Kopciuszek (14.02.15)

 

Koniec strajku w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Po 17 dobach górnicy podpisali porozumienie z zarządem

jm, pap, 13.02.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,75248,17368863,series.html?embed=0&autoplay=1
Górnicy zawiesili trwający od 28 stycznia strajk w kopalniach Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Decyzja zapadła w piątek przed godziną 22.
Porozumienie z zarządem JSW, które ma dać spółce 280-300 mln zł oszczędności, zostało podpisane po negocjacjach, które trwały całą dobę.

Obie strony zgodziły się, żeby w tym roku czternastka, tak jak chcieli związkowcy, była wypłacona w dwóch ratach. Jest także zgoda w sprawie wypłaty czternastek w kolejnych latach. Zarząd chce, żeby wypłatę uzależnić od wypracowanego przez spółkę zysku. – Ustalenia odbiegają od tego, czego oczekiwała strona pracodawcy, ale jest jakieś porozumienie – wyjaśniał Longin Komołowski, były wicepremier i minister pracy, negocjator w rozmowach. Jak dodał, w kwestii ustalenia wprowadzenia sześciodniowego tygodnia pracy do końca tego roku obydwie strony mają wypracować szczegółowe rozwiązania w grupie roboczej.

Z treścią porozumienia związkowcy pojechali do załóg. Górnicy zgodzili się na przerwanie strajku, ale w dalszym ciągu żądają dymisji prezesa JSW Jarosława Zagórowskiego, który w piątek zadeklarował, że zrezygnuje. Ale pod warunkiem, że górnicy wrócą do pracy. – Moja sytuacja staje się coraz bardziej trudna. Skala nienawiści, agresja i manipulacja załogą stwarza realne zagrożenie dla mojego bezpieczeństwa. Na co dzień spotykam się z agresją ze strony bardzo dobrych pracowników, którzy zostali zmanipulowani przez związkowców – wyjaśniał w piątek podczas konferencji Zagórowski.

Prezes JSW zapowiedział, że dymisję złoży we wtorek na ręce przewodniczącego rady nadzorczej. – Ten problem personalny ciągle nad nami wisi i oczekuje rozwiązania – powiedział tuż po podpisaniu porozumienia mediator Komołowski. Przypomniał, że porozumienie zostało przesłane radzie nadzorczej spółki, która zbiera się właśnie we wtorek.

Strajk w kopalniach JSW trwał 17 dni, protestowało około 5,5 tys. górników, a 30 prowadziło głodówkę.

Zobacz także

katowice.gazeta.pl

1 proc. dla ojca Rydzyka

Michał Wilgocki, 14.02.2015
Ojciec Tadeusz Rydzyk

Ojciec Tadeusz Rydzyk (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

„Skarbowy przekręt”, „Szykany rodem z systemu totalitarnego” – w takim tonie „Nasz Dziennik” pisze o urzędnikach, którzy odmówili przyjęcia PIT-ów z odpisem podatkowym na fundację o. Rydzyka.
Nasza Przyszłość to jedna z fundacji założonych przez redemptorystów, za pomocą których o. Rydzyk zarządza swoimi projektami. Ma w statucie „prowadzenie działalności naukowej i kulturalnej”. Działa przy niej wydawnictwo drukujące książki religijne.

W ubiegłym roku fundacja uzyskała status organizacji pożytku publicznego. Oznacza to, że przy rozliczaniu podatków można przekazać na nią 1 proc. Od kilku miesięcy na antenie Radia Maryja trwa kampania, która ma zachęcić słuchaczy do przekazywania na nią pieniędzy.

W specjalnych komunikatach o. Rydzyk obiecuje, że pieniądze, które dostanie z podatków, zostaną w całości przeznaczone na wsparcie Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. Uczelnia kształci przyszłe kadry pracujące w toruńskich mediach.

Na ile pieniędzy liczą redemptoryści? Miesiąc temu w specjalnym programie w Radiu Maryja wyliczali, że 1 proc. z podatku za emeryturę w wysokości 1 tys. zł to ok. 20 zł. O. Rydzyk przekonuje więc słuchaczy, że jeżeli się zmobilizują, uczelnia dostanie nawet dwa miliony. Dyrektor Radia Maryja o pomoc zaapelował też do posłów PiS. Z anteny swojego radia zachęcał emerytów, by, jeżeli nie wiedzą, jak wypełnić PiT, poszli do biur poselskich.

Od kilku tygodni media o. Rydzyka podnoszą jednak alarm – twierdzą, że niektóre urzędy skarbowe odrzucają deklaracje podatkowe osób, które chcą oddać redemptorystom 1 proc. Sprawę opisał „Nasz Dziennik”. Gazeta nie podaje jednak skali tego zjawiska, nie wspomina, ilu i których urzędów skarbowych sprawa dotyczy. Twierdzi natomiast, że problemem jest brak fundacji o. Rydzyka w rejestrze organizacji pożytku publicznego.

Ministerstwo Finansów poproszone przez nas o komentarz twierdzi, że fundacja jest w rejestrze.

– Nie ma możliwości, by istniały rozbieżności pomiędzy danymi posiadanymi przez urzędy skarbowe a ministerstwem, ponieważ urzędy bazują na wykazie tworzonym przez nas – tłumaczy biuro prasowe resortu.

Jacek Kapica, wiceminister finansów, tłumaczył w ubiegłym tygodniu w Sejmie posłom PiS, że zna pięć przypadków odmowy przyjęcia PIT-u. I że w każdym z nich winę ponosi emeryt składający deklarację – ponieważ popełnił jakiś inny błąd przy wypełnianiu zeznania.

Sam o. Rydzyk nie ma jednak wątpliwości, że to zorganizowana akcja rządu przeciwko jego mediom.

– Na każdym kroku spotykają nas szykany rodem z systemu totalitarnego – mówi w rozmowie z „Naszym Dziennikiem”. Apeluje do słuchaczy, żeby zgłaszali się pod specjalny numer telefonu, jeżeli mają problem z urzędnikami.

Zobacz także

wyborcza.pl

Pat z nieważnymi głosami

Wojciech Czuchnowski, 14.02.2015
Protest zwolenników teorii o sfałszowaniu wyborów samorządowych,
Wrocław, 22 listopada 2014

Protest zwolenników teorii o sfałszowaniu wyborów samorządowych, Wrocław, 22 listopada 2014 (MACIEJ SWIERCZYNSKI)

2,5 mln nieważnych głosów z ostatnich wyborów do sejmików województw chce zbadać Fundacja Batorego, by sprawdzić, czy nie doszło do nadużyć. Ale PKW uważa, że to niemożliwe.
Nieważne głosy razem z innymi materiałami z lokalnych komisji są zgromadzone i zabezpieczone w urzędach 2,4 tys. gmin całego kraju. Po jesiennych wyborach komisje spakowały je do plombowanych worków. Teraz dokumenty czekają na uprawomocnienie się orzeczeń sądów po protestach wyborczych – co potrwa mniej więcej do kwietnia. Chociaż prawo przewiduje, że potem materiały, w tym nieważne karty, mają zostać zniszczone, PKW zdecydowała, że należy się z tym wstrzymać.

Dokumentów po komisjach jest bardzo dużo. Na podstawie danych tylko z 18 delegatur Krajowego Biura Wyborczego wiadomo, że w magazynach gmin są ich 882 tony. A delegatur jest 49.

Nieważne głosy do sejmików wydzielono osobno. Jest ich 2 mln 525 tys. 210. To ok. 18 proc. z prawie 14 mln 500 tys. głosów oddanych w wyborach samorządowych 16 listopada 2014 r. Tak duża liczba nieważnych kart oraz opóźnienie ogłoszenia oficjalnych wyników sprawiły, że PiS po wyborach głosił tezę o ich sfałszowaniu. Jej zwolenników nie przekonywały dane, że odsetek nieważnych głosów w wyborach do sejmików zawsze był duży. 13 grudnia 2014 r. w marszu „w obronie demokracji” w Warszawie wzięły udział tysiące zwolenników teorii o wyborczym fałszerstwie.

Apele o sprawdzenie

Do 2010 r. obowiązywała ordynacja, która pozwalała na analizę nieważnych kart do głosowania. Sprawdzono wtedy, że większość (75-80 proc.) stanowiły karty puste, co interpretowano jako brak zainteresowania sejmikami lub nieznajomością kandydatów.

Niestety, w styczniu 2011 r. Sejm przyjął kodeks wyborczy, który nie przewiduje analizy głosów nieważnych do sejmików.

W związku z tym po ostatnich wyborach samorządowych – gdy padł rekord głosów nieważnych – wiele osób i instytucji apelowało, by jednak je sprawdzić. Jako pierwszy zwrócił się o to zrzeszający młodych konserwatywnych naukowców Klub Jagielloński z Krakowa. To po jego wystąpieniu PKW zarządziła wstrzymanie procedury niszczenia nieważnych głosów. Dokładną ich analizę postulowaliśmy też w „Gazecie Wyborczej”.

Fundacja Batorego powołała specjalny zespół, który przygotowuje raport „Co się stało 16 listopada – diagnoza i rekomendacje zmian”. – Trzeba przywrócić nadszarpnięte zaufanie części obywateli do uczciwości wyborów – mówi Joanna Załuska z fundacji. – W raporcie ma się znaleźć wyjaśnienie zjawiska nieważnych głosów, tzw. efektu książeczki, rozbieżności wyników i sondażu Ipsos, ale także audyt działań PKW i KBW.

Do zespołu weszło 13 naukowców, głównie socjologów i politologów. Działają w porozumieniu z Klubem Jagiellońskim.

Kwadratura prawa

Ale tu zaczynają się schody. Nieważne karty są wprawdzie zabezpieczone, ale gdy fundacja zwróciła się o ich udostępnienie do badań, PKW odmówiła. – Wgląd do tych materiałów mogą mieć tylko sądy, prokuratura i policja. Karty są w depozytach gmin, ale nie możemy samodzielnie podjąć decyzji o otwarciu tych worków i przekazaniu ich do badań – wyjaśnia Beata Tokaj pełniąca obowiązki szefowej Krajowego Biura Wyborczego. – Taka decyzja może być podjęta tylko po zmianie przepisów, a to wymaga inicjatywy ustawowej.

Dyr. Tokaj ma wątpliwości, czy zbadanie w ogóle będzie możliwe, bo prawo nie może działać wstecz.

Innego zdania jest sędzia Jerzy Stępień, były przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego. – PKW mogłaby zastosować wykładnię per analogiam. Można sprawdzić te głosy, tak jak sprawdza się karty z głosami na radnych i burmistrzów – mówi. Podkreśla, że kodeks wyborczy nie zabrania wprost weryfikacji nieważnych kart do sejmików, a „co nie jest zabronione, może być dozwolone”.

Nieoficjalnie wiadomo, że sprawie przygląda się Kancelaria Prezydenta, który zgłosił już potrzebę zmian w kodeksie wyborczym (w tym powrót do analizowania nieważnych kart do sejmików), ale mogą one wejść w życie dopiero przy okazji kolejnego głosowania do samorządów. – Sprawdzamy, jak zrobić, by w nadzwyczajnym trybie można jednak było zbadać karty z wyborów w 2014 r. – mówi nam wysoki rangą urzędnik Kancelarii.

KOMENTARZ

Wojciech Czuchnowski (Gazeta Wyborcza)

Kończy się rozpatrywanie protestów wyborczych. Po burzy rozpętanej przez PiS złożono ich rekordową liczbę, ale – jak się okazało w sądach – przytłaczająca większość nie miała podstaw. Nieprawidłowości, do których doszło w nielicznych okręgach, mają charakter lokalny, bez wpływu na wynik ogólnopolski.

Mit sfałszowanych wyborów – którego PiS potrzebował tylko po to, by wytłumaczyć kolejną przegraną – ma coraz mniej wyznawców. Trzyma się jeszcze na przekonaniu, że do nadużyć mogło dojść przy głosowaniu do sejmików. Analiza nieważnych kart pomoże zweryfikować te podejrzenia. Pokaże, czy twierdzenia o oszustwach wyborczych na skalę kraju miały jakiekolwiek podstawy.

Jest to konieczne, bo jesienią ubiegłego roku politycy znacząco podważyli zaufanie części Polaków do fundamentu demokracji. Trzeba je odbudować. Przeszkodą nie mogą być względy formalne, biurokracja czy trudności techniczne. Skoro nieważne głosy są zabezpieczone, musi być sposób na ich niezależną weryfikację. Wymaga tego interes państwa i obywateli. f

Zobacz także

wyborcza.pl

Straszne domy dla dzieci

Dominika Wielowieyska, 14.02.2015
Wychowanek ośrodka boromeuszek w Sądzie Okręgowym w Zabrzu w kwietniu 2014 r. podczas kolejnego posiedzenia w sprawie siostry Bernadetty

Wychowanek ośrodka boromeuszek w Sądzie Okręgowym w Zabrzu w kwietniu 2014 r. podczas kolejnego posiedzenia w sprawie siostry Bernadetty (DAWID CHALIMONIUK)

Po wstrząsającej historii siostry Bernadetty Ministerstwo Edukacji Narodowej przeprowadziło kontrolę w specjalnych ośrodkach wychowawczych. Okazuje się, że za zgodą sędziów i samorządowców umieszcza się w nich małe dzieci, które nie powinny tam przebywać.
Z raportu MEN wynika, że kuratorzy nie reagują i nie kontrolują, co się dzieje z dziećmi umieszczanymi w specjalnych ośrodkach wychowawczych (SOW-ach). – Część wychowanków w tych ośrodkach powinna podlegać ustawie o pieczy zastępczej, która mówi wyraźnie, że dzieci poniżej siódmego roku życia, a od 2020 r. także dzieci poniżej dziesiątego roku życia muszą być wysyłane do rodzinnych domów dziecka albo do rodzin zastępczych, gdzie dzieci z założenia jest tylko kilkoro – tłumaczy ekspertka ministerstwa Alina Wiśniewska. Problem dotyczy obecnie blisko 90 małych dzieci poniżej siódmego roku życia umieszczonych w ośrodkach.

SOW-y nie podlegają ustawie o pieczy zastępczej. Są pod kuratelą MEN, bo mają się zajmować edukacją dzieci z problemami wychowawczymi czy dzieci niepełnosprawnych. Tego typu ośrodków mamy w Polsce 43. Pięć z nich to ośrodki samorządowe, czyli publiczne, pozostałe to niepubliczne placówki – w tym trzy prowadzone przez organizacje pozarządowe, a 35 – przez instytucje kościelne. Wszystkie dostają na każde dziecko roczną subwencję z budżetu – ponad 34 tys. zł.

Po nagłośnieniu historii siostry Bernadetty, skazanej za znęcanie się nad dziećmi, szefowa MEN Joanna Kluzik–Rostkowska obiecała, że przyjrzy się funkcjonowaniu tych placówek. Najnowszy raport ministerstwa, który dostała „Wyborcza”, potwierdził podejrzenia, że w wielu przypadkach ośrodki zamieniły się w domy dziecka. Rodzice oddają tam dzieci w wieku nawet dwóch lat!

Urzędnicy samorządowi to tolerują, bo gdyby dzieci miały być wysyłane do domu dziecka rodzinnego lub publicznego, lub do rodziny zastępczej, samorząd musiałby za to płacić. Tymczasem utrzymanie dziecka w specjalnym ośrodku wychowawczym finansuje MEN.

Alina Wiśniewska uważa, że jeśli rodzice sami oddają dwuletnie dziecko do takiego ośrodka, to sąd powinien rozważyć odebranie im praw rodzicielskich i oddanie dziecka do pieczy zastępczej, ewentualnie do adopcji.

Najbardziej tragiczna sytuacja pod tym względem jest na Śląsku. Jest tam dziesięć specjalnych ośrodków wychowawczych, z czego trzy to ośrodki publiczne, czyli samorządowe, a siedem prowadzą instytucje kościelne.

– W innych województwach widzimy gotowość urzędników do rozwiązania problemu – mówi Joanna Wrona, dyrektor departamentu MEN ds. zwiększania szans edukacyjnych. Te ośrodki powinny być przekształcone w zwyczajne domy dziecka, podległe o wiele bardziej rygorystycznej ustawie o pieczy zastępczej, albo powinno się stamtąd zabrać małe dzieci i przekazać je rodzinom zastępczym.

– Ale na Śląsku powiaty uważają, że wszystko jest w porządku. Właśnie na Śląsku, gdzie miał miejsce przypadek siostry Bernadetty – dodaje dyr. Wrona.

W raporcie czytamy, że w śląskich ośrodkach są nawet dwulatki. 85 proc. dzieci jest tam kierowane na podstawie orzeczeń sądu o umieszczeniu w pieczy zastępczej, co znaczy, że absolutnie nie powinny się znaleźć w specjalnym ośrodku wychowawczym. Teoretycznie taki ośrodek powinien pracować z rodzicami dziecka, ale w śląskich domach to jest praktycznie niemożliwe, bo zsyłane są tam dzieci z całej Polski.

Śląscy urzędnicy tłumaczą, że to sami rodzice chcą do sióstr oddawać dzieci, że chodzi o to, by rodzeństwa były razem. A potem sądy to zatwierdzają.

Wielu wychowanków jest w tych ośrodkach od wczesnego dzieciństwa aż do wieku dorosłego, a ponieważ nie są objęte ustawą o pieczy, to potem są wystawiane za drzwi i kompletnie sobie nie radzą w dorosłym życiu. Najbardziej skrajnym przypadkiem jest 22-letni Kuba, którego historię pokazały „Wiadomości” TVP. Chłopak nie potrafi sobie nawet wyrobić dowodu osobistego, mieszka, gdzie popadnie. A ponieważ nie zajmowały się nim placówki podległe ustawie o pieczy zastępczej, wypadł z systemu opieki państwa. Gdyby w niej był, miałby prawo do opiekuna i realizacji wraz z nim indywidualnego programu usamodzielnienia bądź – w przypadku ciężkiej niepełnosprawności – znalazłby miejsce w domu pomocy społecznej.

Parlament pracuje obecnie nad zmianą ustawy o systemie oświaty, bo dziś SOW-y publiczne muszą działać zgodnie z zasadami MEN, czyli nie mogą przyjmować małych dzieci. A niepubliczne SOW-y mogą robić, co chcą, i wpisywać do swoich statutów, że przyjmują wychowanków w dowolnym wieku. Według nowelizacji także niepubliczne ośrodki będą się musiały podporządkować zasadom MEN, a małe dzieci, które tam przebywają, muszą znaleźć miejsce w innych placówkach lub wrócić do rodziców.

Przed sąd za „opiekę” nad dziećmi

W kwietniu 2014 r. „Gazeta Wyborcza” opublikowała reportaż Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” o zabrzańskim ośrodku oświatowo-wychowawczym sióstr boromeuszek. Siostra Bernadetta, dyrektorka ośrodka, oraz siostra Franciszka, wychowawczyni grupy chłopców, zostały w 2011 r. skazane przez sąd za przemoc fizyczną i psychiczną oraz pomocnictwo przy gwałtach na wychowankach.

18 kwietnia odbędzie się premiera książki Justyny Kopińskiej „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”, a w niej historia poprzedniczki siostry Bernadetty, która stworzyła jeszcze okrutniejszy system wychowawczy.

Zobacz także

wyborcza.pl

Berlinale 2015: Kenneth Branagh zrobił „Kopciuszka” dla Disneya

Paweł T. Felis, Berlin, 13.02.2015

„Kopciuszek” (mat. pras.)

Karoca z dyni? Buty ze szkła? Trudno wyobrazić sobie coś bardziej niepraktycznego! – mówiła w Berlinie Helena Bonham-Carter po premierze „Kopciuszka”.
Sześćdziesiąt lat temu animowany, disneyowski „Kopciuszek” dostał w Berlinie Złotego Niedźwiedzia przyznawanego wówczas – uwaga – w kategorii „najlepszy musical”. Aktorski film Branagha (pokazywany poza konkursem) musicalem już nie jest, jest za to dokładnie tym, czego można się po Disneyu spodziewać: trochę kiczu, mnóstwo wzruszeń, nieprzeszarżowane efekty specjalne. No i Kopciuszek, który ma uśmiech i wdzięczną fizjonomię Lily James wypisaną na twarzy, ale ma też – przeszłość.

Miej odwagę i bądź życzliwa

„Byli najszczęśliwszą rodziną, jaka istnieje” – mówi narratorka o domu Elli, który tworzą oprócz niej podróżujący ciągle ojciec i pełna wiary w dobro matka. Po jej śmierci nic już nie jest takie samo: owdowiały ojciec znajduje sobie drugą żonę (Cate Blanchett), Ella zyskuje głupie jak but, niezbyt urodziwe i kompletnie pozbawione artystycznych talentów, przyszywane siostry. A w końcu – gdy podczas zagranicznej podróży umiera również ojciec – zdana jest wyłącznie na łaskę (a właściwie niełaskę) macochy. Co to znaczy i w jaki sposób będzie odtąd traktowana pasierbica: wiadomo.

„Miej odwagę i bądź życzliwa” – te słowa powracają w „Kopciuszku” do znudzenia. Nic dziwnego: taki testament zostawiła Elli umierająca matka, tylko z takim przesłaniem Kopciuszek jest w stanie poradzić sobie z lawiną upokorzeń. I taki jest też film Branagha: dopieszczona efektami specjalnymi, bajkowa powiastka o tym, że szlachetność popłaca, a świat wypreparowany z dziecięcej naiwności byłby nieznośny.

Kopciuszek: Uwielbiam happy endy!

„Kiedy przeczytałem scenariusz, byłem poruszony, chociaż znam przecież tę historię doskonale” – mówił dziś w Berlinie Kenneth Branagh podczas konferencji prasowej. – „Być może po to właśnie zrobiliśmy „Kopciuszka”, żeby udowodnić, że można sięgać po to, co wzruszające i sentymentalne bez cynizmu”. Filmowy Kopciuszek przyznaje zresztą, że „uwielbia happy endy”, choć mimochodem pada tu też zdanie, że nie wszystkim dane jest żyć „długo i szczęśliwie”. „Ludzie nie są tak cudowni, jak pokazują bajki. Wiemy o tym, więc do happy endów podchodzimy nieufnie. Ale przecież ciągle o nich marzymy. Mam nadzieję, że w moim filmie, nawet jeśli sporo tu magii i baśniowych sytuacji, pojawia się też ogólna refleksja o tym, jak trudno czasem być po prostu człowiekiem. Jak nieuchwytne bywają pojęcia miłości i szczęścia”.

Branagh, mistrz barwnych, jasnych, świetnie współczesnych, filmowych adaptacji Szekspira, od jakiegoś już czasu romansuje z kinem gatunkowym („Thor”, „Jack Ryan: Teoria chaosu”), teraz zrobił film dla najmłodszych (choć pewnie nie tylko). Zapytany o to, co łączyć może Szekspira, Grimmów i jego „Kopciuszka”, zaśmiał się: „Ile macie czasu na odpowiedź?”. Za chwilę przyznał jednak, że podobieństw jest całkiem sporo. Na przykład właśnie w „Królu Learze” pada zdanie „Bądź cierpliwy i wyrozumiały”, jako żywo przypominające motto filmowego Kopciuszka.

Kate Blanchett gra macochę

Najbardziej przekorną, a przez to dowcipną postacią jest w filmie wróżka, czyli matka chrzestna. „To oczywiste, zabawność mam we krwi” – mówiła błyskotliwa jak zawsze Helena Bonham Carter, wcześniej zniesmaczona lekko wrzeszczącymi fotografami robiącymi zdjęcia na „ściance” festiwalu („Boże, chyba już wystarczy?” – sugerowała koleżankom). „Zresztą humor był nieodzowny, bo to dość szalona postać. Czaruje, ale czemu z gigantycznej dyni? A pantofelki ze szkła? Najbardziej niepraktyczna rzecz, jaką możesz sobie wyobrazić! Wymyśliłam sobie, że moja bohaterka panikuje po prostu pod presją czasu, zestresowana, w pięć minut musi załatwić Kopciuszkowi wszystko. Więc improwizuje, czasem nieudolnie. A że żyje już kilka tysięcy lat, może mieć problemy z pamięcią. W efekcie, to prawda, kradnę w filmie wszystkie śmieszne momenty”.

„Jestem za stara na Kopciuszka, zbyt mało zabawna na wróżkę. Co mi więc zostało? Musiałam grać macochę” – komentowała Kate Blanchett, który mówi w filmie swoim charakterystycznym, niskim głosem. „Rozmawiałam z Kenem o tym, że moja postać nie powinna być zła od samego początku. I że warto pokazać, jak rodzi się i pęcznieje zazdrość między kobietami, rywalizacja. Ja oczywiście z Lily rywalizować nie mogłam: to przykra świadomość, że im jestem starsza, tym więcej czasu zajmuje przygotowanie mi fryzury i charakteryzacji”.

W Berlinie chce się żyć

Sama Lily James opowiadała, że kostiumy były piękne, ale nieludzko ściśnięte, więc trudno było w nich oddychać. „Miałyśmy tak ogromne suknie, że nie byłyśmy w stanie nawet się do siebie zbliżyć” – dodawała Bonham Carter. „A wyobrażacie sobie w czymś takim iść do toalety? Ja na przykład byłam chodzącą lampą. Codziennie przychodził facet z Philipsa i wszystkie lampki które miałam na sobie, włączał. Ken, jak ty powiedziałeś? Że trzeba być „cierpliwym i wyrozumiałym?”. Zgadzam się”.

James przyznała, że chętnie zatrzymałaby sobie pierścionek od księcia, a Stelan Skarsgard – konia. Blanchett chwaliła z kolei Berlin, gdzie ostatnio przyjechała na święta razem z rodziną: „Nowoczesne miasta, które opierają się na świetnej gospodarce, mogą być piękne, ale nie chce się tam żyć. A w Berlinie się chce, bo finansiści są tu równie ważni jak artyści”.

Polska premiera filmu 13 marca.

wyborcza.pl

Kreml nie boi się buntu ludzi z prowincji

Rozmawiał Wacław Radziwinowicz, 14.02.2015
Kiedy wartość rubla drastycznie spadła, ludzie rzucili się do wykupywania importowanych towarów.
Na zdjęciu: klient wychodzi z hipermarketu w Petersburgu, grudzień 2014

Kiedy wartość rubla drastycznie spadła, ludzie rzucili się do wykupywania importowanych towarów. Na zdjęciu: klient wychodzi z hipermarketu w Petersburgu, grudzień 2014 (DMITRY LOVETSKY/AP)

W Rosji, jak uczy historia, zmiany wymusić mogą tylko bunty w stolicach. Spodziewam się niepokojów, ale na prowincji i wyłącznie na tle ekonomicznym. Protesty polityczne są dziś skrajnie niepopularne – mówi Michaił Dmitriew, rosyjski ekonomista
WACŁAW RADZIWINOWICZ: Moskiewska ulica Twerska, wspaniała, przebogata witryna stolicy, w co trzecim oknie wystawowym straszy napisami „na sprzedaż”, „do wynajęcia”. Tu widać, jak mocno kryzys bije w Rosję.

MICHAIŁ DMITRIEW*: Akurat Twerskiej nie możemy uważać za papierek lakmusowy tego, co rzeczywiście dzieje się w kraju. W ostatnich latach za ogromne pieniądze wynajmowano tu pomieszczenia sklepom sprzedającym najmodniejsze, najdroższe importowane towary. Tu ulokowały się najdroższe restauracje. Teraz, kiedy wartość rubla gwałtownie spadła, te biznesy upadły pierwsze. Tam, gdzie jeszcze jesienią świeciły się witryny markowych sklepów, teraz ciemno. A luksusowe pomieszczenia, których nikt nie chce, można wynająć za znacznie mniej pieniędzy niż do tej pory. Ale handel towarami luksusowymi to, pamiętajmy, niewielki segment naszego rynku.

Nie można tego powiedzieć o branży turystycznej, która faktycznie upadła, o bankrutujących masowo restauracjach, w ogóle o sferze usług.

– To prawda. Ale ten problem dotyka przede wszystkim największych miast, gdzie sektor usług jest bardzo rozbudowany.

To znaczy, że w Moskwie szybko będzie rosnąć bezrobocie – a co za tym idzie – i niezadowolenie, szczególnie wśród młodych, wykształconych, dynamicznych ludzi, bo przede wszystkim tacy pracują w usługach.

– Nie podzielam tych obaw. Właśnie opublikowano „przygnębiające” dane o bezrobociu w Moskwie. Od jesieni wzrosło ono o 7,3 proc. W 15-milionowej stolicy mamy 12 tys. osób poszukujących pracy. Ale choć bankrutują sklepy, restauracje, firmy turystyczne, to w Rosji mamy taką sytuację demograficzną, że znacznie więcej ludzi odchodzi na emeryturę, niż osiąga wiek produkcyjny. Tak więc tracący pracę, przynajmniej w Moskwie, bez trudu znajdą sobie inne zajęcie. Nie będą z powodu bezrobocia wychodzić na demonstracje.

Rosja to jednak nie tylko Moskwa. To też liczne tak zwane monomiasta, zbudowane przy jednej, dającej utrzymanie wszystkim mieszkańcom fabryce. Kiedy ta fabryka upada, mieszkańcy znajdują się w sytuacji tragicznej. I co, nie będą protestować?

– Oczywiście, będą. W czasie poprzedniego kryzysu mieliśmy taki dramat w miasteczku Pikalowo, gdzie zamknięto jedyną wielką fabrykę. Ludzie zbierali się na demonstracje, blokowali drogi do czasu, aż przyjechał Władimir Putin i kazał właścicielowi uruchomić zakład. O Pikalowie było wtedy głośno, bo odwiedził je z „misją ratunkową” ówczesny premier. Ale na świecie, a nawet i w Moskwie nikt jakoś nie zauważył, że tylko w jednym miesiącu – w maju 2009 r. – mieliśmy w całym kraju 18 tys. protestów z blokowaniem dróg, linii kolejowych. W demonstracjach brały udział setki tysięcy ludzi.

A jeśli jednocześnie dojdzie do buntu, powiedzmy, w 50 takich Pikalowach? Czy nie zostanie przekroczona masa polityczna protestów i jednego Putina na to wszystko już nie wystarczy?

– Kremla to nie trwoży. Władza sobie z tym poradzi. Dla niej najważniejsze jest to, by nie doszło do powtórzenia moskiewskiej „białej zimy”, wielotysięcznych demonstracji antyputinowskich – takich, jakie mieliśmy w Moskwie na przełomie lat 2011 i 2012. One bardzo wystraszyły Putina i jego ludzi. A niepokojami w jednym, drugim czy nawet kilku Pikalowach jednocześnie na Kremlu przejmować się nie będą.

Dlaczego?

– Bo daleko od centrum, a w Rosji, jak uczy historia, zmiany wymusić mogą tylko bunty w stolicach. Poza tym niepokoje w Pikalowie i innych miastach na prowincji miały tło wyłącznie ekonomiczne.

Spodziewa się pan, że teraz będzie podobnie?

– Jestem przekonany, że tak. Będziemy mieli znów, jak w czasie poprzedniego kryzysu, falę niepokojów przede wszystkim na prowincji, pewnie właśnie w „monomiastach”, ale będą to zbiorowe wystąpienia na tle wyłącznie ekonomicznym. Wyniki naszych badań pokazują, że 18-20 proc. Rosjan jest gotowych wychodzić na ulicę z powodu drożyzny, spadku dochodów, wzrostu opłat za usługi komunalne, wzrostu cen lekarstw. To bardzo dużo.

A protesty pod hasłami politycznymi?

– One są dziś skrajnie niepopularne. Kiedy na przełomie lat 2011 i 2012 mieliśmy potężne protesty na moskiewskim placu Błotnym czy prospekcie Sacharowa, popierało je około 60 proc. Rosjan. Dziś o podobnych akcjach politycznych przychylnie myśli zaledwie kilka procent obywateli naszego kraju.

Skąd ta zmiana?

– Wciąż jeszcze nie opadła fala patriotycznego entuzjazmu wywołana przyłączeniem Krymu do Rosji. Putin, który tego dokonał, cieszy się rekordowo wysoką popularnością. Odstraszająco działa też przykład Majdanu kijowskiego i to, co się dzieje na Ukrainie, czy też raczej to, jak wydarzenia w sąsiednim kraju pokazują kontrolowane przez Kreml media. Ludzie nie chcą protestów politycznych, bo się boją, że w ich wyniku może u nas dojść do takiego zamętu, jaki widzą za naszą zachodnią granicą. Rosjanie, choć kryzys staje się dla nich coraz groźniejszy, nie chcą myśleć o polityce.

Polityka sama się im przypomni. Pod koniec przyszłego roku, a będzie to, jak wszystko wskazuje, kolejny rok ciężkiego kryzysu, mają się odbyć wybory do Dumy.

– To rzeczywiście będzie trudny moment. Trzy lata temu Rosjanie się zbuntowali, bo wydawało im się, że w wyborach parlamentarnych będą rzeczywiście mogli wybierać, a to prawo im odebrano. Teraz, jak dowodzą nasze badania, rośnie rozczarowanie ugrupowaniami politycznymi mającymi swe frakcje w Dumie i pozaparlamentarnymi też. Nasi respondenci odpowiadają, że nie mają z kogo wybierać. Chcieliby mieć polityków i partie, które są w stanie zaproponować nową politykę gospodarczą, wskazać wyjście z kryzysu.

Skąd wziąć takie partie?

– Nie wiem. Wiem tylko, że przyszłoroczne wybory parlamentarne będą dla Kremla trudnym testem na wytrzymałość.

*Michaił Dmitriew, znany i wpływowy rosyjski ekonomista. Wsławił się tym, że przewidział kryzys z 2008 r. i falę antyputinowskich protestów na przełomie lat 2011 i 2012

Rosja się wyprzedaje

Rosyjscy właściciele małych przedsiębiorstw masowo uciekają z rynku. W minionym roku w popularnym serwisie ogłoszeniowym Avito.ru było o 14,5 razy więcej ogłoszeń o sprzedaży moskiewskich sklepów, restauracji, zakładów usługowych niż w 2013 r. W lutym ubiegłego roku sprzedać swój sklep czy zakład w Moskwie chciało 282 biznesmenów, miesiąc później – już 1244.

Jeszcze aktywnie wyprzedawał się Petersburg. Tu liczba takich ogłoszeń wzrosła 15,8 razy.

Ucieczka od biznesu zaczęła się w marcu 2014 r., a więc w momencie, gdy Rosja anektowała Krym, i zaczęła się wpisywać w wojenną awanturę na Ukrainie.

(Za moskiewską gazetą „RBK Daily”).

RICZ

Zobacz także

wyborcza.pl

Kowal o porozumieniach w Mińsku: Wielki błąd Zachodu. Obróci się przeciwko pokojowi w całej Europie

Wiktoria Beczek, 13.02.2015
Paweł Kowal | Merkel, Hollande, Poroszenko i Putin na spotkaniu w Mińsku

Paweł Kowal | Merkel, Hollande, Poroszenko i Putin na spotkaniu w Mińsku (AG | AP)

Kierunek, który obrano przy podpisywaniu porozumień, prowadzi do zaostrzenia konfliktu – uważa Paweł Kowal, ekspert ds. polityki wschodniej. Jego zdaniem Zachód popełnił zbyt wiele błędów po aneksji Krymu przez Rosję i swoim działaniem zachęcił Putina do dalszych ruchów.
Czy zawieszenie broni to realna zmiana, czy po prostu „oddech” dla walczących?

Jeżeli będzie przestrzegane, to jest jakaś możliwość odpoczynku dla Ukraińców, ale Putin też w tym czasie łapie oddech. Może dokonać pewnych zmian w Ługańsku i Doniecku, szczególnie jeśli chodzi o liderów samozwańczych republik. On wyraźnie nie jest zadowolony z tego, jak one funkcjonują, i musi zracjonalizować ich działanie.

Na zawieszeniu broni każdy zyska, ale oczywiście ono ma podstawowy sens – nie giną ludzie.

Dlaczego od porozumienia do zawieszenia mijają 4 dni, dlaczego nie wchodzi w życie od razu?

Putin liczy na powtórzenie scenariusza poprzedniego porozumienia Mińskiego, czyli zrobienie jeszcze kilku kroków dalej. I tak jak wtedy otoczono lotnisko w Doniecku, tak teraz tę rolę ma spełnić Debalcewe.

Widać brak dobrej woli po stronie rosyjskiej, bo walki trwają.

Jak wygląda w XXI w. „zawieszenie broni”? Odkładają karabiny? Czy „wojna hybrydowa” będzie trwała, ale nie będą zabijać? Co z propagandą?

Nie ma strony, która wyraźnie za to odpowiada. Separatyści są podzieleni na frakcje, nie ma tam pełnej koordynacji, a Putin się do nich oficjalnie nie przyznaje. Każdy zawsze będzie mógł powiedzieć, że to nie on strzelił. W taki sposób złamano poprzednie porozumienie. Jedynym sposobem na to, żeby przerwać ten konflikt, jest uszczelnienie granicy między Rosją a Ukrainą, dozbrojenie Ukrainy i pozwolenie Ukraińcom, żeby sami zaprowadzili porządek na swoim terytorium.

Czy uszczelnienie granic, które zakłada porozumienie z Mińska, jest możliwe do zrealizowania?

Nie jest. Zapisano, że rozwiązanie tej kwestii ma nastąpić do końca roku. To jest kompletnie niepoważne, ponieważ dzisiaj do Donbasu są przerzucane wojska, bez żadnych ograniczeń.

Pojawia się pytanie, czy Zachód jest w ogóle gotowy do sensownej rozmowy z Putinem, w warunkach, kiedy on prowadzi taki rodzaj wojny.

Choć najgorsze w tym porozumieniu jest dobieranie się do wewnętrznego ustroju Ukrainy. Ten punkt budzi moją największy opór – państwa europejskie i Rosja starają się wpłynąć na prezydenta Ukrainy, żeby wymusić jakiś kształt rozwojowy tego państwa. To musi w przyszłości doprowadzić do rozjątrzenia tego konfliktu.

Prezydent Ukrainy nie może sam zmienić ustroju kraju, musi spytać Radę Najwyższą, a taki zapis daje możliwość wzmocnienia gry rosyjskiej na wewnętrznej scenie ukraińskiej oraz do tego, żeby Putin recenzował ten ustrój. Jeżeli władze wprowadzą jakiś rodzaj decentralizacji, to Putin będzie mógł mówić, że nie o taką decentralizację chodziło.

Dziwię się ekspertom, którzy doradzają Angeli Merkel i Francois Hollande’owi, i dziwię się, że się na to zgadzają. Wydaje mi się, że nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności. Do głowy by mi nie przyszło, że w XXI wieku będziemy mówili Ukraińcom: zróbcie sobie wolne wybory, wybierzcie sobie władze, bo to jest nasz standard. A jak oni to zrobią, to na konferencjach międzynarodowych będzie się ustalało, jaki mają mieć ustrój. To jest ścieżka, która musi prowadzić do zaostrzenia wojny.

Czy zapisy zawarte w porozumieniu to wszystko, co można było ugrać?

Takie pytanie zadają ci, którzy bronią tego porozumienia. Przecież w życiu nie jest tak, że w każdym dowolnym momencie można zmienić bieg rzeczy.

Pierwszy błąd popełniono po Krymie. Jeżeli Putin spytał swoich współpracowników, jaki jest bilans aneksji Krymu, to oni mu odpowiedzieli, że kilkunastu rosyjskich urzędników dostało zakaz wjeżdżania do Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych. Taki „koszt” tylko zachęcił Putina do następnych działań.

Nie na każdym etapie tego procesu można znaleźć dobre rozwiązanie, ale z tego, że nie ma lepszego rozwiązania, wcale nie wynika, że należy spalić porozumienia mińskie.

Na tym etapie można było nie żyrować porozumień. Przy okazji nie jest jasne, kogo reprezentują Niemcy i Francja. Donald Tusk mówił, że byli pośrednikami. Ale między kim a kim? Unią a Rosją? Rosją a Ukrainą?

Przywódcy Europy prowadzą wspólnotę na mieliznę. Nie respektują traktatu, który mówi, że UE reprezentują na zewnątrz Tusk, Mogherini i ew. szef Komisji Europejskiej. A jeśli robią to Merkel i Hollande, to powinni mieć stosowne pełnomocnictwo. Robiąc to inaczej, wprowadza się zamieszanie i w tej wodzie ktoś inny będzie łowił ryby.

 

Czy w tej chwili jest w ogóle możliwe zażegnanie konfliktu?

To żart. Porozumienie jest wielkim błędem Zachodu.

Niektóre państwa Europejskie – w imię krótkoterminowych interesów – żyrują takie postępowanie Rosji, które może się obrócić przeciwko pokojowi na całym kontynencie.

Jaka jest w tym wszystkim rola Putina – de facto jest wszędzie, ale cały czas nie ma mowy o tym, że to Rosjanie działają na wschodzie Ukrainy?

Jego podpisu nie ma na części porozumienia. On woli robić to rękami grupy mińskiej. Istota polityki Putina polega na tym, żeby siedzieć po obu stronach szachów, czyli być jednocześnie i rozgrywającym w Donbasie, i wprowadzającym pokój.

Wśród wielu błędów, które popełniono w Mińsku, popełniono także ten, że pozwolono Putinowi odegrać rolę twórcy pokoju.

Rubel znacząco się umocnił – czy to spotkanie było w tym sensie potrzebne Putinowi?

Jemu to jest potrzebne z różnych powodów. Ludzie na Zachodzie myślą, że Putin zamierza zamienić tę wojnę, w taką, jaką widzimy na filmach z II wojny światowej. On tego nie zamierza robić, ponieważ z jego punktu widzenia wojna hybrydowa sprawdziła się nad podziw doskonale. Być może w ogóle wchodzimy w epokę, w której nie będzie już takich wojen, jakie dotychczas widzieliśmy – z armiami poszczególnych państw, finansowaniem ich, prowadzeniem działań wojennych.

Dla Putina sprawdziła się ta forma i nie będzie tego zmieniał. Potrzebuje nieco odpocząć, przegrupować siły, umocnić swoją pozycję w Rosji, wzmocnić podziały w Unii Europejskiej, dać poczucie triumfu politykom francuskim i niemieckim, którzy myślą, że mogą sobie poradzić bez USA.

Putin ma mnóstwo celów, to jest kolorowy zawrót głowy. Właściwie trudno pokazać, gdzie on coś przegrał.

Zobacz także

TOK FM

Putin bije rekordy popularności. 74 proc. Rosjan zagłosowałoby na niego w wyborach prezydenckich [SONDAŻ]

karslo, 13.02.2015
Władimir Putin

Władimir Putin (VASILY FEDOSENKO/REUTERS)

„Gdyby wybory prezydenckie byłyby w najbliższą niedzielę, na kogo byś zagłosował?” – zapytał Rosjan Fundusz „Opinia Społeczna” (FOM). 74 proc. zagłosowałoby na Władimira Putina. Według rosyjskich mediów wzrost poparcia ma związek z nieugiętą postawą Putina w Mińsku.
Z sondażu wyborczego, które FOM przeprowadza nawet do pięciu razy w miesiącu, wynika, że poparcie Putina stale rośnie. Na przykład w czerwcu 2014 roku na prezydenturę Putina zagłosowałoby 67 proc. Rosjan. Rosyjski portal Newsru.com zwraca uwagę, że to najlepszy wynik Putina w sondażu wyborczym od 2008 roku, czyli od momentu, kiedy został premierem Federacji Rosyjskiej.

Putin to jedyny, liczący się kandydat?

Z opublikowanych wyników można też wysnuć wniosek, że Putin to właściwie jedyny kandydat na prezydenta, który znaczy cokolwiek dla szerszej masy rosyjskiego społeczeństwa. Na drugim miejscu w sondażu jest kontrowersyjny Władimir Żyrinowski z Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, który ma poparcie 5 proc.

Na trzecim miejscu jest Giennadij Ziuganow z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej z 4 proc. Jeden proc. zdobył Michaił Prochorow – rosyjski miliarder, który startował w wyborach prezydenckich w 2012 roku jako niezależny kandydat.

Poparcie wzrosło dzięki postawie Putina w Mińsku

Przeprowadzono również drugie badanie, w którym postawiono pytanie, czy Władimir Putin dobrze wypełnia swoje obowiązki. 84 proc. odpowiedziało, że tak. Próbą w obu badaniach było trzy tysiące mieszkańców Rosji z 64 okręgów.

Według portalu Newsru.com poparcie dla Putina wzrosło w ostatnich dniach dzięki jego mocnej dyplomatycznej postawie na negocjacjach w Mińsku w sprawie Ukrainy.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s