Poznań (15.04.15)

 

Załoga nie powinna być dopuszczona do lotu w dniu 10 kwietnia 2010 r. Fatalna ocena systemu szkoleń w specpułku

Załoga nie powinna być dopuszczona do lotu w dniu 10 kwietnia 2010 r. Fatalna ocena systemu szkoleń w specpułku
Foto: Bartomiej Zborowski / PAPWedług biegłych jedną z przyczyn katastrofy był rozkład 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego

„Dowódca kapitan Protasiuk z zawieszonymi wszystkimi uprawnieniami, bez ważnych dopuszczeń do lądowania. Nawigator pokładowy bez praktycznego przeszkolenia na samolocie Tu-154M i bez uprawnień. Drugi pilot przy niewielkim doświadczeniu. Załoga nie powinna być dopuszczona do lotu w dniu 10 kwietnia 2010 r.” – tak brzmi fragment ekspertyzy biegłych powołanych przez Wojskową Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Biegli wskazują, że taki dobór załogi nie był przypadkiem, a jedną z przyczyn katastrofy smoleńskiej był rozkład elitarnego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.

Fragmenty ekspertyzy wojskowi prokuratorzy omówili na konferencji prasowej 27 marca br. Najwięcej miejsca w opinii naukowcy cywilni i wojskowi poświęcili załodze kapitana Arkadiusza Protasiuka oraz jej przygotowaniu do lotów z najważniejszymi osobami w państwie.

Bez doświadczenia

Biegli wyliczają: 10 kwietnia 2010 roku, w dniu feralnego lotu do Smoleńska, dowódca załogi Tu-154M, kapitan Arkadiusz Protasiuk miał minimalne doświadczenie jako pierwszy pilot. Drugi pilot, major Robert Grzywna, wykonał w tej roli tylko trzy loty tupolewem. A nalot na Tu-154M nawigatora Artura Ziętka, wykonany z uprawnieniami – wynosił zero godzin i zero minut.

Dlaczego tych ludzi wyznaczono do lotu specjalnego przeznaczenia z parą prezydencką na pokładzie? Jak piszą eksperci, to efekt wielu nieprawidłowości, które miały miejsce, przez lata w 36. SPLT. „Takie podejście do nadzoru (nad specpułkiem – red.) nie pozwoliło na wykrycie wieloletnich i ciągle powtarzających się poważnych i oczywistych, groźnych dla bezpieczeństwa lotów wyżej opisanych niewłaściwości” – zaznaczyli eksperci.

W opinii stawiają oni także tezę, że proces ten zaczął się wiele lat wcześniej – w 2004 roku.

Żeby zrozumieć, na czym polegał rozkład elitarnego pułku przewożącego najważniejsze osoby w państwie, trzeba pochylić się nad szczegółowymi ustaleniami biegłych.

Program minimum

W ekspertyzie odtworzona została ścieżka kariery wszystkich członków załogi Tu-154M. Jej dowódca – kapitan Arkadiusz Protasiuk trafił do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego wprost ze szkoły pilotów wojskowych w Dęblinie, w 1997 roku.

„Kierowanie do tego pułku pilota bezpośrednio po ukończeniu szkoły, by tam szkolić go od podstaw na wielosilnikowych samolotach transportowych/pasażerskich było niewłaściwe” – ocenili biegli.

Po dwóch latach kpt. Protasiuk mógł jako drugi pilot latać Jakami-40, a od roku 2007 już jako pierwszy pilot. Szkolenie na dowódcę samolotu Tu-154 M rozpoczął w 2008 roku. Jednak nie według pełnego programu nauki, a przyspieszonego. „Okrojony program zawiera tylko 30 proc. ćwiczeń przewidywanych w pełnym szkoleniu” – zauważyli biegli.

Pilot bez kategorii

Eksperci Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie odkryli jeszcze więcej: Arkadiusz Protasiuk nie miał nawet prawa, by rozpocząć takie szkolenie. Dlatego, że wcześniej nie zdobył drugiej klasy pilota wojskowego, co stanowi warunek niezbędny, by otrzymać klasę pierwszą. A tylko piloci z pierwszą klasą mogli wziąć udział w tym przyspieszonym kursie.

Biegli zwrócili także uwagę, że Arkadiusz Protasiuk nigdy nie wykonał wszystkich ćwiczeń przewidzianych w i tak skróconym programie szkolenia. „Mogło to skutkować słabymi nawykami w zakresie pilotowania samolotu i dowodzenia załogą. Tym bardziej, że kpt. Protasiuk miał znikome doświadczenie jako dowódca Jaka-40 (102 godziny w okresie trzech lat)” – wyszczególnili biegli.

Kpt. Protasiuk między innymi nie odbył ćwiczeń z lądowań przy wykorzystaniu nieprecyzyjnych urządzeń. A w takie właśnie urządzenia było wyposażone lotnisko w Smoleńsku.

„Loty według ćwiczeń (…), które zgodnie z programem przyspieszonego szkolenia należało wykonać z wykorzystaniem nieprecyzyjnego systemu 2xNDB, zostały zrealizowane z użyciem precyzyjnego systemu ILS” – napisali biegli.

Sprawdzając dokumentację w 36. SPLT odkryli, że Arkadiusz Protasiuk odbył lot egzaminacyjny w lipcu 2008 roku na trasie Katowice – Belgrad.

„Podczas lądowania w Belgradzie pogoda była bardzo dobra: bezchmurnie, widzialność 10 kilometrów (…). Z kolei fałszując rzeczywiste warunki atmosferyczne na str. 550 osobistego dziennika lotów za podpisem dowódcy eskadry (…) wpisano warunki atmosferyczne: zachmurzenie 8/8, podstawa chmur 60 m, widzialność 800 m” – piszą w opinii.

Na tej podstawie ówczesny dowódca 36. SPLT rozkazem z lipca 2008 roku  „bezpodstawnie nadał kpt. Protasiukowi uprawnienia do lotów dyspozycyjnych i treningowych na samolocie Tu-154 M z lewego fotela w charakterze dowódcy załogi”.

Seria fałszerstw

Podobne fałszerstwa biegli wykryli w całym procesie szkolenia kapitana Protasiuka.
Przykładowo: w trakcie serii 11 ćwiczeń 2 września 2008 roku w Mińsku Mazowieckiem ze „szkolenia na samolocie Tu-154M w nocy w warunkach atmosferycznych do lotów według wskazań przyrządów NIMC (Night Instrument Meteorological Conditions)” zdaniem biegłych sfałszowano warunki atmosferyczne, w których odbywało się kilka ćwiczeń. „WA (Warunki Atmosferyczne – red.) wpisane w ODL (Osobistym Dzienniku Lotów – red.) zostały zafałszowane” – podkreślono.

Następnego dnia kontynuowano ćwiczenia w ramach tego szkolenia w Bydgoszczy. Sytuacja się powtórzyła: „Stwierdza się, że zafałszowano wpis WA (Warunków Atmosferycznych – red.), dostosowując je do potrzeb szkoleniowych i nadania uprawnienia” – napisali biegli.

Dzięki takim szkoleniom Protasiuk otrzymał uprawnienia dowódcy Tu-154M, a także do lądowania w minimach atmosferycznych bez precyzyjnych przyrządów: zachmurzenie 8, podstawa chmur 120 metrów, widzialność 1500 metrów.

Z opinii biegłych nie wynika, czy osoby odpowiedzialne za fałszerstwa i ludzie, którzy akceptowali wyniki szkoleń i egzaminów, w których – według biegłych – doszło do fałszerstw, usłyszą zarzuty. To zależy od oceny dokonanej przez prokuratorów Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Drugi pilot

Podobną ścieżkę, jak Protasiuk, przeszedł major Robert Grzywna, który do 36. SPLT również trafił wprost z Dęblina. W elitarnym pułku przeszedł on takie same szkolenia, dzięki którym otrzymał uprawnienia drugiego pilota. On również nie przeszedł pełnego trybu szkolenia, a jedynie przyspieszony. I również w tym wypadku biegli dopatrzyli się nieprawidłowości.

„Istotnym zaniedbaniem w procesie szkolenia w chmurach, przy ich braku, było nie użycie zasłoniętej kabiny. Takie szkolenie niezawierające głównego czynnika, jakim jest brak kontaktu wzrokowego z ziemią, nie powinno być zaliczone” – brzmi ich opinia.

A konkluzja biegłych jest taka: “Fakt niewykonania minimalnej liczby lotów nakazanej programem przyspieszonego szkolenia należy traktować jako niewykonanie tego programu”.

Nawigator

Porucznik Artur Ziętek nigdy nie uzyskał uprawnień do pełnienia funkcji nawigatora. W 2009 roku szef 36. SPLT ocenił, że Ziętek pomyślnie przeszedł szkolenie na ziemi i skierował go do dalszego etapu ćwiczeń, już w powietrzu. Ale Ziętek ich nie rozpoczął – zamiast tego zaczął po prostu latać jako nawigator. Do chwili katastrofy odbył 29 lotów, w tym 14 nocnych.

„Było to absolutnie niedopuszczalne ze względu wymogi bezpieczeństwa lotów” – brzmi konkluzja biegłych.

Artur Ziętek nie mógł być wyznaczony do pełnienia funkcji nawigatora, szczególnie podczas lotu HEAD (z najważniejszymi osobami w państwie – red). „Przez wyznaczenie go złamano przepisy instrukcji HEAD” – uznali biegli.

Tylko technik

Poraża inny wniosek ekspertów: wyłącznie technik pokładowy Andrzej Michalak odbył pełne szkolenie i miał prawo przebywać 10 kwietnia 2010 roku na pokładzie Tu-154M.

Odpowiedzialni: generał Błasik

36. SPLT bezpośrednio podlegał Dowódcy Sił Powietrznych – od 2007 roku generałowi Andrzejowi Błasikowi. Jemu oraz całemu kierownictwu sił powietrznych, biegli postawili liczne zarzuty:
–  nie wykryli licznych, “występujących od wielu lat, w sposób ciągły groźnych dla bezpieczeństwa lotów” poważnych nieprawidłowości w zakresie szkolenia załóg,

–  nie dopilnowali wprowadzenia w życie planu naprawczego po katastrofie samolotu CASA w styczniu 2008 roku.

Dalej biegli piszą: „powtórzenie się nieprawidłowości związanych z katastrofą CASA również w katastrofie samolotu Tu-154M świadczy o braku kontroli ze strony Dowódcy Sił Powietrznych (…) i przyczyniło się do zaistnienia katastrofy w dniu 10.04.2010”.

Zawinili też szefowie MON: Szmajdziński…

Biegli dokładnie opisują moment, w którym 36. specpułk zaczął tracić swoją elitarność.

Według nich, to efekt decyzji ministra obrony narodowej Jerzego Szmajdzińskiego z 2004 roku. Wprowadził on wtedy nową siatkę etatów, czym spowodował obniżenie wynagrodzeń i zarazem „ograniczył możliwość rozwoju pilotów”. Podjęcie decyzji nie poprzedzała analiza skutków wprowadzenia nowych rozwiązań, a przynajmniej biegli nie odnaleźli ich w archiwach resortu obrony narodowej.

“Piloci, dowódcy i instruktorzy samolotów Tu-154M o dużym doświadczeniu, widząc konkurencyjne uposażenie w lotnictwie cywilnym, niejasną sytuację w odniesieniu do kadry wojskowej, zaczęli opuszczać wojsko” – napisali biegli, wyliczając, że tylko w okresie poprzedzającym katastrofę odeszło trzech pilotów: dwóch instruktorów i dowódca Tu-154M.

Konkluzja biegłych brzmi: „Dążąc do zagwarantowana realizacji lotów dyspozycyjnych stawianych priorytetowo przez ministra obrony narodowej, dowództwo 36 SPLT, mając akceptację dowódcy sił powietrznych, łamiąc przepisy i zasady szkolenia lotniczego, podjęło się realizacji oczekiwań przełożonych kosztem bezpieczeństwa lotów”.

…Szczygło i Klich

Biegli wskazują, że również kolejni ministrowie obrony “wymuszali przyspieszenie szkoleń pilotów na samolocie Tu-154M”. Cytują faks ministra Aleksandra Szczygły z dnia 4 czerwca 2007 roku skierowany do dowódcy Sił Powietrznych, generała Andrzeja Błasika: „Polecam podjęcie w trybie pilnym działań zmierzających do zintensyfikowania szkolenia pilotów na samolocie specjalnym Tu-154M”.
Za znaczące uznają również pismo ministra Bogdana Klicha, który zgodził się, aby przez miesiąc piloci ćwiczyli na drugim egzemplarzu Tu-154 M. Pod warunkiem jednak, „że w przypadku konieczności wykorzystania samolotu Tu-154, szkolenia zostanie zawieszone a samolot oddany do dyspozycji osób upoważnionych”.

Eksperci uznali, że te pisma miały krytyczne znaczenie dla jakości pułku transportującego polskich VIP-ów: „Pomimo że dowódcy sił powietrznych wiedzieli, czym grozi niedoszkolenie załóg, tym bardziej tych, które wykonują loty o statusie HEAD – zamiast bezwzględnego żądania realizacji potrzeb związanych z ich szkoleniem zachowywali się pasywnie. Godzili się na niemożliwe do spełnienia, bez zagrożenia bezpieczeństwa lotów, decyzje przełożonych o priorytecie lotów dyspozycyjnych nad niezbędnymi lotami szkoleniowymi” – podkreślili.

Podsumowanie

Biegli Wojskowej Prokuratury Okręgowej wyszczególnili sześć konkretnych przyczyn katastrofy: dwie dotyczą pracy rosyjskich kontrolerów w Smoleńsku, a cztery są błędami zawinionymi przez polską stronę.

Stan prawny

To co opisujemy, to fragmenty opinii biegłych, którą omówili na konferencji prasowej 27 marca br. wojskowi prokuratorzy. Na jej podstawie Ireneusz Szeląg, szef Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie, stwierdził, że część opinii biegłych dotycząca wyznaczenia do lotu o statusie HEAD „osób bez ważnych uprawnień” (chodzi o dowódcę załogi, drugiego pilota i nawigatora – przyp. red.) posłużyła do uzupełnienia zarzutów „dwóm osobom funkcyjnym 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego”.

Uzupełnione zarzuty usłyszeli oni  24 i 25 marca. Chodzi o byłego dowódcę pułku płk. Ryszarda Raczyńskiego i ppłk. Bartosza S. Pierwszy z nich nie miał nic przeciwko podawaniu jego nazwiska. – Proszę podać nazwisko, bo pułkownik nie ma się czego bać i wstydzić – mówił mec. Andrzej Werniewicz, adwokat byłego szefa 36. specpułku. I dodawał, że „zarzut jest bardzo ogólnie sformułowany”.

Na podstawie całościowej opinii prokuratorzy uznali, że zarzucane im przestępstwo polegało na ”na niedopełnieniu obowiązków w zakresie m.in. dokonania analizy możliwości wykonania zadania lotniczego oraz oceny warunków atmosferycznych i  niewłaściwego wyznaczenia składu załogi”.
– Żaden z podejrzanych nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu przestępstwa. Obydwaj skorzystali też z prawa do odmowy składania wyjaśnień – mówił płk Szeląg na konferencji prasowej 27 marca br.

Ta część opinii nie ulegnie już zmianie. Z kolei to, czy ktoś jeszcze usłyszy zarzuty w sprawie nieprawidłowości w działaniu 36. SPLT, jeszcze nie jest pewne. Wojskowi prokuratorzy zastrzegli na konferencji, że opinia w tym zakresie może być uzupełniona.

– W dalszym ciągu w Wojskowej Prokuraturze Okręgowej w Warszawie trwa analiza kompleksowej opinii biegłych nadesłanej 6 marca. To trudny i żmudny proces. Prokuratorzy sprawdzają opinię pod kątem wychwycenia ewentualnych braków. Potem prawdopodobnie będą wnioskować o uzupełnienie tej opinii – powiedział nam ppłk Janusz Wójcik, rzecznik prasowy Naczelnego Prokuratora Wojskowego.

 

Metoda pracy biegłych:

Naczelna prokuratura wojskowa powołała zespół 24 ekspertów, których zadaniem było stworzenie kompleksowej opinii na temat przyczyn katastrofy w Smoleńsku. Biegli dysponowali:

·        492 tomami akt sukcesywnie im przekazywanych przez wojskową prokuraturę
·        brał udział w przesłuchaniach obywateli Rosji, przeprowadzanych na terenie Rosji
·        wykonywali pomiary geodezyjne na miejscu katastrofy
·        brali udział w konsultacjach z zagranicznymi ekspertami, m.in z firmy Universal Avionics System Co. USA dotyczących systemu o niebezpiecznym zbliżaniu się do ziemi samolotu TAWS.
·        biegli z zakresu mowy, cyfrowego przetwarzania dźwięku dokonali powtórnego zgrania taśmy magnetycznej, dzięki nowej technologii uzyskując lepsze efekty.

Metoda pracy biegłych

Wielkie wyzwanie Kościoła, czyli święcenia kapłańskie kobiet

15.04.2015

Ko­ściół ka­to­lic­ki stoi przed wiel­kim wy­zwa­niem, jakim są świę­ce­nia ka­płań­skie ko­biet. Jedną z pierw­szych ko­biet-księ­ży jest miesz­kan­ka Bo­go­ty, Olga Lucia Alva­rez, która otrzy­ma­ła w 2010 roku świę­ce­nia na Flo­ry­dzie. Ko­lum­bij­ka na­le­ży do Sto­wa­rzy­sze­nia Ka­pła­nek Rzym­sko-Ka­to­lic­kich, czyli or­ga­ni­za­cji, która zsze­sza ko­bie­ty ka­płan­ki na te­re­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych i Ame­ry­ki Ła­ciń­skiej.

 

COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-ALVAREZ10 slajdów

Foto: AFP
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-SOTO
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-ALVAREZ
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-SOTO
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-ALVAREZ
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-ALVAREZ
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-SOTO
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-ALVAREZ
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-SOTO
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-ALVAREZ
  • COLOMBIA-CATHOLICS-WOMEN-PRIEST-SOTO

Jak twier­dzi Olga „ka­płań­stwo jest jej po­wo­ła­niem, dla­te­go płeć nie po­win­na sta­no­wić pro­ble­mu w Ko­ście­le ka­to­lic­kim”. – Czy tylko męż­czyź­ni są przed­sta­wi­cie­la­mi Chry­stu­sa w Ko­ście­le?. Wszy­scy je­ste­śmy stwo­rze­ni przez Boga, dla­te­go za­rów­no ko­bie­ty, jak i męż­czyź­ni mogą gło­sić jego Ewan­ge­lię – tłu­ma­czy.

Ko­ściół ka­to­lic­ki sprze­ci­wia się świę­ce­niom ka­płań­skim ko­biet. Wa­ty­kan nie uzna­je or­dy­na­cji ko­biet, a na te spo­śród wier­nych, które zo­sta­ją w nie­ofi­cjal­ny spo­sób „księż­mi”, na­kła­da­na jest eks­ko­mu­ni­ka. Tak rów­nież było w przy­pad­ku Olgi, jed­nak to nie prze­szko­dzi­ło jej i kilku innym ko­bie­tom nadal pia­sto­wać obo­wiąz­ki ka­płań­skie.

Aida Soto jest matką czwor­ga dzie­ci i rów­nież zde­cy­do­wa­ła się wbrew dok­try­nie ka­to­lic­kiej na przy­ję­cie świę­ceń. – We­dług mnie bycie matką dla swo­ich dzie­ci i in­nych ludzi jest po­wo­ła­niem – mówi ko­bie­ta-ksiądz. Aida i trzy inne Ko­lum­bij­ki wal­czą o rów­ność płci w ob­rę­bie ko­ścio­ła.

Onet.pl

 

Tajemnica jasnych plam na planecie Ceres… pogłębia się

Piotr Cieśliński, 15.04.2015
Tejemnicze jasne plamki na powierzchni planety karłowatej Ceres

Tejemnicze jasne plamki na powierzchni planety karłowatej Ceres (NASA)

Im bardziej sonda Dawn zbliża się do tej planety karłowatej, tym więcej pytań rodzi się w głowach naukowców. Od kilku miesięcy przypatrują się jej powierzchni z nieskrywanym zdumieniem.
Ceres ma średnicę ok. 950 km i jest największym globem w pasie asteroid pomiędzy Marsem i Jowiszem. Zalicza się ją do planet karłowatych wraz z m.in. Plutonem. Dotąd nie budziła większego zainteresowania. Amerykańskie i europejskie sondy szybko przemykały obok w drodze ku większym, dalszym i – wydawało się – ciekawszym planetom. Dopiero teraz dzięki wyposażonej w pionierski silnik jonowy sondzie Dawn, która przed miesiącem weszła na orbitę planety, po raz pierwszy w dziejach mamy okazję, aby się jej przyjrzeć z bliska.Największe zaciekawienie budzi dziesięć jasnych plam na jej powierzchni, które być może są śladem przeszłej lub obecnej aktywności geologicznej.Najdokładniejsze do tej pory zdjęcia – zrobione przez sondę tuż po wejściu na orbitę wokół planety – pokazano w poniedziałek na spotkaniu Europejskiej Unii Geofizycznej w Wiedniu. To fotografie w świetle widzialnym i w podczerwieni wykonane z wysokości 45 tys. km.

Okazuje się, że w podczerwieni nie wszystkie jasne plamy świecą tak samo. Naukowcy porównali z sobą plamę oznaczoną numerem nr 1, która znajduje się w okolicach równika, z parą plam o numerze 5, położonych na nieco wyższych szerokościach, które zrobiły furorę w internecie, bo do złudzenia przypominają jasno świecące kocie oczy lub reflektory samochodu. – Są niezwykłe, unikalne w skali całego Układu Słonecznego. Naprawdę jesteśmy nimi podekscytowani – mówiła z przejęciem na jednej z konferencji prasowych Carol Raymond, zastępca szefa misji.

Oto zdumiewająca para plam nr 5:

.

Co wynika z porównania termicznych obrazów plam nr 1 i 5?

Plama nr 1 jest w podczerwieni dużo ciemniejsza niż otoczenie, co oznacza, że jest także chłodniejsza. Z tego wynika, że to prawdopodobnie warstwa lodu, co jest zgodne z wcześniejszymi podejrzeniami, bo z analizy gęstości Ceres wynika, że lód musi stanowić sporą część wnętrza tego globu. Powierzchnia planety jest wprawdzie bardzo ciemna, pokrywa ją zapewne węglowy pył, ale uderzenia meteorytów mogą odsłaniać to, co leży głębiej. Na dnie kraterów można się więc spodziewać połaci lodu, które jasno błyszczą w słonecznym świetle.

Unikalna para jaskrawych plam nr 5 jednak wymyka się takiemu wyjaśnieniu, bo w podczerwieni w ogóle jej nie widać. A to oznacza, że w tym wypadku to raczej nie lód odbija światło. Naukowcy spekulują, że może tam być gejzer wodny lub lodowy, a nad nim chmura, która się mieni w promieniach Słońca. To by też tłumaczyło inną obserwacją – choć ta para plam leży w obszarze krateru o średnicy 92 km, jest widoczna także na zdjęciach robionych pod dużym kątem, a więc krawędzie krateru jej nie przesłaniają.

Inna hipoteza mówi, że mamy do czynienia z obszarem podobnym do dna słonego jeziora na Ziemi. Byłby to więc osad mineralny, ale to rodzi kolejne pytanie: skąd woda na powierzchni tego niewielkiego, pozbawionego atmosfery globu? Jest pozostałością po upadku komety czy może wytrysnęła spod powierzchni?

Prezentując najnowsze zdjęcia, Federico Tosi z Narodowego Instytutu Astrofizyki w Rzymie rozkładał ręce: – Nie mamy pojęcia, na razie nasze przyrządy obserwują to miejsce z niedostateczną rozdzielczością.

Poniżej porównanie plam w świetle widzialnym i w podczerwieni. W górnym rzędzie – zdjęcia plamy nr 1, a w dolnym – pary plam nr 5

Sonda Dawn została przechwycona przez pole grawitacyjne planety 6 marca i od tego czasu powoli, ruchem spiralnym zmierza do swej pierwszej stabilnej orbity na wysokości 13,5 tys. km. Około 23 kwietnia ma rozpocząć z niej szczegółowe naukowe obserwacje i być może wtedy rozwikła tajemnicę plam.

Zobacz także

wyborcza.pl

Pijani mężczyźni ostrzelali autobus w Poznaniu. Oto ich broń [WIDEO]

wws, 15.04.2015
Broń, z której pijani mężczyźni strzelali do autobusu

Broń, z której pijani mężczyźni strzelali do autobusu (fot. policja)

Sprawcy zostali zatrzymani przez policję. Na razie usłyszeli jedynie zarzut uszkodzenia mienia.
W nocy z soboty na niedzielę kierowca autobusu linii nr 233, który kończył już kurs i dojeżdżał do pętli „Zieliniec”, usłyszał huk. Zatrzymał autobus i zobaczył wybite trzy szyby. Na dwóch z nich były widoczne nieduże okrągłe otwory. – Wygląda na to, że pojazd został ostrzelany z broni pneumatycznej – mówili po zajściu policjanci.We wtorek wieczorem funkcjonariusze zatrzymali sprawców na Nowym Mieście. To dwaj mężczyźni, 20- i 26-latek, którzy wynajmują pokój na Zielińcu. Obaj pochodzą z okolic Wągrowca. Przyznali, że się upili i wyciągnęli dwie wiatrówki, które zabrali z domu. Najpierw strzelali z nich do puszek po piwie, potem – do autobusu.

Policja sprawdza, czy na ten rodzaj broni potrzebne jest pozwolenie. Na razie postawiła mężczyznom zarzut uszkodzenia mienia. MPK Poznań szacuje straty na kilka tysięcy złotych.

To nie pierwszy taki incydent w Polsce.

W lutym tego roku policja ze Świdnicy zatrzymała dwóch mężczyzn, którzy podejrzani są o ostrzelanie czterech autobusów i busa, przewożących w sumie 150 pasażerów. Na szczęście nikt nie został ranny, jednak w pojazdach zostały rozbite szyby.

Zobacz także

poznan.gazeta.pl

Wybory prezydenckie 2015. Duda ostro o Komorowskim: Służył rządowi i partii, Tusk przewidział, że będzie bezwolny

mig, 15.04.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (ARKADIUSZ WOJTASIEWICZ)

Wybory prezydenckie 2015. Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda ostro skrytykował pięć lat prezydentury Bronisława Komorowskiego. Stwierdził, że Komorowski podpisywał ustawy, „które nie służyły Polakom”.

Komorowski „godził się na wszystkie antyspołeczne rozwiązania proponowane przez PO” – oświadczył w środę kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda. W tym kontekście wymienił: podniesienie wieku emerytalnego i posłanie sześciolatków do szkół.

Na środowej konferencji prasowej Duda nazwał 5 lat prezydentury Komorowskiego „festiwalem niespełnionych obietnic”. Według Dudy b. premier Donald Tusk, gdy w 2010 r. uzasadniał, dlaczego nie będzie startował w wyborach prezydenckich, z góry przewidywał, że głównym zadaniem przyszłego prezydenta będzie „zaklepywanie tego wszystkiego, co chce rząd”. W ocenie Dudy Tusk przewidział wówczas, że „prezydent będzie bezwolny i będzie się godził na wszystkie antyspołeczne rozwiązania proponowane przez PO (…). I tak się przez ostatnich pięć lat działo”.

„Podpisał wszystko, czego chciał od niego rząd Tuska”

Kandydat PiS na prezydenta stwierdził, że Komorowski „podpisał wszystkie ustawy, których żądał od niego rząd Donalda Tuska, i to były takie ustawy, o których trudno mówić, że miały służyć Polakom”.

– Gdyby pan prezydent rzeczywiście rozumiał to, że prezydent jest wybrany przez naród, i jego obowiązkiem podstawowym nie jest służenie rządowi czy partii, tylko społeczeństwu, to pierwszy zaprotestowałby [przeciw podwyższeniu wieku emerytalnego] – mówił Duda. Przypominał, że Komorowski podpisał ustawę podnoszącą VAT, a także zmianę stawki VAT na ubranka dziecięce z 8 do 23 proc. – Czy to jest polityka sprzyjająca polskim rodzinom? – pytał.

Duda o „demontażu polskiej armii”

Duda mówił także o „demontażu polskiej armii” przez „partyjnego kolegę” Komorowskiego, b. ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, i „milczącej zgodzie”, gdy b. minister finansów Jacek Rostowski ciął w budżecie wydatki na polską armię. – Proszę spytać Polaków, czy czują się bezpiecznie po pięciu latach prezydentury Bronisława Komorowskiego – mówił Duda.

Kandydat PiS na prezydenta stwierdził też, że Komorowski podczas swojej kadencji kompletnie zmienił politykę zagraniczną wobec Rosji. – Jego rząd i on sam mówił o konieczności poprawy stosunków z Rosją, że Rosja jest państwem przyjaznym” – zaznaczył. – To jest stabilność w działaniu? – pytał Duda.

„W każdym mieście powiatowym słychać ten sam głos: młodzi ludzie wyjeżdżają”

Konferencja Dudy była odpowiedzią na podsumowanie pięcioletniej kadencji, które dziś wygłosił prezydent. Komorowski mówił m.in., że podstawą jego prezydentury jest dialog, a priorytetami: bezpieczeństwo, rodzina, konkurencyjna gospodarka, dobre prawo i nowoczesny patriotyzm. Zapowiedział też, że w najbliższym czasie przedstawi program dla młodych Polaków. Duda skrytykował te słowa.

– W każdym miejscu, mieście powiatowym, słychać ten sam głos: młodzi ludzie wyjeżdżają; płaczący rodzice, płaczący dziadkowie. Ludzie młodzi mówią, że nie mają tu do czego na razie wracać. Dopóki w Polsce nie będzie godnych możliwości rozwoju, dopóki tutaj nie będzie pracy, godnej płacy, oni wybierają inne kraje – mówił kandydat PiS na prezydenta.

– Pan prezydent miał możliwość sprawdzenia się przez ostatnie pięć lat. Tymczasem co robił? Dzisiaj pan prezydent mówi o młodych, nagle sobie o młodych przypomniał? – pytał Duda.

Zobacz także

TOK FM

Nad Wartą można pić alkohol. Poznańscy radni nie wprowadzili zakazu

Poznańscy radni nie wprowadzili zakazu spożywania napojów alkoholowych nad Wartą. Na zdjęciu: grupa rekonstrukcyjna nad Wartą
Poznańscy radni nie wprowadzili zakazu spożywania napojów alkoholowych nad Wartą. Na zdjęciu: grupa rekonstrukcyjna nad Wartą Fot. Tomasz Kamiński / Agencja Gazeta

Poznańscy radni odrzucili projekt uchwały, który obejmował zakazem spożywania napojów alkoholowych tereny położone nad Wartą. O rozszerzenie zakazu prosiła policja.

– Niech policja najpierw upora się z hordami barbarzyńców, którzy opanowują Śródmieście, a szczególnie okolice Starego Rynku. Dopóki to zadanie będzie przerastało nasze służby, nie należy nakładać kolejnego –powiedział „Głosowi Wielkopolskiemu” radny Przemysław Alexandrowicz (PiS), przewodniczący Komisji Oświaty i Wychowania.

Za rozszerzeniem zakazu opowiedziało się sześciu radnych. Przeciwko projektowi oddano 19 głosów. Pięciu radnych wstrzymało się od głosu. Projektu nie poparł między innymi radny Łukasz Mikuła (PO). – To byłaby niepotrzebna i nadmierna gorliwość miasta, które byłoby bardziej restrykcyjne od ustawodawcy – wyjaśnił Mikuła „Gazecie Wyborczej”.

Stanowisko policji poparł Jakub Jędrzejewski, zastępca prezydenta miasta, który zauważył, że „alkohol i woda nie idą w parze”. Większość poznańskich radnych jest jednak odmiennego zdania.

W Warszawie też można pić
Temat spożywania alkoholu nad rzeką budzi spore emocje także w Warszawie. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi zabrania spożywania napojów alkoholowych na ulicach, placach oraz w parkach. Jeżeli nad rzeką nie ma ulicy, placu bądź parku, to zakaz nie obowiązuje (chyba, że samorząd w osobnej decyzji objął nim położony nad rzeką obszar).

Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy, powiedział portalowi Gazeta.pl, że wykonana na wniosek Zarządu Mienia opinia wskazuje, iż na bulwarach wiślanych można spożywać napoje alkoholowe. Bulwary nie zostały bowiem uznane za miejsce, w którym obowiązuje zakaz picia alkoholu.

– Na bulwarach można karać za zaśmiecanie, naruszanie porządku publicznego, ciszy nocnej, ale nie za spożywanie alkoholu – przyznał Olszewski.

źródła: „Głos Wielkopolski”, „Gazeta Wyborcza”

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: