Cukierek (18.04.15)

 

Kasa Krajowa SKOK mogła już od siedmiu lat wiedzieć o przekrętach w SKOK Wołomin. Świadczą o tym dokumenty

Według KNF, Kasa Krajowa SKOK o nieprawidłowościach w Wołominie wiedziała już w 2008 roku.
Według KNF, Kasa Krajowa SKOK o nieprawidłowościach w Wołominie wiedziała już w 2008 roku. Fot. Przemek Wierzchowski/Agencja Gazeta

Komisja Nadzoru Finansowego zarzuca Kasie Krajowej, że nie ratowała SKOK Wołomin, w którym dochodziło do poważnych nieprawidłowości. O tym wszystkim Kasa Krajowa mogła wiedzieć już od siedmiu lat.

„Gazeta Wyborcza” sprawdziła, dlaczego wprowadzenie zarządcy komisarycznego do SKOK Wołomin zajęło blisko dwa lata. Anonimowy informator dziennika potwierdza, że we wrześniu 2012 roku Kasa Krajowa SKOK poinformowała KNF o nieprawidłowościach, do których dochodzi w Wołominie.

Jakie to nieprawidłowości? Odpowiedź Kasy Krajowej miała być nieprecyzyjna, a wątpliwości budziły powiązania pomiędzy niektórymi osobami i transakcjami. Nie powiadomiono jednak prokuratury, bo nie stwierdzono wystąpienia szkody.

INFORMATOR

Nie zdecydowali się też na ustanowienie zarządu komisarycznego, mimo że byli do tego uprawnieni, a Kasy Krajowej, w odróżnieniu od KNF, nie wiązała żadna procedura administracyjna. Mogli to zrobić już następnego dnia. Być może było to związane z tym, że rok wcześniej nagrodzili prezesa tej Kasy jako najlepszego w systemie SKOK-ów

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

W SKOK Wołomin przeprowadzano trzy audyty (w tym jeden przez międzynarodową firmę), ale żaden nie wykazał nieprawidłowości. Może to wynikać z faktu, że w Wołominie fałszowano wyniki finansowe.

W marcu 2013 roku KNF wszczęła postępowanie administracyjne, którego celem było wprowadzenie do SKOK Wołomin komisarza. Kasa Krajowa zgłosiła się do postępowania jako strona, ale Wołomin złożył wnioski dowodowe, które należało rozpatrzyć. Nikt z Kasy Krajowej na rozprawę nie przyszedł, nie składano też wniosków, ani nie domagano się wprowadzenia zarządcy komisarycznego.

Z kolei SKOK Wołomin przekonywał później, że wykryte przez KNF nieprawidłowości zostały naprawione. 16 kwietnia KNF oddaliła zastrzeżenia, a tego samego dnia doszło do pobicia wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka. Według prokuratury, napad mógł zlecić były członek organu nadzoru SKOK Wołomin.

Jak wynika z informacji „Wyborczej”, KNF uważa, że o nieprawidłowościach w Wołominie Kasa Krajowa wiedziała już od 2008 roku. Świadczą o tym dokumenty odnalezione w archiwach Wołomina przez zarządcę komisarycznego.

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

naTemat.pl

Jak to było z o. Mądelem i skierowaniem arcybiskupa do czyśćca? [KOMENTARZ]

jacek Gądek, 18.04.2015

Co najważniejsze: mam nadzieję, że wspólnota jezuitów zapewni o. Krzysztofowi Mądelowi wsparcie. Zasługuje na to, bo jest – po prostu – dobrym człowiekiem. Ale faktem też jest, że zwrócił się do abp. Marka Jędraszewskiego tak: „Żyj nadal w swoim świecie, ale czyściec cię nie ominie”. A potem te słowa usunął.

O. Krzysztof Mądel (z lewej)

Foto: Tomasz Wiech / Agencja Gazeta O. Krzysztof Mądel (z lewej)

Sieć nie za­po­mi­na, ale – nawet w sy­tu­acjach, gdy może się to wy­da­wać zbęd­ne – le­piej zro­bić scre­ena, by unik­nąć cza­sem bez­za­sad­nych za­rzu­tów. Ta­kich jak ten, że można by wy­my­ślić dość ob­szer­ną i kry­tycz­ną wobec hie­rar­chy ko­ściel­ne­go – abp. Marka Ję­dra­szew­skie­go – opi­nię i na do­da­tek przy­pi­sać ją in­ne­mu po­wszech­nie zna­ne­mu du­chow­ne­mu – o. Mą­de­lo­wi. Nikt roz­sąd­ny by tak nie uczy­nił i nikt tak też nie zro­bił, choć za­rzut taki wobec mnie padł. Ale zo­stał wy­co­fa­ny, za co je­zu­itom dzię­ku­ję.

O. Krzysztof Mądel do abpa Marka Jędraszewskiego: czyściec cię za to nie ominie

Abp Marek Jędraszewski w 5. rocznicę katastrofy smoleńskiej mówił w homilii, że „niewytłumaczalne jest zawieszenie działania praw dynamiki Newtona”. Zakonnik o. Krzysztof Mądel odpowiedział mu w sieci: – Żyj nadal w swoim świecie, ale czyściec cię nie ominie.

– Wiem, że masz rację. Sam czy­ta­łem ten wpis o. Mą­de­la – tak na­pi­sa­ła mi osoba, która re­alia Ko­ścio­ła zna do­sko­na­le. Tuż po tym, jak zakon je­zu­itów nie­spo­dzie­wa­nie opu­bli­ko­wał oświad­cze­nie, w któ­rym za­rzu­co­no mi „ma­ni­pu­la­cję” i za­kwe­stio­no­wa­no praw­dzi­wość cy­ta­tów z ich współ­bra­ta.

A spra­wa wy­glą­da tak: o. Mądel jest bar­dzo ak­tyw­ny na Fa­ce­bo­oku – także dla­te­go, że w ten spo­sób ko­mu­ni­ku­je się z ofia­ra­mi mo­le­sto­wa­nia sek­su­al­ne­go przez du­chow­nych. Sam – jak się zwie­rzał, po­wstrzy­mu­jąc przy tym łzy – w mło­do­ści padł ofia­rą księ­dza, przez co do dziś ko­niecz­na jest te­ra­pia, by upo­rał się z re­flek­sa­mi zda­rzeń sprzed lat.

Na Fa­ce­bo­oku w gro­nie „zna­jo­mych” ma jed­nak ponad ty­siąc osób – w tym po­li­ty­ków jak Paweł Graś i Jo­an­na Klu­zik-Rost­kow­ska, dzien­ni­ka­rzy Ce­za­re­go Gmyza i Jacka Pła­siń­skie­go czy du­chow­nych – np. ks. Ta­de­usza Isa­ko­wi­cza-Za­le­skie­go. I to wła­śnie na tym sze­ro­kim forum za­kon­nik, po prze­czy­ta­niu ho­mi­lii abp. Ję­dra­szew­skie­go wy­gło­szo­nej 10 kwiet­nia, dał wyraz swo­jej dez­apro­ba­ty dla teo­rii za­ma­cho­wych. Jako oby­wa­tel ma do tego prawo.

– Nie­wy­tłu­ma­czal­ne jest za­wie­sze­nie dzia­ła­nia praw dy­na­mi­ki New­to­na, bo prze­cież bez­po­śred­nie ude­rze­nie sa­mo­lo­tu w zie­mię mu­sia­ło­by skut­ko­wać ogrom­nym lejem, a tego leju nie było, mimo że grunt był dość mięk­ki – mówił me­tro­po­li­ta łódz­ki w cza­sie mszy. We­dług o. Mą­de­la – nie po­wi­nien, bo nie to miej­sce, a poza tym nie­praw­da. – Czyli co? Ci moi zna­jo­mi z ko­mi­sji Mil­le­ra i eks­per­ci pro­ku­ra­tu­ry to ru­skie pie­ro­gi, nie Po­la­cy? A fe, Marku – na­pi­sał o. Mądel na Fa­ce­bo­oku. To frag­ment tego wpisu i póź­niej­szych ko­men­ta­rzy za­kon­ni­ka (ca­łość do prze­czy­ta­nia tutaj).

Ale potem wpis ska­so­wał, po­dob­nie jak dys­ku­sję, która pod nim się wy­wią­za­ła. W niej to oce­niał, że dzi­siej­szy me­tro­po­li­ta łódz­ki utra­cił za­ufa­nie wier­nych już wcze­śniej – po spra­wie abp. Ju­liu­sza Pa­et­za w Po­zna­niu, któ­re­go prawą ręką jako bi­skup po­moc­ni­czy był przez lata. We­dług za­kon­ni­ka, abp Ję­dra­szew­ski wie­dział o ho­mo­sek­su­al­nych za­cho­wa­niach Pa­et­za, ale nic nie zro­bił.

Emo­cje i zde­ner­wo­wa­nie za­kon­ni­ka były zro­zu­mia­łe – wy­ra­ził je na FB, a potem swoje opi­nie po­sta­no­wił usu­nąć. Czy­ta­ła je jed­nak bar­dzo duża grupa ludzi. Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy można po­wie­dzieć: tak, scre­en stro­ny z tą pu­bli­ka­cją o. Mą­de­la by po­mógł i w ogóle nie by­ło­by dys­ku­sji, oświad­czeń, do­my­słów i tego tek­stu. Za­kon­nik po­sta­no­wił jed­nak te swoje opi­nie, które na jego pro­fi­lu wy­wo­ła­ły po­ru­sze­nie, ska­so­wać. Zdą­ży­łem o nich jed­nak na­pi­sać i za­cy­to­wać. Wła­dze za­kon­ne po­pro­si­ły współ­bra­ta o wy­ja­śnie­nia co do pu­bli­ka­cji nt. opi­nii o. Mą­de­la, które z FB już znik­nę­ły. Ufam, że in­ten­cją za­kon­ni­ka było wy­ja­śnie­nie spra­wy.

W efek­cie zakon – po­spiesz­nie – jed­nak po­sta­wił mi za­rzut: „ma­ni­pu­la­cja”, „rze­ko­me cy­ta­ty”, „nie można zna­leźć ta­kich wy­po­wie­dzi sfor­mu­ło­wa­nych przez o. Mą­de­la”. No tak – nie ma ich, bo zo­sta­ły przez au­to­ra ska­so­wa­ne, co on sam przy­zna­je. Ale to było pierw­sze oświad­cze­nie za­ko­nu je­zu­itów.

Potem było dru­gie, a w mię­dzy­cza­sie moje roz­mo­wy z o. Mą­de­lem i so­cju­szem o. pro­win­cja­ła – o. Ja­ro­sła­wem Pa­szyń­skim, któ­re­mu dzię­ku­ję za roz­mo­wę, w któ­rej – mam na­dzie­ję – wy­ja­śni­łem wąt­pli­wo­ści, a oj­ciec wy­ka­zał zro­zu­mie­nie me­cha­ni­zmów funk­cjo­no­wa­nia por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych. Dru­gie oświad­cze­nie je­zu­itów już sta­no­wi: „Za­rzut ma­ni­pu­la­cji dzien­ni­kar­skiej jest nie­uza­sad­nio­ny”.

Wła­dze za­kon­ne oświad­czy­ły za­ra­zem, że pu­bli­ka­cje o. Mą­de­la w sieci będą mieć dla niego kon­se­kwen­cje. Też mam taką na­dzie­ję. I niech tym skut­kiem bę­dzie za­pew­nie­nie swo­je­mu współ­bra­tu jesz­cze więk­sze­go wspar­cia ze stro­ny je­zu­ic­kiej wspól­no­ty.

Onet.pl

Jan Radomski: Przestańmy wierzyć w kłamstwa!

18.04.2015

Żyjemy w państwie, w którym słowom wierzy się bardziej niż liczbom, a prawo pisane jest nie pod dyktando encyklopedii, tylko biblii. Jeżeli nie zaczniemy wiedzieć zamiast wierzyć, nasza ignorancja może zebrać obfite żniwo.

Polska jest krajem w pełni demokratycznym. Homoseksualizm nie jest chorobą. Od dwudziestu lat jesteśmy jedną z najszybciej rozwijających się gospodarek na świecie. W Smoleńsku nie doszło do zamachu. To nie są opinie, tylko fakty. Fakty, które ustaliły, opisały i wymierzyły kompetentne gremia: politologowie, psychiatrzy, ekonomiści oraz inżynierowie. Tutaj nie ma miejsca na polemikę – każdy, kto twierdzi inaczej po prostu nie mówi prawdy.

Po dwudziestu kilku latach demokracji okazało się, że wolność słowa uwiodła nas tak bardzo, że nawet nie zauważyliśmy, kiedy obok opinii znalazły się brednie, a obok bredni – kłamstwa. Z rozpędu przyznaliśmy oszustom pełnoprawne miejsce w publicznej debacie. Dzisiaj jest już za późno: każdy blef, każdy nonsens i każdą bzdurę firmują setki publicystów i polityków, którzy legitymizują je powagą swoich garniturów i garsonek.

Granica pomiędzy prawdą a kłamstwem nie jest cienka. Wyznacza ją to, co o danej sprawie mówią karty encyklopedii. Może się nam wydawać, że nic się takiego nie stanie, jeżeli w zażartej dyskusji powiemy z rozpędu, że polskie nierówności rosną, a na Zachodzie nie można już używać słów „mama” i „tata”. To przecież nic wielkiego, ot drobne nadużycie. Problem polega na tym, że kłamstwa mają swoją wewnętrzną strefę Schengen – gdy się w niej znajdziemy, trudno nam będzie zauważyć, że mijamy kolejne granice. Dzięki temu rosnące nierówności nagle zamieniają się w katastrofalną sytuację ekonomiczną, a ta błyskawicznie stanie się podstawą do zakwestionowania fundamentów naszego ustroju.

Na efekty nie trzeba długo czekać. Blisko połowa polskich wyborców dała się uwieść politycznemu łgarstwo. Część z nich (wbrew wszystkim statystykom!) twierdzi że III Rzeczpospolita jest porażką. Prawica głosi płomienne tyrady o „ojczyźnie wolnej, którą racz nam wrócić Panie”, a lewica opowiada własne bajki o napisaniu prawa od nowa. A to przecież ta lepsza część naszej sceny politycznej. Pozostali wierzą w absurdalno-wolnościową wizję, którą lansuje Janusz Korwin-Mikke i Paweł Kukiz.

Ostatnio modne stało się rozważanie, co łączy Putina z Hitlerem i Stalinem. Prawdę mówiąc, bardzo niewiele. Inny jest czas, miejsce i okoliczności, inna jest skala i idea. Ale jest podobieństwo, które widać na pierwszy rzut oka: niechęć do prawdy. Bogaci Żydzi, chciwi kapitaliści czy ukraińscy faszyści są tak naprawdę bohaterami tej samej historii. Dlaczego prawicowemu Victorowi Orbanowi tak blisko do Władimira Putina, który nawiązuje do najmroczniejszych kart komunistycznej Rosji? Ponieważ obaj okłamują własne narody. To tam powinniśmy szukać źródeł zagrożeń, nasz niepokój powinna wzbudzać Syriza, Front Narodowy, Prawo i Sprawiedliwość oraz wszystkie inne partie, które tworzą własne legendy.

Grecy uwierzyli, że Unia Europejska chce im zaszkodzić, rodzina Le Pen od lat karmi swój elektorat historiami o muzułmanach, a polska prawica przekonała spora część społeczeństwa, że nasz kraj jest ruiną. Przykład Węgier pokazuje, jak poważne mogą być tego konsekwencje. Orbán także zaczynał od błahostek, a rozpędził się tak bardzo, że skłonił sporą część własnego narodu do odwrócenia się plecami od demokracji i Brukseli, ku autorytaryzmowi i Moskwie.

Im bardziej wierzymy w rozmaite łgarstwa, tym bardziej zwiększamy prawdopodobieństwo, że następnym razem „zielone ludzki” nie będą potrzebne. Po prostu ktoś na własne potrzeby zmodyfikuje istniejące kłamstwo. Dlatego granica pomiędzy fikcją a prawdą powinna być znacznie ważniejsza od innych podziałów.

Kłamstwo zawsze jest atrakcyjniejsze od prawdy. Jeżeli nie zostanie potępione, nieuchronnie zdobędzie serca tłumów. Niezależnie od tego, czy będzie nim polityczna utopia, wizja wiecznego życia, czy szczęśliwa miłość, którą oferują telewizyjni wróżbici. To zawsze ten sam mechanizm. Nikt nie zabrania nam wierzyć, ale przede wszystkim zacznijmy wiedzieć. Inaczej czeka nas smutna przyszłość. Nawet błahe kłamstewko w mgnieniu oka może przerodzić się w katastrofę.

 

Twitter: @jwmrad

Blog: radomski.liberte.pl

TOK FM

 

Ziemskie pole magnetyczne dała nam inna planeta

Michał Skubik, 17.04.2015
Zderzenie młodej Ziemi z planetą wielkości Merkurego wyjaśniłoby zagadkę jej silnego pola magnetycznego

Zderzenie młodej Ziemi z planetą wielkości Merkurego wyjaśniłoby zagadkę jej silnego pola magnetycznego(Johan Swanepoel / 123RF)

Według najnowszych badań naukowców z Oksfordu wyjaśnieniem składu naszej planety może być kosmiczne zdarzenie z początków formowania naszej planety. Może też pomóc w rozwiązaniu zagadki pochodzenia pola magnetycznego naszego globu.
Naukowcy uważają, że Ziemia powstała około 4,6 mld lat temu podczas formowania się całego Układu Słonecznego. Początek dał mu wielki,wirujący obłok złożony z gazów i pyłów. Zarówno Ziemia, jak i pozostałe skaliste planety powstały z połączenia odłamków wielkości asteroidów, które łączyły się ze sobą podczas zderzeń. To z kolei powodowało, że nowo uformowane ciała niebieskie rosły, pochłaniając coraz większą ilość materiału budulcowego.Meteoryty, które dzisiaj uderzają w powierzchnię naszej planety, są najprawdopodobniej pozostałościami materiału z okresu formowania planet. Jednak naukowcy zauważyli różnice w składzie tych kosmicznych odłamków a skorupą i płaszczem Ziemi. W wierzchnich warstwach naszej planety jest wyższa proporcja zawartości samaru w stosunku do neodymu niż w większości spadających meteorytów.

Wyjaśnieniem tej anomalii może być to, że Ziemia na wczesnym etapie jej formowania pochłonęła inne ciało niebieskie bogate w siarkę. Obecny skład ziemskiej powierzchni może wskazywać, że obiekt ten musiał być wielkości Merkurego. Co ważne, hipoteza ta prowadzi do rozwiązania innej zagadki – wyjątkowo silnego pola magnetycznego naszej planety, które przetrwało miliardy lat.

– Ciało niebieskie wielkości Merkurego, połączone z Ziemią w procesie akrecji może odpowiedzieć na dwa pytania jednocześnie – powiedział prof. Bernard J. Wood portalowi Space.com.

Tajemnica pola magnetycznego

Dzisiejszy stan naszej wiedzy sugeruje, że pole magnetyczne ziemi powstało około 3,5 mld lat temu. Jest bezpośrednim skutkiem wirowych prądów elektrycznych w płynnym jądrze Ziemi. Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, co spowodowało, że ta warstwa naszej planety pozostała płynna przez tak długi czas.

Najnowsze badania wskazują, że jeżeli w początkach formowania Ziemi doszło do zderzenia z planetą bogatą w siarkę, mogło to skutkować lepszą rozpuszczalnością uranu w siarczku żelaza. Z kolei takie minerały pozwoliły na łatwiejsze przedostawanie się uranu do wnętrza naszej planety. Uran zaś jako pierwiastek radioaktywny wydzielał ogromne ilości ciepła, które pozwoliły na utrzymanie zewnętrznego jądra Ziemi w stanie ciekłym.

Pole magnetyczne Ziemi chroni ją przed promieniowaniem kosmicznym i wiatrem słonecznym, czyli strumieniem cząstek emitowanych przez Słońce. To właśnie silne pole magnetyczne sprawia, że atmosfera Ziemi jest stosunkowo gęsta. Gdyby przez miliardy lat wiatr słoneczny ją stopniowo zdmuchiwał, nasza planeta traciłaby stopniowo swoją gazową otoczkę i dziś byłaby bardziej podobna do Marsa, gdzie ciśnienie jest ponadstukrotnie niższe od ziemskiego.

Źródło: Space.com, Nature

Zobacz także

wyborcza.pl

 

ministerPapieża

Czego dowiedział się w Polsce kardynał Ravasi

Jarosław Mikołajewski, 18.04.2015
Kardynał Gianfranco Ravasi

Kardynał Gianfranco Ravasi (ANDREW MEDICHINI / AP)

Nie waham się powiedzieć, że debata w Domu Arcybiskupów Warszawskich miała charakter historyczny. Dla Kościoła w Polsce, dla polskich katolików i ludzi o innych postawach religijnych i duchowych
W dyskusji zatytułowanej „Kościół, świat, dialog” wzięli udział kard. Gianfranco Ravasi (przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury), socjolog prof. Mirosława Grabowska (dyrektor CBOS), redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik, poseł do Parlamentu Europejskiego Marek Jurek, prawnik prof. Wiktor Osiatyński. I Katarzyna Janowska, prowadząca rozmowę będącą jedną z dwóch debat przygotowawczych do październikowego Dziedzińca Dialogu.Tego, co powiedziano publicznie, można było wysłuchać w TVP Kultura i w internecie. Ale stało się nie tylko to, co widać i słychać w relacjach. Debata nie była ważna jedynie dlatego, że padły w niej rzeczy istotne i różnorodne, mocno sformułowane. Przy jej okazji doszło też do wydarzenia z rodzaju tych, które wspomina się pod symboliczną datą, jako znaczące dzięki miejscu, ludziom, którzy przyszli, sposobowi, w jaki wchodzili i odnosili się do siebie nawzajem. Na dwie godziny pałac na Miodowej stał się całym społeczeństwem, Domem Polską, znaczącym dla tych, którzy lubią czytać znaczenia przez gesty, napięcia, uniki i obecności.

Czego nie widać

Nie zobaczy się w telewizji ani w internecie tego, jak szturchali się łokciami księża, którzy zobaczyli nagle ks. Lemańskiego. Albo momentu, kiedy jeden z organizatorów podszedł do suspendowanego kapłana i powiedział: „Proszę – tam rejestrują się goście na L”. I dalej: uprzejmości ks. Aleksandra Seniuka, następcy ks. Jana Twardowskiego w kościele Sióstr Wizytek, który ze zwykłym ludzkim ciepłem przywitał ks. Wojciecha. Na świecki rozum nie wymagało to przecież odwagi, a wybrzmiało dość wyjątkowo. Podobnie jak ukłon – bliski, choć z daleka – kardynała Kazimierza Nycza, gospodarza debaty.

Nie da się pewnie zobaczyć na monitorze reakcji publiczności, która nagradzała brawami jedne słowa, a kręciła głową na inne. I to nie według stanowego przyszeregowania. Kapłani oklaskiwali i okazywali dezaprobatę w różnych momentach, wyłapując odmienne akcenty.

Nie dało się pewnie zarejestrować, jak ktoś po debacie spytał ks. Lemańskiego, czy podejdzie do kard. Ravasiego, a ten powiedział, że poznałby go co prawda z radością, ale nie chce stawiać hierarchy w niezręcznej sytuacji.

Kto wie, może udało się kamerze wychwycić, że wśród słuchaczy byli i inni odważni kapłani, jak ks. Jerzy Galiński, który jeszcze jako redemptorysta ośmielił się – i wciąż się ośmiela, już jako ksiądz diecezjalny – przestrzec polski Kościół przed o. Rydzykiem.

Nie dało się pewnie usłyszeć w relacjach, o czym szeptano gęsto i głośno, że po liście Adama Michnika i moim do papieża w sprawie Kościoła w Polsce wielu polskich duchownych miało się domagać odwołania debaty z udziałem naczelnego „Wyborczej”. Jeśli prawdą jest to, o czym zapewniało kilkoro informujących mnie o tym ust, najlepiej świadczy to o stosunku do idei dialogu, który zainicjował Benedykt XVI. I tym większa chwała kardynałom Ravasiemu i Nyczowi, że na debatę się zdecydowali.

Chodzi o spotkanie osób

„Dziedziniec dialogu – pisze kard. Nycz w programie rozdawanym gościom – to przestrzeń rozmowy i spotkania między wierzącymi w Boga i ateistami, agnostykami oraz obojętnymi religijnie”. I dalej: „Szukamy punktów stycznych w przestrzeniach wiary, nauki, kultury i życia publicznego. Przez wspólną rozmowę chcemy stworzyć swoistą mapę pojęć, które nas łączą, a także kwestii, które nie przestają dzielić. Nie stawiamy sobie za cel wypracowania kompromisu albo przekonania drugiej strony do swojej racji. Chodzi o spotkanie osób”. Przytacza wreszcie słowa Jana Pawła II: „Kto zamyka się na odmienność albo – co gorsza – próbuje tę odmienność zniszczyć, odbiera sobie możliwość zgłębienia tajemnicy ludzkiego życia”.

Wiele razy zastanawiałem się, jaki jest stosunek kard. Nycza do postawy Kościoła w Polsce, do tego, jak wyraża i akcentuje swój stosunek do społeczeństwa, indywidualnych wyborów i odmienności, i bywałem rozczarowany, że człowiek, w którym dostrzegam delikatność i mądrość, nie zabiera głosu. Na wiadomość, że będzie towarzyszył Franciszkowi w pielgrzymce do Brazylii, apelowałem, by w wolnej chwili opowiedział papieżowi o ks. Lemańskim. Nie wiem, czy powiedział. Ale teraz, czytając list metropolity warszawskiego do uczestników, jego milczenie rozumiem jako znak roztropności. I wierzę, że dyskretnie tworzył moment, kiedy rzeczy wybrzmią naprawdę głośno. Na ten moment.

Cóż się bowiem stało?

Po pierwsze, w ogóle doszło do spotkania, w tej chwili, w tym miejscu, w duchu TEJ właśnie myśli wyselekcjonowanej przez kardynała Nycza z dorobku Karola Wojtyły. Odważny dobór rozmówców sprawił, że kard. Ravasi, wpływowy hierarcha Kościoła, którego nazwisko wciąż krąży pośród papabili, dowiedział się, co o Kościele w Polsce sądzą ludzie wybitni. Bo jeśli wciąż otwartym pytaniem pozostawało, co tam, w Stolicy Apostolskiej, ministrowie i książęta ubogiego papieża wiedzą o Polsce, co w sprawozdaniach pisze nuncjusz, co o wrogach Kościoła przez telefon i na boku zdążyli opowiedzieć zaniepokojeni biskupi, teraz wiemy, że jeden z najważniejszych dowiedział się bardzo dobitnie kilku rzeczy, których jeśli nawet nie uzna za fakty, to musi wziąć je za poważne opinie. Pewnie, że w czwartek wieczorem, potem w piątek i dzisiaj będzie pytał, czy to wszystko jest prawda. I może uzyska nawet zapewnienia, że Michnik z Osiatyńskim to oszczercy. Ale przecież jest naukowcem, więc zajrzy do źródeł i wyczyta, że pierwszy szukał dialogu z katolicyzmem jeszcze za komunizmu, choćby w książce „Kościół i lewica w Polsce”, a drugi jest autorem nie tylko konstytucji, lecz również przejmujących rachunków sumienia, w dodatku własnego.

Sama wiara

W debacie gość z Watykanu unikał wchodzenia w – jak to ujął – specyficzne problemy Kościoła w Polsce.

Przypominał znaczenie słowa „dialog” jako skrzyżowania dwóch szanujących i słuchających się nawzajem postaw pogłębianych w wyniku spotkania. Za dowód na to, że dialog jest możliwy, uznał to, że tak krytyczna debata odbywa się na obszarze kościelnym przed kamerami telewizji publicznej.

Wobec informacji o sporach w Kościele przypomniał, że już Chrystus miał oponentów. Kościół można krytykować – mówił. Wobec zarzutów stawianych Kościołowi przypominał jego pozytywne dziedzictwo nie tylko w sferze religijnej, lecz również społecznej, od uniwersytetów po obszary, na których instytucje państwowe nie dają sobie rady. Sam papież Franciszek, tak dzisiaj kochany – zauważył – jest propozycją krytykowanego dzisiaj Kościoła.

Ten sam Franciszek – jak zauważy w dalszej części dyskusji Michnik – o którym krytycznie wypowiadają się wcale nie drugorzędni przedstawiciele polskiego Kościoła.

Doceniając perspektywę dziennikarską (sam regularnie pisze do gazet), akcentującą wydarzenia o charakterze incydentalnym, kardynał przypominał o horyzoncie historycznym i transcendentnym, do którego zawsze należy odnosić działania Kościoła. Wymieniając Krzysztofa Kieślowskiego i jego „Dekalog”, przypomniał, jak Pismo Święte jest wciąż inspirujące dla twórców kultury.

Nie odnosił się tylko do spraw bieżących przywoływanych przez uczestników debaty. Sprowokowany przez Adama Michnika do rozmowy o modlitwie, przypomniał „Modlitwę ateisty” Aleksandra Zinowiewa, który prosił Boga, żeby zechciał zaistnieć, bo świat nie ma sensu bez świadka, który jest ponad ludźmi.

Michnik zauważył, że wypowiadając się na temat tzw. modlitw żołnierskich, kardynał Ravasi zanotował w jednej ze swoich książek, że są one „zbyt emfatyczne i przeładowane retoryką, często nie można ich nazwać chrześcijańskimi. Przebija z nich nadęty patriotyzm, nierzadko w postaci skrajnego nacjonalizmu, by nie powiedzieć egoizmu czy wręcz agresywnego odrzucenia drugiego człowieka”.Po przytoczeniu tego cytatu Michnik zwrócił się do Marka Jurka: „Niech pan się nad tym zastanowi: to mówi katolicki kardynał, a nie Michnik na temat Radia Maryja”.

Świadectwa lirycznej wiary były tym, co łączyło prawie wszystkich dyskutantów. Tylko w wypowiedziach europosła religia wybrzmiewała może bardziej jako wartość i zobowiązanie niż jako intymne uczucie. Balsamicznie, jak przypomnienie, czym jest sama wiara, zabrzmiał wiersz Jarosława Iwaszkiewicza, wypowiedziany, prawie wyszeptany, przez prof. Osiatyńskiego i zakończony tercyną:

…Padłem, i Bóg jak mała pszczoła
Wśród woni krążył dookoła
I wołał, tak jak nikt nie woła.

Czego się dowiedział kardynał?

Przekonanie, że wiara jest niezbędna, a ci, którzy siłą chcą jej pozbawić innych, są zbrodniarzami, wyraził Adam Michnik. O Kościele polskim powiedział, że jest taki sam jak polskie społeczeństwo, ma strony wzniosłe i przykre. Problem w tym – stwierdził – że mniej widać ten, który niesie pociechę strapionym, niż ten, który angażuje się w walkę ideologiczną metodami nietolerancji i kłamstwa.

„Czarną kartą katolicyzmu polskiego, który wiele kart ma wspaniałych” nazwał sposób, w jaki potraktowany został ks. Lemański, a dzisiejszy moment historii Kościoła w Polsce określił jako jeden z największych kryzysów od reformacji.

Jako skrajny przykład negatywnego działania wskazał obrażanie prezydenta RP pod kościelnymi symbolami, w tym poddawanie Pałacu Prezydenckiego egzorcyzmom.

Problemem – dodał – nie jest to, że „zdarzy się głupi ksiądz”. Problemem jest brak reakcji Episkopatu.

Prof. Osiatyński wskazał obszary zaniedbane przez Kościół, w tym krzywdy okresu transformacji czy drapieżnej prywatyzacji. I tę bardziej bolesną – bezduszny sposób, w jaki Kościół traktował ofiary pedofilii w chwili, kiedy zdecydowały się wyjawić prawdę.

Analityczny obraz zaufania do Kościoła w Polsce poznał szef Papieskiej Rady ds. Kultury ze słów prof. Mirosławy Grabowskiej, która przypomniała, że w 1989 roku Kościół cieszył się 90-procentowym zaufaniem społecznym. Obecnie zaufanie do Kościoła deklaruje ok. 55 proc., przy czym różnie układa się akceptacja jego nauczania w różnych kwestiach życiowych. W zagadnieniach dotyczących początku i końca życia (aborcja i eutanazja) poparcie jest największe, najmniejsze w sprawach takich jak zapłodnienie in vitro czy pożycie przed ślubem.

Cesarskie i boskie

Prof. Osiatyński krytycznie wyraził się o ingerencji Kościoła w Polsce w sprawy państwa. Przypominając naciski na prezydenta, by nie ratyfikował ustawy antyprzemocowej, i na posłów, by nie głosowali za ustawą regulującą stosowanie metody in vitro, jako historyczne określił stanowisko premier Kopacz, która oświadczyła, że to nie Kościół będzie stanowił prawo w Polsce. Po raz pierwszy – zauważył – szef polskiego rządu tak dobitnie podkreślił niezależność ustawodawczą i prawną państwa.

O zasadzie „co boskie Bogu, co cesarskie cesarzowi” przypomniał w tym kontekście kard. Ravasi i wobec uwag Michnika i Osiatyńskiego zabrzmiało to jako konkretna wskazówka.

Z poglądami Michnika i Osiatyńskiego radykalnie polemizował Marek Jurek, który upomniał się o prawo do głoszenia poglądów zgodnych z wyznawaną religią. Przypomniał, że polski parlament w 2006 roku zaapelował do Parlamentu Europejskiego, by unikać określeń w rodzaju „homofobia”, bo klasyfikują przekonanie jako fobię.

Zaznaczył, że Polska katolicka ma wciąż swój wielki wkład w bogactwo Europy – dzięki ludziom, którzy wbrew powszechnej tendencji do krótkotrwałych wyborów wciąż potrafią podejmować decyzje długofalowe, zobowiązujące na całe życie. Przypomniał na przykład, że jedna czwarta powołań kapłańskich w Europie to powołania polskie.

Na marginesie wypowiedzi posła Jurka prof. Osiatyński poprosił o odrębną debatę na temat „dlaczego za polityczną realizację poglądów zawsze muszą płacić kobiety”.

Dodał też, że sam nie jest absolutnym wyznawcą dialogu, bo tam, gdzie drugą stroną miałyby być nienawiść lub przemoc, dialogu nie ma.

Co pozostanie

Jest dobra wiadomość, którą podała prof. Grabowska – sekularyzacja, dekretowana jeszcze niedawno przez socjologów, zmieniła swój bieg.

Ludzie chcą wiary, a natchnień nie szukają w jednym Kościele. Coraz wyraźniej, jak prof. Osiatyński, rozgraniczają duchowość, religijność i kościelność. Wierzący mają coraz więcej wolności, by szukać zbawienia poza kościołami, które obrażają, wykluczają, ingerują w obszary prywatnych i obywatelskich wyborów.Humanizm jest dla Kościoła nie opcją, lecz kwestią przetrwania.

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Wyjątkowa interpretacja wiersza Haliny Aszkenazy-Engelhard „Byłam tam” w wykonaniu Mai Ostaszewskiej, oraz wiersz „Miłość” Cypriana Kamila Norwida w interpretacji Piotra Ligienza. Odkryjemy Muhammarę, Syryjską pastę z orzechów i papryki. Poznamy sylwetkę Fidela Castro, a także zobaczymy wypowiedź Magdaleny Cieleckiej o 72 rocznicy powstania w Getcie.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Stany Zjednoczone Amerykanki. Co chce udowodnić Hillary Clinton
Prezydentura jej się należy. Bezapelacyjnie. Wśród 319 mln Amerykanów nie ma nikogo, kto byłby bardziej kompetentny i lepiej przygotowany do rządzenia

Zmarł Günter Grass. Pozostał „Blaszany bębenek”
Mann stawia tezę, że Niemcy dali się otumanić demonowi nazizmu, który przyszedł i z normalnych ludzi stworzył potworów. Grass, zwłaszcza w „Blaszanym bębenku”, mówi: gówno prawda! To były bardzo zwykłe sprawy

Bunt McBiedaków
Jak żyć za siedem dolców na godzinę? – pytają pracownicy amerykańskich fast foodów. McDonald’s odpowiada: wyłącz ogrzewanie, sprzedaj, co masz, na eBayu i znajdź sobie drugi etat

Atom znaczy niepodległość
Mówi pan, że ludzie boją się niebezpieczeństwa? Ale ono już tu jest. Do Mochovców na Słowacji, gdzie pracują dwa reaktory, jest z Krakowa 160 km. Ukraińska elektrownia w Równem stoi 140 km od Lublina

Magdalena Cielecka. Co mnie łączy z Żydami
W moich szkołach nikt nie mówił o polskich Żydach. O powstaniu w getcie też nikt nam nie opowiadał. Rozmowa Pawła Smoleńskiego

Setne urodziny Kantora. Wielki mitolog
W 1944 r. Tadeusz Brzozowski nie wiedział, kogo się bardziej bać: niemieckich żandarmów czy Kantora, który kazał mu głośno mówić tekst. Postanowił jednak, że Kantora

Koniec Libeskindów. Czas na ludzi
Miasta na całym świecie przestały budować drogie budynki ikony

Kapka złych wieści dla koneserów włoskiej oliwy
Widziałam, jak król oliwy cierpi z powodu plag, które zdziesiątkowały jego umbryjskie gaje oliwne

wyborcza.pl/magazyn

 

JanasPrzed

Janas: „Przed katastrofą w Smoleńsku piloci powiedzieli mi, że wszystkie dokumenty są ściemą”

MT, 17.04.2015
Wrak Tu-154. Smoleńsk, 10 kwietnia 2010 r.

Wrak Tu-154. Smoleńsk, 10 kwietnia 2010 r. (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

– Powiedzieli mi nieformalnie, że mają niepokojące informacje, że się fałszuje dokumenty, m.in. szkolenia załóg. Powiedzieli, że wszystkie dokumenty są ściemą – przyznał w TVN 24 pilot, były poseł i były członek komisji obrony narodowej Zbigniew Janas.

Zbigniew Janas przed katastrofą w Smoleńsku rozmawiał z pilotami, którzy powiedzieli mu nieoficjalnie o nieprawidłowościach w strukturach lotniczych, między innymi w 36. pułku specjalnym, o czym mówił w programie „Fakty po Faktach”. – Powiedzieli mi nieformalnie, że mają niepokojące informacje, że się fałszuje dokumenty, m.in. szkolenia załóg. Powiedzieli, że wszystkie dokumenty są ściemą – wyznał.

Były członek sejmowej komisji obrony narodowej zapewnił, że po otrzymaniu tych informacji spotkał się, na kilka tygodni przed katastrofą smoleńską, z ówczesnym ministrem obrony narodowej Bogdanem Klichem i powiedział mu o sprawie.

„Dla popisu są w stanie zaryzykować wszystkim”

Janas był też członkiem komisji wyjaśniającej przyczyny katastrofy wojskowego samolotu Iskra w 1998 roku. – Widziałem, co tam się działo. Zeznawałem przed sądem – powiedział w TVN 24. – Widziałem, co się może stać, kiedy generałowie są blisko z politykami i dla popisu są w stanie zaryzykować wszystkim – stwierdził, dodając, że piloci dostali wtedy fałszywe informacje o warunkach pogodowych.

– Tam mogło dojść do strasznej rzeczy nad Warszawą. Mogły się zderzyć dwa samoloty bojowe naładowane paliwem – wspominał. Dodał, że ogromnym ostrzeżeniem w kwestii polskiego lotnictwa była też katastrofa CASY w Mirosławcu.

Zobacz także

gazeta.pl

cieleckaMam

Magdalena Cielecka. Co mnie łączy z Żydami

Paweł Smoleński, 18.04.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,75475,17765828,video.html?embed=0&autoplay=1
W moich szkołach nikt nie mówił o polskich Żydach. O powstaniu w getcie też nikt nam nie opowiadał. Z Magdaleną Cielecką rozmawia Paweł Smoleński.
Paweł Smoleński: Przypina pani sobie żółtą gwiazdę Dawida …Magdalena Cielecka: Żonkil.

Niech będzie, że żonkil, chociaż oboje wiemy, o co chodzi. Daje się pani sfotografować z tym żonkilem, zdjęcia trafiają do internetu.

– A jeszcze namawiam, właśnie w internecie, żeby w rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim ludzie przypięli do ubrań takie żonkile.

Mnie się to wydaje zupełnie naturalne. To jak odruch. Przecież wszyscy wiemy o Polakach i Żydach żyjących po sąsiedzku na tej ziemi. Tego nie da się wytrzeć z polskiej pamięci. Nie jest to część mojej osobistej historii, bo urodziłam się za późno, ale jednak.

Nie ma bliższych relacji niż sąsiedzkie. Co nie znaczy, że są to relacje jedwabne. Jestem ich spadkobierczynią, a ponieważ jestem też artystką, mam obowiązek przekazywać pamięć o nich. Tak się potoczyła moja droga zawodowa, bez uprzedniego planu, że bardzo często miałam do czynienia z tematami polsko-żydowskimi, jestem na nie wrażliwa i ich ciekawa. Niech dzięki tym żonkilom i zdjęciom w sieci ludzie zapytają sami siebie o powstanie w warszawskim getcie.

Arcypolskie powstanie żydowskie

Pani zadaje sobie takie pytanie?

– Pytać nie znaczy znać odpowiedź. Przynajmniej ja nie czuję się na siłach jej udzielić. Ale wiem, że powstanie w getcie długo nie było wystarczająco obecne w historii Polski i chyba nadal tak jest. Siła rażenia i pamięć o powstaniu warszawskim jest tak duża, że w zbiorowej świadomości przysłoniła powstanie w getcie. A przecież mamy dość miejsca na jedno i na drugie.

Bardzo podoba mi się hasło akcji „Żonkile”: „Łączy nas pamięć”. Taka pamięć ma w sobie pozytywny ładunek.

Pierwsze Powstanie Warszawskie – Getto 1943. Wtedy już zrozumieli, że nie chcą po prostu iść na rzeź

Wielu Polaków powie na to, że jeśli w Nowym Jorku albo w Londynie ktoś rzuci „powstanie warszawskie”, to zaraz zacznie się rozmowa o powstaniu w getcie, że na świecie nie pamięta się o polskiej martyrologii, bo żydowska zawłaszczyła wszystko.

– Ależ skąd! Mam poczucie, że jest dokładnie odwrotnie, również za granicą, a zdarza mi się sporo wyjeżdżać w bardzo różne miejsca.

Ostatnio wiele się zmieniło na lepsze. Polskimi Żydami, Polakami i Żydami zajęła się sztuka, zaczęły powstawać filmy, które jednych bolą, innych drażnią, ale opowiadają wspólną historię. „Pokłosie” i „Ida” wywołują dyskusję. Kiedyś była cisza. Oglądałam w dzieciństwie „Marcowe migdały” Radosława Piwowarskiego i otwierałam oczy ze zdumienia, że coś takiego jak 1968 r. w ogóle się w Polsce zdarzył. W moich szkołach nikt nie mówił o polskich Żydach. Do liceum chodziłam w Częstochowie, gdzie przecież była ogromna społeczność żydowska, a w szkole cisza, choć to był początek lat 90., już było wolno. O powstaniu w getcie też nikt nie opowiadał.

„Pokłosie” i szaleństwo

Z klasą ze szkoły podstawowej byłam na wycieczce w Auschwitz. Opowiadano nam tylko o Polakach, może jeszcze parę słów o Rosjanach i ogólnie, że w obozie mordowano przedstawicieli wielu narodów. Ale nikt nie mówił, że to największy cmentarz żydowski.

Nie wydaje mi się, żeby polscy Żydzi to był temat tabu, zwłaszcza po 1989 r. Rzecz bardziej w zaniechaniu, w przekonaniu, że to nie jest ważne. Ale okazało się, że nie można żyć normalnie, nawet kiedy ma się już demokrację i miejskie rowery na ulicach, ale coś w brzuchu gniecie i jak ten dybuk chce dojść do głosu. Mamy więc kawę z mlekiem sojowym, sklepy i paszporty, tylko brakuje nam trochę zdrowia, bo to jednak niezdrowo żyć z traumą, wyparciem, z zapominaniem o polskich Żydach.

Marek Edelman nazywał powstanie w getcie warszawskim najbardziej polskim ze wszystkich polskich powstań.

– To piękne, mądre, prawdziwe. Szkoda, że Polacy nie do końca i nie zawsze się z tym powstaniem utożsamili. Dzisiaj i wtedy.

Czesław Miłosz pisał o karuzeli za murem płonącego getta.

– Chodzi mi nawet nie o tę karuzelę, bardzo wymowną i symboliczną, ale o realną pomoc dla getta. Zawsze pojawia się pytanie, łatwe do zadania zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy: czy dla uwięzionych w getcie Żydów Polacy mogli zrobić o wiele więcej? Nie mam prawa się mądrzyć, nie wiem, jak bym się zachowała w tamtej sytuacji. Staram się zrozumieć dylemat człowieka, który musi podjąć jakieś działanie, coś zdecydować nie tylko ze względu na swoje przekonania, odwagę, strach, ale też biorąc pod uwagę masę innych uwarunkowań: rodzinę, odpowiedzialność za bliskich. Opowiadamy w „(A)pollonii” Krzysztofa Warlikowskiego o pani Apolonii Machczyńskiej, która ratowała Żydów, ma tytuł Sprawiedliwej. Doniósł na nią Polak, Niemiec jej pomagał, ale też Niemcy ją zastrzelili. Dla syna, który w jej imieniu odbierał medal Sprawiedliwych, jest bohaterką, ale też po prostu – to słowo pada ze sceny – pizdą, ponieważ z powodu jej wyborów nie miał matki. Najbardziej mnie fascynują właśnie dwie strony tego samego medalu, różne decyzje różnych ludzi, choć przerastają mnie ich oceny. Los mi ich oszczędził, więc po prostu nie wiem.

Gdy płonęło getto warszawiacy się śmiali?

Tęskni pani za wielonarodową Polską?

– Nie miałam okazji jej poznać, ale bywam w wielokulturowych, barwnych miejscach, więc wiem, że różnorodność rasy, narodowości, pochodzenia, osobowości jest wielkim bogactwem. Wojna i komunizm zapakowały nas do zamkniętego kontenera, inność była napiętnowana i groźna. Ludzie z pokolenia moich rodziców, ukształtowani w polskiej monorzeczywistości, mają w sobie lęk, a w gruncie rzeczy bezradność nawet w stosunku do bardzo niewinnych przejawów inności, ekstrawagancji, np. jakiś facet jedzie w kolorowym stroju albo knajpa wystawia stoliki na chodnik – i to już jest niebezpieczne. Nieznajomy uśmiecha się na ulicy, mówi „dzień dobry”, a lękliwy Polak jest zdziwiony, wkurzony, boi się kontaktu, bo boi się konsekwencji. Co więc mówić o stosunku do tak naprawdę innych?

Wielokulturowość dzisiaj oznacza wolność. Każdy może robić, co zechce, niech tylko nie dokucza, nie krzywdzi. W wielokulturowej Polsce, w Polsce z Żydami, bylibyśmy bardziej wolni.

Wolności można się przestraszyć.

– Raczej odpowiedzialności. Ludzie tęsknią za sytuacją, gdy nie trzeba o niczym decydować. Nawet moi rówieśnicy, czterdziestolatki, ciągle się czegoś boją.

Nie ma Żydów w Polsce. To straszna wyrwa. Po raz kolejny czytam „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier i myślę, że gdyby tych polsko-żydowskich losów nie przerwała wojna, mielibyśmy tu fantastyczną sztukę, biznesy, cudownych ludzi, zwariowanych w pozytywnym sensie tego słowa, twórczych, niesamowicie otwartych. Nie ma tych ludzi, ulic i kamienic, a najbardziej brakuje otwartej tradycji społecznej. To jak ciągle boląca dziura po wyrwanym zdrowym zębie. Wojna i komuna zabrały nam wspólnotowość, musimy się uczyć na nowo, nawet inicjatyw sąsiedzkich, podwórkowych.

Został nam za to antysemityzm bez Żydów.

– Antysemityzm to lęk. Inność, nawet nieobecna, lecz wyobrażona, jest powodem strachu. Wojna i komunizm zamknęły nas na innych, nauczyły się bać nawet wtedy, gdy nie trzeba.

Polski problem żydowski [GROSS]

Ten polski antysemityzm jest jakiś, nie wiem … może niewinny. Nie, to złe słowo, jest bardziej głupkowaty, poczciwy. To antysemityzm z przyzwyczajenia. Kiedyś jakiś paparazzi zrobił mi zdjęcie na lotnisku. Miałam poobijaną walizkę, więc fotografię podpisano: „Pożydziła na walizce”, znaczy się: kutwa, skąpiradło. Albo: „Co ty tak wszystko robisz po żydowsku”, czyli inaczej, odwrotnie. Mieszkałam pod Częstochową we wsi Żarki-Letnisko. Obok było miasteczko Żarki, ale nikt nie mówił „Żarki”, tylko „Żarki żydowskie”, bo przed wojną była tam spora gmina. Nareszcie odbudowali tam synagogę, jest spory kirkut, o który ktoś dba.

Jednak język zmienia się o wiele trudniej. O tych Żarkach żydowskich słyszałam od dziecka i powtarzałam to bezrefleksyjnie. Nie wiem, czy to antysemityzm. Raczej polska codzienność.

Niektórzy omijają słowo „Żyd”, bo myślą, że ono obraża.

– Żyd, Żydek.

Żydek to obelga.

– Oglądałam album ze zdjęciami kibolskich graffiti , czyli gwiazdach Dawida na szubienicy we wszystkich możliwych wariantach. To prawdziwa skarbnica wiedzy, jak bujna jest ludzka fantazja, jak daleko można się posunąć w obelgach. Gruba księga, instrukcja obsługi antysemityzmu. Ale jest też inaczej. Obracam się w środowisku, jeśli już, to filosemickim. Modna jest wiedza, znajomość żydowskiej kultury, podróże do Izraela, a nawet, co trochę śmieszne, znajomi wśród Żydów.

Bzik, żeby odreagować?

– Sympatyczny, nikomu nieszkodzący, w dobrym tonie, megatrendy oraz – co bardzo ważne – podnoszący samoocenę. Najlepszym dowodem jest ta kampania „Żonkile”. Zebraliśmy się z radością, w poczuciu wyróżnienia, że możemy to robić. To powinność, ale też pokazanie sobie i ludziom, że jestem za otwartością, równością, za pamięcią, że nie mam problemu z tym tematem, nie jestem antysemitką i jest mi z tym bardzo dobrze.

Była pani np. Agnieszką z „Katynia” Wajdy: zawadiacką, dzielną dziewczyną z AK, niezłomną siostrą zamordowanego przez Sowietów polskiego oficera. Z tym żonkilem – żółtą gwiazdą Dawida – będzie pani w internetowym hejcie przedstawiana jako ta Żydóweczka. W najlepszym razie.

– Już wpisali mnie na stronę Redwatch, bo jestem w tym – jak mówią – „pedalskim teatrze”, czyli Nowym Teatrze, bo zabieram głos na tematy równości i dyskryminacji, bo jestem za prawami zwierząt. W naszym kraju zawsze znajdzie się kij, żeby walnąć kogoś, kto się wychyli. Jeśli spodobam się jednym, to nie spodobam się drugim. Nie mam zamiaru być głosem wszystkich.

Zdaje mi się, że ma pani …– …tak, mam w dupie internetowy hejt. Maciek Stuhr po „Pokłosiu” i tym szambie, które się na niego wylało, już przetarł szlak. A może również dzięki niemu nastąpiło jakieś opamiętanie?

Ale nie myślę o takich konsekwencjach przypięcia żonkila do bluzki. Zawód, który uprawiam, również ze względu na jego przemiły aspekt medialny, sprawia, że jestem przyzwyczajona do hejtu. A skoro sprawa jest ważna, to mam nie brać w niej udziału, bo ktoś coś wysmaruje?

Co by pani chciała, żeby się stało w związku z tymi żonkilami?

– Nasza grupka żonkilowców, nieduża jeszcze, ale całkiem zgrabna, niech staje się większa i większa. Chyba ze dwa lata temu przechodnie, którzy przypinali sobie papierowe żonkile, ustawili się wzdłuż granicy getta. Tylko dla takiegowydarzenia warto już brać udział w tej akcji.

Chciałabym też, żeby przechodniów z wpiętymi żonkilami pokazały telewizje całego świata. Żeby w ten sposób odpruła się od Polaków łatka antysemityzmu, choć są między nami antysemici. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest już wpisana w zimowy kalendarz jak Boże Narodzenie i sylwester. Każdego roku dzieje się więcej i więcej, choć Jurek Owsiak jest coraz mocniej krytykowany. Ale Orkiestra gra, ludzie noszą czerwone serduszka.

Chciałabym, żeby 19 kwietnia żółtych żonkili było na ulicach tyle samo, ile orkiestrowych serduszek.

Położy pani żonkile pod pomnikiem Bohaterów Getta?

– Tego dnia gramy spektakl, akurat bajkę dla dzieci. Może w teatrze powinniśmy rozdawać te żonkile. Niektóre mamy przypną je dzieciom do sweterków i wyjaśnią, o co chodzi. A jak nie wyjaśnią, to z przypiętym żółtym kwiatkiem po prostu ładniej się wygląda.

Magdalena Cielecka – aktorka teatralna i filmowa (m.in. „Pokuszenie”, „Katyń”, „Samotność w sieci”). Jedna z ambasadorek kampanii „Żonkile” upamiętniającej powstanie w warszawskim getcie. W rocznice jego wybuchu – 19 kwietnia – właśnie te kwiaty dostawał od anonimowej osoby Marek Edelman, jeden z przywódców powstania.

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Wyjątkowa interpretacja wiersza Haliny Aszkenazy-Engelhard „Byłam tam” w wykonaniu Mai Ostaszewskiej, oraz wiersz „Miłość” Cypriana Kamila Norwida w interpretacji Piotra Ligienza. Odkryjemy Muhammarę, Syryjską pastę z orzechów i papryki. Poznamy sylwetkę Fidela Castro, a także zobaczymy wypowiedź Magdaleny Cieleckiej o 72 rocznicy powstania w Getcie.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Zmarł Günter Grass. Pozostał „Blaszany bębenek”
Mann stawia tezę, że Niemcy dali się otumanić demonowi nazizmu, który przyszedł i z normalnych ludzi stworzył potworów. Grass, zwłaszcza w „Blaszanym bębenku”, mówi: gówno prawda! To były bardzo zwykłe sprawy

Bunt McBiedaków
Jak żyć za siedem dolców na godzinę? – pytają pracownicy amerykańskich fast foodów. McDonald’s odpowiada: wyłącz ogrzewanie, sprzedaj, co masz, na eBayu i znajdź sobie drugi etat

Atom znaczy niepodległość
Mówi pan, że ludzie boją się niebezpieczeństwa? Ale ono już tu jest. Do Mochovców na Słowacji, gdzie pracują dwa reaktory, jest z Krakowa 160 km. Ukraińska elektrownia w Równem stoi 140 km od Lublina

Magdalena Cielecka. Co mnie łączy z Żydami
W moich szkołach nikt nie mówił o polskich Żydach. O powstaniu w getcie też nikt nam nie opowiadał. Rozmowa Pawła Smoleńskiego

Setne urodziny Kantora. Wielki mitolog
W 1944 r. Tadeusz Brzozowski nie wiedział, kogo się bardziej bać: niemieckich żandarmów czy Kantora, który kazał mu głośno mówić tekst. Postanowił jednak, że Kantora

Koniec Libeskindów. Czas na ludzi
Miasta na całym świecie przestały budować drogie budynki ikony

Kapka złych wieści dla koneserów włoskiej oliwy
Widziałam, jak król oliwy cierpi z powodu plag, które zdziesiątkowały jego umbryjskie gaje oliwne

wyborcza.pl

 

polskaArmia

Polska armia się zbroi, czyli ślepy bokser z Tomahawkiem

Paweł Wroński, 17.04.2015
Wicepremier, minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak w grudniu 2014 r. podpisał umowę o wartości ok. 800 mln zł z norweską firmą Kongsberg Defence Systems Harald Annestad na dostawę uzbrojenia  dla drugiego Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego

Wicepremier, minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak w grudniu 2014 r. podpisał umowę o wartości ok. 800 mln zł z norweską firmą Kongsberg Defence Systems Harald Annestad na dostawę uzbrojenia dla drugiego Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego (KUBA ATYS)

Wojsko zamierza kupić 24 superpociski Tomahawk dla marynarki. MON już podpisał kontrakt na rakiety manewrujące JASSM dla naszych F-16. Ale zanim poczujemy się mocarstwem, pamiętajmy, że nasza artyleria używa pocisków wzór 1943.
Pod wrażeniem rosyjskiej agresji na wschodniej Ukrainie wszystkich ogarnia militarystyczna euforia „Polska się zbroi”. Klasycznym przykładem nakręcania emocji (próbuje je studzić szef MON Tomasz Siemoniak) jest sprawa zakupu nowych okrętów podwodnych.Śledziłem poświęcone jej obrady komisji sejmowych. Zaczęło się od prostej konstatacji – marynarka potrzebuje trzech małych okrętów podwodnych, które zastąpią rozlatujące się niemieckie kobbeny zwodowane w latach 70., które dostaliśmy z demobilu od Norwegów w 2002 roku. Te okręty nieodwołalnie kończą służbę w 2017 roku.Nagle wybucha dyskusja, czy nowe okręty powinny mieć pociski samosterujące (taką opcję mają okręty zaoferowane przez Francję). Posłowie szybko uchwalili, że pociski są potrzebne. Niemcy odpowiedzieli, że ich okręt klasy 212 A też może wystrzeliwać takie pociski, np. amerykańskie tomahawki.

Szybko tę myśl podchwycił Sztab Generalny, któremu zależy na broni o znaczeniu strategicznym, zdolnej dosięgnąć przeciwnika na dystansie ponad 1 tys. km. A MON uczynił z tego jeden z warunków zamówienia. Stąd poufne zapytanie do Amerykanów, które przeciekło do prasy – czy sprzedadzą nam tomahawki do niemieckich okrętów, których jeszcze nie kupiliśmy.

Jednak jest mały problem: nikt dotychczas nie próbował wystrzeliwać tomahawków z luków torpedowych okrętów klasy 212 A. Sam ambasador USA Stephen Mull, który powinien być zainteresowany sprzedażą tych rakiet, delikatnie dał do zrozumienia, że nie wiadomo, czy ten pocisk będzie pasował do niemieckiego okrętu.

Marynarka: A po co nam to?

Kto był największym przeciwnikiem zakupu okrętów podwodnych z pociskami samosterującymi? Marynarka Wojenna – czyli ich użytkownik. Marynarze twierdzą, że zdolność operowania tego rodzaju okrętu z pociskami Tomahawk na Bałtyku będzie ograniczona, bo co prawda dobrze mieć takie pociski, ale trudno będzie wybrać dla nich cel na terenie przeciwnika (nie posiadamy zwiadu satelitarnego). Na koniec obawiają się, że dyskusję o pociskach przesłoni cel faktyczny – szybki zakup okrętu podwodnego. Procedury z powodu pocisków będą się tak przedłużać, że spieszone w 2017 roku załogi kobbenów pójdą do cywila, nie doczekawszy wymarzonych okrętów podwodnych z rakietami Tomahawk. A wyszkolenie nowych załóg to kilka, czasem kilkanaście lat.

Możliwe więc, że „już w 2022 roku” będziemy mieli nowoczesny drogi okręt bez wyszkolonej załogi, ale za to z pociskami za 2 mln dol. każdy, którymi nie bardzo będzie wiadomo, w co trafiać.

Mam wrażenie, że zalewające media zachwyty nad modernizacją polskich sił zbrojnych i wyliczanie supernowoczesnych rodzajów broni, którymi będą dysponowali nasi żołnierze, zaczyna przesłaniać istotę problemu. Zgoda, Polska musi szybko unowocześnić system obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, kupić nowe śmigłowce (przetarg ciągle się opóźnia) i drony.

Głównym problemem obecnej armii jest jednak niska siła ognia. Pod tym względem Polska przypomina boksera, który nie ma ciosu, a dodatkowo jest ślepy.

Artyleria, głupcze!

Konflikt na Ukrainie ujawnił, że to artyleria (szczególnie dalekiego zasięgu, do 40 km) wsparta nowoczesną elektroniką jest prawdziwym bogiem współczesnej wojny. Polska armia ma tylko przestarzałe działa Goździk i Dana, które w najlepszym wypadku mogą być dogodnym celem dla nowoczesnej artylerii, bo jej nigdy nie dosięgną. W tym obszarze plan modernizacji polskich sił zbrojnych brzmi jak akt oskarżenia.

Kluczowy program Krab – czyli słynna samobieżna armatohaubica 155 mm oparta na brytyjskiej wieży Braveheart – nie zostanie zrealizowany. Krab to angielska wieża, niemiecka lufa i podwozie specjalnie zaprojektowane do tej konstrukcji, która miało być wkładem polskiej myśli technicznej.

Ale podczas strzelań podwozie pękało, silnik okazał się za słaby, a dodatkowo oczadzał załogę spalinami. Jeszcze w ubiegłym roku po ośmiu latach trwania programu zapadła decyzja o zakupie podwozi w Korei Południowej. Dodatkowe koszty to, lekko licząc, 1 mld zł.

Strzelających, sprawnych krabów nadal nie ma i nie wiadomo, kiedy będą, bo pierwsze nie zostały jeszcze złożone w Hucie Stalowa Wola. Choć jest światełko w tunelu. MON ogłosił, że ma już amunicję do krabów. W tym taką, która dzięki gazogeneratorom (to rodzaj silnika) może mieć zasięg do 40 km. Szkoda, że jest to najprostsza amunicja odłamkowo-burząca. Na świecie jest już artyleryjska amunicja precyzyjna, sterowana laserowo i GPS.

Artylerzyści wybuchają, ale śmiechem

Nie ma natomiast w ogóle amunicji do ciężkich moździerzy dalekiego zasięgu Rak, które mają ochraniać naszą piechotę. Będą w nich stosowane pociski zaprojektowane w 1943 i do dziś produkowane – sami wojskowi na pytanie o ich skuteczność na dzisiejszym polu walki wybuchają, ale śmiechem.

Polska opracowała już parę lat temu wyrzutnie rakiet dalekiego zasięgu Homar. Mają one razić cele odległe o ponad 300 km – tak jak najnowocześniejsza artyleria rakietowa Rosji. Cóż z tego, skoro nie ma do nich rakiet. Chwała MON, że podjął decyzję o przyspieszeniu „pozyskiwania rakiet”. Na razie rozpoczyna się przetarg. Pociski będą najwcześniej w 2018 roku. Czy na pewno? Nie wiadomo.

Od kilku lat chwalimy się nadbrzeżnym dywizjonem rakiet NSM (naval strike missile) – produkcji norweskiej. Rakiety mają zasięg 180 km. Cóż, skoro system współdziała z polskimi radarami z Bumaru – elektroniki o zasięgu kierowania ogniem do 50 km. Mimo to armia chce wyposażyć następny dywizjon w kolejne 50 rakiet.

Posiadanie najnowocześniejszych rakiet, takich jak JASSM czy Tomahawk, słusznie może nas napawać dumą. Czy jednak będą miały decydujący wpływ na siłę naszej armii? Wątpię.

Zobacz także

wyborcza.pl

wierzący

„Kościół roztrwonił wielkie zaufanie”. Wierzący i niewierzący w debacie o katolicyzmie

Michał Wilgocki, 17.04.2015
Debata

Debata „Kościół-Świat-Dialog” w ramach „Dziedzińca Dialogu”. Od lewej: Marek Jurek, prof. Wiktor Osiatyński, Adam Michnik (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

– Widziałbym Kościół w roli strażaka. To zawód o najwyższym prestiżu społecznym. To ludzie technicznie uzbrojeni, reprezentujący władzę, którzy używają jej tylko w dobrych celach – mówił prof. Wiktor Osiatyński podczas debaty zorganizowanej w ramach „Dziedzińca Dialogu”.
Wydarzenie zorganizowała archidiecezja warszawska i Centrum Myśli Jana Pawła II. Kardynał Kazimierz Nycz do rozmów o godności człowieka i relacjach Kościoła ze światem zaprosił zarówno wierzących, jak i niewierzących. Kościół instytucjonalny reprezentował kardynał Gianfranco Ravasi, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Kultury.Pierwszego dnia z kardynałem o godności człowieka rozmawiali profesorowie: Magdalena Środa, Jacek Hołówka, Andrzej Zoll i Hans Joas. Drugiego dnia, w siedzibie archidiecezji warszawskiej, o Kościele i świecie debatowali: prof. Mirosława Grabowska, kierująca CBOS-em, Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej”, Marek Jurek, europoseł, który do Parlamentu Europejskiego dostał się z list PiS, a także prof. Wiktor Osiatyński, prawnik.


Michnik: Represja wobec ks. Lemańskiego – czarną kartą w historii Kościoła

– Katolicyzm w Polsce jest tak podzielony jak polskie społeczeństwo. W Kościele jest wszystko to, co w naszym społeczeństwie najlepsze, i to, co w naszym społeczeństwie najgorsze. Niestety, słyszalny jest głównie głos tej drugiej strony. Ten Kościół, który pomaga potrzebującym, biednym, który daje łaskę strapionym, jest dyskretny, cichy. Głośny jest ten, który się angażuje w wojnę ideologiczną, który często po prostu mówi językiem nietolerancji i kłamstwa. Jeżeli słyszę z ust wysokich dostojników kościelnych, że rząd i prezydent zmierzają do biologicznej eksterminacji narodu polskiego, to muszę to nazwać po imieniu. To kłamstwo, to krzywdzenie ludzi – mówił Michnik.

Redaktor naczelny „Wyborczej” przypomniał swój niedawny list, który wspólnie z Jarosławem Mikołajewskim napisał do papieża Franciszka. Upomina się w nim o los ks. Wojciecha Lemańskiego.

– Represja wobec niego jest czymś symbolicznym. To czarna karta w historii polskiego katolicyzmu, który ma tak wiele kart wspaniałych w swoich dziejach – mówił Michnik.

Stwierdził, że w Polsce wielu katolików angażuje się w polityczne awantury, a biskupi to tolerują.

– Pod kościelnymi symbolami nosi się transparenty o tym, że nasz prezydent jest „komoruski”, co uważam za oburzające – powiedział. Przypomniał, że w ubiegłym roku, podczas rocznicy katastrofy smoleńskiej, jeden z księży „wyklinał diabła” z pałacu prezydenckiego.

– Głupi ksiądz zawsze się znajdzie. Ale to, że jest to tolerowane, a nie odrzucane, to mi bardzo przeszkadza. No i oczywiście pewna rozgłośnia, która się odwołuje do Matki Boskiej – stwierdził Michnik.

– W Kościele są pewne rzeczy, które podlegają krytyce. Jest i grzech. Ale osąd, który jest przypisywany z zewnątrz, musi brać pod uwagę kompleksowość rzeczywistości samego Kościoła – odpowiedział na te zarzuty kardynał Gianfranco Ravasi.

„Kościół roztrwonił wielkie zaufanie”

Prof. Mirosława Grabowska z CBOS, relacjonując niedawne badania na temat religijności Polaków przypomniała, że jeszcze w 1989 r. Kościół cieszył się zaufaniem blisko 90 procent społeczeństwa, a obecnie to zaledwie 50-60 procent.

Dlaczego tak się dzieje?

– Kościół roztrwonił wielkie zaufanie – diagnozował prof. Wiktor Osiatyński. Roztrwonił to przez stosunek do mniejszości, połajanki. Ofiary pedofilii, które zwracały się do instytucji kościelnych, były traktowane z pogwałceniem wszelkich możliwych praw. Kościół nic nie powiedział w sprawie drapieżnej reprywatyzacji, niczego na temat swojej pięknej tradycji stosunku do własności prywatnej. Jest słabo słyszalny w sprawie przemocy i krzywdy, tyle tylko, że potępia konwencję antyprzemocową.

Na pytanie, jak widziałby Kościół, powiedział, że jako „strażaka”.

– To zawód o najwyższym prestiżu społecznym. To ludzie technicznie uzbrojeni, reprezentujący władzę, którzy jej używają tylko w dobrych celach. Policjant, prokurator może nadużyć. Strażak nie nadużywa, raczej oddaje życie.

„Obraz Kościoła w mediach to jedna dziesiąta rzeczywistości”

– Miałem nadzieję, że przychodzę na dziedziniec dialogu. A jak słuchałem redaktora Michnika, to się poczułem jak na pretorium pretensji – stwierdził Marek Jurek. – To głos wykluczenia, któremu podobałoby się wykluczyć część opinii katolickiej z debaty publicznej. Potem reakcje są wzajemne i to dialogowi nie sprzyja.

– Nie jestem fanatykiem dialogu. Nie widzę konieczności dialogu w przypadku ataku, nienawiści – ripostował prof. Osiatyński.

Kardynał Ravasi stwierdził z kolei, że obraz Kościoła, jaki pojawia się w mediach, nie jest prawdziwy.

– Człowiek, który gryzie psa, jest ciekawszy niż pies gryzący człowieka. Informacje z gazet dotyczą może jednej dziesiątej rzeczywistości. Obecność Kościoła i księży jest bardzo cenna. Choćby ich działalność charytatywna. W wielu krajach Kościół pomaga osobom z marginesu, a państwo nie jest w stanie tego zrobić – stwierdził kardynał.

Sekularyzacja? Przechodzi kryzys

Kardynał i prof. Grabowska zgodzili się też co do tego, że sekularyzacja społeczeństw nie jest procesem, który zmierza do absolutnego wyrugowania religii z życia publicznego.

– Wielu socjologów, antropologów kultury przekonuje, że sekularyzacja przechodzi kryzys. Nie jest to zwycięska droga. Tak naprawdę sacrum zwycięża – mówił kardynał.

– Też uważam, że sekularyzacja to była fałszywa diagnoza – dodał Michnik. – Potrzeba religijna jest nieusuwalna z naszej kultury i naszej egzystencji. Ktokolwiek sobie wyobraża, że to można usunąć, jest niemądry, a kto próbuje to robić – jest zbrodniarzem. Ale w Polsce mamy do czynienia z najgłębszym kryzysem polskiego katolicyzmu od czasów reformacji – powiedział Michnik. Przypomniał, że głoszenie haseł politycznych pod kościelnymi symbolami, przy aprobacie Kościoła prowadzi do niebezpiecznego zjawiska integryzmu.

– Desperacki integryzm jest zagrożeniem. Chrześcijaństwo ze swojej natury to jest otwarcie, dialog. Chrześcijaństwo jest przekonane: co cesarskie cesarzowi, a co boskie Bogu. Z całą pewnością integryzm nie jest naszą tożsamością – odpowiedział kardynał, na co Michnik stwierdził: „Te słowa to miód na moje serce!”.

– Kościół poszedł bardzo daleko, grożąc posłom ekskomuniką, odmawiając komunii tym posłom, którzy głosowaliby za in vitro. Tymczasem pierwszy raz polskie władze państwowe wezwane przez Kościół nie posłuchały. A premier powiedział, że Kościół nie będzie stanowił prawa, bo do stanowienia prawa jest demokratycznie wybrany parlament. To padło po raz pierwszy w Polsce – być może w ogóle, a na pewno od 1989 r. – stwierdził prof. Osiatyński.

Zobacz także

wyborcza.pl

zjesz

W kinie czekały na nich darmowe cukierki. Zjedli, a potem zrobiło się bardzo gorzko [WIDEO]

Justyna Suchecka, 17.04.2015
Kadr z filmu kampanii zorganizowanej przez Fundację Dzieci Niczyje

Kadr z filmu kampanii zorganizowanej przez Fundację Dzieci Niczyje (fot. youtube.com/Fundacja Dzieci Niczyje)

Na widzów warszawskiej Kinoteki czekały cukierki z napisem: „Zjedz cukierka. Nikt się nie dowie. To nasza tajemnica”. Na radosne uśmiechy gości nie trzeba było długo czekać, podobnie jak na smutek, gdy dowiedzieli się, w czym właśnie wzięli udział.
Każdy, kto przyszedł na seans w Kinotece w warszawskim Pałacu Kultury i Nauki, na fotelu znalazł dwie rzeczy – kartkę z napisem „sekret” i przyczepionego do niej cukierka w różowym papierku. Do zjedzenia łakocia większości ludzi nie trzeba było przekonywać – zresztą zostali do tego zachęceni obietnicą, że „nikt się nie dowie”.Na filmie z Kinoteki widzimy, jak widzowie uśmiechają się, robią sobie zdjęcia z cukierkami. Ale do czasu.Po kilku minutach na ekranie wyświetlony został film i miny widzów radykalnie się zmieniły.

Lubisz wracać do wspomnień z dzieciństwa?

Co tak nimi wstrząsnęło? Zobaczyli dziecięcy różowy pokój i małą dziewczynkę. Na nią też na krześle czekał cukierek-sekret. Lektorka czytała: „Lubisz wracać do wspomnień z dzieciństwa? Pamiętasz słodki smak dziecięcych sekretów?”. Widzowie jeszcze przez chwilę uśmiechali się. Ale wtedy zobaczyli, co spotkało dziewczynkę z ekranu kilka minut wcześniej. Widzieli dorosłego mężczyznę, który leży na jej łóżku i zapina rozporek. Mówi: – Nikt się nie dowie, to nasza tajemnica. Zjedz cukierka.

To najnowsza kampania fundacji Dzieci Niczyje, która w ten sposób chce przypomnieć, że nie dla wszystkich wspomnienia z dzieciństwa są słodkie, a przemoc seksualna może powodować cierpienie również w dorosłym życiu. FDN na co dzień zajmuje się m.in. pomocą ofiarom przestępstw seksualnych.

Różne oblicza przemocy seksualnej

– Z licznych europejskich badań wynika, że co piąte dziecko jest wykorzystywane seksualnie – mówiła niedawno dr Monika Sajkowska, prezeska fundacji Dzieci Niczyje. – Tymczasem nasze badania pokazują, że o takim zagrożeniu ze swoimi dziećmi rozmawia tylko połowa rodziców. Chcemy, by się to zmieniło, bo właśnie od rozmów zależy bezpieczeństwo naszych dzieci. Z ogólnopolskiej diagnozy przeprowadzonej przez FDN wynika, że 12 proc. nastolatków w wieku od 11 do 17 lat padło ofiarą przynajmniej jednej formy wykorzystywania seksualnego. W Polsce ofiarami przemocy seksualnej częściej padają dziewczynki (19 proc.) niż chłopcy (9 proc.). W badaniach przyjmuje się, że wykorzystywanie seksualne dziecka to „różne zachowania włączające dziecko w aktywności seksualne: kontakty fizyczne (penetracja, dotyk), ekspozycje seksualne (ekshibicjonizm, prezentowanie pornografii), formy komercyjne (prostytucja i pornografia dziecięca)”.

Obiecaliśmy, że…

Polska w zeszłym roku ratyfikowała konwencję z Lanzarote o ochronie dzieci przed wykorzystywaniem seksualnym i niegodziwym traktowaniem w celach seksualnych. Ta nakłada na nasz kraj m.in. obowiązek realizowania kampanii społecznych na ten temat. Ale też konkretne rozwiązania prawne, m.in. wprowadzenie zakazu pracy z dziećmi dla osób wcześniej karanych za wykorzystywanie seksualne małoletnich oraz obowiązek przeszkolenia osób pracujących z dziećmi, by potrafiły rozpoznać niepokojące sygnały.

Justyna Suchecka: Interesują Cię tematy związane z edukacją? Lubisz o nich czytać i dyskutować? Zapraszam na mój profil na Facebooku!

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: