MON (22.04.2015)

 

Nowa płyta Króla. Każdy wij ma dwa końce [RECENZJA]

Robert Sankowski, 22.04.2015
Król - okładka płyty

Król – okładka płyty „Wij” (Fot. materiały prasowe)

Błażej Król w nową płytę „Wij” włożył pamiątki z lat 80. – zarówno polskich, jak i anglosaskich. Od hipsterskiej elektroniki, przez dark wave, po italo disco. Mamy do czynienia z jednym z najbardziej intrygujących muzyków pokolenia 30-latków. Wciąż sporo dla siebie znajdą tu młodzi słuchacze.
„Wij” to pierwszy album Króla wydany przez firmę Kayax. Wcześniej Błażej nagrywał dla małej wytwórni Thin Man Records. Takie transfery to w show-biznesie codzienność, ale nad tym jednym warto się zatrzymać: potwierdza on wzrost akcji Króla na polskiej scenie.

Do niedawna wydawał się bardziej pupilem dziennikarzy niż artystą z szansami na wymierny sukces. W duecie UL/KR i jako Król wydał w Thin Man trzy płyty idealnie pasujące do profilu wytwórni – oryginalne, intrygujące, z ciekawymi melodiami, a jednak odległe od schlebiania masowym gustom i raczej nieobecne w mainstreamie.

W 2012 r. debiut UL/KR wygrał głosowanie dziennikarzy na płytę roku „Gazety Wyborczej”. Błażej mówił wtedy, że działalność muzyczną spokojnie łączy z pracą zawodową – koncertował w weekendy, a jeśli musiał, brał na chwilę urlop. Dziś na pewno jest mu trudniej – w ciągu tych paru lat zdobył sporą publiczność. Granie na żywo to już nie weekendowa przygoda, lecz kawał poważnej roboty.

Lekko i przejrzyście

Przeszedł muzyczną ewolucję. W UL/KR mieszał mroczny ambient z duszną elektroniką. Nawet najbardziej zapadający w pamięć, noszący znamiona alternatywnego przeboju numer „Po tak cienkim lodzie” miał klaustrofobiczny posmak. W porównaniu z nim promujące pierwszą płytę podpisaną jako Król piosenki „Szczenię” czy „Powoli” – choć zdominowane przez przymglone elektroniczne brzmienia – nabrały niemal radiowej lekkości i przejrzystości. Dla artysty z takim repertuarem Kayax, wydawca Skubasa czy Smolika, wydaje się naturalną przystanią.

Zmiana wydawcy to dowód tyleż rozwoju Błażeja, co świadomości obranej drogi. Thin Man to dom takich artystów jak Kobiety, Muzyka Końca Lata czy Komety. Oryginalnych i – co ważne – nagrywających po polsku. Teraz Król za kolegów z wytwórni ma Hey i Marię Peszek. Choć w rynkowej hierarchii stoją oni znacznie wyżej, to hołdują podobnym artystycznym zasadom co Błażej, już kilkanaście lat temu grający w swoim Gorzowie Wielkopolskim z Kawałkiem Kulki, nadzieją ówczesnej sceny niezależnej łączącą rocka z piosenką poetycką.

Między ambientem a disco

„Wij” potwierdza tropy, które można wyczytać z fonograficznej zmiany barw. Zabawne, że Błażej w tytułach płyt hołduje dość przyziemnym hasłom. Jego debiut nosił tytuł „Nielot”. Teraz od ptactwa przeszedł do świata owadów, i to tych z mroku i wilgoci. Jednak muzyka z dwóch solowych albumów Króla wyznacza raczej przeciwny kierunek. O ile wspomniane piosenki z „Nielota” można uznać za przymiarki do wzlotu na radiowych playlistach, o tyle „Wij” ma potencjał, aby długo na nich szybować.

Nie żeby ten materiał był wybitnie przebojowy. Dla Króla liczy się przede wszystkim klimat. Kreują go zarówno brzmienia (podobnie jak poprzednie płyty nagrał „Wija” w domu, przy użyciu komputera i elektronicznych instrumentów, a jedyną partnerką przy pracy była jego żona Iwona), jak i specyficzne, pełne zaskakujących skojarzeń i słownej żonglerki teksty (zawsze pisane przed muzyką, co także wyróżnia Błażeja).

Pierwsza wersja albumu miała niemal ambientowy, eteryczny nastrój. Jak jednak przyznaje Król, zainspirowany latami 80. sięgnął po automaty perkusyjne, dograł do nowych numerów rytmy, dzięki czemu niektóre nabrały tanecznego, niekiedy wręcz dyskotekowego zabarwienia. Ta „dyskoteka” nie ma kontekstu pejoratywnego. Błażej należy do pokolenia, które odrzuciło estetyczne uprzedzenia poprzedników.

Dlatego już otwierający płytę utwór „Bez korzeni” wzbudza serię zaskakujących skojarzeń. Trochę w nim postindustrialnych brzmień rodem z wytwórni 4AD, ale można się również doszukać odwołań do naszych swojskich przebojów z lat 80. w wykonaniu Urszuli czy Kapitana Nemo.

W „Start” jest sporo z synthpopowego klimatu Tears For Fears czy Depeche Mode, przyznałby się też pewnie do niego elektropopowy eksperymentator z lat 80. Thomas Dolby. Czy w tej piosence nie odbija się jednak dalekie echo „Alei gwiazd” z repertuaru Zdzisławy Sośnickiej? W „Pośredniej stacji” Król brzmi trochę jak rozjaśniona i utaneczniona wersja Brendana Perry’ego z Dead Can Dance.

Największe zdolności do pisania chwytliwych numerów ujawnia jednak w „Zaklęciu” czy „Tajemnicy”. Mają one w sobie coś z klimatu italo disco, ale też przywołują melancholię takich piosenek Bajmu jak „Jezioro szczęścia” czy „Dwa serca, dwa smutki”.

*

Król obciachu się nie boi

To odniesienia czytelne dla słuchaczy wychowanych w latach 80. Wśród rówieśników Błażeja po „Wija” chętnie sięgną ci, którzy odnajdują się w melancholijnej elektronice Caribou, chwytliwej taneczności La Roux, przenicowanym disco Lindstroma. Przede wszystkim jednak ci, którzy dali się ponieść fali nowej polskiej elektroniki obecnej od dwóch-trzech sezonów.

Warto jednak pamiętać, że Król jest na tej scenie postacią osobną. Wbrew modom miesza rozmaite tradycje i estetyki. W przeciwieństwie do Kamp! czy Rebeki nie boi się otrzeć o obciach. W kontrze do młodzieży z Xxanaxxu czy The Dumplings śmiało i świadomie nurza się w staromodnych brzmieniach. No i w odróżnieniu od większości z nich śpiewa po polsku.

Jego piosenki aż proszą się o sukces na listach przebojów. Na drodze do niego staje sam Błażej, który czasem lubi tę swoją muzykę trochę przetrącić, podstawić jej nogę, trochę wykrzywić jakimś dziwnym brzmieniem, akordową progresją lub harmonią. Ale nawet tak „popsuty” album Króla jak „Wij” ma szansę na tytuł jednej z najlepszych polskich płyt roku 2015.


Król
Wij

Kayax

Zobacz także

wyborcza.pl

Marcinkiewicz o PiS: Ideowo Radio Maryja, gospodarczo Samoobrona. To już inna partia

Krzysztof Lepczyński, 22.04.2015
Kazimierz Marcinkiewicz

Kazimierz Marcinkiewicz (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

„PiS przyjęło ideowy program Radia Maryja i gospodarczy program populistycznej Samoobrony, a nawet ich sposób prowadzenia polityki” – ubolewa w „Rzeczpospolitej” Kazimierz Marcinkiewicz. Ostro ocenia też kampanię prezydencką. Nazywa ją „kuriozalną i plastikową”.
„Kuriozalna, sztuczna, tabloidalna i plastikowa” – mówi o kampanii wyborczej Kazimierz Marcinkiewicz, były premier i polityk PiS, w rozmowie dla „Rzeczpospolitej”.

„To jest kuriozum tej kampanii”

Dalej Marcinkiewicz wskazuje, że kampania jest „nudna i niejako nie na temat”. Byłemu politykowi brakuje dyskusji nad stanem demokracji i gospodarki. Wskazuje, że jeśli już poruszane są tematy poważne, to albo wykraczają one poza kompetencje głowy państwa, albo podlane są populistycznym sosem. „To jest kuriozum tej kampanii. Padają propozycje, których prezydent nie jest w stanie zrealizować” – ubolewa.

„On prowadzi najbardziej dynamiczną kampanię” – mówi o Andrzeju Dudzie Marcinkiewicz. „Jest też bardzo pracowity. Pozytywnie mnie tym zaskoczył” – dodaje. Jednocześnie jednak wskazuje, że w jego zachowaniu brak swobody i samodzielności. „Brakuje mu siły naturalnego lidera i zwycięzcy. Nie przekonał mnie do siebie” – zaznacza.

„To już inny PiS”

Marcinkiewicz sugeruje też, że PiS nie ma poważnego programu gospodarczego. Zaznacza, że większość jego twórców z lat 2005-2007 już z PiS odeszło. „Partia przyjęła ideowy program Radia Maryja i gospodarczy program populistycznej Samoobrony, a nawet ich sposób prowadzenia polityki. To już inny PiS” – kwituje.

Cała rozmowa w najnowszej „Rzeczpospolitej”

Zobacz także

TOK FM

„Gdyby Jezus przyszedł na ziemię, ojciec Tadeusz Rydzyk kazałby go zbojkotować” [WYWIAD]

22-04-2015
ZOBACZ ZDJĘCIA »CZĘSTOCHOWA PIELGRZYMKA RODZINY RADIA MARYJA

Dyrektor rozgłośni radiowej Radio Maryja, ojciec dyrektor, Tadeusz Rydzyk na mszy św. w ramach 19. Pielgrzymki Rodziny „Radia Maryja”  /  fot. Andrzej Grygiel  /  źródło: PAP

Myślę, że gdyby Jezus dzisiaj przyszedł na ziemię i głosił Ewangelię, to ojciec Rydzyk nawoływałby z anteny do jej bojkotu – mówi nam reportażysta Marcin Wójcik, który spędził dwa lata wśród słuchaczy Radia Maryja. Właśnie ukazała się jego książka „W rodzinie ojca mego” poświęcona toruńskiemu radiu.

Newsweek: „Słuchając Radia Maryja, jest się na falach prawdy” – mówi jedna z bohaterek Twojej książki „W rodzinie ojca mego”, pani Jadwiga. Jaka to prawda?
Marcin Wójcik: Główna prawda jaka płynie z Radia Maryja brzmi: „Jesteśmy prześladowani, wszyscy są przeciwko nam”. I ta prawda tych ludzi jednoczy. Na tej tezie ojciec Rydzyk zbudował radio.

Newsweek: Kto prześladuje?
Marcin Wójcik: Rząd, Unia Europejska, media, genderyści.

Newsweek: W zbiorze pojawia się reportaż o żonie, którą mąż zamordował na oczach dzieci. Ona słuchała Zetki, on Radia Maryja. Chcesz pokazać, że treści, które płyną z toruńskiego Radia mogą doprowadzić do tragedii?
Marcin Wójcik: To, co robi ojciec Rydzyk jest szalenie nieodpowiedzialne. Telefony do Radia Maryja, wieczorne i nocne audycje, to często wylew nienawiści do inaczej myślących. Ale ojciec Rydzyk i jego dziennikarze na ogół tych nienawiści nie komentują, zostawiają w przestrzeni, te nienawiści żyją swoim życiem. Jeśli więc słuchacze słyszą, że grzesznika można zabić, a ojciec prowadzący tego nie prostuje, to taki mąż, którego żona słucha Zetki, nie modli się i ubiera za krótko, po kilku latach słuchania Radia Maryja i mając problemy emocjonalne, w furii chwyta nóż i zabija żonę, która chce od niego odejść.

Newsweek: Może był poważnie chory. Badano go?
Marcin Wójcik: Badano. I okazało się, że jest zdrowy. Dlatego dostał dożywocie. Podczas zbierania materiałów wysłuchałem sporo takich historii, gdzie mąż albo żona stają się zagrożeniem dla własnej rodziny. Tak jak powiedziałem, to, co robi ojciec Rydzyk, jest nieodpowiedzialne.

Newsweek: To sekciarskie.
Marcin Wójcik: Przede wszystkim nieewangeliczne. Tam jest ciągła walka, nienawiść, podsycanie złych emocji, obrażanie, wytykanie. Jezus nikogo nie wytykał, nie obrażał się na tych, co inaczej myślą, kazał oddać to, co cesarskie Cesarzowi, to co boskie Bogu. Myślę, że gdyby Jezus dzisiaj przyszedł na ziemię i głosił Ewangelię, to ojciec Rydzyk nawoływałby z anteny do jej bojkotu. Nie, nie żartuję, naprawdę tak myślę. Dlatego tym bardziej mnie dziwi, że biskupi wskazują na Rydzyka jako ostoję Kościoła. Przez dwanaście lat należałem do Ruchu Światło-Życie, przez pięć lat studiowałem teologię i z tego co pamiętam, wiara zawsze ma iść w parze z rozumem. Jeżeli go nie ma, to wiara staje się fanatyzmem. Mam wrażenie, że w ostatnich latach polski Kościół kroczy bez rozumu.

Newsweek: Episkopat to ciało kolegialne. Jak wielu biskupów popiera Rydzyka?
Marcin Wójcik: Kiedy wybuchła wojna o Telewizję Trwam pod listem do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w obronie miejsca na multipleksie podpisała się ponad połowa biskupów. Między innymi na tej podstawie można powiedzieć, że ponad połowa Episkopatu nie ma nic przeciwko Radiu Maryja.

Newsweek: Dlaczego?
Marcin Wójcik: Myślenie biskupów jest tożsame z myśleniem ojca Rydzyka. Ba, Rydzyk jest dla nich ostoją Kościoła.

Newsweek: Jakim cudem o. Rydzyk zgromadził taki rząd dusz? Kto zawinił?
Marcin Wójcik: Kościół przespał okres transformacji. Świetnie odnalazł się w czasach komuny, natomiast po ‘89 roku coś się z Kościołem stało i w wolności się zagubił. To Episkopat powinien mieć radio i telewizję. Ale brakuje tam ludzi, którzy czują taką potrzebę. Jak to nowe radio? Przecież mamy swoje katolickie radio, Radio Maryja!

Biskupi i księża nazywają Radio Maryja „Kościołem przychodzącym do domu”, „Amboną eteru”. Z tej ambony wierni słyszą między innymi:
Słuchacz: Tak długo, jeżeli w katolickim państwie takim, jakim jest Polska, od większości polskich ministrów będzie czuć macą i cebulą, tak Polska nigdy nie będzie Polską”.
Ojciec Rydzyk odpowiada: „Dziękuję”.*

Newsweek: Nie chciałeś się z tymi biskupami spotkać, zapytać, dlaczego tak wygląda sytuacja?
Marcin Wójcik: Oczywiście, że chciałem. Próbowałem się skontaktować z biskupami wskazanymi przez jednego z moich bohaterów – ojca Ludwika Wiśniewskiego – jako tymi, którzy wspierają Radio Maryja. Odpowiedziało mi tylko kilku, informując, że się ze mną nie spotkają.

Newsweek: Część czytelników zarzuca ci, że niesprawiedliwie dobrałeś bohaterów. Po stronie Radia Maryja staruszki, emerytki, ludzie kierujący się prostymi zasadami. Po drugiej m.in. wykształcony Krzysztof Luft z KRRiT. Nie szukałeś katolickiej inteligencji?
Marcin Wójcik: Ależ szukałem. W książce są przecież profesorowie z Wyższej Szkoły Rydzyka oraz studenci kierunków podyplomowych. No i jest Krystyna Pawłowicz , profesor prawa. Bardzo się ucieszyłem, kiedy na spotkanie zgodził się Jerzy Zelnik. Poszedłem do niego po zrozumienie jego fascynacji Radiem Maryja. Zaprosił mnie do domu, był bardzo otwarty, zaczęliśmy rozmawiać. I robiłem wszystko, żeby ta rozmowa nie zeszła na „zamach” w Smoleńsku. Nie udało mi się.

Newsweek: Może więc to wrażenie braku obiektywizmu bierze się stąd, że ci wszyscy ludzie – Zelnik, Pawłowicz, uczniowie szkoły, profesorowie – posługują się tą samą retoryką?
Marcin Wójcik: Owszem, i jedni, i drudzy mówią tym samym językiem. Są ukształtowani przez jedno radio, jedną telewizję, jedną gazetę.

Newsweek: Podczas pracy nad książką chodziłeś z Rodziną Radia Maryja modlić się o multipleks, zapisałeś się do szkoły ojca Rydzyka. Czy dostrzegasz jakąkolwiek szansę na porozumienie się z jego zwolennikami?
Marcin Wójcik: Takiej szansy póki co nie widzę. Mogłoby do tego dojść tylko wtedy, gdyby ojciec Rydzyk zaczął takie nici porozumienia puszczać w świat. A on tego nie zrobi, bo to oznaczałoby koniec jego imperium – zbudowanego na poczuciu zagrożenia. Ludzie Radia Maryja mają poczucie, że Radio Maryja to jest ich Arka. Ale żeby była Arka, to dookoła musi być ocean i wzburzone fale.

Czytaj też: Kaczyński w Radiu Maryja – W Smoleńsku mieliśmy do czynienia z zamachem>>>

Msza św. w ramach 19. Pielgrzymki Rodziny

Andrzej Grygiel, PAP
Msza św. w ramach 19. Pielgrzymki Rodziny „Radia Maryja”, 10

Newsweek.pl

 

Źle piszesz o SKOK-ach? To cię pozwiemy. SKOK-i uderzają w dziennikarzy i posłów

Mariusz Jałoszewski, 22.04.2015
Dziennikarka

Dziennikarka „Wyborczej” (wcześniej „Polityka”) Bianka Mikołajewska otrzymała we wtorek Nagrodę Specjalną im. Dariusza Fikusa za „dziennikarstwo śledcze najwyższej próby, odwagę, dociekliwość, rzetelność i nieustępliwość”. Jako pierwsza (od 2004 r.) pisała o… (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

Związane z senatorem PiS Grzegorzem Biereckim SKOK-i uderzają w krytycznie o nich piszących dziennikarzy. Straszą też Joannę Muchę z PO.
Posłanka Mucha dostała właśnie dwa pisma przedprocesowe. Jedno od Kasy Krajowej SKOK, drugie od SKOK-u Piast z Tych, do której należy ponad 100 tys. osób.

Mucha zasiada w sejmowej podkomisji nadzwyczajnej ds. SKOK-ów. Ostatniego dnia marca podzieliła się swoimi wrażeniami z tych posiedzeń w Radiu TOK FM: – Afera SKOK-owa to 45 małych afer Amber Gold, to afera Rywina, ale na znacznie większą skalę. Na skalę, jakiej Polska dotąd nie miała.

Zapytała prowadzącego audycję: – Pamięta pan serial „Ośmiornica”? Mam wrażenie, że mieliśmy do czynienia z taką ośmiornicą.

Miała na myśli splot interesów i powiązań, jakimi obrosły SKOK-i.

Kasa Krajowa wezwała posłankę, by odwołała „pomówienia” i zaniechała „dalszych”. Groźba procesu nie padła, ale posłanka dostała sygnał, że następnym razem, zanim powie coś krytycznie o SKOK-ach, powinna się zastanowić, czy warto.

Z kolei SKOK Piast wprost pisze do niej, że za „nadszarpnięte zaufanie” może zażądać zadośćuczynienia. „Każda negatywna ocena działalności sektora spółdzielczych kas czy nieprawdziwa informacja wyrażona w mediach, w tym wskazująca na istnienie siatki powiązań (…), może doprowadzić do odpływu depozytów”. I że po wypowiedziach Muchy „powstało duże prawdopodobieństwo wystąpienia szkody w majątku Kasy”. Nie wyklucza pozwu o odszkodowanie. Mucha ma 14 dni na zamieszczenie oświadczenia na swoim blogu oraz na portalu Gazeta.pl, że wypowiadała treści „nieprawdziwe i krzywdzące Piasta”.

– Nie wydam oświadczeń. To próba wywarcia nacisku, żebym ja i koledzy z PO i PSL ze strachu przestali się zajmować SKOK-ami. To niedopuszczalne – mówi Joanna Mucha. I dodaje: – Wielokrotnie podkreślałam publicznie, że to, co było najgorsze w systemie SKOK-ów, mamy za sobą. Od kiedy trafiły pod nadzór KNF i są objęte gwarancją Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, ten system jest bezpieczny. Ale trzeba wyjaśnić nieprawidłowości z przeszłości.

O tym, jak ryzykowne jest prześwietlanie SKOK-ów, śledzenie, gdzie trafiły zgromadzone latami przez spółdzielców pieniądze, wiedzą najlepiej dziennikarze.

Bianka Mikołajewska, dawniej z „Polityki”, obecnie z „Wyborczej”, wraz z Maciejem Samcikiem z „Wyborczej” za cykl tekstów o SKOK-ach doczekali się prestiżowej nagrody Grand Press. I cyklu procesów, które wytoczyły im SKOK-i.

Doliczyliśmy się ośmiu pozwów przeciwko „Polityce”. Ten sprzed 10 lat porażał kwotą – Kasa Krajowa chciała 5 mln zł za tekst, w którym Mikołajewska postawiła tezę, że SKOK-i oplótł układ polityczno-biznesowo-rodzinny. Pokazała, jak powiązania z politykami przełożyły się na ustanowienie korzystnego dla SKOK-ów prawa.

– Kwota miała przerażać wydawcę i odstraszać wszystkich, którzy chcieliby podjąć inne kłopotliwe kwestie. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć skali żądania niż jako próby zamknięcia wszelkiej dyskusji publicznej na temat działalności SKOK-ów – podkreśla mec. Krzysztof Pluta, prawnik „Polityki”.

Przypomina, że już w 2005 r. SKOK-i uruchomiły prokuraturę do ścigania domniemanego pomówienia w prasie. Prokurator Mariola Czerwińska szukała dowodów na negatywną kampanię prasową zleconą przez „instytucje finansowe i polityków niechętnych prężnemu rozwojowi kas”. Sprawdzano m.in. Piotra Niemczyka, męża Mikołajewskiej (pobrali się w 2005 r.), który na początku lat 90. tworzył UOP. Gdy władza PiS osłabła, we wrześniu 2007 r. śledztwo umorzono.

– Później zaczęły się inne metody odstraszające. Wytaczano procesy w Gdańsku, a nie w Warszawie, gdzie mieszka Mikołajewska i gdzie jest siedziba redakcji – zaznacza Pluta. Jak to możliwe? – Żeby pozwać nas w Gdańsku, pozwano też Ryszardę Sochę, dziennikarkę „Polityki” z Trójmiasta, która nie miała nic wspólnego z artykułami – tłumaczy.

Sąd w wyroku przyznał rację, że Socha nie powinna być pozwana, ale musiał przeprowadzić cały proces, na który Mikołajewska i Pluta jeździli do Gdańska. „Polityka” proces wygrała, podobnie jak kilka innych.

Kasa Krajowa złożyła też prywatny akt oskarżenia (z art. 212 kk) przeciwko prawnikowi Agory (wydawcy „Wyborczej”), za tytuł komentarza z 2009 r. „TV Trwam i SKOK-i drwią z prawa”. Mec. Piotr Rogowski napisał, że TV Trwam i rzecznik Kasy Krajowej Andrzej Dunajski nie przeprosili Agory po przegranym procesie za nieprawdziwe zarzuty pod jej adresem, jakie padły na antenie TV Trwam.

Rogowski proces wygrał, pozostało jednak wrażenie, że nie mogąc dopaść dziennikarzy – SKOK-i przegrały prawie wszystkie z 15 procesów wytoczonych „Wyborczej” – chcieli uciszyć prawnika. Gdyby przegrał, mógłby zostać usunięty z korporacji radców prawnych i stracić prawo do występowania w sądach.

Maciej Samcik na procesy ze SKOK-ami patrzy dziś tak: – Pozwy odczytywałem jako swego rodzaju nękanie, próbę zniechęcania mnie i redakcji do publikacji na temat wynaturzeń i nieprawidłowości w systemie spółdzielczych kas.

Jak pokazują statystyki, sądy nieraz przyznawały dziennikarzom rację, podkreślając rzetelność autorów i działanie w interesie społecznym. Również w interesie szeregowych członków SKOK-ów, którzy dopiero z tekstów dowiadywali się, co się dzieje w kasach.

Zapytaliśmy o pozwy przeciwko dziennikarzom rzecznika Kasy Krajowej Andrzeja Dunajskiego. Odpowiedział krótko: – Liczba tekstów o kasach i Kasie Krajowej, zwłaszcza od 9 marca 2015 r., jednoznacznie zaprzecza tezie, jakoby SKOK-i „uciszały” debatę o sobie bądź nadużywały prawa do sądu.

PS SKOK-i wytoczyły Biance Mikołajewskiej nowy proces karny, zaś SKOK Stefczyka domaga się od TVP 100 tys. zł.

Zobacz także

wyborcza.pl

Wczoraj katastrofa, dzisiaj zamach. Dziwne przypadki Jarosława Gowina

Dominika Wielowieyska, 22.04.2015
Jarosław Gowin

Jarosław Gowin (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Jarosław Gowin po raz kolejny dowiódł, że w dziedzinie politycznych krętactw dogonił Jacka Kurskiego i Janusza Palikota.
Każdy człowiek ma prawo do pomyłki, zmiany zdania. I każdy może uderzyć się we własne piersi, jeśli nad racjonalną analizą wzięły górę emocje czy sympatie. Są jednak granice takich metamorfoz. Jeżeli robią to politycy skrajni, ze skłonnością do błazenady, jak Kurski czy Palikot, to często machamy na to ręką. Ale Gowin zawsze starał się budować wizerunek polityka poważnego, a takimi postaciami gardził.

Wolty, których dziś dokonuje, nie mieszczą się w normach przyzwoitości. Pamięć wyborców jest krótka. Zacytuję więc, co jeszcze kilka lat temu mówił Gowin o przyczynach katastrofy smoleńskiej w wywiadzie dla „Wyborczej” (listopad 2012 r.): „Zamachu nie było i dla wszystkich racjonalnie myślących ludzi jest to oczywiste. Strona rządowa zorganizowała bardzo wiarygodne badania komisji Jerzego Millera, przedstawiciele rządu udzielili chyba 200 tys. wypowiedzi dementujących pogłoski o zamachu. Sam pewnie parę tysięcy razy na ten temat mówiłem, to co jeszcze mamy zrobić?”.

A tymczasem kilka dni temu Gowin ogłosił w Radiu ZET, że Jürgen Roth, autor książki o katastrofie smoleńskiej, jest dobrym dziennikarzem i nie należy wykluczać jego teorii o tym, że na pokładzie prezydenckiego samolotu był zdalnie sterowany ładunek trotylu. Zamachu dokonały siły rosyjskie, a rozkaz przyszedł z Polski (!).

„Ja mam poczucie, że wiem coraz mniej, jestem coraz bardziej dezinformowany. Dezinformowany przez moje państwo.

Rosjanie nie oddają nam czarnej skrzynki. Jedna trzecia wraku zniknęła, polityka zagraniczna Rosji nabrała charakteru ewidentnie neoimperialnego” – mówi dziś Gowin.

Kiedy dwa lata temu Gowin przekonywał, że zamachu nie było, to problem zwrotu wraku już był w agendzie politycznej, przeniesienie wraku przez Rosjan i pocięcie niektórych jego części też już było znane. Jedyna nowa przesłanka to wojna na Ukrainie. Ta zmiana poglądów jest więc czysto koniunkturalną zagrywką, co najmniej bezwstydną.

Przecież aluzje zamachowe Jarosława Kaczyńskiego w RMF FM Gowin komentował w 2012 r. następująco: „Rzeczywiście łatwiej jest nam polemizować i walczyć politycznie z Jarosławem Kaczyńskim snującym takie, jeżeli nie insynuacje, to co najmniej dziwne aluzje – właściwie czytelne aluzje – niż z Jarosławem Kaczyńskim, który punktuje nas od strony gospodarczej, ale proszę mi wierzyć, my nie wpuszczamy Jarosława Kaczyńskiego w taki kanał. On sam z ogromną determinacją w ten kanał wchodzi i ciągnie za sobą swoją partię”.

Nie tylko w tej sprawie lider Polski Razem zrezygnował ze swoich przekonań. W wywiadzie dla „Wyborczej” mówił w 2012 r. o wydłużeniu wieku emerytalnego: „Mówiłem w kampanii, że trzeba to zrobić. I jestem wierny swoim poglądom”. A w TOK FM też na ten temat dodał: „Nie wszystko w polityce jest kwestią targów, są takie kwestie, w których nie wolno się targować, bo dochodzi się do granicy, jaką jest racja stanu, interes Polski, dobro społeczeństwa”.

Teraz nastąpiła przemiana. Okazało się, że jest gotów głosować za odkręceniem reformy wydłużającej wiek emerytalny. Bo tak chce Jarosław Kaczyński. A tłumaczy to tak w „Polska The Times”: „Współpraca oznacza konieczność zawierania kompromisów i zdaję sobie sprawę, że sam będę musiał pójść na kompromis w kwestii wieku emerytalnego. Ale jednocześnie liczę na wprowadzenie do programu wspólnego rządu wielu rozwiązań wolnorynkowych dla przedsiębiorców”.

Kiedy w 2013 r. odchodził z PO, głosił, że to dlatego, iż Platforma nie chce przeprowadzać reform. Za jedyną poważną zmianę uważał wydłużenie wieku emerytalnego. A poza tym była to demonstracja przeciwko okrojeniu otwartych funduszy emerytalnych przez rząd Tuska. Teraz Jarosław Gowin aspiruje do partii, która chciała w ogóle zlikwidować OFE, i już kwestia funduszy emerytalnych przestała być istotna.

W PiS jest po staremu: Kaczyński się nie zmienił. Za to fundamentalnie zmienił się Gowin, a może zawsze taki był, tylko dostosowywał swoje poglądy do potrzeb politycznych. Dziś siedzi w poczekalni przed gabinetem Kaczyńskiego i czeka na decyzję, czy i jakie miejsce na liście dostanie przed tegorocznymi wyborami. I kto z jego ludzi może liczyć na dobroć prezesa. Jeśli prezes będzie niełaskawy, to Gowin wypadnie za polityczną burtę. Był za słaby, by zbudować samodzielnie partię, więc teraz musi przypodobać się Kaczyńskiemu. Cena, którą trzeba zapłacić za pozostanie w polityce, w przypadku Gowina okazała się bardzo wysoka: trzeba było połknąć własny język.

wyborcza.pl

Wiceszef MON o kupnie baterii Patriot: Skończy się szantażowanie ze strony Rosji rakietami Iskander

Rozmawiał: Paweł Wroński, 22.04.2015
Francuski Caracal wszedł do służby w 2005 roku. Śmigłowiec może zabrać na pokład 28 osób. Jego zaletą jest potężna moc silników - zasięg przeszło 800 km i prędkość maksymalna 324 km/godz. Produkowany jest także m.in. jako śmigłowiec ratowniczy

Francuski Caracal wszedł do służby w 2005 roku. Śmigłowiec może zabrać na pokład 28 osób. Jego zaletą jest potężna moc silników – zasięg przeszło 800 km i prędkość maksymalna 324 km/godz. Produkowany jest także m.in. jako śmigłowiec ratowniczy (ANTHONY.PECCHI I)

Wybór systemu antyrakietowego pozwoli bronić polskiego nieba od chwili podpisania umowy. A w sprawie śmigłowca mieliśmy wybór – albo Caracal, albo unieważniamy przetarg, bo inne śmigłowce nie spełniały warunków – mówi Czesław Mroczek, wiceszef MON odpowiadający za zamówienia wojskowe
PAWEŁ WROŃSKI: Jeszcze niedawno mówiło się, że decyzje w sprawie tarczy antyrakietowej i śmigłowca nie będą podejmowane przed wyborami, bo to może spowodować spory i protesty ze strony przegranych.

CZESŁAW MROCZEK: Gdybyśmy w ten sposób myśleli, to nie podjęlibyśmy żadnej decyzji w tym roku, bo na jesieni są wybory parlamentarne.

Przeprowadziliśmy gruntowną analizę ofert systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Ostateczna oferta na śmigłowce przyszła ponad trzy miesiące temu. Swoją opinię o współpracy offsetowej wydało Ministerstwo Gospodarki.

Gdybyśmy zawiesili decyzję, narazilibyśmy się na zarzut, że nie potrafimy takiego dużego przetargu przeprowadzić. Co najważniejsze, stracilibyśmy cały rok programu modernizacji sił zbrojnych, a to już byłby niewybaczalny błąd. Szczególnie w przypadku obrony przeciwlotniczej, która jest przestarzała, i przeciwrakietowej, której w ogóle nie mamy.

Mamy świadomość wagi tych rozstrzygnięć. Decyzje są naprawdę dobre dla sił zbrojnych i kraju. I jesteśmy gotowi ich bronić.

Zacznijmy od ważniejszej z geopolitycznego punktu widzenia obrony przeciwrakietowej i przeciwlotniczej Wisła. Jeszcze dwa miesiące temu mówił pan, że obaj oferenci – Amerykanie i Francuzi – nie spełniają naszych warunków.

– Mówiłem, że zestawy nie spełniały wszystkich warunków. Chodzi o warunek sieciocentryczności (możliwości działania w systemie obrony przeciwlotniczej) i o radar zdolny do pracy w zakresie 360 stopni. Te warunki będą spełniać systemy w konfiguracji docelowej. W trakcie postępowania otrzymaliśmy zapewnienie producentów, że w okresie przejściowym – zanim otrzymamy nasze zestawy – do Polski zostaną wysłane zestawy, którymi oni dysponują.

Gdy negocjacje przeszły na poziom rozmów międzyrządowych, administracja USA i rząd Francji zagwarantowały, że w Polsce pojawią się oddziały z zestawami przeciwlotniczymi i przeciwrakietowymi. To bardzo ważna decyzja o znaczeniu militarnym. Będziemy bezpieczniejsi już w chwili podpisania kontraktu. Zyskamy możliwości, których do tej pory nie mieliśmy. I co ważne, skończy się szantażowanie ze strony Rosji rakietami Iskander z Kaliningradu.

Do tej pory nikt nie testował możliwości zestrzelenia rakiet Iskander.

– Z symulacji cyfrowych wynika, że zestawy Patriot i pociski PAC-3MSE takie możliwości mają.

Co zadecydowało, że wygrali Amerykanie? Pojawia się podejrzenie, że to decyzja stricte polityczna.

– Proszę mi wierzyć, rozpatrywano tyle kryteriów technicznych, że po prostu nie ma możliwości, aby to kwestie polityczne były decydujące. Decyzja była naprawdę kompleksowa i w każdym aspekcie niewielką przewagę miała propozycja amerykańska. Przy czym należy podkreślić, że także propozycja francuska i warunki, jakie nam przedstawił francuski rząd, były bardzo dobre.

Kiedy pierwsze dostawy?

– W ciągu trzech lat od podpisania umowy otrzymamy dwie baterie w standardowej konfiguracji. Kolejne będą już w konfiguracji docelowej. Łącznie zamawiamy osiem baterii.

Druga ważna decyzja to śmigłowce. Do testów został wybrany francuski Caracal, co oznacza jego niemal pewne zwycięstwo. Czy spodziewa się pan protestów związkowców z zakładów w Świdniku, który oferował AW 146, i w Mielcu, który chciał sprzedać black hawki?

– Ja nie wykluczam protestów, zresztą mieliśmy już w tej sprawie zapowiedzi. Chciałbym jednak, aby wszyscy zdawali sobie sprawę, że mogliśmy wybrać Caracala albo w ogóle unieważnić przetarg. Propozycje Świdnika i Mielca nie spełniały naszych wymagań. Nie było potrzeby unieważniania przetargu, bo Caracal je spełniał.

Potrzebujemy „wołu roboczego” – śmigłowca, który zastąpiłby Mi-8 i Mi-17. Śmigłowca przeznaczonego do transportu, wsparcia bojowego, ale także zdolnego brać udział w akcjach ratowniczych i służyć do zwalczania okrętów podwodnych. Który potrafi zabrać 12 żołnierzy z pełnym wyposażeniem plus trzech członków załogi. Krytycy twierdzili, że po prostu takiego śmigłowca nie ma. My pokazaliśmy, że jest.

Przy czym uwaga – to nie jest tak, że śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych to nie to samo co śmigłowce transportowe. To są te same platformy. Chodzi o to, aby obie konstrukcje wykorzystywały co najmniej 50 proc. tych samych części.

Dzięki temu oszczędzamy na obsłudze technicznej, na szkoleniu, bo w jednym ośrodku będą szkoleni specjaliści z wojsk lądowych, specjalnych i Marynarki Wojennej. To naprawdę dobre, optymalne rozwiązanie.

Ponoć francuski śmigłowiec jest najdroższy.

– To nie jest prawda. Ceny oferowanych śmigłowców są podobne. Jednak przekraczają nasze oczekiwania, więc zmniejszymy zamówienie z 70 śmigłowców do 50. Jedna eskadra w brygadzie kawalerii powietrznej pozostanie na śmigłowcach Mi-17. Zamierzamy też w związku ze zmianami w systemie europejskiego bezpieczeństwa jak najszybciej zakupić śmigłowce uderzeniowe, które zastąpią Mi-24.

Dyrekcje fabryk w Świdniku i Mielcu argumentują, że przyznanie zamówienia Eurocopterowi, który dopiero będzie budował swoje zakłady w Polsce, jest ciosem w nasz przemysł obronny.

– To kolejne nieporozumienie. Airbus, którego elementem jest Eurocopter, ma zakłady w Warszawie, gdzie produkowane są m.in. elementy samolotu CASA. Są jeszcze zakłady w Łodzi, w których chce stworzyć montownię i centrum serwisu. Do tej pory były one nastawione na obsługę techniki postradzieckiej i zupełnie zapomniane. W tych ośrodkach zostaną ulokowane inwestycje. W przeszłości taką szansę uzyskały Mielec i Świdnik, teraz otrzymają ją także inne ośrodki.

To nie jest zresztą tak, że Mielec i Świdnik zostają opuszczone przez polskie siły zbrojne. W Mielcu zamawialiśmy i serwisujemy samoloty Bryza, w Świdniku śmigłowce Głuszec, poza tym serwisowane są wszystkie śmigłowce W-3. Ten kontrakt to szansa stworzenia nowych miejsc pracy.

Politycy opozycyjni z Lubelszczyzny i Podkarpacia twierdzą, że ta decyzja dyskryminuje ich regiony, bo tam wygrywa PiS. Suflują, że zakup francuskiego śmigłowca wynika z tego, iż Tusk został przewodniczącym Rady Europejskiej i była potrzebna pomoc Francji.

– To absurd. Ale co ja zrobię, że ludzie czasami mówią takie głupoty. Oferta francuska była najlepsza także z punktu widzenia inwestycji i transferu technologii. To ocena nie tylko nasza, ale także Ministerstwa Gospodarki. Mam przekonanie, że podjęliśmy optymalne decyzje dobre dla polskich sił zbrojnych, ale co ważne dla gospodarki, pozwalające na największy transfer technologii.

Obronne decyzje rządu

– Rząd podjął decyzje, które zwiększają bezpieczeństwo Polski w niebezpiecznym świecie – ocenił wczorajszą decyzję rządu prezydent Bronisław Komorowski. Rząd zdecydował, że tarcza antyrakietowa powstanie we współpracy z USA, a do testów zostanie skierowany francuski śmigłowiec Caracal.

Prezydent po spotkaniu z premier Ewą Kopacz i szefem MON Tomaszem Siemoniakiem nie krył satysfakcji, bo w 2011 r. był inicjatorem budowy tarczy antyrakietowej. Ostateczne negocjacje w sprawie programu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej średniego zasięgu „Wisła” mają być przyspieszone i jeszcze w maju min. Siemoniak w tej sprawie pojedzie do Waszyngtonu.

Oprócz decyzji o wyborze francuskiego śmigłowca wielozadaniowego rząd zdecydował, by przyspieszyć wybór śmigłowca uderzeniowego, który zastąpi Mi-24. Do tej pory jednak nie wybrano dostawcy tego sprzętu.

– Niedługo zostaną rozstrzygnięte inne przetargi wzmacniające polską obronność – zaznaczył prezydent.

Jego zdaniem polskie decyzje powinny wpłynąć na zwiększenie wydatków zbrojeniowych krajów Unii Europejskiej i NATO.

Przyznał, że rodzi to obawy o zwiększenie deficytu budżetowego. Ale zapowiedział, że zgłosi inicjatywę, aby finansowanie modernizacji sił zbrojnych zostało wyłączone z procedury unijnej nadmiernego deficytu.

Zobacz także

wyborcza.pl

Debata 11 kandydatów na prezydenta w TVP, czyli demokratyczna pułapka

Agnieszka Kublik, 22.04.2015
Telewizja Polska ma obowiązek przeprowadzenia debat między kandydatami. Na zdjęciu: siedziba TVP w Warszawie

Telewizja Polska ma obowiązek przeprowadzenia debat między kandydatami. Na zdjęciu: siedziba TVP w Warszawie (Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta)

Czy da się zorganizować demokratyczną debatę kandydatów na prezydenta, by nie łamiąc zasad demokracji, wykluczyć z niej wrogów demokracji?
Na 5 maja TVP zaplanowała w Jedynce debatę. Zaprosiła 11 kandydatów na prezydenta. Tylu udało się zebrać 100 tys. podpisów. Debata to obowiązek TVP. Nałożył go na nią uchwalony w 2011 r. nowy kodeks wyborczy. Chodzi o „poszanowanie zasady równości w prezentowaniu stanowisk i opinii uczestników debaty”.

Marcin Król, filozof, nie ma wątpliwości: – Telewizja publiczna wykazałaby się szaleńczą odwagą, gdyby nie zaprosiła do studia tych, którzy są głęboko antydemokratyczni – Janusza Korwin-Mikkego i Grzegorza Brauna. Konstytucja powiada, że Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym. Dlatego ci, którzy głoszą poglądy antydemokratyczne, nie powinni mieć prawa kandydowania ani głoszenia swoich poglądów. Bo to jest niebezpieczne dla demokracji. Nie widzę powodu, by takie poglądy w demokracji tolerować i nadawać im rangę, pozwalając je głosić w telewizji publicznej – mówi Marcin Król.

– Ale TVP nie wykaże się odwagą – twierdzi profesor.

Wykaże się odwagą? – pytam prezesa TVP Juliusza Brauna. – TVP nie będzie łamać obowiązującego prawa. Kodeks wyborczy stwierdza, że TVP ma obowiązek przeprowadzenia debat między kandydatami. PKW jako „najwyższy organ wyborczy właściwy w sprawach przeprowadzania wyborów” dokonała rejestracji kandydatów. Ustawa kandydatom przyznała określone prawa, a na TVP nałożyła obowiązki.

Szef KRRiT Jan Dworak mówi, że wpisanie do kodeksu wyborczego obowiązkowych debat w TVP to błąd. – To jest ta sytuacja, o której się mówi, że piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Ustawodawca miał dobre chęci, ale nie pomyślał o konsekwencjach – mówi. – I wpadliśmy w demokratyczną pułapkę. Teraz TVP i my musimy zgodnie z prawem wszystkich kandydatów traktować na równi, choć ich polityczne znaczenie jest różne. Dopóki takiego obowiązku nie było, telewizja kierowała się rozsądkiem i zapraszała do debaty, kogo chciała.

A teraz nie może? – pytam Dworaka. – Nie. To jak pytanie, czy jest demokracja dla wrogów demokracji. Wykluczenie z debaty któregokolwiek kandydata to byłoby złamanie prawa. I byłby to krok w kierunku cenzury.

To, jak ma wyglądać debata, jest szczegółowo opisane w rozporządzeniu KRRiT, które powstało w porozumieniu z TVP. I tak: telewizja publiczna musi zorganizować co najmniej jedną debatę w ostatnich dwóch tygodniach kampanii. Debata musi być emitowana na żywo, w najlepszym czasie antenowym (między godz. 18 a 22). I nie może być krótsza niż 45 minut. Każdy z kandydatów ma prawo do udziału w takiej samej liczbie debat i mieć w nich tyle samo czasu.

Kandydaci w ostatnich dniach często goszczą w mediach. Np. kandydat Grzegorz Braun opowiadał w Radiu TOK FM m.in., że „Muzeum Holocaustu w Nowym Jorku oraz Żydów Polskich w Warszawie to organy antypolskiej propagandy wybielającej Niemców”, że „Polska i cała Europa Środkowa stają się kondominium niemiecko-rosyjskim pod powierniczym zarządem żydowskim”. Korwin-Mikke jest przeciwnikiem demokracji, wszystkich rządzących nazywa bandytami, złodziejami i głupcami, oskarża o korupcję i wychwala Putina.

Pytam Dworaka, co będzie, gdy np. Braun podczas debaty na żywo zacznie wykrzykiwać, że „Polska jest rządzona przez Żydów” albo że „prezydent Komorowski to agent Moskwy”? Dworak: – Jest wiele dobrych odpowiedzi. Np. trzeba jasno stwierdzić, że to są poglądy nieakceptowalne i że nie ma na nie dowodów. Kandydatów niedemokratycznych trzeba wykluczać werbalnie, a nie fizycznie z debaty. Byłbym za tym tylko wtedy, gdyby było ryzyko, że przez ich obecność w studiu telewizyjnym demokracja dozna uszczerbku. Moim zdaniem nie dozna. Może nawet się wzmocni, pokazując, że jest tolerancyjna nawet wobec postaw jawnie antydemokratycznych.

Prezes TVP Juliusz Braun: – Gdy kandydat dopuści się przestępstwa, właściwe organy państwa będą zobowiązane do odpowiedniej reakcji.

Zobacz także

wyborcza.pl

Prezes PiS zapowiada konsekwencje wobec prezydenta Białej Podlaskiej. Kara za SKOK na miejską kasę?

Bianka Mikołajewska, 22.04.2015
Senator PiS Grzegorz Bierecki (po lewej) i prezydent Białej Podlaskiej Dariusz Stefaniuk (w środku)

Senator PiS Grzegorz Bierecki (po lewej) i prezydent Białej Podlaskiej Dariusz Stefaniuk (w środku) (EWELINA BURDA)

Jarosław Kaczyński zapowiada „ostre decyzje” PiS wobec Dariusza Stefaniuka, prezydenta Białej Podlaskiej, jednego z najbliższych współpracowników senatora Grzegorza Biereckiego. Grozi mu odebranie partyjnej legitymacji.
To efekt publikacji „Wyborczej”. Wyciągnięcie konsekwencji wobec Stefaniuka prezes PiS zapowiedział w poniedziałek w TVP Lublin.

Gdy prowadząca program zapytała, jak ocenia to, że prezydent Białej Podlaskiej, wybrany dzięki poparciu PiS, zlecił obsługę prawną magistratu kancelarii, której wspólnikami są trzej współpracownicy Grzegorza Biereckiego i jego syn, Kaczyński odparł: – Oceniam to bardzo krytycznie. Ta sprawa będzie przedmiotem rozmowy w partii, być może nawet ostrych decyzji dyscyplinarnych.

Pytany, co grozi Stefaniukowi, odpowiedział: – Usunięcie z partii.

I dodał: – Tutaj żadne protekcje nie będą miały znaczenia. Tego rodzaju działania będą traktowane bardzo, bardzo ostro.

Mówiąc o „protekcjach”, prezes PiS miał najpewniej na myśli wsparcie ze strony Grzegorza Biereckiego, jednego z założycieli Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, a dziś senatora.

To dzięki poparciu Biereckiego, wbrew woli lokalnych działaczy, Stefaniuk został w 2014 r. kandydatem na prezydenta Białej Podlaskiej. W walce o fotel wspierały go podmioty należące do systemu SKOK-ów – sponsorując rozmaite imprezy i gadżety, a przede wszystkim finansując „Tygodnik Podlaski”, który przez kilka przedwyborczych miesięcy promował Stefaniuka.

W marcu w artykule „SKOK na magistrat” ujawniliśmy, że kilka tygodni po objęciu przez Stefaniuka fotela prezydenta miasta obsługę prawną magistratu zlecono Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów A. Jedliński i Wspólnicy. Jej udziałowcami są: Adam Jedliński (wieloletni członek władz SKOK-ów, przyjaciel prezydenta Lecha Kaczyńskiego), Andrzej Sosnowski i Grzegorz Buczkowski (najbliżsi współpracownicy Biereckiego w Kasach) oraz Dominik Bierecki (syn senatora).

Kancelaria zajmuje się głównie obsługą wierzytelności klientów SKOK–ów. Nic natomiast nie wiadomo o jej doświadczeniu w obsłudze samorządów. Rzecznik prezydenta Białej Podlaskiej Michał Trantau przekonywał, że wybrano „najlepszą kancelarię, niepowiązaną z lokalnymi układami”.

Umowa z kancelarią została podpisana na czas nieokreślony. Za obsługę bialskiego urzędu dostaje 5 tys. zł stałego miesięcznego wynagrodzenia.

Jeśli jednak jej prawnicy przepracują na rzecz miasta więcej niż 25 godzin w ciągu miesiąca, wówczas za każdą dodatkową godzinę pracy każdego z pracowników dostaje 250 zł. W marcu pytaliśmy kancelarię i rzecznika prezydenta Białej Podlaskiej, czy prawdą jest, że ostatnia faktura wystawiona magistratowi opiewała na 60 tys. zł.

Taką kwotę wymieniali urzędnicy bialskiego magistratu. Ani wspólnicy kancelarii, ani Michau Trantau nie odpowiedzieli wówczas na to pytanie.

W tym samym artykule ujawniliśmy również, że w lutym Dariusz Stefaniuk nakazał prezesom pięciu miejskich spółek podpisać z kancelarią A. Jedliński i Wspólnicy umowy na przeprowadzenie audytów due diligence (polega to w skrócie na dogłębnym zbadaniu, czy firma, którą chce się przejąć, jest w dobrej kondycji finansowej).

Zgodnie z umowami zaproponowanymi przez kancelarię podstawowy koszt usługi wyniósłby blisko 370 tys. zł. Spółki miałyby jednak również pokryć koszty dodatkowe, których granicy nie określono. Choć informacje o umowach zawieranych przez miejskie spółki powinny być jawne, w projektach umów zapisano obowiązek zachowania ich „w ścisłej tajemnicy”.

Gdy szefowie miejskich spółek uznali, że nie mogą podpisać takich kontraktów bez formalnej decyzji prezydenta i przeprowadzenia przetargów, Stefaniuk wprowadził do rad nadzorczych osoby z Trójmiasta (skąd pochodzi Bierecki) i ze SKOK-ów. Teraz rady nadzorcze dokonują zmian w zarządach.

W oświadczeniu wydanym po marcowej publikacji „Wyborczej” Stefaniuk napisał, że nigdy nie nakazywał prezesom spółek podpisania umów due diligence i że „medialne doniesienia” w tej sprawie to „element brudnej kampanii przeciwko urzędowi miasta”.

Sprawę zlecenia kancelarii obsługi magistratu i działania władz miasta w sprawie umów due diligence bada bialska policja.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s