Lemański (14.04.15)

 

Schetyna: Absurd przesłania tragedię

Paweł Wroński, 15.04.2015
Grzegorz Schetyna

Grzegorz Schetyna (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Nie wiem, czy to pochlebia Macierewiczowi, ale jego teorie są relacjonowane w Rosji i mają ścisły związek z propagandą Kremla.
PAWEŁ WROŃSKI: Prof. Jan Pomorski pytany o to, czego nasze dzieci będą się uczyły o katastrofie smoleńskiej, odpowiedział, że to zależy od nauczyciela. Czy to znaczy, że topnieją szanse, by stworzyć minimum, które byłoby wspólną wersją wydarzeń dla wszystkich Polaków?

GRZEGORZ SCHETYNA: Ja bym raczej powiedział, że młodzi Polacy będą się uczyć o najnowszej historii naszego kraju tego, co znajdzie się w ich podręczniku.

Prezes Kaczyński podczas obchodów rocznicy katastrofy mówił, że „prawda” musi się znaleźć w podręcznikach. On już „prawdę” zna.

– Pan sprowadza to do absurdu.

Poziom absurdu już dawno został przekroczony.

– Tylko czy powinniśmy się z tym zgadzać? Mnie naprawdę boli, że ten absurd zaczyna przesłaniać tragedię i rzeczową rozmowę. Kiedyś mówiliśmy o oparach absurdu, teraz jest to absurd wszechogarniający. Zginęli ludzie o różnych poglądach, z różnych środowisk, grup społecznych, zawodowych, a nawet wyznaniowych. Trzeba uszanować tę śmierć. Dojmującym paradoksem tej sytuacji jest to, że ci, którzy nawołują do wspólnotowego przeżywania tej tragedii – tak jak to było bezpośrednio po 10 kwietnia – równocześnie robią wszystko, by Polaków jak najbardziej podzielić. Coś, co nie wpisuje się w ich w narrację spisku i zdrady, jest natychmiast odrzucane, negowane, krytykowane.

Mamy kampanię wyborczą, kandydat PiS Andrzej Duda występuje w finansowanej przez SKOK reklamówce ozdobionej portretami ofiar katastrofy.

– To brak szacunku dla zmarłych. To wszystko odbywa się ze szkodą dla ludzi. Jeśli obecna kampania wyborcza jest tak bardzo emocjonalna, mogę sobie wyobrazić, co się będzie działo w kampanii parlamentarnej. Należy jednak pamiętać, że w tym wszystkim są ci, którzy mają poczucie straty najbliższych, którzy stracili w katastrofie ojców, matki, dzieci, siostry, braci. A tu ponad ich głowami trwa polityczne okładanie się. To niemoralne.

Jest jednak poczucie, że po pięciu latach nadal wiele spraw jest niedokończonych. Prokuratura prowadzi śledztwo, w którym pojawiają się kolejne ekspertyzy i ekspertyzy do ekspertyz. Nadal nie ma pomnika w Smoleńsku, w Warszawie ma powstać za dwa lata.

– Oddzielmy jednak od kontekstu politycznego żmudne próby dochodzenia do prawdy i obiektywnych faktów. To się dzieje, może zbyt wolno, ale jednak dzieje. Możemy krytykować śledztwo prokuratury, ale to dzięki niej zostały przeprowadzone analizy, które wykluczyły niektóre hipotezy, zgromadzono dane przybliżające nas do bardziej precyzyjnej oceny tego, co się stało pięć lata temu. Problemem jest to, że każdy z tych faktów, każde z tych ustaleń jest negowane albo zaciemniane, by ludzie mieli chaos w głowach. Klasycznym przykładem jest to, co widzimy po ujawnieniu dokładniejszych zapisów rozmów pilotów z kokpitu. Jakakolwiek logiczna teza dotycząca katastrofy może być od razu podważona i spotyka się z agresją, jeśli tylko nie wpisuje się w teorię zamachu.

Czy ta polska atmosfera podejrzliwości i narastającej paranoi ma wpływ na politykę zagraniczną, choćby na relacje z Rosją?

– Z pewnością tej polityki nie ułatwia. Mam na myśli nie politykę wobec rosyjskich władz, ale kształtowanie obrazu naszego kraju w rosyjskim społeczeństwie. Nie wiem, czy to pochlebia Antoniemu Macierewiczowi, ale jego teorie są relacjonowane obszernie w Rosji. Z takim oto przekazem: spójrzcie, co ci Polacy wygadują, co o nas myślą, o co nas oskarżają. To ma ścisły związek z rosyjską propagandą, która usiłuje przekonać własne społeczeństwo, że to, co złe, może ich spotkać ze strony Polski, że Polacy są genetycznymi rusofobami, że nie myślą racjonalnie. Stąd narracja stwierdzająca, że Polacy rzekomo negują dziś fakt oswobodzenia Polski przez Armię Czerwoną w czasie II wojny światowej, przypominanie okrucieństw z roku 1612, gdy armia polska okupowała Moskwę, odgrzewanie sprawy losu jeńców bolszewickich po wojnie 1920 roku.

My przez lata po 1993 roku – czyli wyprowadzeniu Armii Radzieckiej z Polski – usiłowaliśmy tworzyć nową politykę wobec Rosji, usiłowaliśmy znaleźć punkty wspólne, żeby zbudować na nich nowe, podmiotowe i przyjazne relacje. Wspominaliśmy rzadkie, ale przez to piękne, elementy łączące w naszych dziejach. Dziś tracimy tę elementarną nić porozumienia i ulegamy negatywnym emocjom. To dzieje się także na wyższym poziomie. Na przykład dawny przewodniczący komisji spraw zagranicznych rosyjskiej Dumy Konstantin Kosaczow, autor historycznej i bardzo życzliwej polskiej wrażliwości uchwały potępiającej zbrodnię w Katyniu przyjętej w grudniu 2010 roku, jest dziś politycznym jastrzębiem, co było widać choćby podczas tegorocznej Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium. Podobna ewolucja nastąpiła w przypadku ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który przez lata był postrzegany jako polityk pragmatyczny i szukający porozumienia.

Po obu stronach panuje fundamentalny brak zaufania. Polsko-Rosyjska Grupa ds. Trudnych, która była wspólnym osiągnięciem i ma realny dorobek w dziedzinie historii, od pewnego czasu nie może ustalić terminu spotkania i faktycznie nie działa, choć dzisiaj jest jeszcze bardziej potrzebna.

Propisowscy publicyści przyjmują to z zachwytem, wskazując, że jej dotychczasowa działalność była szkodliwa, bo budowała fałszywe wrażenie współpracy.

– Absurd. W Grupie pracowali badacze, którzy rzeczywiście starali się rozwiązać trudne sprawy związane ze wspólną historią. Członkowie tej komisji to szanowani intelektualiści, którzy nie działali na polityczne zlecenie. Jej osiągnięcia są wartościowe i godne szacunku.

Trudno mówić o zaufaniu, gdy Rosja obecnie deklaruje, że po zakończeniu swojego śledztwa „rozważy”, czy zwrócić wrak. Prezydent Komorowski mówi, że skoro Rosja „rozważa”, to znaczy, że nie zwróci. Może powinniśmy odstąpić od tego postulatu, skoro wrak jest traktowany jak karta przetargowa?

– Do tej pory Rosjanie mówili, że po zakończeniu polskiego śledztwa zakończone zostanie śledztwo rosyjskie i wrak będzie zwrócony Polsce. Tak przynajmniej rozumiem ich stanowisko. To nie oznacza, że zamierzamy zrezygnować z domagania się zwrotu wraku, bo to nasza własność i uważamy, że nie ma przeszkód, by został zwrócony już dziś, bez względu na to, czy zakończy się rosyjskie śledztwo czy nie. Wrak samolotu linii malezyjskich, który w ubiegłym roku został zestrzelony nad terytorium kontrolowanym przez prorosyjskie oddziały na Ukrainie, został przecież przekazany Holandii kilka miesięcy po tej tragedii. Nie było mowy o żadnym zakończeniu śledztwa.

Czy polski pomnik w Smoleńsku upamiętniający katastrofę będzie krótszy – jak domagają się Rosjanie?

– Nie rozumiem, dlaczego jego kształt ma być zmieniony, skoro nie ma na to zgody twórców i został wcześniej zaakceptowany przez komisję działającą pod auspicjami ministerstw kultury obu krajów. Takich rzeczy nie można traktować jako politycznego przetargu. Pod koniec kwietnia spotka się grupa robocza ekspertów z obu ministerstw. Trzeba prowadzić spokojną rozmowę w tej sprawie.

Kilka tygodni temu polskie media informowały, że rosyjski minister kultury chce za zgodę na pomnik w Smoleńsku pomnik rosyjskich jeńców w Krakowie. Takie frymarczenie oburzało. Ale komunikaty prasowe rosyjskiego ministerstwa mówią co innego.

– To informacja nieprawdziwa, bo taka propozycja nie padła. Zamieszanie wynika z niedomówień i niezręcznych wypowiedzi ministra kultury Rosji. Propozycja „wymiany pomników” nie dotyczyła pomnika smoleńskiego.

Może, by pokazać dobrą wolę, należałoby wybudować pomnik na mogile jeńców rosyjskich w Krakowie? To także kwestia szacunku dla zmarłych.

– Niech Rosjanie rozpiszą konkurs, przedstawią rozsądny projekt. Niech napis na pomniku w Krakowie będzie mówił prawdę historyczną, że to byli jeńcy, którzy zmarli w wyniku chorób, epidemii, trudnych warunków, a nie zamordowani w obozach koncentracyjnych przez polskich oprawców. Taką propozycję można rozpatrzyć. Ale nie możemy się zgodzić na zakłamywanie historii.

Polskę i Rosję dzieli fundamentalna różnica co do Ukrainy. Polska zdecydowanie opowiedziała się po stronie Kijowa, w ubiegły czwartek potwierdził to prezydent Komorowski. Jak pan ocenia tę wizytę?

– To było symboliczne, mocne wsparcie proeuropejskich dążeń Ukrainy, która obecnie zmaga się z rosyjską agresją i równocześnie prowadzi bardzo trudne reformy. My, Polacy, bardzo politycznie zainwestowaliśmy w Ukrainę i polski głos w tej sprawie jest w Europie słuchany. Jesteśmy bowiem w tej części Europy przykładem, że reformy się udają, że kraj, który pójdzie tą drogą, może osiągnąć sukces. Nie wiem, ile to będzie trwało w przypadku Ukrainy. Może 25 lat, tak jak w Polsce, może mniej, ale jesteśmy realnym punktem odniesienia.

Równocześnie Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła ustawę, zgłoszoną przez syna dowódcy UPA Romana Szuchewycza, uznającą za bohaterów narodowych działaczy OUN i UPA oraz zakazującą negowania celowości ich walki.

– To nie była ze strony Ukraińców prowokacja, a ta ustawa, przyjęta zresztą wraz z pakietem innych ustaw historycznych, m.in. o sposobie upamiętnienia II wojny światowej czy otwarciu dostępu do archiwów komunistycznych, w żaden sposób nie była skierowana przeciwko Polsce. W ustawie nie wymieniono formacji kolaborujących z nazistami, jak bataliony Roland, Nachtigall czy dywizja SS Galizien. Padają tam za to nazwy kilkudziesięciu organizacji, które wpisują się w nurt niepodległościowy od czasów I wojny światowej do lat 80. ubiegłego wieku. Ukraina szuka swej historycznej tożsamości i trzeba próbować to zrozumieć, a zarazem mówić, co nas boli. Prezydent Komorowski w swoim wystąpieniu nie ukrywał, że przed nami jest refleksja nad trudną historią polsko-ukraińską, że konieczne jest pojednanie. Wymaga to z naszej strony cierpliwości i czasu. Teraz przed Ukrainą stoi ważniejsze zadanie, jakim jest przeciwstawienie się rosyjskiej agresji oraz reforma państwa.

Lider SLD, były premier Leszek Miller, już złożył projekt uchwały potępiającej gloryfikację UPA.

– Jego głos w sprawie odrodzenia nacjonalizmu na Ukrainie nie jest wiarygodny. Uchwała SLD to polityczne ekstremum i wpisywanie się w rosyjską narrację.

Przypominamy nieustannie Europie o Ukrainie, ale równie poważnym wyzwaniem jest sytuacja na Południu. Wydawało się nam to odległe do czasu tragedii w Tunezji.

– Przekonaliśmy się, jak wielkim wyzwaniem dla bezpieczeństwa Europy jest zagrożenie radykalizmem islamskim, gdy do Polski z Tunezji zaczęły przylatywać samoloty z rannymi i trumnami. Naszych obywateli zaatakowano nie dlatego, że byli Polakami, ale dlatego, że byli z Europy, a nasz kraj jest częścią Zachodu.

Jak Polska zamierza się zaangażować w rozwiązywanie kryzysu na Południu?

– W poniedziałek uczestniczyłem w nieformalnym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych Unii Europejskiej w Barcelonie z krajami południowego sąsiedztwa UE. To się nakłada na dyskusję, którą prowadziliśmy niedawno we Wrocławiu w ramach Trójkąta Weimarskiego. Szczególnie Francja jest zainteresowana sytuacją w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie. Zależy nam, by wypracować w tej sprawie wspólne rozwiązania dla całej Unii Europejskiej. Bezpieczeństwo jest niepodzielne, a pokój, stabilność i możliwości rozwoju na Południu są tak samo ważne jak na Wschodzie.

Naloty na pozycje islamistów rozpoczęli Kanadyjczycy. My też weźmiemy udział w operacji militarnej?

– Nie, nie będziemy bombardować Państwa Islamskiego. W operacji militarnej uczestniczą ci, którzy mają ku temu większe możliwości i wyrazili taką wolę. My popieramy tę operację politycznie oraz wysyłamy pomoc humanitarną dla uchodźców w północnym Iraku, Syrii i krajach sąsiadujących. Naszym zadaniem będzie przede wszystkim wspieranie takich krajów jak Egipt czy Tunezja.

Nadszedł czas, że nasz kontynent jest atakowany z różnych stron. Jeśli my będziemy wykazywać się troską o bezpieczeństwo innych, nasi partnerzy będą się czuli zobowiązani, by dbać o nas i nasz region. Stąd wspólne wizyty, które planujemy w krajach Południa, czy ostatnia wizyta w Gruzji, którą złożyłem wczoraj wraz z ministrami spraw zagranicznych Danii i Szwecji.

Zależy nam, by o bezpieczeństwie Europy myśleć globalnie i kompleksowo. Zarówno w kategorii sąsiedztwa południowego, jak i sytuacji na Wschodzie.

wyborcza.pl/politykaekstra

Królowa pierza i puchu

Krzysztof Katka, 15.04.2015
Dorota Arciszewska-Mielewczyk

Dorota Arciszewska-Mielewczyk (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Majątek ziemski na Kaszubach posłanki PiS Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk powędrował do spółki na Cyprze. Dlatego SKOK Stefczyka nie zdołał ściągnąć przeterminowanego kredytu na 5 mln
Na spotkania z ubogimi i zagrożonymi przez niemieckie roszczenia jeździła w futrze i najnowszym modelu ulubionej marki Mercedes-Benz. Broni SKOK-ów, choć przed windykacją SKOK-u jej mąż uciekł z majątkiem na Cypr. Ceni honor, a zamknęła swoją organizację Powiernictwo Polskie, aby nie płacić odszkodowania za naruszenie dóbr osobistych. Dorota Arciszewska-Mielewczyk składa się z samych paradoksów.

Posłanka właśnie odwiedza Japonię. W niedzielę pięcioosobowa delegacja posłów polsko-japońskiej grupy, którą kieruje, wyruszyła w podróż do Kraju Kwitnącej Wiśni. Wracają w piątek. To jedna z ponad 90 parlamentarnych grup bilateralnych, ale ten wyjazd był wyjątkowy. Na udział w nim senatorów nie zgodził się marszałek Senatu Bogdan Borusewicz. Początkowo nie miał też jechać żaden z posłów PO. Bo w Platformie wskazuje się na krajoznawczy charakter wyjazdu parlamentarzystów.

– Ostatnio Japonię odwiedzał prezydent Bronisław Komorowski, wcześniej byli tam wicepremier Janusz Piechociński, minister Bogdan Zdrojewski, a także marszałek Borusewicz z delegacją. Nie udało się namówić Japończyków do zdjęcia embarga na naszą wieprzowinę, więc cóż posłowie mogą tam zdziałać – komentuje jeden z parlamentarzystów PO.

– To jest rewizyta u naszego ważnego partnera – odpowiada Dorota Arciszewska-Mielewczyk. – Sejm płaci za nasze bilety, a koszty pobytu pokrywają gospodarze. Po co jedziemy? Program jest bardzo obszerny, poruszymy kwestie inwestycji i technologii. Będziemy zwiedzali m.in. elektrownię i poznamy japońską technologię czystego wykorzystania węgla – mówi posłanka, która sama prowadzi interesy z tym krajem.

Mają honor. Jak my

Zainteresowanie posłanki Japonią nie jest przypadkowe. Przed laty jej mąż Krzysztof eksportował tam gęsi puch i pierze. – Kiedyś spaliły się nam magazyny z pierzem. Natychmiast przylecieli odbiorcy z Japonii i zrzucili się na pomoc dla męża – wspomina posłanka. – Japończycy są wspaniałymi inwestorami. Z racji położenia są odlegli, ale też są nam bliscy, bo kierują się honorem, wartościami i zasadami fair play – dodaje.

To głównie dzięki jenom za pierze małżeństwo Mielewczyków żyło na wysokim poziomie. Kupowali rezydencje i luksusowe samochody. Jego nazywano królem, ją zaś królową pierza i puchu.

47-letnia posłanka urodziła się w Gdyni w zamożnej rodzinie marynarskiej. Ukończyła dwa kierunki studiów, pracowała w terminalu kontenerowym, dorabiała w Szwecji. Na początku lat 90. działała w Konfederacji Polski Niepodległej. Stała się znana po śmierci ojca, kapitana Eugeniusza Arciszewskiego, który w lutym 1997 r. zginął w katastrofie morskiej statku „Leros Strength”. Jesienią została wybrana do Sejmu z listy AWS, a zimą wzięła ślub z Krzysztofem Mielewczykiem, bogatym biznesmenem z Gdyni. Z tego związku urodziło się dwoje dzieci – Zofia i Eugeniusz.

Już jako posłanka AWS przystąpiła do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego. Była jednym z fundatorów Liceum im. Jana Pawła II w Kartuzach. W kolejnych wyborach weszła do Sejmu z listy PO. Po raz trzeci zasiada w Sejmie, dwukrotnie była senatorem.

W 2004 r. założyła stowarzyszenie Powiernictwo Polskie, by „przeciwstawić się niemieckiemu Związkowi Wypędzonych”. Odeszła z Platformy Obywatelskiej. Zaczęła wygłaszać radykalne antyniemieckie sądy i rok później została senatorem PiS. – Zawsze uderzała w patriotyczną nutę, ale właśnie wtedy naprawdę się zradykalizowała i wpasowała się w nastroje PiS – wspomina jeden z gdyńskich polityków.

„Rzecznikiem osób opuszczonych przez własne państwo, które nie zadbało o to, by na drodze prawnej skutecznie blokować roszczenia niemieckie, jest powstałe w 2004 r. Powiernictwo Polskie, na czele którego stoi Dorota Arciszewska-Mielewczyk. To w zasadzie jedyna taka organizacja w Polsce! Tymczasem w Niemczech tzw. wypędzeni są świetnie zorganizowani, mają multum stowarzyszeń będących ich adwokatami, nie mówiąc o państwie niemieckim, które wspiera ziomkostwa sutymi dotacjami” – pisał „Nasz Dziennik”.

Powiernictwo ucieka przed wyrokiem

Powiernictwo straszyło niemieckimi roszczeniami i wyolbrzymiało potencjalne zagrożenie ze strony Związku Wypędzonych. Czas pokazał, że obawy były na wyrost. O Arciszewskiej-Mielewczyk było jednak głośno, a ostra antyniemiecka retoryka podobała się w PiS. Przed wyborami w 2005 r. działaczka Powiernictwa Katarzyna Stanulewicz (PiS) podpaliła przed gdańskim sądem tekturową podobiznę Eriki Steinbach, szefowej niemieckiego Związku Wypędzonych. Miała za to sprawę za nieostrożne obchodzenie się z ogniem.

Przed wyborami w 2007 r. Arciszewska-Mielewczyk pokazała plakat zestawiający Steinbach z esesmanem i cytatem z przemówienia Hitlera: „Pozostaje jeszcze jeden problem, który musi zostać rozwiązany i z pewnością rozwiązany będzie. Są to nasze ostatnie roszczenia majątkowe, które postawiliśmy w Europie, ale są to żądania, z których nie zrezygnujemy”. Była to przekształcona wypowiedź z przemówienia Adolfa Hitlera z września 1938 r. zapowiadającego aneksję części Czechosłowacji. Hitler mówił o „roszczeniach terytorialnych”.

Steinbach poczuła się zniesławiona i skierowała sprawę do sądu. Kilka lat później niemiecki sąd nakazał Powiernictwu Polskiemu zapłatę 50 tys. euro na rzecz Związku Wypędzonych Eriki Steinbach. Stowarzyszenie miało też pokryć 60 tys. zł kosztów sądowych.

– Stowarzyszenie nie posiada majątku. Może dojść do takiej sytuacji, że polski komornik będzie ściągał pieniądze dla niemieckiej organizacji po wyroku niemieckiego sądu. Czy my jesteśmy jeszcze suwerennym krajem? – pytała Arciszewska-Mielewczyk. Był początek 2013 r. Nie chciała wtedy przyznać, że w sierpniu 2012 r. podpisała się pod uchwałą o likwidacji Powiernictwa Polskiego właśnie z przyczyn finansowych. Nie było chętnych, by zrzucić się na odszkodowanie dla Związku Wypędzonych.

– Tak się wykańcza stowarzyszenia po stronie polskiej i zamyka im buzię – kwituje dziś posłanka. Związek Wypędzonych nie otrzymał zasądzonych mu pieniędzy.

Pierze i Puch tonie w długach

We wrześniu 2013 r. mąż posłanki zginął w katastrofie śmigłowca. Dorota Arciszewska-Mielewczyk wraz ze spadkiem przejęła jego interesy. Wśród nich było kilka pogrążonych w długach spółek, m.in. Sensalon, od której Izba Celna w Toruniu bezskutecznie windykowała 2,5 mln zł. W firmie nie było jednak tych pieniędzy.

Kolejna spółka z kłopotami to Polskie Pierze i Puch znane z interesów z Japończykami. Także od tej firmy wierzyciele od dłuższego czasu nie mogli odzyskać swoich pieniędzy. Bank PKO BP żądał zwrotu 1,1 mln zł. Dostawca Stanisław Bik zabiegał przez lata o 1,3 mln zł za 30 ton towaru z 800 tys. gęsi.

– Stałem się ofiarą szczegółowo zaplanowanego oszustwa – pisał Bik w liście do władz Klubu Parlamentarnego PiS. W odpowiedzi otrzymał od prawnika posłanki wezwanie do przeprosin za pomówienie.

Majątek ucieka na Cypr

Na oddzielne potraktowanie zasługuje pięciomilionowy kredyt, który Mielewczyk zaciągnął w SKOK Stefczyka na działalność Polskiego Pierza i Puchu.

– Kredyt w SKOK-u spłacam, co mam robić… To poważna instytucja, która jest solą w oku bankom i przeciwnikom politycznym – mówi Arciszewska-Mielewczyk. Posłanka należy do obrońców twórcy Kas Grzegorza Biereckiego. – Senator Bierecki zawiesił swoje członkostwo w klubie, bo takie są standardy, ale jestem pewna, że wróci, gdy tylko wszystko się wyjaśni – dodaje.

Mamy jednak dowody, że biznesmen Mielewczyk przeniósł majątek na Cypr i dzięki temu uniknął windykacji należności ze strony SKOK-u. Po wielu miesiącach niespłacania kredytu Kasa zaczęła poszukiwać majątku Mielewczyka do zlicytowania. W styczniu 2013 r. SKOK otrzymał sądową zgodę na zajęcie należących do Mielewczyka udziałów w spółce Celaria. Do Celarii należał majątek ziemski w Borczu na Kaszubach, w którym urządzone są hotel i apartamenty rodziny Mielewczyków.

Zajęcie dokonane przez Kasy Stefczyka okazało się jednak nieskuteczne, bo Mielewczyk zdążył przekazać udziały w Celarii cypryjskiej spółce FGT Investment Fund Limited.

Czy SKOK Stefczyka zdołał odzyskać pieniądze? Kasa nie odpowiedziała nam na to pytanie.

Kaczyński przywróci „równowagę społeczną”

Po śmierci Mielewczyka właścicielem i reprezentantem cypryjskiej spółki została posłanka PiS. Okazało się też, że biznesmen wytransferował do cypryjskiego FGT także udziały (warte nominalnie 6,5 mln zł) w innej spółce – Hotel 1231 zarządzającej hotelem w Toruniu. O swoich związkach z rajem podatkowym posłanka nie chce rozmawiać.

Dzięki działaniom Unii Europejskiej interesy na Cyprze od 2012 r. nie są już tak atrakcyjne jak wcześniej. Niemniej Cypr nadal oferuje niską stawkę podatku dochodowego – 10 proc. – i wysoką stawkę wolną od podatku. Są też inne korzyści – preferencyjne opodatkowanie dywidendy (w Polsce stawka wynosi 19 proc., a na Cyprze możliwe jest całkowite zwolnienie).

Jest coś jeszcze – majątek schowany na Cyprze jest lepiej chroniony przed wierzycielami niż ten pozostawiony w Polsce. Tymczasem prezes PiS Jarosław Kaczyński jest zwolennikiem większego opodatkowania najlepiej zarabiających, a szczególnie tych, którzy swoje podatki transferują za granicę. Podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy w 2013 r. prezes PiS zapowiedział, że jeśli jego partia dojdzie do władzy, to „przywróci równowagę społeczną”. Zaproponował wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej – 39-proc., z dużymi odpisami na inwestycje. Prezes zaproponował też uszczelnienie systemu podatkowego, tak by trudniej było unikać płacenia podatków w Polsce.

Zapytaliśmy rzecznika PiS, co partia zamierza zrobić z biznesmenami, którzy już wytransferowali majątek za granicę – rzecznik partii Marcin Mastalerek nie odpowiedział.

wyborcza.pl/politykaekstra

Arcymistrz szachów i oszustwa. Zrobił wielką karierę dzięki dopingowi. Za sterydy służył iPhone

Łukasz Woźnicki, 14.04.2015
Gaioza Nigalidze

Gaioza Nigalidze (fot. Dubai Chess and Culture Club)

Błyskotliwa kariera szachowa arcymistrza Gaioza Nigalidze rozpoczęła się osiem lat temu. Tak się składa, że premierę miał też wtedy pierwszy iPhone. Te dwa niezwiązane ze sobą wydarzenia mogą mieć więcej wspólnego, niż się pozornie wydaje, a Gruzin stał się bohaterem światowych mediów.
W sobotę 25-letni szachista, dwukrotny mistrz Gruzji, brał udział w międzynarodowym turnieju w Dubaju. Niedawno na podobnych zawodach w Abu Dabi wygrał 11 tys. dolarów. W Dubaju o nagrodę walczyło 70 szachowych arcymistrzów z 43 krajów. Jeden z nich zwrócił uwagę na podejrzane zachowanie Gruzina.- Graliśmy przeciw sobie, a Gaioz Nigalidze regularnie wychodził do łazienki. Wykonywał ruch, a później w te pędy biegł do toalety. Zauważyłem, że za każdym razem wybiera tę samą kabinę, choć dwie pozostałe nie były zajęte – opowiadał mediom armeński mistrz szachowy Tigran Petrosian.

Gdy Nigalidze po raz kolejny udał się za potrzebą, Ormianin zawołał sędziów. Gdy łazienka była już pustka, sędziowie przeszukali pomieszczenie. Za sedesem znaleźli telefon komórkowy – zawiniętego w papier toaletowy iPhone’a.

„Gaioz Nigalidze zaprzeczył, że jest właścicielem telefonu. Jednak to on był zalogowany w serwisie społecznościowym. Na telefonie działała także aplikacja szachowa, która analizowała aktualną grę gruzińskiego zawodnika” – poinformowali w komunikacie organizatorzy zawodów.

Nigalidze został zdyskwalifikowany i wyrzucony z turnieju. Według zachodnich mediów grozi mu nawet 15-letni zakaz uczestnictwa w zawodach. Inni zawodnicy kwestionują dotychczasowe osiągnięcia Gruzina i domagają się odebrania mu tytułów. Z takim wnioskiem do Światowej Federacji Szachowej zwrócił się Nigel Short, arcymistrz szachowy z Wielkiej Brytanii, niegdyś trzeci szachista na świecie.

Smartfony są gorsze niż sterydy

„Skandal nie ogranicza się do jednego zawodnika i turnieju. Odkrycie oszustwa Gruzina to ucieleśnienie szachowego koszmaru, o którym mówi się już od przeszło dekady. Wykorzystanie nowych technologii do oszukiwania podczas rozgrywania partii może być powszechne, a królewska gra może być dziś grą oszustów” – komentuje „Washington Post”.

Amerykańscy dziennikarze nie są w swoich sądach odosobnieni. Brytyjski arcymistrz Daniel Gormally ostrzegał w marcu, że smartfony mogą zrujnować tradycję grania w szachy. W rozmowie z mediami sugerował, że oszukiwanie jest dziś powszechne.

– Oczywiście nie można udowodnić, że oszukują. Dwa wyjścia do łazienki podczas meczu nie są podejrzane. A dwukrotne spojrzenia na telefon mogą dać już znaczą poprawę gry – mówił brytyjskiemu „Telegraph”.

– Podstawowym problemem jest to, że oszukiwanie przy użyciu telefonu jest dziś niezwykle łatwe. Dzięki aplikacjom szachowym mój pies byłby w stanie wygrać turniej – mówi „Washington Post” Nigel Short, kolejny arcymistrz z Wielkiej Brytanii.

– Smartfony mają większy wpływ na grę niż sterydy stosowane przez lekkoatletów. Gdybym to ja wziął środki dopingujące, nigdy nie wygrałbym biegu na 100 m, bo nie jestem do tego przygotowany fizycznie. A międzynarodowy turniej w szachy wygra każdy. Dlatego sądzę, że kary za smartfony powinny być dotkliwsze niż za sterydy – mówi.

20 lat temu Kasparow oskarżał ludzi, że pomagają komputerom

Na wpadkę Gruzina można spojrzeć szerzej. To kolejny przypadek w historii szachów, gdy losy tej gry przeplatają się z historią maszyn. Już na przełomie XVIII i XIX w. urządzenia służyły szachistom do oszukiwania. Wówczas sensacją w Europie był Mechaniczny Turek. Mechaniczną ręką grającego w szachy „Turka” miała sterować zamknięta pod szachownicą maszyna. „Turek” wygrywał pojedynki szachowe z Benjaminem Franklinem czy Napoleonem Bonaparte. W rzeczywistości w środku siedział zdolny szachista i to on sterował każdym ruchem ręki.

W XX wieku szachy stały się miernikiem zaawansowania komputerów. W 1996 roku mistrz świata w szachach Garry Kasparow pokonał rewolucyjny komputer IBM zwany Deep Blue. Rok później to Kasparow został przez komputer pokonany. Rosjanin twierdził wówczas, że został oszukany, bo – cóż za ironia z dzisiejszej perspektywy – komputerowi pomagał człowiek.

Porażka Kasparowa była przedstawiana jako cios zadany całej ludzkości. Oto po wiekach rozwoju technologicznego maszyny wreszcie przewyższyły swoich twórców, przynajmniej pod względem gry w szachy. „Prawie 20 lat później przypadek Nigalidze pokazuje, jak daleko w tyle zostawiły nas maszyny. I stawia pytanie o przyszłość sportu, w którym telefon może uczyć każdego arcymistrzem” – komentuj „Washington Post”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Powstanie miniserial na podstawie sławnej książki „Z zimną krwią”

jś, 14.04.2015
Gary Oldman w filmie

Gary Oldman w filmie „Szpieg”. Był nominowany do Oscara w kategorii najlepsza męska rola pierwszoplanowa(Fot. Jack English AP)

Jeden z najlepszych w historii kryminałów opowiadających o prawdziwych wydarzeniach zostanie zekranizowany jako serial. Prawa do telewizyjnej adaptacji „Z zimną krwią” Trumana Capote kupiła firma The Weinstein Company. Współproducentem jest Gary Oldman.
Wydana w 1966 r. książka non fiction Trumana Capote opowiadała o brutalnym morderstwie rodziny Clutter w 1959 r., procesie zabójców, ich egzekucji i wpływie całej tej historii na społeczność Kansas. „Z zimną krwią” należy do kanonu literatury amerykańskiej, nie tylko XX-wiecznej. Capote pracował nad nią sześć lat.Teraz The Weinstein Company nabyła prawa do telewizyjnej ekranizacji „Z zimną krwią” i przymierza się do czteroodcinkowego miniserialu. Nad scenariuszem pracuje Kevin Hood („Zakochana Jane”) – zadanie może ułatwić mu to, że Capote pierwotnie opublikował „Z zimną krwią” w czterech odcinkach w „New Yorkerze”.

Producentami zostali Gary Oldman i Flying Studios Douglasa Urbanskiego (znane m.in. z ekranizacji „Szpiega” Johna Le Carré, gdzie Oldman grał główną rolę). Nie wiadomo na razie, która sieć telewizyjna miałaby pokazać „Z zimną krwią”.

Do tej pory książkę zekranizowano dwa razy: w 1967 r. zrobił to Richard Brooke, który w rolach morderców zatrudnił mało znanych Roberta Blake’a i Scotta Wilsona, natomiast w 1996 r. powstał film telewizyjny Jonathana Kaplana z Anthonym Edwardsem i Erikiem Robertsem. Z kolei o kulisach powstania powieści reportażu opowiadały filmy biograficzne „Capote” (2005, z oscarowym Philipem Seymourem Hoffmanem w tytułowej roli) oraz „Bez skrupułów” (2006, z Tobym Jonesem; jednym z zabójców był Daniel Craig).

Zobacz także

wyborcza.pl

Czy ks. Lemański żyje w biedzie? Onet pisze, że to „plotki wyssane z palca”. Ale nie ma racji

Michał Wilgocki, 14.04.2015
Ks. Wojciech Lemański

Ks. Wojciech Lemański (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Ks. Wojciech Lemański, który od prawie dwóch lat nie piastuje żadnego urzędu w diecezji warszawsko-praskiej, stara się właśnie, by Watykan umorzył mu wysokie opłaty sądowe. W tym samym czasie Onet.pl pisze, że plotki o jego biedzie są „wyssane z palca”. Otóż niezupełnie.
W ubiegłym tygodniu prof. Andrzej Jaczewski na swoim blogu na portalu Radia TOK FM zasugerował, że „Gazeta Wyborcza” powinna wesprzeć finansowo ks. Lemańskiego. Napisał to po liście Adama Michnika i Jarosława Mikołajewskiego do papieża Franciszka, w którym ujmują się za byłym proboszczem z Jasienicy.- Niech „Gazeta Wyborcza” z własnych czy zebranych środków opłaci te koszty. Trzeba Lemańskiemu dopomóc w staraniach. Chciałoby się przecież, by takich księży nie wywalano z zawodu – ale by byli codziennością – pisał prof. Jaczewski, pediatra i seksuolog, a także wieloletni publicysta (z publikacjami także w „Gazecie Wyborczej”).

Prof. Jaczewski przypomina także mój tekst z grudnia, w którym opisałem, że ksiądz przegrał dwie sprawy w Watykanie, bo nie stać go było na opłacenie sądowej kaucji. Chodziło o niemałe pieniądze – łącznie o ok. 12 tys. zł. Obie sprawy – zakazu wypowiadania się dla mediów oraz zakazu pełnienia czynności kapłańskich na terenie Jasienicy – są już przegrane ostatecznie. Ksiądz nie wniósł opłat w terminie i watykańskie sądy nie zajęły się jego odwołaniami.

Ale duchowny walczy jeszcze o dwie, dużo istotniejsze sprawy – usunięcie z urzędu proboszcza w Jasienicy i suspensę, jaką nałożył na niego abp Henryk Hoser. W obu tych przypadkach najpewniej również będzie ostatecznie musiał zapłacić kaucję – po 1550 euro za każdą ze spraw.

Zbiórka? Najpierw prośba o zwolnienie z opłat

Rozmawiałem na ten temat z pełnomocnikiem ks. Lemańskiego (on sam, a także ks. Lemański prosili, by nie podawać jego nazwiska). Potwierdził coś, co wiemy od kilku miesięcy – że ksiądz nie chce zbiórki, bo stara się załatwić sprawę w inny sposób. W sprawie odwołania z urzędu proboszcza poprosił Watykan o anulowanie kaucji. W drugiej, najważniejszej – sprawie suspensy – nie dostał jeszcze zawiadomienia, że kaucja jest potrzebna. Takiej informacji spodziewa się w okolicach maja – wynika to z trybu pracy watykańskich sądów.

Watykan poprosił na razie ks. Lemańskiego, by dostarczył zaświadczenie o tym, że nie pełni żadnego urzędu i nie pobiera z diecezji żadnej pensji. Ksiądz został usunięty z parafii w Jasienicy w lipcu 2013. Miał podjąć pracę w Centrum Neuropsychiatrii w Zagórzu, ale nie doszło to do skutku, bo w międzyczasie dostał karę suspensy. Karę, która – przypomnijmy – nie obowiązuje do momentu zakończenia przewodu sądowego w Watykanie. W rezultacie od prawie dwóch lat ksiądz Lemański żyje z oszczędności. Mieszka w domu swojego ojca, którym się opiekuje.

Zasiłek? „Inni księża bardziej potrzebują”

Tuż po wizycie w kurii warszawsko-praskiej, kiedy ksiądz Lemański poprosił o potwierdzenie, że nie pobiera żadnego wynagrodzenia, na portalu Onet.pl pojawił się tekst „Ksiądz Lemański żyje w biedzie? Niekoniecznie”.

„Sugestie, że żyje w biedzie – wydają się być wyssane z palca. Pomysł przeprowadzenia publicznej zbiórki sprawia wrażenie tym bardziej nietrafione, że kilkukrotnie wsparcie finansowe oferowała ks. Lemańskiemu kuria warszawsko-praska” – czytamy na portalu.

Nietrudno się domyślić, że są to informacje zaczerpnięte bezpośrednio z kurii, zwłaszcza że portal cytuje również list do ks. Lemańskiego, który według jego pełnomocnika dotarł do niego kilka dni później.

W liście kuria rzeczywiście zaświadcza, że ksiądz nie pobiera od niej pieniędzy, ale również ponawia ofertę zasiłku i zamieszkania w Domu Księży Emerytów.

Były proboszcz z Jasienicy tę ofertę odrzuci. „Ks. Lemański nie występował i nie występuje o pomoc materialną, a jedynie prosił o zwolnienie z opłat sądowych związanych z rozpatrywaniem rekursu wobec krzywdzących według niego decyzji warszawsko-praskiej” – czytamy w oświadczeniu opublikowanym na stronie „O prawo głosu dla ks. Lemańskiego”.

Wcześniej wielokrotnie od adwokata słyszeliśmy, że są w diecezji księża bardziej potrzebujący tego zasiłku.

Biskupi przekazują ofiary

Czy rzeczywiście ks. Lemański żyje w biedzie? Kilka miesięcy temu rozmawiałem z nim w domu, w którym mieszka z ojcem. Nie była to sypiąca się rudera, ale śladów „remontu wykonanego z własnych środków”, o którym pisze Onet, nie dostrzegłem. To raczej skromniutkie, wiejskie mieszkanie, w którego przedpokoju stało kilka słoików z jedzeniem. Wszystkie przyniesione w darze od przyjaciół, którzy starają się regularnie pomagać.

Księdza niedawno wsparli również biskupi i przeor jednego z zakonów. Przekazali księdzu kilkadziesiąt stypendiów mszalnych (to – w dużym uproszczeniu – ofiara, którą składa księdzu osoba zamawiająca mszę w konkretnej intencji). Biskupi i przeor zamówili u księdza kilkadziesiąt mszy, które odprawia każdego dnia – najczęściej w swoim własnym domu.

Dlaczego? Ponieważ w diecezji warszawsko-praskiej księża do tej pory nie chcieli go wpuszczać za ołtarz. W grudniu ubiegłego roku pisałem np. o tym, że kiedy chciał koncelebrować pogrzeb jednego ze swoich przyjaciół, odesłano go między wiernych.

Emerytka proponuje, że weźmie kredyt

Co zaś się tyczy samej zbiórki pieniędzy – ona w pewnym momencie może okazać się konieczna. Jeżeli tylko będzie taka potrzeba, ks. Lemański zapewne poprosi o pomoc. Z zebraniem niezbędnej kwoty problemów nie będzie. Przyjaciół mu nie brakuje, a chęć pomocy zgłaszali także czytelnicy „Gazety Wyborczej”. Także ze mną kontaktowało się w tej sprawie kilka osób – wśród nich była emerytka z Torunia, która zaoferowała, że weźmie kredyt i w całości sfinansuje księdzu koszta procesowe.

Ale na razie ks. Lemański za te propozycje konsekwentnie dziękuje. Wcale nie dlatego, że, jak sugeruje Onet, opływa w dostatki. Ksiądz liczy, że Watykan wykaże odrobinę zrozumienia i zwolni go z opłat.

Zobacz także

wyborcza.pl

Generał Pożoga nie żyje

Adam Leszczyński, 14.04.2015
Gen. Władysław Pożoga podczas posiedzenia komisji odpowiedzialności konstytucyjnej, 1995 rok

Gen. Władysław Pożoga podczas posiedzenia komisji odpowiedzialności konstytucyjnej, 1995 rok (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

6 kwietnia zmarł gen. Władysław Pożoga, szef wywiadu i kontrwywiadu PRL, barwna i ważna postać w najnowszej historii Polski. Miał 92 lata.
„Idę na spotkanie z Generałem. Drogę zagradza żelazna brama z żołnierzem sprawdzającym przepustki. Potem masywne drzwi w pięciopiętrowym budynku, a w nich milicjant czyniący to samo. (…) Tu spływają ważne i najważniejsze dla bezpieczeństwa kraju informacje. Tu między innymi zapadają decyzje, które mają to bezpieczeństwo gwarantować” – pisał w 1987 r. z zachwytem dziennikarz Henryk Piecuch, który przeprowadził wtedy bałwochwalczy wywiad z gen. Władysławem Pożogą, I zastępcą ministra spraw wewnętrznych, szefem wywiadu i kontrwywiadu.Władysław Pożoga urodził się w 1923 r. w biednej rodzinie na Kielecczyźnie. Przed wojną skończył 7 klas szkoły powszechnej. W czasie wojny związał się z komunistyczną partyzantką. W UB, a potem SB pracował od 1945 do 1989 r. Mozolnie i wytrwale piął się na szczyty hierarchii, chociaż nigdy nie został numerem 1. Nigdy nie miał też ambicji politycznych – nie marzył (jak np. Mieczysław Moczar) o zdobyciu politycznej władzy.

W życiorysie napisanym do ankiety personalnej w 1989 r. Pożoga pisał: „W 1944 r. zostałem członkiem organizacji AL, w której pełniłem funkcję łącznika. Latem 1944 r. w czasie koncentracji oddziałów AL (…) brałem udział w przejmowaniu broni z zrzutów radzieckich (…) realizowałem zadania związane z reformą rolną, za co byłem prześladowany przez reakcyjne podziemie, jak też i moja rodzina (!)”.

W lipcu 1945 r. wstąpił do pracy w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie. Brał udział w walkach z Ukraińcami na pograniczu w 1947 r.

Jako pracownik UB brał też udział w zwalczaniu antykomunistycznej partyzantki. W 1946 r. Pożoga najprawdopodobniej wydał zlecenie Jerzemu Vaulinowi (potem znanemu dokumentaliście) zabójstwa mjr. Antoniego Żubryda z Narodowych Sił Zbrojnych. Vaulin zlecenie wykonał.

Do centrali MSW Pożoga trafił w 1973 r. Został zastępcą dyrektora II departamentu (kontrwywiadu), a po kilku miesiącach jego dyrektorem. Zdobył długą listę PRL-owskich honorów i odznaczeń. Brał udział w zwalczaniu „Solidarności”: podobnie jak większość resortu należał do „twardogłowych”, czyli zwolenników ostrej rozprawy z opozycją. W 1987 r. Piecuchowi obszernie opowiadał m.in. o powiązaniu „Solidarności” z obcymi wywiadami. Nie wiadomo, na ile była to propaganda, a na ile sam był o tym przekonany.

W latach 80. kierował wewnętrznym śledztwem w sprawie operacji „Żelazo”, ogromnej międzynarodowej afery, w którą zamieszane były tajne służby PRL – w której przez napady rabunkowe i kradzieże na Zachodzie m.in. finansowano działalność wywiadu.

W drugiej połowie lat 80. razem z Jerzym Urbanem (wówczas rzecznikiem rządu) oraz Stanisławem Cioskiem (dyplomatą, bliskim współpracownikiem Jaruzelskiego) Pożoga przygotowywał memoriały dotyczące sytuacji wewnętrznej w Polsce. Doradzał m.in., aby osłabić opozycję, nawet godząc się na oddanie części władzy (chociaż nie całej). W jednym z raportów autorzy pisali m.in.: „Uważamy, że naszym realistycznym celem powinno być ustawiczne oswajanie bardziej ugodowego skrzydła nastawionego na koegzystencję z »reżimem « , asymilowanie i neutralizowanie tego skrzydła, budowanie przepaści między nim a opozycją radykalno-nielegalną (…)”.

Po Okrągłym Stole został ambasadorem w Bułgarii. W latach 90. wypowiadał się często na tematy związane z działalnością tajnych służb PRL, często jednak zmieniając wersje wydarzeń. Przez wielu historyków nie był w związku z tym uważany za bardzo wiarygodne źródło.

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s