Biedroń (07.03.15)

 

Oto Chu***a Pani Domu

Monika Tutak-Goll, 07.03.2015
Magda Kostyszyn, założycielka bloga

Magda Kostyszyn, założycielka bloga „Ch***owa Pani Domu” (Dawid H. Groński)

Nauczę Cię, jak nie gotować oraz w jaki sposób nie oporządzać gospodarstwa domowego. Śmiało, rozgość się w moim królestwie. PS Nie musisz ściągać butów
Nigdy nie rozmrażała lodówki. („Pierwsze słyszę, że trzeba”). Potrafi wyhodować rafy koralowe na ziemniakach. („Czy kartofle na pewno się wtedy nie nadają?”). Gdy nie ma pod ręką durszlaka, torebkę z ryżem wiesza na kranie. Marzy, by upiec prawdziwy chleb, ale jeszcze nigdy nie wyjęła z piekarnika niespalonych ciastek. Potrafi nastawić pranie w piątek i wyjąć w niedzielę. Prasuje tylko wtedy, kiedy musi, zwykle tak jej się udaje uprać, że nie musi już prasować.

Zdarzało się, że zrobili sobie z chłopakiem kawę, ale nie mieli czym zamieszać. („W zlewie piętrzyły się brudne garnki, jeszcze nie mieliśmy zmywarki”). Użyła widelca. Do pralki wrzuca dziesięć par skarpet. Większość wyjmuje bez pary. Chciałaby mieć w mieszkaniu tak jak Perfekcyjna Pani Domu: posegregowane, ułożone, wypieszczone. Ale u niej z potrzeby porządku bierze się tylko bałagan. Dlatego nigdy nie zdałaby testu nawet czarnej rękawiczki. I nie zamierza się tym przejmować.

Mop od ręki

Wszystko zaczęło się od tego prania. Magdalena Kostyszyn rzeczywiście nastawiła je w piątek. Kolorowe. Pranie segreguje zawsze na dwie kupki – białe i kolor. Czarne, niebieskie, szare, czerwone pierze się zawsze w „kolorze”. Białe, niebieskie, szare, czerwone pierze się zawsze z „białymi”. Na metki większej uwagi nie zwraca – nie wie, co delikatne, co do ręcznego. Nie ukrywa, że zdarzyło się jej wyjąć z bębna przymały sweter.

W niedzielę, gdy kładła się spać, przypomniała sobie o tamtym praniu z piątku. Wrzuciła wtedy T-shirty Pawła, swoje spódnice, zieloną sukienkę, jakąś piżamę. Pralka wyłączała się sama, łatwo można było zapomnieć. Zatęchło. Otworzyła bęben, skrzywiła się, zamknęła, włączyła jeszcze raz. Nastawiła podwójne płukanie. Na swoim osobistym blogu Venilakostis.com napisała: „Wstawić pranie w piątek, wyjąć w niedzielę”, i otagowała: „#ch panidomu”.

Jeśli zabałaganione biurko oznacza zabałaganiony umysł, oznaką czego jest puste biurko?

Delikatniej nie mogła tego opisać. Jeśli przytrafiają się jej aż takie rzeczy, trzeba to nazwać dosadnie, po męsku. Zadziałało jak katalizator. Dostała kilkadziesiąt radosnych komentarzy, kobiety pisały: „U mnie to samo!”, „Ile razy!”, „Chcę więcej, od razu człowiekowi lepiej, kiedy wie, że nie jest sam!”, „Jakie szczęście, że nie tylko ja!”, „Skąd wiesz, że to moja pralka?”. Nie sądziła, że dzielenie się własną wpadką może się spotkać z takim aplauzem. Że dzielenie się tym, co przeciętne, zwykłe, może się tak podobać. Ale niektóre Polki najwyraźniej na to czekały – żeby można było spokojnie powiedzieć, że nigdy nic dobrego się nie ugotowało. I że to żaden wstyd.

Mem z bloga: „Co za szczęście, że dzwonisz! Prawie zaczęłam sprzątać dom!”

W telewizji kończył się właśnie pierwszy sezon polskiej „Perfekcyjnej Pani Domu”: Małgorzata Rozenek z uśmiechem pokazywała, jak skutecznie wyczyścić szczoteczką do zębów fugi między płytkami łazienkowymi, jak książkowo przygotować dom na przyjście gości, i surowo oceniała nieporządek w polskich kątach. Przez dwa dni uczestniczki programu podpatrywały, co można w domu zrobić lepiej: jak usuwać plamy z kanapy, jak wiązać kokardki na słoikach i co zrobić, by w mieszkaniu mieć 3xP – rzeczy tylko piękne, pożyteczne i pamiątkowe (te najlepiej w specjalnych pudełkach wspomnień!).

Ta kobieta, która najlepiej poradziła sobie z domowymi obowiązkami, otrzymywała tytuł Perfekcyjnej Pani Domu i koronę, a przegrana – mopa do ręki. Magda przeczytała kiedyś, co o programie powiedziała Maria Czubaszek: „Nie można wbijać w głowę kobietom, że właściwy cel życia każdej z nich to wypucowany dom żeby się lśnił, przepraszam, jak psu jaja”. Pomyślała, że coś w tym jest. I że ma dosyć wciskania kobietom, że utrzymanie czystości w domu to wyłącznie ich obowiązek.

Polki oglądały program chętnie: człowiek już tak ma – zawsze dobrze zobaczyć, że u nas nie jest najgorzej, że jeszcze można sobie trochę pofolgować. Oglądały go też po to, by te swoje domy rzeczywiście poskromić. Magda uważa, że niektóre rady były naprawdę dobre, np.: „Wlej do sedesu colę zamiast domestosa – zadziała tak samo”, „Umyj kubki solą kuchenną – zniknie osad po herbacie” lub „Skarpetki związuj razem albo pierz w specjalnym worku”.

Kurkot Kollektiv: Mamy niepospłacane karty kredytowe, ale czujemy, że żyjemy

Magda oglądała wersję brytyjską z Antheą Turner. Dowiedziała się:
– jak prowadzić domowe biuro – Magda pracuje z domu w branży PR, uważa, że dobrze mieć porządek w papierach (ale tylko uważa);
– jak sprzątać domowe schowki – Magda wiele razy próbowała: wyrzuca wtedy wszystko na środek, zaczyna segregować, ale potem się jej odechciewa i zostawia to na tym środku;
– jak upiec maślane ciasteczka – jak zwykle spaliła, nie ma do tego ręki, nie wie, czy to kwestia złego rozrobienia ciasta czy może proporcji. No więc Magda nawet by chciała zastosować rady Perfekcyjnej Pani Domu. Ale jej nie wychodzi.

Postanowiła się tym podzielić i dać kurs nieidealnego prowadzenia domu. Nie chodziło o to, by zbojkotować 3xP – zaznacza, że niczego nie obśmiewa i nikogo nie ocenia. Wiele osób uważa, że chciała stworzyć antyruch. Ale tak nie jest. Nie czuje się rewersem Perfekcyjnej Pani Domu i nic nie ma do świetnych, dobrze zorganizowanych gospodyń domowych. Więcej: uważa, że pracę domową kobiet powinno się wynagradzać, że powinna być dowartościowana, a kobiety, które zostawiły pracę, by zajmować się domem i dziećmi, powinny mieć takie samo prawo do emerytury jak te kobiety, które w tym czasie robiły karierę. – Nie wszystkie mogą wrócić do pracy, niektóre mają małe dzieci, nie zawsze jest wybór – uważa Magda.

Wie, że sprzątanie to niezła harówa. Często zdarzało się jej, że spędziła cały dzień w domu, wysprzątała go, ugotowała, była z psem, ale czegoś nie zdążyła ogarnąć, a chłopak wracał z pracy i pytał: „Jak to, nie zrobiłaś tego? Przecież miałaś cały dzień!”. – Kobiety nie są doceniane. Mężczyźni często nie dostrzegają tego, że mają wyprane, wyprasowane, wydaje im się to takie oczywiste – mówi Magda. Na blogu opowiada o sobie – z dystansem i poczuciem humoru. Wszędzie wokół widzimy historie sukcesu, a ona chciała zrobić na przekór. Przekłuć nadmuchany balon.

Na początku swoje porażki wrzucała na Facebooka. Potem założyła stronę: „Ch Pani Domu”. Napisała: „Nauczę Cię, jak nie gotować oraz w jaki sposób nie oporządzać gospodarstwa domowego; zdradzę tajniki kuchni molekularnej i zrobię wszystko, byś wiedziała, jak dawać w kuchni ciała. Dziś wyciągam do Ciebie pomocną dłoń i dzielę się asortymentem, bez którego Twoje domostwo jest tylko marnym pyłem. Śmiało, rozgość się w moim królestwie. PS Nie musisz ściągać butów”.

Fanka ChPD Monika: „Bo drzwiczki się nie domykały”

Ciasto z mikrofali

„Nie zapomnisz wyłączyć piekarnika, jeśli nigdy go nie włączysz!” – radzi ChPD 355 tys. Polek, które polubiły jej fanpage na Facebooku. Dwa lata temu, kiedy zakładała bloga, było ich zaledwie kilkadziesiąt. Z dnia na dzień popularność rosła: po miesiącu miała 3 tys. fanek, po roku – 100 tys., pół roku temu ćwierć miliona Polek przyznało się, że zdarzyło im się spalić kurczaka, wygotować makaron czy umyć okna tak, żeby były jeszcze bardziej brudne. Teraz 353 tys. Polek przyznaje, że zdarzyło im się być Ch Paniami Domu.

80 proc. czytelniczek bloga to kobiety. Najwięcej – bo aż 35 proc. – w wieku 25-35 lat. Najmniej fanek ma wśród kobiet po sześćdziesiątce – tylko 0,5 proc.

Stronę Perfekcyjnej Pani Domu lubi tylko 21 860 osób. Inna różnica między nimi: Perfekcyjna Pani Domu ma specjalną szafkę na środki czystości, a Ch Pani Domu ma jeden środek czystości.

Aborcja to takie polowanie. Strzelał pan kiedyś do czegoś?

Magda uważa, że Polki mają dość tej presji i nie chcą być perfekcyjne. Że potrzebują pośmiać się ze swoich wpadek i nie zamierzają się nimi zadręczać. Do Ch Pani Domu codziennie pisze nawet 250 kobiet. Polki ją pokochały. Dziękują za pogodne i wyrozumiałe podejście do zalegających w zlewie naczyń. Wysyłają zdjęcia ze swoich przygód w kuchni. Magda pokazuje je na blogu: któraś umyła alufelgi w zmywarce, inna wyczyściła piekarnik odkurzaczem („To nie jest głupi sposób” – uważa Magda), następna prasowała kołnierzyk koszuli na sobie – prostownicą. Użytkowniczka Anita przysłała zdjęcie rozsypanego spaghetti na kuchence. „Najtrudniejsze bierki w życiu” – napisała.

Kobiety pokazują przeleżałe mandarynki, którym przydarzyło się zakwitnąć („Też tak macie? U mnie zawsze!”). Ostatnio jedna z Ch Pań Domu, Kinga, włączyła kuchenkę elektryczną, postawiła garnek nie na tym palniku i czekała. Dziwiła się, czemu olej na faworki podgrzewa się tak wolno. Jeszcze inne wysyłały swoje zdjęcia z walentynkowych kolacji: skórki od pizzy ułożone w kształcie serca.

„ChPD nie lubi się spóźniać. Na imprezy”

Jedne przysyłają zdjęcia, inne piszą do Magdy długie listy: że cały czas trudno przyznać się do porażek, że boją się opinii na swój temat, bo ktoś pomyśli, że są słabymi gospodyniami, a co gorsza – matkami. Magda wie, jak trudno powiedzieć o tym, co się człowiekowi nie udało. I ona ze znajomymi nie rozmawiała wcześniej o domowych porażkach. Każda raczej chciała się pochwalić, co dobrego ugotowała, zaskoczyć gości, pokazać się od najlepszej strony, porażka nie wchodziła w grę. Odkąd ma profil Ch Pani Domu – znajome chwalą się: „Zobacz, jaka ze mnie ChPD! Patrz, jak spaliłam ciasto!”. Ch Pani Domu dowartościowała proste potknięcia, nad którymi specjalnie się nie zastanawiamy. „Przestałam się nimi przejmować, a zaczęłam się z nich śmiać! Więcej luzu dziewczyny!” – napisała jedna z komentujących.

Przecież każdemu zabrakło kiedyś w łazience papieru toaletowego. Komu nie zdarzyło się powiesić w jego miejsce chusteczek higienicznych? Komu nieposkładane pranie tak długo zalegało na krześle, aż sterta stopniała sama? Komu nie zdarzyło się „przeterminować” serka wiejskiego w lodówce? I niech podniesie rękę ta lub ten, który nigdy nie upiekł kopca kreta z proszku. Dziewczyny przysyłają Magdzie rezultaty popularnego ostatnio wśród Ch Pań Domu przepisu na ciasto, które piecze się w kubku, w mikrofali. Są rozżalone: „Nie wychodzi tak, jak na opakowaniu!”.

Nowe piersi doktora Andrzeja Krajewskiego

Magda uważa, że nie musimy być idealne w każdym calu. Wystarczy spojrzeć na inne blogerki – jakie mają makijaże, ubrania, jakie dania podają, w jakich wnętrzach się fotografują – przecież to nie prawdziwe życie. Jest coraz mniej blogerek, które noszą ciuchy z lumpeksu – ubolewa Magda.

Kiedy wchodziła na te wypielęgnowane strony, sama czuła się gorsza. Wpędzało ją w kompleksy to, że nie jest taka jak tamte kobiety. Było jej z tym źle, bo czuła się nieidealna. Cały czas myślała, że nawet jeśli coś zrobi dobrze, to powinna to zrobić jeszcze lepiej. W końcu stwierdziła, że nie można się dać zwariować (wtedy, kiedy zapomniała o praniu) i trzeba się cieszyć z tego, co się w życiu naprawdę lubi. Magda na przykład lubi swoją pracę, jest w niej dobra, od wielu lat pracuje w social mediach, od 12 lat jest aktywna w blogosferze i internecie. Już wie, że są kwestie, które może sobie odpuścić, na przykład gotowanie – nigdy nie będzie w tym idealna, więc po co szarpać sobie nerwy?

„Dzień dobry! – powiedział poniedziałek. A mógł zabić”

Włącz sobie pralkę

Co miesiąc 90 kolejnych Polek wkłada koszulkę Ch Pani Domu. Magda je sprzedaje po 45 zł. Cały dochód ze sprzedaży T-shirtów przeznacza na fundację Gajusz w Łodzi, która prowadzi hospicjum dla dzieci. Magda pomaga nie tylko hospicjum – w zeszłym roku w ciągu doby zebrała 18 tys. zł na rehabilitację chłopca, który wybudził się ze śpiączki. Dała apel na stronie, wystarczyło. Polskie Ch Panie Domu pomogły, matka dziecka dziękowała i płakała ze szczęścia.

Magda zawsze stara się odpisywać swoim fankom, choćby krótko. Skąd taka popularność? Blogerka nigdy się nie reklamowała, nikogo nie zachęcała do polubienia strony. Ch Panie Domu przyszły do niej same. Przy blogu pracuje nieraz po sześć godzin dziennie.

Pośród tysięcy pozytywnych komentarzy zdarza się i hejt. „A żyj sobie w takim chlewie, jak lubisz!” – piszą lepsze panie domu. – Te kobiety nie rozumieją, że to groteska, przejaskrawienie. To, że pokazuję bałagan w kuchni, nie oznacza, że żyję tak codziennie – tłumaczy Magda.

Kiedyś dostała takie zdjęcie: mnóstwo naczyń, butelki dziecięce, gdzieś w tle leżała rzucona paczka papierosów. Była ostra krytyka: co to za matka, która pali przy dziecku! A przecież nawet nie było wiadomo, czy te papierosy należały do matki. Stereotypy są głęboko zakorzenione: matki ciągle muszą być perfekcyjne, nie mogą popełniać błędów. Magda by chciała, żeby więcej mówiły o swoich skuchach, ale zdaje sobie sprawę, jakie to w Polsce trudne.

Niektórzy myślą, że ChPD promuje nieróbstwo i lenistwo. Zdarzają się komentarze dotyczące nazwy: że wulgarna, niedelikatna, niekobieca. – O to chodziło – mówi Magda – żeby dać pstryczka w nos utartym rolom. Kto powiedział, że to wyłącznie kobieta powinna się zajmować domem, być opiekuńcza i gospodarna? Mamy XXI wiek!

Dlaczego Bartosz Porczyk jest pasjoholkiem?

Mężczyźni też do niej piszą, jedni: „O, idealna żona! Nie czepia się!”, inni: „Nie chciałbym mieszkać w takim bajzlu!”. „Jakbyś nie chciał, to sobie posprzątaj” – odpowiada Magda. I dodaje: – Bycie Ch Panią Domu to niezły sposób na równouprawnienie i zmuszenie mężczyzn, by też zajęli się obowiązkami domowymi. Przeszkadza ci, że ubrania wysypują się z kosza na pranie? Nic trudnego, włącz sobie pralkę!

Magda naprawdę nie lubi sprzątać. Tę niechęć wyniosła z rodzinnego domu. Domem zajmowała się mama, panował tradycyjny podział. Buntowała się, kiedy musiała zmywać, a jej o dwa lata młodszy brat nie. „Czemu ja, a nie Maciek?” – pytała. „Przecież jest chłopakiem” – odpowiadała mama. Magda chciała, by i on miał obowiązki, korona mu z głowy nie spadnie, jak raz na jakiś czas wyniesie śmieci. Postawiła na swoim: trochę podrósł i włączał się w domowe prace. Mama nigdy nie cisnęła, by Magda była perfekcyjna. „Będziesz miała swój dom, urządzisz go dowolnie. Nie przeszkadza ci bałagan – możesz go mieć, to nie moja sprawa” – tłumaczyła.

Ale Ch Pani Domu w swoim wrocławskim mieszkaniu na pierwszy rzut oka ma niespodziewanie czysto. Po pierwsze – dlatego że ma mało rzeczy. Im mniej mebli, tym mniej sprzątania – uważa Magda. Lubi minimalizm. Pracuje w domu, musi mieć porządek wokół siebie, żeby móc się skupić. Po drugie – mieszka z chłopakiem. Wynajmują mieszkanie, muszą więc o nie dbać. Po trzecie – dzieli się obowiązkami z Pawłem. Mieszkają razem 11 lat. Paweł pomaga prowadzić jej bloga, sam też zajmuje się social mediami. Nie ucieka od obowiązków domowych. Robi zakupy, smaży naleśniki, podlewa kwiaty w doniczkach. Gdyby nie Paweł, uschłyby. Są jego. Lubi porządek, więc go utrzymuje.

Co Magda robi najgorzej? Najgorzej piecze się jej w piekarniku kurczaka. Ale jest coś, co robi bardzo dobrze: czuje, że jest królową ogórkowej. Przepis wyniosła z domu i to jedyna zupa, w której się naprawdę wyspecjalizowała. Innych nie próbuje gotować.

Fanka ChPD Monika: „Jak skutecznie rozmrozić lodówkę”

Druga twarz

Łatka Ch Pani Domu czasami ją drapie. Na przykład na uniwersytecie. Magda najpierw studiowała polonistykę w Opolu, potem dziennikarstwo we Wrocławiu, a teraz wykłada dziennikarstwo internetowe. Na wykładach uczy, jak wrzucać treści do internetu, na co zwracać uwagę, jak tworzyć tytuły, jak pozycjonować. Kiedy poszła na pierwsze zajęcia, bała się, że ktoś dowie się o jej blogu i niekoniecznie pochwali jego nazwę. W końcu to środowisko naukowe. Gdy kończyła wykład, jedna ze studentek zapytała: „Czy to pani jest Ch Panią Domu?”. Przyznała się. Dostała brawa, atmosfera na sali się rozluźniła. Wykładowczyni szybko zdobyła sympatię grupy.

Innym razem jej agencja obsługiwała dużą firmę. Miała nadzieję, że klienci nie znają jej drugiej twarzy. Ale świat jest mały – klientka okazała się jej fanką i pogratulowała pomysłu.

Magda i Paweł nie zarabiają na stronie Ch Pani Domu. Mieli już pewną atrakcyjną propozycję – amerykańska firma chciała odkupić ich witrynę za 250 tys. zł. Nie sprzedali jej. Uważają, że na takie decyzje mają jeszcze czas.

Ostatnio jedna z fanek wrzuciła patent na zepsute drzwiczki piekarnika: zablokowała je szczotką, a szczotkę podparła pudłem wciśniętym pod ścianę. Użytkowniczki napisały: „Jeśli coś jest głupie, ale działa, to nie jest głupie!”, „Ch Pani Domu jest też zaradną panią domu!”, „Ale patent, i to u ChPD. Drugiej takiej strony w Polsce nie ma!”.

Po sukcesie jej bloga zaczęły powstawać podobne. Stronę założył i Ch Pan Domu. Ale co w tym nadzwyczajnego?

Zobacz także

 

wysokieobcasy.pl

Zachodniopomorskie to Polska C? Od innych dzieli nas przepaść

Rozmawiał Tomasz Maciejewski, 07.03.2015
Prof. Aneta Zelek

Prof. Aneta Zelek (ŁUKASZ WĘGRZYN)

Taką tezę w pierwszym odruchu chciałoby się odrzucić, ale po głębszym przemyśleniu należy się zgodzić z tą oceną. „Ściana zachodnia” wykazuje wyraźne dysonanse rozwojowe w stosunku do centralnie położonych województw – ocenia prof. Aneta Zelek, ekonomistka, rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu
.Polska zachodnia jest równie uboga jak wschodnia, a największy regres nastąpił na Pomorzu Zachodnim – takie wnioski płyną z raportu przygotowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”. Tzw. Polska B, ściana wschodnia (województwa podkarpackie, świętokrzyskie, lubelskie, podlaskie, warmińsko-mazurskie) nadal mają najniższe PKB w przeliczeniu na mieszkańca. Nieco ponad 70 proc. średniej krajowej. W Zachodniopomorskiem ten wskaźnik jest na poziomie 84,1 proc., a w Lubuskiem 83,7 proc. W porównaniu z sąsiadami – Wielkopolską (108 proc.) i Dolnym Śląskiem (112,1 proc.) – to przepaść. Dolnośląskie przez półtorej dekady zyskało prawie 10 proc. Zachodniopomorskie w tym czasie „straciło” ponad 16 proc.! (w 2000 r. miało PKB 100,3 proc. średniej krajowej). Dlatego komentatorzy DGP określili zachodnie województwa jako Polskę C.

Tomasz Maciejewski: Polska C? Zachodniopomorskie rzeczywiście tak podupadło? Kiedy? Dlaczego?

Prof. Aneta Zelek, ekonomistka, rektor Zachodniopomorskiej Szkoły Biznesu: Tezę, że jesteśmy Polską C, w pierwszym odruchu chciałoby się odrzucić. Bo jest tezą negatywną. Ale po głębszym przemyśleniu należałoby się zgodzić z tą oceną. Tak zwana ściana zachodnia wykazuje wyraźne dystanse rozwojowe w stosunku do przeciętnej kraju albo w stosunku do centralnie położonych województw. Potwierdzają to statystyki – przede wszystkim słabsze PKB per capita. Nieco ponad 80 proc. średniej krajowej na mieszkańca. Trzeba dodać, że tylko Mazowieckie, Śląskie, Dolny Śląsk i Wielkopolska wykazują PKB powyżej przeciętnej. My jesteśmy wśród pozostałych 12 województw.

I „wyróżniamy się” poziomem bezrobocia

– Tak. Około 15 proc., kiedy dla całej Polski spada poniżej 12 proc. „Męczy” nas jeszcze kilka parametrów ekonomicznych, które pokazują, że gospodarka ma skłonność do degradowania się: przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw o 10-15 procent niższe od średniej krajowej, słabsza produkcja przemysłowa, słabsza produkcja budowlano-montażowa, a to ważne, bo ta ostatnia ma w gospodarce charakter barometryczny. Mamy też za mało inwestycji.

W całym szeregu statystyk zaskakuje tylko jedna – w Zachodniopomorskiem jest nadzwyczajne nasycenie mikro- i małych firm. O ile w skali kraju na 1000 mieszkańców przypada około 150 mikrofirm, o tyle w naszym regionie – blisko 200.

Jak to wyjaśnić?

– Socjologowie próbują to tłumaczyć naszą przedsiębiorczością, sugerują, że ludność napływowa ma skłonność do brania spraw w swoje ręce. Jako ekonomista patrzę na to chłodno. I twierdzę, że nasz lokalny rynek pracy jest niestabilny. Często pracodawcy proponują nam zamianę, z formy etatowej na samozatrudnienie. Ten wskaźnik jest więc sztucznie zawyżony. Przedstawia nas jako województwo bardzo aktywne ekonomicznie, a w istocie tak nie jest.

Jak pani widzi gospodarczą przyszłość Szczecina i regionu? Przez lata słyszeliśmy od prezydenta miasta, marszałka województwa, że trzeba postawić na nowoczesne usługi, turystykę, handel. Teraz władze „odkrywają Amerykę”, że jednak bez fabryk się nie da…

– Tak. Bez produkcji przemysłowej nie da rady. Władze miasta i regionu próbowały nas przekonać, że w Szczecinie może się rozwijać BPO, outsourcowanie pewnych usług, funkcji obsługowych wobec biznesu. Troszkę miejsc pracy utworzono w tym sektorze, ale to jeszcze za mało, by powiedzieć, że taki będzie nasz profil gospodarczy. Warto przypomnieć też inne koncepcje, że będziemy zapleczem Berlina – turystycznym, usługowym.

Strategii było wiele, ale zawsze brakowało konsekwencji.

– Stosowano metodę prób i błędów. „Zobaczymy, co się uda”. Pierwsza strategia z lat 90. mówiła, że dźwigarem tego województwa ma być gospodarka morska i gospodarka rolno-żywnościowa. Dziś po tych deklaracjach nie został ślad.

Upadek stoczni to był przełom? 20 lat temu chyba nikt nie mógł go przewidzieć.

– To na pewno było główne wydarzenie, które zredefiniowało gospodarkę naszego regionu. I mamy skłonność, by martyrologicznie wracać do tego. Ale już chyba najwyższy czas zamknąć ten rozdział. Dobrze rozwija się port, logistyka i transport, nadal dobrze dzieje się w turystyce. W tak zwanym katalogu inteligentnych specjalizacji mamy postawić – przynajmniej w założeniach samorządowców – na ICT, usługi przyszłości, biogospodarkę. To są branże, które powinny zdefiniować nas w perspektywie pięciu czy dziesięciu lat.

Skąd kapitał, duże inwestycje?

– Trzeba ściągać inwestorów. Nie takich, którzy wybudują kolejny hipermarket, bo tzw. wartość dodana i kreacja miejsc pracy jest w tej branży za mała. Potrzebne są przedsiębiorstwa produkcyjne. Zachęcanie, by się tu lokowały, jest głównym zadaniem lokalnych władz. Tworzenie jak najlepszych warunków dla biznesu.

Co ma być „marchewką”?

– Uzbrojone tereny, dobre drogi, ulgi podatkowe. Władze regionu powinny dać wyraźny sygnał, że preferują inwestycje w takich i takich dziedzinach. I za tymi preferencjami idą pewne przywileje. Naszym dużym atutem jest położenie geograficzne. I ludzie, ich kapitał intelektualny i energia.

A potencjał akademicki?

– Nie jesteśmy wielkim ośrodkiem akademickim, ale na skalę regionu, a nawet euroregionu – wystarczająco silnym. Kształcimy dobre kadry. Ale wielu fachowców wyjeżdża, bo nie znajdują dla siebie miejsca na rynku.

Setki szczecinian mówią: czas wyjeżdżać!

– Nie lamentujmy – to chciałabym powtórzyć kilka razy. Masowe wyjazdy absolwentów to jest niepokojące zjawisko. Ale z innych regionów też emigrują. Szczególnie młodzi Polacy – ci, którym chce się jeszcze walczyć o swoją kondycję w przyszłości, podejmują dość rozpaczliwe decyzje: spróbujemy wytrwać za granicą. Poziom rozczarowań gospodarczych i politycznych narasta. Dlaczego? Bo 25 lat temu, kiedy odważyliśmy się na transformację, mieliśmy mnóstwo oczekiwań, nadziei. Żyje nam się lepiej – w skali makro i w skali gospodarstwa domowego, jednak liczyliśmy na więcej. Dziwne decyzje rządzących, np. dotyczące OFE, pozorowana polityka prorodzinna, problemy w ochronie zdrowia – to wszystko powoduje krytyczny stosunek do władz i „mobilizuje” do wyjazdów.

A polityka regionalna? Opozycja grzmi, że Zachodniopomorskie jest od lat traktowane po macoszemu. Przykładem są niezrealizowane lub opóźnione inwestycje – drogi, energetyka, tereny postoczniowe.

– Nie zgadzam się na przerzucanie odpowiedzialności za słabą kondycję makroekonomiczną naszego regionu na centralę, rząd. Zbyt często narzekamy, że Warszawa nam nie pomaga. Jako liberał uważam, że gospodarka będzie rozwijała się tym lepiej, im mniej politycy będą w nią ingerować. Ważne, by nie przeszkadzali. Zgodzę się w jednej sprawie, że jeśli chodzi o dyspozycje co do ukierunkowania funduszy unijnych, to w ostatniej perspektywie faworyzowana była Polska wschodnia. Jakby nie zauważono, że na ścianie zachodniej też dzieje się źle. Potrzebne są duże inwestycje w infrastrukturę transportową – dokończenie S3, pogłębienie toru wodnego itd. Trzeba o nie zabiegać. Ale Warszawa nie urządzi nam gospodarki w regionie. Tu, na miejscu, trzeba wyzwolić energię. Kto ma to zrobić? Mądre władze lokalne i społeczność lokalna. Dobrobyt buduje się lokalnie, a nie przez abstrakcyjny twór – ministerstwo czegoś tam (śmiech ).

Ostatni dzwonek, bo jak dobrze nie wykorzystamy unijnych pieniędzy na lata 2014-20…

– To zostaniemy Polską C? Miejmy nadzieję, że ci, którzy dziś rządzą regionem, próbują nadawać kierunki gospodarce, nie mylą się. Mnie cieszy jedno – że pojawia się zdywersyfikowany portfel. Przestaliśmy mówić o tym, że będziemy „obszarem gospodarki morskiej”. Monokultura jest bardzo niebezpieczna w biznesie.

Ile tysięcy miejsc pracy potrzebuje Zachodniopomorskie, by ruszyć w kierunku Polski A? Powstające fabryki na wyspie Gryfia, Skolwinie i kilka mniejszych to może dwa tysiące etatów. W ciągu kilku lat.

– To stanowczo za mało, by rozwiązać nasze problemy gospodarcze. Ale jeśli te fabryki rzeczywiście dadzą pracę dwóm tysiącom ludzi, będzie to bardzo dobra „zajawka”. Zalążek większego procesu biznesowego. Kiedy powstaje jedna firma, wokół niej, w zapleczu kooperacyjnym tworzą się następne. Trochę efektem kuli śnieżnej.

Zobacz także

szczecin.gazeta.pl

Duda w Londynie: Jak nic się nie poprawi, to młodzi wyjadą z Polski

Mikołaj Pietraszewski, PAP, 07.03.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (JAROSŁAW KUBALSKI)

– Jeśli nie będzie naprawy w Polsce w wielu dziedzinach, wyjedzie młode pokolenie, a kolejne urodzi się za granicą – ostrzegał Andrzej Duda w Londynie. Kandydat PiS na prezydenta spotkał się z mieszkającymi tam Polakami. Skomentował też konwencję wyborczą Bronisława Komorowskiego: – Prezydent mówi o zgodzie, a nie kreował jej przez ostatnie lata.
Andrzej Duda spotyka się z Polakami mieszkającymi w brytyjskiej stolicy. Plan wyjazdu obejmuje spotkania z polskimi pracownikami budowlanymi i z młodzieżą, a także z kombatantami oraz działaczami emigracyjnymi.

Jeśli nic się nie zmieni, to młodzi wyjadą

Kandydat PiS nawiązał do sondażu, wg którego ok. 80 proc. maturzystów nie widzi dla siebie perspektyw w Polsce. – Jeżeli tak jest i nie będzie naprawy, wyjedzie młode pokolenie, a kolejne urodzi się za granicą – ostrzegał. Jego zdaniem, to pokolenie raczej nie będzie chciało wrócić do Polski.

– Jeśli młodzi ludzie, którzy są niezwykle ambitni, rozwijają się, robią kariery zawodowe na Wyspach Brytyjskich, nie wrócą, będziemy mieli w Polsce dziurę pokoleniową, której nie uda się zasypać, bo dzieci będą się rodziły już za granicą. Będzie to zagrażało dalszemu bytowi naszego państwa. To wielkie zadanie dla rządzących, wyzwanie, przed jakim dzisiaj stoi klasa polityczna w Polsce – powiedział Duda

Przytaczał także opinie polskich emigrantów, którzy „tęsknią za ojczyzną, ale obecnie nie widzą perspektyw, by mogli wrócić”. Uważają, że w Polsce musi się dużo zmienić, by pomyśleli o powrocie i wskazywali m.in. trudności z zakładaniem firm oraz niskie płace, wystarczające jedynie na opłatę rachunków.

Prezydent mówi o zgodzie, ale jej nie szuka

– Bronisław Komorowski mówi o zgodzie, ale nie kreował jej przez 5 lat; udawał, że nie widzi całych, wielkich grup społecznych. Powinien był szukać zgody między rządem a górnikami czy rolnikami, próbować starać się być arbitrem w tych sporach, pomóc w ich rozwiązaniu – tak Andrzej Duda odniósł się do wystąpienia i hasła wyborczego prezydenta.

– Pan Prezydent miał swoją szumnie zapowiadaną konwencję. Ja w tym czasie rozmawiam z Polakami na Wyspach, wczoraj byłem w województwie świętokrzyskim. Dla mnie spotkania to najważniejszy element kampanii – podkreślił Duda.

Wskazywał też, jak rozumie rolę prezydenta. – To powinna być rola arbitra, który nie opowiada się po żadnej ze stron, tylko zasypuje podziały. Problem w tym, że prezydent Komorowski takich rzeczy dotąd nie robił – stwierdził kandydat PiS.

Reforma ZUS jednym z priorytetów

– Sytuacja jest groźna dla kraju. Najwyższy czas, by dokonać naprawy Polski w wielu dziedzinach – przekonywał Duda. Mówił m.in. o utrudnieniach dla przedsiębiorców. – Najgorszą sprawą jest ZUS. Nikt nie zrobił tu dobrej zmiany od 1989 roku – ocenił.

Polityk PiS zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem, powoła Narodową Radę Rozwoju, w celu opracowania strategii rozwoju „w obszarach wymagających naprawy”. Na podstawie tej strategii miałyby powstawać konkretne projekty ustaw, w tym ustawa reformująca ZUS.

– System ZUS zaczął się załamywać przy kosztach, które generuje. Młodzi ludzie mówią tak: „ZUS nas dławi, kiedy zaczynamy prowadzić działalność gospodarczą i praktycznie plajtujemy przez te koszty”. Z drugiej strony ludzie mówią: „Całe życie ciężko przepracowałem i dostaję kilkaset złotych miesięcznie”. System wymaga głębokiej reformy i trzeba się będzie zastanowić, jak to zmienić – zaznaczył europoseł.

gazeta.pl

Bronisław Komorowski w Starachowicach „Polska to kraj sukcesu” [ZDJĘCIA]

marc, 07.03.2015
Starachowice. Spotkanie z prezydentem RP Bronisławem Komorowskim

Starachowice. Spotkanie z prezydentem RP Bronisławem Komorowskim (JAROSŁAW KUBALSKI)

Ponad tysiąc osób wzięło udział w spotkaniu przedwyborczym z ubiegającym się o reelekcję prezydentem Bronisławem Komorowskim w Starachowicach. Przyjęcie było bardzo serdeczne. – Polska jest krajem na dorobku, ale jest też krajem wielkiego sukcesu, który chcielibyśmy przekuć w lepsze szanse przy starcie młodych ludzi w dorosłe życie – mówił Bronisław Komorowski.
Spotkanie na rynku w Starachowicach było ostatnim punktem w sobotnim objeździe po kraju. Rozpoczęło się z ponad godzinnym opóźnieniem, ale prezydent Komorowski był witany bardzo serdecznie. Powitał go m.in. Marek Materek, prezydent Starachowic, i były działacz PO, który wręczył Komorowskiemu książkę o historii miasta i fabryki ciężarówek.

Komorowski prosząc o głos w nadchodzących wyborach powiedział, że po raz pierwszy jest w Starachowicach jako prezydent, ale wcześniej był w tym mieście wiele razy w innych rolach. W swoim wystąpieniu opowiadał, że w drodze z Warszawy w autobusie, rozmawiał z jedną wolontariuszek, która jest ze Starachowic. – Wiem od niej, że Starachowice mają swoje wielkie osiągnięcia, także i problemy. Ale mówiła mi coś, co było dla mnie niesłychanie optymistyczne, iż pojawiło się zjawisko powrotu młodych ludzi do Starachowic – mówił Komorowski. To ostatnie stwierdzenie wywołało wśród zgromadzonych lekką wesołość, a prezydent kontynuował. – Chyba generalnie młodzi ludzie w Starachowicach sobie radzą nie najgorzej, bo mają najmłodszego prezydenta w skali całej Polski – stwierdził Komorowski.

Prezydent nawiązał do swojego wystąpienia podczas konwencji w Warszawie na temat programu „Start dla młodych”. – Chciałbym, aby przyszła kadencja była w sposób szczególny nastawiona na kwestie bezpieczeństwa z jednej strony, ale z drugiej strony, na dobry start młodych ludzi w dorosłe życie – mówił prezydent Komorowski. Podkreślił, że trzeba im w tym pomóc, wykorzystując m.in. programu unijne. – Polska jest krajem na dorobku, ale też krajem wielkiego sukcesu, który chcielibyśmy przekuć w lepsze szanse przy starcie młodych ludzi w dorosłe życie – mówił Komorowski.

Po krótkim wystąpieniu Komorowski zszedł ze schodów na płytę rynku, rozmawiał z mieszkańcami, rozdawał autografy, pozował do wspólnych fotografii. Przyjęcie było bardzo serdeczne, wiele osób życzyło mu wygranej w pierwszej turze. Komorowski wyglądał na szczególnie zaskoczonego i ucieszonego, gdy w tłumie doszedł do niego jeden z mężczyzn z rodziną. Okazało się, że to Sławomir Majchrzak, mieszkający w Starachowicach były uczeń obecnego prezydenta RP. – Bronisław Komorowski uczył mnie historii i propedeutyki w liceum w Niepokalanowie. Bardzo dobrze go wspominam, ale nie wiedziałem czy mnie rozpozna. Okazuje się, że i on mnie pamięta – mówi Majchrzak.

Zobacz także

 

kielce.gazeta.pl

 

Kopacz: Kaczyński boi się Komorowskiego. Dlatego chowa się za kolejnym technicznym kandydatem

olg, PAP, 07.03.2015
Ewa Kopacz na konwencji wyborczej Bronisława Komorowskiego

Ewa Kopacz na konwencji wyborczej Bronisława Komorowskiego (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

– Polacy chcą prezydenta takiego jak Komorowski: rozważnego, doświadczonego i samodzielnego – mówiła premier Ewa Kopacz na konwencji wyborczej, udzielając mu poparcia. I wskazywała, że jego główny kontrkandydat z PiS taki nie jest.
– Gramy o zwycięstwo. Zrobię wszystko, by było to zwycięstwo w pierwszej turze – zadeklarowała szefowa rządu. – Na te wyjątkowo trudne czasy mamy dobrego prezydenta. Przy Bronisławie Komorowskim Polska będzie w bezpiecznych rękach – mówiła.
„To nie są czasy na polityków sterowanych z drugiego siedzenia”Kopacz kilka razy nawiązywała do PiS – Jarosław Kaczyński boi się Bronisława Komorowskiego i dlatego postanowił schować się za kolejnym technicznym kandydatem – mówiła szefowa rządu. Ale – wskazywała – „to nie są czasy na debiutantów i polityków kierowanych z drugiego siedzenia”.

Polacy – dodała – chcą prezydenta takiego jak Komorowski, czyli rozważnego, doświadczonego i samodzielnego. – Jego główny kontrkandydat nie jest ani rozważny, ani doświadczony, a tym bardziej samodzielny – wyliczała.

Według niej w sytuacji niepokoju za wschodnią granicą, gdy kwestionuje się niezależność i granice „jednego z naszych najważniejszych sąsiadów”, potrzebna jest konsekwencja i jasna deklaracja proeuropejska. – My jesteśmy konsekwentnie proeuropejscy – zaznaczyła.

– Z ust polityków PiS-u zbyt często słyszymy jawnie antyeuropejskie wypowiedzi. Zbyt często słyszymy kwestionowanie integracji europejskiej. Zbyt często słyszymy te słowa, byśmy mogli oddawać władzę w Polsce ludziom tej formacji – podkreśliła Kopacz.

„Patriotyzm PiS? Zaścianek, zacofanie, kłótnia”

– Nie możemy pozwolić sobie na to, by na czele państwa polskiego stali ludzie, którzy muszą sobie dodawać międzynarodowego znaczenia odrzucaniem propozycji spotkań, których nigdy nie otrzymali – dodała.

Według niej warto postawić pytanie, jacy ludzie w Warszawie odbiorą telefon, kiedy w środku nocy przyjdzie reagować na naprawdę poważny kryzys. – Nie miejmy złudzeń. Jeśli będą to ludzie Kaczyńskiego, a ster rządów spoczywać będzie w ich rękach, to przyznam państwu szczerze – ciarki przechodzą po plecach – powiedziała.

– My nie odmawiamy naszym kolegom z PiS-u patriotyzmu, chcemy wierzyć, że mają szczere intencje, ale nie chcemy by patriotyzm – zwłaszcza młodemu pokoleniu – kojarzył się z zaściankiem, zacofaniem i kłótnią – zaznaczyła premier.

Kopacz wyraziła poparcie dla Komorowskiego

– Bronku, miliony Polaków życzą ci zwycięstwa. Wiesz dlaczego? Bo dobrze życzą Polsce. Ja z całego serca, jak i cały rząd i cała Platforma, życzymy ci go po stokroć – dodała.

Kopacz przekonywała, że Komorowski jest naturalny i nie musi niczego udawać. – Polacy znają go od wielu lat. Całe jego życie świadczy o tym, jakie wartości są dla niego najważniejsze – zdolność do dialogu, umiejętność słuchania i rozumienia ludzi o różnych poglądach, przekonaniach – mówiła.

– To nie była prezydentura wojny ze wszystkimi. To była prezydentura umiaru, która także w opozycji widziała partnera, a nie wroga – podkreśliła premier.

To była także – przekonywała – prezydentura niezależna. – Jedyną instancją, której prezydent Komorowski, kończąc pierwszą kadencję, może zameldować wykonanie zadania, jest polski naród – dodała.

– Nasz prezydent budzi zaufanie i buduje zgodę – zaznaczyła Kopacz. – Prosimy o kolejne pięć lat – zwróciła się do Komorowskiego.

TOK FM

W Polsce jest już ponad 150 szkół i przedszkoli „przyjaznych rodzinie”. Nie wpuszczają edukatorów seksualnych i walczą z gender

Justyna Suchecka, Karolina Brzezińska, 07.03.2015
Udział w podobnych programach nie jest obowiązkowy, więc kuratoria w praktyce nie mają nad nimi kontroli.
Zaczęło się nieśmiało. Niemal rok temu ok. 20 szkół z powiatu wołomińskiego na Mazowszu, z inicjatywy tamtejszego starosty Piotra Uścińskiego z PiS, wpisało się na listę „szkół przyjaznych rodzinie”. 25 marca, w Dniu Świętości Życia, uroczyście odebrały antygenderowe certyfikaty przyznawane przez fundację Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny (CWIdŻiR). Zobowiązały się m.in. do „niepropagowania treści szkodliwych dla dzieci, kwestionujących biologiczną oraz kulturową stabilność ról płciowych kobiet i mężczyzn”. Patronatu akcji udzielił arcybiskup warszawsko-praski Henryk Hoser.A ks. Mieczysław Stefaniuk z Zielonki mówił: – Pan Bóg przez Mojżesza kazał Izraelitom pokropić krwią wszystkie progi domów. Gdzie próg był skropiony krwią zwierząt, tam nikt nie umarł. Tam zostało uratowane życie. Wierzę, że i ten certyfikat uratuje szkoły, te domy wiedzy, dobrego wychowania oraz domy polskich rodzin.Za rodziną, przeciw gender

Fundacja CWIdŻiR miała już wtedy doświadczenie w prorodzinnym certyfikowaniu. Podczas kampanii wyborczej do parlamentu w 2010 r. przyznawała certyfikaty Kandydat Przyjazny Życiu i Rodzinie. Dziś w parlamencie jest 70 certyfikowanych polityków. Głównie z PiS.

Przed rokiem na certyfikowanie szkół stanowczo zareagowała minister Joanna Kluzik-Rostkowska. Nie zagłębiała się zbytnio w samą kwestię gender, ale skrytykowała niejasny system finansowania zajęć, które trzeba było zorganizować, by certyfikat zdobyć. Kluzik-Rostkowska zażądała pilnej kontroli mazowieckiego kuratora oświaty. Karol Semik sprawdzał, z jakich pieniędzy szkoły chcą program finansować. A także czy dyrektorzy – podpisując deklaracje przystąpienia do programu – wiedzieli, jaki konkretnie program zaproponują uczniom. I czy rodzice znają jego zasady. W MEN dowiadujemy się, że część szkół wycofała się wtedy z inicjatywy.

Wydawało się, że pomysł upadł. Okazało się jednak, że w innych regionach Polski nabrał wiatru w żagle. Na liście „szkół przyjaznych rodzinie” jest już ponad 150 placówek – od przedszkoli po szkoły średnie, od Świnoujścia po Katowice. Najwięcej na Podkarpaciu i Mazowszu, czyli tu, gdzie silny jest PiS.

Centrum dopiero się rozkręca – w grudniu we Wrocławiu jego prezes Jacek Sapa mówił, że według jego szacunków do inicjatywy mogłoby przyłączyć się ok. 1,5 tys. placówek w całym kraju.

Breakdance i wiara

CWIdŻiR antygenderowym szkołom poleca „projekty edukacyjne” – warsztaty, wykłady i zajęcia – które mogą umacniać je w prorodzinnej działalności. Są wśród nich np. spotkania edukacyjne dla dziewcząt „Porozmawiajmy o tych sprawach”, ale też warsztaty „Nie idź na łatwiznę – breakdance – świadectwo wiary”, czyli połączenie zajęć tanecznych z panelem dyskusyjnym.

„Między wieloma kontuzjami spotkałem Boga i doświadczyłem Jego miłości. Tym świadectwem także pragnę się podzielić, ponieważ Jezus jest nieodłączną częścią tego, kim jestem, oraz tego, co robię” – pisze o sobie prowadzący Mateusz Godlewski. Ile kosztują takie zajęcia? 1000 zł plus koszt dojazdu. A co powinna przygotować szkoła? Wymagania nie są duże: to projektor z ekranem lub możliwość wyświetlenia obrazu na ścianie, tablica do pisania typu flipchart, a także markery.

Sprawdzamy dalej. Np. do przedszkolaków i uczniów klas I-IV szkoły podstawowej z województwa mazowieckiego adresowany jest projekt „Ja jestem”. Jaki jest jego cel? Zwrócenie uwagi dzieci na wartości życia ludzkiego, istoty miłości i rodzicielstwa. Autorzy zachęcają: „W tej chwili coraz częściej internet powoduje wczesną edukację, która całkowicie może » wykrzywić «obraz rzeczywistości w tej tematyce. Dlatego trzeba mówić wprost i bezpośrednio o pięknie ludzkiej miłości, przekazywaniu życia, pielęgnowaniu tego życia już od samego momentu poczęcia” – zachęcają autorzy.

Cena zajęć dla kilkudziesięcioosobowej grupy – 300 zł.

Dodatkowe koszty? „Dzieci po zajęciach dostawałyby model dziecka mającego 10 tygodni od poczęcia (zachowana waga, wielkość, kolor, wzrost) – będzie on znakomitą pomocą do dalszego podejmowania tematu przez rodziców – koszt modelu 5 zł”.

– Współpracujemy z autorami, którzy prowadzą na tyle godne polecenia zajęcia, że możemy je szkołom zarekomendować – słyszymy od Magdaleny Piskurowicz, koordynatorki projektu. Przedstawiłam się jako nauczycielka zainteresowana akcją. – Korzystanie z tych treści edukacyjnych, które można znaleźć na naszej stronie internetowej, nie jest naszym podstawowym celem. To jedynie propozycja dla szkół, które mogą się dogadać z autorem konkretnego projektu. O ile wiem, długich terminów nie ma i raczej nie powinno być problemu z wpisaniem się w terminarz – dodaje.

Fundacja wielokrotnie podkreślała, że za certyfikat nie trzeba płacić. A kto pokrywa koszty zajęć, które poleca? To indywidualna sprawa szkoły – pieniądze mogą np. pochodzić od rady rodziców, ale też od samorządu, jeśli ten – jak np. w Wołominie, gdzie rządzi PiS – zdecyduje się akcję wspierać.

Boska szkoła publiczna

Udział w podobnych programach nie jest obowiązkowy, więc kuratoria w praktyce nie mają nad nimi kontroli. Ich zadaniem jest sprawdzenie, czy szkoła wywiązuje się z realizacji podstawowego programu nauczania – kurator nie opiniuje programów, które szkołom oferują inne instytucje. W MEN usłyszeliśmy jednak, że po raz kolejny zajmą się sprawą antygenderowej listy. Bo o ile bez przeszkód mogą zapisywać się na nią niepubliczne szkoły katolickie, o tyle szkoły publiczne powinny przestrzegać świeckiego charakteru.

Z respektowaniem tego ostatniego MEN ma ostatnio trudności. Symbolem tego może być historia ze śląskiej wsi Golasowice, gdzie rodzice ucznia czwartej klasy poskarżyli się na to, że przed lekcjami odmawiana jest modlitwa.

– Są miejscowości, w których nie ma świeckich szkół – mówił „Wyborczej” Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. ZNP wyliczyło pod koniec lutego, że w Polsce ponad 2 tys. podstawówek może znaleźć się w rękach stowarzyszeń i fundacji, a wiele z nich to organizacje wyznaniowe. W statutach takich publicznych podstawówek już dziś można znaleźć zapisy związane z religią, np.: „szkoła kształtuje u uczniów świadomość, że zdrowie jest darem Boga i nie mamy prawa go niszczyć”. Nauczyciel ma podkreślać „duchowość wydarzeń, która polega na uznaniu, że każde wydarzenie pochodzi od Boga”. A wzorowe zachowanie dostanie uczeń, który „podejmuje wysiłek pielęgnowania więzi z Bogiem w codzienności poprzez kierowanie myśli ku Bogu, pamięć na obecność Bożą, podejmowanie aktów skruchy, wdzięczności, prośby”. Częstochowskie stowarzyszenie, które wpisuje Boga do statutów, prowadzi w całej Polsce już 140 placówek oświatowych od przedszkoli po szkoły ponadgimnazjalne.

Kluzik-Rostkowska podkreśla, że organizacja, która decyduje się prowadzić szkołę publiczną, musi to uszanować. – Bez względu na to, czy to stowarzyszenie katolickie, protestanckie czy muzułmańskie – dodaje.

Zobacz także

wyborcza.pl

Wojciech Młynarski: Życie ma sens. Absolutnie

Donata Subbotko, 07.03.2015
Wojciech Młynarski na festiwalu w Opolu, 1975 r.

Wojciech Młynarski na festiwalu w Opolu, 1975 r. (Pempel/REPORTER / REPORTER)

Wierzę, że wolność nie przegrała, ale na razie IQ Polaków jest w odwrocie. Z Wojciechem Młynarskim rozmawia Donata Subbotko
DONATA SUBBOTKO: Która z piosenek najbardziej oddaje dzisiaj pana stan ducha?WOJCIECH MŁYNARSKI: Jest taka piosenka dość dla mnie ważna – „W szkole wolności”, o tym, czemu ta wolność taka trudna. I druga, którą szczególnie lubię, a która jest głosem wspólnym tych, którym zależy na inteligencji – „Nie wycofuj się”. Ostatnio często wracam do właściwie jedynego utworu lirycznego, jaki napisałem z panem Jerzym Wasowskim – „Gram o wszystko”; Ewa Bem to śpiewała.To piękna piosenka o miłości, o tym, że to ona jest najważniejsza w życiu.

– Serce nie sługa. Nie można sobie pewnych rzeczy narzucić. „W tych sprawach to się liczy/ byle listek, byle śmieć – pan mnie rozumie?” – napisałem kiedyś w piosence „Och, ty w życiu!”. Jest w tym coś prawdziwego. W miłości często rzeczy na pozór drobne nagle zaczynają mieć dużą wagę. A ponieważ pani drąży w sprawie „Gram o wszystko”, to chcę powiedzieć o okolicznościach jej powstania. Mianowicie miałem tzw. zapis na nazwisko, nie wolno mi było publikować, a bodajże radiowa Trójka ogłosiła konkurs na piosenkę. Brało się w nim udział anonimowo, na kopercie pisało się swoje godło. Pan Wasowski dał mi piękną melodię i mówi: „Proszę pana, niech to będzie kompletnie niepodobne do tego, co pan pisze, niech to będzie czysta liryka, a godło damy OJ”. Pytam dlaczego. „A dlatego, że jak otworzą kopertę i zobaczą pana nazwisko, to powiedzą: Oj”.

Ale w życiu warto grać o wszystko?

– Tak, bo gra jest warta świeczki. To rodzaj filozofii życiowej, przekonania.

A co z tą miłością?

– Rzeczywistość jest często nie do zniesienia, ponura, smutna i wtedy jeszcze jest ta sfera, w którą można odejść. To sfera uczuć. Każdemu życzę, żeby miał, jak to określił jeden z moich kolegów tekściarzy, swój „intymny mały świat”. Ładne powiedzonko. Warto tę sferę kultywować – okropne słowo. Lepiej: chuchać na nią, pielęgnować. Jest szalenie człowiekowi potrzebna.


„Nie ma dróg, złych dróg/ gdy we dwoje drogę się zgaduje” – stwierdzał pan w jednej z piosenek na napisaną z Włodzimierzem Nahornym płytę „Pogadaj ze mną”.

– Cała ta płyta była liryczną rozmową. Żadnej polityki, żadnej społecznej satyry, tylko to, co się dzieje między dwojgiem ludzi. W jakiś sposób to ich definiuje, uzależnia, często staje się kłopotliwe i opresyjne, ale na koniec zawsze dobrze jest usiąść i pogadać.

Chyba najgorszą rzeczą dla człowieka, a już zwłaszcza dla człowieka piszącego, jest samotność. To chociażby brak okazji do wymieniania się swoimi opiniami albo po prostu do tego, że jak się coś napisze, ma się to w brudnopisie ledwo gotowe, to się leci i temu drugiemu człowiekowi czyta.

Mój przyjaciel Jerzy Derfel grał kiedyś wyjątkowo skomplikowany utwór z nut i ktoś musiał mu te nuty przy fortepianie przerzucać. Nauczył żonę i doskonale się spasowali. Przyszedł moment koncertu z publicznością. On już wychodził i mówi do żony – a ona miała na imię Wiga – „Wiguniu, nie będziesz mi tych nut przewracała”. Ona pyta dlaczego. „Bo gdy wrócę po koncercie, to kto mnie zapyta, jak mi poszło?”. Uważam, że to wzruszające.

Pisał pan, że „męska rzecz być daleko, a kobieca – wiernie czekać”, dzisiaj kobiece myślenie bywa feministyczne.

– Tak bym powiedział – ale nie chcę nikogo urazić – że mam do tego stosunek lekko powściągliwy. Jestem za normalnością. To nie znaczy, żeby, broń Boże, feministki były nienormalne.

Jak pan tu rozumie normalność?

– Najprościej rzecz biorąc, chodzi mi o rozsądek w kierowaniu się swoimi uczynkami, sprawdzalność tego wszystkiego. Żeby nie czynić sobie nawzajem specjalnego kłopotu.

„Dziewczyny, bądźcie dla nas dobre na wiosnę” i „Panowie, bądźcie dla nas dobrzy na zimę”?

– Właśnie. Napisałem sporo piosenek lirycznych przeznaczonych dla pań, a jak autor chce pisać dla kobiety, to – jak zauważył Hemar – musi się w nią zmienić, zastosować to kobiece myślenie. Zawsze starałem się w swoich tekstach nikogo nie chłostać, nikomu nie dokopywać, tylko próbowałem zrozumieć. Najwyżej czasem zażartować, po prostu tak mam rękę ułożoną.

Mówi pan, że rzeczywistość bywa nie do zniesienia, ale w piosenkach lubił pan dawać nadzieję.– Absolutnie. Nawet w spektaklu „Młynarski obowiązkowo”, który przygotowałem dla Teatru 6. Piętro, jest lejtmotyw nadziei i wszystko kończy się piosenką, którą sobie bardzo cenię, napisaną z Jerzym „Dudusiem” Matuszkiewiczem – mianowicie „Jeszcze w zielone gramy”.Nie potrafię pisać do końca pesymistycznie, przytłaczająco. Uważam, że nawet w najgorszych okolicznościach należy szukać iskierki nadziei, która gdzieś powinna być.

Młynarski: człowiek do cytowania

Ale w pisaniu traktował pan to jako rodzaj zadania?

– Nie, to raczej cząstka mojego światopoglądu.

To się ma czy trzeba w sobie wypracować?

– W znacznej mierze wypracować. Dlatego że będzie czym innym u człowieka bez większych doświadczeń, a czym innym, kiedy się już trochę to życie pozna, zgromadzi więcej materiału poznawczego, goryczy. Sztuką jest właśnie wtedy mieć w sobie nadzieję, ewentualnie wiarę. A najlepsza byłaby cała trójca: wiara, nadzieja i miłość, prawda? Okudżawa napisał kiedyś piosenkę „Trzy siostry: Wiera, Nadieżda i Lubow”. To coś, wokół czego człowiek ciągle się kręci.

Miałem szczęście mieć do czynienia z rzeczywiście ważnymi poetami piosenki, jakimi byli Brassens i Brel z terenu francuskiego czy Okudżawa i Wysocki z rosyjskiego. Piękne teksty pisali też Dylan i Cohen. U nich wszystkich te imponderabilia, pytania o sens życia się powtarzają, od tego się nie ucieknie. Tylko że częstokroć oni co innego na to odpowiadają.

Pan co by odpowiedział?

– Znowu w trudne mnie pani rejony kieruje. Ale generalnie rzecz biorąc, uważam, że życie ma sens. Absolutnie.

Jeżeli już umiemy nim kierować, z pewnych spraw rezygnować, a na pewne się decydować, to warto podejmować ryzyko. Wierzę w jakiś wyższy porządek nad moją głową, powiedzmy – układ gwiazd. Oczywiście to nie fatum, coś zapisanego i niezależnego ode mnie, ale w ramach tego, co jest, mogę próbować rozegrać swoją grę.

A ten wyższy porządek?

– To szalenie osobiste, bo każdy z wiekiem, z doświadczeniem coś sobie pod tę ideę podkłada. Wiąże się to z tym, o czym mówiliśmy, to znaczy z sensem. Ktoś zaplanował ten sens i ktoś dba o to, żeby ten sens się realizował. Nie należy tego łączyć, broń Boże, z obecnością i rolą Kościoła. To moim zdaniem porządek niezależny.

Co znaczą dzisiaj dla pana słowa „jeszcze w zielone gramy”?

– Chyba zawsze chodzi o to, żeby sformułować myśl pełną nadziei wbrew sytuacji, która często temu zaprzecza, kiedy „Jeszcze na strychu każdy/ klei połamane skrzydła”…

I „bądźmy jak stare wróble…

-…które stracha się nie boją”. Tak.

Pan się nie boi?

– Tam nie mówię, że się nie boję, tylko żeby lepiej się nie bać. Nie chcę tego specjalnie rozbudowywać, ale skoro mówimy o śmierci, nie chciałbym, żeby ona się stała jakąś opresją dla ludzi, dla świata, który mnie otacza. Wolałbym to zrobić tak, jak zmarł mój świętej pamięci dziadek, ojciec mamy – czytając „Pana Wołodyjowskiego”. Miał serce słabe, położył się, otworzył książkę i nad tą książką znaleziono go martwego.

Ale „Pana Wołodyjowskiego” by pan na coś zamienił?– Powiem pani co innego. Napisałem niedawno wierszyk, w którym poruszam te sprawy, o których mówimy, a ma on sens mniej więcej taki: wiem świetnie, że mam jeszcze do zagrania skecz z partnerką. Ona wie, jak ja wyglądam, ja nie mam pojęcia, jak wygląda ona. Ale wiem dokładnie, jak ona zagra swoją rolę, natomiast nie wiem, jak ja zagram. Wiem tylko jedno, że chciałbym bardzo, żeby z jakichś powodów ona tej roli nie dograła. Wtedy krzyknę za nią na klatce: „Zapomniała pani kosy!”.Rodzaj niezgody?

– Pożartować można.

To pana słowa: „Kocham cię, życie!”…

– Znowu utwór szalenie prosty, w jakimś sensie pokrewny z „Gram o wszystko”. Jest w nim afirmacja świata: „a ja się rzucam z nadzieją nową/ na budzący się dzień!” itd. Kiedy Edyta Geppert to zaśpiewała, miałem spory oddźwięk, także od ludzi, którzy mieli kłopoty, byli chorzy. Ta piosenka podtrzymywała ich na duchu. Takie jest moje podejście do świata i nie przypuszczam, żebym zaczął definiować je inaczej.

Jednak pisał pan też: „Mam złe lata i dobre dni”.

– Kiedyś w ZASP-ie spotkałem wspaniałego pana profesora Aleksandra Bardiniego. Ktoś go zapytał, jak się miewa, na co pan Bardini odpowiedział: „Wie pan, ja to mam złe lata i dobre dni”. Natychmiast do niego doskoczyłem i pytam, czy mógłbym tego użyć w piosence, a Bardini: „Płaci pan 10 zł”. Już Agnieszka Osiecka uważała, że ludzie mówią tytułami piosenek, tylko nie zdają sobie z tego sprawy.

Potem usiadłem i do tych słów dołożyłem całą resztę. Mam taką zasadę, że piosenkę piszę od końca. To znaczy wiem, jak się powinna rozpocząć, nie wiem, co będzie w środku, i wiem, że końcówka powinna wyskoczyć jak diabeł z pudełka. A sama robota jest żmudna i długa, o czym nie każdy dziś pamięta. Teksty różnych najmłodszych autorów nie sprawiają wrażenia, jakby były specjalnie domyślane, raczej nie są.

Bo teraz im gorzej, tym lepiej.

– Nie należy całkiem ulegać temu, co pani mówi. Byłem w Teatrze Polskim na kabarecie Pożar w Burdelu. Poza tym, że to jest za długie i nie ma formy, to znaczy ja bym to skrócił i inaczej uszeregował dramaturgicznie, to jest to pozycja interesująca, o niebo przewyższająca te różne kabarety znane z telewizji. Widać, że robią to ludzie inteligentni, którym o coś chodzi.

Urząd Patentowy nie zgodził się na zarejestrowanie nazwy „Pożar w Burdelu”, bo narusza „porządek publiczny”. Cenzura nie umiera, póki my żyjemy?

– Nie do pojęcia, jakimi jesteśmy hipokrytami. Ale nie porównujmy dawnych czasów z obecnymi. Środek ciężkości się przemieszcza i odnajdujemy go coraz to gdzie indziej, w związku z czym często może nam coś nie odpowiadać, ale książek nikt nam nie zabrania czytać. Nie ma cenzury. Ludzie czytają, nie czytają, jednak wychodzą te książki.

Ja, może kogoś rozczaruję, lubię dwa gatunki. Pierwszy to literatura biograficzna. Co czytałem ostatnio? Broniewskiego, Tuwima, księdza Twardowskiego… A drugi to solidnie zrobiony kryminał, np. Miłoszewskiego. Troszeczkę w starym guście, a la ” Zły” Tyrmanda. Nie czytam młodej poezji. Jeśli są jacyś poeci wielcy i wspaniali, ale tak zaszyfrowani, że długo trzeba ich rozpracowywać, by tę piękność dostrzec, to wolę Szymborską, Herberta, Miłosza. Ze skruchą wyznaję, że – jak napisałem w jednej piosence – „lubię wracać tam, gdzie byłem już”.

Tęskni pan za młodością?

– Każdy tęskni. Nie wierzę, żeby było inaczej. To jest tak, że kiedy jest się młodym, nie zna się wagi różnych spraw, tylko zatyka się nos i skacze na głęboką wodę. Potem przychodzi rozwaga, świadomość ceny, jaką się za wszystko płaci. Tęsknię za tamtą kondycją duchową.

Był pan szczęśliwy?

– Nie ma termometru, który to mierzy. Dopóki coś robię, działam, to jestem relatywnie szczęśliwy. Mnie się wydaje – jak kiedyś napisałem w piosence, którą śpiewa Hala Kunicka – że „szczęście to jest iść do celu, w drodze być…”. Więc ja uważam, że jeszcze tego celu nie osiągnąłem, może i nie osiągnę.

Zwykle problem jest z określeniem tego celu.– Niech mi pani odpuści. To się wiąże z sensem, o którym mówiliśmy. Nadzieja, zawsze jest nadzieja!I zawsze ją pan miał?

– Byłem wychowywany jako półsierota. Ja i moja siostra. Ojciec nas odumarł, kiedy był bardzo młody, w środku okupacji. Miałem wspaniałą, dobrą i mądrą mamę, która w życiowych sprawach nic mi nie nakazywała ani nie zakazywała, pozwalała myśleć samodzielnie, ale nieraz delikatnie podsuwała rozwiązanie. Jedną z najważniejszych chwil w moim życiu jest ta, kiedy się zastanawiałem, czy zostać na uczelni i pracować naukowo, czy wybrać drogę występu, estrady, kabaretu. I mama mnie nakierowała na to drugie, czego nie żałuję. W związku z czym powiedziałbym tak: w fachu, który obrałem, poza zdolnościami ważny jest łut szczęścia, zwłaszcza na starcie. Kiedy człowiek zostanie doceniony i w ślad za tym pójdą dalsze wydarzenia pozytywne, to myśli o życiu z nadzieją. W moim przypadku najpierw były teksty dla kabaretu Dudek i nagrody na festiwalu w Opolu, a potem to już poszło jak z kopyta. Dużo pisałem, byłem zawsze pracowity i to w miarę mi się sprawdzało. Są i tacy, którzy uważają, że są świetni, tylko świat się na nich nie poznał. Ja raczej do takich ludzi się nie zaliczam.

Takie było Opole. O pół wieku festiwalu opowiadają Zygmunt Konieczny, Maryla Rodowicz, Beata Kozidrak i Andrzej Piaseczny

Pamięta pan coś z wojny?

– Urodziłem się w 1941 roku. Pierwsze moje wspomnienie to rok 1944. W dużym domu dziadków w Komorowie pod Warszawą stacjonowali Niemcy. Oni byli na parterze, a moja rodzina na piętrze. Pamiętam ręczne granaty, każdy z taką długą zawleczką, które były poustawiane w kątach na parterze. Na szczęście nie miałem świadomości wojny, byłem zbyt mały. Ale pamiętam pierwsze chwile po wojnie – jako w jakimś sensie dobre, wszyscy byli podnieceni, czekali, co będzie dalej.

W tym naszym domu komorowskim było takie jakby przedszkole. Byłem ja i miałem pięć sióstr, jedną rodzoną, reszta to kuzynki. Babunia mówiła, że jestem babski król. Do tego dochodziło jeszcze trochę dzieci z okolicznych domów. Wszystkimi zajmowała się moja mama, która jednocześnie pobierała lekcje śpiewu. W związku z tym w domu odbywały się wspólne popisy, śpiewano przy fortepianie. Starsza siostra mojej mamy, Maria Kaczurbina, świetna kompozytorka piosenek dla dzieci, zapraszała kolegów z konserwatorium i organizowała w domu koncerty chopinowskie. Poza tym występował u nas ostatni chyba w Polsce melorecytator. Któż to taki? On dawał koncert, podczas którego grał na fortepianie i recytował wielką literaturę: „Karmazynowy poemat” czy „Panią Słowacką” Lechonia albo „Fortepian Chopina” Norwida. Ja i moja siostra początkowo nie poszliśmy do szkoły, tylko uczyliśmy się w domu. Przychodziła do nas taka pani i mnie katowała, bo usiłowała nauczyć nas francuskiego. O ile moja siostra coś mówiła, o tyle ja kompletnie nic. Mało tego, przyjeżdżał straszny pan, który miał nas nauczyć gry na fortepianie – chowałem się pod łóżko i nie było siły, żeby mnie stamtąd wyciągnąć. Po latach żałowałem.

Pan taki przekorny był trochę?

– Lubiłem się nie zgadzać. Byłem i jestem zdania, że jakakolwiek sensowna działalność bierze się z przemyślanej przekory. Już jako młody chłopak miałem w sobie myślenie satyryczne o rzeczywistości, która mnie otacza, i na swój sposób dawałem temu dowód.

Do podstawówki poszedłem od trzeciej klasy, byłem strasznym łobuzem, ciągle miałem obniżony stopień z zachowania. Potem trafiłem do liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Chodziłem na wagary, paliłem papierosy, ale wyciągnęła mnie z tego polonistka, pani Ostrowska. Widać uznała, że coś tam ze mnie może być. Prowadziła kółko polonistyczne, z którym jeździliśmy na przedstawienia do Warszawy, głównie do Dramatycznego. Do dzisiaj pamiętam „Iwonę, księżniczkę Burgunda” z Barbarą Krafftówną i „Diabła i Pana Boga” z Holoubkiem. Robiliśmy szkolne widowiska, a ponieważ miałem już skłonność do pisywania satyrycznych kupletów na znane melodie, to raz w miesiącu dawaliśmy z przyjaciółmi występ humorystyczny „Odkurzaczem po szkole”, ale wpierw pan dyrektor sprawdzał, czy to wykonać wolno.

Od najmłodszych lat byliśmy z siostrą wychowywani w świadomości, że jeden okupant zastąpił drugiego. Dziadek, ojciec mamy, był przed wojną dyrektorem banku rolnego, ale ponieważ nie zapisał się do partii, nie mógł wrócić na stanowisko. Ciocia Kaczurbina dostała pracę w Polskim Radiu w redakcji audycji dla dzieci i młodzieży i wciągnęła moją mamę, która musiała tam odbywać jakieś kretyńskie szkolenia propagandowe, inaczej by pracę straciła. Ale myśmy dokładnie wiedzieli, co myśleć.

Panu partii nie proponowano?

– Kiedy zrobiłem dyplom, ojciec kolegi zaprosił moją mamę i mnie i mówi: „Mój syn już się zapisał, niech i Wojtek się zapisze. Jeśli tacy ludzie nie będą się zapisywali, to w partii zostaną sami przeciętniacy”. Mama powiedziała: „Synku, my chyba wyjdziemy”, i wyszliśmy. Drugi raz namawiano mnie, kiedy pracowałem w telewizji w redakcji rozrywkowej. Regularnie nachodził mnie pewien kierownik produkcji i namawiał: „Panie Wojtusiu, ja to się panu dziwię naprawdę, że pan się nie zapisze do tego PZPR-u. I mieszkanie by pan dostał, i samochód lepszy…”. Odpowiadałem: „Proszę ode mnie odejść”.

Natomiast jak jeździłem na zagraniczne wyjazdy, załatwiane zawsze przez Pagart, to jeździł ze mną tzw. opiekun, który potem meldował, co i jak. To była najczęściej ta sama osoba. Pamiętam nazwisko, bo kojarzyło mi się ze słowem pobieda, mianowicie Pobiedziński. Kiedyś mnie wezwano, powiedziano, że tym razem pan Pobiedziński nie jedzie i żebym ja notował, co ludzie mówią i co mi się nie podoba. Odpowiedziałem, że w takim razie nigdzie nie jadę.

Dla mnie wyraźną cezurą był rok 1968. Wcześniej mówili, że budujemy socjalizm z ludzką twarzą – wtedy nie miałem wątpliwości, że ludzkiej twarzy to on nie ma, raczej pałę, którą przykłada tym i owym. Ale sam nigdy nie musiałem się bać, nie czułem bezpośredniego zagrożenia.

A teraz? Niektórzy straszą wojną.

– Jeśli jesteśmy w NATO, w Unii, to jesteśmy może nie zabezpieczeni, ale mniej osamotnieni. Plagą współczesności jest wszelkiego rodzaju fundamentalizm, terroryzm i ta imperialna chęć Rosji podporządkowania sobie innych. Oczywiście Rosjanie są czymś innym niż Rosja. Wspaniali ludzie, cudowna literatura to jedno, a rosyjski imperializm to drugie. Trzeba umieć to oddzielić, absolutnie. Okudżawa, Wysocki, dla mnie to są fundamenty.

Nie każdy poeta miał taki fart. Rozmowa z Olgą Arcymowicz-Okudżawą, wdową po legendarnym pieśniarzu i poecie

Które utwory?

– Musiałbym wymienić dużo, ale jedną z takich bolesnych piosenek Okudżawy, trafiających w świadomość, są „Trzy miłości”, które kiedyś tłumaczyłem. Okudżawa był genialny.

Poświęcił mu pan piosenkę „Majster Bułat”.– Właściwie cokolwiek by napisał, to poruszało serce i umysł, a jednocześnie dowodziło, jak można prosto, pięknie, mądrze i przede wszystkim uczciwie pisać o świecie. Wysockiemu trafiały się bardziej rozwichrzone utwory, nie podlegał takiej samokontroli jak Okudżawa, ale też miał kilka przebłysków geniuszu. Moja znajomość z twórczością Wysockiego zaczęła się od tego, że do rąk wpadł mi tzw. magnitizdat, dziesiątki razy przegrywane z taśmy na taśmę jego koncerty, na których były te wspaniałe piosenki, m.in. utwór pt. „W górach” o zdobywaniu górskich szczytów, który kończy się słowami: „zachłyśnij się radością swą/ nim zaczniesz zazdrościć temu, co/ zaczyna marsz i niezdobyty przed sobą ma szczyt…”.Teraz w Rosji unosi się rodzaj czadu, który zatruwa jej obywatelom głowy, i jeszcze długo poczekamy, żeby to z tych głów wywietrzało.

Pisał pan, że „wojna nigdy nie jest daleko”.

– Utwór na te czasy, a napisałem go dawno temu. Pięknie to śpiewała Kinga Preis. Przypomniał mi się wiersz Josifa Brodskiego „Piosenka o Bośni”, o tym, że ludzie giną, niesłychanie aktualny: „W chwili, gdy strzepujesz pyłek,/ jesz posiłek, sadzasz tyłek/ na kanapie, łykasz wino -/ ludzie giną”.

Jest chińskie powiedzenie „bodajbyś żył w ciekawych czasach”, a ja napisałem kiedyś tekst, że chciałbym troszeczkę pożyć w czasach nieciekawych, normalnych.

Do niedawna było całkiem nieciekawie.

– Nagle się okazało, że to wszystko jest kruche i że ciągle trzeba na rzecz tej normalności mądrze działać. A nam jeszcze w Polsce przeszkadza, że jesteśmy ciągle skłóceni, nie ma u nas tego „pogadaj ze mną”, które proponuję. Z tego też nic dobrego nie wynika. Tylko ciągłe inwektywy, spory, napuszczanie jednych na drugich.

Tu prawie każdy chce być prezydentem.

– Mogę streścić wierszyk, który na ten temat napisałem. Obserwując kandydatów na urząd prezydenta, żadnego z nich nie skreślam, żadnego z nich nie deprecjonuję, bo oni mi są wszyscy potrzebni jako tło. I kiedy na tym tle pojawi się ktokolwiek trzeźwy, rozsądny, mądry, to urośnie do nie wiem jakich rozmiarów.

Tak że ja liczę na tło.

Jak będzie druga tura, tło się skurczy.

– Też myślę, że będzie druga tura, ale staram się być zdroworozsądkowy w tym myśleniu. Komorowski się ostanie. Nie mamy alternatywy. Mówię za siebie. Kompletnie nie mam się z kim identyfikować, poza pewnymi ludźmi i opiniami wypływającymi właśnie z Platformy, która ma mnóstwo wad, popełnia mnóstwo błędów, ale gdzieś tam jest w miarę normalna, a ja, jak mówiłem, jestem za tą normalnością.

To doszliśmy do tematu, czemu ta wolność taka trudna.

– Krótko i świetnie ujął to Wysocki w piosence, która zaczyna się „Rzućcie kundlom padlinę”, a kończy: „Dali mi wczoraj wolność!/ Dali… I cóż mi po niej?”. U nas tak jest. Tę wolność żeśmy wywalczyli, ale mówiąc o wolności, każdy miał na myśli troszeczkę co innego. I dopóki ludzie nie dogadają się ze sobą, porzuciwszy demagogię, populizm itd., dopóty tkwić będą w kleszczach tej sytuacji.

A pan jakiej wolności chciał?

– Rozumnej.

To myślenie życzeniowe. Pan wymaga inteligencji.

– A czego ja mam wymagać, na litość boską?!

Ja się opieram na autorytetach, myślę o takich ludziach jak Stefan Kisielewski, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń… Na tym opieram moją tradycję.

Pan zawsze liczył na naszą zbiorową mądrość, a może……się przeliczyłem?Zacytuję klasyka: „Sam pan widzi, jaką mamy sytuację”.

– Napisałem teraz taki satyryczny tekst, który się nazywa „Polaków portret własny”. O malarzu, który namalował transformację, ale po 25 latach doszedł do wniosku, że trzeba ten obraz trochę przemalować. Bo on namalował zbiorową mądrość, a widzi, że teraz musi ją zastąpić zbiorową głupotą.

Byliśmy mądrzy, a jesteśmy głupi?

– Powodów tej przemiany jest wiele, ale przede wszystkim naród nie może istnieć bez autorytetów. Zwracam na to wielką uwagę. Potrzebny jest szacunek dla tradycji, a u nas tej tradycji się nie kontynuuje – autorytety zostały podważone, oplute. Jeśli uważa się, że wszystko zaczyna się ode mnie, a przede mną już kompletnie nic nie było, to wtedy nie ma na czym budować.

Ten nasz nowy wspaniały świat często musi podważać tradycję, żeby gej mógł zostać prezydentem miasta, osoba transseksualna kandydować na prezydenta, żeby mogła przejść ustawa antyprzemocowa…

– Niech ludzie żyją sobie, jak chcą, byleby nie czynili zła. Tak mnie mama uczyła: żyj tak, żeby nikt przez ciebie nie płakał.

Tacy, co wołają: „Nie czyńcie zła”, raczej co innego mają na myśli niż pan.

– Na tym właśnie polega ten specyficzny polski dualizm, rozdwojenie jaźni. Mówi się jedno, a dla każdego to co innego znaczy. Niezmiernie przykre zjawisko. Ale totalnie czarnego obrazu nie maluję. Mamy ludzi mądrych i rozsądnych, tylko ich możliwości sprawcze, ich reprezentacja społeczna są niewielkie, to znaczy stajemy się społeczeństwem niszowym.

To inteligencja tę wolność przegrała?

– Wierzę, że nie przegrała i tu czy ówdzie będzie się odradzała, ale na razie inteligencja w sensie nawet nie klasy społecznej, ale tego, co Polacy mają w głowach, IQ jest w odwrocie. Ten problem będzie narastał, a niestety nie da się go naprawić drogą administracyjną ani dekretem. Edukacja musi trwać od domu, przez szkoły, bez końca. Nie wolno tego porzucać. W końcu musi dojść do próby przeobrażenia społeczeństwa. Jest nadzieja, że trwała niezgoda na zbiorową głupotę zaprocentuje.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Czyściciele miast
Koniec programu „rodzina na swoim” w samorządach, czyli nowi prezydenci burzą budowane długo i starannie układy – reporter „Gazety Wyborczej” w miastach, w których sto dni temu zmieniła się władza

Borys Niemcow carom się nie kłaniał
W swym nienormalnym kraju zachowywał się jak demokratyczny polityk w kraju normalnym

Robert Biedroń: Belweder? Dach w podstawówce naprawiam
Do polityki warszawskiej wrócę, jeśli w ogóle wrócę, kiedy rozwiążę w Słupsku problem bezdomnej rodziny z trójką niepełnosprawnych dzieci.

Atak wolnych strzelców. Etatowcy zagrożeni?
Freelancerzy na smartfona wypierają specjalistów na etat. Za jaką cenę?

Google Glass: wzlot, odlot i upadek pewnego projektu
W tej historii jest wszystko – miłość i zdrada, wielkie nazwiska i ogromne wydatki, kosmiczna promocja i twarde lądowanie. Takie były losy Google Glass.

Zrozumieć antyszczepionkowca
Przestańmy mówić rodzicom, którzy nie szczepią dzieci, że to głupota. Lepiej poprawmy system: wymagajmy więcej od lekarzy, wyprowadźmy koncerny farmaceutyczne z przychodni, na serio pilnujmy kart szczepień

Sieję ferment na wiosnę. Fermentacja w kuchni
Co roku specjalistyczne firmy i branżowe media starają się odgadnąć, co będzie gorące w świecie kuchni

Wyborcza.pl

Robert Biedroń: Belweder? Dach w podstawówce naprawiam

Jarosław Mikołajewski, 07.03.2015
Robert Biedroń

Robert Biedroń (Fot. Bartosz Bobkowski)

Do polityki warszawskiej wrócę, jeśli w ogóle wrócę, kiedy rozwiążę w Słupsku problem bezdomnej rodziny z trójką niepełnosprawnych dzieci.
Z Robertem Biedroniem rozmawia Jarosław MikołajewskiJarosław Mikołajewski: Czy prezydent Słupska będzie prezydentem Polski?Robert Biedroń: Proszę wybaczyć, ale nie dam się kusić. Moim celem jest dzisiaj spełnienie obietnic, które złożyłem mieszkańcom Słupska.I nie ma pan innych ambicji?

– Dziś – żadnych.

Ale wizję Polski pan ma?

– Oczywiście. Tylko kiedy ktoś pyta o tę wizję, boję się, że próbuje mnie wciągać w tzw. wielką politykę, której chcę dzisiaj unikać, w kontekst ogólnopolski. Rozmowa o niej bywa nieunikniona, ale na Polskę staram się patrzeć dzisiaj z perspektywy miasta średniej wielkości, jakim jest Słupsk. Uczę się jej, bo jako poseł trochę inaczej wyobrażałem sobie funkcjonowanie naszych małych ojczyzn.

Żelazny facet. Kim jest Robert Biedroń

Jakie ma pan teraz problemy?

– Głównym problemem są pieniądze. Przejąłem miasto horrendalnie zadłużone – na prawie 300 mln zł przy budżecie ok. 480 mln. To sprawia, że nie stać mnie na podstawowe inwestycje, na spełnienie oczekiwań mieszkańców, często podstawowych.

Jakich?

– Na udzielanie pomocy ludziom, którzy są w trudnej sytuacji. Choćby kobietom wyrzucanym z domu i tym, które uciekają same, bo są ofiarami przemocy. Lądują w domu interwencji kryzysowej, w którym warunki urągają wszelkim standardom. To wstyd dla mnie i dla miasta, ale trudno mi rozwiązywać takie problemy w chwili, kiedy w miejskiej kasie jest tak mało pieniędzy. Ale próbuję i na tym dzisiaj się skupiam. I często myślę: „Kurczę, pracowałem cztery lata w Sejmie, decydowaliśmy o przyznaniu 16 mln na Świątynię Opatrzności Bożej”. I zaczynam kalkulować, że za te pieniądze zrobiłbym w Słupsku to, to i jeszcze kilka innych rzeczy.

Co?

– Naprawiłbym dach w szkole nr 5, instalację elektryczną w przedszkolu, którego budynek jest drewnianą chatką, ciągle w niej skrzy instalacja i, odpukać, w każdej chwili może dojść do tragedii. Jeśli spojrzymy na Polskę z takiej perspektywy, nasz kraj wygląda całkiem inaczej i jeśli kiedyś wrócę do tzw. wielkiej polityki, to uzbrojony w wiedzę, którą teraz zdobywam. Bezcenną.

Czego się pan dowiedział o słupszczanach?

– Że nie absorbują ich rzeczy, które z perspektywy warszawskiej wydają się ważne. Na przykład podczas kampanii nikt mnie nie pytał, czy jestem gejem. To nie miało dla nich żadnego znaczenia. Zajmowali się tym wyłącznie dziennikarze, którzy z jakąś manią za każdym razem pytali, czy będę stawiał tęczę, czy będzie w Słupsku parada równości, a wszystko to w kontekście mojej orientacji seksualnej. Na zaprzysiężeniu pojawił się dziennikarz pewnej wielkiej stacji, którego ktoś podpuścił, by spytał, czy będę ściągał ze ściany ratusza obraz Jana Pawła II. I nic innego go nie interesowało.

Co mu pan odpowiedział?

– Że to nie są dziś problemy priorytetowe dla mojego miasta. Wypadł rozgorączkowany na ulicę, tam złapał jakąś mieszkankę i spytał, dlaczego wybrali geja, na co ona poinformowała go trzeźwo, że nie wybierali prezydenta do łóżka, tylko do rządzenia miastem. Ten przypadek dobrze pokazuje, jak inna jest perspektywa mediów od perspektywy mieszkańców. Bo oni przychodzą z konkretnymi potrzebami.

W Słupsku brakuje 2 tys. mieszkań komunalnych, socjalnych. Ogromnie dużo. Żeby wypełnić tę lukę, musiałbym wybudować całe osiedle. To jest nie do zrobienia przez najbliższe 10, 20 czy nawet 50 lat. Musiałbym mieć budżet Warszawy. No ale co z tego, że nie mam pieniędzy, skoro ludzie mają problemy? Przyszła do mnie ostatnio na dyżur bezdomna rodzina, ojciec i matka z trójką niepełnosprawnych dzieci. Nie mają stałego adresu, mieszkają kątem u znajomych. Coś muszę z tym zrobić, czy są na to środki, czy nie. Do polityki warszawskiej wrócę, jeśli w ogóle wrócę, dopiero w chwili, kiedy nauczę się rozwiązywać takie zadania.

Jakim miastem jest Słupsk?– Trzeba pamiętać, że leży na Ziemiach Odzyskanych, a jego mieszkańcy to nie autochtoni, czyli nie Niemcy z dziada pradziada, tylko przede wszystkim ludność napływowa z miast byłej Rzeczypospolitej, jak Wilno, Grodno czy Lwów, i wielu ludzi z Warszawy, którzy po zburzeniu stolicy szukali miejsca dla siebie. Bo tutaj były mieszkania i warunki do osiedlania się. Ten skład społeczny to jeden czynnik kształtujący charakter miasta. Drugi to ten, że Słupsk długo był miastem wojewódzkim. Powstawały urzędy, istniała silna klasa średnia – wykształceni urzędnicy, którzy mieli wysokie aspiracje i oczekiwali od Słupska więcej niż od miasta powiatowego. I ci ludzie tutaj zostali, razem z marzeniami i pamięcią o Grodnie, Wilnie, Lwowie, Warszawie, czyli z wielkomiejskimi aspiracjami i nostalgią. Na ulicach zdarza się czasem zobaczyć nawet damy w sobolach, panów w cylindrach. Widać, jak duma tych ludzi kontrastuje z tym, że Słupsk jest dziś miastem skromnym. A jest, bo bardzo stracił na tym, że trafił gdzieś na pobrzeża województwa pomorskiego. Aspirował do tego, by być województwem środkowopomorskim, ze stolicą w Koszalinie i Słupsku. Ze względów politycznych to się nie udało i mieszkańcy płacą za to wysoką cenę. Ale duma została, razem z pamięcią, że był tutaj urząd wojewódzki, wojewoda, sekretarz partii.

Co prezydent Biedroń robi ze Słupskiem

Nostalgia za PRL-em?

– Jakaś tęsknota za czasami, kiedy Słupsk wiele znaczył również militarnie, bo było to miasto policji i wojska. Dzisiaj ta duma powraca na innej płaszczyźnie, bo o Słupsku znowu się mówi. Łatwo poczuć na ulicach, a zwłaszcza podczas spotkań, coś w rodzaju euforii czy optymizmu. Pomimo problemów ludzie jakoś się cieszą. Mają dużo energii i woli, żeby coś zmieniać. Biorą sprawy w swoje ręce. Skorzystam z tej aury, żeby ściągnąć z powrotem tych, którzy jako młodzi ludzie wyjechali z miasta, często za granicę. Wyjechali, bo się nie odnaleźli w nowej rzeczywistości po 1989 roku, bo państwo polskie nie miało na nich pomysłu. Chcę im teraz pokazać, że dzisiaj jest to już inne miasto, a trochę pomysłów mam.

Nie spotyka się pan z homofobią czy ksenofobią?

– Po wyborach: nie. Przed wyborami: sporadycznie tak.

Jak układają się pańskie relacje z Kościołem?

– Ciekawie. Pewien ksiądz poprosił nawet panie z Radia Maryja, żeby się za mnie modliły. I owszem, modliły się, lecz kiedy potem zażyczył sobie, żebym pomógł naprawić oświetlenie w kościele, odmówiłem. Co nie zmieniło naszych dobrych kontaktów, bo przesłał mi wodę święconą.

Jak w kurii przyjęto pańską deklarację, że nie będzie pan chodził sam do biskupa, ale jeśli ten poprosi o audiencję, to pan go przyjmie?

– Z dużym dystansem. To zresztą dla mnie bardzo interesujące, że Kościół nie do końca zdał sobie sprawę, kto w Słupsku jest dziś prezydentem. Jeden z księży delikatnie zasygnalizował oczekiwanie, że imprezy organizowane przez miasto nadal będą miały kontekst kościelny. „Nie wyobraża sobie pan prezydent – powiedział – że miasto zrezygnuje ze współorganizowania świąt kościelnych”. „Tak, wyobrażam sobie – odpowiedziałem – i z tej praktyki zrezygnujemy”.

Czyli takie praktyki były?

– Za prezydentury mojego poprzednika Macieja Kobylińskiego, który zresztą uważał się za człowieka lewicy, wszystkie uroczystości państwowe organizowane przez ratusz rozpoczynały się mszą świętą. Nie uważam, że ratusz jest od tego, by organizować uroczystości religijne. Będę pierwszym, który stanie w obronie wolności religijnej, jeśli któryś mieszkaniec będzie dyskryminowany ze względu na wyznanie. I ostatnim, który zorganizuje uroczystość państwową w kościele. Te relacje mają swój koloryt wynikający z długiej polskiej tradycji, w której tym, który w mieście rozdaje karty, często jest ksiądz.

W Słupsku jedną z najważniejszych postaci życia społecznego jest ks. Jan Giriatowicz, postać powszechnie znana, bardzo dobry człowiek. Nie angażuje się w bieżącą politykę, nie próbuje rządzić, ale ma duże wpływy i jest kimś w rodzaju kustosza. Pełni pewien rodzaj zwierzchnictwa nad obecnością symboli religijnych w miejscach publicznych. Regularnie przychodzi do ratusza i sprawdza, czy wciąż tam wisi portret Jana Pawła II. I obawiam się, że gdybyśmy zdjęli ten portret, byłaby z tego wielka burza polityczna.

Mamy problem ze świeckością?

– Oj, mamy. Wystarczy popatrzeć, jak dzielona jest subwencja oświatowa. Ponad 2 mld zł idą na nauczanie lekcji religii, które odbywają się dwa razy w tygodniu przez cały rok, a brakuje pieniędzy np. na nauczanie pozalekcyjne. Środków na to wystarcza mi na tydzień. A gdzie pozostałe pięćdziesiąt kilka tygodni?

Próbuje pan to zmienić?

– Miałem niedawno spotkanie z minister Joanną Kluzik-Rostkowską, na którym sugerowałem, że priorytety powinny być inne. Że państwa nie stać na to, by inwestować w lekcje religii, które może są ważne, ale nie powinny odbywać się na koszt państwa, w publicznych pomieszczeniach. Od tego jest Kościół: niech sam organizuje lekcje religii i za nie płaci. Jeśli w szkołach słupskich mam wybór, czy organizować angielski i zajęcia pozalekcyjne czy religię, dla mnie wybór jest jasny. Ale mnie na to nie stać, bo muszę płacić w każdej klasie za lekcję religii, od przedszkola.

A sprawy pracownicze?

– Mam wrażenie, że związki zawodowe wzięły pracowników w kamasze.

Co to znaczy?– Coraz bardziej stają się ich zakładnikami, tymczasem serce pracowników bije poza związkami, co widać po jednym z najniższych w Europie wskaźników zaangażowania w ruch zawodowy. Rolą lewicy powinno być więc dzisiaj uświadamianie. Uwiarygodnienie się wśród pracowników, że jest ich reprezentantem. Tymczasem lewica przez wiele lat ich zaniedbywała. A nawet prowadziła politykę antypracowniczą. Leszek Miller miał wizję trzeciej drogi, chciał godzić neoliberalną gospodarkę z jakimiś postulatami socjaldemokratycznymi: Tony Blair, podatek liniowy itd. To się nie sprawdziło, bo dzisiaj pracownicy są w gorszej sytuacji niż 10, 15 czy 20 lat temu. Umowy śmieciowe, czas pracy, płace… Pracownicy wszędzie tracą. Powstają nawet pomysły, żeby w ogóle zlikwidować związki zawodowe, bo nie są potrzebne. Ja uważam, że są potrzebne, tylko trzeba je reformować, a zrobić to mogą tylko świadomi pracownicy.Rzuca pan hasło świadomości klasowej?– Brzmi to strasznie, ale tak właśnie jest. I uświadomienie jest rolą ludzi takich jak ja, którzy mają lewicową wrażliwość. Musimy iść do pracowników i z nimi rozmawiać. Uzmysłowić im, że tylko lewica jest nadzieją na te zmiany.

Lewica jest wystarczająco wiarygodna?

– Niestety, mam wrażenie, że SLD, który cztery lata temu zawarł koalicję z Business Centre Club, tej wiarygodności raczej nie posiada.

Kto nienawidzi lewicy

Robert Biedroń – ur. w 1973 r., inicjator Kampanii przeciw Homofobii. Wybrany w 2013 r. do Sejmu z ramienia Twojego Ruchu, po roku był wśród najlepszych posłów w rankingu „Polityki”. Obecnie prezydent Słupska.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Czyściciele miast
Koniec programu „rodzina na swoim” w samorządach, czyli nowi prezydenci burzą budowane długo i starannie układy – reporter „Gazety Wyborczej” w miastach, w których sto dni temu zmieniła się władza

Borys Niemcow carom się nie kłaniał
W swym nienormalnym kraju zachowywał się jak demokratyczny polityk w kraju normalnym

Wojciech Młynarski: Życie ma sens. Absolutnie
Wierzę, że wolność nie przegrała, ale na razie IQ Polaków jest w odwrocie. Z Wojciechem Młynarskim rozmawia Donata Subbotko

Atak wolnych strzelców. Etatowcy zagrożeni?
Freelancerzy na smartfona wypierają specjalistów na etat. Za jaką cenę?

Google Glass: wzlot, odlot i upadek pewnego projektu
W tej historii jest wszystko – miłość i zdrada, wielkie nazwiska i ogromne wydatki, kosmiczna promocja i twarde lądowanie. Takie były losy Google Glass.

Zrozumieć antyszczepionkowca
Przestańmy mówić rodzicom, którzy nie szczepią dzieci, że to głupota. Lepiej poprawmy system: wymagajmy więcej od lekarzy, wyprowadźmy koncerny farmaceutyczne z przychodni, na serio pilnujmy kart szczepień

Sieję ferment na wiosnę. Fermentacja w kuchni
Co roku specjalistyczne firmy i branżowe media starają się odgadnąć, co będzie gorące w świecie kuchni

Wyborcza.pl

 

Klub Gowina chce odwołania Nowickiej z funkcji wicemarszałka Sejmu. „Ona reprezentuje już tylko siebie”

mikpie, PAP, 06.03.2015
Jarosław Gowin

Jarosław Gowin (Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta)

Jarosław Gowin poinformował, że jego klub Zjednoczona Prawica chce odwołania Wandy Nowickiej z funkcji wicemarszałka Sejmu. Według ZP po rozpadzie klubu Twojego Ruchu, z którym Nowicka współpracowała, przestała ona reprezentować kogokolwiek oprócz siebie.
Jarosław Gowin, przewodniczący klubu Zjednoczona Prawica (do niedawna Sprawiedliwa Polska), poinformował, że „podjął decyzję o złożeniu do marszałka Sejmu wniosku o odwołanie z funkcji wicemarszałka Wandy Nowickiej”.Fotel wicemarszałka tylko dla klubówWedług polityków ZP dobrym obyczajem w parlamencie była sytuacja, w której swoją reprezentację w prezydium Sejmu miały tylko kluby parlamentarne. Poseł Tadeusz Woźniak przypomniał, że Nowicka jest posłanką niezrzeszoną i nie reprezentuje żadnego klubu parlamentarnego. – Nowicka jako wicemarszałek Sejmu przestała w izbie reprezentować kogokolwiek, poza sobą samą. Nie ma żadnego uzasadnienia, żeby dalej trwała na tym stanowisku – ocenił.Sam Gowin wyraził nadzieję, że większość posłów poprze wniosek klubu Zjednoczonej Prawicy o odwołanie Nowickiej „w imię dobrych zasad parlamentarnych”.Zauważył przy tym, że jego klub jest jedynym, który nie ma swojego wicemarszałka Sejmu. – Chcielibyśmy tę sytuację zmienić, ale na razie nie występujemy z wnioskiem o powołanie wicemarszałka z ramienia Zjednoczonej Prawicy, jeżeli się na taki wniosek zdecydujemy, to nie jest przesądzone, kto będzie naszym kandydatem – zaznaczył.

Nowicka: Jestem dobrą wicemarszałkinią

Sama Nowicka powiedziała, że jej sytuacja w prezydium w Sejmie nie zmieniła się od dwóch lat. – Od dwóch lat jestem wicemarszałkinią niezrzeszoną, tak zdecydował Sejm. Ówczesny premier Donald Tusk i ówczesna marszałek Sejmu Ewa Kopacz mówili, że jestem dobrą wicemarszałkinią. Nic się w tej sprawie nie zmieniło – dodała.

Nowicka w 2011 r. została wybrana na funkcję wicemarszałka Sejmu z rekomendacji klubu Ruchu Palikota (później zmienił nazwę na Twój Ruch). W lutym 2013 roku wykluczono ją z klubu RP. Miało to związek z nagrodami rocznymi, jakie przyznało sobie Prezydium Sejmu (Nowicka otrzymała ok. 40 tys. zł brutto). Mimo iż klub RP wycofał rekomendację dla Nowickiej jako wicemarszałka Sejmu, zachowała ona swoje stanowisko.

Kluby się kłócą, ale Nowicka raczej zostanie

Wiele wskazuje na to, że Nowicka nie zostanie jednak odwołana – wniosku ZP nie poprą kluby: PO i SLD. Za jest PiS; poparcia nie wyklucza też Twój Ruch, który w 2011 r. rekomendował Nowicką do Prezydium Sejmu. Nieznane jest jeszcze stanowisko PSL.

Politycy powyższych partii mają raczej sprecyzowane opinie na ten temat. Poseł Mariusz Witczak z władz klubu PO nazwał inicjatywę ZP „absurdalną propozycją”. – Wybór nowego wicemarszałka ze środowiska PiS, Solidarnej Polski i Gowina oznaczałoby, że PiS ma dwóch przedstawicieli w Prezydium Sejmu. Jakim prawem? Klub ZP to jest klub PiS-owski – to jest w 98 proc. klub PiS plus Gowin i Żalek (b. posłowie PO). To może niech jeszcze Kaczyński podzieli swój klub na kilka mniejszych, wybierze przedstawicieli do Prezydium Sejmu, będą mieli większość – ironizował.

Inaczej uważa PiS. – Jesteśmy konsekwentni – byliśmy przeciwko powołaniu wicemarszałek Nowickiej i teraz będziemy głosować za jej odwołaniem. Uważamy, że w Prezydium Sejmu powinni zasiadać przedstawiciele klubów, a Nowicka nie reprezentuje żadnego – oświadczył zastępca rzecznika PiS Krzysztof Łapiński. Zadeklarował, że PiS poprze ewentualnego kandydata klubu Gowina na nowego wicemarszałka.

Co mówi konstytucja?

Konstytucja stanowi, że Sejm wybiera ze swojego grona marszałka i wicemarszałków. Tworzą oni Prezydium Sejmu. W regulaminie Sejmu nie ma zapisu, który stanowiłby, że każdy z klubów parlamentarnych ma swojego przedstawiciela w Prezydium, wicemarszałkowie nie muszą też mieć rekomendacji swoich klubów. Utarł się jednak sejmowy zwyczaj, że to kluby rekomendują swoich przedstawicieli do Prezydium Sejmu

Sejm odwołuje wicemarszałka Sejmu, na wniosek złożony przez co najmniej 15 posłów, bezwzględną większością głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Klub, któremu przewodniczy Gowin, liczy 15 posłów.

Zobacz także

TOK FM

Będzie nowa partia na lewicy? Założą ją m.in. Napieralski, Rozenek, Nowacka i Biedroń

Grzegorz Napieralski ma być jednym z twórców nowej partii.
Grzegorz Napieralski ma być jednym z twórców nowej partii. Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Oficjalne decyzje w sprawie powołania nowego politycznego ugrupowania zapadną ponoć po majowych wyborach prezydenckich. M.in. dlatego, że… im większa przegrana, tym większe szanse dla nowej partii na kolejnych członków.

– Na polskiej scenie politycznej jest potrzeba utworzenia zupełnie nowej partii, nie nazwałbym jej nawet lewicową, ale gdzieś tu umiejscowioną – mówił niedawno Grzegorz Napieralski. – Skłamałbym, gdybym powiedział, że o tym nie rozmawiamy.

Jak podaje TVN24, w gronie planującym stworzenie nowego ugrupowania są – poza Napieralskim – Barbara Nowacka, Wanda Nowicka, Piotr Guział, Robert Biedroń czy Andrzej Rozenek, który kilka dni temu zrezygnował z funkcji rzecznika prasowego Twojego Ruchu. Jego decyzja ma, jak sam stwierdził, związek z „niewyjaśnionymi nieprawidłowościami finansowymi”.

O potrzebie zreformowania lewicy mówi się od dawna. Głos w tej sprawie zabierali w naTemat m.in. Jacek Żakowski czy wiceprzewodniczący Twojego Ruchu Marek Siwiec, który stwierdził wprost: – Do tej pory w szeregach działaczy zwyciężało przekonanie, że sami dadzą sobie radę z tym kryzysem. Teraz, nawet Ci ludzie siedzący bardzo głęboko w szeregach partii zaczynają dostrzegać, że tak się niestety nie da. Jeśli chcą uniknąć totalnej porażki, muszą stworzyć całkiem nową jakość. (…) Dlatego, jeśli ktoś wierzy, że zmiana lidera wystarczy to jest to błędne myślenie.

Źródło: TVN24.pl

naTemat.pl

Świnoujście: Bezdomni psują wizerunek miasta, dlatego dostaną bilet w jedną stronę

Daria Krotoska, 06.03.2015
Bezdomni ogrzewają się przy koksownikku na rogu ul. Legionów i Zachodniej

Bezdomni ogrzewają się przy koksownikku na rogu ul. Legionów i Zachodniej (Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta)

– Popieram ideę powrotu do środowiska macierzystego, wydaje mi się ona bardzo sensowna i cenna. Niestety, to jest dużo bardziej skomplikowane od powiedzenia „damy wam bilet do domu, jedźcie sobie” – tak dla TOK FM.pl nowy pomysł władz Świnoujścia na rozwiązanie problemu z bezdomnymi skomentował Jerzy Żurko. Miasto postanowiło sponsorować przyjezdnym bezdomnym bilety w rodzinne strony.
Władze Świnoujścia będą sponsorowały przyjezdnym bezdomnym bilety kolejowe w jedną stronę. Tłumaczą, że takie osoby psują wizerunek miasta i odstraszają turystów. Jak donosi TVP INFO, pomysłodawcą akcji jest zastępca prezydenta Świnoujścia Paweł Sujka. Bezdomni dostaną bilet w swoje rodzinne strony, a miasto pozbędzie się niechcianych mieszkańców.Chybiony pomysł– Miasta takie jak Świnoujście i inne nadmorskie kurorty zawsze będą miały problem z bezdomnymi, szczególnie w miesiącach letnich – mówił dla TOK FM.pl dr Jerzy Żurko, który od lat zajmuje się badaniem bezdomności. – Wielokrotnie podczas wywiadów, które przeprowadzałem z bezdomnymi, opowiadali mi, że lato spędzają nad morzem. Jadą z Warszawy czy Krakowa do Sopotu, Gdańska czy Świnoujścia. Dlatego też uważam, że nawet jeżeli uda się odprawić do domu pięciu bezdomnych przebywających tam na stałe, to nie rozwiąże to problemu, bo na ich miejsce w czerwcu przyjedzie 10 innych – tłumaczył Żurko.

Zdaniem eksperta niewielu bezdomnych uda się namówić do powrotu w rodzinne strony. – Z tej pięćdziesiątki, która zamieszkuje Świnoujście na stałe, pojedzie może pięciu. Czy to rozwiąże problem ich lub miasta? Nie sądzę – dodał Żurko.

Sama idea jest cenna

Żurko zaznaczył jednak, że idea stojąca za akcją jest dobra. – Całkowicie popieram pomysł, aby bezdomni wracali w swoje rodzime strony, i zgadzam się z poglądem, że pomoże im to na wyjście z bezdomności – komentował. Podkreślił jednak, że nie da się tego osiągnąć w tak prosty sposób, jaki wprowadzono w Świnoujściu. – Popieram ideę powrotu do środowiska macierzystego, wydaje mi się ona bardzo sensowna i cenna. Niestety, to jest dużo bardziej skomplikowane od powiedzenia „damy wam bilet do domu, jedźcie sobie” – tłumaczył ekspert.

Rozwiązanie teoretycznie proste, praktycznie trudne

Rozwiązaniem problemu według Żurki jest w efekcie odnawianie więzi rodzinnych i powrót do miejsca, w którym takie osoby w bezdomność weszły, czyli zazwyczaj miasta, z którego pochodzą. Problem polega na tym, że samo kupienie biletu w jedną stronę jest najłatwiejszym i ostatnim krokiem na drodze do wyjścia z bezdomności. – Trzeba byłoby za pomocą streetworkingu lub poradnictwa życiowego przekonać bezdomnych, żeby przestali się błąkać po mieście, sypiać na poddaszach w bunkrach czy szałasach. Należałoby ulokować ich w schroniskach, w których mogliby się podleczyć i wyjść z nałogu – tłumaczył. Podkreślił, że schronisko to nie odwyk, ale panujące w nim zasady, np. zakaz spożywania alkoholu, pomagają przebywającym tam osobom zacząć walkę z nałogiem.

– Osoba, która od trzech lat przebywa w schronisku, chcąc nie chcąc musi być od trzech lat abstynentem. Z kimś takim można już zacząć rozmawiać o odnawianiu więzów rodzinnych. Można ich namówić, żeby nawiązali kontakt z rodziną i znajomymi. Polski system jest na tyle wadliwy, że utrwala bezdomność. Schronisk jest stosunkowo mało, a powinny one powstawać właśnie w takich miejscach jak Świnoujście.

Zobacz także

TOK FM

Nasze miejsce w grze o Ukrainę

Mirosław Czech Gazeta Wyborcza, 06.03.2015
Ewa Kopacz i Angela Merkel

Ewa Kopacz i Angela Merkel (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

W strategii powstrzymywania rosyjskiego imperializmu pełnimy ważną rolę jako najsilniejsze państwo w regionie. Jednocześnie w naszym interesie leży, by pierwsze skrzypce w walce z Putinem grały Niemcy i Angela Merkel. A opozycja tego nie rozumie
Polski nie ma przy stole rozmów w sprawie Ukrainy, co pokazuje, jak słaba jest nasza pozycja w UE pod rządami PO i Bronisława Komorowskiego” – tak twierdzą SLD i PiS. Jako alternatywę przywołują politykę Aleksandra Kwaśniewskiego podczas pomarańczowej rewolucji i Lecha Kaczyńskiego z czasu wojny rosyjsko-gruzińskiej. Dziś nie widać spektakularnych działań, Polski nie było też w Mińsku, gdzie w połowie lutego tzw. czwórka normandzka (Niemcy, Francja, Ukraina i Rosja) uzgadniała zawieszenie broni w Donbasie.Przedstawiciele władz usiłują odpowiadać, lecz ich argumenty słabo trafiają do opinii publicznej. I trudno się dziwić, bo Polacy zewsząd słyszą, że Polska to ambasador Ukrainy. „Skoro tak jest, to dlaczego nie ma nas przy stole obrad?” – pytają obywatele.Radosław Sikorski stwierdził niedawno: „Wina leży trochę po stronie Ukrainy. Próbowałem przekonać prezydenta Poroszenkę, że formuła normandzka nie jest korzystna dla Ukrainy. Był moment, kiedy Rosjanie byli gotowi wrócić do formuły genewskiej, czyli: Rosja, Ukraina, USA i UE. Ich zgoda oznaczałaby dopiero, że umowa jest respektowana”.Sikorskiemu trzeba wierzyć na słowo, bo nie sposób zweryfikować treści jego rozmowy z Poroszenką. Informacje dostępne publicznie przeczą jednak tezie, że Amerykanie gotowi byli powrócić do „formatu genewskiego” i że cokolwiek by to zmieniło.Najpierw faktyTak zwany format genewski to negocjacje w sprawie zatrzymania inwazji rosyjskiej na wschodzie i południu Ukrainy z udziałem USA, UE, Ukrainy i Rosji. Negocjacje podjęto po rozpoczęciu inwazji na Krymie, a ich finałem było podpisanie oświadczenia z 17 kwietnia. Rosja miała dokument za świstek, bo w tym samym czasie rozpoczęła „Rosyjską wiosnę” – operację oderwania od Ukrainy ośmiu południowo-wschodnich obwodów.Amerykanie kontrolują rozwój sytuacji w Donbasie i prowadzą rozmowy z Rosją, wykorzystując w tym celu własny „format” – spotkania Johna Kerry’ego z Siergiejem Ławrowem. Z Putinem nie chce rozmawiać Barack Obama, bo uznaje, że na razie nie ma o czym.”Format normandzki” powstał 6 czerwca, gdy doszło do spotkania Angeli Merkel, François Hollande’a, Petra Poroszenki i Władimira Putina. Niemiecka kanclerz przejęła prowadzenie polityki UE po słynnej rozmowie telefonicznej z Putinem, gdy stwierdziła, że „żyje on w innej rzeczywistości”. Waszyngton zachęcał Merkel do objęcia przywództwa, bo jedynie ona mogła wymusić jedność UE w sprawach sankcji.Początkowo Putin też stawiał na Merkel, bo dla niego kluczem do rozbicia NATO i UE był antyamerykański zwrot w polityce Niemiec. Źle jednak trafił, bo Merkel nie zamierzała być Gerhardem Schröderem, który za parę milionów euro stał się lobbystą Moskwy. Rosja musiała więc zmodyfikować plany. Dziś podważa jedność Niemiec, co stanowi element przywrócenia porządku ustanowionego w Jałcie – najnowszego celu Putina.W ramach „formatu normandzkiego” powołano tzw. grupę kontaktową Ukraina-Rosja-OBWE, do której doproszono przedstawicieli tzw. republik z Doniecka i Ługańska. Na początku czerwca grupa uzgodniła zawieszenie broni, które nie przetrwało dwóch tygodni. Ofensywa armii ukraińskiej załamała się pod koniec sierpnia, gdy pod naporem regularnych sił rosyjskich runęła południowa flanka frontu ukraińskiego. Poroszenko poprosił wówczas o zawarcie układu, który wynegocjował z Putinem 5 września, czemu asystowało trzech unijnych komisarzy. Powstał „format miński”, którego modyfikacją było lutowe spotkanie „czwórki z Normandii” z towarzyszącym temu spotkaniu obradom tzw. grupy kontaktowej.

W sprawie powstrzymania agresji rosyjskiej na Ukrainie działa zatem kilka „formatów”, choć jak dotąd żaden nie okazał się skuteczny. Putin wciąż bowiem sądzi, że jest na tyle mocarny, by dyktować warunki Ukrainie i Zachodowi.

W połowie września w Waszyngtonie Poroszenko prosił Obamę o powrót do „formatu genewskiego”, nadanie Ukrainie statusu głównego sojusznika USA spoza NATO i dostawy broni śmiercionośnej. Bezskutecznie, bo Obama uznał, że Putinowi nie warto dostarczać łatwych pretekstów do rozpoczęcia wielkiej wojny. Sądzi on również, że sankcje wraz z obniżką cen ropy i gazu zrobią swoje – gospodarka rosyjska pogrąży się w takiej recesji, że Kreml będzie zmuszony się cofnąć. Strategia kontrowersyjna, lecz na razie Obama i Merkel nie chcą realizować innej. Wobec twardości Putina będą jednak musieli.

Zarazem Amerykanie odnowili doktrynę powstrzymywania (wspieranie ruchów demokratycznych i własne zbrojenie) z czasów zimnej wojny, by być przygotowanym na wielką wojnę. Najważniejsze ustalenia zapadają w gronie G7, które odpowiada za gospodarczą część strategii. Decyzje wojskowe podejmują USA po konsultacjach z Wielką Brytanią i NATO. Kluczowe znaczenie miał szczyt Sojuszu w Newport (4-5 września), na którym podjęto decyzje co do sposobu obrony Europy Środkowo-Wschodniej. Dzięki tym działaniom Zachód jest o niebo lepiej przygotowany do odparcia agresji Putina niż kilka miesięcy temu.

Gdzie w tej układance jest miejsce dla Polski?

Prof. Roman Kuźniar niedawno ocenił: „Kiedy pojawiła się rosyjska agresja, najpierw Krym, potem Donbas, to jednak lepiej, że z Rosją rozmawiają mocarstwa, które mają większą siłę głosu, większe możliwości wywierania presji na Rosję”. I przekonywał, że nic wielkiego się nie stało, bo innych państw też nie było w Mińsku, a samo spotkanie zakończyło się spektakularnym fiaskiem oraz przegraną Niemiec i Francji.

Ocena słuszna jedynie po części, warto więc pewne sprawy dopowiedzieć do końca.

Po pierwsze, w rozmowach „formatu normandzkiego” chodzi nie tyle o Ukrainę i zaprowadzenie pokoju w Donbasie (nawet Merkel nie wierzy, że Rosja jest do tego zdolna), ile o utrzymanie Putina w rozmowach. Dzięki temu jest okresowo mniej niebezpieczny, zaś Ukraina zyskuje czas na okrzepnięcie, wzmocnienie gospodarki i armii. W tym sensie niedawne spotkanie w Mińsku nie było porażką Zachodu.

Po drugie, „lepszych” Niemiec niż pod przywództwem Angeli Merkel nie będzie. Socjaldemokraci są prorosyjscy i najchętniej dogadaliby się z Putinem z pominięciem Ukrainy i Polski. Niemcy „lepsze”, czyli bardziej asertywne na arenie międzynarodowej, musiałyby postawić na zbrojenia i uwzględnić opcję militarną w polityce. A to byłby zwrot o brzemiennych konsekwencjach, również dla Polski.

Po trzecie, w strategii powstrzymywania imperializmu rosyjskiego Polska zajmuje ważne miejsce jako najsilniejsze państwo w regionie i o największych nakładach na armię. Wojsko Polskie powinno być zdolne do odparcia uderzenia z obwodu kaliningradzkiego i Białorusi. Polska nie jest jednak regionalnym liderem, o czym przypomniał Viktor Orbán, który do spółki ze Słowacją, Czechami i Austrią stworzył grupę o innej „strategii stosunków z Rosją” niż Polska.

Po czwarte, Orbán zarzucił Donaldowi Tuskowi prowadzenie „antyrosyjskiej polityki”, co pokazuje, jak łatwą wymówkę miałyby te państwa (a być może również Niemcy i Francja), gdyby to Polska (choćby w osobie Tuska) kierowała polityką europejską wobec Rosji. Stąd również w interesie Polski leży, by pierwsze skrzypce grały Niemcy i Angela Merkel.

Po piąte, geografia nie chce się zmienić. Polską „specjalnością” był i pozostaje nadal „obszar ULB” – Ukraina, Litwa i Białoruś (termin autorstwa paryskiej „Kultury”). Od sytuacji na tym obszarze zależy wprost bezpieczeństwo Polski. Klucz to przetrwanie Ukrainy, odzyskanie suwerenności Donbasu i Krymu oraz zachowanie przez nią szansy na członkostwo w UE i NATO. I nad tym trzeba stale pracować wespół z Ukraińcami i Litwinami.

W demokracji rola opozycji rośnie, gdy potrafi ona wykazać słabe punkty polityki rządzących i przedstawia alternatywę. Szczególnie w sytuacji takiej jak dziś, gdy runął dotychczasowy porządek świata i potrzeba dużo pracy myślowej, by zaprojektować nowy ład. Polska opozycja zajmuje się jednak ustawianiem krzeseł i sama eliminuje się z poważnej polityki.

Zobacz także

 

wyborcza.pl

A jednak! Kandydat Duda z PiS ma swoją ciemną stronę

Michał Wilgocki, 06.03.2015
 POCHWALONY, czyli przegląd mediów katolicko-narodowych

POCHWALONY, czyli przegląd mediów katolicko-narodowych

„POCHWALONY!”, CZYLI PRZEGLĄD MEDIÓW KATOLICKO-NARODOWYCH. Dziś o tym, jak Henryk VIII stał się narzędziem w sporze o komunię dla rozwodników. A także o tym, czy katolik może głosować na Andrzeja Dudę.
Temperatura przed synodem biskupów rośnie. Dwie frakcje – umownie nazwijmy je konserwatywną i liberalną – coraz bardziej okopują się na swoich pozycjach. Przypomnijmy: liberałowie, na czele z kardynałami z Niemiec, chcieliby, żeby zluzować nieco dyscyplinę kościelną wobec rozwodników w nowych związkach. Konserwatyści natomiast uważają, że jest to niedopuszczalne.Decyzje zapadną zapewne w październiku. Ale do tego czasu obie strony podgrzewają atmosferę, serwując co chwila nowe argumenty.Najnowszy to argument historyczny. W ubiegłym tygodniu jeden z konserwatystów, kardynał George Pell z Australii, stwierdził, że roszczenia „liberałów” są nie do pogodzenia z tradycją 2 tys. lat chrześcijaństwa. Na koniec swojego artykułu, opublikowanego m.in. na łamach „The Catholic Thing”, zadaje pytanie: „Czy jeżeli zostanie zignorowane nauczanie Jana Pawła II i Benedykta XVI, to trzeba będzie uznać również, że decyzje papieża w sprawie małżeństwa Henryka VIII były niepotrzebne?”.Argument podchwycił Tomasz Terlikowski, który na swoim Facebooku poszedł dalej: „Uzupełniając to pytanie o moje własne, bliskie mi z powodu patrona, pytania: jeśli tak, to czy św. Tomasz Morus nadal będzie świętym, choć oddał życie nie tylko za jedność Kościoła, ale także za prawdę o nierozerwalności małżeństwa? A może uznamy go za fanatyka przesadnie przywiązanego do jednostkowych cytatów z Pisma Świętego i przeprowadzimy proces dekanonizacji w imię równości praw cudzołożników i ich dobrego samopoczucia?” – pisze Terlikowski.Podążając za tą logiką, konserwatyści mogą też liberałom zarzucić, że wkrótce będą chcieli „dekanonizować” Jana Pawła II – w końcu to jego nauczanie liberałowie chcą zdradzić. A na to nad Wisłą zgody nie ma! Dowód? Proszę bardzo.Billboardy EpiskopatuW kilku miastach trwa kampania reklamowa prowadzona przez Krajowe Duszpasterstwo Rodzin działające przy Episkopacie. Wywiesiło billboardy, na których czytamy, że „konkubinat to grzech”.Akcja wzbudziła wiele emocji, także wśród samych katolików. Zaczęli się zastanawiać, czy to dobra metoda na ewangelizację, czy zamiast straszyć, nie lepiej mówić o miłosierdziu, a wreszcie – czy pieniędzy wydanych na billboardy nie dałoby się spożytkować lepiej?- Bez wątpienia „wrażliwi” mają dobre intencje. To jednak zdecydowanie za mało. Rugowanie z własnej świadomości co „mocniejszych” fragmentów Magisterium i lukrowana dialogiczność to ślepy zaułek – nie ma wątpliwości portal PCh24.pl – internetowa odsłona radykalnego katolickiego dwumiesięcznika „Polonia Christiana”.„Redukowanie Mistycznego Ciała Chrystusa do instytucji charytatywno-pomocowej, która o wszystkim, także o grzechu, mówi »fajnie « i tak, by nikogo nie zranić, kończy się pustoszeniem świątyń, które później stają się obiektem ataków rozmaitych barbarzyńców. Postulat »atrakcyjności « Kościoła dla człowieka – podkreślany tak często przez katolików »otwartych « – to droga donikąd” – czytamy na portalu.

Czy można głosować na Dudę?

Na PCh24.pl znajduje się również analiza dotycząca wyborów prezydenckich. O tym, czy katolik powinien bezwarunkowo popierać Andrzeja Dudę. Bo że „idealny kandydat elektoratu grillowo-tabloidowego” prowadzący w sondażach kandydatem katolików nie jest, autor nie ma wątpliwości.

„W przypadku zwycięstwa Andrzeja Dudy możemy się spodziewać wyhamowania wielu niszczących państwo procesów, jak destrukcja armii i potencjału surowcowego kraju, wyprzedaż resztek rodzimego przemysłu i infrastruktury energetycznej czy ideologiczna ofensywa skrajnej lewicy znajdującej coraz większy posłuch w rządzącej obecnie ekipie” – pisze portal.

Ale – okazuje się – nawet Duda ma swoją ciemną stronę. „Jeśli ewentualna prezydentura kandydata PiS ma oznaczać powrót do polityki Lecha Kaczyńskiego, to możemy się spodziewać między innymi konserwowania zgniłego kompromisu aborcyjnego” – pisze autor.

PiS ma też inne grzechy: nominacja ministerialna dla Joanny Kluzik-Rostkowskiej czy popieranie feministek przez Marię Kaczyńską.

Wniosek? Bezrefleksyjne poparcie PiS-u przez środowiska katolickie utwierdziło tę partię w przekonaniu, że wcale „nie musi ona realizować postulatów istotnych dla Kościoła”. Czyli przynajmniej w pierwszej turze trzeba szukać sobie innego kandydata.

W poprzednich przeglądach pisałem już o tym, jak wielki problem ma katolicko-narodowe środowisko ze znalezieniem swojego kandydata na prezydenta. Jeden nie dość wierzący, drugi prorosyjski, trzeci wspaniały, ale może nie zebrać podpisów. Problem jest wciąż aktualny.

Zobacz także

wyborcza.pl

Robert Biedroń wprowadza parytety w nazwach nowych ulic

Maciej Sandecki, 06.03.2015
Robert Biedroń

Robert Biedroń (Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta)

Władze Słupska chcą wprowadzić parytety w nazewnictwie ulic, tak aby w przyszłości honorować po równo zasłużonych dla miasta mężczyzn i zasłużone kobiety. – Bo obecnie 90 proc. patronów ulic w mieście to mężczyźni – mówi pełnomocniczka prezydenta. – To poroniony pomysł – twierdzi część radnych.
Ekipa prezydenta Roberta Biedronia powoli, ale konsekwentnie wprowadza w mieście równościowe rozwiązania i mechanizmy.- Sprawa parytetów w nazewnictwie ulic narodziła się podczas opracowywania regulaminu w tej sprawie – opowiada Beata Maciejewska, pełnomocniczka prezydenta Słupska ds. zrównoważonego rozwoju i zielonej modernizacji miasta. – Zaproponowałam wówczas, aby w regulaminie zapisać jedno zdanie, iż przy nazewnictwie ulic należy brać pod uwagę zasługi kobiet i mężczyzn. Obecnie patronami 203 ulic w Słupsku są mężczyźni, a jedynie 16 kobiety. To uderzająca nierówność. Mieszkańcy Słupska chcą, aby patronami ulic były osoby zasłużone dla miasta. A w czasach powojennych mieliśmy w Słupsku wiele kobiet, które bardzo się mu przysłużyły – odbudowywały szkoły, kościoły, szpitale, pomagały biednym, ale ich trud nie został doceniony. Dopisanie tego jednego zdania w regulaminie wydawało mi się naturalne, a tu nagle wywołało sensację.„Parytety pomagają całemu społeczeństwu”Pomysł krytykują niektórzy radni Słupska, głównie z Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej.- To poroniony pomysł, nie podoba mi się – stwierdza Tadeusz Bobrowski, wiceprzewodniczący rady miejskiej z PiS. – O tym, kto ma być patronem ulic, powinno decydować tylko to, co kto zrobił dla miasta, a nie jaką ma płeć. Jestem radnym Słupska od 25 lat i nie uważam, żeby kobiety w mieście były dyskryminowane. Ostatnio prezydent Komorowski nadawał odznaczenia zasłużonym słupszczanom i uhonorował 14 kobiet i tylko jednego mężczyznę. Poza tym to rada miasta decyduje o nazwie ulic, a nie prezydent.Nowy regulamin nazewnictwa ulic ma być głosowany na najbliższej sesji rady miasta 25 marca. Parytet płci patronów ma dotyczyć tylko nowych ulic, i to tych, których nazwy będzie w przyszłości proponował urząd miasta. Nie będzie obowiązywał, kiedy z propozycją ustanowienia patrona wystąpi grupa mieszkańców.- To bardzo dobre rozwiązanie – komentuje Elżbieta Jachlewska, liderka Partii Kobiet na Pomorzu. – Praktyka państw zachodnich pokazała, że wprowadzenie parytetów w polityce czy zarządach firm pomogło nie tylko kobietom, ale całemu społeczeństwu. Potrzebujemy takich prawnych mechanizmów, bo one nadążają za zmianami zachodzącymi we współczesnych społeczeństwach i popychają sprawy kobiet do przodu.Słupsk podpisze Kartę RównościW czerwcu Słupsk ma podpisać Europejską Kartę Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym. Karta ta jest zbiorem ogólnych, deklaratywnych zasad dotyczących poszanowania praw kobiet i mężczyzn. Samorządy, które ją podpisują, zobowiązują się m.in. do kształtowania swoich budżetów tak, aby brały pod uwagę potrzeby obu płci. Ten dokument z 2006 r. podpisało już ponad 1000 europejskich samorządów, za to w Polsce tylko dwa – miasta Nysa oraz Aleksandrów Kujawski. Słupsk będzie trzeci.

trojmiasto.gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: