Hofman (26.02.15)

 

Nasz patriotyzm narcystyczny

Sergiusz Kowalski, 26.02.2015
Cierpimy na anachroniczną nieumiejętność znalezienia się w świecie, który docenia nas nie dlatego, że umiemy pięknie cierpieć, tylko dlatego, że jesteśmy fajni

Cierpimy na anachroniczną nieumiejętność znalezienia się w świecie, który docenia nas nie dlatego, że umiemy pięknie cierpieć, tylko dlatego, że jesteśmy fajni (Jan Koza („Polityka”))

Polacy marzą o światowej promocji. Choćby i zamach, trafimy na światowe łamy, wreszcie nas docenią. Od lat obserwuję z niepokojem reakcje polskich mediów na katastrofy komunikacyjne, zamachy terrorystyczne i klęski żywiołowe.
Szczerze współczuję Pawłowi Pawlikowskiemu. Musi zmierzyć się z narcyzmem polskiej prawicy, która jeszcze przed hollywoodzkim laurem uznała „Idę” za kolejną odsłonę antypolskiego spisku. A także z histerią za i przeciw (zwykle przeciw) piszącej i czytającej części Polaków, Żydów, antysemitów, filosemitów i osób niestowarzyszonych, ale obowiązanych wedle siebie odzywać się głośno i wyraźnie, ilekroć naruszono cześć Polaków/Żydów* (*niepotrzebne skreślić).

Polski patriotyzm jest narcystyczny. Każdego, kto wychwala siebie tak entuzjastycznie i z taką uwagą śledzi media w Nowym Jorku, Paryżu i Londynie, ale też w Ottawie, Kuala Lumpur czy Ułan Bator, czy aby nie pojawiły się tam polskie sprawy, i z taką furią reaguje na najlżejszą krytykę, uznajemy za poważnie zaburzonego i wysyłamy do psychiatry. Dziś prozac i rozmowy, dawniej elektrowstrząsy.

Jest nawet gorzej. Kto mówi z uniesieniem, zwłaszcza wierszem, o własnym narodzie, jest patriotą. Kto mówi to samo o sobie, jest wariatem (Żydzi mają, niestety, tak samo jak Polacy). Kwalifikacja zbiorowa mieści się w innej umysłowej szufladce niż indywidualna, wymaga innego dyskursywnego przepracowania.

Polacy marzą o światowej promocji. Choćby i zamach, trafimy na światowe łamy, wreszcie nas docenią. Od lat obserwuję z niepokojem reakcje polskich mediów na katastrofy komunikacyjne, zamachy terrorystyczne, klęski żywiołowe i działania wojenne.

Ilekroć zatonie prom, runie samolot, Hutu napadną na Tutsi, ktoś okradnie szwajcarski bank lub zepsuje się kosmiczny prom – w polskich mediach pada rytualne zapewnienie: spokojnie, nie ucierpiał żaden Polak. Jakby ofiara innej narodowości była mniej ważna. Kiedy islamiści wysadzają w powietrze cudze metro lub budynek, słyszymy przede wszystkim, że polskie władze i służby przedsięwzięły stosowne środki ostrożności. Jakbyśmy czekali na upragniony atak na Pałac Kultury, który udowodni wreszcie światu, że Polska jest prawomocnym i prawowitym członkiem NATO i UE.

Chora, narcystyczna i jakże, niestety, polska reakcja na publiczne wydarzenia, anachroniczna nieumiejętność znalezienia się wreszcie w świecie, który docenia nas nie dlatego, że umiemy pięknie cierpieć, tylko dlatego, że jesteśmy fajni.

Tak jest w przypadku „Idy” – od premiery w sierpniu 2013 r. po niedawną galę Oscarów. Polska opinia publiczna nie umie reagować normalnie na film, na sprawy, o których w nim mowa. Polki i Polaków przeżera kompleks niższości/wyższości* (*niepotrzebne skreślić), wszystko jest buchalteryjnym raportem o stosunku świata do Polski, Polaków i polskości, bo tylko to ich interesuje. Hollywoodzki Oscar to już, niestety, nie poważna nagroda filmowa – w polskim odbiorze to raczej coś w rodzaju „pudelkowego Nobla”. W tym plebiscycie na narodową fajność chcieli wygrać Polacy i bardzo się tym podniecili. Gdyby nie było laurów, na marne poszłyby wszystkie pióra w tyłku, całe narodowe wzniecenie.

W Polsce recenzyjny maraton zaczął się wcześniej, z udziałem sił medialno-intelektualnych. Za film antysemicki uznały „Idę” niektóre publicystki lewicowe, feministyczne i żydowskie.

Pisała w „Krytyce Politycznej” Elżbieta Janicka: „ » Ida «to katalog najpospolitszych antysemickich figur i konfiguracji fabularnych. […] To nie czarna magia. To inercja kulturowa. Wzory kultury władają nami i mówią przez nas, działając z siłą przymusu, jak długo pozostają nieuświadomione. Przenikają całe spektrum społeczne, podzielają je biedni i bogaci, wykształceni i niewykształceni, ludzie złej i dobrej woli. Nie wszyscy, ale większość. Antysemityzm bez antysemitów? Tak to właśnie działa”.

Mocna opinia, niczym niepoparta. Janicka uważa „Idę” za film na wskroś antysemicki i odwołuje się do opinii krytyka filmowego: „Tadeusz Sobolewski ujął rzecz najcelniej: Paweł Pawlikowski » nie bierze udziału w grze Holocaustem, choć [ ] chcąc nie chcąc, w niej uczestniczy «”. Niestety, Janicka trafiła mniej celnie, wręcz kulą w płot, zresztą świadomie dezinformując czytelników, bo jak łatwo wyczytać, Sobolewski film ceni i lubi.

Jest wedle mnie coś złego, wręcz szkodliwego, w histerycznym graniu antysemityzmem, także „chcąc nie chcąc”. Dopatrywanie się go wszędzie, także tam, gdzie ktokolwiek usiłuje poruszyć w rzetelny sposób tematy żydowskie, jest przeciwskuteczne – przekonuje tylko opinię publiczną, że Żydzi to przeczuleni wariaci. Nie chodzi mi wcale o to, byśmy ograniczyli się do antysemityzmu niewątpliwego, „grubego”, lekceważąc jego subtelne, ale groźne objawy wstępne. Wprost przeciwnie, chcę, abyśmy czytali ze zrozumieniem.

Zrozummy proszę, „Ida” dostała Oscara, co niekoniecznie oznacza, że jest filmem dobrym, ale nie jest filmem antysemickim. Ani intencjonalnie, ani de facto, bo i taką możliwość sugeruje Janicka. Nie świadczy o tym przecież to, że film pokazuje dwie Żydówki, a obie nie mają wyjścia. Jedna, stalinowska prokurator, rzuca się z okna, zapuściwszy najpierw na gramofonie przedśmiertną symfonię „Jowiszową” Mozarta, a druga, zażywszy życia seksualnego, wraca do zakonu przy wtórze J. S. Bacha „Jezu, kocham ciebie” (niech więc reżyser nie wmawia, że nie wie, czego i po co kazał nam słuchać). Czy film nieantysemicki miałby, przepraszam, pokazywać w należytych proporcjach wszystkie żydowskie losy? Tak poprawny metodologicznie byłby nudny i nie dostałby, słusznie, ani Oscara, ani uniwersyteckiego doktoratu.

Czy „Ida” jest filmem antypolskim? Tak, w tej mierze, w jakiej odkłamuje (z nienachalnym bólem) stosunki polsko-żydowskie. To przecież prawda, że podczas niemieckiej okupacji Żydzi byli częściej zabijani przez Polaków dla pieniędzy, niż ratowani dla honoru. Ale nie widzę powodu, dla którego Polacy nie mieliby kręcić w Polsce antypolskich filmów. Takich jak „Kanał” albo „Popiół i diament”.

Sergiusz Kowalski – socjolog, publicysta, tłumacz z rosyjskiego, angielskiego i francuskiego, autor „Krytyki solidarnościowego rozumu” i „Zamiast procesu” (z Magdaleną Tulli), w latach 70. działacz opozycji demokratycznej, od 2014 r. przewodniczący żydowskiego stowarzyszenia B’nai B’rith.

Zobacz także

wyborcza.pl

„Efekt Greya”. Statystyki Pornhuba wystrzeliły w kosmos po premierze. Kobiety wyszukują: posłuszeństwo, dominacja, chłosta…

osi, 26.02.2015
Scena z filmu

Scena z filmu „50 twarzy Greya” (Fot. CHUCK ZLOTNICK / AP)

Już dawno upadł mit, że filmy pornograficzne oglądają tylko mężczyźni. Panie także często goszczą w serwisach oferujących filmy dla dorosłych. A po premierze „50 twarzy Greya” wręcz oszalały na punkcie nagrań o tematyce BDSM – wynika ze statystyk serwisu Pornhub.
Nie tylko reklama, ale także kino i telewizja są dźwigniami handlu. Twórcy zdają sobie z tego sprawę od dawna, stąd choćby osaczające nas tzw. lokowanie produktu.
Jeden z mistrzowskich sposobów takiego lokowania zaprezentowali producenci popularnego serialu „Seks w wielkim mieście”. Właściwie w każdym odcinku pojawiały się produkty znanych marek, co miało skłaniać fanki serialu do ich zakupu.

Lokowanie… seksu?

Co jednak, jeśli przedmiotem lokowania w danym filmie jest nie jakiś produkt, lecz zjawisko czy… czynność? Mechanizm działa tak samo. Widać to w kontekście filmu, który zawładnął w ostatnim czasie popkulturą. Film ten to „50 twarzy Greya” powstały na motywach bestsellerowej powieści o tym samym tytule.

Zarówno w książce, jak i filmie aż roi się od scen BDSM. W dużym uproszczeniu chodzi o praktyki seksualne polegające na dominacji jednego partnera nad drugim. Można powiedzieć, że seks został „ulokowany” w filmie i powieści, z czego cieszą się administratorzy strony internetowej Pornhub – największego na świecie serwisu z filmami dla dorosłych.

Efekt Greya

„Odkąd film „50 twarzy Greya” miał premierę przed walentynkowym weekendem, hasła powiązane z BDSM są wyszukiwane w naszym serwisie o wiele częściej” – pisze zespół Pornhub.

Świetnie ilustrują to poniższe grafiki. Na pierwszym wykresie widać wyraźny skok wyszukiwań związanych z hasłem BDSM od 13 lutego. Zieloną linią oznaczono świat, czerwoną – same Stany Zjednoczone:


Fot. Pornhub.com

Tu z kolei widać, że film zachęcił do wyszukiwania nagrań związanych z dominacją nad partnerem szczególnie kobiety (różowa linia). Mężczyźni też jednak nie pozostali obojętni (niebieska linia):


Fot. Pornhub.com

Bardzo ciekawy jest też wzrost wyszukiwań konkretnych zapytań w serwisie Pornhub. Po premierze „50 twarzy Greya” słowo „posłuszeństwo” wpisywano tam ponad połowę częściej niż wcześniej. Z kolei słowo „BDSM” zanotowało w wyszukiwarce Pornhub 42-procentowy wzrost, „dominacja” – 40-procentowy, a „chłosta” – 33-procentowy:


Fot. Pornhub.com

Jeśli chodzi o podział wyszukujących ze względu na płeć, tu także widać, że pod wrażeniem filmu są szczególnie kobiety. „Posłuszeństwo” zanotowało 219-procentowy wzrost popularności wśród pań, a 46-procentowy wśród mężczyzn. Kobiety wyszukiwały też częściej słowa „dominacja” (wzrost u kobiet o 196 proc., u mężczyzn – 32 proc.) oraz „BDSM” (kobiety -186 proc., mężczyźni – 30 proc.):


Fot. Pornhub.com

Zobacz także

TOK FM

 

Częstochowski PiS: Miasto za dużo wydaje na Orkiestrę Owsiaka

Dorota Steinhagen, 26.02.2015
Artur Sokołowski, radny PiS

Artur Sokołowski, radny PiS (GRZEGORZ SKOWRONEK)

Prawo i Sprawiedliwość nie lubi Orkiestry Owsiaka. Częstochowscy działacze, zgodnie z linią partii, także jej nie lubią. – Ile miasto wydało na organizację tegorocznego finału? – dopytuje radny Sokołowski. – Bez wiedzy radnych?! – oburza się radny Gawroński
Tegoroczny finał WOŚP w Częstochowie wolontariusze i publiczność uznali za udany. Podobały się koncerty Kasi Kowalskiej i zespołu IRA, podobał się rekordowy w naszym mieście wynik – zebrano ponad 184 tys. zł. Nawet pogoda się podobała, choć przecież wiało niemiłosiernie. Ale nie wszystkim.

Radny Sokołowski ma wątpliwości

Radny PiS Artur Sokołowski (- Daję na inne cele charytatywne – podkreśla) zgłosił do władz miasta interpelację z pytaniem, ile Częstochowa wydała na organizację finału. Uzyskał odpowiedź, że za koncerty obu gwiazd trzeba było zapłacić 25 tys. zł, a za scenę i nagłośnienie jeszcze 20 tys. zł.

– Czyli mniej więcej jedna czwarta tego, co się udało zebrać – podlicza Sokołowski. – W innych miastach te relacje wyglądają znacznie lepiej – ocenia. – Przy okazji mamy dowód, że część artystów wykorzystuje Orkiestrę i pod jej szyldem zawiera bardzo lukratywne umowy – oburza się.

Aleksander Wierny, naczelnik miejskiej kultury, wyjaśnia, że nie takie te umowy dla artystów lukratywne, jak radny PiS uważa. Gdyby tych samych artystów zaprosić z innej okazji, np. na Dni Częstochowy, ich gaża wyniosłaby 57 tys. zł, czyli ponad dwa razy więcej. Rozstawienie sceny i nagłośnienie też byłoby z pewnością droższe.

Sokołowski jednak przekonuje: – Skoro wydajemy publiczne pieniądze na dobroczynność, powinniśmy wydawać je jak najlepiej. Ostatnio okazało się np., że miasto chce oszczędzać na dowozie niepełnosprawnych dzieci do szkoły. A zresztą zima to wcale nie jest pora roku właściwa na imprezy plenerowe. Nie byłoby ich, gdyby nie Orkiestra Owsiaka – twierdzi.

W swoich poglądach nie jest odosobniony. PiS i inni zwolennicy IV RP Jerzemu Owsiakowi i jego Orkiestrze od lat mają za złe, że głosi hasło „Róbta co chceta”, a to przecież pachnie anarchią! Ostatnio dorzucili oskarżenie, że nie taki Owsiak święty, gdy chodzi o rozliczenia pieniędzy zebranych podczas finałów, choć uważna lektura corocznych sprawozdań składanych przez fundację pokazuje, że niejasności wcale nie ma. Chyba że się przeczyta tylko część sprawozdań, to można, jak pewien prawicowy bloger, wysuwać oskarżenia grubego kalibru. Np. o horrendalnych kosztach organizacji finałów. Faktycznie idą w miliony, ale to niewiele w porównaniu z dziesiątkami milionów, które udaje się zebrać.

Gawroński nie jest zwolennikiem Orkiestry

Lokalnie PiS także podziela poglądy Sokołowskiego. Artur Gawroński, szef klubu radnych tej partii, z dumą zapewnia, że nie jest zwolennikiem Orkiestry i nigdy nie brał udziału w żadnej imprezie organizowanej przez Owsiaka. – A swoją drogą ciekawe, dlaczego pieniądze na finał WOŚP nie zostały wpisane do budżetu?! – oburza się. – Byłem przekonany, że miasto wspiera Orkiestrę bez kosztów, wyłącznie organizacyjnie. Jeśli mieliśmy wydać taką kwotę, należało rozważyć, czy nie ma lepszego celu. A przede wszystkim powiadomić radnych!

czestochowa.gazeta.pl

Powrót do łask prezesa Kaczyńskiego w czterech krokach: tak Adam Hofman wróci do PiS

Adam Hofman konsekwentnie realizuje plan powrotu do PiS. Plan, który działa.
Adam Hofman konsekwentnie realizuje plan powrotu do PiS. Plan, który działa. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Adam Hofman wraca. Były rzecznik Prawa i Sprawiedliwości coraz częściej gości w mediach. I to nie w roli tłumaczącego się przez całą rozmowę z własnych problemów, ale jako zwykłego uczestnika polityki. Hofman konsekwentnie realizuje plan, który ma mu zapewnić miejsce obok prezesa Kaczyńskiego.

“Generał czas” to hasło, które trzyma przy życiu Adama Hofmana. Od kilkunastu tygodni konsekwentnie powtarza je Jarosław Kaczyński, pytany o perspektywy powrotu swojego byłego rzecznika. A ten realizuje plan, który ma mu pozwolić ponownie zasiąść w biurze przy ul. Nowogrodzkiej. Bo schemat wychodzenia z politycznego niebytu jest prosty.

Żal za grzechy i mocne postanowienie poprawy

Tak jak przy spowiedzi potrzebny jest żal za grzechy, tak potrzeba go i w polityce. Początkowo Hofman i jego dwaj wyrzuceni z PiS koledzy próbowali walczyć i przekonywać, że nic złego nie zrobili. Zupełnie inną strategię przyjął Zbigniew Girzyński, który oddał pieniądze, odszedł z partii i przeprosił. Madrycka trójka też ostatecznie to zrobiła, ale niesmak po butnej postawie, którą prezentowali na początku pozostał.

Czekać i nie wyrywać się do przodu

Podobnie jak Jacek Kurski, Hofman chce wrócić do partii-matki i wcale się z tym nie kryje. Ale publicznie jest bardzo wstrzemięźliwy, zapewnia, że brak mandatu na kolejną kadencję to nie koniec świata. – Pójdę robić, wrócę do tego, co robiłem wcześniej, czyli pewnie założę jakąś swoją działalność, będę pracował – mówił w „Gościu Radia ZET”.

Wzbudzać litość

Dzisiaj Adam Hofman jest pokorny. W porannej rozmowie z Moniką Olejnik przyznawał się do błędu i do własnej głupoty. – No głupio, no tak, no zostałem symbolem obciachu i głupoty w tym znaczeniu, jak się postępuje w polityce, ale z każdej porażki można wyciągnąć wnioski i naprawdę nauczyłem się sporo pokory i wydaje mi się, że teraz przyszedł czas ciężkie pracy nad sobą – mówił poseł łagodnym głosem. Był spokojny, momentami dowcipny, nie przypominał naburmuszonego krzykacza z czasów rzecznikowania.

Niektórzy oceniają nawet, że efektem tej strategii jest wyraźna przemiana fizyczna Hofmana – poseł przyznał, że jest lżejszy o 12 kg. – Jest pan taki szczupły, czy to jest tęsknota za prezesem Kaczyńskim? – dopytywała go Olejnik. Jutro pewnie tabloidy będą pytały „Co się stało z Hofmanem? Poseł chudnie w oczach” i oznajmiały, że „Hofman usycha z tęsknoty za Kaczyńskim”.

Zasłużyć sobie

Ale „generał czas” nie jest na tyle potężny, by pozwolić banicie na powrót. Sam też musi się starać. I Adam Hofman to robi. Coraz częściej gości w mediach. Wywiadów udzielał też kilka tygodni temu, ale wtedy były one poświęcone w całości jego kłopotom. Dzisiaj temat nadal się pojawia, ale były rzecznik PiS funkcjonuje jako zwykły polityk/komentator. I wykorzystuje to, by nabijać sobie punkty u prezesa.

U Olejnik Hofman chwalił kampanię Andrzeja Dudy (choć pewnie trudno przechodziło mu to przez gardło, bo to nie on ją przygotowuje) i atakował konkurencję. – Być może Palikot będzie się domagał badań zdrowotnych prezydenta Bronisława Komorowskiego, bo plotki o jego chorobie i złym stanie zdrowia są mocno zaawansowane. Więc może tego boi się Bronisław Komorowski – mówił. Tym samym wrzucił do obiegu publicznego niewygodny dla prezydenta temat, który z pewnością chętnie podejmą tabloidy i serwisy plotkarskie.

Jeszcze kilkanaście tygodni temu media rozpaliła do czerwoności wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, że w długiej perspektywie czasu Adam Hofman może wrócić do partii. Kiedy powtórzył to kilka dni temu, sprawa nie wzbudziła większych emocji. Generał czas działa. Na korzyść Hofmana.

naTemat.pl

Matka Kurka ma zapłacić grzywnę za znieważenie Owsiaka. Bloger nie jest jednak winny zniesławienia

past, 26.02.2015
Jurek Owsiak

Jurek Owsiak (Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta)

Wyrok po apelacji jest ostrzejszy niż orzeczenie pierwszej instancji w tej sprawie. Wtedy uznano częściową winę blogera, ale nie wymierzono kary. Teraz sąd uznał, że m.in. zwrot „król żebraków” to znieważenie Owsiaka. Matka Kurka nie jest jednak winny zniesławienia.
Owsiak pozwał blogera o pseudonimie Matka Kurka, za teksty zamieszczone w 2013 roku. Matka Kurka nazwał wtedy Owsiaka m.in. „królem żebraków i łgarzy”, „złotym melonem sekty WOŚP” oraz „hieną cmentarną”. Bloger napisał także, że „Guru Owsiak w 11 lat wyjął 46 Złotych Melonów”.
Sąd pierwszej instancji stwierdził, że jedynie określenie „hiena cmentarna” jest znieważeniem, a bloger nie popełnił zniesławienia, ponieważ fakty przytoczone na blogu „nie przekroczyły granicy prawdy”. Nie zarządzono wtedy kary dla Matki Kurki. Obie strony złożyły apelację.

Winny znieważenia, ale nie zniesławiał

W drugiej instancji Sąd Okręgowy w Legnicy zaostrzył wyrok. Określenia „król żebraków” i „król łgarzy” także uznano za znieważenie. W związku z tym sąd zarządził dla blogera grzywnę wysokości 5 tys. zł, podaje portal 24legnica.pl. Podobnie jak w pierwszym wyroku, sąd nie stwierdził zniesławienia w tekstach blogera. Uzasadniono to tym, że zawierały one opinie „Matki Kurki”, a nie fakty na temat Owsiaka i WOŚP.

„Można krytykować nawet najbardziej szlachetne działania”

Ponadto sąd uzasadniał, że opinie blogera odnosiły się do faktu, że bilans fundacji Owsiaka wskazywał na różnicę pomiędzy kwotą zgromadzoną w ramach poszczególnych Finałów WOŚP a kwotą wydawaną w danym roku ochronę zdrowia. Oskarżony nie postawił Owsiakowi wprost zarzutu kradzieży, nie doszło więc do zniesławienia.

Sąd podkreślił, że taka różnica w bilansach finansowych jest zrozumiała i uzasadniona. „Trzeba pamiętać, że każdy ma konstytucyjne prawo krytykować nawet najbardziej szlachetne działania społeczne”, podkreślano w uzasadnieniu wyroku. Sąd skrytykował jednak język używany w ramach tej krytyki.

Zobacz także

TOK FM

Nowy żywot Hofmana. „Schudłem 12 kg, nie było wyjścia”

Adam Hofman zaczął biegać i schudł 12 kg
Adam Hofman zaczął biegać i schudł 12 kg Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Jarosław Kaczyński po raz kolejny powtórzył, że za kilka lat, po naprawieniu błędów, Adam Hofman będzie miał szansę na powrót do PiS. Uskrzydlony słowami Kaczyńskiego poseł pojawił się w czwartek w Radiu ZET. Hofman nie szczędził prezesowi PiS ciepłych słów.

 W trakcie rozmowy z Moniką Olejnik niezrzeszony poseł nawiązał do zdarzenia, o którym opowiedział „Gazecie Wrocławskiej” sam Kaczyński. Było nim spotkanie z prezesem PiS na korytarzu sejmowym. Podczas spotkania doszło do krótkiej wymiany zdań.

– Miło, nawet na korytarzu, na siebie wpaść – powiedział Hofman. Poseł nie chciał ujawnić, czego dotyczyła rozmowa z byłym premierem. Nadmienił tylko, że zjednoczenie prawicy to zasługa Kaczyńskiego.

„Schudłem 12 kg”

Hofman mówił też o sobie, przyznając, że w ostatnich miesiącach zaczął ćwiczyć i schudł 12 kg. – W stresie tyję. Jakbym nie zaczął biegać, to miałbym dziś 110 kilo. Nie było wyjścia – stwierdził były rzecznik PiS.

Szczupłą sylwetkę szybko dostrzegli internauci.

Z przebiegu rozmowy wynika także, iż Hofman nie myśli o porzuceniu polityki. Poseł oznajmił bowiem, że jest „zwierzęciem politycznym”, któremu przyszło usiąść na ławce kar. – Przyszedł czas pracy nad sobą, każdy ma swoją Częstochowę – wyznał Hofman.

„Kopacz to słaba premier”

Poseł nie zapomniał przy tym o politykach związanych z PO. Najpierw poinformował słuchaczy o plotkach, które sugerują, że prezydent Bronisław Komorowski ma problemy zdrowotne. Następnie przeszedł do krytykowania Ewy Kopacz – „jednego z najsłabszych, o ile nie najsłabszego premiera w historii III RP”.

Według niego szefowa rządu będzie przed jesiennymi wyborami obciążeniem wizerunkowym dla PO. Obciążeniem, z którym może sobie nie poradzić nawet „cyniczny gracz” Michał Kamiński.

Aby nie być gołosłownym, Hofman wskazał konkretną wpadkę Kopacz. Było nią, jak zaznaczył, stanowcze wystąpienie na konferencji prasowej, którą zorganizowano po spotkaniu z Viktorem Orbanem. – Miała być polską Margaret Thatcher, to była próba budowy jej wizerunku. Ale ona wyszła i zaczęła czytać z kartki drżącym głosem – zauważył poseł.

źródło: Radio ZET

naTemat.pl

Hofman: Przyszedł czas ciężkiej pracy nad sobą. Każdy musi mieć swoją Częstochowę

kospa, 26.02.2015
Adam Hofman

Adam Hofman (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

– Zostałem symbolem obciachu i głupoty – stwierdził w Radiu ZET Adam Hofman. – Ale z każdej porażki można wyciągnąć wnioski. Naprawdę nauczyłem się sporo pokory.
– Oczywiście tej sytuacji, która się wydarzyła, żałuję. Gdybym mógł cofnąć czas, nie wydarzyłaby się – przekonywał w rozmowie z Moniką Olejnik były rzecznik PiS Adam Hofman. W październiku ubiegłego roku wraz z Mariuszem A. Kamińskim oraz Adamem Rogackim udał się do Madrytu na posiedzenie komisji zagadnień prawnych i praw człowieka Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Jak się później okazało, choć z Kancelarii Sejmu pobrali zaliczkę na podróż samochodem, posłowie polecieli do Hiszpanii tanimi liniami lotniczymi. Za karę zostali wyrzuceni z PiS.- Wyglądało na to, że chce się pan dorobić na kilometrze – skomentowała Monika Olejnik.- Zostałem symbolem obciachu i głupoty. W tym znaczeniu, jak się postępuje w polityce. Ale z każdej porażki można wyciągnąć wnioski. Naprawdę nauczyłem się sporo pokory i wydaje mi się, że teraz przyszedł czas ciężkiej pracy nad sobą. Każdy musi mieć swoją Częstochowę – odpowiedział Hofman, nawiązując do przemiany Kmicica, bohatera „Potopu” Henryka Sienkiewicza.

Jak przekonywał, w sytuacjach kryzysowych potrafi się „spiąć” i „pracować nad sobą”. – Wróciłem do pracy naukowej, biegam. Trzeba pracować nad sobą – opowiadał.

Hofman godzi się z tym, że może to być już koniec jego kariery politycznej. – Jeśli rzeczywiście nie będzie sytuacji, w której można pozostać w zgodzie ze swoimi poglądami i kandydować, nie będę kandydował. Wrócę do tego, co robiłem wcześniej, czyli pewnie założę jakąś swoją działalność, będę pracował. Żadnej pracy się nie boję – przekonywał.

A gdyby jednak ktoś zaproponował mu kandydowanie w kolejnych wyborach? – Nie jestem Michałem Kamińskim [kiedyś w PiS, obecnie doradca premier Ewy Kopacz] i nie będę Michałem Kamińskim. W Polsce jest prosty podział – ci, którzy chcą, żeby było tak, jak jest, i ci, którzy chcą to zmienić. Ja jestem w obozie tych, którzy chcą to zmienić – przekonywał Hofman.

– Czyli tylko PiS? – dopytywała Olejnik.

– Tylko ci, którzy chcą to zmienić – stwierdził Hofman.

Zobacz także

wyborcza.pl

Skąd pochodzi nasz język? Od anatolijskich rolników czy pasterzy ze stepów dzisiejszej Ukrainy? Naukowcy się kłócą

Olga Woźniak, 26.02.2015
Wieża Babel (Pieter Bruegel starszy). Według Biblii do czasów jej budowy wszyscy ludzie mówili jednym językiem.

Wieża Babel (Pieter Bruegel starszy). Według Biblii do czasów jej budowy wszyscy ludzie mówili jednym językiem.(Wikimedia Commons)

Gdzie są korzenie języka praindoeuropejskiego – przodka wielkiej rodziny językowej – w tym polskiego? Czy roznieśli go po Europie pradawni rolnicy z Anatolii czy pasterze z ukraińskich stepów? Trwa spór.
Spór toczy się od dobrych kilkudziesięciu lat i jako żywo przypomina dyskusję o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Jego stronami na początku byli jedynie językoznawcy, ale wraz z upływem czasu i rozwojem nauki włącza się w niego coraz więcej specjalistów: genetyków, archeologów, antropologów, informatyków. A my dalej nie wiemy, skąd tak naprawdę wziął się praprzodek naszego języka. Właśnie ukazała się kolejna praca, która tym razem wywodzi go z kultur pasterzy zamieszkujących 6 tys. lat temu stepy dzisiejszej Ukrainy.Bo, że prajęzyk istniał, zgadzają się wszyscy. Nie bez powodu ten sam rdzeń słychać w polskim wyrazie noc, angielskim night, francuskim nuit, niemieckim Nacht, szwedzkim natt, łacińskim nox czy litewskim naktis. Wszystkie one pochodzą najprawdopodobniej od praindoeuropejskiego wyrazu *nókwts.Gwiazdka przed tym słowem to wyraz naukowego dystansu. Praindoeuropejskie słowa to bowiem jedynie rekonstrukcje – języka tego nikt nigdy nie widział, ani nie słyszał, choć wielu specjalistów próbuje odtwarzać go na podstawie wiedzy o historycznych zmianach, jakie zachodziły w językach rodziny indoeuropejskiej.

Posłuchaj, jak mógł brzmieć język praindoeuropejski

Naukowcy stworzyli rekonstrukcję w opowiadaniu „Król i bóg”:
1. Można go posłuchać tu.
(Tłumaczenie na polski: Był sobie król. Był bezdzietny. Chciał mieć syna. Poprosił kapłana: „spraw, by urodził mi się syn!”. Kapłan powiedział do króla: „módl się do boga Werunosa”. Król podszedł do boga Werunosa, by pomodlić się do niego. „Usłysz mnie, ojcze Werunosie!”. Bóg Werunos zstąpił z nieba. „Czego chcesz ode mnie?”. „Chcę mieć syna”. „Niech więc się stanie”, powiedział promienny bóg Werunos. Żona króla urodziła syna.)
2. A tu opowiadanie Owca i konie, kolejna próba rekonstrukcji.
3. Naukowcy podejmowali wiele prób odtworzenia praindoeurpejskiego. Ich kolejne podejścia zbiera Wikipedia.

Wędrówki mamy w DNA

Najdawniejsze języki indoeuropejskie – już zróżnicowane – znane są z pierwszej połowy II tysiąclecia p.n.e. Przyglądając się ich ewolucji, przypuszcza się, że rozpad wspólnoty indoeuropejskiej musiał nastąpić najpóźniej około 3000 p.n.e. Jest jednak prawdopodobne, że społeczeństwo praindoeuropejskie istniało już w okresie neolitu (zanim upowszechniła się technika wytopu i obróbki metali) i składało się z ludności rolniczo-pasterskiej. I że to właśnie jej język wraz z migrującymi grupami ludzi rozniósł się po świecie.

Twórca tej hipotezy, brytyjski archeolog i paleojęzykoznawca Andrew Colin Renfrew, uważa, że wszystko zaczęło się około 6500 lat p.n.e. w Anatolii (na terenach dzisiejszej Turcji). Wtedy język praprotoindoeuropejski rozpadł się na anatolijski i praindoeuropejski. Ten ostatni zaś – na Bałkany, w okolice Dunaju, Bugu i Dniestru – zawlekli pierwsi rolnicy szukający urodzajnych pól i sprzyjającego klimatu. Tu – wraz z rozchodzeniem się ludzi – ulegał kolejnym rozpadom.

Jest jednak drugi obóz: specjalistów szukających korzeni praindoeuropejskiego w stepach położonych na północ od Morza Czarnego. Ich zdaniem język ten rozbrzmiewał wśród pasterzy żyjących na tych terenach 6 tys. lat temu. A dziedzictwo tych ludów zapisało się nie tylko lingwistycznie, ale także genetycznie – i szukać go można dziś w DNA współczesnych Europejczyków. Zwolennicy „hipotezy stepowej” uważają, że dzisiejsze języki są wciąż zbyt podobne do siebie, by ich rozdział nastąpił 8 tys. lat temu, jak chciałby Renfrew.

Zwolennicy rolników biorą górę

W 2012 roku do wyjaśnienia językoznawczej zagadki zabrało się młodsze pokolenie badaczy. Do swojej pracy zaprzęgli komputery i metody podejrzane u biologów ewolucyjnych. Podobnie jak ci śledzą szerzenie się w świecie różnych mutacji genetycznych – i dzięki temu ustalają np. szlaki migracji człowieka – tak oni obejrzeli zmiany językowe. Potraktowali elementy języka podobnie jak biolodzy ewolucyjni traktują geny. Użyli do tego wyrazów pokrewnych, czyli takich, które podchodzą z różnych języków i mają wspólnego przodka (jak właśnie noc). Pracami zespołu kierował Remco Bouckaert z University of Auckland w Nowej Zelandii.

Z tej uczelni wywodziły się podobne prace – autorstwa dr Quentina Atkinsona i prof. Russela Graya – w których już w 2003 roku próbowano ustalić, kim byli Praindoeuropejczycy. Uczeni użyli programu komputerowego wykorzystywanego przez genetyków do tworzenia drzew ewolucyjnych. Wprowadzili do niego po 200 słów z 87 języków indoeuropejskich. Uzupełnili to danymi dotyczącymi czasu, jaki jest potrzebny, by w języku jedno słowo zostało zastąpione przez inne. Przyjęli tu wyliczenia sławnego (choć kontrowersyjnego – ale wielu badaczom korzeni ludzkiego języka przypinano taką łatkę) lingwisty Morrisa Swadesha. Uznał on, że dwa spokrewnione ze sobą języki po tysiącu lat od rozdzielenia wciąż mają 85 proc. wspólnego słownictwa. Wyszło im, że najbliżsi Praindoeuropejczykom byli Hetyci żyjący 8-10 tys. lat temu w Anatolii.

Potwierdziły to badania Bouckaerta opublikowane w piśmie „Science”. Z jego analizy wyniknęło, że języki indoeuropejskie biorą początek w Anatolii, a ich praprzodek musiał narodzić się tam 8-9,5 tys. lat temu. To mniej więcej w tym samym czasie, kiedy rozwinęło się rolnictwo, a sztuka orki, siania i zbierania plonów rozpełzła się po świecie.

Zwolennicy anatolijskich rolników odsapnęli z zadowoleniem, ale ci lobbujący za pasterzami przystąpili do kontrofensywy.

Poplecznicy pasterzy odpierają atak

Przebadali próbki DNA 69 Europejczyków żyjących od 8 do 3 tys. lat temu. Ślady ludzkich wędrówek są zapisane w naszych genach i to genetyka daje szansę znalezienia odpowiedzi na pytanie, jak człowiek przemierzał kontynent europejski.

Pracę opublikowaną na portalu bioRxiv wykonał zespół kierowany przez genetyków Davida Reicha i Iosifa Lazaridisa z Harvard Medical School w Bostonie oraz Wolfganga Haaka z University of Adelaide w Australii.

Wśród przebadanych próbek były takie, które należały do kobiet i mężczyzn (a także jednego dziecka) pochodzących z tzw. kultury grobów jamowych. Rozwijała się ona na terenie północno-wschodniej Europy, na stepach dzisiejszej Ukrainy.

Część próbek pochodziła od ludzi z kultury ceramiki sznurowej (jej ślady możemy znaleźć na terenach rozciągających się od południa Skandynawii po Alpy i wschodnie Karpaty między Renem a środkową Wołgą).

Analiza pokazała, że ci, którzy zawędrowali do Skandynawii i dzisiejszych Niemiec, byli spokrewnieni z tymi, którzy wyszli z ukraińskich stepów. To sugeruje dużą migrację ze stepów około 4,5 tys. lat temu, która mogła roznosić wczesne formy języka indoeuropejskiego.Ślady tych ludów i ich wędrówek do dziś nosimy w swoim DNA – nawet daleko na północy Europy. Rodowód Europejczyków wydaje się bardziej skomplikowany, niż sądziliśmy.Językowa parapsychologia

Wielu językoznawców z dużym sceptycyzmem przygląda się tej dyskusji. Uważają ją za naukową dywagację. Nauka może mówić tylko o rzeczach, które da się poddać analizie. A to oznacza, że odpowiedzialnie w rozważaniach nad prajęzykami możemy się cofnąć najdalej do trzeciego tysiąclecia p.n.e.

Z tego czasu pochodzą najstarsze świadectwa języków indoeuropejskich. A języki nieidoeuropejskie nie mają tak długiej historii poświadczonej zabytkami. W związku z tym nie ma możliwości porównywania ich ze sobą. Jeśli badacze nie mają do porównania języka pokrewnego, stają się bezradni.

Dlatego opisane rozważania to trochę językoznawcza parapsychologia. Mamy kłopot z rozstrzygnięciem, jak funkcjonował język praindoeuropejski, a co dopiero kiedy badacze zabierają się do rekonstruowania jeszcze starszych form języka ludzi! A czyniono takie próby.

Już w 1866 r. Paryskie Towarzystwo Językoznawcze ogłosiło, że nie przyjmuje prac poświęconych pochodzeniu języka ani prac o wynalezieniu języka uniwersalnego. Siedem lat później Alexander J. Ellis, prezes Londyńskiego Towarzystwa Filologicznego, dodał jeszcze: „Zajmowanie się pochodzeniem języka znajduje się poza obszarem poważnej filologii”.

Jak mówiono w wieży Babel?

Niechęć świata nauki do językowej archeologii wynika z mniej lub bardziej fantastycznych teorii na temat narodzin wspólnego języka ludzi. A takie powstają od XIX wieku. To sprawiło, że poszukiwania prajęzyka, którym mówić mieli budowniczowie wieży Babel, przeniosły się na długo na obrzeża nauki, a zajmujących się tym tematem traktowano z pobłażaniem.

Nowy nurt badań, w którym specjaliści używają komputerowych programów pożyczonych od genetyków, podnoszą dziś raczej antropolodzy kulturowi niż językoznawcy. Ci ostatni operują jedynie na tekstach. A najstarsze z nich liczą sobie zaledwie 4-5 tys. lat. Metody rekonstrukcyjne, którymi posługuje się językoznawstwo porównawcze, pozwalają więc zajrzeć w historię języka maksymalnie 6 tys. lat wstecz. To czasy właśnie praindoeuropejskiego – wspólnego przodka języków indoeuropejskich, w tym języka polskiego. Ale jak mówiono 8-10 tys. lat temu? I czy przodek naszego języka wykwitł na ukraińskim stepie czy na polach dzisiejszej Turcji?

Czekamy na kolejny ruch badaczy. Teraz kolej frakcji rolniczej.

Zobacz także

wyborcza.pl

Wikary przyznał, że częstował ministrantów narkotykami. Grozi mu 8 lat więzienia

piet, 26.02.2015
Ksiądz

Ksiądz

Gliwicka prokuratura przedstawiła 26-letniemu księdzu zarzuty posiadania narkotyków oraz dawania ich nastolatkom. Grozi za to 8 lat więzienia.
Przesłuchany przez prokuratorów wikary z parafii pod wezwaniem św. Bartłomieja w Gliwicach przyznał się do zarzucanych mu czynów. Śledczy objęli go dozorem policji i zawiesili w wykonywaniu obowiązków nauczyciela religii. Duchowny wyszedł na wolność po wpłaceniu 500 zł poręczenia majątkowego.Ksiądz został zatrzymany w poniedziałek w lesie na obrzeżach Gliwic. Policyjni wywiadowcy zauważyli jego zaparkowane między drzewami auto. Kiedy otworzyli drzwi, ze środka wydobyły się kłęby dymu, a zapach wskazywał, że wewnątrz pojazdu palono marihuanę. W aucie siedział 26-letni wikary oraz dwaj ministranci w wieku 16 i 17 lat.

Zobacz także

katowice.gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: