Komorowski (20.04.15)

Ben Affleck wstydzi się swoich przodków? Wikileaks zdradza wstydliwe dla niego tajemnice

ro, 20.04.2015
Ben Affleck wstydzi się swoich przodków? WikiLeaks zdradza wstydliwe dla niego tajemnice

Ben Affleck wstydzi się swoich przodków? WikiLeaks zdradza wstydliwe dla niego tajemnice (YURI GRIPAS / REUTERS / REUTERS)

Ben Affleck poprosił stację PBS, aby zataiła informację o jego przodkach, którzy byli właścicielami niewolników. Tak wynika z nowej partii maili Sony, które wyciekły za sprawą hakerów i zostały opublikowane przez portal Wikileaks.
Affleck, który jest jednym z najpopularniejszych aktorów i reżyserów Hollywood, odebrał w 2013 roku Oscara za najlepszy film – wyreżyserował i wyprodukował „Operację Argo”. W ubiegłym roku zachwycił krytyków rolą w „Zaginionej dziewczynie”, a wkrótce na ekranie stanie się Batmanem. Jak podaje „The Independent”, aktor zażądał od ekipy programu „Finding Your Roots” („W poszukiwaniu korzeni”) stacji PBS, aby nie zajmowała się niechlubną kartą historii jego rodziny. Chodzi o posiadanie przez nią niewolników.

Prośba Afflecka miała zdenerwować Henry’ego Louisa Gatesa, czarnoskórego prowadzącego programu, profesora historii na Harvardzie, który zajmuje się historią afrykańską i afrykańsko-amerykańską. Mimo niezadowolenia Gatesa program został wyemitowany z pominięciem niewygodnych dla Afflecka informacji.

Maile opublikowano zeszłego lata wraz z 30 tys. innych wiadomości związanych z wytwórnią Sony i gwiazdami Hollywood. Winą za atak obarczono hakerów z Korei Północnej. Jak zaznacza „The Independent”, nie wiadomo, w jaki sposób Wikileaks zdobyło nową partię kompromitujących wiadomości.

Gates wydał w piątek oświadczenie, w którym przekonuje, że nigdy w historii programu nie zatajano żadnych szczegółów na temat przodków jego bohaterów. Nawet jeśli były nieprzyjemne lub niewygodne. – W przypadku pana Afflecka skupiliśmy się na tym, co naszym zdaniem było najciekawsze w historii jego rodziny, czyli np. przodek walczący w czasie rewolucji, inny, który był zafascynowany okultyzmem, i jego matka, która maszerowała w obronie praw obywatelskich w czasie amerykańskiego Freedom Summer w 1964 roku.

Z maili wynika, że gdy Affleck zażyczył sobie pominięcia wstydliwej dla siebie części historii, Gates skontaktował się z Sony, które ponowiło prośbę.

Julian Assange, redaktor naczelny portalu Wikileaks, przekonuje, że opublikowanie informacji o Afflecku było konieczne. Chciał pokazać, jak wielki wpływ na kreowanie rzeczywistości mają korporacje medialne.

Sam Ben Affleck nie odniósł się na razie do treści opublikowanych maili.

Zobacz także

wyborcza.pl

Neandertalczycy wymarli, bo nie umieli gotować?

Michał Skubik, 20.04.2015
Przez długi czas w Europie neandertalczycy (po prawej) żyli obok przedstawicieli Homo sapiens (po lewej).
Nie wiemy, czy było to pokojowe współistnienie ani jak wyglądały ich spotkania. A jeśli rozmawiali, to o czym?

Przez długi czas w Europie neandertalczycy (po prawej) żyli obok przedstawicieli Homo sapiens (po lewej). Nie wiemy, czy było to pokojowe współistnienie ani jak wyglądały ich spotkania. A jeśli rozmawiali, to o czym? (Fot. Philippe Plailly Look at Sciences/Fotolink)

Nowe badania wskazują, że jedną z przyczyn wyginięcia neandertalczyków mógł być brak umiejętności w posługiwaniu się ogniem. O wiele lepiej z ujarzmieniem tego żywiołu poradzili sobie ich krewni, czyli my.
Opanowanie ognia i wykorzystanie go do obróbki termicznej spożywanych pokarmów pozwoliło ludziom na dostarczenie większej ilości kalorii z takiej samej ilości dostępnego pożywienia. Pozwoliło to na wzrost populacji ludzi przy jednoczesnym zmniejszaniu się populacji neandertalczyka. – Umiejętność używania ognia dała ludziom znaczącą przewagę nad neandertalczykami i mogła stać się jedną ze znaczących przyczyn w ogólnej zapaści tych drugich – powiedziała Anna Goldfield, doktorantka archeologii Uniwersytetu Bostońskiego, podczas 80. dorocznego spotkania Amerykańskiego Stowarzyszenia Archeologicznego.

Zagadkowe zniknięcie

Goldfield uważa, że jedną z największych zagadek ewolucji gatunku ludzkiego jest wyginięcie neandertalczyka w większości miejsc w Europie około 40 tys. lat temu. Przedtem ich populacja zamieszkiwała kontynent przez setki tysięcy lat, zanim około 45 tys. lat temu pojawił się człowiek współczesny. To spowodowało, że w krótkim czasie populacja starszego gatunku zaczęła gwałtownie zanikać. – Pojawienie się ludzi współczesnych musiało mieć jakiś wpływ na wyginięcie neandertalczyków – powiedziała Goldfield dla Live Science.

Jednak bezpośrednia przyczyna ich wyginięcia jest powracającym elementem debat naukowców. Pojawiają się teorie, że neandertalczycy napotykali coraz większe problemy z dostępem do żywności, między innymi ze względu na słabo wykształcony handel pomiędzy ich lokalnymi społecznościami. Pojawiły się też głosy, że być może polowali na nich ludzie współcześni. – Wyginięcie neandertalczyków to proces bardzo złożony i do dzisiaj nie ma zgody między naukowcami, jak naprawdę do niego doszło – uważa Goldfield.

Badaczka wraz ze swoim kolegą, biomatematykiem Rossem Bootonem z Uniwersytetu w Sheffield, postanowili zbadać, czy umiejętność korzystania z ognia lub jej brak mogły być jedną przyczyn wymierania gatunku.

Jedną z największych różnic pomiędzy neandertalczykami a ich konkurentami mogła być umiejętność korzystania z ognia, którą nabyli ludzie współcześni. Ogień nie tylko dał ludziom ciepło, ale co najważniejsze, pozwolił na obróbkę termiczną żywności. To nie tylko zabijało bakterie, więc żywność stała się bezpieczniejsza. Dodatkowo denaturacja białka pod wpływem temperatury spowodowała, że organizm ludzki mógł z tej samej ilości pożywienia przyswoić więcej energii.

Neandertalczycy ze względu na swoje rozmiary potrzebowali więcej kalorii, by utrzymać się przy życiu. Średni wzrost mężczyzny neandertalskiego wynosił około 165 cm przy wadze sięgającej nawet 90 kg (znaleziono też szkielet mężczyzny o wzroście 190 cm), a kobiet około 155 cm. Możliwe, że znaczenie mogła mieć wielkość mózgu, który jest najbardziej „energożernym” organem. Im jest większy, tym więcej „paliwa” potrzebuje do działania. Mózgi naszych bezpośrednich przodków, kromaniończyków, miały średnio wielkość 1500 cm sześc., podczas gdy nasze współczesne mają średnio 1350 cm sześc. (sama wielkość mózgu nie świadczy o inteligencji). Pojemność mózgoczaszki neandertalczyków wynosiła do 1900 cm sześc., prawdopodobnie więc potrzebowali więcej kalorii.

Goldfield uważa, że ludzie, których zapotrzebowanie energetyczne było mniejsze, a dodatkowo dzięki wykorzystaniu ognia zwiększyli kaloryczność posiłków, mogli łatwiej przetrwać w chłodnym klimacie.

Odnaleziono wprawdzie szczątki kopalne świadczące o tym, że nasi dalecy krewni również korzystali z ognia, jednak nie w takim stopniu jak ludzie. – Z dwóch dużych stanowisk we Francji wykopano dziesiątki tysięcy kamiennych narzędzi i kości zwierzęcych, ale prawie w ogóle nie znaleziono śladów używania ognia. W jakiś sposób neandertalczycy obywali się bez niego – powiedział prof. Dennis Sandgathe biorący udział w tych wykopaliskach.

Modele matematyczne

By lepiej sprawdzić, jaki wpływ na ówczesne populacje mogła mieć umiejętność korzystania z ognia, naukowcy posłużyli się modelami matematycznymi. Symulacje pomogły porównać wpływ, jaki mogło mieć używanie ognia przez obie populacje w jednakowym stopniu oraz przy założeniu, że ludzie używali go w życiu codziennym, a neandertalczycy jedynie okazjonalnie. Naukowcy jednocześnie przyjrzeli się ówczesnej populacji reniferów, które dla potrzeb modelu matematycznego uznano za podstawowy składnik diety obu grup.

Z wyliczeń wynika, że w im większym stopniu ludzie wykorzystywali ogień w porównaniu ze swoimi dalekimi krewnymi, tym większe było prawdopodobieństwo, że ich populacja uzyskiwała przewagę nad neandertalczykami. To powodowało zmniejszanie się liczebności reniferów, więc neandertalczycy z biegiem czasu mieli coraz mniej pożywienia (pamiętajmy, że ze względu na większe rozmiary ciała i mózgów zapotrzebowanie na energię mieli prawdopodobnie większe niż ludzie), więc ich populacja spadała, a ludzka utrzymywała stałe tempo wzrostu. To mogło bezpośrednio doprowadzić do wyginięcia neandertalczyków.

– Niestety, ciągle zbyt mało wiemy o neandertalczykach, by jednoznacznie określić przyczyny ich wymarcia. Trudno nam dzisiaj powiedzieć, ile dokładnie potrzebowali dziennie kalorii do przeżycia – powiedział Sandgathe. Dodatkowo nie ma też zgodności między naukowcami co do ich diety, niektórzy uważają, że byli wszystkożerni, ale są też głosy, że neandertalczycy byli wyłącznie mięsożerni. Za pierwszą teorią mogą przemawiać odkrycia dokonane między innymi dzięki nowoczesnym metodom badania szkliwa zębów. Wskazują one, że neandertalczycy mogli mieć urozmaiconą dietę, zawierającą oprócz mięsa również rośliny strączkowe i kasze. Z kolei o diecie mięsnej może świadczyć rozmiar mózgu, który najprawdopodobniej spowodowany był dużą ilością białka zwierzęcego w pożywieniu. Zakładając, że stosowali wyłącznie dietę mięsną, brak umiejętności korzystania z ognia mógł okazać się kluczowym powodem ich wyginięcia.

Źródło: Live Science

Zobacz także

wyborcza.pl

Pogrom cór Koryntu

Adam Leszczyński, 20.04.2015
Prostytucja w XIX wieku w Europie była zjawiskiem powszechnym i powszechnie tolerowanym (na zdjęciu powyżej

Prostytucja w XIX wieku w Europie była zjawiskiem powszechnym i powszechnie tolerowanym (na zdjęciu powyżej „Prostytutki”, pastel francuskiego malarza Henriego de Toulouse-Lautreca 1864-1901). Według ówczesnych szacunków w Warszawie przełomu wieków z prostytucji utrzymywało się nawet… (Fot. Wikipedia)

Przez trzy dni motłoch atakował warszawskie domy publiczne, bijąc i zabijając prostytutki i sutenerów. Rozjuszeni uczestnicy pogromów wyrzucali przez okna meble i sprzęty znajdujące się w lupanarach, a lekarzy próbujących ratować rannych obrzucali kamieniami.
O koło południa 25 maja 1905 r. lekarz pogotowia dotarł do zniszczonego przez tłum domu publicznego przy ul. Leszno 11. W ruinach niegdyś eleganckiego mieszkania zastał ubraną i stojącą na własnych nogach prostytutkę wyglądającą na 25 lat. Tłum obił ją kijami. W chwili gdy lekarz zbliżył się do niej, zachwiała się na nogach – na ustach jej ukazał się kał. Natychmiast zabrano się do badania – okazało się, że miała literalnie pokrajane wnętrzności, które po zdjęciu gorsetu przedstawiały krwawą, cuchnącą kałem masę – relacjonował „Kurjer Poranny”.

Umierającą przewieziono do Szpitala św. Ducha na pobliskiej ulicy Elektoralnej. Była jedną z kilkudziesięciu ofiar śmiertelnych pogromu warszawskich burdeli, do którego doszło w dniach 24-27 maja 1905 r.

Końca przewidzieć niepodobna

W Warszawie zaszły wczoraj krwawe zajścia między ludnością izraelską – informował 25 maja 1905 r. na pierwszej stronie wydania porannego „Kurjer Warszawski”. Tego samego dnia niechętna Żydom i socjalistom „Gazeta Polska” donosiła: Wczoraj wieczorem na ulicach Warszawy, od Marszałkowskiej do Przyokopowej, dokonano szeregu napadów ulicznych. Napastnikami byli – o ile można było na razie stwierdzić – wyłącznie Żydzi, z klasy roboczej; napastowanymi – ludzie podejrzani o przynależność do klasy alfonsów, sutenerów, nożowców itp. – również Żydzi .

Do pierwszego wypadku doszło na rogu Marszałkowskiej i Próżnej ok. godziny 21. Potem tłum pociągnął Próżną, bijąc i mordując sutenerów: jednego zakłuto pod nr. 8, drugiego – pod nr. 10. Zamieszki przeniosły się na Graniczną i Dzielną, w stronę dzielnicy zamieszkanej głównie przez Żydów. Do pobić doszło też na Zimnej, Gnojnej, Przechodniej, Srebrnej i Nowokarmelickiej. Napady trwały do północy.

„Kurjer Warszawski” pisał o „kałużach krwi na chodnikach”. Do wieczora pięć karetek pogotowia nie mogło się uporać z nawałem rannych, często bliskich śmierci. Na Miłej pewnemu „izraelicie” zadano 21 ciosów nożem. Z pośród przywiezionych dwóch złodziejów, jeden z przebitym brzuchem, drugi z poderżniętym gardłem, prawdopodobnie żyć nie będą .

Następnego dnia pogrom przeniósł się do Śródmieścia. Na ul. Zielnej tłum demolował domy publiczne, bijąc właścicieli oraz prostytutki. Eleganckie meble wylatywały przez okna na bruk, ludzie rabowali kosztowności i ubrania. O ile wnosić można z ruchów gromady ludzi, dokonywujących pogromu, działała ona nadzwyczaj systematycznie, obchodząc ulica za ulicą domy publiczne i niszcząc je bezwzględnie – komentowała prasa.

Z reguły motłoch niszczył tylko mieszkania, bijąc od czasu do czasu przypadkowych przechodniów. Rozbite zostały domy publiczne przy Zgoda 11, Widok 12, Nowogrodzkiej 4, 14, i 31, Żurawiej 1, 7, 10, 18 i 42, na rogu Chmielnej i Marszałkowskiej, na Nowym Świecie 12, w kilku domach pomiędzy pl. Trzech Krzyży i Kruczą, przy Hożej 10, Kruczej 7 i 17, Pięknej 7, Wilczej 26 oraz Marszałkowskiej 36 i 76. Sutenerów atakowano na Krochmalnej, Karmelickiej, Długiej, Starym Mieście i Podwalu, Sosnowej i Nowolipiu, Miodowej, Śliskiej, Wielkiej, Grzybowskiej i Gęsiej.

Tylko w południowej części lewobrzeżnej Warszawy zniszczono 18 mieszkań i dopiero około północy znużony tłum zaczął się rozchodzić do domów. Przez kolejne dni prasa podawała nowe adresy zrujnowanych mieszkań: Żurawia 43, 45 i 49, Nowogrodzka 14, Sadowa 8 i 10, Warecka, Wróbla, Szpitalna, Ordynacka, Nowy Świat… Końca tego wszystkiego przewidzieć niepodobna – pisała „Gazeta Polska”. Mieszkańcy ulic powyższych przypatrują się temu obrazowi zniszczenia z widocznem zadowoleniem – dodawał „Kurjer Warszawski”.

Pierwsi fotografowie Warszawy. Zapraszamy na spacer po XIX-wiecznej stolicy

Kobiety upadłe

W tamtym czasie wyróżniano dwa rodzaje warszawskich prostytutek ,a „Gazeta Polska” tak je opisywała: Jedna uliczna, brudna, wstrętna, gnieżdżąca się po norach i lupanarach, druga elegancka, perfumowana, mieszkająca w pięknych apartamentach lub uczęszczająca do wykwintnie urządzonych domów schadzek. Przedstawicielki pierwszej z nich spotkasz na ulicach, głównie wieczorami i późną nocą; same lub w towarzystwie swych przyjaciół zaczepiają każdego przechodnia, wyprawiają hałasy, są plagą spokojnych mieszkańców; zachowaniem się i „słownikiem” obrażają wszelkie poczucie przyzwoitości i moralności .

Liczbę kobiet utrzymujących się z prostytucji w Warszawie szacowano na kilkanaście tysięcy. Kiła – wówczas nieuleczalna – pozostawała gigantycznym problemem społecznym dotykającym wszystkie warstwy (w pełni wyleczalna stała się dopiero po upowszechnieniu penicyliny w latach 40.).

Jak pisze Paweł Rzewuski, autor wydanej w 2014 r. książeczki „Warszawa, miasto grzechu”, władze carskie nie zawracały sobie głowy walką z prostytucją, co po odzyskaniu niepodległości często uznawano za efekt polityki antypolskiej. W najgorszej sytuacji były prostytutki zarejestrowane, z tzw. czarnymi książeczkami (czyli formalnie uprawiające ten zawód). Znajdowały się one całkowicie we władzy sutenera i kiedy nie chciały pracować, alfons wzywał policję, która mogła zamknąć nieposłuszną kobietę do aresztu. Prostytucja przybierała wiele form: od luksusowych utrzymanek jednego opiekuna po robotnice, które nierzadko uprawiały ją okazjonalnie – dorabiając do niskich płac – albo oddawały się w zamian za różne usługi czy drobne prezenty.

Najbardziej luksusowy burdel znajdował się na Towarowej na Woli, a prowadziła go pani Szlimakowska, która – jak pisze Rzewuski – miała pieczę nad pięćdziesięcioma prostytutkami. Była ona niekwestionowaną królową tej branży . U Szlimakowskiej podawano szampana i recytowano wiersze, buduary miały piękne lustra i marmurowy wystrój.

W 1904 r. władze wydały zarządzenie dające „całkowitą swobodę uliczną” kobietom pozostającym pod nadzorem policji, czyli zarejestrowanym prostytutkom.

Gardzono nimi, ale z ich usług korzystano powszechnie. Zgodnie z dominującym wówczas w medycynie poglądem kobieta była bierna erotycznie i nie miała potrzeb seksualnych, natomiast mężczyźni musieli dawać im upust. Pozycja kobiety w małżeństwie była na tyle słaba, że w większości wypadków mężowi odwiedzającemu prostytutkę mogła co najwyżej zrobić awanturę. Nobliwi mężowie i ojcowie rodzin miewali bardzo bujne płatne życie erotyczne, a ówczesna polszczyzna obfitowała w słownictwo dotyczące płatnej miłości. Terminu „prostytutka” raczej nie używano, zastępowały je słowa: „kokoty”, „ladacznice”, „kobiety publiczne”, „kobiety wykolejone”, „kobiety upadłe”. Używano słowa „dom publiczny”, ale także „lupanar” czy „lokal prostytucyjny”.

Kliknij, aby powiększyć

Przemoc, czyli sąd doraźny

Prasa warszawska nazwała majowe pogromy sądem doraźnym, co sugerowało akt ludowej sprawiedliwości. Jak pisała jedna z gazet: Gromiciele nie ograniczali się na samem niszczeniu sprzętów i urządzenia mieszkań, rozbijali w drzazgi nie tylko stoły, kanapy, pianina, krzesła, łóżka itp., lecz wyrywali też całe okna z ramami, rąbali drzwi i framugi siekierami .

Przemoc przybierała różne formy. Demolowanie domu publicznego przy Zielnej 21 trwało od godziny 17 do 20. Na rogu Ogrodowej i Solnej prostytutki zatarasowały drzwi w swym parterowym domku, ale tłum wybił frontowe okno i zdemolował sprzęty. Na Śliskiej 16 zaatakowany został burdel zatrudniający 15 kobiet – w ciągu 10 minut przez frontowe okna na ulicę wylatywały na bruk suknie, żakiety, kilkadziesiąt par trzewików, sienniki, lustra, naczynia oraz „niezliczona ilość” rozprutych poduszek i pierzyn. Ulica wyglądała, jakby spadł na nią śnieg. Tłum znęcał się nad prostytutkami, które rozbierano do bielizny. Kobiety uciekały do piwnic, suteren albo chowały się w ciemnych zakamarkach schodów kamienic. Rabusiów, którzy splądrowali ten dom i wychodzili z przybytku przy Śliskiej 16, przed bramą przywitali ogniem z rewolwerów sutenerzy – na głos strzałów tłum się rozbiegł, ale szybko powrócił uzbrojony w pałki i noże. Wtedy sutenerzy zbiegli.

Ze szczególną pasją tłum niszczył pieniądze – w przybytku przy ul. Miłej ludzie darli znalezione tam trzy sturublowe banknoty, a także fotografie pornograficzne, które umieszczali na murach czy gzymsach kamienic, a następnie rozkawałkowywali kijami i obrzucali błotem.

Z kawiarni przy ul. Zielnej 17, w której zbierali się alfonsi, pozostały nagie ściany. Kiedy na rogu Pięknej i Koszykowej dwie kobiety chciały ratować resztki dobytku wyrzuconego na ulicę, z sąsiedztwa posypał się na nie grad kamieni i cegieł, a jacyś ludzie pobili je kijami.

Stan wrzenia

W Warszawie roku 1905 taka przemoc nie była niczym nadzwyczajnym – od stycznia trwały robotnicze protesty, strajki i rozruchy, które szybko nazwano rewolucją. Przed świętem 1 Maja Polska Partia Socjalistyczna wzywała do demonstracji mającej być „przeglądem sił rewolucyjnych przed stanowczą walką z caratem”. Doszło wówczas do masakry i krew płynęła strumieniami. Zresztą starcia z wojskiem i policją miały miejsce i w innych miastach Kraju Nadwiślańskiego – działo się tak w Łodzi, Żyrardowie, Częstochowie, Ostrowcu, Radomiu i Skarżysku.

Zrewoltowanych robotników potępiła duża część polskiej prasy, na co Centralny Komitet Robotniczy PPS odpowiedział w swej odezwie tak: Oplwano nasze świeże rany, naszych bohaterów postawiono w jednym rzędzie ze zbójami i rzezimieszkami, redaktorów tych gazet porównując do „carskich siepaczy”. I wzywam do bojkotu tej prasy, której wydawcy za grosze robotnicze budują pałace i kamienice i śmieją się z nas, lżąc nas bezkarnie .

Po masakrze 1 maja w ulotce PPS można było przeczytać: Nie chcemy od was żadnych ustępstw! Nie wchodzimy z wami w żadne układy! Chcemy waszej zguby ostatecznej i przychodzimy was zgnieść ! Przeciwko socjalistom występowała prawica, a związany z nią Narodowy Związek Robotniczy wzywał w ulotce z czerwca 1905 r.: Robotnicy Polacy! Czyż jeszcze raz pozwolicie, żeby bezmyślne partye socyalistyczne frymarczyły samowolnie krwią waszą i pogrążyły was i kraj cały w otchłani zamętu i nędzy? Dochodziło do krwawych starć nie tylko pomiędzy Polakami a policją i wojskiem, ale także pomiędzy polską prawicą i lewicą.

Władza była słaba. Trwała wojna rosyjsko-japońska, którą carat przegrywał: 2 stycznia skapitulował Port Artur, położona nad Morzem Żółtym baza rosyjskiej floty Pacyfiku. 27-28 maja, czyli w dniach pogromu warszawskich prostytutek, toczyła się bitwa morska pod Cuszimą, w której duża część carskiej floty poszła na dno, a pierwsze wieści o klęsce pojawiły się w gazetach warszawskich już 31 maja, wraz z komentarzami z prasy zachodniej, że teraz Rosja musi prosić o pokój.

Chwilowy spokój panuje w Warszawie

26 maja generał-gubernator warszawski posłał wojsko, by skończyło z pogromami prostytutek. Miasto podzielono na siedem rewirów, każdy pod cywilno-wojskową władzą wysokiej rangi oficera, a w przypadku zamieszek policja miała natychmiast wzywać żołnierzy. Wtedy zapanował spokój. Na ulicach i podwórzach pozostały wielkie stosy powyrzucanych sprzętów i porozbijanych mebli, porwanych zasłon, firanek i pościeli. Niektórzy właściciele kamienic odmówili ich sprzątania, więc zbierali je handlarze starzyzną.

28 maja zebrało się w trybie pilnym Towarzystwo Chrześcijańskie Ochrony Kobiet. Jak relacjonowała „Gazeta Polska”, Towarzystwo „zerwało się do czynu”, próbując pomóc ofiarom pogromu (ale tylko chrześcijankom, a duża część sutenerów i prostytutek była wyznania mojżeszowego): Stawiano wiele rozumnych i celowych propozycji, lecz niestety wykonaniu ich stał na zawadzie zupełny brak funduszów w kasie Tow., jakiemi Tow. mogłoby do urzeczywistnienia swoich zamiarów rozporządzać . W tej sytuacji poproszono członków o składkę po 5 rubli, a dla „kobiet wykolejonych” otwarto kancelarię Towarzystwa przy Mazowieckiej 11, do której miałyby się zgłaszać, chociaż nie bardzo było wiadomo po co.

Jak się okazało, spokój był chwilowy, bo już 28 maja około godziny trzeciej po południu na ul. Wąski Dunaj znów zaczęły się pogromy sutenerów, którzy tym razem przygotowali się do obrony – w ruch poszły noże i rewolwery, jedna z kul raniła 23-letniego robotnika Chaima Rubinsteina. Zaalarmowani strzałami policjanci i żołnierze aresztowali 100 osób, które trafiły do aresztu na Podwalu. Na bruku zostało trzech zabitych sutenerów, sześciu innych odniosło ciężkie rany.

31 maja gazety donosiły, że liczba pacjentek w kobiecym Szpitalu św. Łazarza znacznie się zwiększyła, a jeden z dziennikarzy komentował: Jednocześnie rozpasanie instynktów i rozpusty śród tej sfery chorych dosięgło granic niezwykłych, do tego stopnia, że utrzymanie porządku i dozoru nad choremi połączone jest z wielkimi trudnościami .

Oberpolicmajster Warszawy, baron Karl Nolken (który sam został ranny w zamachu bombowym PPS 30 marca), zaostrzył przepisy dotyczące prostytucji. Zapowiedział ograniczenie poruszania się po ulicach prostytutek zarejestrowanych oraz kazał zmniejszyć liczbę burdeli do jednego na kamienicę, przy czym jeszcze w jednym mieszkaniu mogły przyjmować nie więcej niż cztery zarejestrowane prostytutki „wraz ze służbą żeńską”. Domów publicznych miało nie być na ulicach, na których znajdowały się kościoły.

Złem złego się nie leczy

Opinia publiczna miała mieszane uczucia. Prostytutkami pogardzano, ale potępiano też przemoc i bezprawie. W „Gazecie Polskiej” K. Bartoszewicz (prawdopodobnie chodzi o Kazimierza Bartoszewicza, znanego księgarza, wydawcę, historyka literatury i publicystę) pisał: Wprawdzie, mówiąc na ucho, dobrze się stało, że przetrzepano sutenerów i ladacznice, ale przecie bardzo źle się stało, iż tłum wykonywał samowolnie swe wyroki, dając upust instynktom niszczycielskim .

Pisano, że prostytucja jest złem nieuniknionym, że „uratować” można tylko kilkadziesiąt lub najdalej kilkaset kobiet. Pogrom mógł ograniczyć zjawisko, ale nie mógł go zmniejszyć na stałe. Złem złego się nie leczy – komentował Bartoszewicz.

Inny publicysta cytował swego golibrodę, który najpierw bardzo popierał „sądy doraźne”, ale potem zmienił zdanie: Podczas niszczenia mebli jakiejś kokoty, mieszkającej vis – a – vis jego golarni, nadjechał patrol, a tłum przypatrujący się sądowi doraźnemu zaczął chronić się po bramach i sklepach. Kilkanaście osób wpadło do jego zakładu – i rozbiło mu szybę w drzwiach wchodowych. „Kto mi, proszę pana, odda te 8 rubli?” – powtarzał raz za razem filozof, na co ja naturalnie nie mogłem znaleźć odpowiedzi, a bałem się przytoczyć jego własne przysłowie: „Gdzie drwa rąbią…”, bo stał nade mną z brzytwą wyostrzoną .

Inni pisali, że kobiety upadłe straciły jedyne źródło utrzymania, bo na pomoc rodziny ani na znalezienie „uczciwej pracy” liczyć nie mogą. I przekonywali też, że na pewno wiele z prostytutek chciałoby porzucić swój zawód. W niejednej na widok rzeczy widzianych drgnęła dusza, niejednej otworzyły się oczy na nędzę dotychczasowego jej życia, na poniewierkę, na ohydną niewolę ciała – pisał w liście do gazety czytelnik podpisany Z.D.

Zaczęło się u rzeźnika na weselu?

Przyczyny zajść nie są znane. „Kurjer Warszawski” podawał dwie wersje. Wedle pierwszej grupa sutenerów porwała narzeczoną ubogiego pracownika żydowskiego zakładu rzeźniczego, a kiedy ten odszukał ukochaną i zażądał jej uwolnienia, porywacze ranili go nożami. Wtedy koledzy rzeźnika zaplanowali zemstę.

Wedle drugiej wersji do jednego z licznych lupanarów, mieszczących się na ulicach Zielnej, Chmielnej i innych sąsiadujących z Marszałkowską, trafiła porwana młoda Żydówka. Opowiedziała o swym losie klientowi, młodemu żydowskiemu robotnikowi, który poszedł do sutenerów przesiadujących w piwiarniach i kawiarniach przy zbiegu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej i zażądał uwolnienia dziewczyny. Został zakłuty nożem, a jego koledzy zaprzysięgli go pomścić.

Z kolei rosyjski dziennik „Warszawskij Dniewnik” pisał, że wszystko zaczęło się od żydowskiego wesela pewnego rzeźnika 23 maja 1905 r. w domu nr 10 przy placu Za Żelazną Bramą. Na wesele wtargnęła niezaproszona grupa sutenerów, a jeden z nich przyniósł 80 rubli zebranych – jak nakazywała tradycja – dla panny młodej. Wywiązała się bijatyka, w której alfonsi dostali w skórę. (Według nieco innej wersji tej historii to jeden z sutenerów Dawid Surowicz wyrwał jednemu z gości te 80 rubli – a potem rzeźnicy spuścili sutenerom baty). Pobici zaplanowali odwet i następnego dnia ok. 400 sutenerów i złodziei zgromadziło się przy ul. Zielnej i ruszyło pochodem ulicami Królewską, Graniczną, Grzybowską i Gnojną. Na Krochmalnej 2 otoczyli robotniczą piwiarnię Fistenberga i zaczęli wyciągać z niej Żydów, a potem bić ich na ulicy. Było siedmiu rannych i jeden zabity, który został znaleziony na podwórzu kamienicy przy Gnojnej. Także na rogu Próżnej i Zielnej zebrała się grupa alfonsów, która nożami zaatakowała grupę żydowskich robotników i pięciu raniła. W odwecie około 200 robotników wtargnęło do piwiarni przy Wołyńskiej 27, w której spotykali się złodzieje, i zdemolowało lokal, a z rewolweru postrzelony został subiekt Cwajman. Tyle rosyjska gazeta.

Nie należy jej zanadto wierzyć, bo władze były zainteresowane podsycaniem konfliktów między Polakami i Żydami (stanowiącymi wtedy prawie 40 proc. ludności Warszawy) w nadziei, że osłabi to ruch rewolucyjny. Bardzo możliwe, że pogrom był prowokacją policji chcącej skierować falę przemocy w inną stronę – najpierw w stronę sutenerów i prostytutek, potem Żydów.

4 listopada 1905 r., czyli parę miesięcy po pogromie domów publicznych, warszawski Komitet Robotniczy PPS wydał ulotkę w nakładzie 20 tys. egzemplarzy, w której ostrzegał robotników przed angażowaniem się w pogromy:Z więzienia wypuszczono złodziejów i rozbójników. Szerzą po mieście fałszywe pogłoski o bezeceństwach, których jakoby mieli się dopuścić Żydzi: liczą na to, że pod wpływem tych pogłosek tłum nieświadomy rzuci się do mordów i rabunków. W ten sposób usiłuje rząd łotrowski utopić we krwi naszą świętą walkę o wolność. Wczoraj już jakieś podejrzane indywidua usiłowały rozbić sklep na Nalewkach .

Jeżeli była to prowokacja, to nieudana. Jeszcze przez wiele miesięcy w Warszawie trwała rewolucja, a władze rosyjskie nie były pewne dnia ani godziny.

Zajścia opisałem na podstawie ówczesnych gazet, przede wszystkim „Kurjera Warszawskiego” i „Gazety Polskiej”

W ”Ale Historia” czytaj też:

Rzeź Ormian
100 lat temu, 24 kwietnia 1915 r., tureckie wojsko i policja wyłapały ok. 2 tys. mieszkających w Stambule Ormian. Niemal wszyscy zostali natychmiast zamordowani. Ten dzień uważany jest za początek ludobójstwa mniejszości ormiańskiej, które w ciągu następnego roku mogło pochłonąć nawet 1,5 mln ofiar

Seryjni mordercy (5). Bestialstwo rosyjskiej dziedziczki
Przeszła do mrocznej legendy i choć od jej śmierci upłynęło już ponad 200 lat, Rosjanie wciąż uważają ją za jedną z najokrutniejszych zbrodniarek, jakie kiedykolwiek żyły na rosyjskiej ziemi

Żołnierzami Stalina zostali niechcący
– Niektórzy z was boją się, że nie mają dokąd wracać. A co? Jak wyjeżdżaliście, to z oficjalnym pozwoleniem? Związek Radziecki to nie zakład dobroczynności! – szydził z niepotrzebnych już żołnierzy Brygad Międzynarodowych André Marty, generalny inspektor Brygad z ramienia Kominternu

Festiwal Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu: naród z wojskiem, wojsko z narodem
„Kiedy wojsko śpiewa, nikt w kraju nie ziewa, kiedy wojsko nuci, nikogo nie smuci, kiedy wojsko nuci, nikt młotkiem nie rzuci” – śpiewał w 1985 r. w Kołobrzegu Rudolf Poledniok. Wykonywana przez niego piosenka pt. „Nikt nie ziewa” dostała wyróżnienie

wyborcza.pl/alehistoria

Tusk zwołuje nadzwyczajny unijny szczyt. „Sytuacja jest dramatyczna. Nie możemy zaakceptować, że setki ludzi giną”

tw, PAP, 20.04.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,114871,17785619,video.html?embed=0&autoplay=1
– W najbliższy czwartek odbędzie się nadzwyczajny szczyt Unii Europejskiej poświęcony nielegalnej imigracji – poinformował Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej. To spotkanie to reakcja na kolejną katastrofę na Morzu Śródziemnym, w której mogło zginąć nawet 950 imigrantów próbujących przedostać się do Europy.

– Sytuacja na Morzu Śródziemnym jest dramatyczna. To nie może trwać tak dalej. Nie możemy zaakceptować, że setki ludzi giną, próbując przedostać się przez morze do Europy – powiedział Donald Tusk na nagraniu zamieszczonym na YouTube.

– Dlatego postanowiłem zwołać nadzwyczajny szczyt Rady Europejskiej na najbliższy czwartek – dodał.

Jak wyjaśnił Donald Tusk, celem szczytu będzie zastanowienie się, „co mogą i co muszą zrobić” członkowie Unii Europejskiej i unijne instytucje, aby zareagować na sytuację związaną z imigrantami z Afryki. – Nie oczekuję żadnych szybkich rozwiązań w tej sprawie, bo takie nie istnieją. Gdyby istniały, dawno byśmy je zastosowali – podkreślił przewodniczący RE. Zaapelował jednocześnie o zaangażowanie ze strony państw członkowskich UE.

– Sytuacja na Morzu Śródziemnym nie dotyczy tylko naszego południowego sąsiedztwa, ale nas wszystkich, całej Europy – zakończył Donald Tusk.

Apel premierów Włoch, Malty i Cypru

O pilne zwołanie szczytu w związku z napływem imigrantów i katastrofami na Morzu Śródziemnym zaapelowali premierzy Włoch Matteo Renzi i Malty Joseph Muscat. Ich zdaniem potrzebne jest zdecydowane i wspólne działanie w tej sprawie i położenie kresu przemytowi ludzi.

Szefowie obu rządów spotkali się na pilnej naradzie w Wiecznym Mieście po katastrofie w Cieśninie Sycylijskiej, gdzie w nocy z soboty na niedzielę zatonął kuter, na pokładzie którego mogło zginąć od 700 do 950 imigrantów płynących z Afryki. Na Morzu Śródziemnym trwa nieprzerwanie wielka akcja ratunkowa. Dotychczas znaleziono 24 ciała, uratowano 28 rozbitków.

Z kolei dzisiaj grecka straż przybrzeżna poinformowała o drewnianej łodzi z ponad 90 imigrantami na pokładzie, która rozbiła się u wybrzeży greckiej wyspy Rodos na Morzu Egejskim. Według służb co najmniej trzy osoby zginęły, a 30 trafiło do szpitali. Z wody wydobyto ciała mężczyzny oraz kobiety i dziecka. Łódź, która osiadła na mieliźnie, została niemal całkowicie zniszczona.

Z tego powodu również premier Grecji Aleksis Cipras wezwał UE, by natychmiast zareagowała na katastrofę kutra z nielegalnymi imigrantami na Morzu Śródziemnym. – Opóźnianie działań kosztuje ludzkie życie – zaznaczył.

Tysiące imigrantów docierają do Europy

Szacuje się, że od początku tego roku podczas przeprawy w Cieśninie Sycylijskiej zginęło nawet 1600 uciekinierów. W tym czasie na włoskie wybrzeża dotarło ponad 26 tysięcy imigrantów. Z kolei od stycznia do końca marca Grecja przyjęła ponad 10 tysięcy uchodźców, głównie z ogarniętej wojną domową Syrii. W tym samym okresie ubiegłego roku było ich niespełna 2900.

gazeta.pl

Duda śpiewa „Ojczyznę wolną…”

Michał Olszewski, Gazeta Wyborcza, 20.04.2015
Andrzej Duda podczas obchodów piątej rocznicy<br /><br />
pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich<br /><br />
na Wawelu

Andrzej Duda podczas obchodów piątej rocznicy pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu (Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta)

To zdarzenie polityczne z gatunku drobnych, a jednak symbolicznych.
Podczas obchodów piątej rocznicy pogrzebu Marii i Lecha Kaczyńskich na Wawelu kamera dziennikarza „Wyborczej” skierowana była na prezesa PiS, córkę pary prezydenckiej oraz Andrzeja Dudę. Kiedy pod kopułę katedry wawelskiej popłynął hymn „Boże, coś Polskę”, z frazą „Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie”, urągającą nie tylko faktom, ale też zwykłej przyzwoitości, widzieliśmy, jak błagalne wersy płyną gładko z piersi prezesa, Joachima Brudzińskiego i Marty Kaczyńskiej. W tym chórze zabrzmiał jednak nieoczekiwany ton. Na nagraniu widać, że kandydat Duda przed feralnym wersem nabiera głęboko powietrza, na chwilę zamiera, zastanawiając się, co robić. Śpiewać, nie śpiewać? Kłamać, nie kłamać? Zamilknąć chociaż na ten jeden moment, pokazując dystans wobec bredni? Co robić? Andrzej Duda wypuszcza powietrze z płuc i zaczyna śpiewać. Bez przekonania, raczej mamrocząc, niż deklamując. Jakby połknął żabę. Wbrew rozsądkowi.A jednak śpiewa, do muzyki pana prezesa.

Zobacz także

wyborcza.pl

Komorowski bije Dudę, ale najmniej w gospodarce

Renata Grochal, 20.04.2015
Bronisław Komorowski na tle kampanijnego bronkobusu

Bronisław Komorowski na tle kampanijnego bronkobusu (fot. TOMASZ RYTYCH)

Badania sztabu Komorowskiego. Młodsi wolą obecnego prezydenta, starsi – kandydata PiS. W sprawach gospodarki Komorowski przegrywa wśród najmłodszych z Korwin-Mikkem.
Sztab Komorowskiego zlecił badania kompetencji kandydatów startujących w wyborach prezydenckich. Sondaż wykonała firma Millward Brown na reprezentatywnej próbie 1001 dorosłych Polaków.Na pytanie, który kandydat jest najlepiej przygotowany do pełnienia najwyższych funkcji w kraju, 47 proc. wskazało Komorowskiego, 20 proc. Dudę. Pozostali kandydaci dostali po kilka punktów procentowych.Co ciekawe, Komorowski najwyższe poparcie ma w grupie 25-34 lata (52 proc.), a Duda wśród najstarszych, w wieku 60+ (28 proc.). Wśród 25-34-latków Dudę wskazało 18 proc. badanych. Komorowskiego popiera 48 proc. seniorów.

– Prezydent zachęcał rząd do zwiększenia nakładów na żłobki i przedszkola, by wprowadził kartę dużej rodziny. Młodym podoba się, że uczynił politykę prorodzinną jednym z filarów prezydentury – mówi jeden ze strategów kampanii.

Co lubią wielkomiejscy wyborcy

Ważny polityk PO uważa, że ostatnie nieznaczne wzrosty poparcia dla Komorowskiego i spadki Dudy wynikają z działań rządu, który forsował konwencję antyprzemocową, a teraz skierował do Sejmu ustawę o in vitro. Duda był przeciwny obu, a Komorowski je poparł. W minionym tygodniu prezydent wbrew apelom kościelnych hierarchów ratyfikował konwencję o zwalczaniu przemocy wobec kobiet.

– To szczególnie ważne dla młodych wielkomiejskich wyborców. Widząc, że załatwiamy sprawy odkładane przez lata, znów wspierają Platformę i jej kandydata – uważa nasz rozmówca z PO.

Na pytanie, kto będzie najlepszym gwarantem bezpieczeństwa kraju w czasie potencjalnego zagrożenia dla Polski, Komorowskiego wskazało 43 proc. wyborców, Dudę – 18 proc.

Badani uważają, że Komorowski będzie najlepiej współpracować z rządem, także z innej opcji politycznej (43 proc.), oraz że działa najlepiej na rzecz zgody narodowej (44 proc.). O Dudzie taką opinię ma tylko po 17 proc.

W kwestiach gospodarki Komorowski jest lepiej oceniany od rywala z PiS, ale różnica między nimi jest tu najmniejsza. Na pytanie, który z kandydatów będzie najlepiej działać na rzecz rozwoju gospodarczego Polski, Komorowskiego wskazało 36 proc. badanych, Dudę – 20 proc.

Młodzi wolą Korwin-Mikkego

Gospodarka to jedyna kwestia, w której wśród najmłodszych wyborców w wieku 18-24 lata prezydent przegrywa. I to nie z Dudą, ale z Januszem Korwin-Mikkem. Tego ostatniego wskazało 23 proc. najmłodszych wyborców, Komorowskiego – 19 proc., Dudę – 13 proc., Magdalenę Ogórek – 11 proc., Janusza Palikota – 5 proc., Pawła Kukiza – 2 proc., a Adama Jarubasa – nikt.

– Najmłodsi oczekują najbardziej radykalnych zmian. Podobają im się hasła Korwin-Mikkego o silnym, ale bardzo ograniczonym państwie. Dlatego będziemy w kampanii eksponować hasła gospodarcze, żeby odebrać część głosów Korwinowi – mówi strateg Komorowskiego.

W sobotę prezydent zaczął serię spotkań z młodymi przedsiębiorcami. Rozmawiał z właścicielami start-upów, czyli początkujących firm, i zapowiedział ulgi podatkowe dla innowacyjnych firm. Pokazał też spot, w którym mówi, że Polacy są kreatywnym narodem i muszą wykorzystać to do budowy gospodarki. „Dlatego zmieniam też prawo podatkowe, tak by wątpliwości rozstrzygano na korzyść podatnika, a nie urzędnika. Zrobimy to. Razem” – zapewnia w filmiku.

Choć proponowane przez prezydenta ułatwienia dla podatników budzą sprzeciw resortu finansów, politycy PO mówią, że ustawę i ulgi dla innowacyjnych firm Sejm uchwali przed wakacjami. Tak Komorowski chce walczyć o głosy młodych, a także przedsiębiorców rozczarowanych PO.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s