8.

 

Senat za ratyfikacją konwencji o zapobieganiu przemocy. Teraz wszystko zależy od prezydenta

AB, PAP, 05.03.2015
Posiedzenie Senatu

Posiedzenie Senatu (Fot. Adam Stępień/ Agencja Gazeta)

Senatorowie poparli w głosowaniu ratyfikację Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Ustawę poparło 49 senatorów, przeciwnych było 38, a jedna osoba wstrzymała się od głosu. Dokumentem zajmie się teraz prezydent Bronisław Komorowski.
Za ratyfikacją opowiadały się komisje nauki, edukacji i sportu oraz komisja spraw zagranicznych. O odrzucenie ustawy wyrażającej zgodę na ratyfikację konwencji wnioskowały komisje rodziny, polityki senioralnej i społecznej oraz praw człowieka, praworządności i petycji.
Przed głosowaniem o odrzucenie ustawy apelował m.in. Kazimierz Wiatr z PiS, który przekonywał, że celem konwencji nie jest walka z przemocą, a „wprowadzenie przemocą ideologii gender”. Jak mówił, konwencja jest nieludzka i niezgodna z naturą człowieka, a jej przyjęcie grozi m.in. tym, że rodzice będą odsunięci od wychowywania swoich dzieci.

Podobnego zdania był Jan Maria Jackowski. Poseł PiS przekonywał, że senatorowie w tym głosowaniu muszą zdecydować, czy Polska pozostanie w „naszym kręgu cywilizacyjnym”, czy też „w wyniku szaleństwa ideologów” będzie zmierzać w nieznanym kierunku.

„Ustawa służy ideologicznej przebudowie społeczeństwa”

Wczoraj senatorowie dyskutowali na temat konwencji przez przeszło osiem godzin. Przeciwnicy ratyfikacji przekonywali, że konwencja uderza w rodzinę i polską tradycję, a także w wiarę chrześcijańską, wskazywali m.in. na opinie o niezgodności konwencji z naszą konstytucją, wątpliwości co do jakości tłumaczenia dokumentu, a także stanowisko episkopatu Polski, który jednoznacznie potępia konwencję, przekonując, że nie służy ona walce z przemocą, ale „ideologicznej przebudowie społeczeństwa”.

Zwolennicy przypominali, że konwencja nie dotyczy jedynie kobiet, ale wszystkich ofiar przemocy, wśród których jednak kobiety stanowią przeważającą większość i przekonywali, że warto ją przyjąć, jeśli miałaby się przyczynić do zmniejszenia skali przemocy.

Przyszłość dokumentu będzie zależała od prezydenta

Ustawa trafi teraz do prezydenta. Jeśli Bronisław Komorowski podejmie uchwałę o odrzuceniu ustawy, sprawą ponownie będzie musiał zająć się Sejm. Zgodnie z regulaminem Sejmu uchwałę Senatu o odrzuceniu ustawy uważa się za przyjętą, jeżeli Sejm nie odrzuci jej bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Jednak przed głosowaniem ustawą ponownie muszą zająć się komisje.

Polska podpisała konwencję w grudniu 2012 r. Sejm uchwalił ustawę, w której wyraził zgodę na ratyfikację konwencji, na początku lutego. Konwencję podpisało 37 z 47 państw Rady Europy, w tym 23 z 28 należących do Unii Europejskiej. Ratyfikowało ją 16 krajów, w tym 9 będących członkami UE.

O ratyfikowanie konwencji apelowały m.in. organizacje kobiece

Konwencja ma chronić kobiety przed wszelkimi formami przemocy oraz dyskryminacji; oparta jest na idei, że istnieje związek przemocy z nierównym traktowaniem, a walka ze stereotypami i dyskryminacją sprawiają, że przeciwdziałanie przemocy jest skuteczniejsze.

O ratyfikowanie konwencji apelowały organizacje kobiece, broniące praw człowieka oraz pomagające ofiarom przemocy, a krytykowały ją organizacje prawicowe i episkopat Polski.

O szybkie złożenie podpisu pod ustawą zaapelowała do prezydenta Anna Grodzka, kandydatka Partii Zielonych na najwyższy urząd w państwie:

Zobacz także

TOK FM

Kościół jak dentysta

Jarosław Makowski, 05.03.2015

Słuchając rodzimego Kościoła, można odnieść wrażenie, że Jezus nauczał tylko o seksie.

1.

Kościół w Polsce ma zadziwiającą zdolność: doskonale wie, jak pozytywne przesłanie Ewangelii sprowadzić do przesłania w zasadzie tylko negatywnego.

Kiedy bowiem człowiek uważnie słucha Kościoła, a w Polsce ludzie wciąż jeszcze tak robią (jak długo, to już zależy od samych księży i ich świadectwa…), to posłyszy w zasadzie jedno wielkie „NIE”. Nie dla konwencji antyprzemocowej, nie dla ustawy o in vitro, nie dla związków partnerskich…

W tę logikę negatywnego przesłania wpisuje się także ostatnia akcja billboardowa. Już od kilku dni w polskich miastach wiszą plakaty z następującym hasłem: „Konkubinat to grzech. Nie cudzołóż”. Inicjatorem kampanii jest działający przy Konferencji Episkopatu Polski Krajowy Ośrodek Duszpasterstwa Rodzin.

Pal sześć, że akcja pewnie jest kosztowna i że Kościół mógł te pieniądze (nawet jeśli pochodzą one ponoć od prywatnego sponsora) lepiej spożytkować: fundując, na przykład, stypendia dla biedniejszych dzieci z małych miast czy wspierając organizacje charytatywne – jako symbol Franciszkowego Kościoła ubogiego i dla ubogich.

Niestety, Kościołowi w Polsce dużo lepiej wychodzi wcielanie się w rolę stróża moralności publicznej niż głoszenie Dobrej Nowiny o zbawieniu człowieka.

2.

Ale ta akcja pokazuje coś jeszcze: cały przekaz publiczny Kościoła sprowadzony jest tu do kwestii związanych z ciałem i ludzką sensualnością. A jeśli tak, to Kościół nie może się potem dziwić, że w odbiorze wiernych, jak twierdzi wielu, zajmuje się wyłącznie seksem. Krótko: księża, co można posłyszeć od niejednego pobożnego katolika, wciąż ulegają pokusie zaglądania do sypialni – nawet wtedy, kiedy mówi im się zdecydowane: „basta”!

Po drugie, Kościół w Polsce całe przesłanie Jana Pawła II sprowadził właśnie do kwestii związanych z ludzką seksualnością. Kwestie związane z teologią ciała są bodaj jedynymi, jakie rodzimy Kościół sobie przyswoił, księża się tego przesłania nauczyli na pamięć i w tym przepowiadaniu Ewangelii ciała, czują się biegli. Nie w teologii stworzenia, nie w Chrystologii czy nie daj Bóg teologii feministycznej, ale właśnie w teologii seksualności, by nie rzec: biologii. Stąd i temat obecnej akcji billboardowej. Tyle że sprowadzanie nauczania Jana Pawła II do tzw. teologii ciała to uproszenie i krzywda, jaką wyrządza się dziedzictwu papieża Polaka.

Trzy, Kościół swoją strategią duszpasterską pokazuje, że nie tyle widzi w ludziach wiernych, także grzesznych, ile tylko grzeszników. W tym sensie przypomina dentystę (nic nie mam, by była jasność, do stomatologów), który – gdy widzi człowieka – od razu, z racji profesji, dostrzega tylko ubytki w uzębieniu. Kościół, przyglądając się swoim wiernym, widzi w nich tylko grzeszników, których wiarę w Boga, życie duchowe, sprowadza do szóstego przykazania. To nawet nie strategia zabójcza – to po prostu błąd.

Po czwarte, Kościół, okazuje się, dużo lepiej potrafi zarządzać grzechem i strachem człowieka niż miłosierdziem i nadzieją. Jak inny wydźwięk miałaby ta kampania, gdyby – przykładowo – zorganizowano akcję billboardową, a na plakatach pojawiło się hasło: „Wierność jest OK”. Albo: „Jeśli wierzysz, żyj odpowiedzialnie”. Dziś dużo skuteczniejsza jest „pedagogika zaufania” do człowieka niż „pedagogika strachu” przed piekłem.

3.

I na koniec: gdyby przypadkiem ktoś miał powiedzieć, o czym nauczał Jezus z Nazaretu tylko na podstawie publicznego przekazu Kościoła w Polsce, to musiałby dojść do wniosku, że Jezus przede wszystkim zajmował się seksem, a nie troską o biednych, wykluczonych, zepchniętych na margines.

Polityka.pl

 

Wójcie, zbierz tysiąc podpisów na Adama Jarubasa. „Nieroztropność prezesa”

Janusz Kędracki, 05.03.2015
Pismo wysłane przez prezesa Związku Miast i Gmin Regionu Świętokrzyskiego Michała Markiewicza

Pismo wysłane przez prezesa Związku Miast i Gmin Regionu Świętokrzyskiego Michała Markiewicza (REPR. PAWEŁ MAŁECKI)

Na zebranie nawet tysiąca podpisów poparcia dla kandydata PSL na prezydenta RP Adama Jarubasa prezydenci, burmistrzowie i wójtowie większości świętokrzyskich gmin dostali czas tylko do dziś. Mają je dostarczyć do pokoju 301 w urzędzie marszałkowskim.
W tym pokoju mieści się biuro Związku Miast i Gmin Regionu Świętokrzyskiego. Prezesem jego zarządu jest od lat Michał Markiewicz, burmistrz Skalbmierza i działacz PSL. To on podpisał się pod pismem wysłanym 16 lutego do prezydentów, burmistrzów i wójtów.Koledzy, potrzebne podpisyJego treść brzmi: „Szanowni Koledzy, zwracam się z uprzejmą prośbą o udzielenie poparcia kandydatowi na Prezydenta RP Panu Adamowi Jarubasowi poprzez zebranie podpisów wyborców waszych gmin, popierających kandydata. Proszę o zebranie jak największej ilości (do 1 tys.) na drukach zgodnych z załączonym wzorem. Wykazy zebranych podpisów proszę dostarczyć do Biura Związku (pokój 301, 3 piętro w Urzędzie Marszałkowskim) w terminie do 5 marca”.- Jeszcze z tym pismem nic nie zrobiłem, nie wykonałem żadnego ruchu – mówi Marek Materek, prezydent Starachowic. Dodaje, że prywatnie zaangażuje się na rzecz poparcia dla Jarubasa, bo ten wspierał go w wyborach samorządowych. – Ale na adres urzędu nie powinno się przysyłać takich pism – uważa Materek.

Związany z PiS wójt podkieleckiej gminy Piekoszów Zbigniew Piątek zapewnia, że nie otrzymał takiego dokumentu. Jest zdziwiony, że taki w ogóle powstał. – Związek nie powinien się takimi sprawami zajmować. Dlaczego mielibyśmy zbierać podpisy tylko dla tego kandydata, a nie dla Bronisława Komorowskiego czy Andrzeja Dudy? – pyta wójt Piątek.

Przekrętu nie zrobiłem. Gdzie się mam spotkać? Na dworcu w Kielcach?

– Prosiłem kolegów wójtów z PSL, nie wszystkich. Nie róbmy z tego problemu. Mam prawo marszałka poprzeć, wielkiego przekrętu nie zrobiłem – uważa burmistrz Markiewicz. Przekonuje, że to była jego inicjatywa, a nie całego zarządu.

Wysłał jednak pismo z nagłówkiem związku, podpisał je jako „prezes stowarzyszenia” i prosi o dostarczanie podpisów do jego biura w urzędzie marszałkowskim. – A gdzie się mam umówić z chłopakami, żeby przekazali podpisy? Na dworcu w Kielcach? – pyta Markiewicz.

– Nie ma podpisów, nie zostały dostarczone żadne listy – poinformowała wczoraj po godz. 14 Teresa Tomasik, pracownica oddziału organizacyjnego urzędu marszałkowskiego, która prowadzi biuro związku. – To moje dodatkowe zlecenie – wyjaśnia.

Od pragnącego zachować anonimowość włodarza jednej z gmin usłyszeliśmy, że niektórzy wójtowie bardzo się prośbą przejęli i mają już zebranych po kilkaset podpisów.

Jarubas: – Nie pomaga mi w ten sposób

– Nie mam słów. Nie wiem, jak to skomentować. Uważam to za niestosowność, czeka mnie rozmowa z burmistrzem Markiewiczem. Myślę, że również koledzy ze związku, który skupia przecież samorządowców z różnych opcji, będą mieli o czym z nim porozmawiać – komentuje Adam Jarubas, kandydat PSL na prezydenta RP i marszałek województwa świętokrzyskiego. – Wykazał się dużą nieroztropnością, nie pomaga mi w ten sposób – dodaje.

Przypomnijmy, że w pierwszym wywiadzie, jakiego po rekomendacji PSL na kandydata w wyborach prezydenckich udzielił PAP, o swoich wyborczych szansach Jarubas mówił: „bardzo realny jest wynik dwucyfrowy, jeśli kampania będzie taka, jak sobie bym zamarzył, czyli z pełnym zaangażowaniem środowiska samorządowego. Grunt, by nasi wójtowie, radni i sołtysi potraktowali te wybory jako swoje”. Nie wycofał się z tych słów.

Zobacz także

kielce.gazeta.pl

 

Umarł biedny ksiądz. Zostawił złoto i miliony

Marcin Kącki, Piotr Żytnicki, 04.03.2015

Rys. Piotr Socha

„Aby miłosierny Bóg przebaczył mi uchybienia ludzkiej ułomności” – napisał ksiądz, umarł i zostawił po sobie miliony
Poznański proboszcz jadał obiady w domu pomocy społecznej, jeździł starym autem, rodzinie obiecał drobny spadek. Po jego śmierci otworzono kasę pancerną plebanii – zabłyszczały złote sztaby.Biskup Zdzisław Fortuniak zamyśla się: – Ciekawe, bo proboszczowie lubią zostawić po sobie długi, a tu tyle milionów.Z wężem w sutannieKsiądz Kazimierz Królak studiował prawo kanoniczne w Rzymie, w latach 80. został kanclerzem kurii poznańskiej, dbał o sprawy administracyjne. Niewysoki brunet przy kości. W latach 80. typowano go nawet na biskupa, trafił na specjalną listę posyłaną papieżowi. Ale go skreślono, bo zbyt wytwornie się po kurii nosił, jak mówi nam jeden z poznańskich działaczy katolickich. Lubił czerwone szaty kanoniczne, złotą biżuterię.

Chcąc nauczyć księdza pokory, abp Jerzy Stroba przeniósł ks. Królaka na plebanię św. Jana Jerozolimskiego nad jeziorem Malta w Poznaniu. To jedna z najstarszych świątyń w Polsce, założona w XII wieku, związana z zakonem kawalerów maltańskich, których mottem jest pomoc biednym i ubogim. W PRL ich laicki zakon został zawieszony, ale zaraz po przełomie odnowili działalność. Czy ksiądz Królak miał nauczyć się tam skromności i ofiarności? Gdy już w latach 90. dwóch kawalerów maltańskich prosiło Strobę, by odprawił mszę na specjalną okoliczność zakonu, biskup żachnął się: – Kusząca propozycja. Ale może niech odprawi wasz towarzysz Królak w tych swoich kolorowych sutannach.

Kawalerowie maltańscy wymyślili przychodnię – darmową – dla biednych i chorych. Charakter księdza wystawili na próbę, bo namówili, by powstała w domu parafialnym. Szefową została dr Grażyna Zengteler, w zakonie dama dworu i dewocji. Korpulentna, wylewna, o radosnym uśmiechu, w szykownym kapeluszu. Podnosi pięść. – Oj, miał ksiądz Królak węża w kieszeni.

Przychodnia jest oblegana przez pacjentów, a mieści się w dwóch ciasnych pokoikach. Zengteler idzie do księdza, prosi o inwestycje, remont, więcej miejsca. Królak kręci nosem, liczy koszty. Gdy przychodnia zaczyna specjalizować się w onkologii, kolejka się wije nieskończenie. Lekarze pracują za darmo, rocznie przyjmują kilka tysięcy parafian. Zengteler ciągle się z księdzem wykłóca, a on każdy wydatek skrupulatnie notuje. Zengteler chce postawić w przychodni wielką skarbonę na dobrowolne datki. Ksiądz się zgadza, ale klucz ma być u niego. Gdy lekarze chcą skarbonę opróżnić, czekają na księdza, który przychodzi z notesem. Każdą złotówkę notuje. Rezygnuje z wytwornych strojów, pogłębia tryb oszczędnościowy: na obiady chodzi do okolicznego domu pomocy społecznej, w którym ma cząstkę etatu, co jest wpisane w działalność DPS-ów.

Marcin Libicki, poznański polityk i kawaler maltański, wspomina Królaka z nostalgią. – Prawda, że był oszczędny. Ale i świetny organizator.

– W zbieraniu pieniędzy?

– W organizowaniu pielgrzymek.

– A te miliony po jego śmierci?

Libicki przymyka oczy. – Nikt o tym nie wiedział. Może oszczędności? Bo do głowy mi nie przychodzi, skąd takie bogactwo.

Po upadku PRL ks. Królak odkrył jednak bogactwo ukryte w parafii. Grunty.

Zakonnice wystawiły na aukcję 47 hektarów na warszawskiej Białołęce

„Nie stać was”

Działki to kilkanaście hektarów, które w latach 30. XX wieku, gdy nastał kryzys, jeden z proboszczów wydzielił biedocie, by uprawiała sobie warzywa. Nie wolno im było tam zamieszkać, co ignorowali. Po wojnie ziemię przejęło miasto, działkowiczów zameldowało. Po upadku PRL o gruntach przypomniał sobie Królak. Mieszkało na nich blisko 200 rodzin. Teren, nazywany osiedlem Wolność, miasto przemianowało na Osiedle Maltańskie, nie zważając na to, że to własność parafii. Ksiądz Królak, chodząc po kolędzie, przypominał, że mieszkają na własności kościelnej, kazał podpisywać umowy i płacić czynsz, ok. 50 zł od działki.

Ludzie się zdenerwowali, bo nie mieli kanalizacji, a Królak na inwestycje nie zezwalał. Przestali wpuszczać z kolędą, gonili ministrantów. Część poszła do sądu, by uznał, że ziemia należy im się na mocy zasiedzenia, bo niektórzy mieszkali tam od przedwojnia. Królak wziął adwokata, oddanego Kościołowi Tadeusza Kieliszewskiego, który dawał katolickie wykłady z przygotowania do życia w rodzinie, współpracował z Akcją Katolicką. Uważa, że Królak był rozdarty między interesem parafii a interesem parafian. Przeważył interes parafii. Królak wysłał wszystkim podwyżkę czynszu, zagroził eksmisją.

Maria Borowiak, szefowa Stowarzyszenia Mieszkańców Osiedla Maltańskiego, mieszkała na tych działkach z rodzicami od lat 50. Ojciec inwalida wojenny, matka schorowana. Nie wiedzieli, czyja to ziemia, oświecił ich ks. Królak. Na początku był miły, ale gdy poprosili, by pozwolił im kupić działkę od Kościoła, odpowiedział: nie stać was. W 2002 roku zmarł mąż Borowiakowej. Poszła do księdza Królaka zamówić mszę pogrzebową.

– Dobrze – usłyszała. – Ale proszę podpisać umowę dzierżawy swojej działki. Odmówiła.

Ksiądz, by zdyscyplinować krnąbrnych parafian, wynajął jeszcze firmę, która chodziła po domach z gotową umową dzierżawy. Część podpisała, bo proboszcz nie szczędził im przytyków nawet w kazaniach. Borowiak pamięta jedno: gdy Królak nakrzyczał, by podpisywali umowy, zaraz potem dodał, że trzeba być miłosiernym. To była jej ostatnia niedziela w tym kościele. A gdy zbliżała się kolęda, ks. Królak wysyłał wikarego albo pożyczał księdza z innej parafii. Pewnego dnia przyszedł do Borowiakowej sąsiad, podłamany. Jego matka, ponad 80-letnia, gdy był w pracy, podpisała umowę dzierżawy. Bo ksiądz zagroził, że jak nie, to „nie pochowa jej na święconej ziemi”. Większość mieszkańców umowy podpisała, a proces o zasiedzenie przegrali. Proboszcz dorzucił im jeszcze koszty adwokata: po 1,5 tys. zł od rodziny.

– Gdzie miłosierdzie? – pytali Królaka dziennikarze.- A gdzie oni je mieli, gdy pozywali mnie do sądu? Nie ma mowy.Mec. Kieliszewski: – Ale jednak wstrzymał te egzekucje, bo był rozdarty.- Ale zbyt hojny też nie był.

– Możliwe, bo sam musiałem się natrudzić, gdy negocjowałem z nim swoje stawki.

Szarytki Development, czyli biurowiec w przyklasztornym ogrodzie

Miliony, krzyżyki, spinki do mankietów

Królak miał dwie siostry i brata. Maria Zarzeczna, jedna z sióstr, zachwyca się dobrocią brata: odnowił kościół, plebanię, nie brał do swojej kieszeni. Widziała go skromnego, mawiała, że mógłby sobie nowy płaszcz kupić, bo w starym chodził. Gdy zabrał siostry na wypoczynek, to do Muszyny, a nie gdzieś za granicę. Gdy przyjeżdżały na jego imieniny, z dziećmi, to słyszały, że ma jakieś złote łańcuszki, sygnet, stary samochód, dom w remoncie. Przepiszę na was, mawiał. Dziesięć lat przed śmiercią zapisał w testamencie jakieś oszczędności, wspomniał o jakichś walutach, samochodzie. W 2009 roku podupadł na zdrowiu. Miał problem z nerkami, jeździł na dializy, czekał na transplantację. Zmarł nagle, we śnie, na początku 2010 roku.

Do parafii przyjeżdża siostrzeniec, jest ksiądz ekonom kilku księży świadków. Siostrzeniec w imieniu rodziny chce zabrać te złote łańcuszki, o których wujek wspominał, i wypełnić testament, który znaleziono w pokoju. Otwierają sejf, a tam dwie kilogramowe sztaby złota, biżuteria, pliki banknotów.

Do parafii trafia nowy proboszcz ks. Paweł Deskur. Przerzuca dokumenty, znajduje korespondencję z bankami, w której się łatwo pogubić. Układa na kupki, wedle banków i funduszy inwestycyjnych: w dwóch bankach blisko 2,5 mln złotych, a jeszcze ponad 2 mln w funduszach. Znalazł też nazwisko doradcy finansowego. Sięga do historii operacji na kontach parafii, ale nie ma śladów, by proboszcz przelewał na swoje konta.

– No to skąd? – pytamy Deskura.

– Dawniej było coś takiego jak beneficjum proboszczowskie, z którego proboszcz mógł czerpać własne dochody. Ale to od lat nie funkcjonuje.

– A jego tryb życia?

– Powiedzieć, że był oszczędny, to mało. Miał kontakty, przyjaciół na Zachodzie. Ale dla wielu było zaskoczeniem, że żyjąc tak ascetycznie, miał taki majątek.

Wkrótce odnalazł się drugi klucz do sejfu. Bo wewnątrz były małe drzwiczki, zamknięte, gdy otwierano sejf. Deskur asystował przy drugim otwarciu, znów z rodziną księdza. Były tam koperty z napisami „ofiary z kolędy” albo „intencje mszalne”, ale i prywatny krzyż maltański. I sporo złota: pierścień, dwa klasery ze złotymi monetami, monety z papieżami, złote ruble, łańcuch, bransoletka, trzy zegarki, spinki do mankietów, pierścionek z kamieniem, pięć sygnetów, trzy kamienie szlachetne, łańcuszki, kolczyki, obrączka, medalik z Matką Boską. Wartość tego biegły oszacuje później na blisko 200 tys. zł.

Skąd to? Łańcuszki ma i Deskur. Przynoszą mu parafianki umierające na raka.

– A sztabki?

Deskur zamyśla się. – Doświadczeni proboszczowie mówią, że gdy trzeba wyzłocić kielichy, to przetapia się te łańcuszki.

– A fundusze inwestycyjne?

Deskur wzrusza ramionami.

– A hotel?Deskur rozkłada ręce.W centrum Poznania, blisko Starego Rynku, stoi kamienica należąca do kurii poznańskiej. Mieści się w niej hotel Rzymski. Trzygwiazdkowy, popularny, odwiedzany chętnie przez zagranicznych gości, bo blisko Rynku. W PRL zarządzała nim państwowa firma turystyczna, ale właścicielem budynku zawsze była kuria. Po 1990 roku hotel przeszedł we władanie spółki, w której udziały nabyli pracownicy, wśród nich Andrzej Tkacz, obecny dyrektor. Tyle że wśród udziałowców, posiadając prawie 1/3, był i ksiądz Królak. Skąd proboszcz w prywatnej spółce? Tkacz niechętnie rozmawia. Sugeruje, że księdza przysłała kuria, by reprezentował jej interesy. Co roku Królak dostawał nawet kilkadziesiąt tysięcy dywidendy za swoje akcje. – Proszę mnie o nic nie pytać. W trosce o 50 osób, które tu pracują.Zdzisław Fortuniak, biskup pomocniczy kurii, dobrze znał Królaka, uważany był za jego patrona. Przyznaje, że sam był zaskoczony majątkiem księdza.

– W latach studenckich wyjeżdżał do pracy do Anglii. Może to z tego? – zamyśla się Królak. – Tyle milionów? – No to nie wiem. – A skąd wziął się w hotelu? – Był przedstawicielem archidiecezji, ale na pewno nie jako udziałowiec. Nie wiedziałem o tym.

„Aby miłosierny Bóg przebaczył mi”

Siostry, brat, siostrzeńcy księdza Królaka długo wychodzili z szoku, gdy poznali jego stan majątkowy. Podzielili spadek między siebie, na papierze, mając nadzieję, że – zgodnie z testamentem – resztę życia spędzą w komforcie. Królak w testamencie zapisał dom jednej siostrze, drugiej samochód, udziały całemu rodzeństwu. Oszczędności w złotówkach w 40 proc. chciał dać na stypendia dla kleryków z seminarium duchownego, połowę rodzinie, a 10 proc. dla przychodni dr Zengteler, czyli do dyspozycji kawalerów maltańskich. Zengteler miała nadzieję, że kupi do przychodni mammograf, bo za życia księdza nie mogła się doczekać.

Rodzina chciała, by to co, nie znalazło się w testamencie, czyli miliony w udziałach, funduszach, na kontach, przeszło dla niej w całości. Była pewna, że sąd spadkowy rozstrzygnie to szybko i sprawnie.

Maria Zarzeczna, siostra Królaka, wzdycha: – Gdybym wiedziała, przez co przejdziemy.

Bo zakon kawalerów, związanych z Kościołem, na front batalii sądowej rzucił Mikołaja Drozdowicza, kurialnego specjalistę od roszczeń majątkowych (ojciec Drozdowicza słynie z renowacji organów kościelnych). Było o nim głośno pięć lat temu. Odzyskał wtedy dla kurii budynek poznańskiego liceum i miliony czynszu, mimo protestów uczniów na ulicach. Chciał też wyrzucić z kamienicy szkołę baletową, a jeszcze odzyskał 11 mln zł zaległego czynszu. Gdy pytamy go o proces z rodziną Królaka, zachęca „do wstrzemięźliwości”. – To sprawa prywatna, po co roztrząsać publicznie, ile pieniędzy miał ksiądz.

– A skąd je miał?

– To pytania do rodziny.

– Też była zdziwiona.

– Kuria nie wiedziała, jaki ma majątek. Może miał żyłkę do interesów?

Podczas procesu Drozdowicz próbuje przekonać sąd, że trzeba uszanować wolę zmarłego i cały majątek podzielić według proporcji z testamentu. Kawalerom przypadłoby 10 procent z milionów. Sąd uznaje jednak, że w większości spadek należy się rodzinie. Drozdowicz odwołuje się od wyroku, podpiera nawet prośbą ks. Królaka zawartą w testamencie: „Zapisobiorców proszę o modlitwę i Msze Św. w mojej intencji, aby miłosierny Bóg przebaczył mi wszystkie zaniedbania i uchybienia wynikające z ludzkiej ułomności oraz darował zaciągnięte kary”. Przekonuje, że cały majątek należy podzielić pośród wszystkich wymienionych w testamencie. Na to nie zgadza się rodzina księdza.

Drozdowicz próbuje też na procesie udowodnić, że złoto z sejfu to własność parafii. Rodzeństwo księdza się broni, że brat nic takiego za życia nie mówił.

Wygrał Drozdowicz. Przed miesiącem sąd uznał, że majtek trzeba podzielić tak, jak chce kurialny adwokat.

Proboszcz Deskur zasmucony. Rodzina zabrała z parafii prawie wszystko. Ściany gołe. Zostawiła na niej tylko jedno zdjęcie, portret księdza Królaka.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Powiedz, co myślisz o gejach. Fotoreportaż z Rosji
Rosyjscy geje bardzo kochają swój kraj, są dumni ze swojej narodowości. Ale Rosja ich nie kocha. Rozmowa z Madsem Nissenem, autorem zdjęcia roku World Press Foto 2014

Co prezydent Biedroń robi ze Słupskiem
Radny PiS: – Odmienił miasto, przestaliśmy się kłócić. Działacz LGBT: – Dyskryminuje gejów, trzeba go odwołać

Ćwiczenia z umierania. Fukushima cztery lata później
Moja najmłodsza córka miała na imię Yuna. Nazwałem ją od cichego i spokojnego oceanu, który widzimy późnym latem

On prawie zabił, ona prawie nie żyje. Wielka miłość
Matka Marcina krzyczała do mnie w sądzie: „Pani! Ratuj mi syna!”. A co ja mogłam? Przecież nie powiem, że Majka się sama zamordowała

Polesie: ziemia białoruska, polska i żydowska
Pojęcie „Polesia czar” budzi we mnie bunt. Rozmowa z Małgorzatą Szejnert

Ciało Idy…
czyli polskie życie pozagrobowe [VARGA]

Wyborcza.pl

Konwencja antyprzemocowa przepadnie na długie miesiące? Nagły zwrot akcji w Senacie: Rulewski zgłasza poprawkę

Krzysztof Lepczyński, 05.03.2015
11 listopada Krucjata Różańcowa za Ojczyznę modliła się przed Sejmem i Senatem

11 listopada Krucjata Różańcowa za Ojczyznę modliła się przed Sejmem i Senatem (Fot. Stefan Romanik / Agencja Gazeta)

Senat zamiast nad przyjęciem konwencji antyprzemocowej będzie dziś najpierw głosował nad poprawką przesuwającą termin jej wejścia w życie. Jeśli senatorowie ją poprą, konwencja wróci do Sejmu, być może na długo. Wszystko po to, by prezydent Bronisław Komorowski nie musiał jej ratyfikować przed wyborami?
Senat ma dziś głosować nad przyjętą przez Sejm ustawą o ratyfikacji konwencji antyprzemocowej. Choć niektórzy senatorowie głośno krytykowali dokument, większość komentatorów przyznawała, że ustawa zostanie skierowana do prezydenta. Wczoraj wieczorem nastąpił jednak nieoczekiwany zwrot akcji. Jan Rulewski z PO podczas posiedzenia zgłosił poprawkę, w myśl której konwencja miałaby wejść w życie dopiero 1 stycznia 2016 roku.Co z konwencją?Poprawka będzie głosowana najpewniej pod koniec dzisiejszego posiedzenia Senatu. Jeśli zostanie przyjęta, ustawa wróci do Sejmu. I nie wiadomo, kiedy znów z niego wyjdzie, bo choć posłowie raz już przyjęli konwencję, to nie są zobowiązani do przyjęcia ustawy w terminie 30 dni, jak senatorowie. Z kuluarów ubiegłotygodniowych posiedzeń senackich komisji dochodziły głosy, że niektórzy senatorowie nie chcą stawiać prezydenta przed koniecznością ratyfikowania konwencji przed wyborami. Podpisując ustawę, Bronisław Komorowski mógłby się narazić prawicowemu elektoratowi.

W ten sposób Rulewski wyświadczyłby prezydentowi niemałą przysługę. Już przed miesiącem senator zapowiadał, że będzie głosować przeciw ustawie ratyfikującej konwencję. Stwierdził, że skłania go ku temu cechujący ją „przesyt doktrynalny”.

„Medali za to nie dają”

Teraz senator użył innego argumentu. „A co by się stało, gdyby ten termin przesunąć, choćby w celu przetarcia się niektórych wątpliwych zwrotów tej konwencji, uzyskania większego konsensusu społecznego?” – pytał w Senacie, mówiąc o dacie wejścia w życie konwencji.

„Nie chodzi mi o grę datami. Chodzi o to, żeby w miarę pełna konwencja stała się faktem publicznym, stała się powszechną praktyką w takim zakresie, w jakim stawia zadania przed władzami, w tym przed parlamentem i Senatem” – tłumaczył. Jego zdaniem problemem jest „dramatyczna sytuacja” dotycząca infrastruktury umożliwiającej realizację postanowień konwencji. Senator mówił głównie o… braku mieszkań dla ofiar przemocy domowej.

„Należy zatem zadać przedstawicielowi rządu pytanie, jakie są powody takiego przyspieszenia w uchwalaniu ratyfikacji tej konwencji. Nie ma żadnych przesłanek, żeby się spieszyć. Za to nie dają medali, ani Polska, ani te osoby nie dostaną chleba” – zaznaczył senator.

Długa droga konwencji

Dzisiejsze prace miały być zwieńczeniem długiej parlamentarnej drogi ustawy o ratyfikacji konwencji. Po tym, jak w lutym przyjął ją Sejm, negatywnie zaopiniowała ją część senackich komisji: komisja praw człowieka oraz komisja rodziny, polityki senioralnej i społecznej (dzięki Filipowi Libickiemu z PO, który dołączył do senatorów PiS w głosowaniu). W międzyczasie o zablokowanie konwencji apelowali do senatorów w listach otwartych bp Ignacy Dec iKonferencja Episkopatu Polski.

Zobacz także

TOK FM

On prawie zabił, ona prawie nie żyje. Wielka miłość

Iza Michalewicz, 04.03.2015
Maja Buczek z mamą Ludwiką

Maja Buczek z mamą Ludwiką (MACIEJ ŚWIERCZYNSKI)

Matka Marcina krzyczała do mnie w sądzie: „Pani! Ratuj mi syna!”. A co ja mogłam? Przecież nie powiem, że Majka się sama zamordowała
Grudniowa noc. Zimno. Maja Buczek wraca do domu z andrzejkowej imprezy. Mieszka na obrzeżach Wrocławia. Trochę wypiła. Jest głodna. Matka śpi na górze, w kuchni został garnek zupy. Odpala gaz, szykuje talerz. Pukanie.- Co tu robisz, Marcin?- Wpuść mnie.Marcin, chłopak Majki, przyjechał za nią z miasta taksówką. Na stole stanął drugi talerz. Podobno rozmawiali. Podobno Majka nie zmieniła zdania. Już nie będę z tobą, powtarzała, nie będę. Znali się 11 lat. Byli razem przez osiem.

Marcin chwycił najdłuższy nóż. Ze stojaka na stole. Te kurewskie noże, powie potem matka Mai, wszystko przez te kurewskie noże.

Uderzał w klatkę piersiową, brzuch, szyję, nogi. Nie krzyczała, bo nie obudziła matki. Zasłaniała się tylko rękami. Matkę obudziło dopiero przeciągłe charczenie: Mamooo, mamo.

Matka: – Schodzę, a ona słania się w drzwiach. Wszystko zakrwawione. Zadzieram sweter do góry, a tam trzy wielkie dziury. Jezus Maria, pomyślałam, przecież tu gdzieś jest serce.

Nie będzie żyła

1 grudnia 2004 roku. Maja traci cztery litry krwi. Policja, pogotowie, szpital. Operacja. Lekarka wychodzi do zrozpaczonej matki po kilku godzinach: – Raczej nic z tego nie będzie.

Nie. Nie Maja. To lekarki „nie-będzie-żyła” omija Ludwikę Buczek powoli, nie dociera, nie zagnieżdża się w jej głowie. Przez trzy tygodnie na intensywnej terapii matka trzyma więc córkę za rękę. I patrzy, jak lekarze „dają jej szprycę za szprycą”.

W końcu Maja otworzy oczy, ale będzie już innym człowiekiem.

Ludwika: – Nie ruszała rękami, nogami. Powtarzała tylko: ja żyję. Niestety – w ogóle mnie nie poznawała. Ty jesteś moją mamą? – pytała w kółko. – Tak, ja jestem, Maju, twoją mamą. – A gdzie jest ta pani, co tu była? Odpowiadałam, że to ja. Przecież to ja.

Wędrówka po szpitalach: oddział chirurgii klatki piersiowej (żeby Maja doszła do siebie), neurologii (żeby zbadać, co w mózgu). Tomograf pokazuje zaniki korowo-podkorowe, czyli mózg Mai zachowuje się jak przy chorobie Alzheimera. Lekarze dawkują psychotropy. Jedne ją nakręcają, drugie usypiają. Po kilku tygodniach medycyna przestaje posuwać się do przodu, więc matka zabiera córkę do domu.

Ale Maja nie wie, kim jest. Nie umie już nazywać świata. Co to takiego telewizja, fotel, stół, chleb. Miłość. Jak ułożyć puzzle, klocki. Trzeba ją ubierać i myć. Kiedy po kilku miesiącach zaczyna chodzić, wącha kwiatki na kuchennych kaflach. Matkę rozpoznaje po pół roku. Karmiona łyżeczką do herbaty, całymi dniami siedzi nieruchomo w jednym miejscu. Jak przydrożny świątek wyrzeźbiony w drzewie.

Ludwika: – W wieku 25 lat została noworodkiem.

Zabiła, bo była rozdrażniona. 10 lat za morderstwo przy gołąbkach

Przepraszam raz jeszcze

Pierwszy list, jeszcze z aresztu śledczego, Ludwika odbierze dwa miesiące po tragedii, pod koniec stycznia 2005:

„Wyrażam wielkie ubolewanie, że w taki sposób zakończył się jedenastoletni okres znajomości z Mają – napisze Marcin. – Bardzo trudno jest mi ubrać w słowa to, co teraz czuję. Pisząc ten list, mam oczy pełne łez. Nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć naszego całkowitego zaczadzenia umysłowego z tamtej nocy. Niestety, czasu nie da się cofnąć i muszę jakoś z tym wszystkim żyć. Przepraszam raz jeszcze za wszystko.

PS Chciałbym panią zapewnić, że zawsze może pani liczyć na wsparcie moich rodziców, gdyby tylko takie okazało się pomocne i możliwe – proszę nie żywić do nich urazy, bo to wspaniali ludzie, którzy przeżywają tę tragedię tak samo jak pani”.

Rodzice Marcina co miesiąc przysyłają matce Mai 500 złotych. Przez rok. Potem nagle przestają.Nie mój syn30 grudnia 2006 roku w Sądzie Okręgowym we Wrocławiu, III wydział karny, sędzia Lidia Hojeńska czyta z wokandy:”Oskarżam Marcina B., że działając w zamiarze bezpośrednim pozbawienia życia Mai Buczek ugodził ją wielokrotnie nożem, powodując obrażenia w postaci trzech ran kłutych klatki piersiowej, rany kłuto-ciętej szyi, prawego przedramienia, lewej ręki. Uznaję Marcina B. za winnego i wymierzam mu karę 11 lat pozbawienia wolności”.

Sędzia wyliczy całą krzywdę Mai: uszkodzenie tętnicy piersiowej, worka osierdziowego, prawego przedsionka serca, płata środkowego płuca, krwotok do jamy opłucnej i zatrzymanie krążenia.

Zapyta matkę: – Czy pani kiedykolwiek przeczuwała, że dzieje się coś niedobrego, co mogłoby doprowadzić do takiej tragedii?

Ależ skąd! Ludwika bardzo lubiła Marcina. Zawsze „dzień dobry, co słychać”. Sympatyczny, uprzejmy. Z dobrego domu. Matka – matematyczka. Ojciec też nauczyciel, szef wojewódzkiego kuratorium oświaty. Kiedy zadzwoniła do niego tamtej potwornej nocy, krzyczał do słuchawki:

– To niemożliwe! Nie mój syn!

Ludwika: – Poznali się w niemieckojęzycznej klasie XIII LO we Wrocławiu. Majka zdolna od małego: pianino, gitara, taniec, języki. Wygrywała olimpiady z polskiego i niemieckiego. Z czasem pokochała żeglarstwo. Z Marcinem spiknęli się w klasie maturalnej. Ze względu na to, że Majka dostała trzecie miejsce w olimpiadzie polonistycznej, mogła sobie wybrać uczelnię. I wybrała Uniwersytet Jagielloński (polonistykę, potem zaczęła też germanistykę). Marcin poszedł na Akademię Ekonomiczną (dziś Uniwersytet) we Wrocławiu. Cały czas utrzymywali kontakt. On jeździł do Krakowa (gotowałam, robiłam przetwory, wałówkę zawoziłam mu na dworzec, traktowałam jak syna). Ona przyjeżdżała tu. I przez tych kilka kolejnych lat byli razem.

W sądzie więc Ludwika powie, że nic nie zapowiadało katastrofy. Jeszcze rok wcześniej Marcin obejmował Majkę na pogrzebie jej ojca. Na zdjęciach widać, jak oboje płaczą.

Zjeździli wspólnie kawałek świata. Krym, Francja, Anglia. Popłynęli razem na Karaiby.

– Majka powiedziała mi, że pożyczyła mu na tę wyprawę 6 tysięcy. Miała też podejrzenia, że on ją zdradza, rozmawiałyśmy o tym – mówi matka. – Jak wrócili, to już wiedziałam, że się rozstali. „Wiesz, mamo, to, że się rozeszliśmy, nie znaczy, że nie możemy ze sobą rozmawiać”.

Rok później się na nią rzucił.

Nie dostanie ani grosza

Sierpień 2014. Ludwika Buczek, lat 63, głos podniesiony. Wyrzuca z siebie słowa gwałtownie, jakby toczyła z nimi walkę:

– Mai nie ma. Zostało tylko ciało. Zamordował mi dziecko. Aż do serca tym nożem doszedł. Jego matka krzyczała do mnie w sądzie: „Pani! Ratuj mi syna!”. A co ja mogłam? Przecież nie będę mówiła, że Majka się sama zamordowała. Nie będę go bronić!

Cztery miesiące przed tą rozprawą przychodzi list od Marcina:

„Szanowna Pani Ludwiko,

Zwracam się do Pani z uprzejmą prośbą o to, aby zaprzestała Pani domagać się od mojej mamy jakiejkolwiek pomocy finansowej. Chciałbym przypomnieć pani, że moja mama nie jest stroną w sprawie, i wszelkie Pani roszczenia winny być kierowane pod moim adresem. Moja rodzina zawsze będzie po mojej stronie, więc jeśli zdecydowała się Pani na wynajęcie adwokata i walkę o jak najwyższy wyrok dla mnie, to jednocześnie nie może Pani liczyć na wsparcie finansowe mojej rodziny!

Trzeba być naprawdę wyrachowaną osobą, żeby prosić moich rodziców o pieniądze (rzekomo na Maję) i opłacać za nie adwokata, który domaga się dla mnie surowej kary. Jeśli próbuje się kogoś zniszczyć (w imię sprawiedliwości oczywiście), to nie należy oczekiwać od jego rodziny żadnej pomocy – to chyba logiczne, co? Dopóki nie wyjdę z więzienia, nie dostanie Pani od mojej rodziny złamanego grosza, a ode mnie jedynie tyle, ile tu zarabiam. Ubolewam nad Pani sytuacją, współczuję bardzo Mai i wierzę, że wszystko jeszcze się wam jakoś ułoży.

To miało wyglądać inaczej. Wystarczyłaby odrobina dobrej woli”.Kiedy więc sąd zapyta Ludwikę Buczek, jakiej chciałaby kary dla oprawcy swojej córki (prokurator żądał 15 lat), a jego matka krzyknie: „Ratuj mi syna!”, kobieta odpowie polubownie: jaką sąd da.- Adwokat był na mnie zły. Ale pomyślałam: Ludwika, daj sobie spokój. Wyjdzie, będzie pomagał.Nie ma ławki

Marcin pracuje w więziennej bibliotece. Żali się Ludwice:

„Nie otrzymuję żadnych informacji z zewnątrz, nie mam widzeń z rodziną, odwiedza mnie jedynie adwokat, więc proszę sobie wyobrazić, jak jest mi tu w areszcie ciężko samemu, mając ciągle przed oczami tę tragedię, o której ciągle myślę”.

Zarabia 250 złotych, z czego 100 wysyła matce Majki.

Ludwika: – I ja się z tych 100 złotych cieszyłam. Ale to było przez dwa lata. Potem już niestety nic.

W tym czasie toczy walkę z mózgiem Mai, żeby oddał jej córkę. Na początek odstawia leki psychotropowe, którymi Majkę karmili lekarze. Potem zaczyna powrót do jej dzieciństwa. Lekcje gry na pianinie (zatrudnia jej dawną nauczycielkę), na gitarze (pana, który Majkę uczył przez sześć lat), niemiecki, angielski, taniec.

Zabiera córkę do Krakowa pół roku po „śmierci”. Do przyjaciół ze studiów, profesorów germanistyki, polonistyki (m.in. Ryszarda Nycza, kierownika Katedry Antropologii i Badań Kulturowych, którego Maja uwielbiała). Do tej młodości, co, jak w Piwnicy pod Baranami, „z czasu kpi i nie ustoi w miejscu zbyt długo”.

– Mamo – powie Majka, wchodząc na podwórko wydziału polonistyki, zawsze pełne gołębi. – Tu była ławka. Nie ma ławki.

I nic więcej.

– Mieszkałam u jej koleżanek, tułałam się, bo miałam nadzieję, że może coś zaskoczy. Wszyscy wiedzieli, co się stało. Mówili: pani Ludwiko, to nie Maja. Nie ma Mai.

Matka starała się utrzymywać kontakt z przyjaciółmi córki. Wpadali czasem nocą z Krakowa, pobyli w dzień i wracali do swojego świata. Z czasem coraz rzadziej i rzadziej.

Ludwika: – Pamiętam, jak razem tłukłyśmy się osiem godzin pociągiem do Rzeszowa na wesele jej serdecznego kolegi. Zapraszałam ich na urodziny Majki. Bywali znajomi z liceum. W końcu towarzystwo pozakładało rodziny. Maja została sama.

Nie ma honoru

Maja ciągle przegląda zdjęcia, żeby przypomnieć sobie ten świat, którego była częścią. Ale jej pamięć jest już tylko pamięcią matki. „Byłaś, Maju, śliczna i bardzo zdolna. Miałaś robić doktorat na polonistyce. Chciałaś zostać tłumaczem przysięgłym z niemieckiego. Pamiętasz?”.

Ludwika się nie poddaje. Zabiera ją do Filharmonii, Ogrodu Botanicznego, zoo, na „kaweczkę do muzeum”. Tylko do teatru nie, bo Majka „nie trzyma tematu”. Jadą razem na sylwestra, wycieczki po Dolnym Śląsku. A to wszystko kosztuje. Ludwika stara się pracować, bo dostaje na Majkę od polskiego państwa 153 złote w ramach świadczenia z opieki społecznej. Prowadzi więc skup złomu (po nieżyjącym mężu), płaci za opiekę nad Mają studentkom. Z czasem pieniądze się kończą, więc zostawia Maję w domu samą. Termos, kanapki, córka na tarasie wpatrzona nieruchomo w przestrzeń. Kota oddaje sąsiadom, bo grzebie Majce w jedzeniu. Przenosi na zewnątrz domu zawór gazu na wypadek, gdyby odkręciła.

Mówią jej ludzie: oddaj do zakładu.

– Ale jak ja mogę oddać swoje dziecko? – pyta i co dwie godziny wraca z pracy sprawdzić, czy Majka siedzi w tym samym miejscu.

Siedziała.Ludwika wysyła listy do matki Marcina. Obiecali pomóc, a zostawili ją ze wszystkim samą. Ich 500 złotych przestało ją wspierać. Już nie ma siły. Płacze w poduszkę. Na dodatek Marcin pisze z więzienia, że „urządziła przedstawienie” i dlatego sąd zasądził mu 11 lat. Nie wytrzymuje. „Pani wie, że Marcin zabił i Maję, i mnie. Na kolana, przestępco!” – krzyczy w liście do jego matki. „I dziękuj, że nie masz dożywocia. 20, a nawet 15 lat, których domagał się prokurator”.Ale matka Marcina po rozprawie, na której sąd wymierzył jej synowi 11 lat więzienia, nigdy się do Ludwiki nie odezwie.Niedoszły zięć napisze jej, że to śmierć ojca „w znacznym stopniu zmniejszyła domowy budżet”.

Ojciec nie wytrzymał. Umarł na zawał.

Marcin: „A tak swoją drogą, czy ktoś w waszej rodzinie wie w ogóle, co to jest honor? Jestem osobą całkowicie odpowiedzialną i dorosłą, i nie pozwolę nikomu spłacać moich długów”.

Nie ma pamięci

Majka ląduje kilka razy w szpitalu psychiatrycznym. Ma epizody manii, jest agresywna, bije matkę, krzyczy. W szpitalu trzeba ją przywiązywać do łóżka pasami. Jeśli mówi – powtarza w kółko to samo. Wpada w zaklęty krąg, z którego nie umie wyjść. Powoli dociera do niej, że kiedyś była kimś innym, i nie akceptuje siebie takiej, jaką „stworzył” ją Marcin.

Ludwika musi ją ubezwłasnowolnić, żeby wystąpić o odszkodowanie i rentę.

Przysięga sobie, że póki żyje, zabezpieczy warunki życia córki.

Biegli odwiedzają Maję kilka razy. Mówi im: chodzę na spacery, słucham Janerki, Beethovena, gram na pianinie, na gitarze. Na pytanie, co jadła, początkowo pyta matkę: co dzisiaj jadłam, mamo? „Po czym podaje, że zupę mleczną, ciastka jadłam”.

Biegli odnotowują: „Kontakt słowny utrudniony, wypowiedzi często nie na temat, dygresyjne, skłonna do monologowania, skracania dystansu wobec biegłych. Uwaga skupiana z trudem, słabo przerzutna, męczliwa. Pamięć – szczególnie świeża – zaburzona, intelekt obniżony”.

Konkluzja brzmi: „Maja nie jest zdolna do odtworzenia faktów i udziela odpowiedzi po to, aby odpowiedzieć rozmówcy, a nie dlatego, że zna odpowiedź”.

Biegli podpisują się pod ubezwłasnowolnieniem.

Teraz Maja staje się Ludwiką.

Matka ładuje w nią nieskończone ilości jajek („żółto pomaga na pamięć – w nim jest wszystko”). W końcu po podwórku ich domu zaczyna biegać 30 kur, bo jedno jajko kosztuje złotówkę. Za drogo. Ludwiki nie stać. Chodzi z córką na akupunkturę, hipnozę, żeby cokolwiek z jej pamięci wydobyć.

– Czego ja nie robiłam! – mówi. – Na przykład lanie wosku nad głową. Taka stara metoda. Podgrzewa się w garnku wosk i przelewa do drugiego garnka nad głową chorego. Że bzdety? Ja wierzę w czarodziejskie leczenie. Szamani tak leczyli. To ponoć wyrównuje pracę mózgu, uspokaja ducha i ciało. Maja jest jakby uwięziona w swoim ciele. Lada moment z tego wyjdzie. Cały czas na to czekam.

Nie ma ułaskawienia

W 2008 roku Marcin wysyła list z prośbą o ułaskawienie do prezydenta RP (był nim wówczas Lech Kaczyński). Ale najpierw decyzję musi zaopiniować sąd. Marcin przedstawia więc sądowi popierające jego prośbę listy napisane przez kardynała Henryka Gulbinowicza, ówczesnego szefa dolnośląskiej „Solidarności” Janusza Łaznowskiego i byłego wojewodę Krzysztofa Grzelczyka.

Ludwika Buczek: – Nawet nie wiedziałam, że będzie sprawa o ułaskawienie. Dopiero jakaś kobieta z sądu przypadkiem do mnie zadzwoniła. Przyznam, że mnie zatkało. Poszłam na tę rozprawę i nie patrzyłam – sędziowie, nie sędziowie. Wrzeszczałam na sali. Nikt mi słowa nie powiedział. Nie dostał ułaskawienia. Ale i tak wyszedł po 6,5 roku z 11 zasądzonych. A pisał mi, że nie mam honoru razem ze swoją całą rodziną. On mi zamordował dziecko, a ja nie mam honoru?! Zwariował chłopak.

Kiedy Majka kolejny raz ląduje w szpitalu psychiatrycznym, jedna z pielęgniarek podpowiada umęczonej matce, że może na kilka godzin zostawiać ją w Środowiskowym Domu Samopomocy w podwrocławskim Ratyniu. Tam się nią zajmą.- Pomogła mi załatwić miejsce i w ten sposób Majka zaczęła wychodzić z domu.Tu Maja poznaje Beatę. Beata skończyła polonistykę, uczyła w szkole, ale w ŚDP pracuje z ludźmi niepełnosprawnymi. Robi zapiski: „Gdy pierwszy raz zobaczyłam Maję, uderzyła mnie jej uroda i jednocześnie inteligentny wyraz twarzy. Kundera napisał: >>los człowieka często kończy się na długo przed śmiercią<<. Dziewczyna żyje wspomnieniami, które przekazała jej mama. Praca w Anglii, Karaiby, klimatyczny Kraków. Nie wiem, czy to była wielka miłość. Zadał ciosy w afekcie. Celował w samo serce. Tydzień w śpiączce, niedotlenienie mózgu. Rzeczywiście, życie mogło się w tym momencie skończyć. Ale ono trwa. Walcz, dziewczyno”.Dzięki Beacie Majka zostaje wolnym słuchaczem na polonistyce. Ta, „która miała zacząć robienie doktoratu”. Maja praktykuje też w archiwum Biblioteki Uniwersyteckiej. Porządkuje książki, układa alfabetycznie. Stara się pracować.

– Już jeździ sama tramwajem. Kto by pomyślał! – cieszy się matka.

Jeździ więc do miasta, żeby jakoś oswoić samotność. Czasami w jakimś lokalu porozmawia po niemiecku. Ma wielką potrzebę kontaktu z ludźmi. Ale ludzie widzą, że coś jest z nią nie tak. Że się ciągle powtarza, gubi wątek. Zapomina.

Z niektórych wypraw wraca bez telefonu komórkowego. Są tacy, którzy w ten sposób wykorzystują jej niesprawność.

Spotkałam Marcina

Do pokoju wchodzi nieśmiało. Jest wysoka, szczupła. Ma piękne, kształtne usta. Bardzo ładna.

– Co bym powiedziała Marcinowi? To dobre pytanie. Co bym mu powiedziała? Pierwsze słowa do Marcina? Jakie byłyby moje pierwsze słowa? Nie od razu atak: dlaczego mi to zrobiłeś. Może, że jego ojciec nie żyje? Co ja bym mu powiedziała? Nie mam pojęcia. To przecież zbrodniarz. Bandyta.

Maja wie, że sąd zasądził jej w 2013 roku 300 tysięcy odszkodowania i 1,7 tysiąca złotych miesięcznej renty. Wie też, że Marcin od lat nic nie płaci. Wciąż jest zdana tylko na matkę i siostrę (z dwójką dzieci, po rozwodzie, bez alimentów).

Ewa (siostra Mai): – Dla mnie dzisiaj kontakt z Majką jest przerażający. Nie czuję, żeby to była moja siostra. Nie ma z nią normalnej rozmowy. Ona się emocjonalnie zamyka. Gdzieś w podświadomości wie, że powinna żyć jak normalny człowiek. Ale nie może i nie potrafi.

Ludwika spotyka Marcina przez przypadek, w galerii handlowej. Jest w szoku. Nie wie, jak się zachować. Ale Marcin jej nie unika, chociaż rozmowa się nie klei. Zostawia swój numer telefonu.

– Nikt mnie nie powiadomił, że on wyszedł z więzienia – Ludwika nie za bardzo umie określić, co się czuje w takiej chwili. Strach? Złość? Nienawiść? – Nic się nie zmienił. Może jest trochę bledszy. Powiedział, że pomoże Mai. Zadzwonił. Spotkaliśmy się. Chciał, żebym skapitalizowała rentę, czyli określiła, ile w sumie on musi Majce zapłacić do jej 80. roku życia. Dwa? Trzy miliony? Zapytałam, czy zapłaci cokolwiek. Zgodził się. To poszłam z Majką jeszcze raz na hipnozę. Zadzwoniłam do niego, spotkaliśmy się. Mówię: Marcin, to kosztowało 1000 złotych. A on na to, że nic mi nie da, dopóki nie skapitalizuję tej renty. Wyszłam z płaczem.

To się nie odstanie

Luty 2015. Marcin w końcu odbiera telefon (przez kilka miesięcy nie podnosił słuchawki). W rozmowie jest uprzejmy, nie unika trudnych pytań. Nie. Nie założył rodziny. Mieszka z matką.

Mówi, że gdyby tę rentę można było skapitalizować, czyli podsumować, ile ma do zapłacenia, i gdyby dostał na to trzy, cztery lata, mógłby te pieniądze zarobić.

– Rentę Mai, te 1,7 tys. miesięcznie, płaciłbym. Ale suma, którą jestem jej winien, sięga około miliona złotych i wciąż rośnie. Nie stać mnie nawet na płacenie samych odsetek od tej kwoty. Złożyłem w sądzie pozew z prośbą o to, żeby dostosować tę kwotę do moich możliwości finansowych. I sąd zajmuje się tym wnioskiem już ponad rok. Dla prokuratora najważniejsze było, żeby mnie ukarać, i to się udało. Nawet solidnie.

– Ale uszkodził pan kobietę na całe życie, wyszedł po 6,5 roku i nie płaci pan jej nawet renty. Jak pan się z tym czuje?

– Czuję się z tym źle i szukam rozwiązania tej patowej sytuacji. Z panią Buczek spotkałem się trzy razy. Prosiłem o zdjęcie ze mnie chociaż egzekucji komorniczej. Chciałem założyć działalność gospodarczą, firmę. Mając pieniądze, mógłbym pomagać i spłacać zobowiązania. Bo gdziekolwiek próbowałem coś zarobić, za chwilę pojawiał się komornik. I zabierał 60 procent. Zostawało mi 200 złotych na życie. Każdy pracodawca, widząc, jakie mam zobowiązania, natychmiast dawał mi wypowiedzenie. Nie chcę się bronić, ale naprawdę nie wiem, jak mogę teraz pomóc. Polskie prawo nie daje mi zupełnie takiej szansy. Rozumiem matkę Mai, te emocje i tę krzywdę. Ale nie mam tych pieniędzy. Gdyby nie moja rodzina, to nie wiem na przykład, gdzie bym mieszkał. Chyba na ulicy.

– Komornik w tym przypadku chroni Maję.- Ale ja nie unikam odpowiedzialności. Może czasem warto byłoby obdarzyć mnie chociaż małym, ale zaufaniem.Marcin nie chce dzisiaj wracać do wydarzeń sprzed dziesięciu lat.- Miałem trzy możliwości: uciec, popełnić samobójstwo albo oddać się w ręce policji. Wybrałem tę ostatnią i przyjąłem wyrok z pokorą. Co się stało, już się nie odstanie, choćbym bardzo chciał. Trzeba skupić się na tym, co jest teraz, czyli jak mogę pomóc. Wielu pracodawców chciało zatrudnić mnie na umowę-zlecenie. Ale w tym momencie, o czym mało kto wie, komornik zabiera mi sto procent zarobku. Jak mam żyć? Dlatego walczę o urealnienie tego wyroku. Bo do comiesięcznej renty zasądzono mi 300 tysięcy złotych odszkodowania, ale od chwili zasądzenia (a ja byłem w więzieniu) naliczane są odsetki. I nie mam szans na spłatę tej sumy. Prosiłem: odsuńcie mi konieczność tej spłaty. Jak wyjdę, będę zarabiał. Nie. To prosiłem: rozłóżcie mi na raty. A sąd na to: „To niczego nie zmieni, bo pan i tak nie ma pieniędzy”. Milion złotych zobowiązań przy płacy minimalnej w naszym kraju (1,6 tys. brutto) dla osoby karanej i z obciążeniem komorniczym to science fiction. I tak koło się zamyka.

Swoją dawną dziewczynę Marcin czasem widuje w mieście. Nigdy jej nie zaczepił, bo nie wie, jaki to miałoby na nią wpływ. „No i jej mama nie wyraża na to zgody”. Nie chce też odpowiadać na pytanie, czy to była wielka miłość, bo wciąż rani to i jego, i rodzinę Mai.

Mai, której największym marzeniem jest funkcjonować wśród normalnych ludzi:

– Ale normalnego człowieka to ciężko znaleźć, naprawdę. Bo ci normalni mówią, że żyję w zwieszeniu. Nie jestem ani chora, ani zdrowa. Jestem pomiędzy światami.

Kompensata dla ofiar? Państwo Majce nie pomoże

Od 2005 roku Polska ma ustawę o kompensacie dla ofiar przestępstw popełnionych z użyciem przemocy, które nie mogą uzyskać zadośćuczynienia finansowego od sprawcy przestępstwa lub z jakiegokolwiek innego źródła.

Należy jednak pamiętać, że o taką pomoc ofiara może ubiegać się tylko do dwóch lat od dnia popełnienia przestępstwa. Dla Majki ta droga jest zamknięta: kiedy doszło do tragedii, ustawy jeszcze nie było.

Mało tego. Ustawa to przepis martwy, ponieważ Polska nie ratyfikowała europejskiej Konwencji dla ofiar przestępstw z 24 listopada 1983, która zawiera minimalne standardy kompensowania takich szkód przez państwo (wdrożyła je natomiast większość krajów członkowskich Unii).

Polska stosuje się jedynie do dyrektywy Rady Europy, która zobowiązała nasz kraj do stworzenia systemu kompensacyjnego. W efekcie w budżecie państwa przewidziano na ten cel około 70 milionów złotych rocznie, z czego wypłaca się zaledwie 0,2 proc. tej kwoty.

Projekt zakładał, że z kompensaty rocznie będzie korzystało około 12,8 tys. osób. W praktyce przyznawana jest średnio zaledwie… 43 osobom. Po pierwsze, dlatego że mało kto o takiej ustawie wie. Po drugie, jak wynika z badań prokurator Lidii Mazowieckiej z Prokuratury Generalnej w Warszawie, jest bardzo wiele nieprawidłowości w postępowaniach o przyznanie tej kompensaty. Na przykład sąd potrafi zobowiązać ofiarę do ustalenia danych personalnych, adresów i stanu majątkowego sprawców przestępstwa. Albo – wbrew przepisom ustawy – sprawcy przestępstwa są uczestnikami postępowania i korzystają z pomocy adwokata jako swojego pełnomocnika, podczas gdy sąd odmawia przydzielenia pełnomocnika ofierze.

Znane są też sytuacje, gdy sąd oddalał wniosek o kompensatę złożony przez matkę małoletniej ofiary, bo uznawał ją za osobę nieuprawnioną do złożenia wniosku. Lub odmawiał ofierze przestępstwa zwolnienia z kosztów postępowania, uzasadniając, że jej dochody w wysokości 300 zł powinny wystarczyć na… systematyczne oszczędzanie na koszty sądowe.

22 lutego 2012 r., podczas konferencji „Kompensata państwowa dla ofiar przestępstw w Polsce – teraźniejszość i przyszłość”, zastępca prokuratora generalnego Marzena Kowalska mówiła, że prokurator (zgodnie z tą ustawą) strzeże przede wszystkim interesu skarbu państwa. Ale jako uczestnik postępowania kompensacyjnego może też złożyć wniosek o takie zadośćuczynienie dla ofiary. „Naprawdę trudno zrozumieć, jaką rolę odgrywa prokurator w postępowaniu kompensacyjnym” – skwitowała prokurator.

Rzecznik praw obywatelskich wystąpił do ministra sprawiedliwości o zabezpieczenie niewykorzystanych dotąd funduszy przeznaczonych tytułem kompensaty państwowej dla ofiar przestępstw. Kilkakrotnie też wskazywał na potrzebę pilnej nowelizacji tej ustawy, ponieważ obowiązujące przepisy nie zapewniają realnej i skutecznej pomocy ofiarom, a wręcz prowadzą do ich wtórnej wiktymizacji. Senat podjął w końcu prace nad nowelizacją przepisów ustawy, ale efektów nie ma do dziś.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Powiedz, co myślisz o gejach. Fotoreportaż z Rosji
Rosyjscy geje bardzo kochają swój kraj, są dumni ze swojej narodowości. Ale Rosja ich nie kocha. Rozmowa z Madsem Nissenem, autorem zdjęcia roku World Press Foto 2014

Co prezydent Biedroń robi ze Słupskiem
Radny PiS: – Odmienił miasto, przestaliśmy się kłócić. Działacz LGBT: – Dyskryminuje gejów, trzeba go odwołać

Ćwiczenia z umierania. Fukushima cztery lata później
Moja najmłodsza córka miała na imię Yuna. Nazwałem ją od cichego i spokojnego oceanu, który widzimy późnym latem

Umarł biedny ksiądz. Zostawił złoto i miliony
„Aby miłosierny Bóg przebaczył mi uchybienia ludzkiej ułomności” – napisał ksiądz, umarł i zostawił po sobie miliony

Polesie: ziemia białoruska, polska i żydowska
Pojęcie „Polesia czar” budzi we mnie bunt. Rozmowa z Małgorzatą Szejnert

Ciało Idy…
czyli polskie życie pozagrobowe [VARGA]

Wyborcza.pl

Grzegorz Schetyna: Powinniśmy ponadpartyjnie budować polską politykę wschodnią i zagraniczną

Grzegorz Schetyna nazwał słowa Janusza Piechocińskiego "nie do końca przemyślanymi".
Grzegorz Schetyna nazwał słowa Janusza Piechocińskiego „nie do końca przemyślanymi”. Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Gazeta

– Jeżeli koalicjant mówi rzeczy nie do końca przemyślane, to jest problem. Bo to może albo pomóc albo zaszkodzić – w ten sposób szef polskiego MSZ Grzegorz Schetyna określił słowa Janusza Piechocińskiego na temat możliwych scenariuszy rozwoju sytuacji na Ukrainie i rzekomym zagrożeniu Polski zalewem imigrantów.

Chodzi o wypowiedź, jakiej Piechociński udzielił agencji Reuters. Wicepremier skrytykował w niej mocno ukraińską gospodarkę i tamtejsze elity. Straszył też napływem gigantycznej fali emigrantów z Ukrainy do Polski.

Poproszony o komentarz w tej sprawie Schetyna, który był gościem Katarzyny Kolendy-Zaleskiej w programie „Fakty po Faktach”, stwierdził, że Piechociński zajął stanowisko nie do końca przemyślane. Dodał, że nie jest zwolennikiem takich „specyficznych cytatów” zaznaczając jednocześnie, że Polska powinna wspólnie i ponadpartyjnie budować polską politykę wschodnią i zagraniczną.

Zapytany z kolei o to, dlaczego Tusk niemalże zniknął ze sceny politycznej, stwierdził: – Donald Tusk jest zajęty tworzeniem konkluzji, ale ma dużą wiedzę o tym, co dzieje się w Polsce.

Wystąpienie szefa polskiego MSZ ostro skrytykowano m.in. na Twitterze zwracając uwagę na to, że główną rolę w całej rozmowie odgrywał… uśmiech polityka.

Źródło: TVN24, Twitter

naTemat.pl

Hiszpanie kłócą się o lekcje religii w szkołach

Maciej Stasiński, 05.03.2015
 Hiszpanie kłócą się o lekcje religii w szkołach

Hiszpanie kłócą się o lekcje religii w szkołach (fot. 123rf)

Hiszpańska lewica zarzuca biskupom, że zmieniają szkolną naukę religii w katechezę. Padają żądania radykalnej rewizji podstaw programowych tego przedmiotu albo wycofania go ze szkół.
Opublikowane kilka dni temu w hiszpańskim dzienniku ustaw nowe podstawy programowe nauki religii, które mają obowiązywać w szkołach od września, wywołały falę protestów. Centrolewicowa opozycja stwierdziła, że biskupi znacząco zmienili treść przedmiotu i coraz jawniej zmierzają w kierunku katolickiej katechezy. I zażądała wycofania religii ze szkół albo radykalnej zmiany zasad jej nauczania.Jedną z kwestii, która wzbudziła największy sprzeciw, jest wskazanie, że klasach maturalnych uczniowie mają „uznać z podziwem i starać się pojąć boży porządek wszechświata, który nie wziął się z chaosu ani przypadku”. Uczniowie dowiadują się także, że „Bóg stworzył człowieka, by zostać jego przyjacielem”, oraz że „raj jest znakiem bożej przyjaźni”.Na lekcjach religii uczniowie mają także „umieć uzasadnić konflikty”, które swego czasu wywoływali w Kościele Galileusz czy Miguel Servet, hiszpański humanista i teolog potępiony przez katolików i protestantów jako heretyk i spalony na stosie w 1553 r.W innych wskazaniach biskupów regulujących różne stadia nauczania religii w szkołach, od pierwszej klasy do matury, opuszczono m.in. naukę o innych niż chrześcijaństwo ważnych światowych religiach, takich jak islam, judaizm czy buddyzm. Teraz lekcje mają mówić tylko o religii katolickiej.Nowe podstawy programowe religii wzbudziły sprzeciw naukowców, a nawet części ludzi Kościoła.

– Są zanadto wyznaniowe i stanowią krok wstecz wobec treści uczonych od 2007 r. – uważa Jes s Losada, który od 30 lat uczy religii i przewodniczy państwowej federacji nauczycieli religii.

Zaprotestowali nawet biskupi katalońskiej diecezji w Geronie, którzy uznali, że nowy przedmiot zamiast uczenia historii i roli religii w społeczeństwie zmienia się w katolicką indoktrynację.

Nowych treści bronią za to niektórzy naukowcy katolicy. – Wiara i nauka są do pogodzenia – mówi mikrobiolog César Nombela z Uniwersytetu Complutense w Madrycie. – Nauka wyjaśnia, że Wszechświat powstał 14 mld lat temu w Wielkim Wybuchu, a wiara nie ma nic przeciw temu. Ale wolno nawiązywać do wiary, żeby próbować zrozumieć, co było wcześniej.

– Problemem jest istnienie samej religii jako przedmiotu wyznaniowego, zorganizowanego przez episkopat, nauczanego przez profesorów wyznaczonych przez biskupów i opłacanego przez państwo – uważa filozof Fernando Savater.

W poniedziałek socjaliści, postkomuniści, centrolewica oraz regionalne partie nacjonalistyczne zażądały radykalnych zmian w systemie nauczania religii regulowanym konkordatem z 1979 r. Zgodnie z nim treść nauczania religii oraz listę nauczycieli ustala wyłącznie episkopat, chociaż ostatecznie zatrudnia ich oraz opłaca państwo. Religia jest przy tym przedmiotem nieobowiązkowym, nauczanym wymiennie lub równolegle z etyką, ale każda szkoła ma obowiązek zagwarantować możliwość jej studiowania. Stopień z niej wlicza się do końcowej rocznej i maturalnej średniej ocen.

– Religia nie może mieć tej samej rangi co matematyka, hiszpański czy angielski – oświadczył w poniedziałek oburzony poseł socjalistyczny Mario Bedera. – Umowa z Watykanem jest anachroniczna i trzeba ją zmienić. Nasi wyborcy domagają się tego od dawna.

– Religia może być co najwyżej przedmiotem pozaszkolnym, nauczanym tylko w szkołach społecznych – uważa poseł Carlos Mart~nez Gorriarán z centrolewicowej Unii Postępu i Demokracji (UPyD). – Kościół zasługuje na poważne traktowanie, ale nie może się równać z państwem.

Tego samego żąda nowa lewicowa partia Podemos, która w ciągu roku przebojem wbiła się w sondażach do ścisłej czołówki i w tegorocznych wyborach może zostać jedną z trzech głównych partii nowego parlamentu. – Podemos domaga się, by szkoła publiczna została całkowicie uwolniona od jakiejkolwiek indoktrynacji religijnej czy dogmatycznej, a lekcje religii powinna zastąpić historia wierzeń religijnych – mówi rzeczniczka partii Sandra M~nguez.

Liczba uczniów wybierających religię stale spada. Jeszcze w 1996 r. zapisało się na nią 75 proc. uczniów szkół publicznych, a 25 proc. wolało etykę. W roku szkolnym 2013-14 uczniów na religii było tylko 56 proc., i to na poziomie podstawówki. Bo im wyższa klasa, tym bardziej ten odsetek spada. W szkołach średnich religię wybrało 22 proc., a w klasach maturalnych – tylko 15 proc.

Zobacz także

wyborcza.pl

Homo na drzewie. Rodowym

Marcin Ryszkiewicz, 05.03.2015
Małe czaszki od lewej: Australopithecus africanus, H. habilis, H. erectus. Obie duże czaszki - Homo sapiens

Małe czaszki od lewej: Australopithecus africanus, H. habilis, H. erectus. Obie duże czaszki – Homo sapiens

Kto był tym pierwszym człowiekiem i od kiedy liczyć jego narodziny? To jedne z najważniejszych pytań, na które wciąż szukamy odpowiedzi. Jedną z nich znajdziemy w dzisiejszym „Nature”.
Gdy patrzymy na drzewo rodowe człowieka, wszystko jest klarowne i poukładane. Najpierw był wspólny przodek człowieka współczesnego i szympansa. Na końcu znów jeden gatunek, a w środku wiele rozgałęziających się linii, z których większość wymarła.Ów najstarszy przodek, czyli pierwszy hominid, żył od 5 do 7 mln lat temu i być może nawet już go znaleźliśmy: mógł nim być ardipitek z Etiopii, orrorin z Kenii lub sahelantrop z Czadu. Co do ostatniego hominida to sprawa jest prosta: to my i wszyscy nasi bezpośredni przodkowie, aż do pierwszego Homo sapiens , który żył w Afryce przed blisko 200 tys. lat.Pomiędzy najstarszym a ostatnim hominidem musiał żyć tylko jeden gatunek, od którego się wywodzimy. Reszta to gatunki z linii bocznych, które nie dotrwały do naszych dni (choć kilka żyło jeszcze bardzo niedawno).Ale ta względna prostota naszego drzewa rodowego to złudzenie.Niebezpieczne związkiChociaż wiemy, że istniał tylko jeden gatunek na linii prowadzącej do człowieka, to cała reszta jest spekulacją. Nie wiemy, ile było gatunków hominidów, nie wiemy, które pochodzą od których, nie wiemy, kto, kiedy i dlaczego opuścił Afrykę ani dlaczego jedne gatunki odniosły sukces, a inne wymarły. Na drzewach rysowanych przez sumiennych antropologów zobaczyć czasem można, że wszystkie gałęzie wiszą w próżni – u nasady widnieją znaki zapytania, bo pokrewieństwo między nimi jest nieznane.

Ale najważniejsze jest to, że nie wiemy nawet, co oznacza pojęcie gatunku u hominidów. Za sprawą porównywania genów żyjących ludzi i innych naczelnych, a także genów wyekstrahowanych ze skamieniałych kości i zębów, okazało się, że jesteśmy hybrydami. Nasi przodkowie dzielili z innymi gatunkami hominidów nie tylko tę samą planetę, ale niekiedy i łoże. Mamy od 1 do 4 proc. genów neandertalskich i nawet więcej genów denisowian.

A przecież zaczęliśmy dopiero te badania prowadzić. W miliardach zasad naszego DNA muszą tkwić inne ślady niebezpiecznych związków, jakim nasi przodkowie musieli się oddawać. Gatunki, które w takie związki wchodzą, nie są w pełni odrębne, bo te – w zasadzie – są rozdzielone barierami reprodukcyjnymi uniemożliwiającymi krzyżowanie. Jak się zdaje, hominidy, częściej niż inne zwierzęta, lubiły czasem te bariery przekraczać.

Trudności związane ze zrozumieniem naszej ewolucji można jednak zmniejszyć, rozpatrując ją jako historię zmian ekologicznych i anatomicznych, a nie tylko ciągu gatunków.

Pierwsze hominidy żyły, jak inne małpy, w lasach, były nadrzewne, ale zarazem, schodząc na ziemię, dwunożne. Żywiły się roślinami, zwłaszcza owocami. Musiało być ich sporo, a fakultatywna dwunożność zwalniała im ręce. Taka anatomiczna innowacja dawała podstawę do ewolucyjnego eksperymentowania, do eksplorowania nowych nisz ekologicznych. To dlatego tak trudno określić, która z tych nadrzewno-dwunożnych form była naszym bezpośrednim przodkiem, a która boczną linią.

Kolejnym krokiem było wyjście z lasów na otwarte przestrzenie. Zmiana diety, wzbogacenie jej w mięso (z początku padlinę) i podziemne bulwy. A także rozpoczęcie wytwarzania kamiennych narzędzi, które miały zrekompensować biologiczne braki. To właśnie wtedy zaczęliśmy zasługiwać na dumne miano ludzi – Homo .

Tylko, kto był tym pierwszym człowiekiem (a nie tylko hominidem) i od kiedy liczyć jego narodziny? Co było najważniejsze – wzrost mózgu, skrócenie pyska, porzucenie drzew, a może pierwsze narzędzia? To pytania, na które wciąż szukamy odpowiedzi.

Człowiek zręczny

W latach 50. i 60. XX w. Mary i Louis Leakey znaleźli w wąwozie Olduvai w Tanzanii liczne prymitywne narzędzia z otoczaków(tzw. kultury olduwajskiej). Nie znali żadnych równowiekowych kości, które mogłyby należeć do ich twórcy. Ponieważ były to najstarsze znane artefakty, uznali, że ów twórca był pierwszym prawdziwym człowiekiem, pierwszym Homo.

W 1963 r. Louis znalazł w warstwach z narzędziami czaszkę o bardzo prymitywnych cechach (nazwał ją zinjantropem, dziś – Australopithecus boisei ). Choć więc spodziewał się kogoś znacznie bardziej „ludzkiego”, uznał, że to zinjantrop musiał używać tych ledwo obrobionych otoczaków.

Wkrótce jednak Mary znalazła bardziej zaawansowaną czaszkę. Musiała należeć do wyczekiwanego, zręcznego (stąd – Homo habilis ) wytwórcy narzędzi. Było to też znalezisko dowodzące, że ludzie i australopiteki mogli żyć w jednym czasie i miejscu.

H. habilis miał większy mózg od australopiteków (ok. 680 cm sześc. wobec 350-450 cm sześc.), bardziej podniesione czoło i słabo zaznaczone wały nadoczodołowe. Uznano, że zasługuje na miano pierwszego człowieka.

Tyle że choć głowę miał dość ludzką, to resztę ciała – w tym długie ręce i stożkowaty kształt klatki piersiowej – „małpie”. Nie utracił więc jeszcze zdolności do wspinania się na drzewa. Dziś nie brak opinii, że być może należy go przenieść do rodziny australopiteków. „Pierwszy człowiek” powinien mieć nie tylko ludzką głowę, ale i całe ciało.

Także systematyka okazów „wczesnych Homo” wywołuje spory. Ze względu na ich znaczne zróżnicowanie wielu uważa, że był jeden, ale silnie polimorficzny gatunek. Inni, że dwa – H. habilis i H. rudolfensis – o różnych przystosowaniach ekologicznych. Przy czym tylko ten drugi – o większym mózgu i płaskiej twarzy – dał początek pierwszym prawdziwym ludziom Homo erectus ; H. habilis wymarł .

Inny problem związany jest z „wyjściem z Afryki”. Tradycyjnie uważano, że mógł tego dokonać jedynie gatunek długonogi, przystosowany do długotrwałego marszu, mięsożerny i dysponujący zaawansowanymi narzędziami – Homo erectus . Niedawne znaleziska szczątków dawnych ludzi z Dmanisi w Gruzji, datowane na prawie 2 mln lat, ale anatomicznie prymitywne i bliskie H. habilis , wskazują jednak, że to „wyjście” nastąpiło bardzo wcześnie. Jeśli tak, może się okazać, że Homo erectus powstał już w Azji, a w Afryce był reemigrantem.

Jak więc było naprawdę? Czy był jeden, dwa czy więcej gatunków wczesnych Homo i czy któryś z nich był bezpośrednim przodkiem H. erectus ? Temu właśnie poświęcona jest praca w dzisiejszym „Nature”.

Po zębach do kłębka

Jej autorzy zajęli się liczącym ok. 1,75 mln lat okazem zwanym OH 7, na podstawie którego wyróżniono i opisano Homo habilis . To żuchwa z zębami, izolowany trzonowiec górnej szczęki, kości ciemieniowe czaszki i kosteczki dłoni. Szczątki są zdeformowane i pokruszone, co utrudnia ich porównanie z innymi, w tym z lepiej zachowanym okazem KNM ER 1470, dzięki któremu opisano gatunek H. rudolfensis .

Dlatego uczeni postanowili dokonać wirtualnej rekonstrukcji OH 7. Wykorzystali programy komputerowe pozwalające odtwarzać zniekształcone fragmenty, uzupełniać brakujące części, przenosić przesunięte kości na ich pierwotne pozycje, uzupełniać zęby na podstawie zachowanych zębodołów, odtwarzać prawe połówki łuku zębowego lewymi i odwrotnie. W efekcie ukazał się pełny łuk zębowy okazu OH 7 o prymitywnych cechach zbliżonych do modelu australopiteków, a nawet wielkich małp, całkiem odmiennych od zaawansowanego uzębienia KNM ER 1470.

Można by to uznać za potwierdzenie dotychczasowych poglądów o „zacofaniu” habilis w stosunku do rudolfensis , gdyby nie dość sensacyjna niespodzianka. Okazało się, że „zębowo” prymitywny OH 7 miał nadzwyczaj zaawansowany i wielki mózg. Z pojemnością szacowaną na 729 do 824 ml wykracza on daleko poza dotychczasowe ramy zarówno dla H. habilis, jak i H. rudolfensis i mieści się w granicach podawanych dla wczesnych przedstawicieli Homo erectus .

A to oznacza, że oba te gatunki mogły dać początek pierwszym prawdziwym ludziom na Ziemi. Lub – co bardziej prawdopodobne – że wśród wczesnych Homo było wiele form o różnym stopniu zaawansowania i prymitywizmu (zarówno między gatunkami, jak i między różnymi osobnikami). I że u nasady gałęzi prowadzącej do Homo erectus znak zapytania tylko się powiększył.

Może dobrze, że autorzy dysponowali tylko kośćmi, a nie genami tych wczesnych Homo (w przypadku tak starych kości, w dodatku afrykańskich, nie ma zresztą na to szans). Bo pewnie dowiedzielibyśmy się jeszcze dziwniejszych rzeczy o poczynaniach naszych dawnych przodków i kuzynów.

Kto lubi prostotę, niech lepiej popatrzy na któreś z klarownych i poukładanych drzew rodowych.

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: