Biskup (21.04.2015)

 

Mały polski teleskop zakolegował się z kosmicznym obserwatorium NASA. Efekt? Wielkie odkrycie!

Piotr Cieśliński, 19.04.2015
Czy tak wygląda planeta OGLE-2014-BLG-0124Lb, położona 13 tys. lat świetlnych od Ziemi? Nie wiadomo, to tylko wizja artysty, ale wszystko wskazuje na to, że jest podobna do naszego Jowisza

Czy tak wygląda planeta OGLE-2014-BLG-0124Lb, położona 13 tys. lat świetlnych od Ziemi? Nie wiadomo, to tylko wizja artysty, ale wszystko wskazuje na to, że jest podobna do naszego Jowisza (NASA/JPL-Caltech)

To może być początek pięknej przyjaźni. Kosmicznej przyjaźni. Kosmiczny teleskop NASA i niewielki polski teleskop w Las Campanas w Chile rozpoczęły wspólne poszukiwania odległych planet w Drodze Mlecznej. NASA daje potężny instrument, my – genialny patent. O pierwszym efekcie tej współpracy naukowcy poinformowali właśnie w „The Astrophysical Journal”.
Polacy i Amerykanie odkryli planetę w odległości aż 13 tys. lat świetlnych od Ziemi. To jeden z najdalszych obcych układów planetarnych do tej pory znalezionych.

Dlaczego amerykańska agencja kosmiczna NASA, właściciel teleskopu im. Spitzera (jednego ze swoich czterech dużych kosmicznych obserwatoriów), podjęła współpracę z polskimi astronomami, którzy dysponują maleństwem – 1,3-metrowym teleskopem na pustyni Atakama w Chile?

Bo Polacy wynaleźli i z powodzeniem stosują jedną z najbardziej pomysłowych metod poszukiwania bardzo odległych i ciemnych obiektów w kosmosie, np. takich właśnie jak obce planety (ale nie tylko – w ten sposób można odkrywać także dalekie czarne dziury czy słabo świecące brązowe karły).

Mikrosoczewki grawitacyjne

Polacy wykorzystują technikę, która fachowo nazywa się mikrosoczewkowaniem grawitacyjnym. Polega ona na jednoczesnej obserwacji milionów gwiazd i polowaniu na te, których blask zaczyna nagle wzrastać. To nie zawsze oznacza, że gwiazda jaśnieje, bo coś się z nią dzieje, np. doszło do jej eksplozji czy rozbłysków na jej powierzchni.

Czasem takie pojaśnienie wynika z tego, że między gwiazdą i Ziemią pojawia się „grawitacyjna soczewka”, która skupia promienie świetlne i wzmacnia jej blask. Taką „grawitacyjną soczewką” może być jakaś masywna przeszkoda – np. inna gwiazda, której masa zakrzywi i skupi promienie światła. Jeśli towarzyszy jej planeta, to w obserwowanej krzywej zmiany blasku pojawią się charakterystyczne „dziobki”. Będą zniekształcać obraz niczym skaza na szklanej soczewce. Można po tym rozpoznać planetę, oszacować jej masę i odległość od gwiazdy.

Na ten pomysł wpadł polski astrofizyk prof. Bohdan Paczyński w połowie lat 80. Ponieważ termin „grawitacyjne soczewki” zarezerwowany już był dla całych galaktyk czy gromad, to takie mniejsze obiekty zakrzywiające i skupiające światło nazwano „mikrosoczewkami”.

Biało-czerwone OGLE

Z tego pomysłu w Obserwatorium Uniwersytetu Warszawskiego narodził się projekt OGLE, który stworzył i którym kieruje prof. Andrzej Udalski, jeden z najczęściej cytowanych w literaturze światowej astronomów polskich (laureat „polskiego Nobla”, tj. Nagrody Fundacji na rzecz Nauki Polskiej). OGLE to skrót od Optical Gravitational Lensing Experiment, czyli „eksperyment grawitacyjnego soczewkowania optycznego”.

Polska metoda okazała się niebywale skuteczna i unikalna, bo pozwala odkrywać bardzo odległe planety (odległe o tysiące lat świetlnych), nawet tak niewielkie jak Ziemia, a także krążące w dużo większych odległościach od macierzystych gwiazd (nawet dziesięć razy dalej niż Ziemia od Słońca).

Co więcej, do takich obserwacji wystarczy niewielki, nawet amatorski teleskop. A jeśli połączymy go z kamerą cyfrową i komputerem – łowy na układy planetarne można całkowicie zautomatyzować. W ten sposób szansa na wielkie odkrycie otworzyła się przed astronomami, którzy – tak jak Polacy – nie dysponują na co dzień potężnymi teleskopami i dużymi budżetami.

Od połowy lat. 90. warszawscy astronomowie obserwują niebo za pomocą 1,3-m teleskopu w Las Campanas w Chile na pustyni Atakama. Sami zbudowali wyśmienitą kamerę i napisali program komputerowy, dzięki któremu każdej nocy śledzą na bieżąco jasność blisko pół miliarda gwiazd Drogi Mlecznej. Program alarmuje badaczy, jeśli tylko blask jednej z tych gwiazd zaczyna wzrastać w sposób wskazujący na zjawisko grawitacyjnego mikrosoczewkowania.

Polacy rejestrują w tej chwili tysiące takich zjawisk rocznie. I odkrywają obce planety (już kilkanaście), a także tysiące nowych supernowych, gwiazd zmiennych (wybuchających, pulsujących, zaćmieniowych), kwazarów. To unikalne dane i odkrycia, których zazdrości nam cały świat.

Na koncie OGLE jest m.in. odkrycie w zeszłym roku najdalszej planety w Drodze Mlecznej, która znajduje się w odległości 25 tys. lat świetlnych, nosi symbol OGLE-2008-BLG-092LAb, ma dwa słońca i jest cztery razy cięższa od naszego Urana.

OGLE jednak nie strzeże zazdrośnie swego patentu – wręcz przeciwnie, namawia innych do współpracy, by stworzyć jak najszerszą sieć teleskopów, które będą w stanie objąć polem swego widzenia całe niebo.

Nawet NASA garnie się do współpracy

Kiedy tylko teleskop OGLE zauważy wzrost blasku jednej z gwiazd, co może oznaczać pojawienie się nowej mikrosoczewki grawitacyjnej, natychmiast alarmuje współpracujących astronomów, bo kluczem do sukcesu jest jak najbardziej dokładne i nieprzerwane mierzenie zmiany blasku gwiazdy – chodzi o to, by nie przegapić w krzywej blasku ostrych „dziobków”, które są „odciskiem palca” planety.

Międzynarodowa sieć teleskopów stale się rozrasta. Do współpracujących z Polakami obserwatoriów dołączył teraz także teleskop kosmiczny NASA im. Spitzera. Odkrycie planety, które zostało opisane w „The Astrophysical Journal”, jest pierwszym efektem tej współpracy.

Planeta nosi oznaczenie OGLE-2014-BLG-0124Lb, jest gazowym olbrzymem o masie równej połowie masy naszego Jowisza i okrąża gwiazdę mniej masywną niż Słońce.

Teleskop Spitzera to bardzo cenny nabytek w obserwacyjnej sieci polującej na zjawiska mikrosoczewkowania, bo krąży na orbicie wokół Słońca, obecnie ponad 200 mln km od Ziemi. Spogląda więc w niebo pod całkiem innym kątem niż teleskopy naziemne. Dzięki temu – obliczając tzw. paralaksę – można precyzyjnie obliczyć odległość, w jakiej znajduje się obserwowana mikrosoczewka, co do tej pory było piętą achillesową tej metody.

Polsko-amerykański zespół chce odpowiedzieć na kilka ważkich pytań: jak dużo planet znajduje w centralnym wybrzuszeniu Drogi Mlecznej? Jak są one rozmieszczone? Czy w centrum jest więcej planet niż na obrzeżach Galaktyki, gdzie znajduje się Ziemia?

Obecnie tylko metoda mikrosoczekowania jest w stanie to rozstrzygnąć, bo tylko ona może znajdować planety tak daleko – w odległości nawet 25 tys. lat świetlnych od Ziemi.

A jeśli się to uda, program OGLE i polscy astrofizycy odniosą kolejny wielki sukces, pokazując, że mimo mizerii nakładów na badania naukowe można mieć dokonania na miarę Nobla. Trzymamy kciuki!

Teleskop Keplera, który do tej pory odkrył zdecydowanie najwięcej planet poza Układem Słonecznym (ponad tysiąc), ma znacznie mniejszy zasięg niż metoda OGLE. Ilustruje to poniższa grafika, na której żółtymi punktami zaznaczono planety odkryte przez OGLE dzięki mikrosoczewkowaniu, a na różowo – zasięg pola widzenia teleskopu Keplera:

Zobacz także

wyborcza.pl

Który palec mam ci obciąć?

Piotr Żytnicki, 21.04.2015
Henryk Stokłosa - tutaj w korytarzu sądu - stworzył własną ochronę, która otaczała go m.in. w drodze na rozprawy. Panowie widoczni za byłym senatorem to gwardia pracownicza. Szefem zespołu był Andrzej K., a dzisiejszy sołtys, czyli Romuald Gasperowicz - jego człowiekiem do najtrudniejszych zadań specjalnych

Henryk Stokłosa – tutaj w korytarzu sądu – stworzył własną ochronę, która otaczała go m.in. w drodze na rozprawy. Panowie widoczni za byłym senatorem to gwardia pracownicza. Szefem zespołu był Andrzej K., a dzisiejszy sołtys, czyli Romuald Gasperowicz – jego człowiekiem do… (TOMASZ KAMIŃSKI)

Były ochroniarz Henryka Stokłosy, skazany za wywożenie ludzi do lasu i okaleczenie, wyszedł z więzienia i został sołtysem.
Marzec 2015 r. Mieszkańcy niewielkiej wsi Kruteczek na północy Wielkopolski zbierają się w wiejskiej sali, by wybrać sołtysa. Z gminy przyjeżdżają wójt, sekretarz, dwie radne. Sołtys Mariola Karniszewska chce rządzić wsią przez kolejną kadencję. Ale wtedy wstaje jeden z mieszkańców: – Zgłaszam kandydaturę pana Romualda Gasperowicza.

Gasperowicz, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, siedzi gdzieś z boku. Teraz wstaje i oświadcza: – Zgadzam się.

W zebraniu uczestniczy 53 mieszkańców. Gasperowicz dostaje ponad 30 głosów. Karniszewska przegrywa.

– Wie pan co? Nie dało się odczuć niechęci do niego. Wygrana była dość znaczna. Jako gmina musimy uszanować demokratyczną decyzję mieszkańców – mówi Marcin Filoda, wójt gminy Lubasz, gdzie leży Kruteczek.

Jeszcze rok temu Romuald Gasperowicz odsiadywał w więzieniu czteroletni wyrok za pozbawianie wolności, bicie i okaleczanie pracowników firm Henryka Stokłosy, byłego senatora z Piły, potentata na rynku drobiu i utylizacji padliny. Kara miała się skończyć w lutym 2016 r., ale sąd uznał, że skazany może warunkowo wyjść na wolność.

Gasperowicz prowadzi nad jeziorem gospodarstwo agroturystyczne, ma kemping i lądowisko dla motolotni. Zapewnia, że zaczął nowe życie, czuje się osobą zresocjalizowaną. Ale o przeszłości rozmawiać nie chce, więc nie dowiemy się, czy żałuje swoich czynów. Twierdzi tylko, że wszystko, co miał do powiedzenia, zeznał przed sądem na swoim procesie.

Odnalazłem akta tej sprawy. Gasperowicz przez cały proces milczał, dopiero pod koniec zaprzeczył jednemu z zarzutów, nie przeprosił pokrzywdzonych, nie wyraził skruchy. Z akt sądowych wyłania się obraz bezwzględnego sadysty, dla którego sąd nie widział żadnych okoliczności łagodzących. Być może dlatego Marek Barabasz, rzecznik prasowy Henryka Stokłosy, nie chce dzisiaj rozmawiać o Gasperowiczu: – Pan Stokłosa pewnie go nawet na oczy nie widział. Mamy tysiące pracowników, każdy ma jakieś problemy.

Z tasakiem w ręce

Stokłosa to senator pięciu kadencji (w latach 1989-2005 i 2011 r.), ale przede wszystkim biznesmen. Na liście jego firm są zakłady mięsne, zakład utylizacji padliny, portal internetowy i lokalny tygodnik. Na początku lat 90. Stokłosa korzysta z usług zewnętrznej firmy ochroniarskiej, ale potem rezygnuje z niej i tworzy własną ochronę. Jej szefem zostaje Andrzej K.

Pod koniec lat 90. przychodzi do niego Stokłosa. – Powiedział, że ma dla mnie do pomocy gościa, który będzie ze mną jeździł – zezna potem w prokuraturze szef ochrony. Tym gościem jest właśnie Gasperowicz. Jeżdżą razem polonezem, patrolując stawy rybne, które też należą do Stokłosy. Raz łapią na gorącym uczynku kłusownika, ale zamiast wezwać policję, sami wymierzają sprawiedliwość. Szef ochrony bije złapanego, a potem Gasperowicz każe mu rozebrać się do naga i wejść do stawu. Gdy mężczyzna stoi już w wodzie, ochroniarze wsiadają do poloneza i odjeżdżają. Kłusownik ma złamane trzy żebra.

Gasperowicz pomaga też dyscyplinować pracowników firm Stokłosy. W obroty bierze kierowcę z zakładów mięsnych, który miał wypadek podczas transportu indyków. Gdy próbował przejechać ciężarówką pod zbyt niskim wiaduktem, część klatek z indykami spadła na drogę. Nazajutrz Gasperowicz ma jechać z pechowym kierowcą na miejsce wypadku, ale wjeżdżają do lasu. Pomocnicy Gasperowicza wychodzą z auta, stają obok, trzymają pistolety.

– Jak będziesz uciekać, będą strzelać – mówi Gasperowicz do kierowcy. Wykręca mu ręce, zaczyna bić. Po co? Kierowca ma napisać oświadczenie, że wypadek upozorował, a zgubione indyki ukradł, bo ma problemy finansowe. Gdy kierowca podpisuje papier, Gasperowicz odwozi go do zakładu. Kierowca dostaje fakturę – ma zapłacić firmie 8 tys.

Pecha ma też inny kierowca z zakładów mięsnych, który rozwozi wędliny i inkasuje pieniądze. Pod jednym ze sklepów ktoś włamuje się do auta i kradnie 37 tys. zł. Gdy kierowca wraca do firmy, czeka już na niego Gasperowicz. Wywozi go do lasu, każe mu się rozebrać, a gdy ten leży już nagi na ziemi, zaczyna bić gałęzią po plecach. Chce, by przyznał się do kradzieży pieniędzy. Mężczyzna płacze i błaga o litość. W końcu Gasperowicz odwozi go do firmy. Kierowca „dobrowolnie” zgadza się zwrócić skradzione pieniądze.

I jeszcze jedna historia. Tym razem Gasperowicz szuka złodzieja, który ukradł z magazynów spirytus, bo Stokłosa ma też gorzelnię. Gasperowicz odnajduje młodego chłopaka, wywozi go do lasu, znów rozbiera i bije. W ręku ma tasak.

– Który palec mam ci obciąć? – pyta.

– Żaden – prosi o litość chłopak. Gasperowicz nie słucha, odrąbuje mu wskazujący palec prawej dłoni. – Jak pójdziesz na policję, to spalę twój dom – ostrzega. Zabiera ubrania chłopaka i odjeżdża.

Miejscowa policja nie umiała poradzić sobie z Gasperowiczem. Gdy pytała o niego szefa ochrony w firmach Stokłosy, ten twierdził, że nikogo takiego nie zna. Poradzili sobie policjanci z Centralnego Biura Śledczego, którzy zaczęli ścigać Stokłosę za korumpowanie urzędników i niszczenie środowiska. Przy okazji sięgnęli też do niewyjaśnionych spraw uprowadzeń i okaleczeń.

Sołtys może być karany

Podczas procesu Gasperowicz odniósł się tylko do obcięcia palca. Zaprzeczył, by coś takiego miało miejsce.

Sąd w Chodzieży skazał go na cztery lata więzienia. Sędzia Izabela Dehnel napisała w uzasadnieniu o Gasperowiczu: „Mając przewagę fizyczną i psychiczną nad swoimi ofiarami, stosując metody zastraszania i fizycznego znęcania się, czuł się bezkarny, a swoim zachowaniem wielokrotnie okazywał całkowite lekceważenie dla podstawowych zasad moralnych i obowiązującego prawa”.

Z akt sądowych można się też dowiedzieć, że nie był to pierwszy wyrok Gasperowicza. Wcześniej został skazany za znęcanie się nad żoną, która po dwóch latach małżeństwa rozwiodła się z nim. W kolejnych procesach zmieniały się też życiorysy oskarżonego. Raz podawał, że skończył szkołę średnią, innym razem – że tylko podstawówkę. Raz pracował w firmie swojego brata, która zarządza luksusowymi apartamentami w Poznaniu, innym razem był rencistą.

Gdy wyrok się uprawomocnił, Gasperowicz nie stawił się w więzieniu, lecz zniknął. Wyjechał do Kostrzyna nad Odrą. Namierzyli go policjanci ze specjalnej grupy pościgowej, która działa w wielkopolskiej komendzie.

We wsi Kruteczek ludzie nie chcą rozmawiać o Gasperowiczu. Była sołtys Mariola Karniszewska, która przegrała z nim wybory, odmawia stanowczo: – Proszę zrozumieć, to mała społeczność, nie warto z nikim zadzierać.

Jedna z mieszkanek, która uczestniczyła w wyborach sołtysa, mówi nam jednak: – Większość osób była zaskoczona, że on kandyduje, że został dopuszczony. Ale nikt nie zareagował. Bo skoro wójt nie reaguje, to co mają zrobić ludzie?

– Prawo nie zabrania osobom z wyrokami kandydować na stanowisko sołtysa – mówi wójt Marcin Filoda. To prawda: osoba karana nie może ubiegać się o stanowiska wójta, burmistrza i prezydenta miasta, ale sołectwa to jednostki pomocnicze gmin i tu ta zasada nie obowiązuje.

Mocny człowiek we wsi

Gasperowicz wygrał wybory, bo zebrał więcej głosów niż konkurentka. Jak to możliwe? – Musiał ludziom czegoś naobiecywać, ale nie wiem czego, bo do mnie nie przyszedł. On w ogóle rzadko się we wsi pokazuje, mieszka na uboczu – mówi jedna z mieszkanek.

Wójt Filoda mówi, że sołtysowanie to praca społeczna, nie dostaje się za nią wynagrodzenia. A budżet sołectwa to kilkanaście tysięcy złotych rocznie, wystarczy na remont chodników, jakieś drobne prace, ale nie ma mowy o większych inwestycjach.

Gasperowicz twierdzi, że propozycja, by kandydował na sołtysa, wyszła od mieszkańców, którzy oczekiwali zmian, rozruszania lokalnej społeczności. A skoro prosili, to się zgodził. Na ciężkie czasy potrzebny jest mocny człowiek.

Wójt Filoda uważa, że nowemu sołtysowi należy dać szansę: – Mieszkańcy go ocenią, już nie na podstawie przeszłości, ale tego, jak będzie sprawował swoją funkcję. Przedłużą mu mandat zaufania lub nie.

Warszawska prokuratura zarzucała przemoc także samemu Stokłosie. Senator miał zatrzymać siedmiu mężczyzn i oskarżyć ich o kradzież paszy i świń. „Złodziei” zamknięto na noc w pomieszczeniu gospodarczym, a jednego z nich Stokłosa kazał rozebrać do naga. Od kolejnego pracownika miał zażądać przepisania malucha „na pokrycie strat”, a od jeszcze innego – 23 prosiąt. Uwięzionych pracowników uwolniła policja. Stokłosa został skazany, ale potem wyrok uchylono. Nowy proces jeszcze się nie rozpoczął.

Zobacz także

wyborcza.pl

Biskup pół roku zwlekał ze zgłoszeniem policji księdza pedofila. Papież Franciszek właśnie przyjął jego dymisję

klep, AP, 21.04.2015
Papież Franciszek podczas bożonarodzeniowego orędzia

Papież Franciszek podczas bożonarodzeniowego orędzia (Fot. ALESSANDRO BIANCHI/REUTERS)

Papież Franciszek przyjął dymisję amerykańskiego biskupa, który zwlekał ze zgłoszeniem policji sprawy księdza pedofila. To odpowiedź na pojawiające się coraz częściej żądania karania hierarchów, którzy „kryją” przestępców.

Watykan poinformował dziś, że bp Robert Finn podał się do dymisji, korzystając z zapisów prawa kanonicznego umożliwiających hierarchom wcześniejszą rezygnację ze stanowiska z powodu choroby lub „poważnych” powodów uniemożliwiających pełnienie urzędu.

Finn, który kierował diecezją Kansas City-St. Joseph w stanie Missouri, czekał sześć miesięcy, zanim poinformował policję o sprawie wielebnego Shawna Ratigana. Jego komputer pełen był „nieprzyzwoitych” zdjęć młodych kobiet. Fotografie wykonano w kościele i jego okolicy. Ratigan został skazany na 50 lat więzienia po tym, jak przyznał się do zarzutów o posiadanie pornografii dziecięcej.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s