Kowal (16.04.15)

 

Nowe państwo w Europie. Liberland ma być oazą wolności

Władze Liberlandu podkreślają, że nowe państwo leży na terenie, do którego żaden inny kraj nie zgłasza roszczeń
Władze Liberlandu podkreślają, że nowe państwo leży na terenie, do którego żaden inny kraj nie zgłasza roszczeń Fot. liberland.org

W miniony poniedziałek na mapie Europy pojawiło się nowe państwo. Jest nim Liberland, enklawa wolności położona między Chorwacją i Serbią. Samozwańcze państwo, które nie zdobyło jeszcze międzynarodowego uznania, ma już swojego prezydenta. Teraz prowadzony jest nabór obywateli.

Liberland nie ma jeszcze konstytucji (ta jest dopiero tworzona), ale posiada już własny serwis internetowy. Wyjaśniono w nim, że nowe państwo leży na terenie, do którego żaden inny kraj nie wysuwa roszczeń. Założyciele Wolnej Republiki Liberlandu uznali, że jest to ziemia niczyja.

Liberland ma 7 km kwadratowych powierzchni i mieści się na zachodnim brzegu Dunaju, w pobliżu chorwackiej miejscowości Zmajevac. Założycielem państwa jest czeski polityk Vít Jedlička, który należy czeskiej Partii Wolnych Obywateli.

Jedlička został pierwszym prezydentem Liberlandu. Polityk zapowiedział, że niebawem wyśle noty dyplomatyczne do rządów Serbii i Chorwacji, prosząc o oficjalne uznanie nowego państwa. Podobne noty zostaną później wysłane do innych krajów.

Konstytucja Liberlandu będzie wzorowana na prawie szwajcarskim. Państwo, któremu przyświeca hasło „Żyj i pozwól żyć”, ma być „konstytucyjną republiką z elementami demokracji bezpośredniej”. Z przedstawianych zapowiedzi wynika, że władze Liberlandu będzie obowiązywał konstytucyjny zakaz zadłużania państwa.

Na oficjalnej stronie Liberlandu prowadzona jest rekrutacja obywateli. Zgłaszać mogą się wszystkie osoby, które nie były karane, nie mają komunistycznej bądź nazistowskiej przeszłości, szanują własność prywatną oraz innych ludzi, niezależnie od ich rasy, pochodzenia etnicznego, religii i orientacji.

Liberland ma już własną flagę i własne godło. Językiem urzędowym jest czeski.

naTemat.pl

 

W Europie powstało samozwańcze państwo. Założyciele nazwali je Liberland

Łukasz Woźnicki, 16.04.2015
Założyciele Liberlandu, w miejscu gdzie ma znajdować się stolica samozwańczego państwa

Założyciele Liberlandu, w miejscu gdzie ma znajdować się stolica samozwańczego państwa (fot. Liberland)

Grupa obywateli Czech założyła samozwańcze państwo na ziemi niczyjej pomiędzy Serbią a Chorwacją. Mierzy 7 km kw. i ma być trzecim najmniejszym w Europie. – Tu ludzie będą mogli żyć swobodnie nieuciskani przez rządy i podatki – mówi prezydent Vit Jedlicka. Kilkanaście tysięcy osób wystąpiło już o obywatelstwo Liberlandu
„Zgodnie z międzynarodowym prawem grupa obywateli Czech zrzeszonych w Komitecie Przygotowawczym, ogłasza powstanie Wolnej Republiki Liberlandu” – poinformowali w informacji prasowej ojcowie założycie.

W poniedziałek członkowie Komitetu postawili na zajętym terenie maszt z flagą. Spośród siebie wybrali pierwszego prezydenta. Został nim Vit Jedlicka, 31-letni ekonomista i aktywista z Czech.

Jedlicka jest politykiem czeskiej, konserwatywno-liberalnej Partii Wolnych Obywateli, która w ostatnich wyborach do europarlamentu zdobyła jeden mandat i zadeklarowała współpracę z Kongresem Nowej Prawicy. A także libertarianinem, który chce rozszerzać swobody obywatelskie i minimalizować wpływ państwa na obywateli. Na takich wartościach ma być zbudowany Liberland.

Czekamy, aż uznają nas inne państwa

„Naszym celem jest budowa państwa, w którym uczciwi ludzie będą mogli pomyślnie się rozwijać bez bycia uciskanymi przez rządy, czyniące ich życie nieprzyjemnym przez ciężar zbędnych ograniczeń i podatków” – opisują na swojej stronie twórcy „państwa”.

Liberland obejmuje 7 km kw. pomiędzy Serbią a Chorwacją. Leży na zachodnim brzegu Dunaju, na terytorium zwanym „Gornja Siga”. To obszar, do którego – według Jedlicki – nie rości sobie prawa żaden z sąsiadów.

„Granice zostały wytyczone zgodnie z chorwackimi i serbskimi roszczeniami terytorialnymi, które tego terenu nie obejmują. To ziemia niczyja – terra nullius – jak określają takie terytoria konwencje międzynarodowe. Dlatego mieliśmy prawo ustanowić tutaj państwo” – opisują Czesi.

Według założycieli Liberland ze swoją niewielką powierzchnią będzie trzecim najmniejszym suwerennym państwem w Europie po Watykanie i Monako. Wcześniej jednak będzie je musiała uznać społeczność międzynarodowa. Prezydent Jedlicka został zobowiązany, aby w notach dyplomatycznych poinformować o powstaniu Liberlandu sąsiadów, Organizację Narodów Zjednoczonych i inne państwa.

„Żyj i daj żyć innym”

Liberland ma być republiką z elementami demokracji bezpośredniej. W planach jest konstytucja wzorowana na szwajcarskiej. Na razie na terytorium „państwa” nie ma żadnej miejscowości. Wyznaczono jednak teren pod stolicę – Liberpolis – w miejscu, gdzie stoi opuszczony budynek.

Jedlicka mówił czeskim mediom, że władzę wykonawczą w Liberlandzie będzie sprawował 10-osobowy rząd. Zaplanował też wybory przeprowadzane drogą elektroniczną, oficjalną kryptowalutę państwa podobną do BitCoina i otwarte granice. Zupełną nowością ma być konstytucyjny zakaz zaciągania długu publicznego.

W państwie ma obowiązywać zasada „Żyj i daj żyć innym”. Ten pomysł przyciąga rzesze ludzi, którzy w ciągu kilku dni odpowiedzieli na wezwanie Jedlicki. Prezydent ogłosił nabór na obywateli Liberlandu. Szansę na obywatelstwo mają ludzie, którzy „szanują innych i ich opinie bez względu na rasę, pochodzenie, orientację seksualną i religię” a także uważają, że „własność prywatna to rzecz nietykalna”. Negatywnie zostaną rozpatrzone wnioski od „osób karanych a także nazistów, komunistów i innych ekstremistów”.

Po trzech dniach internetowe wnioski o nadanie obywatelstwa wysłało prawie 19 tys. ludzi ze 184 państw.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

EllaOne od 15. roku życia. Rozporządzenie ministra wchodzi w życie, a organizacje katolickie rozpoczynają nowy protest

Paweł Kośmiński, 16.04.2015
Kadr z nagrania prof. Bogdana Chazana

Kadr z nagrania prof. Bogdana Chazana (Fot. YouTube)

Od tego tygodnia pigułkę „dzień po” EllaOne będą mogły kupić w Polsce jedynie osoby, które ukończyły 15 lat. Obostrzenie to efekt podpisanej przez ministra zdrowia zmiany rozporządzenia w sprawie wydawania z aptek produktów leczniczych. Ale przeciwnicy i tak protestują przeciw „niszczeniu relacji międzyludzkich”. – Stop pigułce śmierci! – apeluje prof. Bogdan Chazan.
Na początku stycznia Komisja Europejska zdecydowała, że pigułka EllaOne może być sprzedawana w krajach UE bez recepty. Gdy polskie Ministerstwo Zdrowia przyznało, że nie mamy specjalnej ustawy, która pozwoliłaby nam tego zakazać, rozpoczęła się wojna światopoglądowa.

Mimo że – wbrew opiniom działaczy katolickich i prawicowych – EllaOne nie jest tabletką wczesnoporonną, tylko zatrzymuje lub spowalnia owulację, przydaje się w sytuacjach awaryjnych, gdy klasyczne sposoby (np. prezerwatywa) zawiodą.

Pigułka „dzień po” tylko dla osób powyżej 15. roku życia

Premier Ewa Kopacz zapowiedziała jednak prace nad ograniczeniem dostępności pigułki dla młodych. – Najważniejsze jest to, żeby zabezpieczyć tych młodych ludzi, którzy będą po nią sięgać, niekiedy kierując się modą, a nie zdrowym rozsądkiem – tłumaczyła. Jak to zrobić, głowił się resort zdrowia wraz z Rządowym Centrum Legislacji.

W rezultacie na początku kwietnia minister Bartosz Arłukowicz podpisał zmianę rozporządzenia w sprawie wydawania z aptek produktów leczniczych. Zgodnie z nią „hormonalne środki antykoncepcyjne do stosowania wewnętrznego, posiadające kategorię dostępności OTC [bez recepty], wydaje się bez recepty osobie, która ukończyła 15. rok życia”. Nowy przepis zaczyna obowiązywać 14 dni od daty ogłoszenia, a więc właśnie dzisiaj.

Wejście w życie obostrzenia po raz kolejny zmobilizowało środowiska katolickie i prawicowe, które od początku straszyły tabletką. Stowarzyszenie Ordo Iuris protestowało „przeciwko legalizacji aborcji farmakologicznej w Polsce”, a Episkopat uznał stosowanie pigułki za grzech ciężki, „zachowanie bezprawne i karalne”.

Przeciwnicy straszą „zaspokajaniem popędu seksualnego”

Teraz Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny apeluje do ministra zdrowia o wycofanie pigułki z polskiego rynku farmaceutycznego. CŻiR protestowało ostatnio często. Zdaniem fundacji podpisana przez prezydenta konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej „przyczynia się do destrukcji polskich rodzin”, a rządowy projekt ustawy regulującej in vitro jest sprzeczny ze „społecznym interesem”.

Fundacja przekonuje, że pigułka „dzień po” jest „preparatem niebezpiecznym dla zdrowia fizycznego, psychicznego i moralnego kobiet”, ma „negatywne działanie społeczne”. W apelu skierowanym do szefa resortu zdrowia czytamy: „Niszczy relacje międzyludzkie, sprowadzając je wyłącznie do zaspokajania popędu seksualnego oraz uwalnia od odpowiedzialności za drugiego człowieka – poczęte dziecko i jego matkę. Prowadzi do nieuporządkowanego życia seksualnego, często z wieloma partnerami”.

Tym, którzy przyłączą się akcji protestacyjnej, autorzy apelu obiecują broszurę poświęconą pigułce przygotowaną przez prof. Bogdana Chazana. Odwołany dyrektor warszawskiego Szpitala im. Świętej Rodziny sam zresztą w specjalnym nagraniu wideo domaga się „natychmiastowego wycofania środków tak zwanej antykoncepcji awaryjnej”. – Bardzo proszę, skończmy z tym, to nie prowadzi do niczego dobrego. Stop pigułce śmierci! – przekonuje.

Presja tych, którzy chcą „narzucać swoje zasady moralne”

W przyjętym już w styczniu stanowisku Prezydium Naczelnej Rady Aptekarskiej stwierdziło, że bezpieczniejsze dla zdrowia kobiet byłoby wydawanie tabletek jedynie na receptę. Z kolei stowarzyszenie Ordo Iuris przekonywało, że farmaceutom wolno odmówić wydania leku.

Wiceszefowa SLD Paulina Piechna-Więckiewicz i rzecznik partii Dariusz Joński apelowali podczas dzisiejszej konferencji, by zgłaszać, jeśli aptekarze odmówią sprzedaży pigułki. – To łamanie prawa, aptekarzy nie obowiązuje klauzula sumienia – zwracali uwagę.

Piechna-Więckiewicz przekonywała, że trzeba sprzeciwiać się „presji biskupów, ale też presji tych osób w Polsce, które uważają, że mają prawo narzucać swoje zasady moralne i etyczne większości”.

SLD złoży do ministra Arłukowicza interpelację z pytaniem, jak będzie egzekwowane prawo, jeśli chodzi o dostęp do pigułki.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Więzienie bez krat, zamków i mundurów. W Finlandii więźniowie mogą uciec w każdej chwili. Ale nie chcą

ro, 16.04.2015
Kerava

Kerava (Fot. Google Maps)

Mieszkańcy Keravy na południu Finlandii są zdziwieni, kiedy ktoś pyta ich o pobliskie więzienie. Po prostu nie wiedzą, że sąsiadują z zakładem karnym. I nie ma się co dziwić, bo to więzienie jak żadne inne.
Nie ma w nim krat, nie ma zatrzaśniętych na głucho bram, zamków, kluczy i mundurów – 70 osadzonych codziennie pracuje w szklarni. Kiedy odwiedza ich dziennikarz portalu PRI.org, właśnie podlewają sadzonki, bo przygotowują się na wielką wiosenną wyprzedaż. – Można się tu zrelaksować – stwierdza Hannu Kallio, skazany za przemyt narkotyków. – Mamy tu zające – uzupełnia.

„Można prysnąć. Ale lepiej tu zostać”

Oprócz hasających po trawie zajęcy są też owce. Więźniowie opiekują się nimi, karmią.

Wszyscy skazani, którzy odsiadują wyroki w więzieniu Kerava, starali się o to, by ich do niego przeniesiono z zamkniętych zakładów karnych. Teraz zarabiają ok. 8 dolarów na godzinę, mają telefony komórkowe, chodzą po zakupy do pobliskiego sklepu spożywczego, w miesiącu należy im się też kilka dni wolnego. Za ten luksus muszą jednak płacić – z ich wypłat do więzienia odprowadzany jest czynsz. Jeśli wolą się uczyć, mogą zrezygnować z pracy. I studiować na miejskim uniwersytecie. Wychowawcy czasami zabierają ich nawet na wycieczki – kemping albo ryby.

Więźniowie zdają sobie sprawę, że ucieczka nie wymagałaby od nich większego wysiłku. – Można prysnąć, jeśli się chce – przyznaje Kallio. – Ale jeśli cię złapią, będziesz musiał wrócić do normalnego, zamkniętego więzienia. Więc lepiej tu zostać – kwituje.

Otwarte więzienia to w Finlandii żadna nowość. Były już na jej terenie w latach 30. XX wieku. Wcześniej jednak bardziej przypominały obozy pracy. Teraz stały się ostatnim przystankiem więźniów na drodze do wolności.

Ale nie zawsze tak było. Kilkadziesiąt lat temu Finlandia miała najwyższy odsetek więźniów w Europie. W latach 60. naukowcy przeanalizowali system więziennictwa w krajach nordyckich, zbadali, jak długość wyroków wpływa na zmniejszenie liczby przestępstw. Ich wnioski były proste: – Nie ma to żadnego wpływu. W ciągu kolejnych 30 lat Finlandia krok po kroku zmieniała swój system więziennictwa. Efektem jest jedna z najniższych liczb popełnianych przestępstw w Europie.

– Zamykanie ludzi do końca życia nie ma żadnego sensu – mówi Tapio Lappi-Seppälä, szef Instytutu Kryminologii na uniwersytecie w Helsinkach. – Przykład Finlandii pokazuje, że można obniżyć liczbę przestępstw bez potrzeby izolowania tych, którzy je popełniają. I że to w żaden sposób nie wpłynie na rozwój kraju.

Nie wiem kiedy, ale będę wolny

Dodaje, że zamykanie skazanych na długie lata ma sens tylko wtedy, kiedy ma się pewność, że to ich zresocjalizuje.

Okazało się, że tym, co daje taką pewność, jest właśnie otwarte więzienie. Ponad 30 proc. fińskich więźniów odsiaduje wyroki w takich placówkach. Fińska Agencja ds. Przestępczości podaje, że ci, którzy odsiadują wyroki właśnie w tych placówkach, rzadko bywają aresztowani ponownie. Dzięki otwartym więzieniom odsetek recydywistów spadł o 20 proc.

Esa Vesterbacka z Agencji przypomina też, że otwarte więzienia są o wiele tańsze w utrzymaniu niż tradycyjne zakłady. – Nie trzeba płacić za dodatkowe systemy ochronne, wypłacać pieniędzy personelowi. Koszt utrzymania więźnia spada o 30 proc. – dodaje.

W Helsinkach jest nawet otwarte więzienie, które traktowane jest przez turystów jak atrakcja. Chodzi o to położone na wyspie Suomenlinna. Turystów od więźniów oddziela niski żółty płot. Na jego tle pozuje Jukka Tiihonen, który odsiaduje wyrok za zabójstwo. Do płotu przymocowano znaki z napisem „obóz pracy”. Zapisano go w kilku językach – fińskim, szwedzkim, angielskim i rosyjskim.

– Niektórzy nie zdają sobie sprawy, że są w samym środku wielkiego, otwartego więzienia. Nikt o tym nawet nie myśli. I nie sądzę, aby amerykańscy turyści uznali to za straszne – mówi Lappi-Seppälä.

Lokalni mieszkańcy nie tylko się z nią zgadzają, ale też przekonują, że dzięki więźniom ich społeczność wiele zyskuje. Osadzeni dbają bowiem o przestrzeń publiczną i zabytki.

Kallio za kilka dni opuści otwarte więzienie w Keravie i odbędzie resztę kary w swoim domu. Będzie pracował w centrum recyklingu, mieszkał z żoną, córkami i psem. Inny więzień o imieniu Jua niebawem zostanie ojcem. Odsiaduje dożywocie za morderstwo, ale ma nadzieję, że uda mu się wyjść wcześniej. To dlatego, że w Finlandii wiele wyroków jest skracanych – do 10 albo 15 lat. Zdaje sobie jednak sprawę, że jego syna wychowa matka.

Na razie nie wie jeszcze, kiedy wyjdzie na wolność. Ale jest przekonany, że w końcu tak się właśnie stanie.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Uniewinniona była posłanka SLD: Nie żal mi Kamińskiego. Niech teraz posiedzi kilka lat na ławie oskarżonych

Katarzyna Włodkowska, 11.04.2015
Małgorzata Ostrowska, kwiecień 2015

Małgorzata Ostrowska, kwiecień 2015 (ŁUKASZ GŁOWALA)

Małgorzata Ostrowska o mało nie stała się pierwszą aresztowaną posłanką w historii polskiego Sejmu. Po prawie sześciu latach procesu okazało się, że jest niewinna. – I co z tego? Opinię i tak mam zszarganą, masa osób i tak będzie wypisywać na forach, że mam lepkie rączki – mówi w rozmowie z „Wyborczą”.
– Od kilku dni nie jem, nie śpię, jestem totalnie rozwalona – przyznaje Ostrowska. Jest marzec 2007 r., kilka dni po tym, jak na biurko Marka Jurka, marszałka Sejmu, trafił wniosek krakowskiej prokuratury o uchylenie jej immunitetu. Głosowanie ma się odbyć jeszcze zimą. Wydaje się, że wynik to formalność – aresztowania Ostrowskiej chcą śledczy tropiący mafię paliwową. Jak twierdzą, mają niezbite dowody, że była wiceminister skarbu przyjęła 155 tys. zł łapówki od Piotra K., zwanego w półświatku „królem Sztumu”. Publicznie oznajmił to na konferencji prasowej minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Piotr K. to szef gangu. Na przekrętach paliwowych wyłudził od skarbu państwa 218 mln zł. Ostrowska jest posłanką SLD z sąsiadującego ze Sztumem Malborka. Miała doradzać gangsterowi, jak zdobyć atrakcyjny teren należący do jednej z malborskich fabryk.

– Sugerowała, żeby Piotr K. nie stawał do przetargu na działkę – mówi Ryszard Tłuczkiewicz, zastępca prokuratora apelacyjnego w Krakowie. – Ziemię miał kupić Urząd Miasta w Malborku, a K. – za dużo tańszą kwotę i bez kłopotliwego postępowania – odkupić ją od urzędu.

Pośrednikiem w transakcji miał być Piotr M., były komendant malborskiej policji.

Ostrowska od razu zaprzecza oskarżeniom: – Nigdy nie brałam łapówek. To przestępcy obciążają mnie fałszywymi zeznaniami, żeby złagodzić swoje kary. A Prawu i Sprawiedliwości w to graj. Zatopią lewicę, uderzą w układ.

– A dowody?

– Jakie dowody?! Opis dwóch spotkań – jedno w moim biurze poselskim, drugie w domu. I to sprzed sześciu lat. Pierwsze zorganizował ten komendant M. Znaliśmy się, mój szwagier był jego zastępcą. Ten K. prosił, żeby mu pomóc w starostwie, które nałożyło na niego wysoką karę za szkody ekologiczne. Chyba ze dwa miliony złotych. Odmówiłam – zaznacza Ostrowska. – Na drugim spotkaniu komendant zabiegał o poparcie jego kariery. Chciał zostać komendantem wojewódzkim. Powiedziałam, że nie mogę mu pomóc. Cała moja wina polega na tym, że z nimi rozmawiałam.

– Sejm uchyli pani immunitet?

– Mam nadzieję, że po wysłuchaniu moich wyjaśnień, nie. Wszystko zależy od posłów koalicji [rządziły wówczas PiS, Liga Polskich Rodzin i Samoobrona]. Jeśli uznają, że zależy im na show, czyli pokazaniu, jak policja wyprowadza mnie w kajdankach, nic tego nie zmieni.

Minister Ziobro zapewnia publicznie: – Sprawy dotyczące osób publicznych, takich jak pani Ostrowska, badamy niezwykle wnikliwie.

Tylko mąż podszedł do sprawy po ludzku

Cofnijmy się o półtora roku. Jest październik 2005 r. Już wiadomo, że nie będzie koalicji PiS-PO. W Sejmie nerwówka. Przed hotelem poselskim tłum dziennikarzy czeka na Kazimierza Marcinkiewicza. Zamiast premiera elekta tanecznym krokiem wychodzi rozśpiewana Małgorzata Ostrowska.

– Chłopcy, dajcie trochę tej whisky! – woła do kolegów posłów siedzących w restauracji poselskiej. „Po kielichu” proponuje też dziennikarzom. Propozycję pokazuje TVN w głównym wydaniu „Faktów”. Ostrowska znika.

Kilka miesięcy później wraca – kierownictwo SLD chce, żeby w powołanej przez Sejm komisji śledczej do spraw banków i nadzoru bankowego była główną odpierającą ataki posła Artura Zawiszy (PiS). Posłanka znów bryluje w mediach.

W marcu 2007 r., już po wniosku o uchylenie immunitetu, na spotkanie wyznaczyła mi ekskluzywną restaurację gdańskiego hotelu Holiday Inn. Zastaję posłankę – jak zwykle w świetnym humorze – przy jajecznicy.

– Ach, ci dziennikarze, wszystko wychwycą, nawet jak człowiek wypije kieliszeczek – wspomina rok 2005. – Żeby dojść do toalety, musiałam przejść obok kamer. A że otwarta ze mnie babka, rzuciłam kilka dowcipów, coś tam zaśpiewałam. Bez przesady, była prawie północ…

– Koledzy z SLD próbowali pozbawić panią za te śpiewy stanowiska szefowej SLD na Pomorzu.

– Lekka przesada z ich strony. Tylko mąż podszedł do sprawy po ludzku. Gratulował dobrej kondycji i był dumny, że jak zwykle nie fałszuję.

„Małgorzata to fenomen”

Ostrowska, rocznik 1958, zawsze elegancka, kocie okulary i markowe ciuchy. Odpala vogue’a za vogiem.

– Gdyby nie ZHP, do którego zapisałam się w wieku 14 lat, pewnie bym do polityki nie trafiła – mówi. – Odkryłam tam w sobie talenty organizacyjne.

Nie należała do PZPR. Mocno zaangażowała się w budowę powstałej na gruzach nieboszczki Socjaldemokracji Rzeczpospolitej Polskiej. W 1991 r. nie weszła do Sejmu. Ta sztuka udała się dwa lata później. Ostrowska uczyła wtedy języka polskiego w malborskiej podstawówce.

Już w Sejmie zaprzyjaźniła się z Wiesławem Kaczmarkiem, ówczesnym szefem resortu przekształceń własnościowych. Jak niezmiennie powtarza – to jej polityczny tato. Przyjaźnią się i odwiedzają do dziś.

– Zawsze rozumieliśmy się w locie – zapewnia. – Dlatego Wiesiek w 2002 r. awansował mnie na wiceministra skarbu.

– Małgorzata to fenomen – twierdzi Kaczmarek. – Kobieta o humanistycznym wykształceniu stała się specjalistką od prywatyzacji. Wszystko dzięki systematycznej pracy w komisji sejmowej. Nie ukrywam, że wiele zrobiłem, by na lewicy stała się moim następcą.

„Nigdy nie uwierzę, że brała łapówki”

Kiedy Małgorzata Ostrowska pojawiła się w Ministerstwie Skarbu, jej kariera nabrała tempa. Nadzorowała m.in. giełdę i uzdrowiska. Brylowała w telewizji. Szybko jednak wpadła w tarapaty. W czerwcu 2002 r. poręczyła za Stanisława D., podejrzanego o wyłudzenie 700 tys. zł ze skarbu państwa.

– Zrobiłam to na prośbę wicestarosty malborskiego i wicewojewody pomorskiego – tłumaczy dziennikarzom. – Jestem mieszkanką Malborka i znam Stanisława D. Chodziło jedynie o gwarancję, że nie będzie utrudniał postępowania karnego.

Starosta i wojewoda zaprzeczają, żeby prosili wiceminister o wsparcie.

Ostrowska: – Bo to delikatna sprawa była. Wszyscy się od chłopa odwrócili, rodzina załamana, co miałam robić?

W 2003 r. premier Leszek Miller odwołuje Kaczmarka. Ostrowska lojalnie też podaje się do dymisji.

Dwa lata później wraca jednak „w ministry”. Tym razem na wiceszefa resortu gospodarki powołuje ją Jacek Piechota, kolega z ZHP.

– Zawsze przygotowana, merytoryczna, prawa i równa babka – tłumaczy Piechota. I dodaje, gdy prokuratura przedstawia jej w lutym 2007 r. zarzuty: – Nigdy nie uwierzę, że brała jakieś łapówki!

Gdy przychodzi do Piechoty, jest już baronową SLD na Pomorzu. Mówi się o niej „żelazna kadrowa”. „Wyborcza” wielokrotnie zarzucała jej upolitycznienie państwowego koncernu Energa, bo rozdawała posady partyjnym działaczom pozbawionym kwalifikacji.

„Dowody są bardzo mocne”

Wróćmy do marca 2007. Sejm głosuje odebranie Ostrowskiej immunitetu. Niewielu wie, że posłanka ma przy sobie spakowaną kosmetyczkę. Prokuratura chce nie tylko uchylenia immunitetu, ale też zgody na zatrzymanie i aresztowanie. Ostrowska byłaby pierwszą posłanką w historii polskiego parlamentu wyprowadzoną z budynku w kajdankach. Dzięki posłom PO, PSL, SLD i części Samoobrony Sejm zgody nie wyraża. Posłowie tłumaczą, że Ostrowską obciążają jedynie zeznania przestępców, a do transakcji przecież nie doszło.

– Immunitet posłanki SLD Małgorzaty Ostrowskiej nie został uchylony, mimo zupełnie ewidentnych dowodów popełnienia przestępstwa – stwierdza ówczesny premier Jarosław Kaczyński. – Oczywiście tę sprawę w sposób ostateczny musi rozstrzygnąć sąd, ale w tym wypadku akurat te dowody są bardzo mocne.

Donald Tusk, pytany o decyzję ws. niegłosowania PO nad uchyleniem immunitetu posłance, powiedział, że liczy na to, iż posłanka zrzeknie się immunitetu, ale ani on, ani jego klubowi koledzy nie chcieli uczestniczyć w politycznym spektaklu.

– PiS-owi dzisiaj nie chodzi o to, żeby sprawnie i szybko przeprowadzić śledztwo – stwierdził Tusk.

Ostrowska: – Jacek Kurski, wtedy poseł PiS, powiedział mi, że będę gwiazdą kampanii PiS w przedterminowych wyborach, które odbyły się w październiku 2007. Ostatecznie mi się upiekło, bo trafiła się Sawicka, którą zatrzymano 1 października, i nagranie wideo CBA, które ujawniono na finiszu kampanii.

„Ziobro musi mi coś obiecać”

Gdy Sejm nie godzi się na uchylenie Ostrowskiej immunitetu, minister Ziobro zwołuje w Krakowie konferencję prasową.

We wniosku prokuratury, który udostępniono dziennikarzom, można było przeczytać, że Ostrowską z „królem Sztumu” skontaktował były komendant policji w Malborku Piotr M. Spotkali się w biurze parlamentarzystki w Malborku. Wtedy to K. miał jej dać 5 tys. zł na „dofinansowanie biura”. Potem wręczył jeszcze Piotrowi M. pozostałe 150 tys. zł „na załatwienie sprawy”. Według prokuratury policjant przekazał Ostrowskiej 100 tys. zł podczas osobistej wizyty w jej mieszkaniu. Co stało się z pozostałymi 50 tys. zł? Śledczy nie wiedzą.

W sprawie pojawia się jeszcze Sławomir T. Miał towarzyszyć byłemu komendantowi z Malborka podczas wizyty u Ostrowskiej. Z ujawnionego przez Ziobrę wniosku wynika, że nie był jednak obecny przy samym wręczeniu pieniędzy. Zeznał, że Piotr M. odwiedził posłankę i zaniósł do jej mieszkania jakiś pakunek, zaś po wyjściu oświadczył, że „załatwia coś dla K. z udziałem Ostrowskiej”.

Na dowód korupcyjnych związków prokuratura przytacza też billingi połączeń telefonicznych, z których wynika, że w tym czasie szef malborskiej policji trzykrotnie dzwonił do posłanki SLD.

Prokuratorzy przyznali wtedy, że do samego zakupu gruntów przez Piotra K. nie doszło. Ziobro przyznał też, że nie ma dowodów, by posłanka podejmowała jakiekolwiek decyzje dotyczące obrotu paliwami.

– Ale są dowody na kontakty z osobą z mafii, która poprzez jej wpływy chciała uzyskać lepsze możliwości lokowania nielegalnych środków – mówił.

– By dowieść swojej niewinności, jestem skłonna zrzec się immunitetu, jeśli minister Ziobro zagwarantuje mi publicznie szybki, obiektywny proces bez telewizyjnych szopek – odpowiada mu Ostrowska. – Na tę w postaci tymczasowego aresztu się nie zgodzę. To też musi mi obiecać.

Ziobro niczego nie obiecuje, Ostrowska immunitetu się nie zrzeka, mimo że SLD wie, że oskarżenia partii nie służą.

„Poczekajmy na wyrok sądu”

W październiku odbywają się przedterminowe wybory parlamentarne, które wygrywa PO. Ostrowska ponownie startuje z listy SLD, ale nie dostaje się do Sejmu. Dzień po wygaśnięciu kadencji zakłada kremową garsonkę i jedzie do Krakowa, gdzie śledczy stawiają jej korupcyjne zarzuty. Nikt jej nie wzywał – Ostrowska sama skontaktowała się z prokuraturą i ustaliła termin stawiennictwa. Przesłuchanie trwa ponad cztery godziny.

– Przyjechałam, bo chciałam sprawę wyjaśnić do końca – mówi.

Do winy się nie przyznaje i tłumaczy, że ani M., ani K. nigdy nie składali jej korupcyjnych propozycji. Mieli ją prosić jedynie, by dowiedziała się w radzie miasta, jaka jest sytuacja prawna działki, którą chciał kupić K. Komendant policji miał argumentować, że z racji stanowiska jemu nie wypadało. Ostrowska – jak powiedziała – spełniła prośbę M.: dowiadywała się w radzie na temat działki i na tym – jak podkreśliła – jej rola w tej sprawie się skończyła.

Tadeusz Cymański, wtedy malborski poseł PiS, na moje pytanie o zarzuty dla Ostrowskiej odpowiedział: – Jestem zaskoczony, mam nadzieję, że te zarzuty się nie potwierdzą. Małgosia to żywa, komunikatywna i bezpośrednia kobieta o olbrzymim poselskim doświadczeniu – mówił i dodawał: – Nie śmiej się, dziadku, z czyjegoś wypadku – brzmi stare powiedzenie. Poczekajmy na wyrok sądu.

„Nikt nie chciał mnie zatrudnić”

Od momentu, gdy prokuratura oskarża ją o łapówkarstwo, a Sejm nie zgadza się na odebranie immunitetu, gwiazda Ostrowskiej gaśnie. Niebawem przestaje być szefową pomorskiego Sojuszu, telefon przestaje dzwonić.

– W szczytowym momencie miałam sześć aparatów – opowiada mi dziś. Spotykamy się w biurze Malborskiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego, któremu od stycznia prezesuje. W Malborku burmistrzem po ostatnich wyborach został człowiek SLD, a wcześniej stanowisko jego asystentki ds. kultury, imprez i promocji miasta objęła córka Ostrowskiej. – Potrzebowałam tylu, bo tak częste były połączenia. Jak gruchnęło, że według Ziobry biorę łapówki, szybko zaczął wystarczać tylko jeden. Koledzy i koleżanki posłowie do końca kadencji mówili mi „dzień dobry”, ale to było tylko takie kulturalne skwitowanie, że się kogoś widzi na korytarzu.

Gdy kończy się kadencja Sejmu, pomaga jej „ktoś wysoko postawiony na prawicy” – Małgorzata Ostrowska nie chce zdradzić szczegółów. Była posłanka dostaje etat w prywatnej firmie energetycznej. Ale po trzech miesiącach rezygnuje i koncentruje się na budowie z Piechotą Baltic Business Forum – międzynarodowego forum gospodarczego skupiającego ludzi biznesu i polityki z obszaru Europy Zachodniej, Środkowo-Wschodniej i Azji.

W październiku 2009 r. rozpoczyna się proces. W 2010 r. Ostrowska zostaje wybrana do sejmiku pomorskiego. W tych samych wyborach kandydowała także na urząd burmistrza Malborka, zajmując trzecie miejsce spośród czterech kandydatów.

– Wiedziałam, że nie wygram. Chodziło o wsparcie lewicy, o jej obecność w wyborach, a na mnie nadal ludzie chcieli głosować – tłumaczy.

W 2014 r. bez powodzenia kandyduje do Parlamentu Europejskiego i ponownie do sejmiku, ale SLD przepada.

– Nie licząc krótkiego epizodu w firmie energetycznej, od czasu wybuchu afery nie byłam na żadnym etacie – mówi i częstuje michałkiem. Wciąż pali vogue – rzuciła tylko raz, 16 lat temu po zawale. Bez papierosa wytrzymała dziewięć miesięcy. – Nikt nie chciał zatrudnić polityczki z zarzutami korupcyjnymi. Nie spałam, schudłam 35 kilogramów, teraz już wagowo trochę do siebie wróciłam, ale w najgorszym momencie ludzie się mnie pytali, czy nad grobem nie stoję. W Warszawie łatwiej o anonimowość, w Malborku huczało. Syn się nie przejmował, mąż wspierał, córka przeżywała najbardziej. Zresztą do dziś jej dokuczają w internecie.

Sąd: Nie ma żadnego dowodu

Pod koniec marca br. sąd ostatecznie oczyścił Ostrowską.

– Nie ma żadnego konkretnego dowodu, że oskarżona przyjęła propozycję korupcyjną – orzekł najpierw w grudniu 2013 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku, który przez ponad cztery lata procesu przesłuchał 218 świadków, a teraz tę opinię podtrzymał sąd apelacyjny.

Oprócz Ostrowskiej w gdańskim procesie związanym z tzw. aferą paliwową sądzonych było jeszcze pięć osób, w tym czterech byłych policjantów, którzy zdaniem prokuratury w zamian za łapówki mieli pomagać Piotrowi K. w ochronie prowadzonego przez niego nielegalnego procederu. Według prokuratury roztoczyli nad nim parasol ochronny – nie przeprowadzali kontroli transportów z nielegalnym paliwem albo też uprzedzali Piotra K. o kontrolach.

Sąd okręgowy uniewinnił trzech z nich, a sąd apelacyjny nakazał 26 marca br. powtórzenie procesu w tym zakresie. Mieczysława D. z sekcji prewencji policji w Malborku SO skazał na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat i 5 tys. zł grzywny, a Dariusza P., oskarżonego o korumpowanie w imieniu Piotra K. funkcjonariuszy policji, na karę czterech lat więzienia. Obie kary zostały teraz utrzymane w mocy, z tym że Dariuszowi P. sąd obniżył wyrok do trzech lat więzienia, z czego 17 miesięcy spędził już w areszcie.

„Kamiński? Niech sobie teraz posiedzi”

W 2007 r. „król Sztumu” został skazany na trzy lata więzienia za udział w nielegalnym obrocie paliwami, oszustwa podatkowe i spowodowanie strat skarbu państwa na co najmniej 218 mln zł. Wyrok był niski, bo mężczyzna przyznał się i obciążył wiele osób, w tym posłankę Ostrowską.

Piotr M., komendant powiatowy policji w Malborku, dobry znajomy posłanki, który miał być pośrednikiem w 2011 r., popełnił samobójstwo. Wcześniej, na pierwszej rozprawie, zaprzeczył wcześniejszym wyjaśnieniom, że pomagał w korumpowaniu Ostrowskiej. Przeprosił byłą posłankę i powiedział, że obciążył ją na skutek „psychicznych nacisków”, jakie mieli wywierać na niego w czasie postępowania prokuratorzy z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. Tłumaczył, że dzięki takim zeznaniom szybciej opuścił areszt.

– Straciłam pozycję polityczną, zawodową, miałam kłopoty ze zdrowiem – podsumowuje Ostrowska. – Opinię będę mieć zszarganą już zawsze, bo po tylu latach masa osób i tak będzie wypisywać na forach, że „mam lepkie rączki”. Przetrwałam tylko dlatego, że mam wspaniałych przyjaciół i rodzinę. Polityka? Nigdy więcej. A po co? Dla kogo? Teraz jestem czynszownikiem i jest mi z tym dobrze. Jedyne, czego mi brakuje, to ukarania tych, którzy nadużywali władzy do politycznych celów. Dlatego nie żal mi Mariusza Kamińskiego [były szef CBA, skazany w pierwszej instancji na trzy lata więzienia za bezprawne działania podejmowane przez instytucję, którą kierował – red.]. Niech teraz posiedzi sobie kilka lat na ławie oskarżonych.

NAJPIĘKNIEJSZE POLSKIE MIASTA [RANKING]

trojmiasto.gazeta.pl

Kowal krytykuje „Tygodnik Powszechny” za okładkę. „Mit przeciętnego prezydenta – takiego zdania nie wypowiedziałem”

past, 15.04.2015
Okładka

Okładka „Tygodnika Powszechnego” (Twitter.com/@tygodnik)

„Wielki mit przeciętnego prezydenta” – tak „Tygodnik Powszechny” zapowiadał rozmowę z Pawłem Kowalem o Lechu Kaczyńskim. Kowal skrytykował redakcję za takie sformułowanie. „Brak mi słów oburzenia” – napisał.

„Proszę Państwa, przeczytałem tytuł wywiadu ze mną w »Tygodniku Powszechnym « i brak mi słów oburzenia” – napisał wczoraj na Twitterze Kowal, były współpracownik Lecha Kaczyńskiego.

Chodzi o najnowszą okładkę tygodnika, na której wywiad jest podpisany: „Wielki mit przeciętnego prezydenta”. Zdaniem Kowala nigdy nie powiedział takiego zdania, co więcej, duch jego wypowiedzi był wręcz przeciwny.

Kiedy pada stwierdzenie „Jeśli nie oceniać jego bardzo dobrej polityki wschodniej, to był przeciętny prezydent”, Kowal odpowiada: – Nonsens. – Nie ma powodów tak nisko oceniać tej prezydentury – dodaje.

Redakcja „Tygodnika Powszechnego” odpowiedziała Kowalowi na Twitterze, podkreślając, że zdanie na okładce nie jest ani cytatem, ani tytułem artykułu. „Tytuł wywiadu brzmi »To był też wasz prezydent «. Nie widzimy w tym nic oburzającego” – napisała redakcja.

Redaktor naczelny odpowiada: Zdanie jest tylko opinią pisma

Dziś Kowal kontynuuje krytykę tygodnika i publikuje swój list do redaktora naczelnego. „Oświadczam, że takiego zdania nie wypowiadałem. W oczywisty sposób mam inny niż wyrażony w tytule pogląd na dokonania prezydenta L. Kaczyńskiego i właśnie o tym mówiłem w wywiadzie dla TP” – czytamy w liście.

Jak uważa Kowal, taki tytuł wprowadza czytelników w błąd co do jego poglądów. Jak pisze, takie zdanie „nie tylko dezinformuje odbiorców, ale też czyni mi krzywdę”:

Pod listem opublikowanym na Facebooku odpowiada redaktor naczelny „TP” Piotr Mucharski. Podkreśla on, że wywiad jest tylko „częścią większego bloku”, do którego odnosi się zdanie na okładce.

„Tytuł na okładce w sposób oczywisty nie jest Pana opinią, tylko opinią pisma – nie ma tam przecież cudzysłowu, który sugerowałby, że jest to cytat z Pańskiej wypowiedzi” – pisze Mucharski. „Jeśli poczuł się Pan zmanipulowany, przepraszam. Nie było to naszą intencją” – dodaje.

*W pierwotnej wersji tekstu zamiast słowa „prezydent” użyliśmy słowa „człowiek”. Błąd oczywiście został poprawiony. Przepraszamy. Zespół Gazeta.pl

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: