka ułomność zdaje się działać przeciw takiemu racjonalnemu rozwiązaniu.

Janis Varoufakis, nowy minister finansów Grecji, jest profesorem ekonomii matematycznej, który specjalizuje się w teorii gier. Ale jego technika negocjacyjna – nieprzewidywalne wahania między agresją i słabością – to coś wręcz przeciwnego, niż sugerowałaby owa teoria. Pomysł Varoufakisa na strategię negocjacyjną polega na tym, że przystawia sobie pistolet do głowy, a potem żąda okupu za to, że z niego nie strzeli.

Politycy niemieccy i unijni mówią „sprawdzam”. W efekcie obie strony ugrzęzły w pasywno-agresywnym impasie, który uniemożliwia poważne negocjacje.

Do takiego efektu wcale nie musiało dojść. Jeszcze w styczniu prezes EBC Mario Draghi pokazał podręcznikowy przykład, jak takie negocjacje mogą i powinny wyglądać, kiedy obszedł niemiecki sprzeciw wobec stymulacyjnej polityki pieniężnej, tak bardzo potrzebnej Europie.

Przed ogłoszeniem swego planu luzowania ilościowego (QE) 22 stycznia Draghi spędził wiele miesięcy na intensywnej publicznej dyskusji z Niemcami na temat tego, którą część planu uznają za „czerwoną linię”, czyli punkt graniczny – za nim nie będzie już mowy o porozumieniu. Dla władz w Berlinie czerwoną linią było uwspólnienie długu – jeśli jakiś kraj strefy euro miałby upaść, pozostali członkowie nie mogą dzielić się jego stratami.

Draghi pozwolił Niemcom w tym punkcie zwyciężyć, zwłaszcza że uważał go za ekonomicznie nieistotny. Ale pilnował, by do ostatniej możliwej chwili się z tego nie wycofywać. Skupiając dyskusję o luzowaniu ilościowym na uwspólnianiu ryzyka, Draghi zdołał odwrócić uwagę Niemiec od czegoś o wiele bardziej istotnego: ogromnego rozmiaru programu QE, który całkowicie podważa niemieckie tabu o finansowaniu rządowego zadłużenia w ramach polityki pieniężnej. Ale odpuszczając we właściwej chwili nieistotną kwestię, Draghi osiągnął ogromny przełom, który miał znaczenie dla EBC.

Gdyby Varoufakis przyjął podobną strategię dla Grecji, musiałby się uparcie trzymać żądania umorzenia długu do ostatniej chwili, a potem wycofać się z tej „zasady” w zamian za duże ustępstwa w kwestii oszczędności i reform strukturalnych.

Albo mógłby przyjąć mniej agresywną strategię: od samego początku przyznać, że uznaje niemiecką zasadę, iż dług to rzecz święta, a potem pokazać, że program oszczędnościowy można rozluźnić bez redukcji wartości greckiego zadłużenia. Ale zamiast trzymać się ściśle którejś z tych strategii, Varoufakis miotał się między oporem i ugodowością, tracąc wiarygodność na obu frontach.

Grecja zaczęła negocjacje od upierania się przy redukcji długu jako swojej czerwonej linii. Ale zamiast trzymać się tego stanowiska i zmienić dyskusję o umarzaniu wierzytelności w taktykę dywersyjną w stylu Draghiego, porzuciła to żądanie już po kilku dniach. Potem doszło do bezsensownej prowokacji w postaci odmowy rozmów z „trojką”, choć wszystkie te trzy instytucje są znacznie przychylniejsze greckim żądaniom niż rząd Niemiec.

W końcu Varoufakis odrzucił wszelkie przedłużenie programu „trojki”. To doprowadziło do wyznaczenia niepotrzebnego nowego deadline’u 28 lutego – tego dnia EBC powinien wstrzymać swoje finansowanie, co zaowocuje upadkiem greckiego systemu bankowego.

Idealistyczni nowi przywódcy Grecji najwyraźniej wierzą, że mogą pokonać biurokratyczny sprzeciw bez zwyczajowych kompromisów i chadzania ogródkami, po prostu machając przed oczami swoim demokratycznym mandatem. Ale przewaga biurokracji nad demokracją to główna zasada, której unijne instytucje nigdy się nie wyrzekną.

Efekt jest taki, że Grecja wróciła do punktu wyjścia w pokerowej zagrywce z Niemcami i Europą. Nowy rząd za szybko pokazał swoje atutowe karty i nie ma już wiarygodności, by próbować dalszego blefu.

Co zatem będzie dalej? Najprawdopodobniej Syriza wkrótce przyzna się do porażki, jak każdy inny rząd kraju strefy euro wybrany rzekomo z mandatem do reform, i będzie musiała wrócić do programu w stylu „trojki”, osłodzonego jedynie usunięciem z niego nazwy „trojka”. Inna możliwość dla rządu Syrizy, póki działają jeszcze greckie banki, to jednostronne wprowadzenie części swoich radykalnych planów dotyczących płac i wydatków publicznych, mimo protestów Brukseli, Frankfurtu i Berlina.

Jeśli Grecja spróbuje takiej jednostronnej wolty, EBC niemal na pewno przegłosuje wstrzymanie finansowania ratunkowego dla greckiego systemu bankowego po tym, jak 28 lutego zakończy się program „trojki”. W miarę zbliżania się tego terminu, który Grecy sami sobie narzucili, rząd Syrizy zapewne ustąpi, tak jak Irlandia i Cypr, które skapitulowały w obliczu podobnych zagrożeń.

Takie złożenie broni w ostatniej chwili może oznaczać upadek nowego rządu Grecji i jego zastąpienie przez technokratów namaszczonych przez Brukselę, jak w konstytucyjnym puczu we Włoszech przeciw Silvio Berlusconiemu w 2012 r. W mniej drastycznym scenariuszu Varoufakis może stracić stanowisko ministra finansów, a reszta gabinetu przetrwa. Jeśli greckie banki zaczną upadać, jedyną inną możliwością będzie wyjście ze strefy euro.

Niezależnie od tego, jaką formę przyjmie kapitulacja, Grecja nie będzie jedynym przegranym. Zwolennicy demokracji i ekspansji gospodarczej stracili doskonałą szansę, by przechytrzyć Niemcy i zakończyć autodestrukcyjny program oszczędnościowy, który narzuciły one Europie.


Anatole Kaletsky jest szefem Institute for New Economic Thinking oraz autorem książki „Capitalism 4.0, The Birth of a New Economy”.

naTemat.pl

Grecja – przykład dla populistów

Witold Gadomski, 14.02.2015
Witold Gadomski

Witold Gadomski

Nigdy nie odważyłbym się polemizować z wybitnym ekonomistą, laureatem Nagrody Nobla Josephem Stiglitzem. Nie mam jednak oporów, by polemizować ze Stiglitzem, gdy występuje w roli brawurowego publicysty, niestroniącego od demagogii i ideologicznego zacietrzewienia.
Przykładem takiej publicystyki jest tekst, który ukazał się w „Magazynie Świątecznym GW” „Pozwólmy Grecji zacząć od nowa”.

Noblista twierdzi, że przyczyną 25-procentowego spadku PKB Grecji w ostatnich latach był program oszczędnościowy zaaplikowany przez „trójkę”, i zaleca dla zadłużonego kraju politykę keynesistowską, która, mówiąc w uproszczeniu, polegałaby na zwiększaniu wydatków publicznych, utrzymywaniu wysokiego deficytu fiskalnego i wzrostu zadłużenia.

Stiglitz nie pisze ani słowa o przeraźliwie niskiej konkurencyjności greckiej gospodarki. Grecki eksport w 2014 r. wyniósł 27,6 mld euro i był niewiele większy niż eksport dwa razy mniejszej i biedniejszej Litwy (25,5 mld euro). W ostatnich latach deficyt handlowy Grecji nieco się zmniejszył, ale i tak pozostaje gigantyczny. Import jest niemal dwukrotnie większy od eksportu. Polityka keynesowska – czyli dosypywanie do gospodarki i kieszeni konsumentów pieniędzy – w żadnym razie nie poprawiłaby konkurencyjności greckich firm. Przeciwnie – Grecy jeszcze więcej towarów sprowadzaliby z zagranicy.

Stiglitz nie uważa, by problemem był skorumpowany system podatkowy Grecji, absurdalne przywileje socjalne (np. dożywotnie stypendium dla niezamężnych córek wysokich oficerów) czy regulacje osłabiające wewnętrzną konkurencję. Według noblisty wystarczy dosypać pieniędzy, by gospodarka grecka ruszyła z kopyta.

Czy spadek dochodu narodowego o 25 proc. to dużo, mało czy w sam raz? Może po prostu dotychczasowe statystyki PKB były ułomne? Grecy żyli ponad stan, na kredyt, a gdy przyszło go spłacać, okazało się, że nie są w stanie. Ten spadek o 25 proc. to po prostu urealnienie statystyk pokazujących rzeczywistą siłę greckiej gospodarki. Gdyby Stiglitz żył w Polsce lub innym kraju Europy Środkowej, pewnie lepiej by to rozumiał. Gospodarka PRL szybko się rozwijała w latach 70. i przez kilka lat mieliśmy wrażenie, że stajemy się coraz bogatsi. Gdy jednak przyszło spłacać długi, okazało się, że tak naprawdę jesteśmy znacznie biedniejsi, niż się wydawało. Spadek PKB w latach 1990 i 1991 też wynikał z urealnienia statystyk. Część produkcji, zaliczana wcześniej do PKB, była po prostu niesprzedawalna w warunkach wolnego rynku, więc utrzymywanie jej na siłę nie miało sensu.

Stiglitz nie zauważył też, że w 2014 r. gospodarka grecka wreszcie zaczęła rosnąć. Jeszcze powoli, ale i tak w tempie szybszym niż cała strefa euro, która nie przeszła ostrego programu oszczędnościowego.

Noblista sięga po argumenty przeraźliwie demagogiczne. Pyta na przykład, czy Stany Zjednoczone chcą zamknąć w więzieniach urzędników nadmiernie zadłużonych krajów. „Znalazłoby się dla nich miejsce w Guantanamo” – stwierdza „żartobliwie”.

Absurdalne jest porównanie sytuacji Grecji z sytuacją Niemiec po I wojnie światowej. Owszem, Niemcy zostały wówczas obarczone nadmiernym długiem wojennym, lecz była to decyzja polityczna głównie Francji, zapewne błędna. Grecja w kłopoty wpędziła się sama.

„Po zakończeniu II wojny światowej alianci zdali sobie sprawę, że trzeba dać Niemcom możliwość rozpoczęcia od nowa” – pisze noblista i podpowiada podobne rozwiązanie dla Grecji. Tyle że Grecja pożyczyła za granicą kilka razy więcej pieniędzy, niż otrzymali Niemcy w ramach planu Marshalla, i zamiast kwitnącej gospodarki ma kryzys.

Ciekawsze, choć również nie do zaakceptowania, są rozważania Stiglitza o demokracji.

„W ostatnich wyborach parlamentarnych, wygranych przez wrogą polityce oszczędności SYRIZ-ę wielka część Greków pokazała, że ma dość” – stwierdza.

Ale fakt, że rządowy program ma demokratyczną legitymację, nie oznacza, że jest zawsze możliwy do zrealizowania. Wyborcy często ulegają demagogom i zwykle źle na tym wychodzą, czego przykładem są wspomniane przez Stiglitza Niemcy. Grecy wybrali rząd, który im obiecał, że skończy z oszczędnościami. Niech więc teraz pokaże, jak można zwiększyć wydatki, zawiesić spłatę długów, a jednocześnie utrzymać międzynarodową wiarygodność. Na razie wychodzi mu kiepsko.

Jeśliby europejscy politycy zgodzili się, by „Grecy zaczęli od nowa”, byłby to sygnał dla wszystkich populistycznych polityków, którzy obiecują wyborcom niestworzone rzeczy. Na ogół większość wyborców nie daje się na to nabrać, ale gdyby Europa ustąpiła Grekom, ustawiłaby się kolejka chętnych do wydawania cudzych pieniędzy i „rozpoczynania od nowa”. Klęska rządu SYRIZ-y będzie kubłem zimnej wody na głowy europejskich populistów. Sukces tego rządu – możliwy tylko dzięki daleko idącym ustępstwom Niemiec i innych wierzycieli – będzie początkiem końca Unii Europejskiej.

Zobacz także

 

wyborcza.biz

 

10 Beautiful Irish models we can’t get enough of on Instagram

OPEN GALLERY 1

In a country as small as Ireland, it doesn’t take long for us to get used to seeing the same models in magazines and on TV every day. Here are some of the lesser known models that you would do well to take note of.

1. Grace O’Mahony

grace.PNG

This beautiful blond is a house model for Folkster and regularly appears on TV3’s Xpose. (First Options)

Follow @GraceFOMahony

2. Jo Archbold

You might remember we tipped doll-faced Jo as ‚one to watch’ last year. (Assets)

Jo.PNG

(Photo by Aaron J Hurley)

Follow @Yo_Im_Jo

Read more: Generation Creation: Irish rising stars to watch in 2015

3. Mary Kate Lanigan

Kilkenny native Mary Kate first caught our attention as one of the original models for Shutterbug Vintage/Folkster. The brunette was selected to appear in a Jeffrey Campbell lookbook while on a j1 in New York. She now juggles modelling jobs and working at Form School, the pilates studio ran by Gordon D’Arcy and Aoife Cogan. (First Options)

MK 2.PNG

Follow @MaryKateLanigan

4. Louise Byrne

Though Louise is relatively new to the modelling game, she has already landed coveted gigs. The DCU student is regularly seen in Brown Thomas campaigns, and was picked as one of the featured models when makeup legend Charlotte Tilbury came to Dublin last year. (Morgan The Agency)

louise.PNG

Follow @LouiseV1

5. Kelly Horrigan

With cheekbones to die for, it’s no surprise that fashion buying student and model Kelly was enlisted to work for Boohoo.com. She has also appeared in numerous Irish magazines and campaigns. (Morgan The Agency)

Kelly.PNG

Follow @Kelly_Horrigan

6. Abby Harris

Still only in her teens, Abby has been making waves both at home and abroad. The 18-year-old is just back from Italy where she landed four jobs in one week. Her agent, model boss Anne Morgan, has said 2015 is bound to be her year. (Distinct)

abbey 1.PNG

Follow @AbbyHarris

Read more: Meet Ireland’s next (real) top model – 18-year-old Abby Harris

7. Louise O’Reilly

Not only is Louise a trail blazing model, the curvaceous beauty is also a well regarded and respected blogger specialising in plus size fashion and promoting a positive body image. The Dubliner is signed to major agencies all over the world and has a string of blog awards under her belt. (Morgan The Agency)

louise o'reilly.PNG

Follow @StyleMeCurvy
Read more: Irish women Angela Scanlon and Louise O’Reilly are December Vogue stars

8. Caoimhe O’Dwyer

The future looks bright for Caoimhe, a Meath native who stands at a statuesque 5’11”. (Distinct)

caoimhe.PNG

Follow @CaoimheODwer

9. Joanne Northey

Model and artist Joanne is in possession of one of the most graceful figures in the industry. Judging by her Instagram, she has just shot with world renowned photographer Tony Kelly (GQ, Playboy, etc) so watch this space… (First Options)

jo no.PNG

Follow @JBubble

10. January Russell

Porcelain skinned with flaming red tresses, classic beauty January has landed gigs with agencies in Spain and Istanbul, and has built up a prolific body of work in Ireland.

january.PNG

Follow @JanuaryWinters

 

Don’t forget, Independent Style is on Instagram too!

Follow @IndependentStyle to keep your finger on the pulse of Irish fashion, beauty and showbiz.

Online Editors

 

independent.ie

 

PiS pokazał spot wyborczy Andrzeja Dudy

pap, d, 14.02.2015
Kadr ze spotu wyborczego Andrzeja Dudy

Kadr ze spotu wyborczego Andrzeja Dudy

„Przyszłość ma na imię Polska!” – to tytuł spotu wyborczego kandydata PiS w wyborach prezydenckich Andrzeja Dudy. – Podstawowym obowiązkiem prezydenta Rzeczypospolitej jest dbanie o naród i o społeczeństwo – przekonuje Duda w filmie. Rzecznik PiS Marcin Mastalerek zapowiedział, że spot będzie emitowany we wszystkich telewizjach; będzie go można również obejrzeć w portalach internetowych.
Spot złożony jest w większości z migawek z konwencji wyborczej Andrzeja Dudy; widać w nim także krótkie ujęcia przedstawiające harcerzy, Warszawę, krakowskie Sukiennice, Wojskowe Powązki; jest też rolnik na tle pola uprawnego, a także prezes PiS Jarosław Kaczyński.- Piękny spot, zapraszamy wszystkich do oglądania, zapraszamy Polaków do spotkań. Przyszłość ma na imię Polska – to motto pierwszej części kampanii Andrzeja Dudy – powiedziała na konferencji prasowej wiceprezes PiS Beata Szydło, szefowa sztabu wyborczego Andrzeja Dudy.

Rzecznik PiS Marcin Mastalerek zapowiedział, że spot będzie emitowany we wszystkich telewizjach; będzie go można również obejrzeć w portalach internetowych.

Szydło przywołała też sondaż IBRiS dla PiS, zgodnie z którym na Bronisława Komorowskiego chce głosować 49 proc. badanych, zaś na Dudę 26 proc. W stosunku do badania tej samej pracowni sprzed dwóch tygodni poparcie dla kandydata PiS zwiększyło się o jeden punkt procentowy, z kolei urzędujący prezydent stracił 6 proc. zwolenników.

Jak zaznaczyła, w związku z tym PiS apeluje do prezydenta, kandydata PO na ten urząd na kolejną kadencję, aby stanął do debaty z kandydatem PiS. – Dzisiaj w Polsce jest zbyt wiele spraw, o których nie rozmawialiśmy przez ostatnie osiem lat, wiele spraw, które próbowano zamiatać pod dywan. Polacy oczekują, że wreszcie będzie dialog społeczny i że będą mogli usłyszeć, co kandydaci na prezydenta chcą im zaproponować – przekonywała wiceszefowa PiS.

– Apelujemy, zapraszamy i mówimy, że debata jest potrzebna. Tym bardziej że ze zdziwieniem odczytałam list ministra Tomasza Nałęcza, który został przez niego wystosowany do mnie, w którym pan Nałęcz zaprasza mnie do debaty – dodała szefowa sztabu kandydata PiS. Jak zaznaczyła, ona oczywiście może stanąć do debaty z każdym, także z Nałęczem, ale jej zdaniem dzisiaj Polacy oczekują nie debaty między nimi dwojgiem, ale debaty Komorowskiego i Dudy.

Dodała, że w skierowanym do niej liście Nałęcz zaznaczył, że chciałby porozmawiać o tym, co robił Andrzej Duda w Ministerstwie Sprawiedliwości. – Przypomnę, że jako wiceminister Andrzej Duda odpowiadał za legislację, sprawy międzynarodowe i nie miał żadnych powiązań, nie miał żadnego wpływu na działalność prokuratury, jak próbował to sugerować Tomasz Nałęcz – zaznaczyła Szydło.

W środę sztab Dudy zarzucił prezydenckiemu doradcy prof. Tomaszowi Nałęczowi „brutalne ataki” i wysłał do niego list. Politycy PiS nie odpowiedzieli na pytanie, do jakich konkretnie słów sztab PiS ma wątpliwości. – To nie chodzi o jeden program telewizyjny. Pan Tomasz Nałęcz zrobił tournée po wielu programach i opowiadał wiele haniebnych oskarżeń – podkreślił Mastalerek.

Komentując wezwanie polityków PiS, Nałęcz powiedział PAP, że mówi „prawdziwie o przeszłości posła Dudy, o której ten nie wspomina”. W TVP Info we wtorek Nałęcz powiedział m.in., że „widzi za nim cień Barbary Blidy”, przypominając, że Duda był w latach 2006-2007 wiceministrem sprawiedliwości.

Zobacz także

wyborcza.pl

Ogórek: Głowa państwa kosztuje nas więcej niż król Norwegii. Zacznę od audytu

osi, PAP, 14.02.2015
Inauguracja kampanii prezydenckiej SLD z Magdaleną Ogórek w roli głównej

Inauguracja kampanii prezydenckiej SLD z Magdaleną Ogórek w roli głównej (FOT. SŁAWOMIR KAMIŃSKI / AGENCJA GAZETA)

– Rozbiję skutą lodem politykę dwóch partii – mówiła kandydatka SLD na prezydenta Magdalena Ogórek, inaugurując swoją kampanię. W kwestii polityki zagranicznej zapowiedziała m.in. dążenie do normalizacji stosunków z Rosją. Podkreśliła też, że głowa państwa „kosztuje nas więcej niż król Norwegii”.
– Dzisiaj demokrację zastępuje socjotechnika. Nie dajcie sobie wmówić, że w tych wyborach startuje tylko jeden kandydat – mówiła Ogórek podczas zorganizowanej w Ożarowie Mazowieckim inauguracji kampanii.- Chcę innej Polski i wierzę, że wy także jej chcecie. Polski, która nie jest układem zamkniętym – dodała kandydatka SLD. W ocenie Ogórek obecnie prezydentura „betonuje” scenę polityczną. – Rozbiję skutą lodem od 10 lat politykę dwóch partii – mówiła.„Prezydent kosztuje nas więcej niż król Norwegii”

– Dzisiaj trudno jest znaleźć kogoś, kto jest w stanie określić, jaką ważną debatę zainicjował pan prezydent. Wiemy natomiast, że głowa państwa kosztuje nas więcej niż król Norwegii – mówiła Ogórek i zapowiedziała, że jeśli zostanie prezydentem, to swoje urzędowanie rozpocznie od audytu.

Obiecała, że zarówno w kampanii, jak i później stale będzie podkreślała, że „nie będzie lepiej, dopóki prawo nie zostanie napisane od nowa, dopóki prawo nie będzie znaczyło prawo, będzie mniej skomplikowane i bardziej dostępne obywatelowi”.

„Będę dążyć do normalizacji stosunków z Rosją”

– Cieszę się, że pan prezydent zauważył problem złego prawa, cieszę się, że chce je w końcu udoskonalić i naprawić. Ubolewam, że czyni to dopiero podczas kampanii wyborczej – stwierdziła kandydatka Sojuszu.

Odniosła się też do kwestii polityki zagranicznej. Stwierdziła m.in., że będzie dążyć do normalizacji stosunków z Rosją. – Nie stać nas na to i nie leży to w interesie bezpieczeństwa żadnego Polaka, by rosyjskie media określały nas jako wroga Rosji numer jeden – dowodziła.

„Nie wahałabym się i zadzwoniła do Putina”

– Zdecydowanie potępiając rosyjską agresję na Ukrainę, chcę powiedzieć, że ja nie wahałabym się odpowiedzieć na depeszę Władimira Putina i podniosłabym słuchawkę, by zadzwonić do prezydenta Federacji Rosyjskiej – mówiła, wywołując głośne owacje na sali.

Ogórek oceniła również, że Trójkąt Weimarski (Polska – Francja – Niemcy) i Grupa Wyszehradzka (Polska – Węgry – Czechy – Słowacja) funkcjonują jedynie formalnie, a w rozmowach o Ukrainie nas nie ma.

„Polska nie musi być miejscem, z którego się ucieka”

Według kandydatki SLD warszawskie elity i media nie chcą, by była prezydentem. – Wy chcecie, bym była prezydentem, i tylko to się liczy. Zbudujmy Polskę od nowa – apelowała do działaczy Sojuszu. Jak mówiła, „Polska może być miejscem, do którego się przyjeżdża, a nie z którego się ucieka”.

– Być może nie zobaczycie mnie w telewizji w jakiejś jałowej lub agresywnej debacie publicystycznej – mówiła Ogórek. Apelowała, by wyborcy pisali do niej w kwestiach dla nich ważnych na jej stronie internetowej.

Kto przemawiał podczas konwencji?

W inauguracji kampanii oprócz polityków SLD udział wzięli także młodzi samorządowcy związani z Sojuszem, przemawiali prezydent Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska, burmistrz Sulęcina Dariusz Ejchart, wiceprezydent Kalisza Karolina Pawliczak i starosta powiatu sulęcińskiego Patryk Lewicki. Siedzący w pierwszym rzędzie lider Sojuszu Leszek Miller nie zabrał głosu.

Zobacz także

 TOK FM

Ogórek: Nie wahałabym się odpowiedzieć na depeszę Władimira Putina i podniosłabym słuchawkę, by do niego zadzwonić [CYTATY]

mon, klep, 14.02.2015
Inauguracja kampanii prezydenckiej SLD z Magdaleną Ogórek w roli głównej

Inauguracja kampanii prezydenckiej SLD z Magdaleną Ogórek w roli głównej (FOT SLAWOMIR KAMINSKI)

– Zdecydowanie potępiając rosyjską agresję na Ukrainę, ja nie wahałabym się odpowiedzieć na depeszę Władimira Putina i podniosłabym słuchawkę, by do prezydenta Federacji Rosyjskiej zadzwonić – mówiła podczas inauguracji swojej kampanii wyborczej Magdalena Ogórek, kandydatka SLD na prezydenta.
Magdalena Ogórek podczas konwencji SLD w Ożarowie Mazowickim wygłosiła jedynie przemówienie. Nie odpowiadała na pytania dziennikarzy. Zobacz najlepsze cytaty z przemówienia polityczki.O kandydowaniu na urząd prezydenta

„Urząd prezydenta nie może być luksusową emeryturą, urząd prezydenta to nie jest zwieńczenie kariery dla zasłużonego polityka, to jest najważniejsza służba dla państwa. To jest funkcja publiczna, za którą stoi olbrzymi mandat społeczny, i nie może być tylko luksusowym wypoczynkiem”.

„Media wytykają mi mój młody wiek i chcę powiedzieć, że to nie media, a konstytucja stanowi, kto może ubiegać się o urząd prezydenta w naszym kraju”.

„Słyszę zarzuty, że nie byłam ministrem, że nie byłam marszałkiem Sejmu. Nie, nie byłam! Jestem spoza jakiegokolwiek układu politycznego”.

„Zdaniem wielu komentatorów prezydentura powinna być przewidywalna, a prezydent powinien być opoką. A ja pytam, czy przewidywalność polega na unikaniu problemów? Czy kryzysem godnym uwagi prezydenta będzie dopiero wybuch wojny powszechnej?”

Stosunki z Rosją

„Będę dążyć do normalizacji stosunków z Rosją. Nie stać nas na to, by rosyjskie media określały nas jako wroga Rosji numer jeden”.

„Trójkąt Weimarski i Grupa Wyszehradzka funkcjonują jedynie formalnie, w rozmowach o Ukrainie nas nie ma, a tymczasem decyzją o sprzedaży broni na Ukrainie stajemy się niemal stroną w tym konflikcie. Czy to nie jest książkowa definicja fiaska polskiej polityki zagranicznej?”

„Zdecydowanie potępiając rosyjską agresję na Ukrainę, ja nie wahałabym się odpowiedzieć na depeszę Władimira Putina i podniosłabym słuchawkę, by do prezydenta Federacji Rosyjskiej zadzwonić”.

O rynku pracy

„Pracowałam w administracji publicznej przez wiele lat. Tak, również na bezpłatnym stażu, który tak bezlitośnie wytykają mi moi krytycy. Chcę zwrócić się w tym miejscu do tysięcy młodych ludzi na wiecznych stażach, na ciężkich wielogodzinnych praktykach, bo dobrze ich rozumiem. Bo wiem, że oni marzą, jak ja kiedyś marzyłam, by te bezpłatne staże zamieniły się w końcu w stałe umowy o pracę – dobro w naszym kraju nieosiągalne!”

„Politycy bardzo chętnie mówią o młodych podczas kampanii wyborczych, ale dzień po wyborach zapominają o młodych, bo młodzi nie zasiadają ani w ławach poselskich, ani w radach nadzorczych spółek skarbu państwa, bo wiecie, że tam są już miejsca zajęte. Zrobię wszystko, by młodzi przestali w końcu tęsknie patrzeć na Zachód”.

O kwestiach społecznych i socjalnych

„Uważam, że o wieku emerytalnym powinni zdecydować nie politycy, lecz wszyscy Polacy”.

„Ja nie chcę kraju, w którym nieograniczoną władzę ma komornik ani wykwalifikowany biegły sądowy”.

„Cieszę się, że pan prezydent w końcu zauważył problem złego prawa. Cieszę się, że chce w końcu je udoskonalić i naprawić. Ubolewam, że czyni to dopiero podczas kampanii wyborczej”.

„Polacy chcą przyjęcia ustawy o in vitro i nie wyobrażam sobie, żeby państwo zabraniało szczęścia tym obywatelom, którzy chcą mieć dzieci”.

O partiach i politykach

„Trzecią dekadę te same osoby mówią nam, jak żyć, w różnych konfiguracjach, ale za tym nie idzie żadna nowa idea, żaden nowy pomysł i żaden przełomowy projekt. Nie będę budowała lęku przed światem, ale rozbiję skutą lodem politykę dwóch partii”.

O kampanii wyborczej

„Jestem dla was cały czas. Na spotkaniach, na ulicach miast. Piszcie do mnie, na moich stronach internetowych jest specjalna zakładka, w której proszę was o to, byście pisali o każdej kwestii, którą chcecie, bym podjęła jako prezydent. Czekam na was. Być może nie zobaczycie mnie w telewizji, w jakiejś jałowej albo agresywnej debacie publicystycznej, bo ja chcę być z wami, chcę być dla was”.

„Całe moje życie złożyło się właśnie na ten moment, że chcę być tutaj przed wami i chcę być waszym prezydentem”.

„Warszawskie elity nie chcą, bym była prezydentem. Media nie chcą, bym była prezydentem, ale wy chcecie, bym była prezydentem!”

Zobacz także

TOK FM

PiS prezentuje spot wyborczy Dudy. Prawica zachwala: „Takiego nie powstydziliby się nawet Republikanie w USA”

mon, PAP, 14.02.2015
Kadr ze spotu Andrzeja Dudy

Kadr ze spotu Andrzeja Dudy (Fot. za youtube/PiS)

„Przyszłość ma na imię Polska!” – to tytuł zaprezentowanego dziś spotu wyborczego Andrzeja Dudy, kandydata PiS na prezydenta. – Podstawowym obowiązkiem prezydenta Rzeczypospolitej jest dbanie o naród i o społeczeństwo – przekonuje Duda w filmie.
– Jesteśmy synami naszych ojców, wnukami naszych dziadków i pradziadków, bo oni odbudowali Polskę ze zgliszcz. I ja mówię dzisiaj wszystkim – my też potrafimy! Przyszłość ma na imię Polska! – takimi słowami Andrzej Duda zachęca wyborców do głosowania.Tradycja i nowoczesnośćKlip jest bardzo dynamiczny i zwięzły, składa się głównie z migawek z konwencji wyborczej Andrzeja Dudy, ale pojawiają się także nawiązania do polskiej tradycji – harcerze, Kraków i Grób Nieznanego Żołnierza – jak i nowoczesne centrum Warszawy. W filmie wystąpił również prezes Jarosław Kaczyński.

Rzecznik PiS Marcin Mastalerek zapowiedział, że spot będzie emitowany we wszystkich telewizjach; będzie go można również obejrzeć w portalach internetowych.

„Największą zaletą spotu Dudy jest jego energiczność: muzyka, gesty. Podobnie jak przy konwencji przekaz – idzie walczyć, zwyciężać” – ocenił Wojciech Wybranowski z „Do Rzeczy”.

Zdaniem Samuela Pereiry z „Gazety Polskiej Codziennie” takiego spotu nie powstydziliby się nawet Republikanie w USA:

Pojawiły się i głosy krytyczne. Marek Migalski stwierdził: „Technicznie poprawny, przekazowo nijaki. A ‚zgliiiiszcz’ i ‚Poooooolska’ rażą sztucznością”.

Zapowiedzi prezydentury

Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda podczas konwencji, która zainaugurowała jego kampanię wyborczą, zapowiedział, że jego prezydentura będzie aktywna i otwarta. Deklarował dbanie o każdą grupę społeczną; podkreślił, że chce kontynuować działalność byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Zapowiedział też, że jednym z pierwszych projektów, które zgłosiłby do Sejmu, byłoby cofnięcie reformy emerytalnej. Mówił również m.in. o powołaniu Narodowej Rady Rozwoju przy Kancelarii Prezydenta i działaniach na rzecz odbudowy polskiego przemysłu.

Poparcie Dudy rośnie

– Piękny spot, zapraszamy wszystkich do oglądania, zapraszamy Polaków do spotkań. Przyszłość ma na imię Polska – to motto pierwszej części kampanii Andrzeja Dudy – powiedziała na konferencji prasowej wiceprezes PiS Beata Szydło, szefowa sztabu wyborczego Andrzeja Dudy.

Szydło przywołała też sondaż IBRiS dla PiS, zgodnie z którym na Bronisława Komorowskiego chce głosować 49 proc. badanych, zaś na Dudę 26 proc. W stosunku do badania tej samej pracowni sprzed dwóch tygodni poparcie dla kandydata PiS zwiększyło się o jeden punkt procentowy, z kolei urzędujący prezydent stracił 6 proc. zwolenników.

– Sondaż, z którego bardzo się cieszymy, ale myślę, że jest to też wskazówka dla wszystkich kandydatów i wszystkich sztabów, a szczególnie dla Bronisława Komorowskiego; to sondaż, który pokazuje, że będzie druga tura i że będą w niej walczyć o prezydenturę Bronisław Komorowski i Andrzej Duda – powiedziała Szydło.

Zobacz także

TOK FM

Autorytet Kaczyńskiego nie przyniesie sukcesu. Andrzej Duda musi zaprezentować własną wizję prezydentury

Odwoływanie się do dorobku Lecha Kaczyńskiego to podstawa dla prezydentury Andrzeja Dudy
Odwoływanie się do dorobku Lecha Kaczyńskiego to podstawa dla prezydentury Andrzeja Dudy Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

W kampanii prezydenckiej Andrzej Duda stawia przede wszystkim na kontynuowanie dorobku prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Mówi wprawdzie dużo o konieczności aktywnego i „nieżyrandolowego” sterowania państwem, ale poza tym o jego własnych planach dla Polski słyszymy niewiele. Powrót prezydenta Kaczyńskiego to doskonały sposób na zyskanie poparcia, ale wśród (i tak świetnie zmobilizowanego) elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. A do wygrania wyborów potrzeba więcej.

O kontynuacji politycznej wizji Lecha Kaczyńskiego Andrzej Duda mówi od swojej pierwszej konferencji, na której zaprezentował się jako kandydat Prawa i Sprawiedliwości na prezydenta Polski. Prezes PiS przekonywał wówczas, że Duda to człowiek, który „będzie miał odwagę i determinację Józefa Piłsudskiego, którą przejął Lech Kaczyński”. Sam kandydat także cytował i niejednokrotnie odwoływał się do myśli swojego mentora.

ANDRZEJ DUDA

Największe doświadczenie, jakie spotkało mnie w dorosłym życiu to była praca u boku pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Ponowny start Kaczyńskiego
Na sobotniej wielkiej konwencji powrót Kaczyńskiego był jeszcze bardziej widoczny, na zdjęciach i w przemówieniach. Kandydat wracał do dorobku byłego prezydenta niemal w każdej wypowiedzi, a rozwiązania dawniej przez niego stosowane przedstawiał jako lek rozwiązanie wszystkich problemów, z którymi Polska boryka się obecnie. Analizował to już na naTemat Jakub Noch.

Andrzej Duda, chcąc stanowić realne zagrożenie dla obecnie urzędującego Komorowskiego powinien poszukiwać nowego elektoratu. Najpierw stawiając na wyraźną i przemyślaną wizję prezydentury – swoją, a nie Lecha Kaczyńskiego. Zarówno warunki, jak i predyspozycję ma ku temu sprzyjające.

Rozczarowanie Bronisławem Komorowskim i liczne, łatwe do wykorzystania w kampanii jego niedoskonałości to dobra baza wyjściowa. Istnieje grupa wyborców, która nie akceptuje prezydentury w formie prezentowanej obecnie i domaga się zmian. Andrzej Duda – choć to kandydat Prawa i Sprawiedliwości – mógłby być trafną odpowiedzią na owe zmiany, „do zaakceptowania” także przez szerszy elektorat.

Sprzyjające warunki do sukcesu
Duda jest w polskiej polityce stosunkowo nowy i niewielu kojarzy się z czasami IV RP, a postaci takie jak Antoni Macierewicz czy nawet sam prezes Jarosław Kaczyński są w jego codziennym przedwyborczym otoczeniu zręcznie chowane. Jest dobrze wykształconym doktorem nauk prawnych, a w Parlamencie Europejskim słynie z pracowitości. Jego doświadczenie polityczne nie jest wprawdzie tak bogate, jak Bronisława Komorowskiego, ale znacznie szersze, niż dorobek innych razem wziętych kandydatów. Nie ma żadnych podstaw ku temu, by zakładać, że na stanowisku prezydenta by sobie nie poradził.

Prawo i Sprawiedliwość pokazuje, że potrafi zaskakiwać pozytywnie, czego dobrym przykładem jest dobrze zorganizowana konwencja Andrzeja Dudy. Przejmują po Platformie Obywatelskiej miejsca w Senacie, zyskują powoli poparcie wśród nowych, młodych wyborców.

Kandydat PiS-u dla PiS-u
Stawiając na tak wyraźną obecność Lecha Kaczyńskiego, kandydat PiS może sobie zaszkodzić. Prawo i Sprawiedliwość ponownie kieruje przekaz tylko do swojego twardego elektoratu. Do wyborców i tak doskonale zorganizowanych i niewymagających dodatkowej mobilizacji. Grupa ta – co pokazuje doświadczenie ostatnich wyborów jest zbyt mało liczna, aby zapewnić zwycięstwo nad rządzącą od ośmiu lat Platformą Obywatelską.

Andrzej Duda mógłby być dobrym „nowym otwarciem” Prawa i Sprawiedliwości. Robi jednak wszystko, aby być traktowany zupełnie inaczej. Dziś występuje nie tylko jako kontynuator polityki Lecha Kaczyńskiego, ale również, a może przede wszystkim, jako kandydat wystawiony „zamiast” samego prezesa. Jeżeli w swoich hasłach przekonuje, że Polska potrzebuje silnego, aktywnego i niezależnego prezydenta – takim właśnie powinien być. Klucz wybrany do rzekomego sukcesu na razie jednak nie pasuje.

naTemat.pl

PiS ma sondaż, w którym Duda wchodzi do drugiej tury. Komorowski sporo traci. To przełom?

klep, 14.02.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta)

W sondażu IBRiS przygotowanym dla PiS Bronisław Komorowski po raz pierwszy zdobywa mniej niż 50 proc. – podaje „Rzeczpospolita”. W drugiej turze musiałby się zmierzyć z Andrzejem Dudą, który zebrał poparcie 26 proc. respondentów. Dobry wynik w sondażowym debiucie zebrał Paweł Kukiz.
Sztab PiS zamówił sondaż po zeszłotygodniowej konwencji Andrzeja Dudy, która została bardzo pozytywnie oceniona przez media. Telefoniczne badanie wykonał IBRiS (dawniej Homo Homini).Komorowski mocno traciWyniki mogą zaskakiwać: na Komorowskiego chce głosować 49 proc. respondentów, na Dudę – 26 proc. Choć poparcie kandydata PiS wzrosło jedynie o jeden punkt procentowy, to urzędującego prezydenta spadło aż o sześć punktów.

Nie zmienia się wynik Magdaleny Ogórek – 5 proc. Paweł Kukiz z wynikiem 3 proc. w swoim pierwszym sondażu zajął czwarte miejsce. Dalej są: Janusz Korwin-Mikke, Janusz Palikot i Adam Jarubas z PSL (wszyscy po 2 proc.). Na 1 proc. poparcia może liczyć Anna Grodzka z Zielonych, natomiast Marian Kowalski z Ruchu Narodowego i Jacek Wilk z KNP nie mają nawet tego.

Badanie przeprowadzono 12 i 13 lutego na próbie 1,1 tys. pełnoletnich mieszkańców Polski. Wyniki badania obliczono na podstawie głosów osób deklarujących udział w wyborach (70 proc., czyli 769 osób).

Więcej na stronach „Rzeczpospolitej” >>>

Gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: