Applebaum (12.04.15)

Andrzej Duda, człowiek z mgły

Olga Szpunar, Michał Olszewski, 11.04.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

„Prezydent zapatrzył się za okno. Stwierdził, że jego pokolenie będzie wkrótce odchodzić. Spojrzał na nas i powiedział: ‚To na was będzie spoczywał obowiązek, żeby sprawy prowadzić dalej'”. Dwa dni później tupolew uderzył w brzozę, a Andrzej Duda poczuł się pomazańcem Lecha Kaczyńskiego.
Polityczny rajd Andrzeja Dudy rozpoczyna się 10 kwietnia 2010 r. Do Smoleńska nie leci. Chętnych jest tylu, że na kilka dni przed katastrofą prezydencki minister Jacek Sasin prosi, by kto może, zrezygnował, ustępując miejsca bardziej zasłużonym gościom.

Część znajomych jest przekonana, że zginął w samolocie.

Po raz pierwszy wychodzi z cienia jeszcze tego samego dnia, około godziny 11. Odmawia uznania śmierci Lecha Kaczyńskiego, żąda dowodu – oficjalnej noty dyplomatycznej Rosjan albo świadectwa kogoś, kto widział zwłoki. I ostrzega, że obejmując obowiązki prezydenta, marszałek Bronisław Komorowski naruszy konstytucję. Nerwowe negocjacje między Kancelarią Prezydenta a Kancelarią Sejmu trwają kilka godzin. Wreszcie o godzinie 14 Duda ustępuje. Później będzie wielokrotnie sugerował, że władza w państwie została przejęta w sposób niejasny.

Dwa dni wcześniej razem z sekretarzem stanu Pawłem Wypychem towarzyszy Lechowi Kaczyńskiemu w ostatniej podróży zagranicznej. Wizyta w Wilnie obrośnie legendą: „W pewnym momencie prezydent zapatrzył się za okno. Stwierdził, że on już ma swoje lata i jego pokolenie będzie wkrótce odchodzić. Spojrzał na nas i powiedział: » Ale wy jesteście przyszłością polskiej polityki i to na was będzie spoczywał obowiązek, żeby sprawy prowadzić dalej «” – opowie portalowi wPolityce.pl.

Paweł Wypych ginie w Smoleńsku. Kariera namaszczonego w prezydenckim samolocie Andrzeja Dudy toczy się coraz szybciej. Pod gniewnymi sztandarami, na miesięcznicach, marszach, spotkaniach poświęconych pamięci pary prezydenckiej buduje polityczną pozycję.

Tezy o zamachu nie formułuje wprost, ale wierzy w ustalenia ekspertów Antoniego Macierewicza. – Trudno mi w tej chwili powiedzieć, co było przyczyną i co wybuchło, natomiast jestem przekonany, że wybuch był – przekonuje w czwartą rocznicę katastrofy w Trójce. I dodaje, że „ta sprawa dla Polski jest tak samo ważna jak sprawa ataku na WTC dla Stanów Zjednoczonych”.

Kilka miesięcy po katastrofie Duda występuje we „Mgle”, wyprodukowanym przez „Gazetę Polską” dokumencie o pierwszych dniach po katastrofie. Opowiada, jak w Moskwie żegnał się z prezydenckimi ministrami Pawłem Wypychem i Władysławem Stasiakiem: „I tam, w takich czarnych workach, były ich zwłoki. Położyłem rękę, jedną na Pawle, drugą na Władku”. Jest opanowany, ale czuć, że pod spodem kipią emocje.

W scenie wprowadzenia trumien do Pałacu Prezydenckiego widać więcej. Minister jest cały rozdygotany. Nagle rzuca się pod nogi żołnierzy, żeby poprawić coś u stóp katafalku. W jego gestach, gdy chwilę później układa wiązanki na trumnach, nie ma nic z oficjalnej celebry. Poprawia kwiaty wręcz tkliwie.

Ale w kampanii o Smoleńsku mało albo wcale. Kto wie, co Duda mówił przez pięć lat, ten wie. Oficjalny przekaz jest taki, jak podczas wczorajszych obchodów w wawelskiej krypcie: „Dziękuję wszystkim, którzy dziś czczą 5. rocznicę ich śmierci, tragedii pod Smoleńskiem. Mam nadzieję, że Polacy będą dziś tak zjednoczeni, jak wtedy 10 kwietnia i w następnych dniach, które wtedy były”.

Harcerzyk nie dymi

Przez lata nic nie wskazywało na to, że będzie walczył o najważniejsze stanowisko w państwie.

Młodość urodzonego w Krakowie Dudy to prestiżowe II LO im. Króla Jana III Sobieskiego. Licealne lata 80. w Krakowie upływają pod znakiem zadym, starć z milicją i gwałtownych demonstracji. Duda za kamienie nie chwyta, spełnia się w oficjalnym harcerstwie.

Grzegorz Lipiec, absolwent „dwójki”, obecnie szef lokalnych struktur PO, wówczas jeden z czołowych działaczy radykalnej Federacji Młodzieży Walczącej, pamięta go ze szkoły. – Co tu kryć, mieliśmy go za harcerzyka. Podpisywał się pod petycjami w sprawie wolnych wyborów, ale na bezpośrednie starcie nigdy nie szedł, to nie był jego żywioł.

W dawnym liceum – w którym pracuje jego żona Agata Kornhauser-Duda – ma dzisiaj wielu zwolenników. Ostatnio jedna z nauczycielek próbowała na terenie szkoły zbierać podpisy pod jego kandydaturą. Gdy dyrekcja zwróciła jej uwagę, że to nie miejsce na taką działalność, odpowiedziała z dumą: – To przecież nasz absolwent!

Wśród nauczycieli są jednak i tacy, którzy nie szczędzą Dudzie złośliwości. – Budyń waniliowy z soczkiem malinowym – mówi emerytowana polonistka. – Grzeczniutki aż do zemdlenia. Taki pieszczoszek naszej pani. Pamiętam, że podczas wyjazdów na obozy naukowe próbował nawiązywać bliższe kontakty z nauczycielami. Rówieśnicy bawili się we własnym towarzystwie, a on przychodził, dopytywał o różne rzeczy. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mówił zawsze to, co ludzie chcieli od niego usłyszeć.

Krakowska kindersztuba

W przedwiosenny dzień widok z balkonu biura europoselskiego przy ulicy Podwale jest jak ze szkiców Wyspiańskiego: bezlistne drzewa na Plantach, słabe słońce, kopuła kościoła św. Anny, czerwona cegła Collegium Novum. Wszędzie blisko, każdy zna każdego. Gabinet dyrektora krakowskiego oddziału IPN i niedawnego kandydata na prezydenta Krakowa Marka Lasoty, któremu Duda oddał koleżeńską przysługę, zatrudniając na staż jego dwie córki, kilka minut spacerkiem. Akademia Górniczo-Hutnicza, macierzysta uczelnia jego rodziców, na której profesor Janina Milewska-Duda zbierała podpisy pod kandydaturą syna, parę przecznic dalej.

Na ścianie portret Marii i Lecha Kaczyńskich z zamaszystymi autografami. Na półce Pismo Święte, album „Oburzeni” i praca „O praworządność i ustrój państwowy” redagowana przez Jacka Majchrowskiego, prezydenta Krakowa, dawnego konkurenta Dudy. W 2010 roku, kiedy do drugiej tury wyborów samorządowych dostali się kandydat lewicy Jacek Majchrowski i centrowy Stanisław Kracik z PO, kandydat PiS uznał, że ten pierwszy to „mniejsze zło”.

Jacek Majchrowski: – Znam go parę lat, to dobry prawnik. Ma kindersztubę, sympatyczny, elokwentny. W wyborach nie atakował po chamsku. To się zmieniło, jak zaczął wybijać się politycznie.

Jakub Kornhauser, socjolog, szwagier Dudy, syn poety Juliana Kornhausera: – Nasze rodziny to jak niebo i ziemia. Oni emocjonalni, głośni, trochę po góralsku, my introwertyczni. Pewnie dlatego nigdy nie nawiązaliśmy bliskich kontaktów. Z Andrzejem spotykam się przy wspólnym stole trzy razy do roku, ale o polityce nie rozmawiamy. Na pewno bardzo się różnimy – gdy on tłumaczył, że za in vitro powinno się wsadzać do więzienia, ja zbierałem głosy na Annę Grodzką. Jedno muszę przyznać: to niezwykle pomocny człowiek. Pomaga finansowo biednym rodzinom, a jak zadzwonisz do niego w środku nocy z prośbą o pomoc w przeprowadzce, przyjedzie i załaduje szafę do bagażnika.

– Miły, uprzejmy, zapięty na ostatni guzik, otrzaskany merytorycznie – mówią o Dudzie studenci, którzy pamiętają go z ćwiczeń z prawa administracyjnego na Uniwersytecie Jagiellońskim.

Podczas konwencji wyborczej Duda popisuje się ogładą. Dziękuje za inspirację prof. Janowi Zimmermanowi, kierownikowi katedry prawa administracyjnego, w której jest asystentem. Mimo że Zimmerman w 2006 r. podpisał protest prawników przeciwko wprowadzanym przez PiS zmianom w prawie karnym, jest za co dziękować – Duda od dekady blokuje etat w katedrze, przekonując, że chciałby kiedyś wrócić na uczelnię.

Równie uprzejmie wykręca się od lutowego spotkania z Glennem Jorgensenem, członkiem zespołu Macierewicza. Duda bardzo żałuje, że cykl spotkań z wyborcami nie pozwala mu wziąć udziału w debacie, ale docenia, że duński inżynier jest „jednym z tych naukowców, którzy nie przestraszyli się stawiać fundamentalnych pytań, bez których tragedia smoleńska zostałaby strywializowana, a następnie zapomniana”. I dziękuje „tym wszystkim, którzy nie poddając się kłamstwu, odrzucają propagandę państwowych komisji”.

Tak jest, panie prezydencie

Miesiąc temu „Newsweek” napisał, że w 2002 r. Duda był działaczem Unii Wolności. Kandydata irytują pytania o tamte czasy. – W życiorysie nie muszę pisać o wszystkich nieistotnych dla mnie faktach – mówi dziennikarzom. Nie dziwota, w oczach wyborców PiS przynależność do partii Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka to fakt raczej kompromitujący.

Grzegorz Lipiec: – Unia Wolności to nie NSDAP, nie ma powodu do wstydu. Myślę, że program UW był mu po prostu bliski. A kariery nie zrobił, bo nie zdążył.

Ta zaczyna się w roku 2005, kiedy odkrywa go małopolski poseł Arkadiusz Mularczyk. Duda jako ekspert klubu PiS pomaga pisać ustawę lustracyjną. W następnym roku zostaje wiceministrem sprawiedliwości u Zbigniewa Ziobry, trzy lata później jest już podsekretarzem stanu w Pałacu Prezydenckim.

W tamtym czasie Kancelaria Prezydenta kieruje do Trybunału Konstytucyjnego ustawę, która obejmuje SKOK-i kontrolą Komisji Nadzoru Finansowego. Dochodzenie „Wyborczej” pokazuje, że podczas sporządzania wniosku do Trybunału Duda korzysta z opinii i ekspertyz SKOK-ów. Ustawa wchodzi w życie po trzech latach. W tym czasie spółdzielcze kasy praktycznie są wyjęte spod kontroli państwa. Grzegorz Bierecki, szef Krajowej SKOK, jego brat Jarosław i prawnik Adam Jedliński dostają dość czasu, by przenieść majątek Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych, „czapy” nad SKOK-ami, do swojej spółki. Równocześnie wiele podległych Krajowej SKOK kas popełniało błędy albo udzielało lewych kredytów. Dziś upadają, jak SKOK Wołomin czy SKOK Wspólnota, a oszczędności klientów musi ratować Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Prezydencki minister odgrywa też istotną rolę w błyskawicznym ułaskawieniu Adama S., biznesmena skazanego za wyłudzenie, późniejszego wspólnika Marcina Dubienieckiego, zięcia Lecha Kaczyńskiego. Według „Newsweeka” decyzja zapadła w rekordowym tempie, z pominięciem opinii sądu i wbrew Prokuraturze Generalnej. Z Kancelarii Prezydenta zniknął też końcowy wniosek o zastosowanie prawa łaski, prawdopodobnie podpisany przez Andrzeja Dudę.

Jeden z byłych polityków PiS: – Stałem blisko tej sprawy. Andrzej wykonał wówczas wyraźne polecenie prezydenta. To nie była jego inicjatywa, wręcz przeciwnie – bronił się przed nią. Ale w końcu zrobił to, co prezydent kazał.

Jakub Kornhauser: – Nie podejrzewam Andrzeja o koniunkturalność czy załatwiactwo. Odkąd znalazł się w polityce, wiernie wykonuje polecenia braci Kaczyńskich. Oni go wymyślili, czuje się przez nich wybrany i odpłaca lojalnością.

Socjolog i publicysta Radosław Markowski: – Nie chodzi o to, że Kaczyński kogoś wypromował, bo w polityce zawsze ktoś kogoś promuje. Chodzi o to, że kiedy Wałęsa wypromował Mazowieckiego, Mazowiecki potrafił mu potem powiedzieć: teraz ja jestem premierem i ja rządzę. Duda Kaczyńskiemu tego nie powie.

Pilny uczeń prezesa

Jeden z bliskich współpracowników kandydata: – Na początku w PiS się nie wyróżniał. Stał z boku, nie mieszał się do walk frakcyjnych. Mówił jak prawnik, a nie trybun. Ale Andrzej szybko się uczy, to bardzo pojętny człowiek.

Przemiana zaczyna się tuż po Smoleńsku. O protestujących przeciwko pochówkowi pary prezydenckiej na Wawelu Duda mówi, że „nie są prawdziwymi patriotami”. Pojawia się na miesięcznicach smoleńskich. Podczas jednej z ostatnich stoi na tle transparentu „Całe zło to PO”.

W 2011 roku występuje w krakowskim magistracie przeciwko podwyżkom cen biletów. Wymachuje słupkami: tak spada siła nabywcza średniej krakowskiej pensji! Radni są zdumieni. – Proszę pana, te statystyki pokazują, że owszem, spada, ale tempo bogacenia się – prostuje któryś. W odpowiedzi Duda idzie do sklepu. Na salę wraca z reklamówką wypełnioną serem, masłem, majonezem, chlebem i margaryną. Porównuje paragon z paragonem z 2007 roku.

To chwyt, który dwa miesiące wcześniej wykorzystał Jarosław Kaczyński, kupując w świetle kamer kurczaka, mąkę i cukier, żeby udowodnić, jak podrożało życie za Tuska.

Potem jest mniej zabawnie. W 2013 roku portal Podhale24.pl relacjonuje spotkanie posła z mieszkańcami Rabki zorganizowane przez Klub „Gazety Polskiej”. I przytacza słowa Dudy: „Ktoś, kto jest za Platformą Obywatelską z pełnego przekonania, jest za nią, bo ma w tym interes. Bo albo jest zatrudniony przez PO, albo robi coś, na co PiS by mu nie pozwoliło, albo ma przekonanie, że » głupia Polska «nie powinna istnieć”.

Bronek Samo Zło

W 2015 roku wyborcze rzemiosło ma już w małym palcu. Podobnie jak chwyty poniżej pasa.

W programie prezydenckim obiecuje, co się da: chce obniżenia wieku emerytalnego, podniesienia kwoty wolnej od podatku, wsparcia rodzin ubogich oraz wielodzietnych. „Rzeczpospolita” wylicza, że realizacja jego obietnic kosztowałaby 250 miliardów w ciągu pięciu lat.

Otwierając wymyślone przez PiS na potrzeby kampanii Muzeum Zgody im. Bronisława Komorowskiego, obwinia prezydenta o rozbijanie rodzin, zgodę na GMO, tragedię górników.

Na jednym z wieców do mikrofonu podchodzi wzruszony mężczyzna. – Nie chcemy prezydenta, który zamierza wyprowadzić nasze wojska z NATO – mówi.

Wyborca martwi się, bo po sieci hula filmik: noc, Belweder, dzwoni telefon. „Moskwa” – szepce asystent. Zaspany prezydent mówi do słuchawki: „Już jest przygotowywana strategia wyjścia z NATO. Całkiem zwyczajnie jestem po rozmowie z premierem”. Słowa Komorowskiego brzmią autentycznie – i takie są. Padły w 2010 r., kiedy ówczesny marszałek Sejmu przejęzyczył się, mówiąc o wyjściu Polaków z Afganistanu. Spot zrobił sztab Dudy. A on sam miesiąc wcześniej napomyka w „Nowym Państwie”, że prezydent ma „dziwną jak na byłego opozycjonistę słabość do Wojskowych Służb Informacyjnych”.

Równolegle europoseł rozgrywa kwestię wspólnej waluty. W marcu w Warszawie PiS otwiera Bronko-Market. Ceny – w euro, zapożyczone z sieci supermarketów na Słowacji. Obok – ceny w złotych z polskich sklepów tej sieci. Wychodzi, że po wejściu do strefy euro za mleko zapłacimy nie 1,95, ale 2,84 zł, za dziesięć jajek 7,79 zł zamiast 3,19, za chleb nie 1,49, lecz 2,84 zł. Na ścianie Bronko-Marketu wisi plakat: „Nie jesteśmy jeszcze członkiem strefy euro, ale taka jest wola Polski, aby tam się znaleźć jak najszybciej”. To cytat z Komorowskiego z maja 2013 roku. Wyrwany z kontekstu, bo prezydent często podkreślał, że euro powinno być wprowadzone, gdy kraj będzie na to przygotowany.

Duda: – Czy rzeczywiście prezydent i jego obóz chcą wprowadzać Polaków do strefy euro na dzisiejszym poziomie polskich wynagrodzeń, gdy najniższa emerytura to ponad 800 zł?

Merytorycznie będzie później

Uprzejmy prawnik z Krakowa sprawia wrażenie, jakby dobrze czuł oczekiwania elektoratu wyrażone przez Leszka Sosnowskiego, wpływowego właściciela krakowskiej oficyny Biały Kruk, który w ostatnim wydaniu miesięcznika „WPiS – Wiara, Patriotyzm i Sztuka” napisał: „Ludzie oczekują walnięcia pięścią w stół. (…) Andrzej Duda nie potrzebuje budowania sobie nazwiska, ten etap ma za sobą. Teraz czas na pokazanie oblicza: niekoniecznie rozpromienionego uśmiechem, jak chcą tego mętne media, bo wolnemu Polakowi naprawdę wcale nie jest do śmiechu”.

Ile w tym jest Dudy, a ile jego ekipy? – Są trzy osoby, z którymi Andrzej nieustannie się konsultuje: to Jarosław Kaczyński, skarbniczka partii posłanka Beata Szydło i poseł Marcin Mastalerek – słyszymy od osoby zaangażowanej w pracę sztabu. – Dla Mastalerka to pierwsza kampania, dlatego chce się wykazać i sypie pomysłami jak z rękawa. Ale naprawdę ciekawe historie dzieją się na drugim planie. Kampanią internetową zarządza Paweł Szefernaker, bliski współpracownik Joachima Brudzińskiego, odpowiedzialny za internetowy zespół PiS. I to widać. Jest ruch, wokół kandydata dużo się dzieje, i o to chodzi. Merytoryczne zabawy zostawiamy na później.

Dziennikarz Michał Kolanko przygląda się z bliska kampanii Andrzeja Dudy, często towarzyszy mu w wyjazdach: – PiS nauczył się, że do internetu trzeba nieustannie dorzucać nowe wydarzenia, że tam się nie śpi. Sam Duda jest bardzo aktywny na Twitterze, prostuje, wchodzi w polemiki. Dlatego jego kampania sprawia wrażenie bardzo żywej, skierowanej do młodych.

Pigułka smoleńska

Choć kampania w pełni, Duda nie wziął w Brukseli urlopu. Nie bardzo może, skoro PiS okrzyknął go najbardziej pracowitym polskim posłem w Parlamencie Europejskim.

– Uprzejmy, okrągły. Chodzi i się uśmiecha. Taki chłopiec do wynajęcia. Zrobi to, co partia każe – charakteryzuje brukselskie dokonania kolegi europosłanka PO Róża Thun. – Ostrzejsze wypowiedzi zdarzają się mu tylko wtedy, gdy trzeba atakować własny kraj. Nie dotyka istotnych dla całej Unii tematów – miejsc pracy, bezpieczeństwa. Na sali plenarnej mówi właściwie do polskich mediów. Prowadzi kampanię.

Od maja ubiegłego roku Duda zabrał głos dziesięć razy i podpisał się pod sześcioma interpelacjami. Wspólnie z konserwatywnymi europosłami pytał, czy Komisja zamierza wycofać decyzję zezwalającą na sprzedaż wczesnoporonnej pigułki EllaOne bez recepty. Interesował się Uzbekistanem i Kazachstanem, referował opinię prawną w sprawie europosła Gabriele Albertiniego oskarżonego o zniesławienie mediolańskiego prokuratora. Z tematów polskich – interweniował w sprawie dyskryminacji naszej żywności w Czechach oraz połączył w jednej rezolucji zabójstwo Niemcowa i sprawę smoleńskiego wraku, którego Rosja wciąż nie oddała.

Thun postanowiła powiedzieć Dudzie: sprawdzam. Nakręciła filmik pokazujący, jak wyglądają sprawozdania, którymi chwali się europoseł: okładka, legenda, spis treści, czysta strona przytytułowa i dwie strony tekstu. W sumie – kilka kartek. 12 takich dokumentów powstało w ciągu pół roku. – Porównałam to z pierwszym z brzegu sprawozdaniem. Liczy prawie 50 stron tekstu prawnego, pisano je dwa lata.

Patrz, Kościuszko, na nas z nieba

Kandydat jedzie przez Polskę.

Za sobą ma już 160 spotkań, głównie w mniejszych miejscowościach, gdzie wyraźniej czuć frustrację i biedę.

Dzisiaj kolej na Kazimierzę Wielką i Proszowice. To rubieże Świętokrzyskiego i Małopolski, teren trudny, jeden z mateczników PSL. Sporo biedy i ruin, ale równie dużo znaków rozwoju. Niedaleko stąd, w Charsznicy, rolnicy zbudowali kapuścianą potęgę na skalę europejską, ziemia jest tam tak cenna, że sprzedaje się ją na licytacjach. Proszowice specjalizują się w czosnku, Kazimierza Wielka założyła niedawno dużą grupę producencką i chce zarabiać na marchwi. Na lokalnych dożynkach odchodzi handel traktorami wartymi nawet kilkaset tysięcy złotych.

Na rynku w Kazimierzy Wielkiej powoli zbierają się uczestnicy wiecu. Jest środek dnia, więc frekwencja niezbyt wysoka. Głównie starsi, poważni, ubrani na czarno i szaro. Młodzieżą w kolorowych koszulkach, dowiezioną specjalnie z Kielc, dowodzi Kamil Piasecki z Solidarnej Polski, rocznik 1984. – Najbardziej podoba mi się postulat obniżenia wieku emerytalnego. Trzeba myśleć o takich sprawach zawczasu – tłumaczy.

– Tylko w Dudzie nadzieja, że coś się wreszcie w Polsce zmieni. Córka za pracą jeździ aż do Krakowa, do galerii. Dostaje 1500 złotych. A ja? Czwórkę dzieci Polsce dałam. I z tego poświęcenia emeryturę mam taką, że ledwo wiążę koniec z końcem – opowiada starsza kobieta.

Za jej plecami budynek starej cukrowni zieje pustymi oknami. Bezrobocie to największy problem w gminie, sięga tutaj prawie 20 procent.

– A złodzieje, co w PZPR byli, teraz sobie brzuchy pasą. Po 5 tysięcy na rękę mają – dodaje mąż kobiety.

W Kazimierzy kandydat przemawia pod barem Fuks, a w Proszowicach pod pomnikiem Kościuszki. Wchodzi w szaro-czarny tłumek, dobrze ubrany, opalony na pomarańczowo, szczupły, śnieżna biel kołnierzyka koszuli bije w oczy. Mówi pewnie, klarownie i jasno.

Choć temat w skoncentrowanej na marchwi i bezrobociu Kazimierzy brzmi egzotycznie, przyjechał, żeby opowiedzieć o zgubnej unijnej polityce dekarbonizacyjnej.

O Donaldzie Tusku i Ewie Kopacz, którzy akceptują szkodliwy dla Polski pakt klimatyczny.

O węglu, na którym Polska powinna budować niezależność.

O nieudanym projekcie unii energetycznej i polityce głównego nurtu, od której chce się trzymać z dala.

O upadających rodzinnych firmach i rosnących jak grzyby po deszczu supermarketach, których właściciele płacą podatki za granicą.

O liczących dziesiątki tysięcy hektarów latyfundiach znajdujących się w obcych rękach.

Obiecuje odbudowę polskiej gospodarki, reindustrializację, pomoc dla górników, rolników, pielęgniarek, młodych. I że zrobi wszystko, by powstrzymać emigrację zarobkową. Na innych spotkaniach dokłada odbudowę armii zniszczonej przez prezydenta Komorowskiego.

Ludzie słuchają z posępnymi minami.

Po przemówieniu brawa, choć entuzjazmu nie widać. Zebrani proszą Dudę o autograf, robią sobie z nim zdjęcia. – Pan jest drugim papieżem – mówi do niego jedna z kobiet.

Jest lista tematów, których kandydat nie porusza.

Ani słowa o Smoleńsku. Ten temat się wypalił i jest używany już tylko podczas uroczystości rocznicowych albo w wywiadach, gdy nie da się go uniknąć.

Ani słowa o Episkopacie, o tym, jak być prezydentem wszystkich Polaków bez podpisania ustawy o in vitro.

Ani słowa o SKOK-ach i roli PiS.

Ani słowa o tym, że projekt unii energetycznej to projekt PO, wspierany przez wszystkie partie.

Ani słowa o tym, co zrobić, by nadgonić zapóźnienie cywilizacyjne wobec krajów Zachodu.

A także ani słowa o traktorach z klimatyzacją i kwitnących grupach producenckich, które walczą na europejskich rynkach. Tylko klęska.

Grzegorz Lipiec: – Mam cichą nadzieję, że Andrzej nie wierzy w to, co mówi. Sztabowcy nakreślili mu scenariusz, a on go realizuje.

Profesor Marcin Król, filozof, historyk idei: – Przecież on nie wierzy w to, co mówi. Jest w nie swoich butach. Jego inteligencka rodzina, żona, przygoda z Unią Wolności… Pamiętam go z telewizji, zanim stał się kandydatem na prezydenta. Jak na członka PiS wypowiadał się całkiem rozumnie. Merytorycznie. Bez charakterystycznej dla tego ugrupowania agresji i teorii spiskowych. Teraz Duda tę agresję w sobie ma.

Polak lubi dobry żart

Jedziemy z Andrzejem Dudą przez kraj. Choć to prowincja co się zowie, droga wygodna, niedawno wyasfaltowana. Kandydat rozluźniony, ale bębni co jakiś palcami po plastikowym stoliku. Je mocne pastylki miętowe; pali jak smok, bliscy mówią, że adrenalina nie daje mu spać.

– Udało się w ogóle coś w Polsce przez minione 25 lat? – pytamy.

– Tak. Weszliśmy do NATO i Unii. To były dobre posunięcia.

– Nie za dużo pan obiecuje podczas spotkań?

– Nie obiecuję niczego oprócz ciężkiej pracy.

– Powiedział pan, że ludzie, którzy głosują na PO, są przekonani, że głupia Polska nie powinna istnieć?

Kandydat zdecydowanie zaprzecza.

Pytamy o zagrywki poniżej pasa w rodzaju „wyjścia z NATO”. – Ten klip jest po prostu zabawny. To konwencja żartu. Czy cała kampania wyborcza musi być śmiertelnie poważna? Myślę, że Polacy nie oczekują, żeby taka była w każdym calu – mówi.

A czy posłankę PiS Annę Paluch gwiżdżącą na Bronisława Komorowskiego w Nowym Targu też należy odbierać w kategorii żartu?

Krakowska kindersztuba bierze górę: – Gwizdy na prezydenta Komorowskiego mi się nie podobają. To nie jest żart. Chyba to każdy widzi i rozumie. Prezydent jest głową państwa wybraną przez naród i należy mu się szacunek. Co nie znaczy, że nie należy dyskutować merytorycznie.

Jeden szczegół nie daje nam spokoju. Przez cały wiec w Kazimierzy kandydat sprawia wrażenie rozluźnionego. Spadkobierca Lecha Kaczyńskiego uśmiecha się lekko, w lewej ręce trzyma swobodnie mikrofon.

Ale prawą dłoń machinalnie zwija w pięść. I wtedy, przez krótką chwilę, przypomina Andrzeja Dudę, którego widzieliśmy trzy lata wcześniej, gdy podczas drugiej rocznicy pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu skandował do tłumu zebranego przed Krzyżem Katyńskim: „Tu jest Polska, tu, gdzie my stoimy”.

To pewnie tylko przypadek, że w 2006 roku Jarosław Kaczyński, wówczas premier, wołał pod Stocznią Gdańską: „My jesteśmy tu, gdzie wtedy. Oni tam, gdzie stało ZOMO”.

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Wyjątkowa interpretacja wiersza Mariana Grześczaka w wykonaniu Tomasza Sapryka oraz wideo z wizyty Małgorzaty Minty w La Rotisserie, gdzie odkryjemy smak zupy z białych szparagów z wędzoną trocią.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Prezes zabija bezkarnie
Korporacje mają wolność słowa, prawo do wpływania na wyniki wyborów, wolność wyznania. Zwykli ludzie mają coraz mniej i mniej praw i coraz gorszy dostęp do sprawiedliwości. Z Katie Redford rozmawia Katarzyna Wężyk

Lech Raczak: Za Smoleńsk, za Katyń kulą w łeb!
Skoro wszystkie teorie biorę pod uwagę, to także i tę, że jeden brat poradził drugiemu, aby lądował bez względu na warunki. Kwestia męstwa. Z Lechem Raczakiem, legendą Teatru Ósmego Dnia, autorem spektaklu „Spisek smoleński”, rozmawia Donata Subbotko

O. Kłoczowski: Jezu, ufam tobie… bo nie ufam nikomu
Polsko, mamy problem. Tylko w tym katolickim kraju pierwsze, co widzisz, to nieprzyjazna morda drugiego człowieka, który by ci widły wbił w plecy, jak tylko się odwrócisz. Z o. Janem A. Kłoczowskim rozmawia Małgorzata Skowrońska

Pułkownika chowają, to i pompa być musi! – rozmowa z Danielem Olbrychskim
Gdy opowiedziałem Kirkowi Douglasowi o moich kłopotach z „Potopem”, stwierdził: „Dziwny to kraj, ale dla aktorów niezwykle pozytywny, w którym na dwa lata przed ukazaniem się filmu trwa dyskusja, czy ktoś ma w nim zagrać albo nie zagrać”

O zaletach mieszkania w bloku
Powojenna urbanistyka stała na całkiem wysokim poziomie, pod pewnymi względami była lepsza od dzisiejszej. Z Łukaszem Galuskiem i dr. Michałem Wiśniewskim rozmawia Anna Kiedrzynek

Prof. Magdalena Fikus: Nieśmiertelność jest bez sensu
Nie jest ważne, żebyś miał sto lat. Ważne jest to, w jakiej w tym wieku będziesz kondycji. Rozmowa Izy Klementowskiej

O jasny gwint, pomroczność jasna!
Przykre skutki tego, że wolimy piosenki, które już słyszeliśmy

wyborcza.pl

Nałęcz: Duda skompromitowany. Gowin: To sztab prezydenta ujawnił stenogramy

mk, 12.04.2015
Andrzej Duda opuszcza kryptę na Wawelu po złożeniu wieńca przy grobie Lecha i Marii Kaczyńskich

Andrzej Duda opuszcza kryptę na Wawelu po złożeniu wieńca przy grobie Lecha i Marii Kaczyńskich (Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

– Złożenie na Wawelu wieńca z napisem „kandydat na prezydenta” to kompromitacja – oburzał się w Radiu ZET Tomasz Nałęcz.
– Nawet pani Maria Kaczyńska była zdegustowana, nie chciała mu ręki podać. Złożyć na Wawelu wieniec z napisem „kandydat na prezydenta”? – dziwił się doradca urzędującego prezydenta w Radiu ZET. Z kolei Ryszard Czarnecki z PiS zaprotestował mówiąc, że Marta Kaczyńska „bardzo ceni” Andrzeja Dudę. Nie zaprzeczył jednak temu, że nie podała mu ręki, ani temu, że taki napis widniał na wieńcu.

Gowin: Nie wykluczam zamachu

Jarosław Gowin przekonywał z kolei, że „przemontowanie taśmy lub drutu, który jest w czarnej skrzynce, jest absolutnie możliwe techniczne”. Mówił, że kiedy – jeszcze jako minister – pytał ekspertów o znaczenie sformułowania „drop out”, które wiele razy pojawia się na stenogramach, opowiedzieli, że „w tym momencie nagranie jest urwane albo z powodu uszkodzenia technicznego, albo celowo, żeby przemontować taśmę”.

Gowin ocenił, że ślady montażu będzie można stwierdzić, kiedy oryginalne czarne skrzynki zostaną przebadane przez polskich ekspertów. Choć zaznaczył, że „nie widzi żadnego dowodu, że był to zamach”, to jednak nie chce wykluczać możliwości takiego scenariusza, zanim czarne skrzynki i wrak samolotu wrócą do Polski.

Nałęcz: Macierewicza w rękę całować

Gowin zarzucił też sztabowi Bronisława Komorowskiego, że stoi za przeciekiem nowych stenogramów z kokpitu prezydenckiego tupolewa, co mocno oburzyło Tomasza Nałęcza. – Nieuczciwe jest przypisywanie ujawnienia tych materiałów prezydentowi Komorowskiemu. Jak się jest byłym ministrem sprawiedliwości, jak się jest z Krakowa, to trzeba mieć jakiś dowód – mówił Nałęcz.

– Nieujawnienie, przeciek do mediów. To oczywiste, zdrowy rozsądek wystarczy – tłumaczył Gowin, dodając, że jego zdaniem „Bronisław Komorowski o niczym nie wiedział”, ale sztabowcy PO przesyłali do dziennikarzy sygnały, że po świętach wybuchnie bomba, która „wysadzi kampanię Dudy”.

Nałęcz zarzucił też Gowinowi, że zmienia zdanie pod wpływem sojuszu z PiS. – Niedługo będzie trzeba Macierewicza w rękę pocałować. Jest mi przykro, szanowałem pana ministra Gowina, bo był dla mnie wzorem przyzwoitości. Ta dyskusja jest bezsensowna, nikt z otoczenia prezydenta do przedwczoraj nie komentował tych przecieków – mówił.

Zobacz także

wyborcza.pl

Komorowski ratyfikuje konwencję antyprzemocową

Renata Grochal, 12.04.2015
Prezydent Bronisław Komorowski w nadchodzącym tygodniu ratyfikuje konwencję o zwalczaniu przemocy wobec kobiet – dowiedziała się „Wyborcza”. To ma być element walki o centrolewicowych wyborców.
Jak mówi „Wyborczej” jeden ze sztabowców Bronisława Komorowskiego, prezydent otrzymał już wszystkie dokumenty z Ministerstwa Spraw Zagranicznych i ratyfikuje konwencję w najbliższych dniach. Według naszych rozmówców niewykluczone, że nastąpi to już w poniedziałek. – Prezydent od początku zapowiadał, że ratyfikuje konwencję bez zwłoki i tak uczni – mówi nasz rozmówca.Już dziś Komorowski ma zapowiedzieć ratyfikację dokumentu Rady Europy w Łodzi na spotkaniu z działaczkami organizacji kobiecych i samorządowcami.Komorowski walczy o głosy kobiet

Kilka tygodni temu prezydent podpisał ustawę ratyfikującą, ale aby konwencja weszła w życie, konieczna jest także ratyfikacja jej samej. Dokument wprowadza kompleksowe rozwiązania dotyczące walki z przemocą wobec kobiet, m.in. konieczność poszerzenia definicji przemocy o przemoc ekonomiczną, zobowiązuje państwa-sygnatariuszy do zapewnienia całodobowej infolinii i odpowiedniej liczby schronisk dla ofiar przemocy.

W ten sposób Bronisław Komorowski chce walczyć o głosy kobiet i elektorat centrolewicowy.

Ratyfikacja konwencji ma być jednym z elementów przyspieszenia kampanii prezydenckiej.

Prezydent promuje się nowym spotem

Dziś Komorowski pokazał nowy spot, który ma być emitowany w telewizjach. Ma pogłębić przekaz związany z hasłem wyborczym urzędującego prezydenta „zgoda i bezpieczeństwo”. W krótkim filmiku Komorowski podsumowuje to, co przez pięć lat prezydentury robił w kwestiach bezpieczeństwa, a także podkreśla, że bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne jest kluczowe dla polskich rodzin.

Pierwszy hangout polityczny

W środę prezydent podsumuje swoją kadencję i wskaże najważniejsze punkty programowe na kolejne pięć lat. Po tym wystąpieniu odbędzie się pierwszy hangout polityczny z jego udziałem. Podczas wywiadu internetowego dla gazety.pl i google Komorowski odpowie na pytania blogerów, liderów opinii i zwykłych internautów. W ten sposób sztabowcy chcą pokazać, że prezydent chce docierać także do młodych. Rozmowę będzie można zobaczyć na portalu gazeta.pl i w kanale youtube.

Komorowski ma też wystąpić w popularnym kanale w serwisie YouTube „20 metrów kwadratowych”.

Sztabowcy liczą, że ta ofensywa zatrzyma sondażowe spadki. W ostatnich badaniach poparcie dla urzędującego prezydenta spadało, a zyskiwał kandydat PiS Andrzej Duda. W marcowym sondażu TNS Polska Komorowski stracił aż 8 pkt procentowych i notował poparcie na poziomie 45 proc. W tym samym badaniu poparcie dla kandydata PiS Andrzeja Dudy wzrosło o 8 pkt procentowych – do 27 proc.

wyborcza.pl

Nowy spot Komorowskiego. Z jednej strony rodzina, z drugiej Obama i F-16

klep, 12.04.2015
Kadr ze spotu Bronisława Komorowskiego

Kadr ze spotu Bronisława Komorowskiego (Youtube)

„W przyszłość patrzymy z obawą, ale i nadzieją. Dlatego od prezydenta oczekujemy odwagi i odpowiedzialności” – mówi lektor w najnowszym spocie Bronisława Komorowskiego. Klip promowany jest hasłem „odwaga i odpowiedzialność”.

Chcesz zadać swoje pytanie kandydatom na prezydenta? Jeśli tak, dołącz do akcji Gazeta.pl i MamPrawoWiedziec.pl. To Twój Głos. Pytaj.

Zaprezentowany dziś spot wyborczy Bronisława Komorowskiego nawiązuje do hasła kampanii prezydenta: „Wybierz zgodę i bezpieczeństwo”. Na nagraniu obrazki z życia rodzinnego przeplatają się ze scenami z udziałem Komorowskiego siedzącego z doradcami w gabinecie czy pozującego z Barackiem Obamą na tle samolotów myśliwskich. W spocie mowa o „Polsce, która będzie bezpiecznym domem dla naszych dzieci”.

„Komorowski jak reklama Ikei”

Pierwsze komentarze po prezentacji klipu są podzielone.Sztab Komorowskiego nie odniósł się do ostatnich spotów Andrzeja Dudy, jak choćby ostatniego, silnego w wymowie, poświęconego służbie zdrowia.

Na konferencji prasowej, podczas której zaprezentowano klip, prezydent zapowiedział, że w środę podsumuje swoją 5-letnią kadencję.

gazeta.pl

Nowy spot Dudy uderza w Komorowskiego. „Obiecał i oszukał. Czy na pewno da Polakom zgodę i bezpieczeństwo?”

klep, 12.04.2015
Kadr ze spotu Andrzeja Dudy

Kadr ze spotu Andrzeja Dudy (Youtube)

Wybory prezydenckie 2015. Nowy spot Andrzeja Dudy ma być elementem rozliczenia prezydentury Bronisława Komorowskiego. PiS zarzuca głowie państwa m.in. zgodę na podwyższenie wieku emerytalnego i zwiększenie podatków. Nie minęła godzina, gdy spot zniknął z sieci.

Chcesz zadać swoje pytanie kandydatom na prezydenta? Jeśli tak, dołącz do akcji Gazeta.pl i MamPrawoWiedziec.pl. To Twój Głos. Pytaj.
„Obiecał i oszukał” – to hasło nowego spotu Andrzeja Dudy, który uderza w Bronisława Komorowskiego. W klipie PiS zarzuca prezydentowi, że zgodził się m.in. na podwyższenie podatków i podniesienie wieku emerytalnego. Jest to zestawione z archiwalnymi wypowiedziami Komorowskiego, w których krytykuje zaakceptowane dziś zmiany.

„Czy na pewno ten człowiek da Polakom zgodę i bezpieczeństwo?” – pyta lektor. Zaprezentowany tuż po godz. 9 spot po niecałej godzinie zniknął z internetu.

Nowy spot także od Komorowskiego

Nowy spot zaprezentował dziś także sztab Bronisława Komorowskiego. Prezydent w swoim klipie nie odniósł się do zaczepek PiS, choćby z ostatniego klipu poświęconego służbie zdrowia. Głowa państwa kreuje się raczej na gwaranta stabilności i bezpieczeństwa, podkreślając hasła „odwagi i odpowiedzialności”.

gazeta.pl

Dietrich Bonhoeffer. Bez Boga, bez strachu, ale z miłością i z odwagą

Aneta Augustyn, 11.04.2015
Dietrich Bonhoeffer w 1939 r.

Dietrich Bonhoeffer w 1939 r. (Fot. Bundesarchiv, na licencji Wikipedii)

Każdy ma swoją strefę wpływów, swoją małą możliwość przeciwstawienia się złu, której nie wolno zmarnować. Z dr. Joelem Burnellem rozmawia Aneta Augustyn.
*Dr Joel Burnell – wykładowca dogmatyki i etyki w Ewangelikalnej Wyższej Szkole Teologicznej we Wrocławiu, jest w zarządzie polskiej sekcji Międzynarodowego Towarzystwa Bonhoefferowskiego. Autor m.in. „Poetry, Providence and Patriotism: Polish Messianism in Dialogue with Dietrich Bonhoeffer”.

Dobry Niemiec Dietrich Bonhoeffer: Chrześcijanin musi się postawić

Aneta Augustyn: Amerykański teolog bada wpływ niemieckiego pastora na polskich opozycjonistów. Skąd ten amalgamat?

Joel Burnell: Dlaczego Dietrich Bonhoeffer? Studiowałem chemię na Oregon State University, kiedy ktoś podsunął mi jego „Naśladowanie”. Po kilku rozdziałach odłożyłem, nie byłem w stanie przebrnąć. To było zbyt odległe dla młodego chłopaka. A jednak gdzieś to we mnie utkwiło i po pewnym czasie wróciłem do Bonhoeffera. Na tyle intensywnie, że zaangażowałem się w teologię. A dlaczego Polska? Osiadłem tu w 1981, mam żonę Polkę. Wasza historia zmieniała się na moich oczach, miałem szczęście obserwować z bliska te fascynujące czasy.

Bonhoeffera pierwsza przybliżyła Polakom Anna Morawska, publikując w 1970 roku jego biografię i wybór pism. Kiedy wszedł do szerszego obiegu?

– Jego teksty krążyły w Polsce już w latach 60., ale początkowo był znany raczej w środowisku katolickim. Jednym z pierwszych świeckich opozycjonistów, którzy go odkryli, był Jacek Kuroń. Pisma Bonhoeffera wywarły na nim olbrzymie wrażenie. Wcześniej moralność chrześcijańska była dla niego oparta na karze i nagrodzie, na strachu przed piekłem i nadziei na raj. A tu nagle ktoś mu mówi, żeby nie wierzyć w Boga pod wpływem strachu. Mało tego – mówi, co jest zupełnie wywrotowe – żeby żyć tak, jakby Boga nie było.

„Świat, który stał się dorosły” to jedno z bardziej znanych Bonhoefferowskich haseł, do których odwoływali się polscy opozycjoniści. Człowiek żyje w coraz bardziej zsekularyzowanej rzeczywistości, świetnie radzi sobie bez odwoływania się do „hipotezy roboczej Bóg”. Na pytanie, na czym polega dorosłość człowieka bezreligijnego, Bonhoeffer odpowiadał: „Bóg daje nam przez to do zrozumienia, że mamy żyć jak ludzie, którzy dają sobie w życiu radę bez Niego”.

Bez Boga, bez strachu, ale z miłością i z odwagą. Bonhoeffer pytał: skoro Chrystus stał się człowiekiem i żył dla innych, to jak ja mogę „być dla drugiego”? To znacznie trudniejsze: wyprowadzać swoje postępowanie nie ze strachu przed wyższą instancją, ale z miłości do bliźniego.

Z tej inspiracji Kuroń napisał w połowie lat 70. artykuł „Chrześcijanie bez Boga”: „Jestem jednym z tych, którzy do chrześcijaństwa przyszli, zaakceptowali je, czy może raczej – chcą zaakceptować, ale jako system wartości, a nie religię”. Odwołuje się tam do Bonhoefferowskiego wątku zagrożonych wartości humanistycznych, które szukają schronienia przed nazizmem „w cieniu Kościoła chrześcijańskiego”. Epoka nie ma znaczenia. Te wartości – wolna wola, godność, poszanowanie – tłumią wszystkie systemy totalitarne.

Z Bonhoeffera często czerpał także Adam Michnik, cytuje go m.in. w „Kościół, lewica, dialog”. Bonhoeffer w znaczący sposób pomógł w zbliżeniu między katolickim a świeckim skrzydłem polskiej inteligencji. Ze strony katolickiej najlepiej to wyjaśniła Morawska w rozmowie z Eberhardem Bethge: „W Bonhoefferze widzimy kogoś, kto mógłby nam pomóc, gdy dostrzegamy, że błędem jest ustanawianie barier oddzielających tak zwanych wierzących od tak zwanych niewierzących. Czyż te bariery nie przebiegają w poprzek grupy wierzących i grupy niewierzących, oddzielając tych, którzy żyją dla innych, od tych, którzy tego nie robią, niezależnie od tego, do której grupy należą?”. Żyć dla innych, działać tu i teraz to są Bonhoefferowskie imperatywy.

„Milczenie wobec zła samo jest złem: Bóg nie uzna, że jesteśmy bez winy. Nie mówić oznacza mówić. Nie działać oznacza działać”.

Stanisław Baran´czak w artykule o Bonhoefferze opublikowanym w 1974 w drugim obiegu i szeroko dyskutowanym pisał, że właśnie ci, którzy są gotowi „zabrudzić swoje ręce”, by działać w sposób odpowiedzialny, zdobywają się na najwyższy poziom bycia-dla-innych.

Bonhoeffer starał się przezwyciężyć dialektykę pomiędzy wiarą i uczynkami poprzez nacisk na wolność i odpowiedzialność, które są następstwem naśladowania Chrystusa. To doprowadziło go do wniosku, że jako chrześcijanin musi nie tylko wyznać grzechy własnego Kościoła i narodu, lecz również modlić się i działać na rzecz klęski swych ukochanych Niemiec. Nawet jeśli miałoby to oznaczać „zabrudzenie rąk” udziałem w konspiracji i zamachu na tyrana.

Odpowiedzialność to jedno z kluczowych słów w dziełach pastora i z tego też czerpali polscy opozycjoniści. Pisał o nim Tadeusz Mazowiecki w „Więzi” w 1971, a dekadę później podczas internowania wygłosił dla współwięźniów wykład o pastorze. O tym, jak szukać wyjścia z narzuconej sytuacji, nie gubiąc własnych ideałów. O tym, żeby nie ulec „rozumowaniu zasłonowemu”, które pozwala się schować, zwalnia z odpowiedzialności. Mazowiecki pięknie pokazuje, że Bonhoefferowi nie chodzi o abstrakcyjną ideę Boga, ale o Boga rozumianego jako bycie dla innych. W więziennych celach krążyły pisma pastora, pod ich wpływem był m.in. Andrzej Drawicz, co opisał potem w „Znaku”.

Polacy za kratami czytali listy Niemca z celi 92. I on, i oni chcieli włożyć „kij między szprychy”.

– I on, i oni mieli w sobie gotowość podjęcia ryzyka i stracili grunt pod nogami. Zmienił się system, miejsce, czas, ale każdy totalitaryzm rządzi się tymi samymi mechanizmami i pytania pozostają te same. Jak żyć w trudnych czasach? Jak daleko się posunąć? Jak zachować wewnętrzną wolność? Jak zmierzyć się z terrorem bez stawania się terrorystą? Jak walczyć bez przemocy?

W brunatnych czasach „zwykli Niemcy” nie wierzyli, że mogą zatrzymać rozpędzoną machinę III Rzeszy. W czerwonych czasach „zwykli Polacy” nie wierzyli, że socjalizm da się obalić czy zreformować. Bonhoeffer akcentował to, że każdy ma jakiś obszar możliwości. Oczywiście łatwo to powiedzieć wykształconemu mężczyźnie z dobrego domu, o rozległych koneksjach i mocnym charakterze, ugruntowanym wiarą. Jednak każdy ma swoją strefę wpływów, swoją małą możliwość przeciwstawienia się złu, której nie wolno zmarnować. Trzeba wychodzić naprzeciw trudnym sytuacjom.

Na myśli niemieckiego pastora powoływała się także opozycja w Czechosłowacji, NRD, na Węgrzech, choć w mniejszym stopniu niż w Polsce. Do inspiracji Bonhoefferem przyznawał się Nelson Mandela, cytują go chrześcijanie w Japonii, Korei, Ameryce Południowej. Stał się bohaterem ponad granicami i konfesjami. Ciekawe, że w Polsce więcej rzeczy o nim wydali katolicy niż protestanci. Ale wciąż jest tu mało rozpoznawalny.

We wstępie do niedawno wydanej biografii autorstwa Erica Metaxasa Władysław Bartoszewski mówi o swoich obozowych doświadczeniach, które sprawiły, że początkowo bezkrytycznie odrzucał każdego Niemca. Zmienił to nastawienie m.in. odkrywając Bonhoeffera i innych „dobrych Niemców”.

– Polacy, lecząc wojenne traumy, długo odczuwali niechęć do całego narodu niemieckiego. Dla wielu z nich informacje o rodzeństwa Schollów z Białej Róży, o Helmucie Jamesie von Moltke z Kręgu z Krzyżowej czy o nieugiętym pastorze były odkryciem. To Niemcy, którzy zapłacili najwyższą cenę za to, że przeciwstawili się nazizmowi. Myślę, że w Polsce potrzebny był ten wizerunek „dobrego Niemca”, pomógł w przełamaniu niechęci.

W samych Niemczech po wojnie nie za bardzo wiadomo było, co zrobić z takim Bonhoefferem. Niektórzy uważali go za zdrajcę – za planowanie zamachu i działanie na rzecz klęski Trzeciej Rzeszy. Inni go szanowali, ale wyłącznie jako pastora albo jako działacza politycznego – na pewno nie jako męczennika wiary. Bo przecież brał udział w spisku i popierał zamach na życie!Cały paradoks polega na tym, jak napisał Mazowiecki, że „Bonhoeffer dojrzał do zrozumienia, że można i warto ponieść śmierć za wartości świeckie; wybór swej drogi życiowej uważał odtąd nie za coś, co można jedynie pogodzić z wiarą chrześcijańską, ale za sam akt wiary chrześcijańskiej par excellence”. Właśnie udział w tym spisku pojmował jako naśladowanie Jesusa, bycie-dla-innych. Według Mazowieckiego chrześcijaństwo tak zrozumiane oznacza radykalne przekroczenie granicy między tym, co świeckie, i tym, co chrześcijańskie.W kwestii skruchy powojenni Niemcy byli ambiwalentni. Jeszcze w trakcie wojny, przed aresztowaniem, Bonhoeffer napisał wyznanie winy, a zwłaszcza winy jego Kościoła Wyznającego, który bronił swojej wiary i zachował względną niezależność, ale nie stawał w obronie Żydów. Już w 1945 roku w Stuttgarcie wydawało się, że Kościół ewangelicki poszedł drogą wytyczoną przez Bonhoeffera; złożył wyznanie winy. Ale zwykli Niemcy też cierpieli i często nie pojmowali skali zbrodni nazistowskich. Długie lata musiały minąć, zanim rozprawili się z indywidualną i zbiorową odpowiedzialnością.Gdyby nie filmowy życiorys Bonhoeffera, byłby nadal czytany? Jego dzieło broni się?

– Trudno rozdzielić jego dzieło i życie, bo były ze sobą nierozerwalnie związane. Wprowadzał przekonania w czyn i właśnie ta spójność jest imponująca. Myślę, że jego praca jest wciąż aktualna i inspirująca. Spójrzmy choćby na scenę polityczną: kłótnie zamiast dialogu, do którego tak zachęcał Bonhoeffer.

Nawet dziś, w czasach nieromantycznych, jego myśli mogą być drogowskazem, bo pytania o godność, szacunek i odwagę są zawsze na czasie. W każdym razie ja, gdybym trafił do celi albo na inną wyspę bezludną, zabrałbym ze sobą „Etykę” oraz „Listy więzienne” Bonhoeffera.

MÓWIĄ O BONHOEFFERZE

Odważny do samego końca

Ks. Ryszard Bogusz, biskup diecezji wrocławskiej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego RP

Niemcy zapomnieli o Bonhoefferze na długo. Do lat 70. zeszłego wieku mało się o nim mówiło, Kościół ewangelicki nie publikował jego prac. Niemcy wciąż niechętnie wracają do brunatnych czasów, nawet w kontekście tak pozytywnej postaci.

Kilkanaście lat temu Janusz Witt, mój parafianin, odnalazł dom rodzinny pastora we Wrocławiu i dzięki jego staraniom zawisła tam tablica, którą wspólnie poświęcili biskupi niemieccy i polscy, katolicy i ewangelicy. Mam wrażenie, że dziś Polacy są bardziej aktywni w propagowaniu Bonhoeffera niż sami Niemcy. Zwłaszcza wrocławianie i szczecinianie, bo to dwa polskie miasta, z którymi był związany: we Wrocławiu się urodził, w Szczecinie prowadził seminarium. Oba są w zasięgu mojej diecezji, więc ta postać jest mi szczególnie bliska.

W Polsce bardzo długo funkcjonował stereotyp: ewangelik znaczy Niemiec, czyli ten zły. Bywa, że i teraz spotykam się z tym uprzedzeniem. Tym bardziej jestem wdzięczny Bonhoefferowi, że dzięki niemu można mówić też o „dobrych Niemcach” i że niemieckie dziedzictwo jest, zwłaszcza tu, we Wrocławiu czy w Szczecinie, także częścią naszej tożsamości.

Jest coś takiego jak fenomen Bonhoeffera i wynika to raczej z jego dramatycznego życiorysu niż z rangi jego dzieła, które nie jest spójne. Jego życiorys stał się pierwszoplanowy, dzieło jest w tle. Wydaje mi się, że chętniej niż jego prace teologiczne są czytane jego listy z więzienia.

Jego hasła były pewnym novum w jego czasach, ale dziś nie wraca się już za bardzo do chrześcijaństwa bezreligijnego. Więcej mówi się o odpowiedzialności za drugiego człowieka oraz o „taniej łasce”, która jego zdaniem nie może być wystarczająca dla chrześcijanina. Dla ewangelików zbawienie przychodzi tylko z łaski, a nie jako nagroda za uczynki. Bonhoeffer kontestował to, twierdząc, że na zbawienie trzeba sobie zapracować.

W czasach narodowego socjalizmu Kościół w Niemczech stanowili mniej więcej w 60 proc. protestanci, reszta to katolicy. I jedni, i drudzy niestety „dopasowali się” do Hitlera. Najpierw z nadziei, licząc na porządek w państwie, a potem ze strachu. Bonhoeffer miał charyzmę, potrafił pociągnąć za sobą zwolenników opozycyjnego Kościoła Wyznającego. Był odważny do samego końca.

Zaangażowanie totalne

Janusz Witt, przewodniczący polskiej sekcji Międzynarodowego Towarzystwa Bonhoefferowskiego

Odkrywając niemiecką tożsamość Dolnego Śląska, trafiłem najpierw na postać Helmutha Jamesa von Moltke, który prowadził opozycyjny Krąg z Krzyżowej. Moltke i Bonhoeffer poznali się w czasie wojny, ale ich postawy w ruchu oporu były odmienne. Pastor był bardziej radykalny.

Cenię Bonhoeffera za jego totalne zaangażowanie, za odwagę, za to, że zdecydowanie przeciwstawił się złu i pokazał innym, że bezczynność nie przystoi chrześcijanom. W trudnych czasach nie wystarczy wewnętrzna emigracja, trzeba działać.

Międzynarodowe Towarzystwo Bonhoefferowskie próbuje przywracać pamięć o nim, na świecie działa kilka sekcji, łącznie z Japonią i RPA. W Polsce zorganizowaliśmy już kilka poświęconych mu konferencji i międzynarodowy kongres.

Nie dla wszystkich ta postać jest oczywista. Kilka lat temu we wrocławskim muzeum starszy pan rozmawiał po niemiecku. Zagadnąłem: że Bonhoeffer, że Moltke, dobrzy Niemcy. Spojrzał na mnie zaskoczony, rzucił krótko: alle Verräter – wszyscy zdrajcy.Teolog dorosłego świataProf. Wojciech Szczerba, filozof i teolog, rektor Ewangelikalnej Wyższej Szkoły Teologicznej we WrocławiuBonhoeffer był mocno osadzony w „tu i teraz”. Sceptyczny wobec metafizyki, patrzył na świat nie z perspektywy wieczności, tylko ziemskiej, oddolnej. Upodobał sobie koncepcję chrześcijaństwa bezreligijnego: religia to dla niego instytucja, władza, a prawdziwa wiara powinna opierać się na indywidualnym kontakcie z Chrystusem.

Był tak rozczarowany Kościołem okresu III Rzeszy, że w pewnym momencie – on, teolog i duchowny – rozważał apostazję. Nie chciał odejść od wiary, tylko od instytucji, która jego zdaniem nie wytrzymała próby czasu.

„Świat, który stał się dorosły” to także Bonhoefferowskie pojęcie. Kiedyś Bóg stał tam, gdzie kończyły się ludzkie możliwości, gdzie zaczynało się niewiadome. Teraz człowiek „wydoroślał”, coraz lepiej radzi sobie w świecie bez Boga, nie musi być już przez niego prowadzony jak dziecko. Pozostaje nam modlitwa, która służy kontemplacji, introspekcji, oraz czyn, czyli życie odpowiedzialne, w trosce o drugiego człowieka. Chrześcijanin powinien skupić się na drugim człowieku, tak jak robił to Chrystus.

Sam Bonhoeffer dawał temu przykład, najpierw pracując jako duszpasterz akademicki, potem działając w konspiracji. Bycie chrześcijaninem musi kosztować, stąd jego niechęć do źle pojętej luterańskiej „taniej łaski”, która usprawiedliwia człowieka „za darmo”. Pacyfizm, który początkowo głosił, zamienił na aktywną opozycję – jego postawa zradykalizowała się po wprowadzeniu paragrafu aryjskiego.

Głęboka pobożność szła u niego w parze z intelektualnymi poszukiwaniami. Nie pozostawił opus magnum, żadnego zwartego programu teologicznego. Czy był wybitny? Na pewno był niezwykle inspirujący, na drodze do wybitności. Byli teolodzy znakomitsi, choćby Barth, pod którego mocnym wpływem pozostawał, Bultmann czy Tillich. Żaden z nich jednak nie poświęcił swojego życia w ten sposób co Bonhoeffer i to stanowi o jego ważności dzisiaj.

Szczecin, Ogród Ciszy

Ks. Sławomir Sikora, proboszcz parafii ewangelicko-augsburskiej w Szczecinie

Pewna młoda Niemka przyjechała do nas na kilka dni. Bez wielkich oczekiwań, po prostu, żeby poznać historię Bonhoeffera. Wyjeżdżała ze łzami w oczach, mówiła, że odzyskała wiarę. Przyjeżdżają amerykańscy żołnierze, Szwajcarzy, Japończycy. Kiedy trafiła do nas grupa Włochów, katolików, byłem zaskoczony ich wiedzą na temat Bonhoeffera. To jedni z tych entuzjastów, którzy wędrują po Europie jego śladami.

W Szczecinie żyjemy związanym z nim projektem. Finkenwalde, gdzie prowadził seminarium zamknięte przez gestapo, to obecnie dzielnica Szczecina, Zdroje. Polacy nie mają świadomości, jak to miejsce jest znane na świecie.

Dokładnie tam, gdzie nauczał i gdzie nie zachował się żaden budynek, przed dwoma laty stworzyliśmy Ogród Ciszy i Medytacji jego imienia. Alejki wśród drzew, cytaty, ławki, granitowy głaz, kamienny stół z przewróconym krzesłem są próbą oddania kontemplacyjnej atmosfery, jaka tu panowała w latach 30.

Kilka lat wcześniej stworzyliśmy Międzynarodowe Centrum Studiów i Spotkań im. Bonhoeffera, które jest m.in. miejscem wymiany młodzieży. Młodzi Niemcy i Polacy uczą się tu wzajemnie swojej historii. Trafiają do nas wszyscy zainteresowani: i pojedyncze osoby, i grupy, które czytają tu jego teksty i dyskutują nad nimi. Jednych interesuje tylko historia, inni, niezależnie od konfesji, próbują sięgnąć głębiej, do spraw duchowości. Na studiach teologicznych kilkanaście lat temu był tylko wzmiankowany, a dziś nie sposób opuścić uczelnię, nie znając jego dzieła.

Kiedy w 1999 r. zapytano szczecinian o najważniejszą osobowość miasta w minionym wieku, Bonhoeffer zajął 23. miejsce na 79 postaci. W Polsce jest wciąż mało znany, choć powoli się to zmienia. W połowie czerwca zapraszamy na Międzynarodowe Dni Bonhoeffera z wykładami i ekumenicznym nabożeństwem w Ogrodzie Ciszy.

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Wyjątkowa interpretacja wiersza Mariana Grześczaka w wykonaniu Tomasza Sapryka oraz wideo z wizyty Małgorzaty Minty w La Rotisserie, gdzie odkryjemy smak zupy z białych szparagów z wędzoną trocią.

wyborcza.pl/magazyn

Jak wygra Rosja [Lucas]

Edward Lucas, tłum. Marta Urzędowska, 11.04.2015
Władimir Putin

Władimir Putin (FOT. RIA NOVOSTI / REUTERS)

Rosji nie będzie już nawet potrzebne spektakularne zwycięstwo w krajach bałtyckich. Wystarczy, że pokaże, że nie można liczyć na NATO.
Niedobrze jest siać panikę, ale równie niedobre jest myślenie, które od dziesięcioleci napędza politykę Zachodu wobec Rosji. Może więc warto się zastanowić, jak wyglądałby świat, w którym to my przegrywamy, a Władimir Putin dostaje to, czego chce.Po pierwsze, skoro poprosiliśmy Ukrainę, czyli naszego najsłabszego sojusznika, żeby ponosiła największy ciężar obecnego kryzysu bezpieczeństwa, nie powinniśmy się dziwić, że w końcu pod tym ciężarem pada. Zmęczeni wojną Ukraińcy buntują się przeciwko uciążliwościom wynikającym z reform, a Rosja skwapliwie po wszystkim sprząta. Europa zostaje z rozżalonym kadłubkiem kraju nękanego przemocą, głodem i ekstremizmem, źródłem zbrodni i uchodźców.Zachęcona sukcesem Rosja zwraca się w stronę krajów bałtyckich. Rzuca wyzwanie NATO za pomocą serii prowokacji i sztuczek. Żadna nie wystarczy, żeby uruchomić artykuł 5 traktatu Sojuszu. Jednak każda jasno pokazuje, że jeśli chodzi o inne zagrożenia – zbrodnie, zamieszki, korupcję, propagandę, sabotaż, kwestię dostaw energii i bezpieczeństwa w sieci – Estończycy, Łotysze i Litwini są pozostawieni samym sobie.

Dziś Donbas, jutro Pribałtyka, pojutrze… „Putin tej wojny nie wygra”

Oczywiście taka presja podkopuje publiczne morale i – w jednym z tych trzech krajów – wymusza zmianę rządu. Przy czym ochoczo pomagają w tym czynniki nacisku, głęboko osadzone w polityce i państwowych agencjach.

NATO jest skonsternowane. Przecież nowy rząd, na przykład na Łotwie, doszedł do władzy zgodnie z konstytucją. Co ma w tej sytuacji zrobić Sojusz? Najechać Łotwę?

W każdym razie w rezultacie niewiele się dzieje. Bo – inaczej niż w 1940 r. – tym razem Kreml nie domaga się wojskowych baz ani nie organizuje plebiscytów z żądaniem aneksji. Tyle tylko, że kilku prominentnych zwolenników atlantycyzmu zostaje usuniętych ze stanowisk w wywiadzie, służbach bezpieczeństwa, w obronności i w aparacie ścigania. Media stają się bardziej potulne. Łotysze zaczynają emigrować. Stopniowo zmienia się prawo dotyczące języka i obywatelstwa.

Jednak prawdziwa zmiana leży gdzie indziej. Ta symboliczna porażka pozostawia wiarygodność NATO w strzępach. Rosji nie jest już nawet potrzebne spektakularne zwycięstwo w krajach bałtyckich. Wystarczy, że pokaże, jak bardzo wielostronne bezpieczeństwo zawodzi. A zrobi to, stawiając w stan gotowości swoje siły nuklearne i regularnie przeprowadzając ostentacyjne manewry z użyciem bojowej broni atomowej.

Rządy europejskie, borykające się z gospodarczymi kłopotami i politycznym chaosem (być może obejmującym nawet wyjście z Unii Europejskiej Grecji albo Wielkiej Brytanii), z wysychającymi budżetami na obronę i mocno sceptyczną opinią publiczną, nie są już w stanie przeciwdziałać ruchom Rosji.

A kluczowy moment nadchodzi, kiedy amerykańscy decydenci wyraźnie dają do zrozumienia, że nie zaryzykują trzeciej wojny światowej po to tylko, żeby bronić Europy, która sama nie kwapi się do obrony.

Święta wojna majora Putina. Rozmowa z byłym ambasadorem USA w Moskwie

Od tego momentu zaczyna się walka europejskich rządów, z których każdy chce dogadać się z Rosją na własną rękę. Warunki wydają się wyjątkowo hojne: długoterminowe kontrakty gazowe z preferencyjnym oprocentowaniem zamiast mieszającej się do wszystkiego, skompromitowanej UE; gwarancje dla zagranicznych inwestorów; stałe przepływy finansowe oparte na nowych zasadach prywatności; bliska współpraca w dziedzinie bezpieczeństwa, szczególnie w walce z terroryzmem. W zamian Rosja prosi tylko o jedno – gwarancję niemieszania się w jej sprawy wewnętrzne, w tym – w ekstradycję mieszkających na Zachodzie osób, które uznaje za „ekstremistów” (szczęście będą mieli ci, którzy zdążą w porę wyjechać do Ameryki).

Oczywiście takie pojedynczo zawierane umowy są o wiele gorsze, niż Europejczycy mogliby uzyskać, gdyby działali wspólnie. W końcu blok liczący 500 mln ludzi, z 20 trylionami dolarów PKB, miałby zdecydowaną przewagę w negocjacjach z krajem 140 mln ludzi i gospodarką wartą 2 tryliony dolarów. Jednak wielostronne targi sromotnie zawiodły, a w nowych czasach bilateralizmu pozycja Rosji się umacnia. Owszem, Moskwa nadal uprzejmie odnosi się do państw dużych, jednak wobec tych mniejszych nie waha się użyć siły.

I tak, za obopólną zgodą, Ameryka wycofuje z Europy swoje ostatnie siły. NATO nadal istnieje, ale w postaci szczątkowej – wyłącznie w charakterze forum współpracy z Rosją w dziedzinie bezpieczeństwa.

Oto świat, w którym przegrywamy: owszem, jeszcze możemy go uniknąć, ale jest bliżej, niż nam się wydaje.

Edward Lucas
Dziennikarz „The Economist”, stały felietonista „Magazynu Świątecznego”.

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Wyjątkowa interpretacja wiersza Mariana Grześczaka w wykonaniu Tomasza Sapryka oraz wideo z wizyty Małgorzaty Minty w La Rotisserie, gdzie odkryjemy smak zupy z białych szparagów z wędzoną trocią.

 

 

 

 

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Człowiek z mgły
Prezydent zapatrzył się za okno. Stwierdził, że jego pokolenie będzie wkrótce odchodzić. Spojrzał na nas i powiedział: To na was będzie spoczywał obowiązek, żeby sprawy prowadzić dalej„. Dwa dni później tupolew uderzył w brzozę, a Andrzej Duda poczuł się pomazańcem Lecha Kaczyńskiego

Prezes zabija bezkarnie
Korporacje mają wolność słowa, prawo do wpływania na wyniki wyborów, wolność wyznania. Zwykli ludzie mają coraz mniej i mniej praw i coraz gorszy dostęp do sprawiedliwości. Z Katie Redford rozmawia Katarzyna Wężyk

Lech Raczak: Za Smoleńsk, za Katyń kulą w łeb!
Skoro wszystkie teorie biorę pod uwagę, to także i tę, że jeden brat poradził drugiemu, aby lądował bez względu na warunki. Kwestia męstwa. Z Lechem Raczakiem, legendą Teatru Ósmego Dnia, autorem spektaklu „Spisek smoleński”, rozmawia Donata Subbotko

O. Kłoczowski: Jezu, ufam tobie… bo nie ufam nikomu
Polsko, mamy problem. Tylko w tym katolickim kraju pierwsze, co widzisz, to nieprzyjazna morda drugiego człowieka, który by ci widły wbił w plecy, jak tylko się odwrócisz. Z o. Janem A. Kłoczowskim rozmawia Małgorzata Skowrońska

Pułkownika chowają, to i pompa być musi! – rozmowa z Danielem Olbrychskim
Gdy opowiedziałem Kirkowi Douglasowi o moich kłopotach z „Potopem”, stwierdził: „Dziwny to kraj, ale dla aktorów niezwykle pozytywny, w którym na dwa lata przed ukazaniem się filmu trwa dyskusja, czy ktoś ma w nim zagrać albo nie zagrać”

O zaletach mieszkania w bloku
Powojenna urbanistyka stała na całkiem wysokim poziomie, pod pewnymi względami była lepsza od dzisiejszej. Z Łukaszem Galuskiem i dr. Michałem Wiśniewskim rozmawia Anna Kiedrzynek

Prof. Magdalena Fikus: Nieśmiertelność jest bez sensu
Nie jest ważne, żebyś miał sto lat. Ważne jest to, w jakiej w tym wieku będziesz kondycji. Rozmowa Izy Klementowskiej

O jasny gwint, pomroczność jasna!
Przykre skutki tego, że wolimy piosenki, które już słyszeliśmy

wyborcza.pl/magazyn

O. Kłoczowski: Jezu, ufam tobie… bo nie ufam nikomu

Małgorzata Skowrońska, 11.04.2015
o.Jan Andrzej Kloczowski

o.Jan Andrzej Kloczowski (Fot. Michał Łepecki/AG)

Polsko, mamy problem.Tylko w tym katolickim kraju pierwsze, co widzisz, to nieprzyjazna morda drugiego człowieka, który by ci widły wbił w plecy, jak tylko się odwrócisz. Z dominikaninem o. Janem Andrzejem Kłoczowskim rozmawia Małgorzata Skowrońska.
Małgorzata Skowrońska: Setki tysięcy ludzi przyjedzie w niedzielę do krakowskich Łagiewnik i tamtejszego sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Mamy rok miłosierdzia ogłoszony przez Franciszka, a Jan Paweł II chciał, by z tego miejsca poszło w świat „Jezu, ufam Tobie”. I poszło, bo na to święto przyjeżdżają katolicy nawet z Filipin.O. Jan Andrzej Kłoczowski: W świat poszło, a u nas się wypaczyło. Piękny program Bożego Miłosierdzia i piękne hasło „Jezu, ufam Tobie”. Tyle że wielu zamienia je na „Jezu, ufam Tobie, bo nie ufam nikomu innemu”.Kto?– My, Polacy katolicy. To wina naszego fundamentalnego narodowego problemu, czyli braku zaufania. Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu i dochodzę do wniosku, że to społecznie bardzo poważny, o ile nie najpoważniejszy problem, bo rzutuje na wszystkie sfery naszego życia.

Rzecz to zmierzona i zbadana przez socjologów, którzy pokazują, że nasz kraj charakteryzuje bardzo niski poziom zaufania w relacjach międzyludzkich. Doświadczamy tego na każdym kroku. Może w polityce ten problem jest wyjątkowo nabrzmiały, bo politycy to chodzące emanacje naszych frustracji. Rozmawiałem o tym m.in. ze znajomym na dość wysokim stanowisku w banku.

Kiedy zapytałem go o zaufanie w relacjach finansowych, odpowiedział, że bez choć minimalnego żadne transakcje nie są możliwe. Oczywiście zawsze jest ryzyko, ale nie można zakładać, że druga strona nas oszuka, ograbi i zniszczy, bo wtedy to już tylko albo stagnacja, albo wojna.

Brak zaufania jest skutkiem kryzysu czy ten kryzys wywołuje?

– To, że pojawia się brak zaufania w następstwie kryzysu, wydaje się oczywiste, ale co wtedy, gdy – jak mówi mój znajomy bankowiec – brak minimalnego zaufania jednej ze stron powoduje natychmiastową lawinę kryzysów? Pojawia się poważny problem. Można zaufać i wziąć kredyt we frankach, bo mówiono, że tak lepiej, wygodniej, gospodarniej. I co? Okazuje się jednak, że można się przejechać. Zaraz odezwą się głosy, że była w tym jakaś naiwność i łatwowierność, ale począwszy od lat 90. aż do pierwszego dziesięciolecia XXI w., wszyscy byliśmy naiwni: że będzie wieczny pokój, że Rosja będzie normalnym krajem, że wszystkie banki będą pracowały po to, byśmy żyli dostatnio.

Płacimy za zawinioną naiwność?

– Nie byłbym taki surowy. To kwestia raczej prostoduszności. Bardzo potrzebnej w relacjach międzyludzkich, bo zakładającej właśnie zaufanie, że ten drugi mnie nie skrzywdzi. My, Polacy, straciliśmy gdzieś tę prostoduszność. Cierpi na tym zaufanie nie tylko do innych, ale też do siebie samego. Mówią o tym terapeuci i spowiednicy, czyli ci, którzy mają kontakt z ludźmi głęboko się odsłaniającymi.

Co to znaczy, że ufam sobie?

– Stawiam sobie zadania, które jestem zdolny wykonać. I innym też. Fatalnym błędem nauczania jest na przykład dawanie dzieciom zadań ponad ich siły, możliwości fizyczne oraz intelektualne. Skutek jest taki, że dzieciak traci wiarę w siebie. Trudno od siedmiolatka wymagać, żeby skoczył wzwyż dwa metry.

Stawiamy wysoko poprzeczkę. To źle?

– Jeśli za wysoko, fatalnie. Kupmy kilkulatkowi skomplikowaną zabawkę elektroniczną, która wymaga – dajmy na to – umiejętności programowania, a dziecko jest na poziomie walenia klockami o podłogę. Co się stanie?

Straci zainteresowanie zabawką.

– Tak, ale też jakąś część wiary w swoje możliwości. To się zaczyna od rodziców. Pokolenie, które nie ufa sobie, chce wychować dzieci tak, by dały sobie radę w życiu, żeby powodziło im się lepiej i żeby było im łatwiej. To jest ta filozofia, która pcha nas do nieprawdopodobnych wymagań wobec dzieci. Młodzi, dorastając, nie potrafią temu sprostać i stale czują się pod kreską. To moje osobiste doświadczenie wynikające z kontaktu z młodymi ludźmi. Mam wrażenie, że bardzo wielu z nich nie ufa sobie.

Mówi ojciec, że to problem pokoleniowy. Tylko z czego on wynika?

– Nie wiem. Stwierdzam fakt. Te błędy wychowawcze i rodzicielska presja na dzieci trafiły na podatny grunt popkultury i celebryctwa, gdzie trzeba być doskonałym do karykaturalnych wymiarów.

A może problem tkwi w odrzuceniu intuicji? Po co mam się jako matka zastanawiać, ile jedzenia dać dziecku i jakie, skoro mam poradniki, do których mogę zajrzeć, a te z dokładnością do kilku miejsc po przecinku powiedzą mi, ile czego odważyć. Mam w TV perfekcyjną panią domu, perfekcyjną nianię, zaklinaczki dzieci… Nic, tylko notować podpowiedzi i wprowadzać je w życie.

– Zastanawiam się, czy oświeceniowy kryzys wiary w Boga nie zaowocował tym, że jesteśmy szalenie podejrzliwi w stosunku do tego zjawiska, jakim jest człowiek. Co tak naprawdę nami rządzi? Rozum? Podświadomość? A może reklama: przecież myślisz tak jak całe stado (na przykład „Bądź sobą – pij pepsi”). Gdzie ty jesteś w swojej odpowiedzialności? Ciągle mamy w głowie takie pytania. Naprawdę poważni myśliciele podkreślają, że pewien pomysł cywilizacyjny, któremu na imię „Oświecenie”, wyczerpał swoje możliwości. Czy to jego koniec? Raczej nie, ale musi otworzyć się na nowe, do tej pory odrzucanie wartości. Na przykład właśnie na zaufanie.

Kant, największy oświeceniowy filozof, powiedział, że naszym życiem ma kierować świadomość obowiązku. Ale on wierzył w to, że człowiek ma taki rozum, który da radę temu sprostać. A tu się okazuje, że nie, bo to bardziej skomplikowane.Tam, gdzie nie ma zaufania, nie ma też poczucia bezpieczeństwa.– Mamy tu sprzężenie zwrotne. Jeżeli mam poczucie bezpieczeństwa, to jestem skłonny zaufać drugiemu. Gdy moje poczucie bezpieczeństwa jest zagrożone, to instynkt samozachowawczy każe mi być najpierw ostrożnym, potem nieufnym, a na końcu wrogim. Zaczynam się czuć jak w ciemnym lesie, a wszystko, co się rusza, to wróg. Ten brak bezpieczeństwa rzutuje na relacje społeczne.Jeszcze za komuny, w 1983 r., we Wrocławiu Jan Paweł II sformułował – ja tak to nazywam – trójmian papieski: prawda, zaufanie, wspólnota. To pewien program moralny przeciwstawienia się totalitaryzmowi, który nie reprezentuje prawdy, bo jest w więzach ideologii i nie ma możliwości dotarcia do rzeczywistości.

Pytam, jakim językiem mówisz: prawdy czy totalitaryzmu? Prawdę rozumiem w bardzo klasycznym znaczeniu jako opis rzeczywistości.

I mamy z tamtych czasów bardzo piękne wspomnienia realizacji tego trójmianu, doświadczenie „Solidarności”. Wtedy ludzie sobie zaufali i nie jest to mitologia, ale konkretne wydarzenie historyczne. Z tego zaczęła rosnąć wspólnota. Niektórzy tego zaufania nadużywali.

Na początku stanu wojennego w tym pokoju, w którym rozmawiamy, siedziałem z pewną panią. Kobieta wypłakiwała się, bo jej męża internowano, a ona ma troje dzieci. Prowadziliśmy wtedy w naszym klasztorze punkt pomocy dla rodzin osób internowanych. A potem okazało się, że to żona esbeka, która na polecenie męża przyszła szpiegować nas i naciągnąć . Była w tym bezczelna, ale o tym, co nią motywowało, dowiedzieliśmy się później.

Co się stało z tą kobietą?

– Po stanie wojennym przyszła i przeprosiła.

Może znowu jakaś podpucha?

– Coś pani nieufna… Raczej było jej głupio. Tłumaczyła, że dała się zbałamucić mężowi, i teraz żałuje.

Co się stało, że zaufanie w Polsce tak się załamało? Może nigdy go nie było, a doświadczenie „Solidarności” to wybryk natury. Jak się patrzy na kłótnie obozów postsolidarnościowych, to aż się nie chce wierzyć, że wszyscy byli kiedyś jedno.

– To było bardzo prawdziwe i silne doświadczenie. I zdarzył się stan wojenny. Śmiertelny grzech Jaruzelskiego polegał na tym, że stan wojenny w dużym stopniu zniszczył to zaufanie. Ludzie zaczęli się bać. Stali się ostrożni, a to przejawia się w metodycznej nieufności. Ufam, ale sprawdzam, żeby zaufać, i dalej nie ufam..

Kontrola najwyższym dowodem zaufania. Zawsze to powtarzam mężowi.

– Jak z kontrolą biletów. Ufamy, że wszyscy je mają, ale wolimy sprawdzić.

Sprawdzamy, bo podejrzewamy nieprzejrzystość życia społecznego?

– Sprawdzam, bo nie wiem, czy stosujesz się do zasad gry. U nas, w Polsce, ta nieprzejrzystość zasad podsyca brak zaufania wszystkich do wszystkiego: ludzi do ludzi, instytucji do instytucji, urzędu do urzędu, ludzi do instytucji i tak dalej. Na tym tle rodzi się wrażenie, że życiem społecznym „coś” lub „ktoś” rządzi zakulisowo. Albo po prostu kliki. Polacy zaczynają wierzyć, że rządzą nimi jakieś tajemnicze siły, a nie politycy z pierwszych stron gazet, bo ci są tylko marionetkami. I zaczyna się ten kocioł wzajemnych podejrzeń, nieufności, które wciągają niczym wir. Dochodzi wręcz do absurdalnych sytuacji. Jak nie ma zaufania, to nawet prawdziwa informacja w „nie mojej gazecie” będzie odbierana jako kłamstwo. A potem okazuje się, że każdy ksiądz to pedofil.

Przeczytałem niedawno list pewnej pani drukowany w „Wyborczej”. Kobieta opisuje, że w parku zobaczyła duchownego z grupą dzieci. I pierwsze, co jej przyszło do głowy, to radość, że w tej grupie nie ma jej syna, bo ksiądz to na pewno pedofil. Jakie to smutne… Wie pani, co słyszy polski ksiądz wyjeżdżający do USA? Jakie rady dostaje od kolegów? Żeby pod żadnym pozorem nie robił dzieciom krzyżyków na głowie, bo go pozwą do sądu.

W Krakowie w jednej ze szkół jest winda, ale jeździ nią tylko dyrektor. Zakaz korzystania z niej mają dzieci, nauczyciele, rodzice. Na pytanie dlaczego, odpowiada, że winda nie ma szklanych ścian i on nie widzi, co się dzieje w środku, a ktoś może dzieci molestować.

– Wychowanie dziecka w poczuciu, że zewsząd czyhają na nie zagrożenia, jest chore. I rani dziecko. To już nie jest zabezpieczanie, ale zranienie nieufnością. A to płodny wirus, zaraża i szybko mutuje. Gdy dochodzi do utraty bezpieczeństwa, pojawia się paniczny brak zaufania. Nie da się funkcjonować społecznie w takim poczuciu zagrożenia. To nie jest normalne.

To jakaś nasza narodowa skaza?– Byłem w Paryżu w latach 70. Pięknie, zachodnio, metro co trzy minuty. Ludzie mili. I nagle strajk, metro jeździ co pół godziny. I ci mili Francuzi zamieniają się w popychających się i złorzeczących nerwusów. Te nasze złości i nerwice nie są więc tylko narodową sprawą, ale to w tym katolickim kraju pierwsze, co widzisz, to nieprzyjazna morda drugiego człowieka, który by ci widły wbił w plecy, jak tylko się odwrócisz.Znam młodego mężczyznę, który za chlebem pojechał do Anglii. Do tej płyciutkiej, mieszczańskiej Anglii, gdzie trzeba się uśmiechać, a na pytanie, co słychać, odpowiadać, że wszystko w porządku. I ta angielska terapia zadziałała. Wrócił odmieniony.Wie ojciec, jak zagaić, gdy rozmowa z taksówkarzem się nie klei? Trzeba powiedzieć „Rozkradli nam ten kraj…”.

– Coś w tym jest. Chodzimy ze złymi maskami na twarzy. Uważamy, że tylko wtedy będziemy bezpieczni, gdy będziemy straszni. I straszymy, że nam kradną kraj, dzieci demoralizują, młodych bałamucą. Ale jest w nas przecież potencjał, którego nie wykorzystujemy. On się przebudził na przykład podczas pierwszej pielgrzymki papieża do Polski. Pamiętam tych uśmiechniętych ludzi, którzy biegli na spotkanie z Janem Pawłem II. Jacy byliśmy wtedy promienni!

Za mało się śmiejemy?

– Za mało. I za dużo narzekamy. Bliscy są mi pod tym względem Czesi z ich zdrowym rozsądkiem i poczuciem humoru. Mają mniej lęków. A my, ponieważ wciąż podszyci jesteśmy jakimiś strachami, które sami sobie hodujemy, nie mamy do siebie dystansu, nie umiemy z siebie żartować. Śmiechu nam trzeba koniecznie. Człowiek, który ufa, jest człowiekiem radosnym. W „Listach starego diabła do młodego” mojego ukochanego Clive’a Staplesa Lewisa jest słynne zdanie o tym, że dla diabelstwa znamienny jest brak poczucia humoru.

Jak ktoś nie ma kompletnie dystansu do siebie, to ja czuję siarkę.

Jak to zmienić? Jak odbudować zaufanie?

– Pyta pani, jak zbawić człowieka. Jako wierzący znam odpowiedź. Obowiązkiem ludzi Kościoła jest żyć zaufaniem. Mnie zobowiązuje to, że jest w Łagiewnikach świątynia poświęcona Bożemu Miłosierdziu. Nie wiem jednak, czy innych też. Od wierzącego katolika, przymiotnik „wierzący” nie jest tu przypadkiem, usłyszałem: „św. Faustyna przekazała, że mamy modlić się słowami Jezu, ufam Tobie . I tak robię. Tylko dodaję: bo nie ufam nikomu innemu…”.

Nie zrozumieliśmy, czym jest miłosierdzie?

– Miłosierdzie to miłość bliźniego w świecie, w którym istnieje realne zło. Ludzie wzajemnie się krzywdzą. Miłość jest i działa, ale mniej widocznie. Ona zaczyna się przejawiać w elementarnym zaufaniu. Tak jak miłosierdzie jest miłością w świecie prawdziwego zła, tak zaufanie nie jest naiwnością, że wszystko będzie dobrze. Musimy jednak pamiętać, że umiejętność przyjmowania drugiego człowieka jest warunkiem budowania relacji, bez której nasze życie traci ludzki charakter.

Jeśli ktoś do „Jezu, ufam Tobie” dodaje, że nie ufa innym, to wprowadza podział. Nie rozumie najważniejszej chrześcijańskiej prawdy: Bóg tak zaufał człowiekowi, że przyszedł na świat jako człowiek. Że miłość Boga i miłość człowieka są w jednym przykazaniu. Jako wierzący powinienem mówić „Jezu, ufam Tobie, bo ufam człowiekowi, którym się stałeś, i człowiekowi, któremu zaufałeś”.

Cała misja Chrystusa jest niezrozumiała bez wiary w Boga-człowieka. Choć pamiętam o słowach Simone Weil: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie, kto miecz odkłada, umiera na krzyżu”. Zanim krzyż powiesimy na ścianie, musimy go mieć w sercu.

Religia może pomóc odbudować zaufanie?

– Miejsce wierzących nie jest tam, gdzie walka. Mamy prawo wyrażania opinii, ale działanie skuteczne jest na dole, z parteru. Zamiast połajanek o sekularyzacji i laicyzacji budujmy pogłębione relacje między ludźmi. Niech to się zacznie od dołu, żeby Kościół przestał być postrzegany jako instytucja usług religijnych. Nie wiem, czy jako wspólnota ludzi wierzących możemy odbudować zaufanie w Polsce. Na pewno możemy je poszerzyć. Grzeszą śmiertelnie ci, którzy głoszą program nieufności między ludźmi. Najwięksi wrogowie Polski uprawiają czarną propagandę i nazywają ją patriotyzmem.

Sanktuarium Bożego Miłosierdzia ma być i jest miejscem, gdzie uczy się zaufania, a nie opowiada, jak zła jest Polska. Wiara w miłosierdzie jest martwa, jeśli nie jestem miłosierny dla innych, a to przejawia się zaufaniem do ludzi. Z tego przesłania przekazanego przez św. Faustynę wynika nie program społeczno–polityczny, ale pedagogiczny.

Tylko kto ma uczyć tej Bożej pedagogiki miłosierdzia? Księża, którzy z ambon krzyczą: „Rozkradli nam tę Polskę!”?

– Trzeba wrócić do tradycji księży społeczników. Polski Kościół ma piękną tradycję poznańskich księży społeczników Wawrzyniaka i Szamarzewskiego. Wielu takich jest i teraz, ale nie wszyscy, a jeżeli są, to się o nich nie pisze.

Wciąż ufa ojciec ludziom?– Kiedy zacząłem po święceniach spowiadać, bałem się, że będzie przeze mnie płynęła rzeka zła, że tego nie wytrzymam. Po 45 latach okazało się, że więcej jest biedy w ludziach niż zła, a ja nie straciłem zaufania do ludzi.
”Kłocz ”
Jan Andrzej Kłoczowski
Wydawnictwo Literackie
Prof. o. Jan Andrzej Kłoczowski – ur. w 1937 r., dominikanin, historyk sztuki, filozof i teolog. Legendarny duszpasterz akademicki i opozycyjny w latach 80. Wykłada na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. Co niedziela u krakowskich dominikanów na mszy o godz. 12 głosi kazania. Od 25 lat w Radiu Kraków można słuchać jego felietonów „Prawdy nieoczywiste”. 23 kwietnia w Wydawnictwie Literackim ukaże się jego autobiografia „Kłocz” (wywiad rzeka autorstwa Artura Sporniaka i Jana Strzałki).

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Wyjątkowa interpretacja wiersza Mariana Grześczaka w wykonaniu Tomasza Sapryka oraz wideo z wizyty Małgorzaty Minty w La Rotisserie, gdzie odkryjemy smak zupy z białych szparagów z wędzoną trocią.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Człowiek z mgły
„Prezydent zapatrzył się za okno. Stwierdził, że jego pokolenie będzie wkrótce odchodzić. Spojrzał na nas i powiedział: To na was będzie spoczywał obowiązek, żeby sprawy prowadzić dalej„. Dwa dni później tupolew uderzył w brzozę, a Andrzej Duda poczuł się pomazańcem Lecha Kaczyńskiego

Prezes zabija bezkarnie
Korporacje mają wolność słowa, prawo do wpływania na wyniki wyborów, wolność wyznania. Zwykli ludzie mają coraz mniej i mniej praw i coraz gorszy dostęp do sprawiedliwości. Z Katie Redford rozmawia Katarzyna Wężyk

Lech Raczak: Za Smoleńsk, za Katyń kulą w łeb!
Skoro wszystkie teorie biorę pod uwagę, to także i tę, że jeden brat poradził drugiemu, aby lądował bez względu na warunki. Kwestia męstwa. Z Lechem Raczakiem, legendą Teatru Ósmego Dnia, autorem spektaklu „Spisek smoleński”, rozmawia Donata Subbotko

Pułkownika chowają, to i pompa być musi! – rozmowa z Danielem Olbrychskim
Gdy opowiedziałem Kirkowi Douglasowi o moich kłopotach z „Potopem”, stwierdził: „Dziwny to kraj, ale dla aktorów niezwykle pozytywny, w którym na dwa lata przed ukazaniem się filmu trwa dyskusja, czy ktoś ma w nim zagrać albo nie zagrać”

O zaletach mieszkania w bloku
Powojenna urbanistyka stała na całkiem wysokim poziomie, pod pewnymi względami była lepsza od dzisiejszej. Z Łukaszem Galuskiem i dr. Michałem Wiśniewskim rozmawia Anna Kiedrzynek

Prof. Magdalena Fikus: Nieśmiertelność jest bez sensu
Nie jest ważne, żebyś miał sto lat. Ważne jest to, w jakiej w tym wieku będziesz kondycji. Rozmowa Izy Klementowskiej

O jasny gwint, pomroczność jasna!
Przykre skutki tego, że wolimy piosenki, które już słyszeliśmy

wyborcza.pl/magazyn

 

czyZnalezione

Grób zamiast zmartwychwstania?

12.04.2015

Jeśli ma rację pe­wien izra­el­ski geo­log, szcząt­ki zna­le­zio­ne w sta­ro­żyt­nym gro­bow­cu we Wschod­niej Je­ro­zo­li­mie na­le­żą do Je­zu­sa z Na­za­re­tu i jego bli­skich. Od­kry­cie bu­dzą­ce licz­ne wąt­pli­wo­ści wśród uczo­nych pod­ko­pa­ło­by fun­da­ment naj­więk­szej re­li­gii świa­ta.

Uwa­ża­ne przez jed­nych za naj­waż­niej­sze pa­miąt­ki chrze­ści­jań­stwa, lecz zdys­kre­dy­to­wa­ne przez scep­ty­ków są­dzą­cych, że mamy tu do czy­nie­nia z oszu­stwem, nad­in­ter­pre­ta­cją oraz zu­chwa­łym gdy­ba­niem, dwa zna­le­zi­ska ar­che­olo­gicz­ne wy­wo­ła­ły w ostat­nich de­ka­dach za­żar­tą de­ba­tę w gro­nie teo­lo­gów. W samym sercu tego sporu znaj­du­je się zbiór in­skryp­cji su­ge­ru­ją­cych, zda­niem nie­któ­rych, ja­ko­by Jezus z Na­za­re­tu był czło­wie­kiem żo­na­tym i ojcem dziec­ka, zaś zmar­twych­wsta­nie nigdy nie miało miej­sca.

Ostat­nio po­ja­wi­ły się ko­lej­ne dane mo­gą­ce rzu­cić nowe świa­tło na dwa kwe­stio­no­wa­ne dotąd za­byt­ki. Miesz­ka­ją­cy w Je­ro­zo­li­mie geo­log twier­dzi, że udało mu się usta­lić zwią­zek po­mię­dzy nimi prze­ma­wia­ją­cy za ich zna­cze­niem i au­ten­tycz­no­ścią. Pierw­szym z bu­dzą­cych wąt­pli­wo­ści obiek­tów jest ossu­arium, ina­czej skrzy­nia na kości, no­szą­ce napis w ję­zy­ku ara­mej­skim „Jakub, syn Jó­ze­fa i brat Je­zu­sa”. Wła­ści­ciel tego przed­mio­tu twier­dzi, że kupił go od han­dla­rza an­ty­ka­mi ze Wschod­niej Je­ro­zo­li­my w la­tach 70. ubie­głe­go stu­le­cia. Ponad de­ka­dę póź­niej Izra­el­ski Urząd ds. Za­byt­ków ogło­sił, że napis „brat Je­zu­sa” jest wy­ni­kiem fał­szer­stwa i po­sta­wił ko­lek­cjo­ne­ro­wi ofi­cjal­ne za­rzu­ty. W 2012 roku sąd w Je­ro­zo­li­mie uznał, że spra­wy nie da się roz­strzy­gnąć.

Dru­gim zna­le­zi­skiem jest gro­bo­wiec od­kry­ty w 1980 roku na placu bu­do­wy w dziel­ni­cy Tal­piot we Wschod­niej Je­ro­zo­li­mie, o któ­rym zro­bi­ło się gło­śno w związ­ku z do­ku­men­tem z 2007 roku „Za­gi­nio­ny gro­bo­wiec Je­zu­sa”. Film zo­stał wy­pro­du­ko­wa­ny przez Ja­me­sa Ca­me­ro­na („Ti­ta­nic”) na pod­sta­wie sce­na­riu­sza Sim­chy Ja­co­bo­vi­cie­go, izra­el­skie­go fil­mow­ca miesz­ka­ją­ce­go na stałe w To­ron­to; po raz pierw­szy wy­emi­to­wa­ło go Di­sco­ve­ry Chan­nel w 2007 roku.

Rewolucyjne twierdzenie

W kom­na­cie po­grze­bo­wej, okre­śla­nej odtąd jako gro­bo­wiec z Tal­piot, zna­le­zio­no 10 ossu­ariów: nie­któ­re z nich no­si­ły in­skryp­cje zin­ter­pre­to­wa­ne jako „Jezus, syn Jó­ze­fa”, „Maria” – po­zo­sta­łe imio­na też można było przy­pi­sać zna­nym po­sta­ciom z No­we­go Te­sta­men­tu. Ta zbież­ność imion skło­ni­ła Ja­co­bo­vi­cie­go i jego zwo­len­ni­ków do wy­snu­cia hi­po­te­zy, ja­ko­by cho­dzi­ło o gro­bo­wiec Je­zu­sa z Na­za­re­tu i jego ro­dzi­ny – re­wo­lu­cyj­ne twier­dze­nie od­rzu­co­ne przez więk­szość ar­che­olo­gów i eks­per­tów za­pew­nia­ją­cych, że imio­na z ossu­ariów w sta­ro­żyt­nych cza­sach na­le­ża­ły do bar­dzo po­spo­li­tych.

Kry­ty­cy w ro­dza­ju ar­che­olo­ga Amosa Klo­ne­ra za­rzu­ci­li fil­mow­com, iż w pro­mo­cyj­nych ce­lach wy­snu­li w swoim do­ku­men­cie zbyt po­chop­ne wnio­ski. Ja­co­bo­vi­ci i jemu po­dob­ni sądzą, że gdyby udało się wy­ka­zać, iż tzw. ossu­arium Ja­ku­ba znaj­do­wa­ło się kie­dyś w gro­bow­cu z Tal­piot, byłby to prze­ko­nu­ją­cy ar­gu­ment za tym, że we Wschod­niej Je­ro­zo­li­mie od­kry­to praw­dzi­wy grób ro­dzi­ny Je­zu­sa z Na­za­re­tu.

Ossuarium znalezione w grobowcu w jerozolimskiej dzielnicy Talpiot

Foto: Handout / Getty ImagesOssuarium znalezione w grobowcu w jerozolimskiej dzielnicy Talpiot

I oto do dys­ku­sji na ten temat włą­cza się geo­log, Aryeh Szim­ron. Uczo­ny ten nie ma wąt­pli­wo­ści, że udało mu się usta­lić geo­che­micz­ną zgod­ność mię­dzy prób­ka­mi po­cho­dzą­cy­mi z gro­bow­ca z Tal­piot i z ossu­arium Ja­ku­ba. Szcząt­ki na­le­żą­ce być może do Je­zu­sa i jego krew­nych spo­czy­wa­ły pod grubą war­stwą rę­dzi­ny, bę­dą­cej ro­dza­jem gleby cha­rak­te­ry­stycz­nej dla wzgórz Wschod­niej Je­ro­zo­li­my, która mia­ła­by po­zo­sta­wić nie­za­tar­ty ślad na po­grze­ba­nych w niej ko­ściach. – Sądzę, że udało mi się zdo­być na­praw­dę ważne i jed­no­znacz­ne do­wo­dy świad­czą­ce o tym, że ossu­arium Ja­ku­ba spo­czy­wa­ło więk­szość czasu w gro­bow­cu z Tal­piot – po­wie­dział Szim­ron w wy­wia­dzie udzie­lo­nym w lobby Ho­te­lu Króla Da­wi­da, gdzie ba­dacz po raz pierw­szy opo­wie­dział re­por­te­ro­wi o swo­ich usta­le­niach.

Zamrożone w czasie

Ów nie­zwy­kły In­dia­na Jones, 79-let­ni Szim­ron, przy­szedł na świat w byłej Cze­cho­sło­wa­cji. (…) Eme­ry­to­wa­ny ba­dacz Służb Geo­lo­gicz­nych Izra­ela, in­sty­tu­cji spe­cja­li­zu­ją­cej się w na­ukach o ziemi, przez ostat­nie 20 lat zaj­mo­wał się geo­ar­che­olo­gią. Swoje twier­dze­nia wy­pro­wa­dził z teo­rii, ja­ko­by trzę­sie­nie ziemi, które wstrzą­snę­ło Je­ro­zo­li­mą w 363 roku za­sy­pa­ło gro­bo­wiec z Tal­piot to­na­mi błota, do­pro­wa­dza­jąc do prze­miesz­cze­nia ka­mie­nia za­my­ka­ją­ce­go kom­na­tę po­grze­bo­wą i po­kry­wa­jąc ossu­aria war­stwą kredy. – Zie­mia stwo­rzy­ła swego ro­dza­ju próż­nię spra­wia­jąc, że przed­mio­ty za­mknię­te w środ­ku zo­sta­ły jakby za­mro­żo­ne w cza­sie – ob­ja­śnia geo­log.

Przez ostat­nie sie­dem lat Szim­ron badał skład che­micz­ny po­kry­wy kre­do­wej znaj­du­ją­cej się na ossu­ariach z Tal­piot, a ostat­nio zajął się też ossu­arium Ja­ku­ba. Ze­sta­wił prób­ki ziemi i gruzu znaj­du­ją­ce się w skrzy­niach z ko­ść­mi. W ce­lach po­rów­naw­czych się­gnął rów­nież po prób­ki po­cho­dzą­ce z ossu­ariów znaj­du­ją­cych się w 15 in­nych gro­bow­cach. Zbie­ra­ją­cy ma­te­ria­ły do ko­lej­ne­go filmu Ja­co­bo­vi­ci po­wie­dział, że zysk z pro­duk­cji po­mo­że sfi­nan­so­wać ba­da­nia la­bo­ra­to­ryj­ne.

Izra­el­ski Urząd ds. Za­byt­ków za­pew­nił uczo­ne­mu do­stęp do więk­szo­ści ossu­ariów oraz w znacz­nej mie­rze zajął się ze­bra­niem pró­bek do zba­da­nia. Rzecz­nicz­ka urzę­du po­da­ła, iż re­pre­zen­to­wa­na przez nią in­sty­tu­cja za­pew­ni­ła Ja­co­bo­vi­cie­mu tech­nicz­ne wspar­cie, choć nie jest za­an­ga­żo­wa­na w jego pro­jekt.

Szim­ron szu­kał nie­zwy­kłych skład­ni­ków po­cho­dzą­cych z rę­dzi­ny jak si­li­kon, alu­mi­nium, ma­gnez, potas czy że­la­zo oraz cha­rak­te­ry­stycz­nych pier­wiast­ków śla­do­wych jak fos­for, chrom czy ni­kiel – świad­czą­cych o tym, że ossu­arium Ja­ku­ba znaj­do­wa­ło się w gro­bow­cu z Tal­piot pod­czas trzę­sie­nia ziemi. Ba­da­nia geo­lo­ga mia­ły­by przy­nieść jed­no­znacz­ne roz­strzy­gnię­cie tej kwe­stii. – Uzy­ska­łem wię­cej do­wo­dów niż się tego spo­dzie­wa­łem – pod­su­mo­wał Szim­ron swoją pracę.

Obec­nie gro­bo­wiec z Tal­piot jest za­mknię­ty be­to­no­wą płytą. Ota­cza­ją go ni­ja­kie apar­ta­men­tow­ce przy ulicy Dova Gru­ne­ra w dziel­ni­cy Wschod­nie Tal­piot, zaś ossu­aria znaj­du­ją się pod opie­ką Izra­el­skie­go Urzę­du ds. Za­byt­ków. Ossu­arium Ja­ku­ba wró­ci­ło do swo­je­go wła­ści­cie­la, Odeda Go­la­na, ko­lek­cjo­ne­ra z Tel Awiwu, który prze­cho­wu­je skarb w sobie tylko zna­nym miej­scu.

Teorie spiskowe

Zdaje się jed­nak, że prace Szim­ro­na oży­wią dawne kon­tro­wer­sje. Uważa się prze­cież, że od­kry­cie grobu Je­zu­sa pod­wa­ża wiarę w zmar­twych­wsta­nie ciała. Co wię­cej, spe­ku­lu­je się, że jedno z ossu­ariów z Tal­piot może za­wie­rać szcząt­ki Marii Mag­da­le­ny, zaś inne no­si­ło­by wiel­ce kon­tro­wer­syj­ną in­skryp­cję „Juda, syn Je­zu­sa”.

Prawdziwe życie Jezusa Chrystusa

Nie urodził się w Betlejem, nie był jedynakiem, nie nauczał 12 apostołów, nie został osądzony przez Piłata i najprawdopodobniej po śmierci nie spoczął w kamiennym grobie. Kim w takim razie był Jezus z Nazaretu?

Cho­ciaż z gro­bow­ca wy­do­by­to 10 ossu­ariów, ar­che­olo­dzy zba­da­li ich tylko dzie­więć. Mimo za­pew­nień ja­ko­by dzie­sią­ty po­jem­nik był uszko­dzo­ny i nie przed­sta­wiał sobą żad­nej war­to­ści, na teo­rie spi­sko­we nie trze­ba było długo cze­kać: są­dzo­no na przy­kład, że dzie­sią­tym, za­gi­nio­nym ossu­arium miało być wła­śnie ossu­arium Ja­ku­ba. Golan ostat­nio po­zwo­lił Szim­ro­no­wi zba­dać swój eks­po­nat za­strze­ga­jąc, że do wy­ni­ków tych prac od­no­si się scep­tycz­nie. W te­le­fo­nicz­nym wy­wia­dzie ko­lek­cjo­ner podał, że swoje ossu­arium kupił naj­póź­niej w 1976 roku, pod­czas gdy zna­le­zi­ska z gro­bow­ca z Tal­piot wy­do­by­to do­pie­ro w 1980 roku.

Nawet gdyby udało się po­twier­dzić geo­che­micz­ną zbież­ność mię­dzy ossu­aria­mi, świad­czy­ło­by to je­dy­nie o tym, że ossu­arium Ja­ku­ba po­cho­dzi rów­nież ze Wschod­nie­go Tal­piot, co zda­niem Go­la­na wy­ma­ga dal­szych badań. – To wszyst­ko jest bar­dzo in­te­re­su­ją­ce, lecz nie wy­star­czy, by co­kol­wiek usta­lić z całą pew­no­ścią – po­wie­dział ko­lek­cjo­ner o pra­cach Szim­ro­na. – W dal­szej ko­lej­no­ści na­le­ża­ło­by zba­dać prób­ki po­bra­ne z przy­naj­mniej 200-300 in­nych ja­skiń.

Szi­mon Gib­son na­le­żał do ekipy ar­che­olo­gów, któ­rzy w 1980 roku we­szli do świe­żo od­kry­te­go gro­bow­ca z Tal­piot. Jego zda­niem nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści co do tego, że pod­ziem­ne wej­ście do kom­na­ty było otwar­te od cza­sów sta­ro­żyt­nych, zaś grób gwał­tow­nie wy­peł­nił się zie­mią wsku­tek ja­kie­goś na­głe­go zda­rze­nia – praw­do­po­dob­nie trzę­sie­nia ziemi. (…) Ba­dacz wy­klu­cza jed­nak ewen­tu­al­ność, ja­ko­by we­wnątrz znaj­do­wa­ło się wtedy ossu­arium Ja­ku­ba. – Sam bra­łem udział w pra­cach wy­ko­pa­li­sko­wych w kilku otwar­tych gro­bow­cach wy­peł­nio­nych zie­mią – za­uwa­ża. – Nie wie­rzę, by ossu­arium Ja­ku­ba miało co­kol­wiek wspól­ne­go z Tal­piot.

Z dru­giej stro­ny Gib­son przy­zna­je, że spo­łecz­ność uczo­nych czeka z nie­cier­pli­wo­ścią na opu­bli­ko­wa­nie wy­ni­ków prac Szim­ro­na. Geo­log tym­cza­sem szy­ku­je się na nie­unik­nio­ną falę kry­ty­ki, rów­nież od tych, co sądzą, że na­ukow­co­wi nie wy­pa­da „igrać ze szcząt­ka­mi Marii i Je­zu­sa”.

Onet.pl

Za Smoleńsk, za Katyń kulą w łeb! Rozmowa z Lechem Raczakiem

Donata Subbotko, 11.04.2015

Rys. Jacek Gawłowski

Skoro wszystkie teorie biorę pod uwagę, to także i tę, że jeden brat poradził drugiemu, aby lądował bez względu na warunki. Kwestia męstwa. Z Lechem Raczakiem, legendą Teatru Ósmego Dnia, autorem spektaklu „Spisek smoleński”, rozmawia Donata Subbotko.
Donata Subbotko: Jak rozmawiać z człowiekiem, który jest przekonany, że żyje w wolnej Polsce?Lech Raczak: No tak, to cytat z mojego przedstawienia, ale wzięty z życia. Pewna prawicowa aktywistka postawiła kiedyś takie pytanie.Przedstawieniem „Spisek smoleński” wrócił pan do radykalizmu politycznego – jak za komuny, kiedy tworzył pan Teatr Ósmego Dnia.– Starałem się, żeby to nie była tylko polityczna rozprawa, próbowałem też zrozumieć postawy drugiej strony. Kiedy przychodzi dziesiątka ludzi zaprotestować przeciwko spektaklowi, mam poczucie, że 30 lat temu i ja, i oni uczestniczyliśmy w tych samych demonstracjach, w tych samych mszach za ojczyznę, że to byli moi widzowie, także w kościołach – z Teatrem Ósmego Dnia zagraliśmy prawie sto przedstawień w kościołach.Teraz te kilkuosobowe demonstracje przeciw spektaklowi to właściwie rodzaj folkloru. Ale dzięki prasie i telewizji działają ostrzegawczo. W efekcie dysponenci sal widowiskowych w kilku miejscowościach odcięli nam możliwość grania. „Nie chcemy konfliktować naszej społeczności” – mówią.A chodzi o to, że boją się pisowskich awantur. Choć są często z mianowania platformerskich władz, wygodniej im realizować politykę kulturalno-historyczną PiS.

Od czego to zależy?

– Od tego, jak kto myśli i jak się czuje, na ile dla niego własna niezależność jest wartością, a na ile wartością jest etat.

Ci, którzy demonstrują, kiedyś pana podziwiali, teraz zarzucają panu zdradę.

– W Legnicy powiedziałem do demonstrantki, że nie jestem ekskomuch, nie trzeba mi badać korzeni, występowałem z Teatrem Ósmego Dnia tu obok, w Lubinie, w kościele. Odpowiedziała, żebym nie kłamał, bo ona była na tamtym przedstawieniu. Mówię: „To niech i teraz pani przyjdzie, znajdę pani dobre miejsce”, a ona: „Nikt dobrowolnie gównem się nie brudzi”.

„Spisek smoleński” – teatr o błądzących we mgle

Co właściwie wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku?

– Bardzo tragiczna katastrofa, która urosła do nieprzewidywalnych rozmiarów jako ideologiczny punkt odniesienia.

Pana spektakl to współczesne dziady z nawiązaniem do Mickiewicza. Jaki związek mają „Dziady” ze Smoleńskiem?

– Punkt wyjścia jest nie w katastrofie, lecz w tym, co się wydarzyło potem – a potem zaczęły się dziady, próby rozmów ze zmarłymi, wywoływanie duchów. Obrzęd niejasnej religii wykorzystujący odwołania do pozornie chrześcijańskich gestów religijnych, ale w gruncie rzeczy pogański.

W spektaklu nie było miejsca na pokazanie wszystkiego, ale na Krakowskim Przedmieściu działy się rzeczy niezwykłe. Kiedy straż miejska nie dała zgody na postawienie namiotu, wierni na zmiany, dniami i nocami, trzymali go w powietrzu – przecież to biblijna opowieść! Łatwo sobie wyobrazić, że dzieje się 4 tysiące lat temu i że to jacyś Żydzi unoszą namiot nad głowami.

Stanął naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego 10 kwietnia 2011 r. z inicjatywy Ewy Stankiewicz, współtwórczyni dokumentu „Solidarni 2010” pokazującego pierwsze dni żałoby narodowej pod Pałacem Prezydenckim

Manifestanci z Krakowskiego Przedmieścia obrażą się za to porównanie.

– Może, ale to przecież miało niesłychany wymiar. Proszę sobie przypomnieć walki o znicze przed Pałacem Prezydenckim. I potem tę kontrmanifestację zorganizowaną przez kucharza z ASP – ona była ludyczna, niezbyt serio, ale to pierwszy protest w Polsce przeciwko Kościołowi katolickiemu od XI w.

Tysiąc lat temu Kazimierz Odnowiciel ukrócił tzw. reakcję pogańską, ludowe wystąpienia i bunty antykościelne, i od tamtej pory nigdy nie było żadnej antykatolickiej i ludowej manifestacji – aż do drugiego roku po katastrofie smoleńskiej.

To co się musiało dokonać w Polakach, co w historii narodu znaczy ta katastrofa?– Obawiam się, że nic nie znaczy. To jak z wulkanem – wybucha, a potem zostaje popiół i zaschła lawa. Emocjonalna ekspresja.„Nasz naród jak lawa”, pisał Mickiewicz, a pan drwi: „Tylko pod zniczem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem”.– Jest w spektaklu scena obrony tzw. wiecznego znicza, czyli 36-godzinnego. Właściwie dokumentalna, zainspirowana filmem z internetu, gdzie to wszystko jest, łącznie z tekstem, którego użyłem: „Za Smoleńsk, za Katyń strzel mu kulą w łeb!”. Przy czym autorowi tych słów chodziło o kulę inwalidzką, trudno by to było wymyślić. Jakie to odwrócenie historii – w Katyniu strzelano kulą w łeb.Uprawia pan teatr szyderstwa i apoteozy?– Tak określało się w dawnych czasach teatr Jerzego Grotowskiego. Pewnie to tkwi gdzieś we mnie, ale boję się, że w tym przedstawieniu jest więcej szyderstwa niż apoteozy. Pisanie tego tekstu było jak autoterapia. Siedziałem we Włoszech, a informacje o tym, co się dzieje w Polsce, bombardowały mnie z internetu. Napisałem i to mnie uleczyło.

Z czego?

– Z kompleksu smoleńskiego. Wyzwoliłem się z podległości tej atmosferze.

Dariusz Kosiński, teatrolog, napisał książkę na temat demonstracji smoleńskich. Wydarzenia, które miały miejsce rok po katastrofie, potraktował jako swego rodzaju działania performatywne, których uczestnicy nie zdają sobie sprawy, że pełnią funkcję statystów w długotrwałej akcji parateatralnej. Ale równocześnie idą za tym prawdziwe emocje i przekonania. I wcisk propagandowy godny Sowietów. Słuszne są tylko nasze hasła, każde inne świadczą o tym, że wkraczają dewianci i zdrajcy. Wszystko razem – farsa i zarazem rzecz tragiczna.

Guślarzem, gospodarzem ceremonii, jest u pana, zdaje się, Jarosław Kaczyński.

– Nie wiadomo. Przecież pojawia się też motyw Antygony, która jest Kaczyńskim. Nad resztkami ciał jeszcze ktoś inny stoi w czarnym welonie – może też jest Kaczyńskim? To próby rekonstrukcji, każdy może być każdym. Nie ma jednej prawdy, każdy ma swoją. Ale dla mnie podstawowym problemem jest to, że ta sprawa służy manipulacji. Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński, w zależności od sytuacji politycznej, wątek katastrofy to odkręcają, to przykręcają.

Ten drugi stracił brata. Wątpi pan w jego moralność?

– Manipulacja jest moralnie podejrzana. Bohaterami „Spisku smoleńskiego” są ci, którzy im uwierzyli, bo komuś trzeba wierzyć. Pani poseł Sobecka udzieliła niedawno wywiadu w związku z tym, że oprotestowała mój spektakl, chociaż go nie widziała – i nie zdobyła się na odpowiedź, kto ten samolot miałby zrzucić. Za to ujęła mnie słowami, że przecież w teatrze powinno chodzić o prawdę, dobro i piękno. Ja się pod tym podpisuję. Mam poczucie, że w tym spektaklu nie uprawiam fałszu, kłamstwa i ohydy.

To relatywne. Mówią, że pana spektakl to ohyda.

– Ale piękno też jest relatywne.

Motyw Antygony jest i szyderczy, i ładny.

– We włoskim tłumaczeniu Antygona, wieszając się, mówi: „Poślubiłam śmierć”. Koncept Kaczyńskiego jako Antygony wziąłem z felietonu Andrzeja Urbańskiego. Napisał, że żałobnicy są jak zbiorowa Antygona. My jesteśmy Antygoną i Kreonom się nie damy. My, to znaczy PiS. I przywołał – on, człowiek prawicy – galicyjską rabację jako wartość. Naród najpierw urządził karnawał żałoby po śmierci Jana Pawła II, a po śmierci Lecha robi rewoltę na Krakowskim Przedmieściu. My jesteśmy lud, galicyjska rabacja! Kto by na to wpadł?

Tekst sztuki pisałem, nie ukrywam, w złości, ale do wystawiania go zabrałem się po trzech latach od jego ukończenia, kiedy złość mi przeszła. Dlatego przedstawienie nie uwzględnia najnowszych odkryć komisji Macierewicza.

Zabrakło np. „parówek po smoleńsku”.

– Za to włożyłem przemilczaną w mediach teorię niejakiego Henryka Pająka o tym, że to był zamach żydowski, a nie rosyjski. Wstrząsnęła mną jego książka „Ostatni transport do Katynia” z tezą nieupowszechnianą przez media, ale dyskutowaną pokątnie, „w podziemiu”, że stoi za tym nie Putin, ale Mosad.

Pająk twierdzi, że nie chodziło o Lecha Kaczyńskiego, ale o generałów, którzy z nim lecieli.- Pani pamięta okładkę tej książki? Są na niej trzy zdjęcia – Kaczyńskiego, Tuska i Putina – zrobione w czasie ich oficjalnych wizyt w Izraelu, każdy w jarmułce. W spektaklu przywołuję słowotwórcze terminy Pająka: Unia Jewropejska, Kne-sejm, telAwiwzja. On podobno ma problemy psychiatryczne, w związku z czym nie można go skazać za propagowanie nienawiści rasowej i facet wydaje ze dwie książki rocznie. Tę o Smoleńsku pożyczyłem koledze, kiedy był w szpitalu, kradli mu ją wszyscy. Szedł na badania, wraca – nie ma książki, salowa z wypiekami na twarzy studiuje, jak to Żydzi mordowali Kaczyńskiego w Katyniu. Więc istnieje zapotrzebowanie, trudno powiedzieć intelektualne, umysłowe raczej, na sensację potwierdzającą stereotyp.Taka tradycja, że koniec końców zawsze winni są Żydzi?– Pogodziliśmy się z polityczną poprawnością, że o tym się nie mówi w towarzystwie, ale od czasu do czasu jakaś antysemicka teoria się pojawia w ruchach politycznych czy na stadionach. Przy teorii Pająka bomby Macierewicza to zabawki. Ale kiedy 10. dnia każdego miesiąca widzę garstki ludzi krążące po Polsce, czuję pewnego rodzaju zazdrość. To ostatnia – obok anarchistów, do których czuję sympatię, bo przypominają mi moją młodość – grupa społeczna, która ma potrzebę politycznego zaistnienia na ulicach. Tym, którzy wspierają obowiązujący porządek, nie chce się demonstrować, oni dbają o podstawowy przyziemny interes, który Donald Tusk nazwał ciepłą wodą w kranie. Żarliwość jest po stronie ludzi opętanych obsesją wyjaśnienia Smoleńska, potwierdzenia własnej wizji na ten temat. Jest w nich coś imponującego, prawda?Naprawdę wierzą w zamach?– Pewnie nie wszyscy, jednak wielu ma na swoją obronę to, że nie przekonuje ich interpretacja komisji Millera, w związku z tym sprawa jest niewyjaśniona – czyli wszystkie hipotezy mogą być prawdziwe.

Jak zszyć Polskę. Grzegorz Szymanik pyta od prawa do lewa

Tyle ich było, czasem wzajemnie się wykluczających, że trudno złapać tę ostatnią.

– Mam poczucie, że członkowie komisji Macierewicza mówią: wyjaśnijmy, a myślą: będziemy się mścić. Chodzi o to, żeby to trwało. I ciągle są niejasności, zresztą po obu stronach – przecież muszą być nagrania rozmów braci Kaczyńskich.

Pan się odważył na taką scenę.

– Uznałem, że skoro wszystkie teorie biorę pod uwagę, to także i tę, że jeden brat poradził drugiemu, aby lądował bez względu na warunki. Kwestia męstwa. Tak jak jest scena, że spisek uknuli Tusk z Putinem. Tusk, jako sprzedajna kobieta, namawia go, aby zdarzył się wypadek. Paradoks polega na tym, że Tusk ani jego zwolennicy się nie obrażają, ponieważ to jest mało poważne, co ja pokazuję, prawda? A zwolennicy spisku Tuska z Putinem się obrażają.

Z Jarosława Kaczyńskiego robi pan wskrzesiciela narodu, numer jego czterdzieści i cztery, Lech jest piętro niżej na liście figurantów.

– Wszyscy wiedzą, że hierarchia była odwrotna do zajmowanych stanowisk, to Lech meldował prezesowi o wykonaniu zadania.

A obrońcy krzyża śpiewali potem: „Jarosław, Polskę zbaw”.

– Właśnie, to się zrodziło w ramach smoleńskich dziadów, po śmierci Lecha. Równie groteskowe, że na Krakowskim Przedmieściu pojawili się zwolennicy intronizacji Chrystusa na króla Polski. Chyba nie wzięli pod uwagę, że to sprzeczne z Ewangelią – szatan kusił Chrystusa, że da mu wszystkie królestwa świata, a Chrystus mu powiedział: „Idź precz, szatanie!”. Nie poruszałem tego wątku w przedstawieniu, ale nie odmówiłem sobie za to dwóch kawałków poetyckich.

Krzyż smoleński: przez kilka tygodni był symbolem jedności i pamięci o ofiarach katastrofy smoleńskiej

Cenię Jarosława Marka Rymkiewicza, ale wersy „Na białych rękawiczkach Tuska/ Krew jak złamana w sadzie brzózka” to taki surrealizm, że nie wiadomo, jak to się mogło poecie wypsnąć spod pióra. Taki idiotyzm?

Robiąc „Spisek”, czerpał pan głównie z takich surrealizmów.

– Podczas pracy nad spektaklem usłyszałem w jakiejś towarzyskiej sytuacji opowieść pewnej pani o tym, co jej się zdarzyło 10 kwietnia. Otóż była na sesji terapeutycznej dla kobiet z depresją i na wieść o katastrofie jedna z uczestniczek sesji opowiedziała historię o kurwach, które wypłynęły na morze i podczas sztormu zaczęły się modlić do Boga o ratunek, na co Bóg, że nie po to tyle czekał, aż się razem zbiorą, aby je teraz ratować. Bez sensu zupełnie, ale czy nie dopełnia absurdu? Gdy to usłyszałem, natychmiast poszedłem na bok i zapisałem.

A co pan robił w dniu katastrofy?– Byłem w Legnicy, miałem próbę z aktorami do „Czasu terroru” według „Róży” Żeromskiego. Próba się w efekcie nie odbyła, bo nadchodziły wieści. Wieczorem wracałem do Poznania i na drogę wziąłem zaległą prasę z całego tygodnia. Przeglądając ją, uświadomiłem sobie, co się działo przed wylotem. Było mnóstwo artykułów o tym, że każdy wyjazd Kaczyńskiego kończy się skandalem, więc ten pewnie też tak się skończy. Najbardziej uderzające, najsmutniejsze były rysunki satyryczne, które wręcz zapowiadały, że stanie się coś złego. W związku z tym, że w maju Kaczyński z Jaruzelskim mieli razem lecieć do Moskwy na obchody zakończenia wojny, w jednym z tygodników był obrazek, na którym samolot w ciemnych okularach leci prosto w mgłę.Zapomina się, że prócz Kaczyńskiego w samolocie było mnóstwo ważnych ludzi, cokolwiek byśmy sądzili o ich poglądach. To był wyjazd otwierający kampanię prezydencką, do Katynia leciał m.in. Szmajdziński, który miał pokazać, że SLD jest już po drugiej, antysowieckiej stronie historii politycznej. Zginęła przecież Anna Walentynowicz, osoba, od której zaczęła się historia niepodległej Polski. Jej śmierć była symboliczna, bardziej mną wstrząsnęła niż śmierć prezydenta. Spotykałem ją w czasach stanu wojennego na różnych opozycyjnych konwentyklach, później staliśmy po przeciwnych stronach barykady, ale został mi dla niej szacunek. Od tej suwnicowej ze stoczni wszystko się zaczęło. Wałęsa był możliwy tylko dlatego, że była Walentynowicz.Ona, po „wojnie na dole”, jako jedna z pierwszych rzucała oskarżenia na Lecha Wałęsę. W pana spektaklu nie bez powodu pojawia się agent „Bolek”. To, według pana, mit założycielski IV RP, źródło podziału?– „Bolek” był oczywiście po myśli Walentynowicz. Ale znowuż – w protestach prawicy przeciwko mnie nikt nigdy nie wspomniał o tej scenie.Dla nich to by mogło nawet zostać…

– A przecież można uznać, że to scena, która obraża Lecha Wałęsę, prawda? Chociaż kiedy z ust ubeków pada zdanie: „Nobla ci załatwimy przez naszą agenturę”, to widać, że to za bardzo absurdalne, więc też niezbyt poważne.

Może to kwestia poczucia humoru, u pana chwilami czarnego?

– Na pewno. Ludzie skłonni do celebracji tragizmu z reguły nie mają poczucia humoru. Zrobiłem niedawno przedstawienie „Misterium Buffo” Dario Fo – święta historia, tylko opowiadana, żeby się też uśmiechnąć. Kiedy Jezus w Kanie Galilejskiej mówi: „Pij, mama, dobre wino, sam zrobiłem”, ortodoksyjny katolik może wpaść w szał. W Polsce, jeśli chodzi o Boga, ciężko żartować publicznie. Nie mamy dowcipów o Bogu, co najwyżej z udziałem Żydów. Pewnie dałoby się wyodrębnić taki gatunek literacki: polskie dowcipy o Żydach.

Gorzej z żartami na temat polskości.

– Grotowski mi opowiadał, że kiedy był w latach 80. w Ameryce, straszliwie cierpiał, bo nikt nie rozumiał jego żartów. I wreszcie na uniwersytecie trafił na portiera, Żyda, jak się okazało, który zareagował na jego aluzyjne teksty. I Grotowski – ot, profesor – mówi: „To był jedyny człowiek, który mnie rozumiał w tej Ameryce. Jak miałem potrzebę, żeby pogadać i się pośmiać, to chodziłem posiedzieć na portierni”. Nie piszemy tego, nie?

Dobrze to dać, w Polsce też mało kto go rozumiał, a teraz mało kto pamięta.

– Nikt nigdy w Polsce Grotowskiego nie znał i nikt go nigdy nie traktował serio poza garstką widzów i wykształconych krytyków. Zresztą mało kto miał okazję spotkać się z tym fenomenem na żywo. Kiedyś robiłem w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu „Życie jest snem” Calderona i tak się zwierzyłem aktorom, że moim podstawowym życiowym doświadczeniem teatralnym było oglądanie innego Calderona, czyli „Księcia Niezłomnego”, tam, w sali na Rynku, parę metrów stąd. Popatrzyli na mnie – o czym on mówi, o jakie przedstawienie mu chodzi? No więc Grotowski nie istnieje w tradycji polskiego teatru dramatycznego. Został przefiltrowany nie do poznania przez Teatr Ósmego Dnia, a dzisiaj jest obecny gdzieś w Gardzienicach, w Pieśni Kozła, to są dobre teatry, świetny jest też Teatr Zar, który pracuje w Instytucie Grotowskiego – ale to wszystko teatry niezależne, z wyboru marginalne. Ale i wybór samego Grotowskiego był taki: będę poza oficjalną kulturą w tym kraju.

30 lat życia poświęcił pan Teatrowi Ósmego Dnia, budował pan jego potęgę. W 1993 pan odszedł, tworzył na własną rękę trochę tu, trochę we Włoszech. Dobrze się stało czy niedobrze?

– Niedobrze. Ale kiedy odzyskaliśmy niepodległość, chciałem zmienić kierunek, drążyć bardziej w metafizyce – nie ma komunistów, lecz został nam jeszcze jeden, jak by to rzec, antagonista, Pan Bóg. Koledzy się nie zgodzili i to była jedna z przyczyn naszego rozstania. Ludzie chcieli, żeby Teatr Ósmego Dnia grał dla mas, a ja zaproponowałem kolegom: zostawmy to, 30 osób to dobra widownia. Doszło do konfliktu, potem do kolejnych konfliktów, musiałem usłyszeć „nie”, no bo za komuny swoje odcierpieliśmy.

Dzisiaj Ewa Wójciak może by się z panem zgodziła, głośny był jej wpis o papieżu.

– Mnie się wydaje, że artystycznie nie ma tam już płomienia i ogłoszenia w stylu tego o papieżu to zapalanie innego ognia zamiast tego, który powinien być. Ja z kolei sam teraz, po latach, wróciłem w „Spisku smoleńskim” do formy, która w poprzednim ustroju nosiła miano wrogiej propagandy politycznej. Do punktu, w którym zostawiałem Teatr Ósmego Dnia.

Ale Bóg to „antagonista”?

– Niedosłownie oczywiście. Mnie zostało z młodzieńczych lektur zdanie Camusa, że niesprawiedliwości jest na świecie wiele – ekonomicznych, społecznych, politycznych – ale podstawową jest to, że nieuchronnie zdążamy do śmierci. Zrobiłem parę przedstawień na ten temat, ten wątek istniał też w spektaklach Teatru Ósmego Dnia. „Ach, jakże godnie żyliśmy” to z jednej strony był polityczny kabaret, kpina z systemu, ale z drugiej pytanie za Dostojewskim, że jeżeli nie ma wyższego porządku, który nazwać możemy Panem Bogiem, to czy ta groteskowa nieprawidłowość, w której żyjemy, nie jest prawidłowością? Echa tego pytania są w „Spisku smoleńskim”.

„Za Polskę giniemy/ Giniemy/ Z okrzykiem/ Kurwa mać” – śpiewają u pana ginący w katastrofie.

– Tak się złożyło, że ostatnie słowa w kokpicie to „Kurwa mać”. Słabo je słychać na nagraniu, ale są.

Katastrofa smoleńska. Prokuratura wojskowa ujawnia stenogramy z kokpitu i opinię biegłych

Znamienne, że niektóre gazety na początku podawały, że te słowa brzmiały „Jezu”.

– Bohaterska tradycja wymaga, żebyśmy zapomnieli o przekleństwach. Jednym z detonatorów odwilży w Związku Radzieckim w połowie lat 50. był m.in. poemat Aleksandra Twardowskiego, w którym umierający żołnierz nie chwali ojczyzny ani Stalina, tylko klnie. Hagiografie księcia Józefa Poniatowskiego mówią, że tonąc w Elsterze, zdążył coś powiedzieć o Bogu i honorze Polaków, a z pamiętników mu współczesnych wynika, że był w gorączce i bredził. Podobnie reportaże z II wojny świadczą, że przed śmiercią żołnierze głównie przeklinają, ewentualnie marzą o świństwach i kobietach. Ale w mitologii bohaterowie są heroicznie milczący albo wygłaszają do potomności slogany – jak w „Dziadach”, gdzie zesłaniec po trzykroć krzyczy: „Jeszcze Polska nie zginęła”, i wznosi „kapelusz czarny jako chorągiew pogrzebu”.

Umierający Polak bohater musi być symbolem, a dla symbolu lepiej, jeżeli za dużo nie gada. Dlatego zwolennicy heroizacji katastrofy smoleńskiej nie chcą przyjąć do wiadomości faktu, że Polacy umierali z kurwami na ustach, i mówią, że Rusek manipulował przy taśmach.

Chodzi o to, że nie ma czystego heroizmu. Przecież te osiem sekund w samolocie, między pierwszym znakiem, że stanie się to, co się stanie, a staniem się tego, co się stało, musiało być okropne. Każdy z tych ludzi przeżywał te ostatnie osiem sekund życia jak wieczność.

Kpi pan ze smoleńskich dziadów, ale nie z cierpienia tych, którzy zginęli. Scena katastrofy jest wzruszająca, także to, że komórki umarłych dzwonią melodiami patriotycznymi, nawet jeśli to potęguje groteskę.

– W jednej z pierwszych książek o Smoleńsku był wywiad z rosyjskim ratownikiem, jednym z pierwszych, którzy dobiegli do wraku. Mówił, że dzwoniły jeszcze komórki i że z jednej leciało „Pożegnanie ojczyzny” Ogińskiego. Pewnie u kogoś z PiS-u.

Swoją drogą, ci Rosjanie, którzy słyszeli komórki, mieli dobijać rannych – jak głosi jedna z bardziej kosmicznych teorii Macierewicza. Zresztą w spektaklu to się dzieje właśnie gdzieś w kosmosie.

– Może to perspektywa, w której należy myśleć o tej katastrofie? Wszyscy przeżyliśmy tę masową śmierć 10 kwietnia, ale potem ta niezrozumiała tragedia zaczęła się przekształcać w farsę narodową.

U mnie jeden z Ruskich mówi, że leży tam taki mały, chyba mu nogi ucięło, ale trzeba go rozwalić, bo jest groźny, chce wąskie tory do samej Moskwy doprowadzić – i to była podstawa donosu do prokuratury, że obrażam prezydenta Kaczyńskiego.

Na wszelki wypadek przepytałem wielu ludzi, którzy byli na spektaklu, czy wiedzą, o kogo chodzi – ich skojarzenia dotyczyły innych.

Ktokolwiek by to był – tym, którzy są w żałobie, trudno odczytywać, że w pana patchworku ze smoleńskich absurdów chodzi o Polskę w ogóle.

– W naszej europejskiej, chrześcijańskiej tradycji wypracowaliśmy przez wieki, że Pan Bóg daje nam rok na żałobę. Ona jest po to, żeby ją przeżyć, ma nas może czegoś nauczyć, coś zmienić, a po tym czasie trzeba zacząć nowe życie, próbować znaleźć radość. A tutaj mija pięć lat i żałobę ciągle się celebruje.

Będą kręcić film „Smoleńsk”. „O tak zwanej katastrofie”

Bo „my zawsze w dzień klęski/ Śpiew wznosim zwycięski”?

– Kultura jest po to, żeby przepracować takie rzeczy jak żałoba. Ktoś, kto tego nie robi, jest jakby nie z tej kultury, nie uruchomił w sobie mechanizmów, które obowiązują w zachodnim chrześcijańskim czy pochrześcijańskim świecie. Gdybym miał pójść na skróty, powiedziałbym, że to barbarzyństwo. Owszem, bywały takie zjawiska, np. w czasie konfliktu w Irlandii Północnej, gdzie opłakiwano zmarłych dopóty, dopóki nie wytłuczono przeciwników – ale to nie jest przecież normalne.

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę, w tym zestrzeleniu holenderskiego samolotu, zwolennicy zamachu mogą mówić: widzicie, do czego jest zdolny Putin.

– W Katyniu przed Kaczyńskim był Tusk i spotkał się z Putinem, który przyznał, że to Rosjanie mordowali Polaków w 1940. Prezydent już nie musiał tam jechać – bo po co? Uzyskaliśmy to, czego się domagaliśmy od lat.

Nie twierdzę, że raport Millera jest pewny, ale na razie nie ma przesłanek, żeby myśleć inaczej. Przeciwko teoriom spiskowym świadczą nie tylko najnowsze stenogramy z kabiny pilotów, ale już fragmenty znane wcześniej – choćby te cholerne nagrania, które przypominam w spektaklu.

Rosjanie wyraźnie odradzają naszym pilotom lądowanie. Piloci pytają ludzi prezydenta, na które zapasowe lotnisko lecieć, i słyszą, że nie ma decyzji. Czyli przekaz jest jasny: nie lądujcie na zapasowych. To jest zapisane we wszystkich, polskich i rosyjskich, wersjach odsłuchów – ale zwolennicy teorii spiskowych to pomijają.

Wolą wierzyć, że to była śmierć bohaterska. Potrzebujemy mitycznego rozlewu krwi, żeby się tym karmić?– Jest coś takiego. Mickiewicz traktował te wampiry tak serio, że zaraził na wieki całą naszą populację. Jak, cholera, ktoś żyje, to jest mało wart.Lepszy Polak martwy?– Tak, z wyjątkiem tych, których zapomnieliśmy. Pracując nad „Czasem terroru” na podstawie „Róży” Żeromskiego, przestudiowałem historię rewolucji 1905 roku – to było dopiero szaleństwo, ISIS to małe piwo w porównaniu z tym, co się działo w Polsce. Z samej Belgii bojówki PPS przemyciły 30 tysięcy pistoletów, które strzelały na ulicach zaboru rosyjskiego, zamachy były na porządku dziennym. Dzisiaj tych, których chwytano i wieszano w Cytadeli warszawskiej, nikt już nie czci.Kiedy w 1918 r. Piłsudski wysiadł z tego „czerwonego tramwaju socjalizmu”, dopilnował, by nikt mu już nie wypominał, że kierował wielką organizacją terrorystyczną. To jakby wypadło z polskiej historii. Są powstańcy styczniowi, a potem od razu bohaterowie II wojny światowej. Teraz są modni „żołnierze wyklęci”, każde miasteczko ma swojego „wyklętego”. Celebrowanie tragizmu naszych dziejów i utrzymywanie, że w tym jest piękno nasze, wymaga obecności duchów.To gdzie jest to piękno? Może go wcale nie ma?

– To nie jest jednoznaczne. W tej „Róży” Żeromskiego powiada o sobie zdrajca i donosiciel coś takiego: „Ja jestem najinteligentniejszym przedstawicielem tego narodu, ja wam opowiem prawdziwą historię Polski”. To poruszająca i wstrząsająca opowieść, bo on, wsypując towarzyszy z konspiracji, skazuje ich na śmierć, ale dzięki temu, jak mówi, reszta narodu przetrwa: „Ja ich uchronię przed szaleństwem tych spiskowców”. I być może to jest prawda? Ta podwójna perspektywa jest straszna u Żeromskiego, bo nasza historia jest wielowymiarowa. I ja wolę być przeciwko temu, żeby ona była płaska.

Niektórzy myślą, że jest płaska, inni, że okrągła.

– Źle, gdy jedni usiłują zamykać usta drugim.

Lech Raczak – ur. w 1946 r., reżyser, dramaturg. Współzałożyciel Teatru Ósmego Dnia (1964), w latach 70. i 80. kierownik artystyczny i reżyser wszystkich przedstawień tego zespołu. Jego spektakle otrzymały ponad 30 nagród na krajowych i międzynarodowych festiwalach, w tym m.in. Nagrodę Kulturalną podziemnej „Solidarności” (1982). W latach 1995-98 dyrektor artystyczny Teatru Polskiego w Poznaniu, od 1993 do 2012 dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Malta”. Wykłada na poznańskiej ASP (Uniwersytet Artystyczny) i prowadzi warsztaty teatralne w całej Europie. Łącznie wyreżyserował 70 przedstawień w eksperymentalnych teatrach w Polsce i we Włoszech oraz w polskich teatrach dramatycznych (m.in. w Poznaniu, Warszawie, Wrocławiu, Łodzi), najbardziej związany z Teatrem Modrzejewskiej w Legnicy. W 2012 r. ukazała się trzytomowa edycja jego „Pism teatralnych”. Prowadzi fundację Orbis Tertius i autorskie studium teatralne Trzeci Teatr. Mieszka w Polsce i we Włoszech. Spektakl „Spisek smoleński” Trzeciego Teatru miał premierę w lutym 2014 r. i jest grany w Poznaniu, był też prezentowany m.in. w Pile, Legnicy, Warszawie i Toruniu w salach teatralnych i klubowych. Autorem scenariusza i reżyserem jest Lech Raczak, występują: Halina Chmielarz, Małgorzata Walas-Antoniello, Wojciech Siedlecki, Janusz Stolarski i Paweł Stachowczyk. Najbliższe przedstawienie 15 kwietnia o godz. 20 w klubie Minoga w Poznaniu.

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Wyjątkowa interpretacja wiersza Mariana Grześczaka w wykonaniu Tomasza Sapryka oraz wideo z wizyty Małgorzaty Minty w La Rotisserie, gdzie odkryjemy smak zupy z białych szparagów z wędzoną trocią.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Człowiek z mgły
„Prezydent zapatrzył się za okno. Stwierdził, że jego pokolenie będzie wkrótce odchodzić. Spojrzał na nas i powiedział: To na was będzie spoczywał obowiązek, żeby sprawy prowadzić dalej„. Dwa dni później tupolew uderzył w brzozę, a Andrzej Duda poczuł się pomazańcem Lecha Kaczyńskiego

Prezes zabija bezkarnie
Korporacje mają wolność słowa, prawo do wpływania na wyniki wyborów, wolność wyznania. Zwykli ludzie mają coraz mniej i mniej praw i coraz gorszy dostęp do sprawiedliwości. Z Katie Redford rozmawia Katarzyna Wężyk

O. Kłoczowski: Jezu, ufam tobie… bo nie ufam nikomu
Polsko, mamy problem. Tylko w tym katolickim kraju pierwsze, co widzisz, to nieprzyjazna morda drugiego człowieka, który by ci widły wbił w plecy, jak tylko się odwrócisz. Z o. Janem A. Kłoczowskim rozmawia Małgorzata Skowrońska

Pułkownika chowają, to i pompa być musi! – rozmowa z Danielem Olbrychskim
Gdy opowiedziałem Kirkowi Douglasowi o moich kłopotach z „Potopem”, stwierdził: „Dziwny to kraj, ale dla aktorów niezwykle pozytywny, w którym na dwa lata przed ukazaniem się filmu trwa dyskusja, czy ktoś ma w nim zagrać albo nie zagrać”

O zaletach mieszkania w bloku
Powojenna urbanistyka stała na całkiem wysokim poziomie, pod pewnymi względami była lepsza od dzisiejszej. Z Łukaszem Galuskiem i dr. Michałem Wiśniewskim rozmawia Anna Kiedrzynek

Prof. Magdalena Fikus: Nieśmiertelność jest bez sensu
Nie jest ważne, żebyś miał sto lat. Ważne jest to, w jakiej w tym wieku będziesz kondycji. Rozmowa Izy Klementowskiej

O jasny gwint, pomroczność jasna!
Przykre skutki tego, że wolimy piosenki, które już słyszeliśmy

wyborcza.pl/magazyn

 

SKOK promuje Andrzeja Dudę

Bianka Mikołajewska (Gazeta Wyborcza), 11.04.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

W piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej „Super Express” ukazał się z czterostronicowym dodatkiem, którego „partnerem”, czyli sponsorem, była Kasa Stefczyka. Obok tekstu o testamencie polityczno-historycznym Lecha Kaczyńskiego i wspomnienia o Przemysławie Gosiewskim zamieszczono komentarz Andrzeja Sosnowskiego, prezesa SKOK-u Stefczyka.
„Dziś, pięć lat po tamtych wydarzeniach, Polacy wciąż czekają na ludzi, którzy poprowadzą nas w kierunku odbudowy silniejszej Polski” – napisał Sosnowski. A żeby nie było wątpliwości, kto mógłby Polaków poprowadzić, w tym samym dodatku opublikowano obszerny fragment wystąpienia Andrzeja Dudy, kandydata PiS na prezydenta, wygłoszonego podczas konwencji w lutym br. Tekst opatrzono zdjęciem Dudy z Lechem Kaczyńskim.Sprawa jest bulwersująca z kilku powodów. Po pierwsze, władze Kasy Stefczyka wykorzystały rocznicę katastrofy smoleńskiej, by włączyć się w bieżącą rozgrywkę wyborczą. Zgodnie z prawem firmy, także Kasy, nie mogą finansować kampanii, ale smoleński chwyt pozwolił im ominąć ten zakaz i w wysokonakładowym dzienniku zrobić promocję Andrzejowi Dudzie.Po drugie, nie przypadkiem taką przysługę zrobiła kandydatowi PiS właśnie Kasa Stefczyka. Jej prezes jest bliskim przyjacielem Grzegorza Biereckiego, byłego długoletniego szefa Krajowej SKOK, dziś senatora PiS. Sam Bierecki jest szefem rady nadzorczej Stefczyka, a członkami – jego brat Jarosław (radny PiS w pomorskim sejmiku) oraz mecenas Adam Jedliński, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego.Kilka tygodni temu Komisja Nadzoru Finansowego skierowała do premier Ewy Kopacz i służb list, w którym opisywała, jak spółka należąca do braci Biereckich i Jedlińskiego przejęła wart kilkadziesiąt milionów złotych majątek fundacji, która przez wiele lat stanowiła część systemu SKOK. Czas na przeniesienie majątku Bierecki i jego wspólnicy zyskali dzięki prezydentowi Kaczyńskiemu – w 2009 r. skierował on do Trybunału Konstytucyjnego ustawę oddającą Kasy pod nadzór KNF. Jak ujawniła „Wyborcza”, wniosek do Trybunału przygotowywało biuro w Kancelarii Prezydenta, którego szefem był Andrzej Duda. On sam dotąd nie wyjaśnił swojej roli w tej sprawie.Najbardziej bulwersujące jest jednak to, że za dodatek do „Super Expressu” zapłaciła instytucja, która od kilku lat jest w trudnej sytuacji finansowej. Ze sprawozdania finansowego Stefczyka wynika, że w 2013 r. klienci byli winni Kasie z tytułu udzielonych pożyczek i kredytów prawie 4 mld zł. Z tego ponad 1,3 mld zł, czyli 33 proc. należności, było przeterminowanych! Wyniki za 2014 r. będą znane dopiero za kilka miesięcy.W 2013 r. władze Stefczyka chwaliły się, że w odróżnieniu od wielu innych SKOK-ów ich Kasa jest w dobrej kondycji finansowej – osiągnęła ponad 10 mln zł zysku. Problem w tym, że według KNF Stefczyk powinien przeznaczyć 187 mln zł na rezerwy na nieściągalne pożyczki. Władze Kasy nie chcą się jednak na to zgodzić, bo musiałyby wykazać gigantyczną stratę. M.in. z tego powodu w ubiegłym roku KNF odmówiła Sosnowskiemu zgody na pełnienie funkcji prezesa Kasy. Sprawę rozstrzygnie sąd.Jak widać, problemy finansowe Kasy nie przeszkadzają Sosnowskiemu wydawać pieniędzy na polityczne akcje PiS.

Zobacz także

wyborcza.pl

„Dublin Says No to Fascism”. Irlandczycy protestowali przeciwko debacie polskich kandydatów na prezydenta

Irlandczycy zaprotestowali przeciwko debacie Mariana Kowalskiego i Grzegorza Brauna w Dublinie.
Irlandczycy zaprotestowali przeciwko debacie Mariana Kowalskiego i Grzegorza Brauna w Dublinie. Fot. Tomasz Rytych / Agencja Gazeta

Obchody upamiętniające piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej przyćmiły wydarzenia, które toczyły się w piątkowy wieczór wokół kampanii prezydenckiej, którą w Irlandii prowadzili prawicowi kandydaci Marian Kowalski i Grzegorz Braun. Przeciwko ich debacie w jednym z dublińskich hoteli postanowili zaprotestować Irlandczycy przeciwni skrajnie prawicowym poglądom.

Jeszcze na długo przed rozpoczęciem debaty między kandydującym z ramienia Ruchu Narodowego Marianem Kowalskim i niezależnym kandydatem Grzegorzem Braunem uniemożliwić ją starali się przedstawiciele wpływowej irlandzkiej partii i Sinn Fein. W ich ocenie, polscy prawicowcy „czynnie wspierają faszystowską ideologię”.

gardaiHave

Ten zarzut padł szczególnie pod adresem reprezentującego narodowców Kowalskiego. Sinn Fein udało się jednak przegonić polskich kandydatów z Cork, gdzie hotel, w którym miała być zorganizowana jedną z debat zdecydował o rezygnacji ze zlecenia od polskiej prawicy.

Zaplanowaną na piątkowy wieczór w dublińskim Academy Plaza Hotel debatę między Kowalskim a Braunem skutecznie popsuli natomiast licznie zgromadzeni demonstranci. Protestowali oni przede wszystkim przeciwko rasizmowi, ksenofobii i homofobii, które charakteryzują Ruch Narodowy. Przybierający momentami bardzo nerwową formę protest odbywał się pod hasłem „Dublin Says No to Fascism”.

Źródło: TheJournal.ie

naTemat.pl

 

Chory człowiek z pistoletem. Z Anne Applebaum rozmawia Łukasz Pawłowski

12.04.2015

„Jeśli Putin, tracąc grunt pod nogami, uzna, że jedynym sposobem na zachowanie władzy jest wywołanie naprawdę poważnego kryzysu, zrobi to”, mówi amerykańska dziennikarka.

Łukasz Pawłowski: Czy to Rosja jest za silna, czy Zachód zbyt słaby?

Anne Applebaum: Mamy różne mocne strony i różne słabości. Rosja jest bez wątpienia silna na jednym polu, na którym Zachód jest słaby – my swojego potencjału militarnego nie chcemy wykorzystywać, a oni nabierają na to coraz większej ochoty.

Zainwestowali w armię duże pieniądze.

Zgoda, ale pod innymi względami „siła” Rosji budzi wątpliwości. Kraj jest skorumpowany w stopniu, który stale podważa prawomocność systemu. Głównym motorem działań Putina na Ukrainie jest chęć utrzymania się przy władzy. Choć zabrzmi to absurdalnie, on obawia się niepokojów społecznych. Nie dopuściłby do zabójstwa Borysa Niemcowa i nie trzymałby dysydentów w więzieniach, gdyby się nie bał. Kieruje systemem, który nie jest w stanie przetrwać bez ustawicznego korzystania z przemocy. To oznaka słabości.

Dla mnie to niezrozumiały paradoks. Z jednej strony, Rosja w naszych oczach jest niezwykle słabym państwem – z zacofaną gospodarką, wszechobecną korupcją i niesprawną infrastrukturą. Z drugiej, prezentujemy ją jako globalne mocarstwo, na czele którego stoi niemal wszechmocny przywódca, który z łatwością wykorzystuje słabości przeciwników.

Na arenie międzynarodowej Rosja ma nad nami wielką przewagę w dwóch kwestiach. Po pierwsze, Putin i jego otoczenie dysponują narzędziami politycznymi, o jakich na Zachodzie nie możemy nawet marzyć. To tak, jakby Barack Obama był prezydentem USA, prezesem Exxona, właścicielem „New York Timesa” i wszystkich głównych stacji telewizyjnych, a do tego dowodził FBI i CIA oraz kontrolował Kongres. Taką władzą dysponuje Putin i jego świta. Ten kraj to ich własność.

Po drugie – i ten czynnik jest obecnie zaskakująco niedoceniany – mają broń atomową. Gdyby to nie Rosja, a Albania najechała Ukrainę, natychmiast wysłalibyśmy pomoc. Jednym z głównych powodów, dla których tego nie robimy, nie jest słabość, lecz strach przed użyciem przez Rosjan broni atomowej, czym zresztą Putin nieustannie grozi.

Sytuacja jak z zimnej wojny.

Dokładnie tak. Wtedy też się baliśmy. Zachód nie pomógł Węgrom w roku 1956, Czechosłowacji w 1968 i Polsce w 1981, prawda?

Gdy Rosja najechała Ukrainę i zajęła Krym, były brytyjski minister spraw zagranicznych Malcolm Rifkind, stwierdził, że stajemy przed „prawdopodobnie najpoważniejszym kryzysem geopolitycznym od końca zimnej wojny”. Poważniejszym więc niż ataki na WTC, wojna w Iraku i Afganistanie. A jednak reakcja Zachodu była o wiele słabsza. Dlaczego?

Wydaje mi się, że chodziło mu o najpoważniejszy kryzys europejski. Wątpię, by miał również na myśli ataki z 11 września.

Mimo to nasza reakcja nie jest równie zdecydowana. Z jakich przyczyn? Strachu przed bronią atomową?

Przede wszystkim: Zachód nie mówi jednym głosem. Poza tym, do ubiegłego roku Rosji nie uznawano za poważny problem, przynajmniej nie w USA. Irak, Iran, Afganistan, Chiny, stan gospodarki i wiele innych zagadnień zajmowało na amerykańskiej liście priorytetów o wiele wyższe miejsca.

W 2012 r. podczas kampanii prezydenckiej kandydat Republikanów, Mitt Romney, powiedział, że Rosja to dla Stanów Zjednoczonych wróg numer jeden…

Ta wypowiedź nie była podparta głębszą refleksją, a Romney został natychmiast wyśmiany.

Skąd pani wie, że nie mówił poważnie?

Pewien mój znajomy namawiał go później do obrony tego stanowiska. Romney odmówił. Najwyraźniej uznał, że popełnił błąd i już go nie powtórzył. Nawiasem mówiąc, ta krótka rozmowa była jedyną w całej kampanii prezydenckiej, która dotyczyła Rosji.

Jaki jest główny długofalowy cel rosyjskiej polityki zagranicznej?

Cofnięcie przemian z roku 1989 i 1991. W tym celu chcą rozbić Europę, zniszczyć Unię Europejską i zdelegitymizować NATO, a dzięki temu pozbyć się Amerykanów ze Starego Kontynentu. Pracują nad tym od dawna.

Ależ to niemożliwe!

Co nie oznacza, że nie można tego spróbować, wyrządzając przy okazji wiele szkód. Komunizm na skalę globalną także był niemożliwy – nigdy się nie sprawdził i nie mógł się sprawdzić. A jednak próbowali.

Przez ostatnie 20 lat Rosjanie zainwestowali ogromne pieniądze w całej Europie – kupowali przedsiębiorstwa, lobbystów, kluby piłkarskie. Byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera nie kupili przecież po zagarnięciu Krymu, ale wiele lat wcześniej. Stworzyli również kosztowny aparat propagandy, który obecnie ma swoje odnogi we wszystkich krajach. Opłacają też skrajne partie w większości krajów europejskich – Front Narodowy we Francji, Jobbik na Węgrzech, Syrizę w Grecji. Czasem te starania przynoszą skutki.

Na przykład?

Wybory do greckiego parlamentu były dużym sukcesem Rosji. Zarówno partia skrajnie lewicowa, jak i skrajnie prawicowa, które obecnie tworzą grecki rząd, mają dwie wspólne cechy: nie godzą się na politykę oszczędności i są prorosyjskie. Liderzy tych partii mają też bliskie relacje z Aleksandrem Duginem, propagandzistą rosyjskiego faszyzmu.

Rosjanie najwięcej inwestują w Londynie, a mimo to brytyjski rząd jest wobec Putina krytyczny.

Rosjanom nie udało się kupić najważniejszych brytyjskich polityków, jak to miało miejsce w innych krajach Europy, ani też przejąć kontroli nad żadną ważną brytyjską firmą. Poza tym w porównaniu z ogółem aktywów, które przepływają przez londyńskie City, rosyjskie pieniądze zainwestowane na Wyspach nie są aż tak duże. Brytyjska gospodarka, tak jak niemiecka czy amerykańska, jest po prostu zbyt duża, by ją wykupić. Państwa, w których Rosja radzi sobie lepiej, są zazwyczaj słabsze, mniejsze i mają skorumpowaną klasę polityczną.

Można powiedzieć, że to nie tyle sukces Rosji, co raczej porażka Unii Europejskiej…

Rosjanie czerpią korzyści z zaistniałej sytuacji, której bacznie się przyglądają. Putin nie musi tworzyć w Europie skrajnej prawicy czy skrajnej lewicy – one już istnieją. Nie potrzebujemy go również do wywierania nacisków na UE, bo te też są. Na Starym Kontynencie nie brakuje osób o poglądach antyeuropejskich, antynatowskich i antyamerykańskich. Jedyne co Rosjanie muszą zrobić, to dać im trochę pieniędzy.

Prawie rok temu napisała pani, że Zachód musi zacząć walczyć z rosyjską propagandą. Przypomniała pani, że „byliśmy w tym całkiem dobrzy, bo mówiliśmy prawdę, a język Radia Wolna Europa i BBC był najefektywniejszym narzędziem Zachodu w zwalczaniu komunizmu”. Frederica Mogherini do końca czerwca ma za zadanie stworzyć program przeciwdziałania rosyjskiej propagandzie.

Nie wierzę, że jej się to uda.

Dlaczego?

Bo wymaga to takiego zaangażowania, którego unijna biurokracja, a w szczególności europejska służba działań zewnętrznych, nie przejawia. Pewne nadzieje wiążę z mniejszymi organizacjami, jak European Endowment for Democracy. Pomóc mogą też poszczególne państwa europejskie, ale od Unii jako takiej wiele nie oczekuję.

A czy NATO jest organizacją, która spełnia dziś swoją rolę? Nie tak dawno Barack Obama odmówił spotkania z Jensem Soltenbergiem, sekretarzem generalnym Sojuszu, mimo że ten prosił o nie z dużym wyprzedzeniem. Wielka Brytania ogłosiła z kolei, że może znacznie obniżyć wydatki na armię i zredukować liczbę żołnierzy do poziomu najniższego od 250 lat. Jak pani interpretuje te decyzje?

Musimy na nowo przemyśleć NATO – lokalizację baz, sposób działania, może nawet listę członków. Na nowo musimy przemyśleć też naszą politykę informacyjną i system finansowania partii politycznych. Jak to możliwe, że Front Narodowy może przyjąć 40 mln euro od jakiegoś podejrzanego czesko-rosyjskiego banku? Jak to możliwe, że rosyjska propaganda regularnie przenika do europejskich mediów głównego nurtu? Aby temu zapobiec, poszczególne państwa europejskie musiałyby jednak uznać Rosję za zagrożenie, a następnie podjąć stosowne działania. Dotychczas prawie nikt tego nie zrobił.

Tak Unia Europejska, jak i NATO są organizacjami międzynarodowymi. Kto, według pani, może zapoczątkować takie zmiany?

Polska mogłaby odegrać w tym procesie ważną rolę.

Jest za słaba.

Do niedawna Polskę uznawano za lidera w relacjach z krajami byłego ZSRR. I nie bez powodu – to Polska stała za kilkoma absolutnie fundamentalnymi zmianami instytucjonalnymi w UE. Doprowadziła na przykład do stworzenia Partnerstwa Wschodniego, co z kolei przyczyniło się do wybuchu rewolucji na kijowskim Majdanie.

Teoretycznie Niemcy mogłyby znacząco odmienić Unię Europejską – zwłaszcza we współpracy z Polską, Wielką Brytanią i innymi państwami – ale Berlin bardzo niechętnie uznaje swoją siłę i z inicjatywą wychodzi tylko w sytuacji naprawdę poważnego kryzysu. Trzecia możliwość to Stany Zjednoczone, ale najpierw administracja prezydencka musiałaby przyznać, że w relacjach transatlantyckich mamy poważny problem.

Dlaczego to takie trudne?

Brałam udział w spotkaniach z przedstawicielami Białego Domu. Twierdzą, że kryzys na Ukrainie to problem regionalny, który nie stanowi zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych. Uważają również, że Putin blefuje, a jego upadek jest tylko kwestią czasu.

Ale przecież Kongres już kilka razy wzywał prezydenta Obamę, żeby zwiększył amerykańskie zaangażowanie w konflikt i wsparł Ukrainę militarnie. Uchwały w tej sprawie miały poparcie tak Republikanów, jak i Demokratów.

W Kongresie są osoby dostrzegające wagę problemu, ale w Białym Domu ich nie ma. A dla tak poważnego przedsięwzięcia, jak reforma NATO, konieczne jest pełne wsparcie prezydenta.

Może prezydent Obama ma rację i nie należy się zbytnio angażować w konflikt z Putinem? Rosyjskie rezerwy walutowe topnieją, uzależnienie Zachodu od rosyjskich zasobów naturalnych maleje, chińska dominacja we wschodniej Azji nie podlega już dyskusji. Po co się więc martwić? Wystarczy poczekać, a Rosja zawali się pod własnym ciężarem, tak jak kiedyś ZSRR.

 

Cały wywiad jest dostępny na kulturaliberalna.pl

 

Anne Applebaum amerykańska pisarka i publicystka specjalizująca się w tematyce Europy Środkowej i Wschodniej. Felietonistka dziennika „Washington Post”, zdobywczyni Nagrody Pulitzera za „Gułag”. Ostatnio po polsku ukazała się jej książka „Za żelazną kurtyną. Ujarzmienie Europy Wschodniej 1944–1956” (2013).

dr Łukasz Pawłowski z wykształcenia psycholog i socjolog, sekretarz redakcji „Kultury Liberalnej”. Pisze o polskim i amerykańskim życiu politycznym.

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: