Lis (20.04.2015)

 

„Musimy bronić naszych racji, ale broń nas Boże przed „polityką historyczną” zamiast prawdy historycznej”

Anna Siek, 20.04.2015
Daniel Passent

Daniel Passent (Fot. Kamil Gozdan/AG)

Daniel Passent jest przekonany, że proponowana przez polityków prawicy polityka historyczna nie rozwiąże problemu nieprawdziwych wypowiedzi szkalujących Polskę. Publicyście „Polityki” szczególnie nie podobają się wypowiedzi posłów Kownackiego i Hofmana, którzy przekonują, jak wiele złego robią Polsce takie filmy jak „Ida” czy „Pokłosie”.
„Bartosz Kownacki u Moniki Olejnik w Radiu Zet i Adam Hofman w „Kropce nad i” w TVN 24 mówili dokładnie to samo. Ich zdaniem skandaliczna wypowiedź Comeya i inne, w duchu „polskich obozów”, nie byłyby możliwe, gdyby polska polityka historyczna, a dokładnie rząd Platformy, miała charakter rzetelny i patriotyczny, zamiast szkalować naród polski w takich filmach jak „Pokłosie” i „Ida”. Hofman wręcz stawia za wzór Hollywood, za pomocą którego Ameryka realizuje swoją „politykę historyczną” – pisze Daniel Passent na swoim blogu.

Publicysta „Polityki” z posłami się nie zgadza. Przypomina politykom, że w tym samym czasie co przywołane przez posłów filmy nieprawomyślne, widzowie mogli obejrzeć np. dwa filmy Jana Komasy o powstaniu warszawskim.

„Na szczęście, ani amerykański, ani polski przemysł filmowy nie ograniczają się do filmów cukierkowych, powstają także filmy gorzkie, które zmuszają do myślenia. Owszem, musimy bronić naszych racji przed nieukami i oszczercami, ale broń nas Boże przed „polityką historyczną” zamiast prawdy historycznej” – uważa Daniel Passent.

Może po słowach szefa FBI czas na powołanie polskiej Ligi Przeciwko Zniesławieniu? Polityka historyczna nie załatwi wszystkich problemów>>>

Zobacz także

TOK FM

Bestialstwo rosyjskiej dziedziczki

Sebastian Duda, 20.04.2015
Winna co najmniej kilkudziesięciu morderstw - orzekli zarówno sędziowie kolegium sprawiedliwości w Moskwie, jak i departamentu VI Senatu w Petersburgu. Ponad sześć lat trwały śledztwo i proces w sprawie Darii Sałtykowej, szlachcianki spokrewnionej z najznamienitszymi rodami Rosji. Z tego powodu żaden z sędziów nie miał odwagi ogłosić wyroku i w końcu uczyniła to caryca Katarzyna II. Sałtykowa na XVIII-wiecznym portrecie nieznanego malarza.

Winna co najmniej kilkudziesięciu morderstw – orzekli zarówno sędziowie kolegium sprawiedliwości w Moskwie, jak i departamentu VI Senatu w Petersburgu. Ponad sześć lat trwały śledztwo i proces w sprawie Darii Sałtykowej, szlachcianki spokrewnionej z najznamienitszymi rodami Rosji. Z… (Fot. Wikipedia)

Przeszła do mrocznej legendy i choć od jej śmierci upłynęło już ponad 200 lat, Rosjanie wciąż uważają ją za jedną z najokrutniejszych zbrodniarek, jakie kiedykolwiek żyły na rosyjskiej ziemi.
17 października 1768 r. na placu Czerwonym w Moskwie rozegrała się niepojęta dla wielu ówczesnych scena. Na specjalnie zbudowanym rusztowaniu stała kobieta z odkrytą głową i z rękoma przytwierdzonymi łańcuchem do pręgierza. Na jej piersiach wisiała tabliczka z wielkim napisem „Muczitelnica i duszegubica” („Dręczycielka i działająca na zgubę dusz”). Wokół drewnianego podwyższenia zebrał się tłum gapiów. Kobieta nie miała odwagi spojrzeć w oczy zebranym, więc wpatrywała się w drewniane deski rusztowania.

W tym czasie posłaniec carycy Katarzyny II ogłaszał wyrok Jej Cesarskiej Mości: wystawiona w kajdanach na widok publiczny kobieta nie ma prawa nazywać się już szlachcianką, bo zhańbiła swój stan. Nie wolno jej też odtąd wspominać o ojcu i mężu. Zebrani pojęli w mig, że życzeniem carycy jest, by skazana nie stała się plamą na honorze sławnych rodów. Resztę życia miała spędzić w pozbawionej światła podziemnej celi jednego z monastyrów bez prawa widywania bliskich i korespondencji. Imperatorowa miłosiernie zgodziła się, by od czasu do czasu odprowadzano ją do pokoju ze światłem (ale nie dziennym, lecz raczej łuczywa lub – za zgodą przeoryszy – nikłego płomienia z niewielkiej pochodni). Tam mogła dostać posiłek i zamienić kilka słów ze strażnikiem lub wyznaczoną do kontaktów z nią zakonnicą. Ale na ten zbytek łaski, jak oznajmił cesarski herold, skazana będzie mogła liczyć dopiero po długim czasie spędzonym w ciemności.

„Spektakl hańby” pod pręgierzem trwał około godziny. Następnie strażnicy chwycili kobietę, wśród krzyków tłumu rzucili ją na drewnianą dwukółkę i powiedli do moskiewskiego klasztoru Iwanowskiego, gdzie w piwnicy bez okna czekała już cela nazywana przez mniszki „pokutą”. Miała ponoć nie więcej niż cztery metry kwadratowe, a być może była jeszcze mniejsza. Przez pierwsze miesiące więźniarka jej nie opuszczała, a ciemność rozświetlała tylko dwa razy dziennie świeca trzymana przez zakonnicę przynoszącą posiłki. Dopiero w następnym roku mogła wyjść z celi na kilka godzin – pozwolono jej przez maleńkie okienko chóru przyglądać się cerkiewnej liturgii, dzięki czemu całkowicie nie oślepła.

Takiej dyscypliny doświadczała przez 11 lat, a później za zgodą przeoryszy poluzowano nieco reżim, ale kobieta nigdy już nie opuściła monastyru. Zmarła w nim w 1801 r., po prawie 33 latach od uwięzienia.

Seryjni mordercy [CZ. I]: Gilles de Rais: marszałek Francji i seryjny morderca

Przedwczesna wdowa

W XVIII-wiecznej Rosji tak surowy wyrok wydany na szlachciankę stanowił ewenement (za Katarzyny nie karano śmiercią dobrze urodzonych). Skazana miała na imię Daria i wywodziła się ze znamienitego rodu Iwanowów. Urodziła się w marcu 1730 r., łączyło ją bliskie pokrewieństwo z Tołstojami, Dawidowami, Stroganowami. Stanowiła świetną partię, a rodzina wybrała jej na męża nie byle kogo, bo rotmistrza lejbgwardii (tj. cesarskiej straży przybocznej) pułku konnego Gleba Aleksiejewicza Sałtykowa. Z tego związku urodziło się dwóch synów. Postronni uważali ją wtedy za kobietę skromną i bardzo pobożną, raz po raz odbywającą pielgrzymki do monastyrów i miejsc świętych rosyjskiego prawosławia. Wiadomo np., że odbyła dziękczynno-błagalną wyprawę do Ławry Peczerskiej w Kijowie, gdzie składała przedstawicielom Cerkwi daniny i rozdawała jałmużnę ubogim.

W psychice i zachowaniu pani Sałtykowej zaszły poważne zmiany w chwili przedwczesnej śmierci jej męża – została wdową w wieku 26 lat. Synów wysłała po naukę i na służbę do pułków lejbgwardii, nie żył już jej ojciec, a matka i babka postanowiły resztę życia spędzić w klasztorach. W ten oto sposób Daria Sałtykowa została jedyną dysponentką rozległych włości położonych w guberni moskiewskiej, a także w okolicach Wołogdy i Kostromy oraz 600 chłopów pańszczyźnianych wraz z rodzinami.

Seryjni mordercy [CZ. II]: Wilkołak z Bedburga

Z Sałtykowej Sałtyczycha

W XVIII-wiecznej Rosji chłop pańszczyźniany był de facto niewolnikiem właściciela wsi, w której mieszkał. Musiał spełniać wszelkie jego zachcianki, harować ponad siły na pańskim polu i stawać na każde zawołanie. Gdy chłop się żenił, wiedział, że dziewictwo żony należy do właściciela i tylko od jego widzimisię zależy, czy łaskawie odstąpi od przysługującego mu prawa pierwszej nocy. Wielu poddanych Sałtykowej miało z początku nadzieję, że pod jej rządami będzie im lepiej niż za czasów bezwzględnego Sałtykowa. Przeliczyli się srodze i niebawem zaczęli nazywać ją „złą Sałtyczychą”.

Około pół roku po śmierci męża dziedziczka zaczęła odnosić się do chłopów z niespotykanym bestialstwem. Najwięcej złościły ją dziewki źle, jak uważała, zmywające podłogi w dworze i nieprzykładające się do mycia naczyń. Dziewczynie uznanej przez Sałtykową za winną jakiegoś wykroczenia kładziono na szyję dużą drewnianą belkę, do której przywiązywano powrozami dłonie. Następnie stajenni katowali kobietę biczami. Dziedziczka często na tym nie poprzestawała, nakazując koniuchom lać wrzątek na świeże rany. Czasem sama chwytała rozpalone żelazne pręty i przypalała nimi skórę omdlałych z bólu dziewcząt; zdarzało się, że rozżarzonym żelastwem dotykała również ich włosów.

Włosy niewolnic paliła także za pomocą żagwi, a rozpalone pręty wkładała nieszczęśnicom do uszu. Nie zawsze też wykazywała się cierpliwością w torturowaniu – niejednokrotnie chwytała ofiary za włosy i potrząsała ich głowami, jednocześnie uderzając o ścianę. Jej siła fizyczna stała się legendarna, w furii umiała ponoć oskalpować winne, a zdarzało się, że po kaźni kazała im stać ze skrwawionymi głowami przez kilka dni nago na mrozie. Morzyła je też głodem. Niewiele torturowanych przeżyło kary wymierzane przez swą panią.

Większość okrucieństw popełnionych na rozkaz Sałtykowej miała miejsce w jednej z jej podmoskiewskich wsi o nazwie Troickie, ale wieści o wyczynach wdowy doszły i do Moskwy. Jej moskiewski dom stał na rogu Łubianki i mostu Kuźnieckiego (mniej więcej tam, gdzie dziś jest siedziba FSB), a zainteresowanie moskwian wzbudziło to, że często szukała służących i pokojówek, z których wiele niedługo po podjęciu pracy przepadało bez wieści. Na ten temat krążyły przerażające historie.

Przypadek Agrafeny

Mrożącą krew w żyłach opowieść o Sałtykowej przedstawił znajomym kupcom pewien pop, który opowiedział, jak pewnego dnia wezwano go do domu na Łubiance do dziewczyny o imieniu Agrafena. Ciało nieszczęśnicy było całe we krwi, a ona sama nie dawała już znaku życia. Odmówił nad ciałem modlitwy za konających, po czym Sałtykowa pospiesznie mu podziękowała i zdawkowo pożegnała. Przy wyjściu pop spotkał zapłakaną kuchtę, która opowiedziała mu, co się stało z Agrafeną.

Dziewczyna została wezwana przez panią do pomocy przy porannej toalecie, ale na jej nieszczęście Sałtykowa obudziła się w podłym humorze i wyraźnie chciała znaleźć jakieś uchybienie w pracy Agrafeny. Służąca wszystko wykonywała poprawnie. Po ablucjach ubrała panią, a ta zaczęła obchód domostwa. Wszędzie było czysto, panował idealny porządek, więc nie było się do czego przyczepić. Wreszcie Sałtykowa weszła do pokoju, gdzie przez uchylone okno wpadł jesienny liść, który doprowadził ją do furii. Podbiegła do Agrafeny, spoliczkowała ją i zaczęła okładać pięściami oraz mosiężnym dzbanem stojącym na jednym z mebli. Biła dopóty, dopóki skrwawiona dziewczyna nie osunęła się bez ducha na podłogę. Wtedy dopiero odstąpiła od bicia i kazała wołać popa.

Kuchta, która opowiedziała mu historię zabójstwa Agrafeny, sama bała się o życie, mówiła, że nie ma dnia, by pani nie wchodziła do kuchni, by karać pracujące w niej dziewczęta. Codziennie otrzymywały razy wałkiem do ciasta, nierzadko też cierpiały z powodu poparzeń, bo Sałtykowa za urojone czy rzeczywiste uchybienia zwykła je oblewać wrzątkiem bądź gorącym tłuszczem.

Seryjni mordercy [CZ. III]: „Peter Niers: najgorszy zabójca doby reformacji”

Zemsta odrzuconej

Z biegiem czasu w Moskwie opowiadano sobie coraz bardziej nieprawdopodobne opowieści na temat Sałtykowej. Mówiono, że porywa dzieci i je zjada oraz że odrzyna młodym służącym piersi i także je je. Historycy nie uważają „Sałtyczychy” za ludożerczynię, ale pewne jest, że od pewnego momentu zaczęła nienawidzić młodych kobiet.

Niektórzy ze współczesnych upatrywali przyczyn nienawiści w tym, że po utracie męża Sałtykowa zakochała się w geodecie Nikołaju Tiutczewie – dziadku znanego poety Fiodora Tiutczewa – który mierzył jej podmoskiewskie dobra. Romans trwał jakiś czas i wdowa liczyła po cichu na ślub, lecz po dwóch latach ukochany zdecydował się ożenić z młodą panną o nazwisku Paniutina. Rozjuszona Sałtykowa kazała sługom podpalić dwór rodziców Paniutiny i należący do Tiutczewa dom w Moskwie. Służących wyposażyła w proch i siarkę, ale ci nie wykonali zadania. Tiutczew poślubił Paniutinę i kiedy po weselu wybierał się z żoną do swych włości w okolicach Tambowa, Sałtykowa kazała swym chłopom zabić młodą parę w podróży poślubnej. Rozkaz znów nie został wykonany, bo chłopi się obawiali surowej kary – za zabójstwo szlachcica skazywano ich na stryczek. Zamiast dokonać mordu, poprosili znajomego urzędnika, by napisał anonimowy list do Tiutczewa, w którym ostrzegli go przed planowanym morderstwem. Przerażony geodeta poprosił o ochronę wojskową i ją otrzymał.

Nie mogąc się zemścić, Sałtyczycha zaczęła przelewać złość na nowożeńców, którzy brali ślub w jej dobrach. Biła świeżo poślubione oraz mężatki z długoletnim stażem, a wkrótce wśród ofiar jej tortur znaleźli się narzeczeni, mężowie i dzieci nieszczęsnych kobiet. Ale z jakiegoś powodu bała się mordować mężczyzn – po bestialskich okaleczeniach kazała ich cucić, czego nie czyniła w przypadku kobiet. Nie wszystkim skatowanym mężczyznom udało się uniknąć śmierci. W listopadzie 1759 r. po dniu okrutnych tortur Sałtyczycha zabiła swojego sługę Chryzanta Andriejewa, który zamierzał się żenić. We wrześniu 1761 r. zamordowała własnymi rękoma chłopca – Łukiana Michiejewa.

Przerażeni chłopi zaczęli szukać pomocy u lokalnych władz i z pomocą urzędników wysyłali nawet memoriały na dwór carski, ale nie doczekali się odpowiedzi. Sałtyczycha miała w Petersburgu świetne koligacje i była pewna, że nie spotka jej nic złego, a poza tym potrafiła łapówkami wymóc przychylność urzędników moskiewskich. Wszelkie skargi składane przez chłopów prędzej czy później trafiały na jej biurko. Działo się tak do czasu, gdy 9 lipca 1762 r. tron objęła Katarzyna II.

Ucieczka do tronu

Wczesną jesienią 1762 r. w Petersburgu pojawiło się dwóch chłopskich zbiegów. Nazywali się Jermołaj Ilin i Sawielij Martynow. Przed kilkoma miesiącami uciekli z podmoskiewskich dóbr Darii Sałtykowej, która okrutnie zamordowała ich małżonki. Uciekając, nie kierowali się jednak na południe, ku dońskim stepom, dokąd najczęściej szli zbiegli chłopi. Ich cel był inny – chcieli w stolicy u samej imperatorowej wnieść skargę przeciw pani. Plan nie powinien był zakończyć się sukcesem, bo właściwie nikt nie mógł zweryfikować, skąd pochodzą i czy podawane przez nich nazwiska są prawdziwe (dlatego przez cały czas pobytu w stolicy ukrywali się, a o przekazanie skargi poprosili pewnego mieszkańca Petersburga, któremu opowiedzieli o swych losach). Poza tym zgodnie z regułami obowiązującymi w imperium caryca osobiście mogła się zajmować wyłącznie skargami zgłaszanymi przez wyższych urzędników (dopiero po kilkudziesięciu latach syn Katarzyny II Paweł I kazał wystawić przed Pałacem Zimowym skrzynkę na donosy o przestępstwach od wszystkich osób, bez względu na ich stan i pochodzenie). Dotąd chłopscy zbiegowie, którzy u tronu domagali się sprawiedliwości przeciwko swym panom, byli natychmiast więzieni, wysyłani na Sybir lub zabijani. W przypadku Ilina i Martynowa stało się inaczej. Jakimś cudem carycę zainteresowała ich skarga i postanowiła urządzić Sałtykowej proces pokazowy, który w zamierzeniu imperatorowej miał być początkiem „nowej ery praw” w Rosji.

Seryjni mordercy [CZ. IV]: „964 ofiary zbója z Frassberga”

Śledztwo Wołkowa i Cycjanowa

Władczyni zleciła szczegółowe śledztwo moskiewskiemu kolegium sprawiedliwości. Na śledczego wyznaczono Stiepana Wołkowa, urzędnika niskiego pochodzenia, więc wielu nie mieściło się w głowach, że ktoś taki może prowadzić dochodzenie przeciw szlachciance, i nie uspokajało ich wcale, że na asystenta na życzenie carycy wyznaczono księcia Dymitra Cycjanowa.

Zaczęli od dokładnego sprawdzenia ksiąg rachunkowych w dobrach Sałtykowej i ustalili od razu, że podejrzana bardzo często rozdawała łapówki miejscowym urzędnikom. Z czasem stało się dla nich jasne, że w ostatnich latach we włościach Sałtykowej wiele chłopskich dusz, szczególnie kobiet, przepadło bez wieści. Niektóre z zapisów o zgonach poddanych wydawały im się podejrzane, zainteresowała ich np. historia dwudziestoletniej dziewczyny, która zaczęła jako sługa w domu Sałtykowej, a już po kilku tygodniach, jak zapisano, „nagle zmarła”. Podobnych zapisów Wołkow i Cycjanow odnaleźli sporo. Chłopskie dziewczęta znikały bez śladu z niewiadomych powodów, co w księgach Sałtykowej opisywano zwykle jako „przenosiny do rodzinnej wioski”.

Potem śledczy odkryli, że do urzędu gubernatorskiego w Moskwie, jak również do moskiewskiego departamentu policji i prokuratury trafiło w ostatnich latach co najmniej 21 skarg złożonych przez poddanych Sałtykowej (w skargach wpisano imiona i daty śmierci jej ofiar). Wszystkie przesłano do niej z powrotem. Wołkow i Cycjanow ustalili, że mściła się na wysyłających skargi chłopach i ich rodzinach, o czym zaświadczyli liczni świadkowie.

Po tych odkryciach zapadła decyzja o aresztowaniu Sałtykowej. Podczas przesłuchań grożono jej torturami, ale niewiele sobie z tych gróźb robiła, słusznie uznając, że stosowanie tortur wobec szlachetnie urodzonych jest surowo zakazane. Śledczy próbowali ją zatem nakłonić do współpracy z pomocą popa Dymitra Wasiliewa z moskiewskiej cerkwi pod wezwaniem Mikołaja Cudotwórcy. Jednak jego nawoływania, by pani Daria zawczasu przed ostatecznym boskim wyrokiem czyniła pokutę, na nic się zdały.

Mimo wszystko wiosną 1765 r. śledztwo w moskiewskim kolegium sprawiedliwości zostało formalnie zakończone, a Wołkow i Cycjanow przekazali sprawę do dalszego rozpatrzenia Senatowi w Petersburgu. Twierdzili, że ponad wszelką wątpliwość Sałtykowa zamordowała 38 osób i bardzo prawdopodobne, że odpowiada za śmierć dalszych 26.

Niech karze Katarzyna

Po ponadtrzyletnim procesie przed Senatem sędziowie uznali Sałtykową za winną morderstw i tortur, ale o wydanie wyroku poprosili cesarzową. Wiadomo, że we wrześniu 1768 r. Katarzyna kilkakrotnie zmieniała sentencję wyroku, a w jednej z wersji kazała napisać, że oskarżona nie jest godna nazywać się kobietą. Wreszcie 2 października imperatorowa ogłosiła, że Sałtykowa jest winna zarzucanych czynów. Cały majątek został przepisany na jej synów, a Katarzyna skazała na katorgę popa Stiepana Pietrowa ze wsi Troickie, któremu udowodniono współudział w torturach i mordach.

Od surowego wyroku caryca nigdy nie odstąpiła. Po 11 latach spędzonych w bezokiennej celi przeorysza monastyru Iwanowskiego pozwoliła co prawda Sałtykowej wychodzić częściej do klasztornej cerkwi na liturgię, ale i tak cały czas przebywać musiała podczas obrzędów za kratą. Mogła jednak rozmawiać z ludźmi. Gdy zmarła, pochowano ją na cmentarzu klasztoru Dońskiego w Moskwie, gdzie znajdowały się groby jej najbliższych krewnych. Po jej śmierci cela zwana „pokutą” została zamieniona w schowek na naczynia i inne utensylia liturgiczne.

Epileptyczka, odrzucona, lesbijka?

Zdaniem historyków Sałtykowa zamordowała co najmniej 139 osób, w większości były to młode kobiety i dziewczynki (mężczyzn, jak wynika z zachowanych źródeł, zabiła jedynie trzech). Kilka lat temu w Rosyjskiej Akademii Nauk powstał raport kryminologów i psychiatrów próbujących rozstrzygnąć, co spowodowało, że z kobiety pobożnej Sałtykowa przeistoczyła się w zbrodniarkę Sałtyczychę. Zespół naukowców stwierdził, że mogła za to częściowo odpowiadać epilepsja, na którą cierpiała, jak również zawód miłosny związany z Tiutczewem. Za swoje niepowodzenie zaczęła obwiniać wszystkie młode kobiety. Długo tłumione przez żarliwą religijność popędy zamieniły się w psychopatyczną postać sadystycznej agresji. Wedle psychiatrów badających dokumenty „sprawy Sałtykowej” mogła być ona również ukrytą lesbijką, co mogłoby tłumaczyć, dlaczego ofiarami jej sadyzmu były w znakomitej większości kobiety.

W ”Ale Historia” czytaj też:

Rzeź Ormian
100 lat temu, 24 kwietnia 1915 r., tureckie wojsko i policja wyłapały ok. 2 tys. mieszkających w Stambule Ormian. Niemal wszyscy zostali natychmiast zamordowani. Ten dzień uważany jest za początek ludobójstwa mniejszości ormiańskiej, które w ciągu następnego roku mogło pochłonąć nawet 1,5 mln ofiar

Pogrom cór Koryntu
Przez trzy dni motłoch atakował warszawskie domy publiczne, bijąc i zabijając prostytutki i sutenerów. Rozjuszeni uczestnicy pogromów wyrzucali przez okna meble i sprzęty znajdujące się w lupanarach, a lekarzy próbujących ratować rannych obrzucali kamieniami

Żołnierzami Stalina zostali niechcący
– Niektórzy z was boją się, że nie mają dokąd wracać. A co? Jak wyjeżdżaliście, to z oficjalnym pozwoleniem? Związek Radziecki to nie zakład dobroczynności! – szydził z niepotrzebnych już żołnierzy Brygad Międzynarodowych André Marty, generalny inspektor Brygad z ramienia Kominternu

Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu: naród z wojskiem, wojsko z narodem
„Kiedy wojsko śpiewa, nikt w kraju nie ziewa, kiedy wojsko nuci, nikogo nie smuci, kiedy wojsko nuci, nikt młotkiem nie rzuci” – śpiewał w 1985 r. w Kołobrzegu Rudolf Poledniok. Wykonywana przez niego piosenka pt. „Nikt nie ziewa” dostała wyróżnienie

Wyborcza.pl

Jest skarga na ks. Dariusza Oko. Filozof donosi na duchownego do episkopatu

Przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki otrzymał list dotyczący wypowiedzi ks. prof. Dariusza Oko
Przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki otrzymał list dotyczący wypowiedzi ks. prof. Dariusza Oko Fot. Tymon Markowski / Agencja Gazeta

Ks. prof. Dariusz Oko często porusza temat homoseksualizmu, ostrzegając swoich słuchaczy i czytelników przed zagrożeniami, jakie mają się z nim wiązać. Kapłan nie przybiera przy tym w słowach, co razi wiele osób. Zniesmaczony słowami ks. Oko jest m.in. filozof Marcin Bogusławski, który na zachowanie duchownego poskarżył się w liście do abp. Stanisława Gądeckiego.

List zaadresowany został zarówno do przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Gądeckiego, jak i prof. Wojciecha Zyzaka, rektora Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, z którym związany jest ks. Oko.

Bogusławski, pracownik Katedry Filozofii Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego, rozpoczął pismo od przypomnienia art. 47 polskiej konstytucji, który wskazuje, że każdy „ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o życiu osobistym”, oraz podobnych zapisów Powszechnej deklaracji praw człowieka i Europejskiej konwencji praw człowieka.

Bogusławski przypomniał również o tym, co o homoseksualizmie mówi Katechizm Kościoła katolickiego. Napisano w nim, że osoby homoseksualne należy traktować z „z szacunkiem, współczuciem i delikatnością”. Zdaniem Bogusławskiego o komentarzach ks. Oko można powiedzieć wiele, ale nie to, że odznaczają się „szacunkiem, współczuciem i delikatnością”.

Aby unaocznić problem, filozof przytoczył fragmenty wypowiedzi ks. Oko. Dowiedzieć można się z nich na przykład, że „w krwi tego pederasty, który jest stroną nastawiającą się, płynie rozcieńczona, ale jednak gnojówka”.

Ks. Oko chętnie przytacza także dane statystyczne, powtarzając chociażby, że około 60 procent chorych na AIDS stanowią geje. Według Bogusławskiego kapłan nie podaje jednak źródeł, z których wypływają podawane przez niego informacje.

MARCIN BOGUSŁAWSKI

W moim odczuciu wszystkie cytaty są wyrazem ideologicznego zaślepienia. Naruszają godność osobową powiązaną przez Krk z wolnością człowieka. W sposób karykaturalny przedstawiają życie intymne dużej części obywateli, które podlega ochronie prawnej. Kształtują niezdrowe stereotypy, przekształcające się w nieuzasadnioną niechęć. Obrażają także zdrowy rozsądek. Czytaj więcej

naTemat.pl

List do dyrektora FBI Jamesa Comeya

Mariusz Zawadzki, Gazeta Wyborcza (Waszyngton), 20.04.2015
Dyrektora FBI James Comey

Dyrektora FBI James Comey (JOSHUA ROBERTS / REUTERS / REUTERS)

Szanowny Panie Dyrektorze, Pańska inicjatywa, żeby wszystkich agentów FBI wysyłać w ramach edukacji do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, jest godna pochwały.
Dowiedzą się tam – cytuję Pana słowa – jak „dobrzy ludzie pomogli zamordować miliony”. Dowiedzą się, jak „zwykli ludzie, którzy kochali swoje rodziny, zanosili zupę choremu sąsiadowi i chodzili do kościoła, pomagali złym ludziom w mordowaniu Żydów na masową skalę”. A co gorsza, ci „mordercy i wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i innych miejsc uważali, że nie robią nic złego”.Edukacja agentów FBI byłaby wszakże niepełna, gdyby nie przedstawić im stenogramu z rozmowy, jaką wysłannik polskiego państwa podziemnego Jan Karski przeprowadził w 1943 r. z prezydentem USA Franklinem Delano Rooseveltem.

Była to długa rozmowa. Karski powiedział m.in.: „Jestem pewien, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy ze straszliwego losu żydowskiej ludności w Polsce. Ponad 1,8 mln Żydów zostało zamordowanych w naszym kraju. Jest zasadnicza różnica w terrorze względem Polaków i względem Żydów. Niemcy chcą złamać Polaków jako naród, ale chcą ich zachować na podbitych przez siebie ziemiach, pozbawiając wszelkich praw. Jeśli idzie o Żydów, Niemcy chcą fizycznie, biologicznie unicestwić cały naród żydowski”.

Trudno o bardziej dosadne i trafne przedstawienie ówczesnej sytuacji. O dziwo jednak, prezydent Roosevelt w ogóle nie podjął tematu! Pytał Karskiego o strukturę polskiego podziemia, o porównanie życia pod niemiecką okupacją w Polsce i we Francji, a nawet o sytuację koni i bydła na polskiej wsi (sic!). O masową zagładę Żydów w ogóle się nie dopytywał.

Trzeba, żeby agenci FBI dowiedzieli się w ramach przestrogi, że nawet dobry prezydent – bo niewątpliwie Roosevelt był dobrym, nawet wybitnym prezydentem – zlekceważył masową egzekucję całego narodu. Mógł np. zlecić bombardowanie torów kolejowych prowadzących do obozów koncentracyjnych, ale jednak z niejasnych przyczyn tego nie zrobił.

Czy Roosevelt stał się z tego powodu „wspólnikiem w Holocauście”? To oczywiście zależy od definicji „wspólnika”. Każdy się zgodzi, że Polacy, którzy w czasie wojny wydawali Żydów Niemcom, byli wspólnikami. Ale takich było stosunkowo niewielu. Podobnie jak niewielu było Polaków, którzy ukrywali i ratowali Żydów.

Zdecydowana większość Polaków w obliczu Holocaustu nie robiła nic – ani dobrego, ani złego. Jak pisał Miłosz w słynnym wierszu „Campo di Fiori”, w Warszawie kręciła się karuzela, kiedy kilka ulic dalej płonęło getto. Czy owa bierna większość Polaków to „wspólnicy w Holocauście”? Jak wiadomo, za ukrywanie Żydów była podczas okupacji tylko jedna kara – rozstrzelanie całej rodziny. Jeśli zatem, Dyrektorze Comey, potępia Pan owe miliony biernych Polaków, to wypada tylko pogratulować FBI wyśrubowanych standardów moralnych. Ale w tych standardach dobry prezydent Roosevelt jest również „wspólnikiem w Holocauście”.

Ma Pan rację, trzeba nieustannie przypominać o zagładzie Żydów. Ale warto też pamiętać o innych ludobójstwach, a już szczególnie o własnych czystkach etnicznych. Weźmy np. osławioną „ustawę o usunięciu Indian”, którą Kongres USA przyjął, a prezydent Andrew Jackson popierał i energicznie wdrażał w latach 30. XIX wieku. Na jej mocy pięć plemion, w tym Czirokezi, zostało przymusowo wysiedlonych ze stanów na atlantyckim wybrzeżu USA. W eskorcie wojska przepędzono ich na zachód, na tzw. terytorium indiańskie za rzeką Missisipi – około 1300 km. Kilka tysięcy zmarło z wycieńczenia podczas marszu, który Indianie wspominają jako „szlak łez”.

Była to niewielka czystka etniczna, zupełnie nieporównywalna z Holocaustem. Ale czyż nie jest dziwne, że odpowiedzialny za nią prezydent Jackson znajduje się na banknotach 20-dolarowych? Że codziennie miliony Amerykanów bezwiednie oddają hołd zbrodniarzowi, trzymając w portfelach jego podobizny? Chyba już najwyższy czas, Panie Dyrektorze, żeby ktoś wrażliwy historycznie jak Pan wystąpił z apelem o wycofanie z obiegu wszystkich 20-dolarówek i emisję nowych, na których prezydenta Jacksona zastąpi ktoś inny.

Zobacz także

wyborcza.pl

Lis: Siedzisz cicho – masz spokój. Spróbuj mówić, że zamachu nie było – zostajesz skopany

Anna Siek, 20.04.2015
Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

„Powtarzanie rzeczy oczywistych i stanie na straży prawdy wymaga w Polsce solidnej asertywności i twardego moralnego kręgosłupa. Czasem trzeba za to płacić cenę zniewag, oszczerstw, insynuacji, czasem – wielopokoleniowej lustracji” – pisze Tomasz Lis. Wg szefa „Newsweeka” osobom, które krytykują PiS i nie wierzą w zamach w Smoleńsku, fundowane jest „piekło”.
Zdaniem Tomasza Lisa Prawo i Sprawiedliwości w sprawie katastrofy smoleńskiej gra „na dwóch instrumentach”. I odnosi spore sukcesy. „Hardcorowi PiS-owcy” – jak napisał naczelny „Newsweeka” – bez przerwy powtarzają „zamach, zamach, zamach, ot taka prymitywna propagandowa rąbanka”. Znacznie subtelniej grają „smoleńscy sceptycy”, którzy jak ocenia Lis, to najczęściej „zwykli PiS-owscy oddelegowani do wstrętnych mainstreamowych mediów, by udawać nie PiS-owców, a może nawet obiektywnych dziennikarzy”.Właśnie do ich audycji „tylko przez przypadek przychodzą PiS-owscy politycy”. Dzięki takim wizytom, jak uważa Tomasz Lis, widzowie „myślą: „Laboga, ten ci z tego mejnstrimu, a wątpliwości ma, zamach mógł być!”.

„Siedzisz cicho – masz spokój”

Sączenie jedynie słusznej prawdy, czyli że w Smoleńsku doszło do zamachu, to zdaniem redaktora naczelnego „Newsweeka” niejedyna sprawdzona broń Prawa i Sprawiedliwości. Zdaniem dziennikarza równie ważne są ataki na wszystkich, którzy mają inne zdanie na temat tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku.

„Wszyscy funkcjonujący w mediach od lat dostają od PiS-owskiej prawicy prosty sygnał: siedzisz cicho, buzia w kubeł, masz spokój. Ale spróbuj otwarcie mówić, że zamachu nie było, że PiS cynicznie instrumentalizuje katastrofę albo że IV RP była pomysłem całkowicie poronionym – zostajesz skopany, odsądzony od czci i wiary, zafundujemy ci piekło, rozgrzebiemy życiorys twój i twoich przodków”.

Lis uważa, że takiemu szantaż „ma korzenie w obrzydliwej epoce moczaryzmu”, ulega wielu dziennikarzy, „ze strachu lub wygody ulega”.

W tej sytuacji, jak uważa Tomasz Lis, „powtarzanie rzeczy oczywistych i stanie na straży prawdy wymaga w dzisiejszej Polsce naprawdę solidnej asertywności i twardego moralnego kręgosłupa”. „Czasem trzeba za to płacić cenę zniewag, oszczerstw, insynuacji, czasem – wielopokoleniowej lustracji. Trudno. Oni mają rację – presja ma sens. My również – mówienie prawdy ma sens jeszcze większy” – podsumowuje redaktor naczelny „Newsweeka”.

Zobacz także

TOK FM

Staniszkis: Korwin-Mikke jest ekscentrycznym, beznadziejnym staruszkiem

klep, 20.04.2015
Jadwiga Staniszkis podczas konferencji prasowej kandydata na europosla Kazimierza Ujazdowskiego

Jadwiga Staniszkis podczas konferencji prasowej kandydata na europosla Kazimierza Ujazdowskiego(MIECZYSŁAW MICHALAK)

– Strzelanie do związkowców było chore – krytykowała kolejne kontrowersyjne wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego prof. Jadwiga Staniszkis. Socjolożka w TVN24 nazwała Korwin-Mikkego „beznadziejnym staruszkiem”.

 

Prof. Jadwiga Staniszkis komentowała w „Faktach po Faktach” w TVN24 dobre wyniki antysystemowych kandydatów na prezydenta: Janusza Korwin-Mikkego i Pawła Kukiza. Socjolożka przyznała, że ten ostatni zyskuje zwłaszcza w oczach pokolenia, jak to ujęła, ciężko pracujących trzydziestolatków. To dla nich Kukiz „ma błysk”.

Strzelanie do górników? „To było chore”

Bardziej krytycznie Staniszkis oceniła Korwin-Mikkego. – Strzelanie do związkowców było chore – stwierdziła, odnosząc się do ostatniej kontrowersyjnej wypowiedzi polityka. – Korwin-Mikke jest ekscentrycznym, beznadziejnym staruszkiem – skwitowała.

– Jeżeli bandyci będą napadali na ludzi, to trzeba będzie do nich strzelać. Mam obowiązek bronić ludzi – mówił kilka dni temu Monice Olejnik Janusz Korwin-Mikke. Jego wypowiedź wywołała burzę, gdyż polityk sugerował w ten sposób, że dopuszcza strzelanie do strajkujących.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: