Beger (15.03.15)

 

Terlikowski: Prezydent podpisał konwencję? Niech przyzna, że jest niewierzący. Wielowieyska: Acha, czyli Polska nie jest krajem katolickim

Krzysztof Lepczyński, 16.03.2015
Tomasz Terlikowski

Tomasz Terlikowski (Fot. ADAM KOZAK/ Agencja Gazeta)

„Prezydent Bronisław Komorowski, choć deklaruje katolicyzm, wiarę ma w głębokim poważaniu” – pisze w „Rzeczpospolitej” Tomasz Terlikowski. Publicysta ostro zareagował na podpisanie przez prezydenta ustawy ws. konwencji antyprzemocowej. Jego zdaniem Komorowski powinien przyznać, że jest niewierzący, lub skupić się na głównym zadaniu katolika – własnym zbawieniu. Słowa prawicowego publicysty wyśmiała w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska.
„Prezydent, choć deklaruje katolicyzm i uczestniczy pobożnie w niedzielnych mszach świętych, w istocie wiarę ma w głębokim poważaniu” – pisze w „Rzeczpospolitej” Tomasz Terlikowski.„Wybiera niebezpieczną ideologię, a nie wiarę”

Publicysta zarzuca prezydentowi, że deklarował sprzeciw wobec „ustawy całkowicie zakazującej zabijania nienarodzonych”, jest za in vitro, a teraz podpisał ustawę o konwencji antyprzemocowej. „Pokazał więc, że jest także przeciwko jasnemu nauczaniu Kościoła w sprawie gender i wybiera niebezpieczną ideologię, a nie wiarę” – podkreśla Terlikowski.

„Prezydent ma oczywiście prawo dokonywać takich wyborów. Tyle tylko, że uczciwiej wobec siebie i innych byłoby przyznać, że jest człowiekiem niewierzącym” – zaznacza filozof. I podkreśla, że określanie się mianem katolika i jednoczesne kwestionowanie nauczania moralnego Kościoła jest „zwyczajnie nieprzyzwoite”.

„Polska nie jest krajem katolickim”

Terlikowski zauważa też argument, że prezydent powinien być wierny przede wszystkim prawu stanowionemu. Po to tylko, by szybko go zbić. „Prezydent jest przede wszystkim. Jego główną troską powinno więc być zbawienie własnej duszy” – wskazuje.

– Ponieważ 70-80 proc. Polaków popiera konwencję oraz legalność metody in vitro, możemy dziś spokojnie ogłosić, że według Terlikowskiego Polska nie jest krajem katolickim – zauważyła w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska po lekturze felietonu.

Prezydent za konwencją

W sobotę prezydent Bronisław Komorowski poinformował, że podpisał ustawę zezwalającą na ratyfikację Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Nie jest to jednoznaczne z ratyfikacją konwencji – prezydent zapowiedział, że uczyni to „bez niepotrzebnej zwłoki”. Wymowa jego krótkiego przemówienia jasno wskazywała, że prezydent postanowił mocno poprzeć konwencję.

Głowa państwa nie jest zobligowana, by postawić ostatni podpis pod konwencją w określonym terminie. Komorowski sam zapowiedział, że dokumentowi przyglądają się jeszcze jego prawnicy. Niemniej już w sobotę na głowę prezydenta posypały się gromy ze strony niektórych konserwatywnych polityków i komentatorów.

„Czy jakiś konserwatysta chce jeszcze głosować na Komorowskiego?” – pytał Jarosław Gowin z Polski Razem.

„Prezydent pokazał, gdzie ma nauczanie Kościoła” – pisał Tomasz Terlikowski, którą to myśl rozwinął w dzisiejszym felietonie.

Cały felieton Terlikowskiego w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”.

Zobacz także

TOK FM

Polska jest bezpieczna. Nie była w ZSRR

Grzegorz Schetyna: 8 maja jest czymś zupełnie innym, niż 9 maja. Uroczystości 8 maja akcentują, że na powojennych zgliszczach wyrosła idea zjednoczonej Europy
foto: Fotorzepa/Jerzy Dudek

Rosja chce powrotu do czasów minionych. Stąd jej problem z krajami bałtyckimi czy prozachodnimi ambicjami Mołdawii, Ukrainy, Gruzji – mówi szef MSZ Grzegorz Schetyna.

Rz: Rosja codziennie czymś straszy Zachód, a to wyśle samoloty z bombami atomowymi nad Norwegię czy nad kanał La Manche, a to zerwie traktat o kontroli zbrojeń. Nie mówiąc już o ciągłym dozbrajaniu separatystów na wschodzie Ukrainy. O co chodzi Putinowi?

Grzegorz Schetyna: To jest pytanie, które stawia sobie cały świat. Ciągle szukamy na nie odpowiedzi. Zresztą pytania o zachowanie Rosji zadajemy sobie od stuleci.

Czy Rosja ma jakiś całościowy plan?

Nie jestem zwolennikiem tezy, że Rosja ma systematyczny plan konsekwentnie realizowany od lat czy dziesięcioleci. Rosja ewoluuje. Pamiętam wystąpienia prezydenta Władimira Putina 1 września 2009 r. na Westerplatte i 7 kwietnia 2010 r. w Katyniu. To był inny Putin niż dziś. Nie tylko inny pod względem języka, ale także spojrzenia na historię, na rzeczywistość, na to, jak ma wyglądać porządek w Rosji, w Europie, na świecie.

Czyli Putin został sprowokowany przez wydarzenia na Ukrainie?

Rosja już wcześniej ostro zmieniła kurs, ale do zeszłego roku maskowała to. Zupełnie inaczej zachowywała się na przełomie XX i XXI w. Tę zmianę najlepiej widać w zeszłorocznym przemówieniu prezydenta Putina po aneksji Krymu. Było utrzymane w konwencji lat 60. i 70. zeszłego stulecia.

Czy Kreml chce przetestować NATO w państwach bałtyckich?

Wszędzie może dojść do takiego testu. W czasach zimnej wojny świat był bipolarny. Prezydent Putin zdaje się za tym tęsknić. Przedstawiciele rosyjskich elit przekonują, że zostali oszukani w 1991 r. przez rozwiązanie Związku Sowieckiego, utworzenie w jego miejsce Wspólnoty Niepodległych Państw, odzyskanie suwerenności przez państwa bałtyckie, a w końcu fakt, że w sąsiedztwie Rosji znalazły się niepodległe państwa, w tym kraje należące do NATO i Unii Europejskiej. Przecież o tych skomplikowanych procesach decydowały głównie społeczeństwa, w tym sami Rosjanie – i także w Rosji było poparcie dla tych zmian.

Kto oszukał Rosjan?

Nikt. Prezydent Putin to dziś inny polityk niż ten sprzed pięciu, siedmiu, dziesięciu lat. To zadziwiające, że część Rosjan wierzy, iż wszystko, co się stało po 1990 r., było wymierzone przeciwko nim. Obawiam się, że taki sposób myślenia to tylko pretekst, by nie akceptować z jednej strony podmiotowości Unii Europejskiej i ważnego głosu zjednoczonej Europy, a z drugiej strony suwerennej Ukrainy czy państw bałtyckich – niepodległych i jednocześnie należących do NATO oraz UE.

Putin ma trochę racji w swojej ocenie, że Rosja została oszukana?

Wiele państw wróciło wtedy do suwerenności, weszły na drogę samostanowienia. Było to spełnienie ich największego marzenia od dziesięcioleci, czy jak w przypadku Ukrainy od setek lat. W dokumentach KBWE z lat 70., potwierdzanych potem wielokrotnie, jest wyraźnie napisane, że każdy niepodległy kraj ma prawo sam decydować o swoich sojuszach.

W tym bipolarnym świecie Putina, o którym pan mówi, Polska jest po której stronie? Po rosyjskiej?

Symbolem miejsca Polski wobec Rosji jest wyjazd ostatnich żołnierzy rosyjskich z Legnicy w 1993 r. A potem nasze wejście do NATO i Unii Europejskiej.

Czyli Polska jest bezpieczna?

Tak. Z tych powodów, o których mówiłem wyżej. Polska musi być traktowana przez Rosję jako podmiotowy kraj Unii Europejskiej i NATO.

A państwa bałtyckie?

Tak samo, choć są naszą najbardziej oddaloną na Wschód flanką.

Może my jednak też jesteśmy bezpośrednio zagrożeni?

Nie. Polska jest bezpieczna. Byłem ponad tydzień temu w Rydze, tam się czuje pewne obawy. W łotewskiej stolicy połowa ludności to osoby mówiące po rosyjsku, merem jest Rosjanin.

Te ambicje Putina to jest ZSRR bis?

Nie chcę używać takiego języka. Ale jest to na pewno chęć powrotu do czasów minionych.

W granicach ZSRR?

A jeżeli będzie to niemożliwe, to przynajmniej posiadanie sąsiadów, którzy nie będą w pełni samodzielni, nie będą należeć do innego sojuszu, wyznawać innego systemu wartości. Stąd rosyjski problem z państwami bałtyckimi czy prozachodnimi ambicjami Mołdawii, Ukrainy, Gruzji.

Wydaje się, że poza Niemcami, wspieranymi przez Francuzów, nikt nie ma pomysłu, jak rozmawiać z Putinem. Pan przyjmował niedawno brytyjskiego ministra Hammonda. On też popiera porozumienie mińskie, czyli Londyn nie ma swojej koncepcji. Dlaczego Niemcy reprezentują całą Europę?

Nie mam wrażenia, że Niemcy mają wyłączność na politykę ukraińską.

Mieli konkretny plan – Mińsk.

Mińsk jest pierwszym krokiem do osiągnięcia trwałego porozumienia pokojowego między Ukrainą a Rosją, a także szerzej między Zachodem a Rosją. Nie traktowałbym go jako końca, ale raczej jako początek bardzo długiego i żmudnego procesu.

Miesiąc temu w Mińsku była tylko Merkel i Hollande. Dlaczego?

Można się denerwować, że nie ma nas przy tym stole, ale format rozmów musi zostać zaakceptowany przez wszystkich uczestników, w tym przez Rosjan. Poza tym nie ma tam Brytyjczyków, Hiszpanów, Włochów czy nawet USA.

Sikorski był przy stole.

Sikorski reagował, gdy na Majdanie zaczęli ponad rok temu ludzie ginąć. Na jego mediację zgodzili się Ukraińcy, a Rosja – przynajmniej oficjalnie – stała wtedy całkowicie z boku. To była wyjątkowa sytuacja i wyjątkowa misja, o której jestem zresztą wysokiego zdania. Jeżeli chodzi o rozmowy o przyszłości Ukrainy, to kiedyś był format genewski [UE, USA, Ukraina, Rosja, OBWE], a teraz jest normandzki [Niemcy, Francja, Ukraina, Rosja]. Obecność polskiego polityka nie zbuduje nowej narracji na Ukrainie. Jeżeli ten problem ma być kiedyś rozwiązany – a mam nadzieję, że będzie – to trzeba do niego podejść podobnie jak do rozmów o przyszłości Jugosławii w Dayton czy wieloletnich rozmów palestyńsko-izraelskich zakończonych pokojem w Camp David. Sprawa jest na tyle poważna, a konflikt między Rosją a Ukrainą tak głęboki, że wymaga podniesienia na najwyższy poziom dyskusji, negocjacji i rozwiązań. Bez zaangażowania Amerykanów, bez zaangażowania Unii Europejskiej jako całości, czyli bez powrotu do formatu genewskiego, szansa na kompleksowe rozwiązanie jest niewielka.

Czy Niemcy wiedzą, że Polska uważa, iż format normandzki trzeba poszerzyć i do negocjacji w sprawie Ukrainy zaprosić Amerykanów?

Niemcy są wytrawnymi dyplomatami. Dobrze wiedzą, co się stało w Mińsku. Chcieliby być bardziej usatysfakcjonowani z zawartych ustaleń. Za każdym razem rozmawiam o tym z szefem niemieckiego MSZ Frankiem-Walterem Steinmeierem.

A co on mówi? Że Putin się nie zgadza?

Uczestnicy rozmów dają swymi podpisami gwarancje, że podpisane porozumienie będzie realizowane. Inny rozwój wydarzeń to cios w ich wiarygodność.

Czy należy, tak jak radzą Francuzi czy Zbigniew Brzeziński, obiecać Rosji, że Ukraina nigdy nie znajdzie się w NATO?

Nie można od tego zaczynać. Dzisiaj nie ma tematu członkostwa Ukrainy w NATO, bo główny problem brzmi: co zrobić, by separatyści wspierani przez Rosjan nie wykorzystywali najnowocześniejszego sprzętu w Donbasie, by nie bombardowali Mariupola i nie strzelali do żołnierzy ukraińskich przy strefie buforowej. A jeżeli ktoś mówi, że Ukraina nie może być w NATO, to znaczy, że nie chce doprowadzić do rozwiązania tego problemu. Droga do postawienia pytania o przyszłość Ukrainy w NATO jest długa. Dziś nie chcę tego w żaden sposób przesądzać.

Ale nie wyklucza pan tego?

Oczywiście, że nie wykluczam. Ale uważam, że to dzisiaj nie jest najważniejsze. Jedynie utrudni rozmowy i dojście do porozumienia.

Wszystko zaczęło się od tego, że Ukraińcy marzyli o drodze na Zachód…

Ale nie do NATO. Zaczęło się od tego, że po odmowie podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE przez prezydenta Wiktora Janukowycza podczas szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie na ulice Kijowa wyszła młodzież. Po próbie brutalnej pacyfikacji bezbronnych i pokojowo nastawionych studentów kijowianie i ludzie z innych regionów masowo poparli Majdan. Ukraińcy nie wyszli na ulicę, mówiąc, że musimy być w NATO. Chcieli iść do Europy, a własny prezydent ich tego pozbawił. Zabici rok temu na ulicy Instytuckiej i Hruszewskiego także oddali życie za to, aby Ukraina była suwerenna i mogła decydować o tym, że chce iść do Europy.

Nicolas Sarkozy, przywódca francuskiej partii pozostającej w jednym klubie w Parlamencie Europejskim z PO, twierdzi, że uczciwość wymaga, aby Ukraińcom powiedzieć, że nigdy nie będą w Unii Europejskiej. Czy pan podziela to stanowisko?

Nie jestem zwolennikiem tego, by mówić, że Ukraina nigdy nie będzie w UE, bo nic nie jest przesądzone. Nigdy w historii Unii Europejskiej nie zdarzyło się, by ludzie szli na śmierć z powodu aspiracji europejskich swego kraju. To trzeba uszanować i docenić.

Żelazna kurtyna między Polską a Ukrainą jeszcze się zatem nie pojawiła?

Gdybyśmy dzisiaj robili z góry zdjęcie Europy Wschodniej i chcieli określić, gdzie jest ta żelazna kurtyna, to ona przebiega koło Debalcewa i lotniska w Doniecku. Samo istnienie takiej kurtyny jest niezgodne z naszą polityczną filozofią, ale jeśli już gdzieś jest, to właśnie tam.

A gdyby Rosja, wspierając separatystów, zdecydowała się na przesuwanie tej kurtyny, np. poprzez zajęcie Mariupola, to Unia zareagowałaby, wprowadzając nowy rodzaj sankcji?

Mariupol jest symbolem. Atak rakietowy na to miasto spowodował błyskawiczne spotkanie ministrów spraw zagranicznych Unii i natychmiastowe ustalenie kolejnych sankcji zatwierdzonych potem przez Radę Europejską. W Mariupolu mieszka duża mniejszość grecka. Z tego powodu Grecja, która raczej zajmuje życzliwą postawę wobec Rosji, w tej sprawie jest bezradna. Zresztą każdy z ministrów pochodzący z państw mających dystans do sankcji przyznaje, że Mariupol jest takim symbolem, że szturm na to miasto kończy możliwość osiągnięcia porozumienia drogą negocjacji. Jestem przekonany, że Rosjanie zdają sobie z tego sprawę.

Jak zatem zareaguje w takim przypadku Unia?

Zdecydowanie.

Sankcje obejmą nowe sektory gospodarki?

Pamiętajmy, że sankcje to broń obosieczna. Rozpatrywane są różne warianty, choć oczywiście tych najbardziej radykalnych lepiej byłoby uniknąć. Ale Mariupol to jest duże miasto, którego ludność poczuwa się do tożsamości ukraińskiej.

A wstrzymanie importu rosyjskiej ropy?

Rozpatrywane są wszelkie scenariusze.

Wstrzymanie importu gazu nie wydaje się możliwe?

Niektóre kraje wolą nie pisać czarnych scenariuszy albo odsuwać myśl o nich. Uważam, że powinniśmy być gotowi na każdy wariant, i nie jest to głos odosobniony. Moskwa powinna wiedzieć, że Europa może działać natychmiast, i to w każdym wymiarze. To jest klucz, jeśli chcemy być poważnymi graczami i prowadzić skuteczną politykę zagraniczną.

Francja na razie nie dostarczyła Rosji mistrali, natomiast Czechy – owszem, sprzedają Rosjanom broń. Z kolei Viktor Orban wielokrotnie dawał znaki przyjaźni wobec Putina, czeski prezydent Miloš Zeman pojedzie na uroczystości rocznicy końca drugiej wojny do Moskwy. Czy Grupa Wyszehradzka jeszcze istnieje?

Tak, istnieje.

Do czego zatem służy? Do organizacji wspólnych wystaw?

Byliśmy w grudniu we czwórkę, szefowie MSZ krajów wyszehradzkich, w Kijowie. To była bardzo dobra wizyta z punktu widzenia wsparcia dla ukraińskich reform. W zeszłym tygodniu spotkaliśmy się na Słowacji w formacie wyszehradzkim, państw nordyckich i bałtyckich. Ukraina była w centrum naszej rozmowy wraz z bezpieczeństwem energetycznym czy przyszłością Partnerstwa Wschodniego. To było spotkanie 12 państw, czyli całkiem pokaźnej grupy. Właśnie tak wzmacniamy jedność nie tylko Wyszehradu, ale całej Unii i całego kontynentu.

Zatem przyjazne inicjatywy wobec Rosji naszych południowych sąsiadów to pozór?

Nie. Ale w polityce zagranicznej trzeba przede wszystkim szukać tego, co wspólne. Wyszehrad jest wartością, wzmacnia pozycję wszystkich krajów, które należą do tej grupy, także naszą. Mamy bardzo dobre relacje osobiste z przywódcami krajów wyszehradzkiej i rozmawiamy z nimi o tym, jak przełamać to, co nas różni. Zresztą przez ostatni rok od początku kryzysu na Ukrainie różnimy się czasem na poziomie słów, ale podejmujemy solidarne decyzje.

Czy premier Viktor Orban podczas pobytu w Polsce obiecał, że nie zablokuje przedłużenia unijnych sankcji wobec Rosji?

Paradoksalnie polityka sankcji nas łączy. Nikt z krajów wyszehradzkich nie twierdził, że one są niepotrzebne, ani nie próbował ich wetować przez ostatni rok. Jeżeli rażąco zostanie złamane porozumienie mińskie, jeśli separatyści powiększą kontrolowany obszar czy zajmą Mariupol albo zerwą zawieszenie broni i zaczną znowu ginąć ludzie, to nowe sankcje zostaną wprowadzone i nikt ich nie zablokuje.

Czy Polska, jako państwo, które wymyśliło Partnerstwo Wschodnie, nie za słabo pomaga Ukrainie: nie daje broni, nie daje pieniędzy?

Pani premier Ewa Kopacz zawiozła w styczniu do Kijowa kredyt 100 mln, euro…

Na finansowanie projektów z udziałem polskich firm.

Nie tylko. Zresztą to normalna praktyka w przypadku tego typu kredytów. Amerykanie robili podobnie na początku lat 90. w Europie Wschodniej. Pomagamy, wspieramy i będziemy to robić. Chcemy wspierać ukraińskie reformy, udostępnić ekspertów. Robimy to we współpracy z Niemcami, z Grupą Wyszehradzką, krajami skandynawskimi. Wiemy, jak przeprowadzać transformację, bo niedawno sami to robiliśmy. A Niemcy mają doświadczenia z okresu, gdy nam pomagali. To jest dobre połączenie. A jeśli chodzi o broń: im ciszej w tej sprawie, tym lepiej! Nie powinno się o tym dyskutować. Jeśli Ukraińcy chcą ją sprowadzać i jej potrzebują, jest to ich decyzja. Ale niech to się dzieje między firmami, a nie będzie obecne w mediach.

I dzieje się?

Im ciszej, tym lepiej.

Czeski prezydent wybiera się na uroczystości do Moskwy 9 maja. Czy obok Putina, Zemana i Kim Dzong Una ktoś się z Unii Europejskiej jeszcze pojawi?

Na pewno nie kanclerz Angela Merkel, bo nie będzie jej w Moskwie 9 maja. To jest symboliczne, ważne i potrzebne dla umocnienia europejskiej solidarności. Trzeba pokazać własne, suwerenne spojrzenie na tę kwestię.

Organizacja obchodów 8 maja na Westerplatte jest aktualna?

Tak. Wiem, że Kancelaria Prezydenta pracuje nad formułą tego spotkania.

Wielu przywódców przyjedzie?

Na pewno tak.

Angela Merkel też?

Przygotowania trwają. W odpowiednim czasie Kancelaria Prezydenta poinformuje o ustaleniach.

Gdzie zatem pojawi się więcej przywódców, w Moskwie czy na Westerplatte?

Tu nie chodzi o rywalizację. 8 maja jest czymś zupełnie innym niż 9 maja. Wszyscy to wiemy. Uroczystości 8 maja akcentują, że na powojennych zgliszczach wyrosła idea zjednoczonej Europy, która w końcu zaprowadziła nas do Unii Europejskiej. Poza tym 8 maja dojdzie do symbolicznego zamknięcia obchodów rozpoczętych 1 września 2009 w 70. rocznicę rozpoczęcia II wojny światowej. Warto będzie porozmawiać na Westerplatte o tym, co się zmieniło w świecie od 2009 r.

Jaką lekcję wyciągamy z kryzysu ukraińskiego: komu można bardziej ufać: Unii czy Ameryce?

Ufać sobie, swojej intuicji i zaangażowaniu. Przekonaniu, że mamy własną wizję europejskiej polityki wschodniej, że mamy na nią wpływ. Mamy bardzo dobre relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Szczyt NATO w Newport, przygotowania do przyszłorocznego szczytu NATO w Warszawie, działania związane z wzmocnieniem wschodniej flanki NATO pokazują, że w relacjach transatlantyckich jesteśmy ważnym graczem. Gdy zaś idzie o Europę, to trzeba ufać, pracować, współtworzyć, mieć jak największy wpływ na wspólną politykę. To nie jest proste, aby w gronie 28 głosów zbudować jednolite stanowisko. To są wielkie wyzwania. Ale na razie nam się to udaje. Polski głos się liczy, bo jesteśmy dużym państwem, z udaną historią transformacji, z dynamiczną gospodarką, z własnym spojrzeniem na politykę wschodnią oraz na politykę europejską, co wzbudza podziw i uznanie naszych partnerów. Od 2007 r. zrobiliśmy ogromny postęp w budowaniu szacunku dla polskiej polityki.

Polska jest zainteresowana wylansowanym na nowo przez szefa Komisji Europejskiej Junckera projektem armii europejskiej?

Pomysł jest ciekawy. Co do zasady jesteśmy zainteresowani wzmocnieniem wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony. Ale pytanie, co dalej, jakie będą następne kroki.

Zmaterializują się?

W czerwcu na szczycie UE w Brukseli będzie o tym mowa, bo zawsze jedna z Rad Europejskich w roku poświęcona jest temu tematowi. Uważam, że do czerwca powinniśmy skoncentrować się na wprowadzeniu w życie postanowień z Newport. Im bardziej w tym czasie uda się wzmocnić obecność NATO w Polsce, tym lepiej. A gdy idzie o armię europejską, to rozmawiajmy o tym, mając przede wszystkim na uwadze, jak pomóc państwom bałtyckim, które są najbardziej wysuniętą na Wschód flanką NATO i UE.

Rzeczpospolita.pl

„Newsweek” ujawnia: Duda był działaczem Unii Wolności. „To gracz”, „nie ma żadnych poglądów”

AB, 16.03.2015
Andrzej Duda i najnowsza okładka tygodnika

Andrzej Duda i najnowsza okładka tygodnika „Newsweek” (Fot. Agencja Gazeta/ Newsweek)

„PiS stara się wykreować kryształowy obraz swojego kandydata, ale w efekcie ubarwia jego biografię lub stosuje niedomówienia” – czytamy w „Newsweeku”. Jako dowód tygodnik podaje m.in. członkostwo Andrzeja Dudy w Unii Wolności, o czym nie znajdziemy informacji w oficjalnej biografii polityka.
Najnowszy „Newsweek” zwraca uwagę na rozdźwięk między sylwetką Andrzeja Dudy promowaną przez PiS a faktycznym życiorysem kandydata na prezydenta. Z informacji uzyskanych przez tygodnik wynika, że zanim Duda został wiceministrem w rządzie PiS, był członkiem Unii Wolności – „partii, z którą przez całe lata 90. wojował Jarosław Kaczyński”.
„Newsweek” opisuje, że choć Duda w 2001 roku został delegatem na regionalny zjazd UW w Małopolsce i opłacał składki członkowskie w ugrupowaniu nawet wtedy, gdy UW chyliło się już ku upadkowi, „informacji o tym rozdziale życia kandydata na prezydenta RP nie znajdziemy w żadnym jego oficjalnym życiorysie”.

Kolejną niewiadomą jest kariera naukowa Dudy, której ukoronowaniem miał być stopień naukowy doktora nauk prawnych i stanowisko wykładowcy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tej wersji zaprzecza jednak prof. Jan Zimmermann, kierownik Katedry Prawa Anministracyjnego na wydziale Prawa i Administracji UJ. – Andrzej Duda nie był wykładowcą, jako asystent prowadził wykłady ze studentami – tłumaczy „Newsweekowi”. Jak dodaje, kandydat PiS na prezydenta w 2006 roku wziął urlop na uczelni, by zaangażować się w politykę. Na zwolnieniu pozostaje do dziś, od dekady zajmując etat. Od dawna nie publikuje też prac naukowych.

„On nie ma żadnych poglądów, on ma uśmiech i spryt”

PiS chwali też Dudę za to, że sprawdza się w różnych rolach – ma być jednym z najlepszych posłów do Parlamentu Europejskiego, wcześniej doceniono go jako radnego Krakowa. „W rankingu przeprowadzonym przez „Gazetę Krakowską” na najlepszego rajcę w 2011 roku Duda zajął trzecie miejsce. Od końca. Zdarzało mu się nawet przysypiać na obradach” – pisze „Newsweek”. Jak dodaje, choć kandydat PiS rzeczywiście jest na drugim miejscu wśród europosłów pod względem złożonych sprawozdań, jak zapewniają politycy z konkurencyjnych ugrupowań, „częściej można go spotkać w palarni niż na sali obrad”.

A co z poglądami Dudy, który w materiałach partii jaki się jako konserwatysta i religijny patriota? – On nie ma żadnych swoich poglądów, on ma uśmiech i spryt – mówi w rozmowie z tygodnikiem były działacz PiS. – Duda to gracz. Założę się, że jeśli sondaże mu spadną po tym, jak obraził bezdzietnych rodziców, a zrobił to, żeby pozyskać rydzykowy elektorat, złagodzi zdanie. Ale jeśli okaże się, że jego poglądy nie odbierają mu punktów, będzie walił w in vitro jak w bęben – dodaje dawny znajomy kandydata na prezydenta ze studiów.

Duda: Jestem przeciwnikiem in vitro

W zeszłym tygodniu gabinet Ewy Kopacz przyjął projekt ustawy w sprawie in vitro m.in. ogranicza możliwość tworzenia nadliczbowych zarodków i pozwala korzystać z bezpłatnej procedury nie tylko małżeństwom.

Duda już zapowiedział, że jeśli wybory wygra, to ustawy nie podpisze. – Nie jest to ustawa, która w sposób rozsądny regulowałaby te kwestie. Ja jestem przeciwnikiem in vitro, chociaż rozumiem ludzi, którzy chcieliby mieć dzieci za wszelką cenę. Dziwię się, że polski rząd, w tak mocny sposób i partia rządząca wspierają ustawę, która nie niesie za sobą metody leczenia – mówił. I zaznaczył: – Jako prezydent RP, który ma takie poglądy, a nie inne, który jest człowiekiem wierzącym, nie waham się tego powiedzieć, jestem przeciw tego typu rozwiązaniom.

Całość czytaj w najnowszym „Newsweeku” >>>

Zobacz także

TOK FM

Piechociński: Sympatyzuję z ojcem dyrektorem od dawna. W kilku wymiarach. Koalicjant nie będzie mi mówić, z kim mam rozmawiać

Krzysztof Lepczyński, 16.03.2015
„On jeden tego starszego, katolickiego, patriotycznego pokolenia nie odtrąca. I to jest duża wartość społeczna” – mówi o Tadeuszu Rydzyku Janusz Piechociński, szef PSL, w rozmowie z „W Sieci”. Polityk przyznaje, że sympatyzuje z redemptorystą i spotyka się z nim przy różnych okazjach. „Koalicjant nie będzie mi mówić, z kim mam rozmawiać i z kim sympatyzować” – zaznacza.
„Jesteśmy bardziej patriotyczni, narodowi niż PiS oraz bardziej wrażliwi społecznie, racjonalni i demokratyczni wewnętrznie niż PO” – mówi w wywiadzie dla „W Sieci” Janusz Piechociński, prezes PSL.„O status kobiet można zabiegać lepiej”Zdaniem lidera ludowców PO skręciła w lewo i PSL ma teraz bronić konserwatywnych wartości w koalicji. „W sprawch światopoglądowych nie jesteśmy związani umowa koalicyjną i z pewnością będziemy bronić konserwatywnych wartości” – zaznacza.

Piechociński podkreśla, że nie popiera konwencji antyprzemocowej. „Przy takich niepewnościach, jakie ona budzi, wyprowadzenie poza konstytucję, w obce ręce, kształtowania czynników takich jak sumienie, religia, wartości, status małżeństwa, jest poważnym błędem. O status kobiet można zabiegać lepiej” – podkreśla. Krytycznie wypowiada się również o in vitro, choć przyznaje że małżonkowie mają prawo do zabiegu.

„Chodzę tam, gdzie mnie zapraszają”

Szef PSL podkreśla też, by nie brać sobie do serca niedawnych słów Adama Jarubasa, że koalicja z PiS jest możliwa. „Z obecnym PiS koalicji sobie nie wyobrażam. Byłaby możliwa, gdyby PiS się zmieniło, a się nie zmienia” – zaznacza.

Pytany o wizyty w Radiu Maryja i na antenie Telewizji Trwam, Piechociński odpowiada: „Chodzę tam, gdzie mnie zapraszają”. Później rozwija jednak: „Owszem, rozmawiam z ojcem dyrektorem przed programami i gdy jest w Sejmie” – przyznaje.

„On jeden starszego pokolenia nie odtrąca”

„Sympatyzuję z ojcem dyrektorem od dawna, w kilku wymiarach” – dodaje. Uzasadnia to faktem, że wspiera każdego inwestującego w odnawialne źródła energii. A Tadeusz Rydzyk buduje w Toruniu instalacje geotermalne. Piechociński zaznacza też, że nie traktuje środowiska Radia Maryja politycznie. „On jeden tego starszego, katolickiego, patriotycznego pokolenia nie odtrąca. I to jest duża wartość społeczna” – mówi o Rydzyku.

„Koalicjant nie będzie mi mówić, z kim mam rozmawiać i z kim sympatyzować” – dodaje.

Cała rozmowa we „W Sieci”.

TOK FM

Terlikowski: Prezydent jest przede wszystkim człowiekiem. Jego główną troską powinno być zbawienie własnej duszy

Krzysztof Lepczyński, 16.03.2015
„Prezydent Bronisław Komorowski, choć deklaruje katolicyzm, wiarę ma w głębokim poważaniu” – pisze w „Rzeczpospolitej” Tomasz Terlikowski. Publicysta ostro zareagował na podpisanie przez prezydenta ustawy ws. konwencji antyprzemocowej. Jego zdaniem Komorowski powinien przyznać, że jest niewierzący, lub skupić się na głównym zadaniu katolika – własnym zbawieniu.
„Prezydent choć deklaruje katolicyzm i uczestniczy pobożnie w niedzielnych mszach świętych, w istocie wiarę ma w głębokim poważaniu” – pisze w „Rzeczpospolitej” Tomasz Terlikowski.„Wybiera niebezpieczną ideologię, a nie wiarę”Publicysta zarzuca prezydentowi, że deklarował sprzeciw wobec „ustawy całkowicie zakazującej zabijania nienarodzonych”, jest za in vitro, a teraz podpisał ustawę o konwencji antyprzemocowej. „Pokazał więc, że jest także przeciwko jasnemu nauczaniu Kościoła w sprawie gender i wybiera niebezpieczną ideologię, a nie wiarę” – podkreśla Terlikowski.

„Prezydent ma oczywiście prawo dokonywać takich wyborów. Tyle tylko, że uczciwiej wobec siebie i innych byłoby przyznać, że jest człowiekiem niewierzącym” – zaznacza filozof. I podkreśla, że określanie się mianem katolika i jednoczesne kwestionowanie nauczania moralnego Kościoła jest „zwyczajnie nieprzyzwoite”.

Terlikowski zauważa też argument, że prezydent powinien być wierny przede wszystkim prawu stanowionemu. Po to tylko, by szybko go zbić. „Prezydent jest przede wszystkim. jest człowiekiem. Jego główną troską powinno więc być zbawienie własnej duszy” – kwituje.

Prezydent za konwencją

W sobotę prezydent Bronisław Komorowski poinformował, że podpisał ustawę zezwalającą na ratyfikację Konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Nie jest to jednoznaczne z ratyfikacją konwencji – prezydent zapowiedział, że uczyni to „bez niepotrzebnej zwłoki”. Wymowa jego krótkiego przemówienia jasno wskazywała, że prezydent postanowił mocno poprzeć konwencję.

Głowa państwa nie jest zobligowana, by postawić ostatni podpis pod konwencją w określonym terminie. Komorowski sam zapowiedział, że dokumentowi przyglądają się jeszcze jego prawnicy. Niemniej już w sobotę na głowę prezydenta posypały się gromy ze strony niektórych konserwatywnych polityków i komentatorów.

„Czy jakiś konserwatysta chce jeszcze głosować na Komorowskiego?” – pytał Jarosław Gowin z Polski Razem.

„Prezydent pokazał, gdzie ma nauczanie Kościoła” – pisał Tomasz Terlikowski, którą to myśl rozwinął w dzisiejszym felietonie.

Cały felieton Terlikowskiego w dzisiejszej „Rzeczpospolitej”.

TOK FM

MICHALIK: NIE JESTEM PODSTAWKĄ POD MIKROFON

PYTA DYMEK, 15.03.2015

Czy Kościół jest już jak PZPR w Polsce Ludowej, że za jego krytykę wylatuje się z pracy?

Jakub Dymek: Co to jest „podstawka pod mikrofon”?

 

Eliza Michalik: To coś, czym ja powinnam być według niektórych ludzi. Czym w ogóle powinni być dziennikarze i dziennikarki. Przypominam sobie komentarz słuchaczki pod adresem mojego kolegi radiowego, Tomka Stawiszyńskiego: „Rolą dziennikarza jest tylko zadawanie pytań”. Chciałabym więc wszystkim zrobić teraz małą powtórkę z pierwszego roku studiów dziennikarskich i powiedzieć, że jest rozróżnienie na dziennikarzy informacyjnych i publicystów – ci drudzy mają głośno i wyraźnie mówić, co myślą, i mieć poglądy, najlepiej też „wyraziste”. Za to się nam płaci. Musimy robić ferment i prowokować innych do myślenia. Nie do myślenia tak jak my, ale do myślenia samodzielnego, krytycznego, kontestowania, prowokować do dyskusji, w której pojawiają się różne poglądy. Bez nich nie mamy przecież demokracji. No, ale niektórzy przecież uważają, że bez różnorodnych poglądów i opinii byłoby nam wszystkim łatwiej i bezpieczniej.

 

Może wtedy zarząd radia RDC nie pożegnałby się z tobą z powodu „zbyt wyrazistych” poglądów.

 

Na pewno byłoby prościej, gdyby dziennikarze i dziennikarki nie mieli własnego zdania. Przychodzisz, zadajesz grzecznie pytania, bierzesz kasę i dziękuję bardzo. No i byłoby „obiektywnie”, cokolwiek to znaczy. Bo przecież tak naprawdę wiemy, że „obiektywizm” i „bezstronne” dziennikarstwo to fikcja.

 

Każdy ma poglądy. Nie wiem, dlaczego akurat dziennikarze powinni najskuteczniej ze wszystkich udawać, że ich nie mają.

 

Zresztą w ogóle sobie nie wyobrażam, jak wyglądają wywiady czy programy radiowe, w których prowadzący nie mają opinii. Ktoś mówi, a z drugiej strony słyszy tylko: „Ach, jakie to mądre”; „ależ oczywiście, zgadzam się!”. Absurd. Oraz kompletne zaprzeczenie sensu wykonywania tego zawodu, którego celem jest kontrolowanie polityków i instytucji publicznych oraz religijnych mających wpływ na stanowienie prawa, na nasze całe życie, prokreację, prywatność, wolności, wszystko.

 

Może wychowaliśmy całe pokolenie odbiorców mediów, którzy przez 25 lat nie musieli się konfrontować z różnymi poglądami. Media działały tak, jakby były w posiadaniu jedynego, słusznego, „obiektywnego” obrazu świata. Nie było sporu. Był jeden wzorzec gospodarki, jeden wzorzec tożsamości narodowej, no i oczywiście jedna religia.

 

To idealna sytuacja dla totalitaryzmu…

 

…ale tak się właśnie w czasach „demokratyzacji” mediów stało. I wolnego rynku, i internetu.

 

Na tym polega paradoks. Patrząc na to z zewnątrz: jaka władza chciałaby dziennikarzy bez opinii i bez prawa do kwestionowania zastanej rzeczywistości? Totalitarna. Dziś jednak żyjemy w czasach – tak to przynajmniej rozumiem – w których prawo do własnej, nawet niepoprawnej opinii, to prawo człowieka. Mamy przecież po coś tę „czwartą władzę”. Dziennikarstwo niezależne jest po to, żeby z przedstawicielami różnych innych władz – politycznych i nie tylko, także z ludźmi Kościoła – rozmawiać inaczej niż na kolanach. Czym różni się dziś krytykowanie Kościoła od krytykowania PZPR w czasach Polski Ludowej, skoro za jedno i drugie można wylecieć z roboty?

 

Przeprowadzanie analogii między PZPR i Kościołem nie jest chyba w Polsce najlepszym pomysłem.

 

Ale co to znaczy? Że mam się teraz bać?

 

Czytam sobie wyroki Sądu Najwyższego w USA, jakoś ostatnio mnie to szczególnie interesuje. Naprawdę inspirująca jest ta zasada, która chroni bluźnierstwo i niepoprawność na podstawie tej samej pierwszej poprawki do konstytucji, która chroni też religię! Chroni się tych, którzy obrażają, którzy są nawet niegrzeczni, bo z tym się wiąże wolność słowa, którą jako element demokracji przyjęliśmy też u siebie.

 

Mówisz o obrażaniu i bluźnierstwie, które w USA są oczywiście chronione lub można ich bronić przed sądem. Ale czy to oznacza, że ty też, na polskiej ziemi, obrażałaś, bluźniłaś i kpiłaś z religii?

 

Gdy mówię o religii i Kościele katolickim w Polsce, piętnuję patologie, bezkarność, hierarchiczność i nierzadko głupotę tej instytucji. Gdy poruszam na przykład kwestię pedofilii w Kościele, to właśnie dlatego, że w tej akurat sprawie hierarchia wykazuje zdumiewającą pobłażliwość tam, gdzie powinna reagować surowo. Czy może mi się to nie podobać? Może.

 

Jednocześnie nie wykpiwam ludzi, którzy wierzą. Ja nie mam nic do Boga. Ale nawet gdybym miała z Bogiem problem, to też powinnam mieć do tego prawo. Powinnam mieć prawo do obrażania księży, choć wcale nie zamierzam tego robić, i nie bać się, że stracę przez to możliwość wykonywania zawodu. A jeśli przekroczę granice prawa, to mamy wymiar sprawiedliwości, który zgodnie z tym prawem może mnie ukarać.

 

Na razie jednak twoja winą jest nie łamanie prawa, ale „wyrazistość” i niewłaściwy stosunek do „polskiej tradycji”.

 

Tak, w RDC usłyszałam, że jestem zbyt wyrazista, bym mogła dalej pracować w publicznej rozgłośni. Nie jestem jedyną „wyrazistą” zresztą, bo moich kolegów – Tomka Stawiszyńskiego, Mike’a Urbaniaka, Rafała Betlejewskiego, Tomasza Kwaśniewskiego – też spotykają absurdalne naciski. Tu działa zasada, że jak chce się psa uderzyć, kij się zawsze znajdzie. Gdy nas zatrudniano, wiedziano, że mamy swoje poglądy. Naszym programom trudno było coś zarzucić, robimy swoją robotę najlepiej, jak umiemy, więc postanowiono w nas uderzyć z „tradycji”. I za posiadanie poglądów w końcu nas – na razie mnie – zwolnią. A, no i za niepuszczenie kolęd w święta. Jakby dawanie alternatywy ludziom, którzy nie chcą ich słuchać – a mogą nie chcieć z tysiąca powodów, wcale nie politycznych i dogmatycznych – było dyskryminacją czy wręcz łamaniem prawa.

 

A wracając do tradycji i tych, którzy jej bronią: dziwi mnie milczenie kolegów i koleżanek z prawicy, którzy tak chętnie rozprawiają o niezależności i byciu niepokornym. Nikt z nich nie zabiera głosu. Oni chyba myślą, że są nietykalni i im nikt w programy wchodzić nie będzie. A jak stanie się kiedyś inaczej i jakaś inna władza postanowi ich sekować, będą śmiertelnie oburzeni i zaczną uderzać w dzwon, że nie ma solidarności. Właśnie teraz przegapili świetną okazję, żeby pokazać, co niezależność, wolność i solidarność dla nich znaczy. Oni też są w tym radio, byli gośćmi w moich programach i dalej są gośćmi w programach moich koleżanek i kolegów z RDC.

 

Może jesteś po prostu mniej strawna niż Dominik Zdort, który wzywał ostatnio do deportacji z Polski Tatarów.

 

Też o tym myślę czasem. Może jestem bardziej nieznośna niż Tomasz Terlikowski, z całym jego Holocaustem, po który sięga zawsze, gdy ktoś nie zgadza się z jego poglądami; i Rafał Ziemkiewicz mówiący: „Kto nie wykorzystał pijanej dziewczyny, niech pierwszy rzuci kamieniem”. Dziennikarze prawicy są strasznymi hipokrytami. Ja do większości z nich zwracam się z prośbą, żeby zamiast gardłować w swoich gazetach, że nie zaprasza ich nigdzie mainstream, przyszli do mnie do programu i skorzystali z wolności słowa, której się im rzekomo odmawia.

 

Zresztą, większość mediów w Polsce jest prawicowa, od skrajnych po zwyczajnie konserwatywne. Jaka stacja telewizyjna czy ogólnopolski dziennik ma lewicowy profil? Te, które dla prawicy uchodzą za jakieś lewe skrzydło – „Gazeta Wyborcza” czy TVN – to zwyczajne media liberalne. Nie każdy, kto się nie zgadza z Terlikowskimi, to jakaś ekstremalna lewica.

 

Naprawdę kilkoro lewicujących dziennikarzy jest zagrożeniem dla tej nawały niczym nieskrępowanego dyskursu skrajnej prawicy, który ma się świetnie w mediach dużych i małych?

 

W RDC powstała zaledwie mała oaza innych poglądów na pustyni.

 

No i to jest chyba podstawowe pytanie: dlaczego obsługiwanie świąt religijnych, usługowa rola wobec biskupów, których się za pieniądze podatników pyta o sprawy państwowe i zupełnie świeckie, to jest sytuacja zwyczajna i „centrum” dla mediów publicznych dziś? To nie o RDC, ale o status quo chyba w całej tej historii chodzi.

 

Wiesz, mnie podziękowano wprost, ale Tomka Stawiszyńskiego zapytano, czy aby na pewno prof. Tadeusz Bartoś to dobry gość do rozmowy o Janie Pawle II i herezji. Jak to nazwiesz inaczej niż naciskiem na dziennikarza. Czy to jest merytoryczne? Czy to się jakoś ma do standardów dziennikarskich? Nie, to jest zwyczajne zastraszanie. Pod taką presją zawodu dziennikarza nie można wykonywać. To jest zawód zaufania publicznego; ludzie, którzy nas oglądają i słuchają, powinni mieć pewność, że działamy niezależnie i opierając się na własnych poglądach, a nie pod czyjeś dyktando.

 

Co planujesz teraz zrobić?

 

Pracować dalej w Superstacji. To moje podstawowe medium, mam tam trzy autorskie programy. Nie zmieni się więc bardzo wiele. Ale po raz pierwszy od czternastu lat zadałam sobie pytanie, o sens mojego zawodu. Czy warto być dziennikarką w Polsce? Ale będę to robić dalej, bo wciąż wierzę, że słowa mają moc.

 

Choć ostatnio dużo częściej widzimy, że większą moc od debaty i rozmowy ma nienawiść, która – w odróżnieniu od tego, co robiliśmy w RDC – nie spotyka się ze sprzeciwem. A nienawiść, mowa nienawiści, może zabijać. Dosłownie. I nie trzeba daleko szukać przykładów. Paradoksalne jest to, że ja także w imię tych skrajnych i nierzadko nienawistnych dziennikarzy występowałam na antenie, by i oni mogli głosić swoje poglądy. Zapraszałam ich do studia. W moim przekonaniu nawet Mein Kampf powinno być dostępne, by ludzie mogli sami przekonać się o szkodliwości pewnych poglądów, których nie wymazuje cenzura, za to zwalcza debata.

 

Dziś nic jednak tak nie oburza w Polsce, żadna skrajność i żadna nienawiść, jak krytyczny stosunek do Kościoła. O tym się przekonałam.

 

Przekonałam się też przy okazji zwolnienia z RDC o jeszcze innej rzeczy: to ludzie lewicy, liberałowie, wolnościowcy – wydawałoby się: sami indywidualiści i wolne elektrony – są zdolni do prawdziwej solidarności, szczerzy, mają dobre ludzkie odruchy. Kiedyś spotkała mnie podobna sytuacja, gdy – jeszcze na prawicy, w „Gazecie Polskiej” –  byłam na cenzurowanym w redakcji z powodu jednej rzeczy, którą ujawniłam. I wiesz, co się stało? Wszyscy się ode mnie odwrócili. Koleżanki, z którymi piłam wino czy jadałam kolacje, przestały mnie znać z dnia na dzień. Nikt się nie wstawił za mną w środowisku, które podobno ponad wszystko stawia honor, tradycję, więzi. Guzik, nic z tego. Teraz jest inaczej.

 

Ludzie piszą do mnie i do redakcji RDC, że choć są katolikami, to w tym sporze są po mojej stronie.

 

Piszą do redaktor naczelnej Ewy Wanat w tej naszej wspólnej sprawie, upominają się o wolność słowa, dając znać, że los tego radia jest dla nich ważny. Ludzie, których znam z ostatnich lat pracy w mediach, dzwonili do mnie, żeby zapytać, czy mam za co żyć i czy potrzebuję pieniędzy albo pomocy. Na szczęście nie muszę o nic nikogo prosić; mogę tylko powiedzieć, że wszystkim za to wsparcie bardzo dziękuję.

 

Najlepsze jest to, co ta sprawa mi rzeczywiście dała – przekonanie, że nie wszędzie solidarność jest pustym sloganem. I że warto robić to, w co się wierzy. To najlepsza lekcja.

 

 

 

 

Eliza Michalik – dziennikarka telewizyjna i radiowa, w Superstacji prowadzi m.in program publicystyczny „Nie ma żartów”, do niedawna autorka programu „Bez pudru” w RDC.
(fot. Facebook RDC)

Dziennik Opinii

(NIE)PAMIĘĆ PAŃSZCZYZNY: BARTECKA / LEDER / LUBOMIRSKI / SUTOWSKI

DEBATA KP, 14.03.2015

Czy potrzebujemy chłopów i panów, by opisać współczesną Polskę?

Michał Sutowski: W ostatnich latach mamy bardzo ożywione debaty na temat chłopskich korzeni polskiego społeczeństwa. Zebraliśmy reprezentantów trzech stanów, albo przynajmniej kontynuatorów trzech różnych tradycji klasowych i kulturowych. Na początek chciałbym przywołać dość ważne i – jak sądzę – w ostatnich latach niewystarczająco głośne prace profesora Janusza Hryniewicza, historyka i socjologa gospodarki, który pisze o kontynuacji kultury folwarcznej w gospodarce polskiej, a zwłaszcza w korporacjach. Czy państwa zdaniem Polska dziś, w jakiejś zmodernizowanej wersji, nadal stanowi wielki folwark?

 

Andrzej Leder: Trzeba traktować pojęcie relacji folwarcznej metaforycznie: nie ma żadnego dosłownego jej przeniesienia. Natomiast liczą się cechy takiej relacji, przede wszystkim założona w niej hierarchiczność i nierówność, polegająca na tym, że dwie strony nie rozmawiają ze sobą i nie zawierają umowy. Zamiast tego jedna ze stron dysponuje przywilejem, choćby przywilejem siły i władzy, a druga musi się tej sile podporządkować. Moim zdaniem w Polsce bardzo często mamy do czynienia z różnego rodzaju relacjami, które można nazwać „folwarcznymi”. Przy czym oczywiście w świecie korporacyjnym te relacje też się pojawiają. Kiedy słucham opowieści o korporacjach, to rzeczywiście mam wrażenie, że z punktu widzenia tych, którzy są w nich silni, konieczność płacenia komuś i związanych z tym oczekiwań wynagradzanego jest jakąś aberracją; że tak naprawdę powinien świadczyć pracę bez jakichkolwiek roszczeń. Ale to nie dotyczy tylko tego środowiska. W instytucjach publicznych relacja „folwarczna” również występuje często, na przykład w stosunkach między służbą zdrowia a pacjentami. Jedna strona ma olbrzymią władzę nad drugą: władzę zdrowia, życia, cierpienia, i niezwykle często wykorzystuje ją w sposób skrajnie niepartnerski, upokarzając czy obwiniając słabszą stronę, budząc poczucie kompletnego nieuprawnienia u podporządkowanej osoby. Podobne stosunki występują w relacji urzędnik-petent, nauczyciel-uczeń, często w środowiskach akademickich…

 

W Polsce postrzega się relacje przede wszystkim w perspektywie siły, gdzie silniejszy uważa, że ma bardzo duże prawa wobec słabszego. To istota relacji „folwarcznej”.

 

Ta tradycja mocno tkwi w polskiej mentalności. Relacja „folwarczna” uwzględnia też grę słabszego, to znaczy bardzo typowy dla polskiego społeczeństwa permanentny bierny opór. Cokolwiek silniejszy próbuje ode mnie wyegzekwować, ja niby nic nie mówię, nie przeciwstawiam się, ale nie zrobię tego, czego ode mnie oczekuje. Ta druga strona relacji folwarcznej jest wobec wywieranej siły całkowicie zrozumiała, jednak dla więzi społecznych niezwykle destrukcyjna, absolutnie fatalna.

 

Michał Sutowski: Herakliusz Lubomirski pracował w bardzo nowoczesnym sektorze gospodarki. Czy polska korporacja, polski biznes, to właśnie tego rodzaju pańszczyźniany folwark? Czy odnajduje się pan w diagnozie profesora Ledera po jednej ze stron?

 

Herakliusz Lubomirski: To trafna, realistyczną obserwacja. Mam wieloletnie doświadczenie pracy z dużymi polskimi korporacjami, a także mniejszymi firmami. Po latach pracy w Polsce pracowałem też dwa lata w korporacji amerykańskiej na Ukrainie. Przeżyłem tam szok, ponieważ okazało się, że rzeczywistość może być zupełnie inna niż w Polsce. W dodatku w kraju, który możemy uznawać za lekko zacofany pod względem kultury organizacyjnej. Nie tylko zgadzam się na poziomie ogólnym z profesorem, ale poznałem też alternatywy, całkiem zresztą fajne. Dobrze jest formułować ogólne myśli, ale indywidualne doświadczenie też się liczy. W korporacji, w której spędziłem pięć lat na „niższym poziomie wyższej półki”, nie zobaczyłem ani jednego awansu. Po moim odejściu dowiedziałem się, że po 9-10 latach pracy tylko jedna znana mi osoba dostała się do zarządu. W tych strukturach panuje stagnacja: nie ekonomiczna, odnosząca się do wypracowywania zysków czy ulepszania kultury organizacyjnej – ale polegająca na tym, że tam gdzie człowiek wpadł, tam zostaje. Niezależnie od intensywności starań ma małe szanse na emancypację.

 

Później pracowałem na Ukrainie dla właściciela amerykańskiej korporacji KP Media Jeda Sundena, który skończył historię Związku Radzieckiego na Uniwersytecie Columbia i jak to Amerykanie mają w zwyczaju, zamiast od razu rozpocząć pracę zawodową, pojechał z ramienia organizacji not for profit uczyć angielskiego na Ukrainie. Tam chyba z nudów założył w Kijowie w latach 90. za pomocą własnej karty kredytowej tygodnik dla ekspatów i okazało się, że ma do tego talent. W 2006 roku, kiedy zacząłem dla niego pracować, miał już duży holding medialny, rozmaite tytuły tygodnikowe oraz różne brandy internetowe. Wziąłem odpowiedzialność za prowadzenie tego portfolio. Firma zatrudniała 550 osób i miała wycenę ok. 50 mln dol. – była przykładem korporacji par excellence. Niezwykle łatwo wprowadziłem własny system oceny pracowniczej, który opracowałem w kilkugodzinnej rozmowie przy piwie z drugim Amerykaninem, który był CEO tej firmy. System wykorzystywał trzy kryteria oceny: po pierwsze profesjonalizm (chęć i zdolność uczenia się), po drugie pomoc i użyteczność innym (dzielenie się wiedzą), a po trzecie: po prostu fajność. Nikt z nas nie wie, czym jest fajność, ale wszyscy wiemy, o co chodzi – przynajmniej na poziomie oceny. Zrobiłem trzy kolumny w Excelu i w każdej kategorii przyznawano ocenę 1, 0 lub -1. Każdą osobę co miesiąc oceniał zwierzchnik, a co trzy miesiące odbywało się podsumowanie. Jeżeli ktoś wychodził na zero, to wszystko w porządku; jeśli na jeden, to znaczyło, że jest fantastyczny i trzeba go awansować; a jeśli na minus jeden, to najlepiej, żeby sam zaproponował odejście. To się świetnie sprawdziło: mieliśmy sukces „chłopskiego” zdrowego rozsądku. System zadziałał. Oczywiście mój autorytet za tym stał, więc mogłem egzekwować oceny; tylko że nie musiałem – egzekwowali ludzie. Mówili do siebie nawzajem: „Panie, pan nie jest fajny, co pan?” Jakby to wystarczało. Podałem ten przykład dla kontrastu z diagnozą polskiej kultury korporacyjnej: z jednej strony bezsiła, brak wpływu na rzeczywistość, a z drugiej naga siła, użyta tylko po to, by zarządzać ludzkim zoo.

 

Michał Sutowski: Chciałbym zapytać autorkę filmu Niepamięć, który opowiada o pańszczyźnie, czy ten podział na panów i chamów traktuje jako coś metaforycznego, czy raczej faktyczny obraz naszych stosunków społecznych? W filmie twój rozmówca relatywizuje te podziały, najczęściej zrzucając je na karb rozwoju technologicznego i pewnych procesów, które jego zdaniem niwelują różnice. Ty raczej stwierdzasz ich trwałość. Mówisz, że życie kolejnych pokoleń w danej klasie społecznej mocno na nas wpływa.

 

Magdalena Bartecka: W Polsce są pewne uprzywilejowane grupy, które mogą sobie pozwolić na mówienie, że nie ma podziałów. Które stać na dystans i nonszalancję w tej kwestii, na twierdzenie, że to marksistowscy ideologowie wyprodukowali nam podziały wcześniej nieistniejące. Mówią, że powinniśmy podpisać się pod hasłem „zgoda buduje” i chodzić na marsze z prezydentem. Według mnie nie chodzi tu o aktualność podziału na szlachtę i chłopów, tylko o jego przełożenie na faktyczny podział klasowy i wykluczeniowe podejście do pewnych grup.

 

 

Fot. Maciej Komorowski

 

Dzisiaj poszłam na spotkanie z rolnikami w miasteczku, żeby dowiedzieć się o ich problemach bezpośrednio, zamiast filtrować przez relacje mediów. Mam poczucie, że postrzega się ich jako „chamów” – roszczeniowców, którzy przyjeżdżają na traktorach zaśmiecać stolicę. Postulaty, które usłyszałam, wydały mi się pożyteczne dla nas wszystkich, nie tylko dla rolników. Domagali się niesprzedawania ziemi obcemu kapitałowi (w Zachodniopomorskiem istnieje rola tzw. słupa, to znaczy osoby polskiego pochodzenia reprezentującej niemieckiego gospodarza i umożliwiającej mu wykup ziemi). Proponowali, by chociaż 50 proc. produktów rolnych w supermarketach pochodziło z naszego lokalnego rynku. Postulaty rolników dotyczące żywności czy wspierania gospodarstw rodzinnych są korzystne i dla warszawskiej prezenterki TVN-u, i dla mieszkanki małej wsi. Podział na panów i chamów istnieje, jednak niekoniecznie przebiega wzdłuż linii „chłopi kontra arystokracja”. Istnieje też pogarda w stosunku do wsi; niejednokrotnie tego doświadczyłam.

 

Profesor Leder mówił, że tradycja folwarczna realizuje się w biernym oporze – to dla chłopów bardzo krzywdzące. Historycy twierdzą, że w Polsce to zaborcy znieśli pańszczyznę, co zarazem świadczy o bierności chłopów i ich niemożności zorganizowania się, dania oporu. Ale w opisach rabacji galicyjskiej przedstawiają chłopów jako krwiożercze bestie, szukające okazji do zemsty i czerpiące rozkosz z zarzynania swoich panów. Nie ma tu miejsca na ruch w żadną stronę, brakuje szansy na podmiotowość: poczucie się człowiekiem. W latach 90. moi rodzice i rodzice moich rówieśników wspólnie wybudowali szkołę. Z perspektywy warszawskiej może to mało spektakularne, ale przecież dowodzi świetnej samoorganizacji i umiejętności działania na rzecz dobra wspólnego. A strajki chłopskie? Przecież strajków nie robi się z dnia na dzień, bo wymagają wysiłku organizacyjnego! Takie formy oporu zupełnie się pomija. Nie mówiąc już o spółdzielczości; o tym, że ostatecznie chłopów nie skolektywizowano – to również ich zasługa.

 

Mówienie tylko o tym, że odziedziczyliśmy mentalność folwarczną, która nas zniewala i unieruchamia, jest dla mnie bardzo negatywne – nie niesie żadnych propozycji wyzwolenia.

 

Michał Sutowski: Kiedy oglądałem Niepamięć, spostrzegłem, że bohaterowie traktują wątki tożsamościowe zupełnie różnie. To odnosisz się do swojej tożsamości chłopskiej esencjalnie. Mówisz: „Gdyby okazało się, że w moich żyłach płynie jakiś procent krwi pańskiej, to miałabym z tym problem”. Z drugiej strony twój współrozmówca psychologizuje swoje pochodzenie; według niego ważniejsze było rozpieszczanie przez rodziców, poczucie wyjątkowości, które niewątpliwie na niego wpłynęło, ale stanowi tylko fragment jego tożsamości. Z kolei twój dziadek ma ciekawe, trzeźwe podejście do przeszłości, „mówi, jak było”; ojciec – lekko ironiczne, żartuje o rzezaniu panów. Nie da się przy tym prosto pogrupować stosunku do własnej tożsamości według klucza klasowego, na przykład że klasa wyższa ma stosunek ironiczny, a niższa – esencjalny. Czy więc historyczne kategorie to tylko dekoracje? Albo nawet jakieś instrumenty budowania opowieści o samym sobie, ale tylko na poziomie indywidualnym?

 

Andrzej Leder: Chciałbym się najpierw odnieść do kwestii chłopskiej pasywności, którą podniosła Magdalena Bartecka, a którą sformułowałem za Gombrowiczem w mojej książce Prześniona rewolucja. Aktualnie nie odczytywałbym tego w kontekście pochodzenia klasowego czy społecznego. Niestety relacja „folwarczna” działa bardzo silnie we współczesnym mieszczaństwie. Dość blisko obserwuję jedną szkołą, której uczniowie pochodzą z warszawskiego środowiska mieszczańskiego co najmniej od dwóch pokoleń. Niemniej ich stosunek do władzy szkolnej jest oparty na biernym oporze. Bardzo rzadko załatwia się sprawy wprost, na przykład w otwartej konfrontacji, natomiast dominuje niezadowolenie, niechęć, szepty na korytarzu – z lękiem, że za to dzieci mogą być represjonowane. Taki niepodmiotowy stosunek do konfrontacji tkwi głęboko w polskiej mentalności. Być może wywodzi się jeszcze z czegoś innego niż chłopskie korzenie, ale 70 proc. naszego społeczeństwa jednak je ma. Nie chcę odmawiać istnienia strajkom chłopskim, spółdzielczości, budowaniu szkół, i innym bardzo pozytywnym podmiotowym zjawiskom. Ale nie zapominam o tej drugiej stronie, która istotnie wpływa na wiele procesów społecznych w tym kraju.

 

Janusz Korczak, przedstawiciel zasymilowanej wielkomiejskiej żydowskiej inteligencji (o socjalistycznej orientacji), napisał w jednym ze swoich tekstów, że gdy spotyka się dzieci pierwszy raz, to zawsze można odróżnić dzieci zamożnych od dzieci ubogich. Dzieci zamożnych wiedzą, że mają prawo do różnych rzeczy, a inni w naturalny sposób powinni ich słuchać. To było w okresie międzywojennym, gdy relacje klasowe wyakcentowano bardzo mocno. Obserwacja Korczaka oddaje fakt, że środowisko wychowania człowieka jakoś się przekazuje, niezależnie od następujących potem przemian społecznych zmieniających stosunki formalnie i na powierzchni. Rodzaj zaufania do siebie, pewności siebie, poczucia swojego miejsca w świecie ludzi tzw. możnych, będzie przekazywany w wychowaniu. Z drugiej strony poczucie krzywdy i słabości też się jakoś przekazuje. Ten dyskurs jest także obecny w relacjach między mężczyznami a kobietami: kobiety mówią, że zostały wychowane do pokory i posłuszeństwa, a mężczyźni do dominacji i sporów; to też swego rodzaju nierównowaga przekazywana pokoleniowo. Dobrze to pokazano w filmie: nawet w sposobie trzymania podbródka jest coś na rzeczy.

 

 

Fot. Maciej Komorowski

 

Zastanawia mnie natomiast tocząca się w filmie gra o uznanie.

 

Niepamięć sprawia wrażenie, jakby pani chciała, żeby arystokrata przyznał, że jest niedobrym, wychowanym do dominacji szlachcicem – i żeby uderzył się w piersi. Jakaś Hassliebe jest w ten film wpisana.

 

Michał Sutowski: Czy kategorie historyczno-klasowe są użyteczne do zdiagnozowania dzisiejszych podziałów społecznych? Czy rzeczywiście potrzebujemy ich do opisania zjawiska dominacji i poporządkowania?

 

Andrzej Leder: Współczesne problemy dominacji mają przede wszystkim charakter kapitalistyczny. Wynikają z funkcjonowania korporacyjnego globalnego kapitalizmu. Polska jako względnie peryferyjny kraj ma w nim dość szczególną pozycję. Tu tkwi sedno problemu. Chłopski protest, o którym mówiła Magdalena Bartecka, to nie bunt przeciwko tradycji ziemiańskiej, tylko problemom przyniesionym na wieś przez korporacyjny kapitalizm. Współcześnie trwa dużo trudniejsza walka – nie wiem, czy do wygrania.

 

Magdalena Bartecka: Ale czy to się nie zaczęło już za czasów folwarku? Przecież folwarku nie stworzono dla zapewnienia społeczeństwu równowagi żywieniowej, tylko dla akumulacji zboża i jego sprzedaży z zyskiem. Taką gospodarkę można już określić nie jako feudalną, ale po prostu kapitalistyczną. Od XVI w. nieustannie obniżano limity przeżycia dla chłopów, a opłacalność sprzedaży zboża się zwiększała, pozwalając szlachcie i magnaterii na zwiększoną akumulację bez konieczności innowacji. Bezpłatna siła robocza zapewniała im zyski. Chłopi pracujący na polu u pana przychodzili z własnym sprzętem, często tym najgorszym, by zmniejszyć efektywność swojej pracy i cudze zyski. Uważam, że tego typu struktury przetrwały aż do dzisiejszych, korporacyjnych czasów.

 

Andrzej Leder: O ile Polska od XVI do XIX wieku była wprzęgnięta w tworzący się rynek i pracowała na rzecz społeczeństw kapitalistycznych, głównie holenderskiego – co teraz często czyta się kluczem postkolonialnym – to jednak struktura społeczna na ówczesnej wsi nie miała charakteru kapitalistycznego, ponieważ nie mieliśmy do czynienia z pracą najemną.

 

Dziś kapitalizm na wsi ma zupełnie inny charakter; nie odtwarza folwarku z niewolniczą pracą, tylko tworzy kapitalistyczne przedsiębiorstwa w postaci wielkoobszarowych gospodarstw, zatrudniających pracowników najemnych z proletariatu wiejskiego. To istotna różnica.

 

Nie mówiąc już o tym, że w Europie produkcja rolna nie opłaca się według kryteriów czysto ekonomicznych; opłaca się natomiast sprowadzanie produktów z Australii albo z Kanady – taka jest niebezpieczna perspektywa. Warunki gospodarcze i społeczne na wsi bardzo się zmieniły w stosunku do historycznych.

 

Michał Sutowski: Czy jako przedsiębiorca, osoba zajmująca się kulturą organizacyjną, uznaje pan te kategorie za istotne? A może przydałaby się raczej współczesna socjologia i współczesne teorie zarządzania?

 

Herakliusz Lubomirski: To pytanie nie przystaje do rzeczywistości – jest absurdalne. Gdybym zadał je członkom mojego teamu, natychmiast sprowadziliby mnie do parteru. W żadnym razie nie uważam, że w zarządzaniu przedsiębiorstwem, praktyce organizacyjnej i pracy nad projektami odwoływanie się do pojęć historycznych ma jakikolwiek sens. Co innego w refleksji na poziomie ogólnym. Natomiast kiedy Magdalena Bartecka powiedziała o folwarczności, wzbudziło to mój bunt, ponieważ to słowo ma naturalnie pejoratywny wydźwięk. Niezależnie od trafności tej diagnozy, wzbudza ona negatywne emocje i chęć przełamania rozpoznanego stanu.

 

 

Fot. Maciej Komorowski

 

Proponowałbym zmianę tego słowa. Każde użyte słowo niesie ze sobą wartość, ocenę, więc starałbym się o termin zawierający wartości, które są pozytywną propozycją.

 

Magdalena Bartecka: Ale można również nadawać słowom wartość. Kiedyś słowo kobieta również miało pejoratywny wydźwięk.

 

Michał Sutowski: Chciałbym wrócić do wątku Hassliebe i gry o uznanie. Opozycja szlachta-chłopstwo, pany i chamy, jest nieustannie obecna w Niepamięci, choć te zestawienia słów nie padają w filmie. Książka Andrzeja Ledera jest projektem myślenia o tożsamości, który pozwala przekroczyć tę opozycję. Szlachcic bez chłopa jako punktu odniesienia nie istnieje, natomiast w przypadku mieszczaństwa sytuacja się zmienia. W ramach niektórych rozważań o końcu historii – w wariancie ambitniejszym niż u Fukuyamy – stwierdzano, iż mieszczaństwo może budować swoją tożsamość bez negatywnego odniesienia do chama, niewolnika, jakiegoś punktu poniżej. Ty w filmie trzymasz się tych kategorii bardzo mocno, jakby były esencjalne, trwałe i niezmienne; chcesz tylko dowartościować jedną w stosunku do drugiej.

 

Magdalena Bartecka: Żeby coś przekroczyć, trzeba to najpierw obnażyć. Często trudne kwestie opisuje się z różnych perspektyw i pokazuje z dystansem, bez osobistego zaangażowania. W filmie zawarliśmy właśnie osobiste zaangażowanie. To było potrzebne, by zidentyfikować się z taką postawą albo ją odrzucić – ale wyzbyć się chłodnego, eksperckiego dystansu.

 

To, jak traktuję te kategorie, może wydać się esencjalne, ale oczywiście nie zależy mi na tym, żeby naturalizować pochodzenie, ani tym bardziej nie postuluję przywrócenia Polski potomkom chłopów, a wygnania potomków szlachty – nie o to chodzi. Chciałam pokazać problem, który silne grupy, mające oddziaływanie medialne, kreują jako brak problemu, bo są ślepe na nierówność.

 

Swoją nieugiętą postawą – może trudną do zaakceptowania – starałam się wyrazić, że ten podział można przekroczyć, ale nie w prosty sposób, używając dystansu. Właśnie dlatego nie wystarczy zmienić jakieś słowo, nadać mu pozytywny wydźwięk, żebyśmy się dobrze poczuli i zignorowali problem – w tym przypadku zacofania polskiej gospodarki i istnienia stosunków niewolniczych przez kilkaset lat. Projekt tożsamości mieszczańskiej może się wydawać atrakcyjny. Ja też widzę w nim pozytywy. Stabilne miejsca pracy, zaufanie do instytucji publicznych, powszechna zdolność kredytowa – to przecież sprawiedliwe korzyści. Ale nie wolno tej tożsamości budować na ekskluzywizmie. Ostatnio przeczytałam w „Gazecie Wyborczej”, jak organizator pewnego festiwalu uzasadniał swoją działalność w taki sposób: musimy się zaopiekować wykluczonymi, żeby nie mieli do nas pretensji za nasz niesprawiedliwy sukces. To powodowane fałszywą świadomością, połączone z obawą wywyższenie samego siebie i wykluczenie innych. Mieszczanie mają poczucie wyjątkowości – nie mogą identyfikować się ze szlachtą (bo być może nie mają takiego pochodzenia), ale z ludem też nie, bo przecież lud to roszczeniowi rolnicy hamujący modernizację. Taka próba wymyślania czegoś nowego nie prowadzi do lepszego społeczeństwa.

 

Andrzej Leder: Podzielam pogląd, że najpierw trzeba nazwać zło złem, a potem poszukiwać dobra. Kłopoty z równościowym dyskursem są częścią dziedzictwa, o którym tu mówimy.

 

Często dyskurs równościowy ujawnia różne formy paternalizmu, pogardy albo lukrowania i podlizywania się… Bardzo trudno mówić równościowo. To też kwestia braku pewnej tradycji.

 

Łatwiej mają te społeczeństwa, które – tak jak skandynawskie – są od wieluset lat oparte na pewnej chłopskiej tradycji, przerobionej przez tradycję socjaldemokratyczną, i które wypracowały wiele języków i procedur chroniących równość. Oczywiście i tak nie działa to idealnie, bo jak wiemy na przykład z książkiHigieniści, zawsze znajdą się tacy, których można skrzywdzić. Jestem zwolennikiem przekroczenia opozycji pana i chama, ale nie dlatego, że to przekroczenie stanowi cel sam w sobie. Obecnie społeczeństwa wysoko uprzemysłowione albo postprzemysłowe żyją w miastach. Wieś jest coraz bardziej penetrowana przez korporacyjny kapitalizm i zamienia się albo w skansen, albo w miejsce wielkoprzemysłowej produkcji żywności. Z tym musimy się konfrontować. Ogromna większość z nas prowadzi miejski styl życia, pracuje w wielkokapitalistycznych instytucjach. To określa nasz sposób funkcjonowania. Czy potrafimy znaleźć jakąś tożsamość, która nie będzie zupełnie nieokreślona i globalna? To jest mocne pytanie. Uważam za istotne odzyskanie genealogii oraz wielkiej emancypacyjnej historii, która w Polsce się jednak odegrała. Zaczynając od 1863 roku – mówię tu o wschodniej Polsce – kiedy car Aleksander „podniósł chłopa z kolan”. (Dowiedziałem się niedawno, że gdzieś w okolicach Kielc stał taki pomnik: „Car Aleksander podnosi polskiego chłopa z kolan”, ale go zburzono). Przez całą drugą połowę XIX wieku trwało unarodowienie, potem rewolucja 1905, a następnie okres międzywojenny i ruchy chłopskie – w Polsce istnieje cała historia emancypacji społecznej, która jest nieopisana. Nie funkcjonuje w kulturze masowej. Znalezienie choćby języka, który by to potrafił opisać, zamiast odwoływać się do różnych powstań, stanowiłoby próbę stworzenia autentycznej genealogii dla aktualnie mieszczańskiego społeczeństwa. Bo niezależnie od pochodzenia wszyscy funkcjonujemy w czymś w rodzaju globalnego mieszczaństwa.

 

 

 

Jest to zapis dyskusji, która odbyła się 3 marca w Krytyce Politycznej.

Opracowała Aleksandra Paszkowska

Zobacz całą fotorelację ze spotkania.

 

 

Dyskutowali:

 

Andrzej Leder, ur. 1960, filozof kultury, socjolog, psychoterapeuta. Pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Zajmuje się filozoficznymi założeniami kultury współczesnej. W badaniach nad kulturą łączy studia medyczne i praktykę psychiatryczną z wykształceniem filozoficznym. Wydał między innymi książki: „Przemiana mitów czyli życie w epoce schyłku” (1997), „Nieświadomość jako pustka” (2001) , „Przemiana mitów druga czyli wojna o obraz” (2004), „Nauka Freuda w epoce Sein und Zeit” (2007), „Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej”(2014).

 

Magdalena Bartecka, ur. 1986, psycholożka społeczna, animatorka kultury peryferyjnej oraz aktywistka wiejsko-miejska. Członkini Stowarzyszenia Animacji Kultury Pogranicza „Folkowisko”. Producentka i bohaterka dokumentu „Niepamięć”. Współorganizatorka kampanii społecznej „Jestem ze wsi!” (2013), akcji „Kultura jest babą” (2014) oraz corocznego festiwalu Folkowisko i Dni Wolności Chłopskiej – święta z okazji zniesienia pańszczyzny w Galicji. Pochodzi ze wsi Chorążanka na Lubelszczyźnie

 

Herakliusz Lubomirski, ur. 1969, obieżyswiat, twórca user experience skomplikowanych systemow internetowych. Prowadził dział projektowania Onet.pl, przedsiębiorstwa internetowe na Ukrainie. Projektuje witryny w Polsce, m.in. Empik czy Niania.pl, Entreprener (startupy internetowe).

 

 

***

CO Z TĄ PAŃSZCZYZNĄ? W DZIENNIKU OPINII PISALI/MÓWILI:

 

Jakub Majmurek: Czy ładnie mi w sukmanie?

Adam Leszczyński: Uwięzieni w folwarku

Magdalena Bartecka: Jestem dumną wieśniaczką

Piotr Kozak: Pańszczyzna – niedokończona sprawa

Jakub Majmurek: Potomek chłopów pańszczyźnianych patrzy na Wilanów

 

**Dziennik Opinii nr 73/2015 (857)

Dziennik Opinii

 

JAK PRZEKONAĆ SZCZURKA I SCHETYNĘ DO UNII?

CEZARY MICHALSKI, 11.03.2015

Pod wpływem wyrównanej od lat walki wyborczej pomiędzy PO i PiS Polska wycofuje się coraz bardziej z realnej polityki europejskiej, z realnej polityki w Unii. W kwestii funduszu inwestycyjnego Junckera i Komisji Europejskiej zajęliśmy właśnie pozycję krajów najbardziej antywspólnotowych. Nie zadeklarowaliśmy jeszcze najbardziej choćby symbolicznej sumy do tego funduszu, podczas gdy decyzję o wpłacie podjęły już nie tylko Niemcy (8 miliardów euro), które istotnie mogą sobie na tak „symboliczną” sumę bez trudu pozwolić, ale nawet Hiszpania (1,5 miliarda euro), a jest to przecież kraj mający wyższe od nas bezrobocie i nieporównanie trudniejszą sytuację budżetową.

 

Eurosceptycyzm został tym razem wyrażony ustami ministra finansów Mateusza Szczurka.

 

Jednak Szczurek był na tego ministra wybrany spośród czterdziestoletniej „młodzieży” naszego sektora bankowego przez Vincenta Rostowskiego nie po to, aby prowadził politykę inną niż eurosceptyczna polityka jego patrona. I nie po to, aby kiedykolwiek wyrósł na podmiotowego polityka PO. Zatem to jest wybór całego obozu władzy.

 

Po kolejnym spotkaniu ministrów finansów krajów UE Szczurek powtórzył, że decyzja o finansowym udziale Polski w tym programie „jeszcze nie zapadła”. I „nie ma pośpiechu”, gdyż „znacznie pilniejsza jest lista polskich projektów inwestycyjnych”. Oczywiście są inne kraje, które jeszcze nie zasiliły funduszu inwestycyjnego Junckera. Tylko czemu Polska rządzona przez „proeuropejską” (tylko na tle PiS-u) Platformę do nich się zalicza? Przecież ta partia zawsze afiszowała się swoim euroentuzjazmem, kiedy chodziło o przedstawienie w kampanii wyborczej wielkości transferów finansowych z UE pozwalających przeprowadzić inwestycje infrastrukturalne na poziomie centrum czy samorządu, albo kiedy w kampanii wyborczej przedstawiała awans Tuska jako wynik konsekwentnej proeuropejskiej polityki Warszawy.

 

Może za Sikorskiego ta polityka była jeszcze jakkolwiek proeuropejska, za Schetyny i Szczurka w stosunku do instytucji wspólnotowych Warszawa stoi zdecydowanie bliżej Budapesztu niż krajów strefy euro (a więc także Słowacji, Litwy, Estonii i Łotwy, a nie tylko krajów „zachodniego rdzenia UE”). Stoi bliżej Budapesztu albo milczy w ogóle.

 

„Moje źródła w Brukseli” (wcale niebędące sympatykami Waszczykowskiego, można nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie) opowiadają ze smutkiem, jak w czasie międzyrządowych spotkań – na przykład z udziałem osieroconego po zniknięciu Sikorskiego Carla Bildta (tworzyli razem projekt „partnerstwa wschodniego” UE) – delegacja polskiego MSZ milczy albo przemawia pustym drewnianym językiem bez pomysłów i bez decyzyjności. Nie jest to tylko wina Schetyny, na którego korzyść przemawia to, że on naprawdę NIE CHCIAŁ zostać szefem MSZ, ale MUSIAŁ, bo gdyby tej propozycji nie przyjął, pozostałoby mu już tylko czekanie na dorżnięcie jego i jego ludzi w strukturach PO. Albo wyjście z partii, na co jest jednak politykiem zbyt odpowiedzialnym. Jakie to przy okazji wystawia świadectwo ludziom, którzy zdecydowali się „zamrozić” polski MSZ, żeby „zamrozić” przy tej okazji Schetynę i mieć w miarę uporządkowaną sytuację w partii? Jednak uwięziony już w MSZ-cie Schetyna wybrał strategię najbardziej pasywną, najmniej ryzykowną, czyli odwołał się do dominującego języka i światopoglądu polskiej prawicy, które są coraz bardziej eurosceptyczne.

 

Również jeśli chodzi o sposób zarządzania funduszem Junckera, mamy już prawie Budapeszt w Warszawie.

 

Szczurek popiera bowiem skrajnie antywspólnotową koncepcję, aby każde państwo było w radzie funduszu reprezentowane przez „swego” przedstawiciela. Podczas gdy Komisja chce zbudować tę radę jako suwerenny podmiot wspólnotowy, który nie będzie rozszarpywany przez narodowe egoizmy spod znaku „moje pieniądze muszą wrócić do mnie”, ale będzie szukał okazji do inwestowania w całej Unii. Inwestowania tam, gdzie szanse powodzenia inwestycji są największe, a także tam, gdzie trzeba ratować ludzi przed najwyższym bezrobociem i polityczną destabilizacją. Inwestować nie na zasadzie „socjalu”, ale żeby zrestartować gospodarkę danego regionu czy kraju, a w ten sposób ratować całą Unię i firmy z całej Unii, które przecież także na rynku całej Unii już od dawna działają.

 

Chcąc przekonać Szczurka do Unii, wystarczy pierwszy z brzegu przykład polskich firm PESA i Solaris produkujących dla Sofii tramwaje i autobusy. Albo polskiej firmy NEWAG, która startuje w przetargu na tabor dla sofijskiego metra.

 

Czy naprawdę Bułgaria i Sofia zamawiają w „naszych” firmach te tramwaje, autobusy i wagony metra za „swoje” pieniądze? Czy naprawdę używają do tego zakumulowanego kapitału „własnego”? Przecież go nie mają, tak samo jak nie miała go Polska, zanim nie zaczęła korzystać z funduszy unijnych.

 

Na razie Bułgaria jest beneficjentem netto unijnych transferów, podobnie zresztą jak Polska, która jest beneficjentem netto największym. To zatem pieniądze „innych” trafią do „naszych” firm, także za „nasze” tramwaje, autobusy i wagony metra, które będą jeździć w Sofii.

 

Gdyby nacjonalistyczne hasło „moje pieniądze muszą wrócić do mnie” było realizowane przez Unię po roku 2004, Polska w ogóle nie miałaby swego planu Marshalla, który – z oczywistych względów – nie mógł do nas dotrzeć z Waszyngtonu po roku 1945, ale trafił do nas po roku 2004 z Brukseli. Oczywiście część tych niemieckich, francuskich, holenderskich… pieniędzy wróciła do Niemiec, Francji czy Holandii, choćby w postaci wynagrodzeń dla tamtejszych firm startujących i wygrywających w „naszych” przetargach. Jednak nawet te pieniądze, które „wróciły do obcych”, pozostawiły w Polsce parę dróg, stadionów, mostów i wyremontowanych dworców. Pozostawiły nawet „u nas” dość znaczący wzrost PKB i poziomu życia.

 

Także pieniądze z rozpoczętego w poniedziałek przez Europejski Bank Inwestycyjny „luzowania ilościowego” poprzez wykup obligacji państw strefy euro (spóźniony, ale jednak „keynesowski” projekt, który powinien się spodobać lewicy, gdyby jeszcze była jakaś lewica i gdyby myślała) posłużą obniżeniu kosztu obsługi długu w całej strefie euro (to już nastąpiło). Przełożą się też na inwestycje i rozwój, z których będzie korzystać także Polska, bo „nasza” gospodarka w największej części związana jest z rynkiem niemieckim i strefy euro.

 

Oczywiście trochę rozumiem ten eurosceptycyzm Schetyny i Szczurka, szczególnie w sezonie wyborczym, skoro na przykład profesor Antoni Dudek przedstawia właśnie publicznie (a jest to głos bardzo reprezentatywny dla całej dzisiejszej prawicowej inteligencji) „darmową radę” do wykorzystania przez Andrzeja Dudę przeciwko Bronisławowi Komorowskiemu. Otóż Duda powinien kategorycznie odrzucić wejście Polski do strefy euro. I zażądać tej samej „deklaracji niepodległości” od Bronisława Komorowskiego, który „będzie się wikłał”. Dzisiejsza geopolityczna doktryna polskiej prawicy (PiS-owskiej i nie tylko) widzi oczywiście alternatywę dla Unii i strefy euro w polskiej polityce zagranicznej. Jest to postawienie na USA, i to nie na Obamę oczywiście, czy demokratów, czy nawet republikańskich centrystów, ale na prawe skrzydło Partii Republikańskiej. Ono otwarcie obiecuje (inna rzecz, czy obietnicę spełni, bowiem w swoim „realizmie” kończyło zwykle na współpracy z Rosją z powodu chociażby Iranu), że Unię Europejską rozwali, a z Polski uczyni swój „lotniskowiec” w Europie Wschodniej. To oczywiście skokowo przyczyni się do zwiększenia naszej suwerenności, „wyzwalając Polskę spod jarzma gejowskiej Brukseli”.

 

Skoro tak się bawią panowie nacjonaliści, i to ci najbardziej cywilizowani, bo przecież nie mówimy tu o koncepcjach Korwina czy narodowców, trudno się dziwić, że minister Szczurek nie ośmieliłby się wpłacić na fundusz inwestycyjny Komisji Europejskiej nawet 100 milionów euro w tej, następnej czy każdej innej kampanii wyborczej. Każde, najbardziej nawet merytoryczne uzasadnienie takiej decyzji zostałoby przecież zagłuszone chóralnymi okrzykami „hańba!” i „zdrada!”, które w Polsce robią za argumenty polityczne, i robią skutecznie.

 

Ale przecież nie tylko znaczna część polskiej prawicy kopie Unię w brzuch, lecz także pewna część polskiej lewicy (akurat nie Magdalena Ogórek, chociaż wolałbym te same ogólnie słuszne poglądy dotyczące konieczności głębszej integracji z Unią usłyszeć wypowiadane przez realnego lewicowego kandydata lub kandydatkę, a nie przez kogoś tak konsekwentnie nieistniejącego), bo Komisja Europejska i EBC są przecież „mniej lewicowe” od Chaveza, Castro, już nie mówiąc o PRL-u powracającym wyłącznie jako obiekt nostalgii (praktycy PRL-u, Rakowski, Reykowski, Miller czy Kwaśniewski, mówili wam i mówią ciągle, jak ta nostalgia ma się do historycznej rzeczywistości, ale wy nie słuchacie). Otóż nawet Komisja i EBC, nawet dzisiaj, są bardziej lewicowe, tyle że w realu, a nie w całkowicie jałowej, oczyszczonej z wszelkiego brudu istnienia radykalnej fantazji. Osłaniają liberalną demokrację i faktyczne elementy państwa opiekuńczego. W porównaniu z Unią – nawet tą dzisiejszą, pozbawioną wielkości „Delorsowskiej wizji” – zaimplantowane na śmietniku globalizacji tępe zamordyzmy nie są żadną wartością, żadną alternatywą, a już szczególnie dla Polski podnoszącej się z gospodarczych i społecznych ruin.

 

Zatem najważniejszy dziś polityczny podział nie przebiega pomiędzy lewicą i prawicą, ale pomiędzy lewicą i prawicą unijną i lewicą oraz prawicą antyunijną (tak, sam wiem, jak to utrudnia lojalną krytykę wewnętrzną UE i próby korekty chadecko-socjaldemokratycznej polityki). I niech się czomskiści i czaweżyści jednoczą z faradżystami i lepenistami do woli. Ja wybieram konsekwentnie stronę przeciwną. Ale właśnie dlatego krytykuję też postępujący zwrot w polityce PO, która zmuszona do licytowania się na „suwerenność narodowych finansów” z PiS-em, coraz bardziej w buty PiS-u wchodzi. A minister Szczurek i Vincent Rostowski w tych akurat butach czują się wyśmienicie.

 

**Dziennik Opinii nr 70/2015 (854)

Krytyka Polityczna

Czy Renata Beger wróci do Sejmu? Na razie awansuje wśród rolników

sewek, 15.03.2015
Renata Beger

Renata Beger (Fot. Tomasz Kaminski / AG)

Była posłanka Samoobrony Renata Beger została wiceprzewodniczącą OPZZ rolników. Nie wyklucza startu do Sejmu w jesiennych wyborach parlamentarnych
zaskakującą wiadomość podało Radio Merkury. Na stanowisko wiceprzewodniczącej OPZZ rolników Beger nominował szef związku Sławomir Izdebski. To działacz znany w całej Polsce – często występował w mediach przy okazji ostatnich protestów rolników.- Moim zadaniem jest organizacja i powiększanie struktur – powiedziała Beger w rozmowie z dziennikarzem Radia Merkury. Nie wykluczyła jednak współpracy z Samoobroną ani startu do Sejmu w jesiennych wyborach. Władze partii w Wielkopolsce, jak wynikało z materiału wyemitowanego w radiu, bardzo sceptycznie podchodzą do tego pomysłu.Renata Beger ma 56 lat. Była posłanką Samoobrony w latach 2001-2007 z okręgu pilskiego. Poza zwykłą działalnością w Sejmie stała się uczestniczką kilku afer. Sąd skazał ją na grzywnę 30 tys. zł oraz dwa lata więzienia w zawieszeniu za fałszowanie list poparcia przed wyborami w 2001 r. Beger konsekwentnie twierdziła, że jest niewinna.Z kolei w 2006 r. we współpracy z dziennikarzami TVN doprowadziła do ujawnienia działań polityków PiS. Działacze tej partii Adam Lipiński i Wojciech Mojzesowicz negocjowali potencjalne korzyści dla kilkorga posłów Samoobrony w zamian za wystąpienie z ugrupowania Andrzeja Leppera i poparcie rządu PiS. Nagrania z tych rozmów, nazwane „taśmami prawdy”, ujawniono w programie „Teraz my!” w TVN. Politycy opozycji nazwali działania PiS „polityczną korupcją”.W ostatnich dniach Beger m.in. szła na czele marszu rolników w Warszawie. Już wtedy, w lutym, w rozmowie z TVN24 nie wykluczała powrotu do polityki: – Ludzie mówią mi, żebym wróciła. Sytuacja może mnie do tego zmusić. Ale jeszcze nie podjęłam decyzji.

Zobacz także

poznan.gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s