Eskimos (26.04.2015)

 

Kukiz, polityk jakich wielu

Paweł Kukiz nie jest żadnym kandydatem antysystemowym. Jest niedouczony, agresywny, pełen wyższości, przekonany, że pozjadał wszystkie rozumy i nikogo nie musi słuchać, ma zestaw gotowych, niezmiennych, bez względu na okoliczności recept na wszystko, pełen pogardy dla ludzi inaczej myślących – jednym słowem jest dokładnie taki sam, jak większość polityków, których krytykuje.

Wysłuchałam Pawła Kukiza w Polsat News, długa rozmowa, na którą trafiłam przypadkiem, na tyle ciekawa, że odłożyłam wszystko co robiłam, usiadłam i zaczęłam słuchać. Mimo, że nie jest kandydatem z mojej bajki cenię go za konsekwencję w promowaniu idei okręgów jednomandatowych i pasję, z jaką to robi, podeszłam więc do tego co mówił z życzliwością i bez uprzedzeń.
Usłyszałam, że kampanię prowadzi głównie we wsiach i małych miasteczkach, w Polsce regionalnej, która niesłusznie nazywana jest „Polską B”, bo jego zdaniem, to jest właśnie „Polska A” – taka w której nie zatraciło się poczucie polskości, tożsamości, wiary i honoru.

Mówił długo, a przekaz był jasny: tacy jak ja, z dużych miast, poza tym klasa średnia, inteligencja i wolne zawody, kosmopolicki, ateiści, buddyści, lesbijki, geje, tras i single – jesteście ludźmi gorszej kategorii. Nie jesteście prawdziwymi Polakami, ten kraj nie jest dla was, nikogo tu nie reprezentujecie.

Paweł Kukiz, to nie żaden odnowiciel. To kolejny polityk, jak szereg przed nim i zapewne wielu po nim, któremu się wydaje, że może żyć, decydować, oceniać i wybierać (także w kwestiach religijnych, moralnych, etycznych, sposobu życia) za nas. Bo wie lepiej. Bo posiadł przepis na polski patriotyzm, polską polskość i polską tożsamość. I polską rację. Nie tylko stanu.

Antysystemowości tu nie ma za grosz, nie ma też wiedzy i pokory. Jest za to kupa złego wychowania i dużego mniemania o sobie.

naTemat.pl

Miliony na SKOK-ach. Zarabia były wiceprezydent i szef PiS

JACEK HARŁUKOWICZ, 22.04.2015
Zbigniew Puniewski jako wiceprezydent Wrocławia

Zbigniew Puniewski jako wiceprezydent Wrocławia (MIECZYSLAW MICHALAK)

Przypadek byłego wiceprezydenta Wrocławia i byłego szefa PiS w mieście Zbigniewa Puniewskiego pokazuje, że na SKOK-ach można było zbić fortunę. Związana z jego rodziną kancelaria prawna na obsłudze SKOK-ów zarabia miliony
Działalność SKOK-ów, upadek kasy z Wołomina i sprawy wyprowadzenia majątku związanej z nimi fundacji do spółki, której głównym udziałowcem jest senator PiS, to jeden z głównych tematów ostatnich tygodni. Ze SKOK-ów wyciekały miliony złotych nienależnie udzielanych kredytów. Tak upadła m.in. Południowo-Zachodnia SKOK z Wrocławia, przemianowana później na SKOK Wspólnota. W tutejszych prokuraturach i sądach toczy się obecnie kilkadziesiąt spraw dotyczących wyłudzania z niej kredytów za łapówki.

Ale miliony na SKOK-ach można zarabiać w sposób całkowicie legalny. Oto przypadek wrocławskiej kancelarii prawnej HTP Puniewska-Waszczyńska.

SKOK do polityki z powrotem

Kancelaria powstała w czerwcu 2003 r. Wśród jej założycieli znaleźli się wówczas Halina Puniewska i Grzegorz Płókarz. Ten ostatni nie zostaje jednak wspólnikiem Puniewskiej. Działa w imieniu sopockiej spółki Asekuracja, zajmującej się obsługą wierzytelności na rzecz SKOK-ów. Prokurentem, który w rzeczywistości kieruje spółką, od dnia powołania zostaje jej syn Zbigniew.

Ale to niejedyna jego rola. Gdy po kilku miesiącach umowa kancelarii zostaje zmieniona, to właśnie on występuje w imieniu sopockiej spółki. – Byłem pełnomocnikiem ustanawianym do jednokrotnych czynności prawnych, co wynikało z uwarunkowań geograficznych i odległości pomiędzy Gdańskiem a Wrocławiem – mówi „Wyborczej” Puniewski. – Nigdy nie byłem zatrudniony w tej firmie.

Udziałowcami Asekuracji są m.in. Krajowa SKOK, Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych i Towarzystwo Ubezpieczeń Wzajemnych SKOK i zarejestrowany w Luksemburgu SKOK Holding. We władzach ich wszystkich zasiada lub zasiadał Grzegorz Bierecki, dzisiejszy senator PiS. Zleca HTP Puniewska część prowadzonych przez siebie postępowań wobec dłużników SKOK-ów.

Stosunki są bliskie, bo Puniewscy są w środowisku spółdzielczych kas doskonale znani. Zbigniew jest byłym radnym miejskim tej partii, w 2002 r. był nominowany przez swoją partię na stanowisko wiceprezydenta Wrocławia. Po trzech tygodniach zrezygnował jednak z funkcji, tłumacząc decyzję złym stanem zdrowia.

Wcześniej był założycielem i prezesem SKOK Dolny Śląsk, a później – po wchłonięciu jej przez SKOK Stefczyka w 1999 r. – również wiceprezesem tej drugiej. Jego matka Halina prowadziła wcześniej obsługę prawną SKOK Stefczyka.

Rodzinny biznes b. szefa PiS

Interesy idą świetnie. Już w drugim roku swej działalności (2005) kancelaria notuje ponad 5 mln zł czystego zysku z działalności. 4,5 mln z tej kwoty jako dywidenda zostaje wypłacone Puniewskiej. Pół miliona przypada Asekuracji.

W 2007 r. do spółki przystępuje Jolanta Waszczyńska. To córka Puniewskiego i żona prawnika Tomasza Waszczyńskiego prowadzącego wspólną kancelarię z Andrzejem Grabińskim, wówczas członkiem Naczelnej Rady Adwokackiej, a dziś dziekanem Okręgowej Rady Adwokackiej we Wrocławiu. Od 2005 r. Grabiński jest też członkiem Trybunału Stanu z nadania PiS. W przeszłości reprezentował przed sądami Lecha i Jarosława Kaczyńskich. Obie kancelarie działają pod tym samym adresem.

– Kancelaria Prawna HTP Puniewska-Waszczyńska nigdy nie zlecała Kancelarii Prawnej Grabiński i Wspólnicy żadnych czynności w sprawach SKOK. Nigdy też nasze kancelarie nie współpracowały ze sobą w świadczeniu pomocy prawnej na rzecz SKOK – zastrzega Tomasz Waszczyński.

Rok, w którym Waszczyńska dołącza do kancelarii (to wtedy zmienia ona nazwę na HTP Puniewska-Waszczyńska), zamyka czystym zyskiem na poziomie ponad 7,5 mln zł.

Kolejne lata działalności kancelarii HTP przynoszą jeszcze większe zyski. Rok 2010 kończy wynikiem blisko 12 mln zł zysku. Potem jednak jest jeszcze lepiej. Zysk na rok 2011 to już 26 mln. Za 2012 – 25,5 mln, a w 2013 – 19,8 mln zł.

Tajemnica

Jaki udział w tych kwotach mają zyski z działalności prowadzonej wyłącznie na rzecz SKOK-ów? – Takie informacje stanowią tajemnicę spółki i nie są przeznaczone do publikacji. Mogę jedynie zaznaczyć, że obsługa prawna, jaką świadczymy, odbywa się na zasadach rynkowych – zaznacza.

Nie odpowiada też na pytanie, jaka jest wartość wierzytelności, które kancelaria obsługuje na rzecz SKOK, bo, jak tłumaczy, kwoty stanowią tajemnicę zawodową SKOK, a za ich ujawnienie mogłaby grozić odpowiedzialność karna.

wroclaw.gazeta.pl

 

Polska staje się coraz ważniejszym sojusznikiem USA

Andrew A. Michta, 26.04.2015

Decyzja Polski o wyborze systemu Patriot do programu obrony antyrakietowej i przeciwlotniczej zaowocuje na pewno ściślejszą współpracą ze Stanami Zjednoczonymi. Jest również sygnałem pokazującym, że Warszawa poważnie podchodzi do wymogów zbiorowej obrony.

Polski rząd ogłosił wybór amerykańskiej firmyRaytheon, producenta systemu obrony przeciwlotniczej Patriot, na strategicznego partnera w procesie modernizacji polskiego programu obrony antyrakietowej i przeciwlotniczej. Teraz obie strony czekają jeszcze negocjacje, po których nastąpi podpisanie ostatecznego kontraktu w 2016 roku.  Zapadła także decyzja o dalszych negocjacjach z Airbusem, które dotyczyć będą nabycia przez polską stronę francuskich śmigłowców EC725 Caracal. Chodzi o zakupu 50 helikopterow w ramach trwającej właśnie modernizacji polskiej armii. Polski rząd będzie jeszcze musiał zdecydować, kto dostarczy armii helikoptery szturmowe.

Wybór systemu Patriot to najważniejszy punkt trwającej właśnie największej w historii Polski modernizacji sił obronnych. Program obrony antyrakietowej i przeciwlotniczej kosztować będzie 10 mld dolarów, z czego mniej więcej połowę pochłonie budowa samej tarczy. W sumie do 2022 roku Polska planuje wydać na modernizację swoich sił zbrojnych 37 mld dolarów. To najwięcej ze wszystkich krajów członkowskich NATO w Europie Środkowej i regionie nadbałtyckim.

Ta decyzja pociąga za sobą jeszcze jedno: Polska staje się coraz ważniejszym sojusznikiem USA w rejonie północno-wschodniej granicy obszaru Sojuszu — zwłaszcza w obliczu pogarszającej się sytuacji  w Europie Wschodniej po aneksji Krymu przez Rosję i trwającej wojnie na  Ukrainie.

Decyzja rządu o wyborze amerykańskiego systemu może mieć zasadnicze znaczenie dla polskiego przemysłu zbrojeniowego. Zakłada się bowiem, że znaczna część zobowiązań kontraktowych dostarczona zostanie właśnie przez polskie przedsiębiorstwa. W ciągu kilku najbliższych postawienie na amerykańskiego partnera przełoży się także na zacieśnienie współpracy ze Stanami Zjednoczonymi. Oznacza to, między innymi, ogromną szansę na wykorzystanie możliwości polskiego przemysłu zbrojeniowego oraz zmodernizowanie go w trakcie całego procesu.  Polska wejdzie do grona 13 członków „społeczności użytkowników” systemu Patriot, której łączny roczny budżet na modernizację wynosi ok. miliarda dolarów.

Polski program obrony antyrakietowej i przeciwlotniczej zakłada zakup sześciu baterii antyrakiet do roku 2022 oraz następnych dwóch w dłuższej perspektywie.

Modernizacja polskiego programu obrony antyrakietowej i przeciwlotniczej wypełni lukę o decydującym znaczeniu w zasobach obronnych NATO i Polski. Otwiera to również drogę dla przyszłych umów, dzięki którym Polska mogłaby włączyć się do natowskiego systemu rotacyjnego, w którym biorą już udział pozostali europejscy członkowie NATO wykorzystujący system Patriot.

Warto wiedzieć, że decyzja ta jest również bardzo ważna z politycznego punktu widzenia. Aby uzmysłowić sobie jej wagę, wystarczy spojrzeć na fakt, że planowane wydatki Polski wynoszą mniej więcej tyle, ile wydatki wszystkich nowych członków NATO razem wzięte.

Ruch Polski na pewno wpłynie na kształt debaty toczącej się w NATO na temat wysokości wydatków na obronę oraz wspólnego zarządzania i dzielenia się nimi.

W chwili, gdy w Waszyngtonie w dobrym tonie jest narzekanie na niechęć krajów europejskich do wydawania pieniędzy na obronę, Warszawa wysyła zupełnie inny komunikat: w Europie są kraje, które poważnie podchodzą do kwestii obronności i ścisłej współpracy ze Stanami Zjednoczonymi.

W obliczu powrotu NATO do podstawowej misji odstraszania wroga i obrony terytorialnej, polski program modernizacji sił zbrojnych znakomicie współgra z apelem Sojuszu, nawołującym europejskie kraje członkowskie do wzięcia większej odpowiedzialności w ramach zbiorowej obrony.

salon24.pl

Kaczyński: Polska jest w stanie, którego nie można akceptować

26 kwietnia 2015

Polska potrzebuje zmian i musi stawić czoło wyzwaniom cywilizacyjnym – przekonywali w niedzielę szefowie: PiS, Prawicy Rzeczypospolitej, Polski Razem i Solidarnej Polski. Ich zdaniem Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta, jest gotowy na takie zmiany.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński /Tomasz Gzell /PAP
Prezes PiS Jarosław Kaczyński
/Tomasz Gzell /PAP

– To pierwszy kongres nowo powołanej partii. (…) To stawianie nowego namiotu w obozie, który powinien zmienić Polskę – podkreślał prezes PiS Jarosław Kaczyński podczas niedzielnego kongresu Polska Razem. Zjednoczona Prawica w Warszawie.

Podczas kongresu Polska Razem podjęła uchwałę popierającą Andrzeja Dudę – kandydata PiS – na prezydenta.

– To, co powinno nas łączyć, to cel. Tym celem nie jest prawica, nie są obozy takie czy inne. Tym celem jest Polska,(…) zmiana ku dobremu, ku naprawie Rzeczpospolitej – dodał szef PiS.

Ocenił, że Polska znajduje się dzisiaj w stanie, którego nie można akceptować. – Który nie zapewnia nam dobrej przyszłości, bezpieczeństwa, a ci, którzy mają być może zbyt daleko posuniętą tendencję do pesymizmu twierdzą nawet, że nie zapewnia nam trwania jako narodu, który żyje w środku Europy i jest narodem wolnym – zaznaczył Kaczyński.

„Pokazujemy całej Polsce inny styl”

– Polska potrzebuje zmiany. Zmiana może przyjść przez zwycięstwo – nasze zwycięstwo. Nie ma tutaj żadnej alternatywy. To musi być nasze wspólne zwycięstwo. Ale po tym zwycięstwie musi nastąpić zdyscyplinowany marsz, w ramach którego będziemy osiągać kolejne wyznaczone cele. Marsz, który będzie realizował program, który – mam nadzieję – już wspólnie ustalimy w czerwcu podczas konferencji programowej w Katowicach – zapowiedział prezes PiS.

Wtórował mu prezes Prawicy Rzeczypospolitej Marek Jurek. – Pokazujemy całej Polsce inny styl. (…) Polegający na tym, że różne kierunki polityczne współpracują, że tworzą obóz – mówił. Zwrócił uwagę na fenomen partii Jarosława Gowina, której wielką szansą – jak podkreślił – jest to, że przypomniała o tym, iż „silna klasa średnia, sukces najbardziej przedsiębiorczych Polaków jest warunkiem życiowego sukcesu całego narodu”.

– Polski nie stać – jak mówi obecna władza – na nierobienie polityki – mówił, dodając, że Polska musi stawiać czoło wielkim wyzwaniom cywilizacyjnym.

Jurek przekonywał ponadto, że Andrzej Duda ma realne szanse wygrać wybory prezydenckie, ponieważ „reprezentuje zmianę polityczną”. Zarzucił obecnemu prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu to, że nie chce on zmian. – Prezydent Komorowski jest na prostej drodze do przegrania tych wyborów, dlatego że powiedział, że chce bronić status quo. A Polacy wiedzą, że Polska musi się zmieniać – dodał.

„Droga do zwycięstwa prowadzi przez jedność”

W tym duchu również wypowiadał się lider Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro. – Po raz kolejny pokazujemy, że prawica jest wielkim obozem zmian, który z wiarą i siłą zmierza do tego, aby zmieniać Polskę, by była krajem pamiętającym o swoich korzeniach, (…) dającym nadzieję na przyszłość i krajem nowoczesnym, tworzącym silną gospodarkę”. Jak mówił, dzisiaj Polacy są dzieleni na racjonalnych i radykalnych. – Zamiast łączyć, zamiast pokazać to, co może być wspólne, to co może budować, dzieli się – zaznaczył.

– To nasze dzisiejsze spotkanie pokazuje, że (…) tu jest właśnie Polska racjonalna (…) Polska, która dostrzega wspólne nam wartości, szanując odrębność w wymiarze programu i biografii. Pokazujemy, że możemy być razem – przekonywał Ziobro.

O potrzebie zmian mówił także szef Polski Razem Jarosław Gowin. – Droga do zwycięstwa prowadzi przez jedność. Mamy pełną świadomość, że (trzeba) odsunąć od władzy obecną koalicję rządową. Koalicję stagnacji, kolacji pseudo polityki – ocenił Gowin.

Jak mówił, może to zrobić tylko „jedna siła”. – Stworzymy wielki namiot, pod którym skupią się wszyscy ci, którzy nadadzą Polsce bieg ku zwycięstwu, zamożności obywateli, suwerenności i dynamicznemu rozwojowi naszego państwa – podkreślił szef Polski Razem.

Również Gowin mówił o tym, że na czerwcowym kongresie partii Polska Razem zostanie wyłoniony program, wspierający polską gospodarkę, rodzinę i bezpieczeństwo obronne kraju. – Zrobimy wszystko, by jesienią władza trafiła do obozu konserwatywnego – podkreślił.

Podczas kongresu mają zostać wybrane władze partii Polska Razem. Zjednoczona Prawica. Szefem ugrupowania został Jarosław Gowin.

PAP

fakty.interia.pl

 

„Newsweek” o seksualnych zwyczajach nastolatków: „Seks analny i oralny to nie seks”

"Newsweek" o seksualnych zwyczajach nastolatków. "Dziewice idą do nieba"
„Newsweek” o seksualnych zwyczajach nastolatków. „Dziewice idą do nieba” Fot.Tomasz Wiech / AG

Nastolatki uprawiają seks oralny i analny, aby nie zajść w ciążę i w obawie przed potępieniem – donosi najnowszy „Newsweek”. To zaś, zdaniem ekspertów, ma powodować u nich groźne choroby. – Cierpią szczególnie dziewczynki, bo to im częściej przytrafiają się stany zapalne, bakterie, wirusy, uszkodzenia odbytu – wylicza tygodnikowi Izabela Jąderek, seksuolożka i edukatorka seksualna.

Dziennikarze „Newsweeka” przyjrzeli się zwyczajom seksualnym polskich nastolatków. Obraz, który wyłania się z tekstu jest wręcz przerażający. – Wyraźnie widać, jaki rodzaj seksu uprawiają dziś nastolatki – mówi tygodnikowi prof. Andrzej Kaszuba, ordynator oddziału i krajowy konsultant ds. dermatologii i wenerologii.

PROF. ANDRZEJ KASZUBA

Przy seksie oralnym i analnym zmiany chorobowe pojawiają się w ustach i okolicach odbytu. Z tym trafiają do nas najczęściej. (…) Do nas przychodzą, gdy jest już naprawdę źle, gdy mają do wyboru wstyd albo życie.

Dla nastolatków, seks oralny lub analny właściwie seksem nie są. Dr Beata Wróbel, ginekolożka i seksuolożka z Dąbrowy Górniczej opowiada historię 16-latki, która przyszła do jej gabinetu. Dziewczyna twierdziła, że nie współżyje, choć miała ogromną infekcję.

– Oral to podstawa. Jest bezpieczny – mówi „Newsweekowi” 15-letnia gimnazjalistka. – Mam seks oralny za sobą. Chłopaki ciągle pokazują nam na komórkach różne biseksy, swingerskie klimaty, oral i anal – dodaje kolejna 15-latka. – Czasem robię chłopakowi loda. Ale się dławię – mówi jednemu z lekarzy inna nastolatka.

– Wmawianie nastolatkom, że za seks idzie się do piekła, może mieć wyłącznie jeden skutek – one to i tak będą robić, tyle że w dużo bardziej głupi i ryzykowny sposób – oburza się dr Grzegorz Południewski, znany warszawski ginekolog.

źródło: „Newsweek

naTemat.pl

Jan Tomasz Gross w „Newsweeku”: Polacy nie rozliczyli się z tematem Holokaustu

Jan Tomasz Gross uważa, że ostra reakcja polskich polityków na słowa dyrektora FBI to wyraz „poczucia winy za nierozliczenie się z własną historią”
Jan Tomasz Gross uważa, że ostra reakcja polskich polityków na słowa dyrektora FBI to wyraz „poczucia winy za nierozliczenie się z własną historią” Fot. „Newsweek”

Słowa dyrektora FBI Jamesa Comey’a, który zasugerował, że Polacy ponoszą współodpowiedzialność za Holokaust, wywołały dyplomatyczną burzę. Jan Tomasz Gross powiedział „Newsweekowi”, że były one wynikiem „niezręczności językowej”, a ostra reakcja polskich polityków to wyraz „poczucia winy za nierozliczenie się z własną historią”.

W udzielonym „Newsweekowi” wywiadzie autor „Sąsiadów” przyznał, że wypowiedź Comey’a oraz podobne jej sformułowania są naganne. Niemniej „trzeba je traktować w kategorii idiotyzmów, bo to są przecież zazwyczaj pomyłki i nieporozumienia językowe, a nie wielkich międzynarodowych batalii”.

– Nas w stan alarmu stawia właściwie każde zestawienie słów „Polska” i „Holokaust”, co może już świadczyć o tym, że próbujemy zakrzyczeć wyrzuty sumienia. Trzeba uważać, bo to zaczyna stawiać Polskę w jednym szeregu z Turcją, która w równie nerwowy sposób przeczołguje ambasadorów państw, gdzie zostało wspomniane ludobójstwo Ormian – powiedział Gross.

Pisarz zaznaczył, że ustalenia historyków, w tym polskich autorów, pokazują, iż podczas II wojny światowej Żydzi padali ofiarami agresji sąsiadów na całym terenie, jaki okupowali Niemcy. Polska, gdzie wielu „sprawiedliwych wśród narodów świata” Żydów ratowało, nie była pod tym względem wyjątkiem.

– Przypominanie, że Polacy mają najwięcej drzewek posadzonych w Yad Vashem w Jerozolimie, nie zmieni prawdy. Sprawiedliwi byli w okupowanej Polsce pariasami bezwzględnie i okrutnie tępionymi przez polskie społeczeństwo. Oczywiście były od tego, jak od wszystkich reguł, wyjątki, ale zwykle Polacy musieli ukrywać Żydów w kompletnej tajemnicy przed otoczeniem – podkreślił Gross.

List do ambasadora
Po tym, jak polscy politycy zaczęli głośno krytykować słowa Comey’a, dyrektor FBI napisał list do ambasadora Polski w Waszyngtonie Ryszarda Schnepfa. W odręcznie napisanym liście dyrektor FBI podkreślił, że Polska „nie ponosi odpowiedzialności za okrucieństwa, których dopuszczali się naziści”. List nie zawiera jednak słowa „przepraszam”.

JAMES COMEY

Szanowny Panie Ambasadorze,

Dziękuję za nasze dzisiejsze spotkanie. Cenię naszą przyjaźń z Polską. Jak już mówiłem, żałuję, że powiązałem w mojej wypowiedzi Polskę z Niemcami, gdyż Polska została zaatakowana i była okupowana przez Niemcy. Państwo Polskie nie ponosi odpowiedzialności za okrucieństwa, których dopuszczali się Naziści. Żałuję, że użyłem nazw konkretnych krajów, ponieważ moja argumentacja miała charakter uniwersalny i dotyczyła ludzkiej natury. Czytaj więcej

gotowalska

źródło: „Newsweek”

naTemat.pl

Kaczyński na kongresie Zjednoczonej Prawicy: Polska jest w stanie, którego nie można akceptować

Kaczyński na kongresie Zjednoczonej Prawicy: Polska jest w stanie, którego nie można akceptować
Kaczyński na kongresie Zjednoczonej Prawicy: Polska jest w stanie, którego nie można akceptować Fot. Michał Łepecki / Agencja Gazeta

Na pierwszym kongresie Zjednoczonej Prawicy nie mogło zabraknąć najważniejszego polityka na tym skrzydle – Jarosława Kaczyńskiego. Lider Prawa i Sprawiedliwości mówił jednak ogólnikami. – Polska potrzebuje zmian i musi stawić czoło wyzwaniom cywilizacyjnym – przemawiał do zgromadzonych polityków prawicy.

W ostatnich tygodniach Jarosław Kaczyński jest raczej rzadko widywanym politykiem. Wszystko po to, aby nie odbierać medialnej uwagi Andrzejowi Dudzie, który wciąż walczy o rozpoznawalność jako kandydat na prezydenta.

Być może ta właśnie chęć pozostania w cieniu sprawiła, że Prezes mówił raczej hasłami i znanymi od lat okrągłymi formułkami. Zjednoczoną Prawicę nazwał kolejnym namiotem w obozie, który powinien zmienić Polskę. – To, co powinno nas łączyć, to cel. Tym celem nie jest prawica, nie są obozy takie czy inne. Tym celem jest Polska,(…) zmiana ku dobremu, ku naprawie Rzeczpospolitej – dowiedzieliśmy się od szefa największej partii opozycyjnej.

Kaczyński stwierdził, że nasz kraj znajduje się dzisiaj w stanie nie do zaakceptowania. Jego zdaniem, dzisiejsza Polska „nie zapewnia dobrej przyszłości, bezpieczeństwa, a ci, którzy mają być może zbyt daleko posuniętą tendencję do pesymizmu twierdzą nawet, że nie zapewnia nam trwania jako narodu, który żyje w środku Europy i jest narodem wolnym”.

Prawica była zjednoczona w tym „umiarkowanym” tonie. – Pokazujemy całej Polsce inny styl. (…) Polegający na tym, że różne kierunki polityczne współpracują, że tworzą obóz – stwierdził Marek Jurek z Prawicy Rzeczypospolitej.

Nieco większym polotem wykazał się Zbigniew Ziobro, który nawiązał do wyborczego podział Polski zaprezentowanego przez Bronisława Komorowskiego. – To nasze dzisiejsze spotkanie pokazuje, że (…) tu jest właśnie Polska racjonalna (…) Polska, która dostrzega wspólne nam wartości, szanując odrębność w wymiarze programu i biografii. Pokazujemy, że możemy być razem – mówił Ziobro.

Szef Polski Razem Jarosław Gowin również, delikatnie mówiąc, nie zaskoczył. Stwierdził, że droga do zwycięstwa prowadzi przez jedność oraz że trzeba odsunąć od władzy koalicję rządową.

źródło: interia.pl

naTemat.pl

26 kwietnia 2015

#18.: co demokracja zawdzięcza zakonnikowi z Torunia

Ponadto w nowym „Do Rzeczy”: czy antysystemowcy mają szansę zmienić system w Polsce, kto wygra wybory prezydenckie, dlaczego polski rząd zafundował prezent prezydentowi Francji, czy Platformę czeka owe otwarcie oraz jak ciotka wicepremiera Wielkiej Brytanii została sowieckim szpiegiem.

Prawicowi politycy, którzy w dniu urodzin ojca dyrektora chcieliby przybyć do Torunia, by złożyć życzenia i zaskarbić sobie życzliwość kapłana, a może i wywalczyć kilka ciepłych słów na antenie Radia Maryja, w tym roku będą rozczarowani – urodzinowej imprezy nie będzie. Zamiast tego Radio Maryja, telewizja Trwam i parlamentarny zespół przeciwdziałania ateizacji Polski na warszawskim placu Zamkowym organizują koncert „Po Panu Bogu najbardziej kocham Polskę”. To akcja solidarności i pomocy Polakom na Ukrainie. Ojciec Tadeusz Rydzyk poprowadzi koncert. Najnowsze dzieło Rydzyka to kościół Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II. Powstaje na łasze wiślanej z widokiem na bibliotekę Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, której twórcą również jest charyzmatyczny zakonnik. On sam regularnie wizytuje plac budowy. Otwarcie zaplanowano dopiero na październik (…) – piszą w „Do Rzeczy” Jakub Kowalski i Wojciech Wybranowski. Na jednym z witraży umieszczono papieski cytat z pielgrzymki Rodziny Radia Maryja do Rzymu: „Ja Panu Bogu codziennie dziękuję, że jest w Polsce takie radio”. Jak redemptorysta z Torunia budował swoją dzisiejszą pozycję – w poniedziałek w „Do Rzeczy”.

Ojca Tadeusza Rydzyka można uznać za współarchitekta Polski po 1989 r. Nikt nie zaprzecza, że wpłynął na ideowy i polityczny kształt naszego kraju oraz na myślenie Kościoła o sobie samym – komentuje na łamach „Do Rzeczy” Piotr Semka. Podkreśla, że bez ojca Rydzyka polska scena polityczna byłaby zupełnie inna. Ci, którzy narzekają na Radio Maryja – a takich osób jest wiele, także wśród polskich katolików – nie rozumieją jednego. Gdyby ojca Rydzyka nie było, Kościół w Polsce kształtowaliby zwolennicy laickości przebrani w kostium przyjaciół wiary – pisze Semka. I dodaje, że jeśli ojciec dyrektor jest tak ostro atakowany, to także za to, że „ukradł show” nieochrzczonym i niepraktykującym. Można postawić tezę, że bez wysiłków ojca Rydzyka pozycja Kościoła w polskim życiu publicznym byłaby nieporównanie słabsza. (…) W tym sensie twórca Radia Maryja wszedł do naszej najnowszej historii na równi z Lechem Wałęsą, braćmi Kaczyńskimi, Aleksandrem Kwaśniewskim i Donaldem Tuskiem – ocenia publicysta „Do Rzeczy”. Cały komentarz w poniedziałek na łamach tygodnika.

Tomasz Terlikowski zwraca z kolei uwagę, że Polska różni się od innych krajów Europy. Gdzie indziej bowiem tabloidy zastanawiają się, czy zmarły celebryta (..) który obnosił się z chęcią apostazji i startował w wyborach z listy Ruchu Palikota, przyjął ostatnie namaszczenie, czy nie? W jakim innym europejskim kraju poważne media donoszą o ostatnich spowiedziach polityków, którzy swoje polityczne życie spędzili w partii, uznającej każdą religię (….) za opium dla mas? I gdzie jeszcze politycy (….) naprawdę serio zastanawiają się, czy głosowanie za jakimiś rozwiązaniami może zagrozić zbawieniu – pyta retorycznie publicysta „Do Rzeczy”. I podkreśla, że nie byłoby takiej mocy Kościoła w Polsce, gdyby nie to, że w latach 90. znalazła się grupa polityków, która hasła katolickie wzięła na sztandary. Siłę katolicyzmowi dają także charyzmatyczni kapłani, którzy potrafią jednoczyć wokół siebie ludzi, dawać im poczucie wspólnoty oraz mobilizować do wspólnego działania. Jednym z nich jest ojciec Tadeusz Rydzyk – pisze Tomasz Terlikowski w najnowszym „Do Rzeczy”.

Na łamach „Do Rzeczy” także – kampania prezydencka. Do niedawna straszono Polaków widmem Janusza Korwin-Mikkego, dziś już dwie straszliwe postacie zagrażają pokojowi, prawu i sprawiedliwości. Obok sędziwego weterana libertariańskich bojów zameldował się bowiem na placu Paweł Kukiz i – jak wynika z sondaży – we dwóch z J.K.M. mogą zagospodarować przynajmniej 10 proc. głosów oddanych w pierwszej turze wyborów prezydenckich – pisze Piotr Gociek. Kto powinien się obawiać? Lęk widać zarówno po prawej, jak i po lewej stronie. Zwolennicy PiS boją się, że korwinowcy, kukizowcy i narodowcy ukradną wyborców Jarosława Kaczyńskiego i uniemożliwią wygraną w skali pozwalającej na samodzielne rządy PiS. Prawda jest taka, że trudny egzamin czeka w najbliższych tygodniach (elekcja prezydencka) i miesiącach (wybory parlamentarne) wszystkie formacje: zarówno prawicę parlamentarną, jak i ugrupowania antysystemowe. Na egzaminie będzie tylko jedno pytanie: Czy naprawdę chcecie zmienić Polskę? Więcej – w najnowszym „Do Rzeczy”.

W „Do Rzeczy” także rozmowa z politologiem, byłym eurodeputowanym, Markiem Migalskim. Kto wygra wybory? Bronisław Komorowski. To w zasadzie jest rozstrzygnięte. Nie wiemy tylko, czy w pierwszej czy drugiej turze. Komorowski ma znacznie więcej rezerw, zwłaszcza finansowych – mówi Migalski. Przyznaje, że kampania Andrzeja Dudy jest niezła, ale fantastyczne wyniki w pierwszej części kampanii zawdzięcza przede wszystkim temu temu, że to wyborcy PiS się orientowali, iż Duda jest ich kandydatem. Stąd gigantyczny przyrost poparcia. Jednak rozpoznanie go przez innych wyborców jako kandydata właśnie PiS spowodowało, że ten przyrost zatrzymał się na poziomie około 30 proc. – mówi Migalski. I podkreśla, że na zwycięstwo w wyborach nie pracuje się kilka miesięcy, lecz lata. Owszem o kampanii Komorowskiego można powiedzieć, że składała się z samych błędów (…) Duda to jednak przedstawiciel partii, której szef jest w pierwszej trójce najbardziej nielubianych polityków – ocenia. Rozmowa o kampanii wyborczej – na łamach najnowszego wydania tygodnika „Do Rzeczy”.

„Do Rzeczy” wraca też do rozstrzygniętego w minionym tygodniu przetargu na śmigłowce dla armii. Podstawą systemu bezpieczeństwa kraju, który chce się skutecznie bronić, jest rodzimy przemysł zbrojeniowy. Tylko on gwarantuje szybkie dostawy uzbrojenia dla armii w przypadku ewentualnego konfliktu. Wybór dostawcy broni, zwłaszcza w przypadku kontraktu wartego miliardy złotych, nigdy nie opiera się tylko na przesłankach biznesowych czy wojskowych. Zawsze jest to przede wszystkim wybór polityczny, który wiele mówi o pożądanych sojuszach i celach, jakie aktualnie stawia sobie państwo kupujące broń – pisze Mariusz Staniszewski. I dodaje, że o tym, iż decyzja polskiego rządu nie opierała się wyłącznie na przesłankach merytorycznych, świadczy także reakcja mediów w Paryżu. Najbardziej intrygujące jest jednak pytanie, dlaczego polski rząd postanowił zafundować tak duży sukces prezydentowi Hollande’owi, narażając jednocześnie rodzimy przemysł zbrojeniowy, a przez to bezpieczeństwo własnego kraju – pisze Staniszewski. Więcej o kulisach tego przetargu – w poniedziałek w „Do Rzeczy”.

W „Do Rzeczy” także o tym, że Platformie Obywatelskiej potrzebne będzie nowe otwarcie. Bez względu na to, jak wypadną wybory, system Tuska się wyczerpał. Platforma Obywatelska jedzie już tylko siłą rozpędu nadanego przez unijne dotacje i wciąż utrzymującego się przekonania obywateli, że mafia u władzy jest mniejszym złem niż sekta. To przekonanie kruszy się powoli wskutek nieudolności władzy – pisze na łamach tygodnika Rafał A. Ziemkiewicz. Czy oznacza to konieczność pożegnania się z władzą? Niekoniecznie. Obecny układ i elity III RP mają szansę przedłużenia swego trwania kosztem przeorganizowania się i zmian personalnych. W minionej epoce mówiło  się o „socjalistycznej odnowie”, dziś będzie to raczej odnowa „w duchu europejskim” oparta na narracji: nie można zmienić Partii, bo jest ona gwarantem naszej obecności w Europie i strumienia unijnych pieniędzy, bez których zginiemy, ale Partia może odrzucić popełnione błędy, naprawić je i odzyskać zaufanie klasy ro… przepraszam: młodych, wykształconych i „na poziomie” – pisze publicysta „Do Rzeczy”. Cały komentarz – w poniedziałek na łamach tygodnika.

Na łamach tygodnika również o tym, że ciotka brytyjskiego wicepremiera Nicka Clegga była sowieckim szpiegiem. Życie rosyjskiej arystokratki przypominało scenariusz sensacyjnego filmu. W tej historii jest wszystko. Piękna kobieta, wielkie pieniądze, tabuny kochanków, sławni artyści i politycy. Intrygi, spiski i mroczny świat tajnych służb. Media w Wielkiej Brytanii żyją historią baronowej Mury Budberg. Okazało się bowiem, że zmarła przed 40 laty kobieta prowadziła podwójne życie. Oficjalnie była rosyjską emigrantką z wyższych sfer, w rzeczywistości znajdowała się na liście płac sowieckiego wywiadu. Losy baronowej Budberg na łamach „Do Rzeczy” opisuje Piotr Zychowicz.
Nowy numer „Do Rzeczy” w sprzedaży od poniedziałku, 27 kwietnia 2015. E-wydanie będzie dostępne u dystrybutorów prasy elektronicznej. Tygodnik „Do Rzeczy” to tytuł kierowany przez Pawła Lisickiego. Jest pismem konserwatywno-liberalnym. Na łamach tygodnika publikują m.in. Piotr Semka, Rafał A. Ziemkiewicz, Cezary Gmyz, Waldemar Łysiak, Jan Pospieszalski, Krzysztof Rybiński i Jadwiga Staniszkis.

Do Rzeczy

700 tys. dzieci w skrajnej nędzy, jak fiskus doi przedsiębiorców, 70. urodziny ojca Rydzyka [CO W TYGODNIKACH]

red, 26.04.2015
Okładki tygodników (zdjęcie poglądowe)

Okładki tygodników (zdjęcie poglądowe) (Źródło: Gazeta.pl)

W poniedziałkowych wydaniach tygodników m.in. o tym, że „w skrajnej nędzy żyje u nas ponad 700 tys. dzieci” – tak pisze „Wprost”. „Newsweek” z kolei pyta Jana Tomasza Grossa o polski stosunek do Zagłady. „W Sieci” ujawnia, jak rosyjski biznesmen przejmuje rynek pożyczkowy, a „Do Rzeczy” zastanawia się nad fenomenem ojca Rydzyka w jego 70. urodziny.

Zobacz wszystkie okładki >>>

W skrajnej nędzy żyje w Polsce ponad 700 tys. dzieci. I nie chodzi tu o rodziny patologiczne – pisze „Wprost”. Tygodnik podkreśla, że to najmłodsi płacą najwyższą cenę transformacji i byle jakiej polityki”. We „Wprost” też o cichej wojnie między Ewą Kopacz i Bronisławem Komorowskim, która ma wybuchnąć tuż po wyborach. A chodzi o prezydencki projekt zmian podatkowych, który PO blokuje. Tygodnik pisze też o tym, jak polski system podatkowy utrudnia życie przedsiębiorcom. Więcej >>>

W najnowszym „Newsweeku” Jan Tomasz Gross mówi o tym, „że my, Polacy, wciąż nie rozliczyliśmy się z tematem Zagłady”, i stąd reakcja na słowa szefa FBI o roli Polaków w Holokauście. Tygodnik pisze też o zmarłym w piątek Władysławie Bartoszewskim, który „za życia trafił na cokół pomnika, lecz ani myślał zastygać w dostojnej formie”. W „Newsweeku” także o tym, dlaczego różnica między zarobkami Polaków i mieszkańców Europy Zachodniej jest wciąż tak duża. Więcej >>>

Tygodnik „Do Rzeczy” w 70. urodziny ojca Tadeusza Rydzyka zastanawia się – piórem Piotra Semki – nad fenomenem redemptorysty z Torunia. „Młot na liberałów” – tytułuje najnowszy numer redakcja. A Semka podkreśla, że „gdyby ojca Rydzyka nie było, Kościół w Polsce kształtowaliby zwolennicy laickości przebrani w kostium przyjaciół wiary”. Więcej >>>

Rosyjski oligarcha przejął poważny kawałek polskiego sektora finansowego i stał się liderem segmentu internetowych pożyczek udzielanych na kwotę blisko 2 mld zł rocznie – twierdzi piórem Marka Pyzy tygodnik „W Sieci”. Jak twierdzi, Rosjanin zrobił to „przy wsparciu władzy”. Ponadto „W Sieci” opublikuje fragmenty drugiego tomu książki „Resortowe dzieci. Służby” autorstwa Doroty Kani, Macieja Marosza i Jerzego Targalskiego. Więcej >>>

Zobacz także

TOK FM

Sędzia, który skazał wiceprezesa PiS, dostał prestiżową nagrodę. Gratulował Radosław Sikorski

Sędzia Wojciech Łączewski został nagrodzony Złotym Paragrafem
Sędzia Wojciech Łączewski został nagrodzony Złotym Paragrafem Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta

Kilka dni temu rozdano Złote Paragrafy, czyli coroczne nagrody „Dziennika Gazety Prawnej” dla najlepszych prawników. Lista tegorocznych laureatów wywołała spore emocje, ponieważ znalazło się na niej nazwisko Wojciecha Łączewskiego, sędziego, który skazał wiceprezesa PiS Mariusza Kamińskiego na karę 3 lat pozbawienia wolności.

Portal Niezalezna.pl odnotował, że laureaci otrzymali gratulacje od marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego, honorowego patrona Złotych Paragrafów. Łączewskiego, którego uznano za najlepszego sędziego, nagrodzono między innymi za „orzeczenia niesztampowe, odważne, czasami wręcz kontrowersyjne” oraz „brak koniunkturalizmu”.

Uwaga o „braku koniunkturalizmu” rozbawiła redakcję Niezależnej, która zdaje się uważać, iż wyrok, jaki zapadł w sprawie Kamińskiego, z koniunkturalizmem ma wiele wspólnego.

Podobną ocenę przedstawił zresztą Jarosław Kaczyński, mówiąc, że „wyrok zapada w kampanii i nie ma wątpliwości, że radykalne odejście od żądań prokuratora to jej element (orzeczona kara jest wyższa od tej, jakiej żądał prokurator – przyp. red.)” .

W uzasadnieniu kapituła Złotych Paragrafów – w skład której weszli między innymi minister sprawiedliwości Cezary Grabarczyk, prokurator generalny Andrzej Seremet oraz pierwsza prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Gersdorf – nie wspomniała o wyroku, jaki Łączewski wydał ws. Kamińskiego.

Wymieniła zaś inne orzeczenia laureata, w tym to skazujące policjanta, który pobił uczestnika Marszu Niepodległości, na karę więzienia w zawieszeniu.

– Sędzia skazał policjanta pomimo tego, że prokuratora wnioskowała o warunkowe umorzenie sprawy. Wojciech Łączewski uzasadniając orzeczenie podkreślał, że rolą policjanta jest respektowanie godności ludzkiej i przestrzegania praw człowieka, a nie wymierzanie sprawiedliwości – zaznaczono w uzasadnieniu.

źródła: GazetaPrawna.pl, RMF FM

naTemat.pl

Ryszard Czarnecki na spotkaniu z Putinem. „Nie podałem mu ręki”

Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Ryszard Czarnecki na jednym spotkaniu z Władimirem Putinem. "Nie podałem mu ręki" - przekonuje.
Europoseł Prawa i Sprawiedliwości Ryszard Czarnecki na jednym spotkaniu z Władimirem Putinem. „Nie podałem mu ręki” – przekonuje. Fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Gazeta

Na uroczystościach w Erywaniu w jednym szeregu stali ze sobą Władimir Putin i… polityk PiS Ryszard Czarnecki. Europoseł tłumaczy, że występował w roli oficjalnego reprezentanta Parlamentu Europejskiego, a przywódcy Federacji Rosyjskiej ręki nie podał.

Na spotkaniu obecni byli także prezydent Francji Francois Hollande, przywódcy Armenii i Serbii oraz szefowie rządów Grecji i Cypru. Wszystko po to, aby upamiętnić 100. rocznicę eksterminacji Ormian w imperium osmańskim.

„Byliśmy na wspólnej uroczystości”
Biorąc pod uwagę ostrą retorykę Ryszarda Czarneckiego wobec Rosji i samego Władimira Putina, wspólna obecność wywołała zainteresowanie. Europoseł Prawa i Sprawiedliwości szybko sprostował całe zajście. – Byłem na oficjalnych uroczystościach jako przedstawiciel Parlamentu Europejskiego – mówił. Czarnecki tłumaczy, że rozmawiał z wieloma europejskimi politykami, ale Putinowi ręki nie podał.

nieTyleJa

Skandalicznie słowa Putina
Duże oburzenie wywołały słowa, jakie na uroczystościach w Erywaniu wypowiedział sam Putin. Prezydent Rosji przekonywał, że „nie ma i nie może być usprawiedliwienia dla masowego zabijania ludzi”. Władze Turcji szybko zareagowały na wypowiedź, surowo oceniając ją jako naruszenie prawa.

W ustach takiego polityka jak Władimir Putin słowa o takim charakterze brzmią skandalicznie. „Rosja zapewne może lepiej wiedzieć, co to ludobójstwo” – skomentowało Tureckie MSZ, wypominając Rosji nieludzkie praktyki wobec ludności tureckiej i muzułmanów.

Źródło: newsowi.pl

naTemat.pl

To było dzieło Niemiec [Applebaum]

Anne Applebaum, Przeł. Andrzej Ehrlich, 25.04.2015
Anne Applebaum

Anne Applebaum (Fot. Bartosz Bobkowski / AG)

Jeżeli dyrektor FBI chce się czegoś nauczyć dzięki istnieniu znakomitego Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, to brawo. Ale najpierw musiałby zrozumieć to, co tam zobaczył.
Zaprotestował ambasador Polski w Waszyngtonie. Zaprotestował prezydent Polski. Zaprotestował marszałek polskiego Sejmu (którego jestem żoną). Ambasador USA w Warszawie gorąco przepraszał. Dlaczego? Bo James Comey, dyrektor FBI, w przemówieniu przedrukowanym przez „The Washington Post” nawoływał do szerszego edukowania o Holocauście, pokazując przy okazji, jak bardzo ta edukacja jest potrzebna jemu samemu.W dwóch słabo sformułowanych zdaniach wywołał u polskich czytelników wrażenie, że powtarza mit z II wojny światowej, który doprowadza ich niemal do wściekłości, a mianowicie, że w jakiś sposób ci, którzy żyli w okupowanej Europie Wschodniej, są w pełni współodpowiedzialni za politykę niemiecką. Comey sformułował to w następujący sposób:”W swoim mniemaniu mordercy i ich wspólnicy z Niemiec, Polski i Węgier oraz w tak wielu innych miejscach nie robili niczego złego. Przekonywali samych siebie, że jest to właściwą rzeczą, jaką należy robić, że jest to tym, co muszą robić”.

W tych dwóch kiepsko sformułowanych zdaniach znalazło się sporo problemów, zaczynając od ogromnej różnicy między Niemcami a innymi. W czasie wojny Niemcy stosowały państwową strategię eksterminacji Żydów. W tej strategii brali udział nie „wspólnicy”, lecz setki biurokratów i dziesiątki tysięcy żołnierzy; wchodziły w to rozkłady jazdy pociągów i plany. Niemcy zachęcały też do tworzenia kolaboracyjnych rządów w innych krajach – np. rządu Vichy we Francji – a niektóre z takich rządów wykorzystywały własnych funkcjonariuszy policji do wysyłania swoich żydowskich obywateli do niemieckich obozów śmierci.

***

Niemcy okupowały też Polskę, ale nie było polskiego Vichy. W czasie wojny nie było żadnego polskiego państwa. W istocie właśnie brak polskiego państwa umożliwił Niemcom stworzenie bezprawnego świata przemocy, takiego, w którym każdego mogli zamordować według własnego uznania, deportować każdego Żyda – a każdy Polak, który pomagał Żydowi, zostałby natychmiast rozstrzelany wraz z całą swoją rodziną. Wielu rozstrzelano. Zginęły też miliony innych: polscy intelektualiści, księża, politycy – wszyscy oni stanowili cel dla nazistów.

W czasie wojny zniszczono przeważającą część polskiej infrastruktury i architektury, polskiego przemysłu. W takiej atmosferze wielu ludzi było przerażonych losem Żydów lub wobec tego losu obojętnych. Niektórzy mordowali, żeby uniknąć tego, że sami zostaną zamordowani. To jednak nie oznaczało, że „w swoim mniemaniu” „nie robili niczego złego”.

Chociaż warunki były tam odmienne, decydująca rola Niemiec była równie jasna na Węgrzech. Rząd admirała Miklosa Horthyego rzeczywiście uchwalił prawa antysemickie i sprzymierzył się z Niemcami. Jednak masowe mordy i deportacje węgierskich Żydów do Auschwitz rozpoczęły się dopiero w marcu 1944 r., kiedy rząd Horthyego został rozwiązany i zastąpiony bezpośrednią okupacją niemiecką. Innymi słowy, kiedy państwo węgierskie uległo rozwiązaniu, również Węgry stały się bezprawną strefą przemocy, gdzie wszystko stało się możliwe.

A zatem nie jest prawdą to, co wynikałoby ze słów Comeya: że „mordercy i ich wspólnicy” w Niemczech, Polsce, na Węgrzech i w wielu innych miejscach jakoś ponoszą odpowiedzialność za Holocaust. Nie jest też prawdą to, że Holocaust to historia skądinąd „dobrych” ludzi, którzy „przekonywali samych siebie, że jest to właściwą rzeczą, jaką należy robić”.

Przeciwnie, jest to historia potęgi strachu, niebezpieczeństwa bezprawia i horroru, które stały się możliwe wskutek szczególnej formy niemieckiego terroru państwowego w latach 1939-45 – terroru, który skłaniał wielu ludzi do robienia rzeczy, o których wiedzieli, że są straszliwie, straszliwie złe.

Jeżeli dyrektor FBI chce się czegoś nauczyć dzięki istnieniu znakomitego Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, to należy mu się za to duże uznanie. Ale najpierw musiałby się upewnić, że zrozumiał to, co zobaczył.

Anne Applebaum
Amerykańska pisarka i publicystka, zdobywczyni Nagrody Pulitzera za „Gułag”.

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Zobacz, jak poradził sobie Marcin Czarnik z interpretacją wiersza „Katachreza” Krzysztofa Siwczyka! Poza tym, Małgorzata Minta zaprasza na mus z wędzonego pstrąga z pesto, rukwi i liści rzodkiewki w restauracji „Opasły Tom”. Przybliżamy również sylwetkę Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2005-2010, Lecha Kaczyńskiego.

 

 

 

 

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Władysław Bartoszewski, 1922-2015
Był budowniczym mostów: między Polakami i Żydami, Polakami i Niemcami, światem inteligencji katolickiej i laickiej

Lech Kaczyński. Pan od historii
Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda mianował się następcą Lecha Kaczyńskiego. On i jego partia ślubowali wierność ideom zmarłego prezydenta. Jak się one mają do dzisiejszej rzeczywistości?

Rosja – kraj, który się boi myśleć o jutrze. Rozmowa z Dmitrijem Głuchowskim
Klasa średnia w Rosji nie ma ani energii, ani siły, żeby poświęcać się dla zmian. Nie będę jej za to potępiał: sam wolę jechać do Stanów niż na Syberię

Kości walą o bruk getta. Po wypowiedzi szefa FBI
Mam nadzieję, że ktoś każe szefowi FBI obejrzeć sto razy mój film o Janie Karskim informującym władców świata o Holocauście, o ich milczeniu i zaniechaniu. Ze Sławomirem Grünbergiem rozmawia Paweł Smoleński

Sorry, takie mamy społeczeństwo. Po wywiadzie z Grzegorzem Braunem
Czy wolno dawać trybunę komuś, kto twierdzi, że „Polska i cała Europa Środkowa stają się kondominium niemiecko-rosyjskim pod powierniczym zarządem żydowskim”, i chce rozstrzeliwać dziennikarzy jako „zdrajców i sprzedawczyków”?

Święta Teresa. Squatterka boża
„Kobieta niespokojna i krnąbrna” – pisał o niej nuncjusz papieski. Odpowiadała: „Czarni dewoci, niszczyciele żon Chrystusa”

Eskimos wiesza się w szafie
Leżą płytko, przykryci kamieniami, bo tu tylko skała i wieczna zmarzlina. Dzieci, gdy podrosną, przynoszą im ulubione zabawki

Dlaczego fascynuje nas „House of Cards”
Polityk nie kłamie. On zmienia parametry obietnicy. Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Izabella Cywińska: Zawsze byłam szefem
Zostałam dyrektorem Ateneum, bo chciałam jeszcze jednej cudownej przygody z teatrem i za bardzo uwierzyłam w swoją moc. Ale okazało się, że jestem intruzem, który zaburza ekosystem. Z Izabellą Cywińską, reżyserem, rozmawia Aleksandra Pezda

Motocykliści. Wiatr we włosach w średnim wieku
Dla jednych to fotel na szybkich kółkach, inni po prostu pędzą jak najszybciej przed siebie. Kiedy spadają, natychmiast wspinają się z powrotem, bo nic innego nie daje im się poczuć tak wyjątkowo

 

 

wyborcza.pl/magazyn

Polityka historyczna, czyli przekonywanie przekonanych

Witold Gadomski, 26.04.2015
Polityka historyczna w Polsce jest histeryczna i bazuje na stereotypach. Poważne kraje, bez kompleksu niższości, nie będą protestować. Na zdjęciu: 1945 r., zdjęcie dzieci w Auschwitz zrobione tuż po wyzwoleniu obozu

Polityka historyczna w Polsce jest histeryczna i bazuje na stereotypach. Poważne kraje, bez kompleksu niższości, nie będą protestować. Na zdjęciu: 1945 r., zdjęcie dzieci w Auschwitz zrobione tuż po wyzwoleniu obozu (SUB / AP (AP Photo/FILE))

Przed wyborami mamy falę wzmożenia patriotycznego. Politycy i media prześcigają się w oburzeniu na szefa FBI, który współudział w Holocauście przypisał Polakom, i na producenta gry komputerowej, w której z polskich nazistowskich obozów śmierci ratuje Żydów „dobry Niemiec”. Receptą na takie fałszerstwa historii ma być – zdaniem polskich polityków – intensywna polityka historyczna.
– Obok „Idy” powinno powstać dziesięć filmów o Polakach z narażeniem życia ratujących Żydów – mówią jednym chórem politycy PO, PiS, a nawet SLD. Co bardziej krewcy politycy, głównie prawicy, chcą postawić szefa FBI przed sądem i zażądać miliardowych odszkodowań od firmy, która wypuściła niefortunną grę.Nie wierzę, by polityka historyczna mogła odkłamać negatywny wizerunek Polaków, który tu i ówdzie funkcjonuje na świecie. Nie wierzę, by w ten sposób można było sprostować kłamstwa o historii Polski. Źle prowadzona polityka historyczna może wyrządzić więcej zła niż pożytku.Zacznijmy od najbardziej oczywistej konstatacji. Polityka historyczna może być skuteczna (cokolwiek to słowo oznacza) wewnątrz kraju, a nie poza nim. Możemy wyprodukować 10 filmów o tym, jak pięknie zachowywali się Polacy podczas II wojny światowej i zapewnić im odpowiednią frekwencję, wysyłając obowiązkowo do kin szkolną dziatwę. Ci, którzy doczekają do końca, nie przysypiając i nie tracąc wątku, wyjdą z seansu w przekonaniu, że Polska to kraj bohaterów, których cały świat prześladuje i nie docenia. Będzie to zatem wzmocnienie tych kompleksów, które posiada przeciętny Polak – przekonanie, że jesteśmy narodem nadzwyczajnym, lecz z jakiegoś powodu zawsze dostawaliśmy po głowie – oczywiście nie z własnej winy.

Nie wyobrażam sobie, by poważny amerykański lub francuski polityk zgłaszał oficjalny protest, gdy na rynku pojawi się gra, w niekorzystny sposób przedstawiająca historię jego kraju. Bo to są kraje poważne, bez kompleksu niższości. Na świecie powstało tysiące filmów pokazujących Amerykanów jako ludobójców, mordujących Indian, palących napalmem Wietnamczyków, obalających „postępowych” polityków III świata. Większość ich powstała w Stanach Zjednoczonych i nie podkopała morale narodu amerykańskiego i pozycji tego kraju na świecie. Bo ta pozycja nie zależy od jakiegoś filmy czy gry, tylko od potencjału gospodarczego, intelektualnego, moralnego i militarnego. Zależy od tego, co jakiś kraj ma do zaoferowania światu.

Polacy nabzdyczeni, obciążeni kompleksami niższości nie są atrakcyjnymi partnerami dla świata. I koło się zamyka. Polska w Stanach Zjednoczonych mało kogo obchodzi, tym bardziej Polska obrażona na Amerykę.

Jeśli chcemy, by świat nas doceniał, musimy świat sobą zainteresować i wzbudzać pozytywne skojarzenia. Dla pozytywnego wizerunku Polski za granicą najwięcej w ostatnich 25 latach zrobił śp. Profesor Władysław Bartoszewski, którego przemówienie w Bundestagu i Bundesracie oglądały w TV miliony Niemców. Rozmawiał z naszymi zachodnimi sąsiadami bez kompleksów, ale też bez cienia nienawiści. Kilka godzin po tym, jak usłyszeliśmy o śmierci Profesora, na prawicowych „patriotycznych” portalach pojawiły się nienawistne wobec niego wpisy.

Milionom ludzi na całym świecie, nawet w krajach od nas odległych, Polska kojarzy się pozytywnie dzięki rewolucji „Solidarności” i Lechowi Wałęsie. Prawicowi politycy i publicyści robią wszystko, by ten mit zniszczyć i zastąpić go innym, na przykład Lecha Kaczyńskiego, „poległego” prezydenta, leżącego dziś na Wawelu. Walka na mity, polskie piekiełko, obrzucanie błotem własnych bohaterów, w których uwierzył świat (nawet jeśli są bohaterami nieco mitycznymi) – to wszystko psuje prestiż Polski za granicą, buduje wizerunek narodu niepoważnego i wiecznie skłóconego.

Historia zawsze będzie budziła kontrowersje, ponieważ obok faktów jest ludzka pamięć – zawodna i intencjonalna. Jest też szerokie pole dla interpretacji faktów. Dlatego musimy się zgodzić z tym, że nie ma jednej historii (choć jest konkretny zestaw faktów, nie zawsze znanych). Nie wygramy wojny na historię ze światem, zwłaszcza jeśli będzie nam niechętny. Traktujmy więc nieprzychylne nam interpretacje historii ze spokojem i starajmy się, by świat nas lubił za to, że jesteśmy fajni, optymistyczni, interesujący i dynamiczni. Niekoniecznie za zasługi – prawdziwe lub rzekome dawno zmarłych bohaterów.

Zobacz także

wyborcza.pl

Święta Teresa. Squatterka boża

Aleksandra Lipczak, 02.04.2015
Mural w Preston w Wielkiej Brytanii na podstawie

Mural w Preston w Wielkiej Brytanii na podstawie „Ekstazy świętej Teresy” dłuta Berniniego

„Kobieta niespokojna i krnąbrna” – pisał o niej nuncjusz papieski. Odpowiadała: „Czarni dewoci, niszczyciele żon Chrystusa”.
Jest rok 1567. Siostry jadą do miasteczka Medina del Campo. Ma tam powstać klasztor według nowej, surowej reguły. Prawdziwie awanturnicze to przedsięwzięcie. Na miejsce docierają nocą. Po drodze uciekają bykom prowadzonym na walkę. Ich nowy dom okazuje się ruiną, choć przeor zapewniał, że miejsce jest odpowiednie.Sprzątają całą noc. O świcie kaplica jest gotowa. Można odprawiać mszę. Podobnych akcji przeprowadzą jeszcze kilkanaście.”Wszystkim mój zamiar wydawał się szaleństwem – pisze Teresa. – Ale gdy Panu się spodoba użyć mnie do założenia jakiego domu, żadnej nie uznaję przeszkody”.Przeciw historiiTeresa Sanchez de Cepeda y Ahumada, czyli św. Teresa z Avila, przyszła na świat 28 marca 1515 r. 500 lat temu. Ale z jej pism wyłania się postać zaskakująco współczesna.

Jej „Księga życia” jest jak intymny dziennik. Teolog Juan Antonio Marcos Rodriguez mówił podczas niedawnego spotkania poświęconego świętej w krakowskim Instytucie Cervantesa, że to ona wynalazła strumień świadomości. Bywa też nazywana prekursorką autobiografii.

Przydomków miała wiele. Nazywano ją „patronką histeryczek” (Josef Breuer, współpracownik Freuda). Dla psychiatry Jacques’a Lacana była przykładem kobiecej jouissance – rozkoszy. Bywała „maskotką” gen. Franco i ikoną feministek.

Ale nikomu nie udało się jej zawłaszczyć. Jest na to zbyt paradoksalną postacią. Mistyczką o skomplikowanej, konwulsyjnej duchowości i twardo stąpającą po ziemi reformatorką zakonu karmelitów. Ascetką i kokietką. Duchową mistrzynią i dobrze zorganizowaną kobietą interesu. Świetną prozaiczką i dobrą poetką. Simone de Beauvoir napisała o niej w „Drugiej płci”, że jest jedną z niewielu w dziejach kobiet, którym udało się żyć takim życiem, jakim chciały.

Stawiła czoło historii, choć jej wyjściowa pozycja nie była korzystna. XVI-wieczna Hiszpania przewidywała dla kobiet tylko dwie możliwości: małżeństwo lub zakon.

Była najstarszą córką spośród dziesięciorga rodzeństwa. Mimo że jej ojciec, majętny hidalgo, był wrażliwym i dobrym człowiekiem, widziała, że dla matki ściany domu rodzinnego to więzienie, z którego jedyną ucieczką było czytanie – głównie powieści rycerskich. Niedługo i Teresa miała się stać namiętną czytelniczką przygód „Amadisa z Walii” i traktatów duchowych z biblioteki ojca.

Na jej niekorzyść działało też pochodzenie. Jej dziad – Juan de Toledo – byłconverso, Żydem, który przeszedł na katolicyzm. Tych, którzy tego nie zrobili, czekało w 1492 r. wygnanie. Ale nawet ci, którzy przyjęli nową wiarę, byli wciąż na cenzurowanym w ogarniętym obsesją „czystości krwi” społeczeństwie. Inkwizycja nie ustawała w wysiłkach, żeby dopaść potajemnie wyznających dawną wiarę. Juan wolał dobrowolnie przyznać się do wyimaginowanych przewinień, niż spłonąć na stosie. Za karę przez sześć tygodni musiał publicznie nosić sambenito, żółty pokutny szkaplerz.

Po tych upokorzeniach wyprowadził się z rodzinnego Toledo do Avila i kupił fałszywe dokumenty zaświadczające o czystości krwi. Jego syn Alonso wiódł już życie przykładnego chrześcijanina, które przypieczętował małżeństwem z pochodzącą z rodziny „starych chrześcijan” Beatriz de Ahumada.

Akt sprawiedliwości po 500 latach: Hiszpania przyznaje obywatelstwo potomkom wypędzonych Żydów

Nie jest pewne, czy Teresa znała historię rodziny. W jej pismach zachował się jedynie ślad tego, że najlepiej dogadywała się właśnie z conversos. Być może łączyło ją z nimi poczucie wyobcowania w opartym na konwenansach społeczeństwie.

Czasy opromienione złotem płynącym z Ameryki były skomplikowane dla wiary. Posiadanie Biblii było mocno podejrzane, bo wskazywało na „żydowską” zażyłość z Pismem. Renesansowemu ożywieniu towarzyszył jednak rozkwit indywidualnej duchowości. Furorę robiły pisma Erazma z Rotterdamu. W Kastylii zaroiło się odalumbrados – oświeconych heretyków odrzucających formalne rytuały i sakramenty, orędujących na rzecz bezpośredniego kontaktu z Bogiem. „Nadmiar” wolności miał jednak wkrótce przechylić szalę na drugą stronę. Wiele książek, którymi zaczytywała się Teresa w młodości, znajdzie się w indeksie ksiąg zakazanych.

Pośród tego wszystkiego ona, dziewczynka, na której ślad zostawiło religijne uniesienie epoki. Z braćmi wybrała się pieszo do „Maurów” – muzułmanów, by zginąć męczeńską śmiercią (rodzice w porę ich zawrócili). Lubili się też bawić w budowanie kamiennych „pustelni” w przydomowym ogrodzie.

Nastolatką była jednak zabawową. Kiedy flirt z jednym z kuzynów zaszedł za daleko, ojciec wysłał ją – niby do szkoły z internatem – do klasztoru augustianek. Nie była szczególnie żarliwą katoliczką, ale pobyt tam zrobił na niej na tyle korzystne wrażenie, że gdy stanęła przed alternatywą małżeństwo albo zakon, wybrała to drugie. Wstąpiła do karmelitanek. „W głębi serca jednak nie chciało mi się być zakonnicą i pragnęłam, aby Bóg nie chciał mnie do tego stanu powołać” – pisała w „Księdze życia”. Nie można powiedzieć, by wyglądało to na prawdziwe powołanie.

W celi deluxe

Ówczesne klasztory, do których trafiało wiele panien z dobrych domów, niewiele wspólnego miały z surowym zakonnym życiem. Mniszki przyjmowały gości, udzielały się towarzysko. Joseph Pérez, biograf Teresy, pisze o rytuałach polegających na adorowaniu mniszek przez odwiedzających je wielbicieli. Powszechny układ był taki: zakon przyjmuje córkę z dobrej rodziny, a w zamian zyskuje sponsora. Sponsorzy mogli z kolei liczyć na modlitwy w swojej intencji, honorowe miejsca w kaplicy, opiekę. Teresa – w dwuizbowej celi deluxe – prowadziła u karmelitanek całkiem przyjemne życie. Szybko przestała być jednak beztroską trzpiotką.

Dało o sobie znać ciało; miało jej odtąd dostarczać licznych cierpień przez całe życie. Skarżyła się na bóle klatki piersiowej, paraliże, mdłości, ataki nerwowe. Specjaliści różnych epok dopatrywali się w jej dolegliwościach epilepsji, reumatycznych gorączek, chorób serca, malarii, gruźlicy. Przyczyną śmierci miał być rak macicy z przerzutami. Niektórzy twierdzili, że jej schorzenia były rodzajem „świętej anoreksji”. Przez całe życie jadła mało, chętnie się umartwiała.

„Często miałam takie uczucie, jakby mnie kto ostrymi kłami za nie [serce] chwytał, tak iż obawiano się o moją przytomność – pisała. – Obok wielkiego upadku sił (…), przy nieustającej gorączce i zupełnym wycieńczeniu skutkiem środków przeczyszczających (…), tak miałam wnętrzności spalone, że nerwy we mnie kurczyć się poczęły z takim nieznośnym bólem, iż we dnie i w nocy nie miałam odpoczynku i smutek wielki mnie nękał”.

Po ataku choroby, gdy miała 20 lat, dochodziła do siebie trzy lata. Kiedy mogła już pełzać na czworakach, dziękowała Bogu. Cierpienie fizyczne stało się jednak dla niej początkiem duchowego przebudzenia. To wtedy, gdy bez czucia leżała w łóżku, zakiełkowało w niej coś, co miało eksplodować z wielką siłą kilkanaście lat później, kiedy weszła do kaplicy klasztornej i gorzko zapłakała na widok pokrytego ranami ciała Chrystusa. Miała wtedy około 40 lat.Ja płonęMa około 40 lat i zaczyna się dla niej nowe życie. Regularnie miewa wizje. Czasem słodkie, kojące, innym razem rodem z Hieronima Boscha – jak wtedy, gdy podczas rozmowy z „pewną osobą” widzi coś w rodzaju wielkiej ropuchy. Odbiera to jako znak, żeby zerwać z tym kimś kontakt. Bóg towarzyszy jej w codziennym życiu – „dopada” w czasie nabożeństw, w kuchni, doradza jej, ostrzega.Jest jej Oblubieńcem, ona – jego żoną. Żeby opisać swoje doświadczenia, Teresa posługuje się językiem „Pieśni nad pieśniami”. Najsłynniejszy fragment – który zainspirował Berniniego do stworzenia rzeźby „Ekstaza świętej Teresy” – dotyczy wizyty pewnego anioła:”Zobaczyłam w jego ręce długą złotą dzidę, zaś jej koniec pokryty żelazem rozżarzony był do czerwoności. Wydawało mi się, że wkuwał ją co pewien czas w moje serce i że przebijał moje wnętrzności. Gdy poruszał swą dzidą, wydawało mi się, że porusza i moimi wnętrznościami. Pozostawił mnie całą płonącą wielką miłością do Boga. Ból był tak wielki, że aż zaczęłam jęczeć, a słodkość płynąca z jego nadmiaru była tak zaskakującą, że nie chciałam być go pozbawiona”.

– Wystarczy spojrzeć na rzeźbę Berniniego, żeby zrozumieć, że ona właśnie dochodzi, nie ma co do tego wątpliwości – powiedział Lacan na jednym z seminariów. Mówił jednak o wizerunku stworzonym przez innego mężczyznę. Dla św. Teresy było oczywistością, że przeżycia mistyczne obejmują także jej fizyczność. „Nie jesteśmy aniołami, mamy też ciała” – pisała.

W podobnym duchu będzie pisał św. Jan od Krzyża, jej młodszy kompan i twórca męskiej gałęzi karmelitów bosych. W jego mistycznej poezji znaczenie traci płeć, osoba, która mówi, jest oblubienicą szukającą ukochanego, by się z nim zjednoczyć.

Jest coś zaskakującego w tej intymnej więzi z Bogiem, w tym spazmie rozkoszy. Ale historycy literatury przypominają, że hiszpańscy mistycy byli też autorami przedzierającymi się przez nieprzetarte jeszcze ścieżki literackiego hiszpańskiego. Walczącymi z oporną materią języka, by wyrazić niewyrażalne, i korzystającymi z istniejących kodów mówienia o miłości. Twórczo „recyklingowali” miłosne pieśni średniowiecznych trubadurów opiewające uroki nieosiągalnych, wyidealizowanych wybranek. Miłość między dwojgiem ludzi wykorzystywali jako niedoskonałą, ale przemawiającą do wyobraźni metaforę więzi z Bogiem.

Trubadurski rodowód ma jeden z najpiękniejszych wierszy, przypisywany zarówno św. Teresie, jak i Janowi – pełen paradoksów „Żyję, życia nie mając w sobie”: „Żyję, życia nie mając w sobie,/ i tak wielką nadzieją wzbieram,/ że umieram, bo nie umieram” (przeł. Stanisław Barańczak).

Przeciw systemowi

Pasywna Teresa czekająca na spłynięcie rozkoszy to jednak obraz daleki od prawdy. Nie znosiła egzaltacji. Na ekstazę trzeba było sobie „zasłużyć” – ćwiczeniami duchowymi, dyscypliną. – Nie widzę żadnego pożytku w „tej mdłości ciała” – pisała o mniszkach zbyt łatwo poddających się religijnemu transowi.

Trzeźwo patrzyła na rzeczywistość, a ta mocno ją kłuła. Swoim współczesnym zarzucała hipokryzję, denerwowały ją pozory, do których taką wagę przywiązywali opętani ideą honoru Kastylijczycy. Jak rodzice fundatorki jednego z zakonów, którzy nie mając pieniędzy na utrzymanie dawnej świetności, ukrywają się na odludziu, by nie ujawnić przed innymi, że im się źle powodzi.

Nie była jednak mizantropką. Miała wielkie talenty towarzyskie. Autorowi swojego portretu Juanowi de Miseria miała powiedzieć: – Niech Bóg ci wybaczy, bracie Juanie, że odmalowałeś mnie tak brzydką i kaprawą.

Irytowały ją materialne uwikłania jej zakonu, niekończące się zobowiązania wobec patronów i patronek, fikcja życia we wspólnocie w liczącym 150 sióstr klasztorze. Potrzebowała radykalnej zmiany.

Inspiracja przyszła w osobie franciszkanina i ascety Piotra z Alkantary. Ten boży szaleniec („przez 20 lat nosił w miejsce włosiennicy pancerz blaszany, nigdy go nie zdejmując”) zainspirował ją do założenia wspólnoty na własnych zasadach – wiernej pierwotnemu karmelitańskiemu duchowi, liczącej najwyżej kilkanaście sióstr, pozbawionej stałych dochodów i funkcjonującej dzięki jałmużnie. Na znak ubóstwa siostry miały chodzić boso, miały też biczować się raz w tygodniu.

To była radykalna, antysystemowa propozycja. Nie chodziło tylko o kwestię ubóstwa w kontrze do wystawnego życia innych zakonów – było to też wyzwanie rzucone układowi zależności i wzajemnych przysług między szlachtą i Kościołem. Była to wreszcie zniewaga rzucona własnemu zakonowi. Dlatego sprawa wymagała ostrożności. Pomogła Teresie zamożna przyjaciółka Guiomar de Ulloa. To ona zajmowała się początkowo biurokracją i pozwoleniami i to ona sypnęła groszem.

Inicjatywa spodobała się generałowi zakonu i nuncjuszowi papieskiemu – wpisywała się w ideę odnowy Kościoła, którą miał zapoczątkować sobór trydencki (1545-63). Ale łatwo nie było.

W przedsięwzięciu, które za życia Teresy przyniosło 17 nowych fundacji, pokazała ona jeszcze jeden rys osobowości: nadzwyczajną przedsiębiorczość.

Przez 20 lat negocjowała, przemierzała powozem Hiszpanię w poszukiwaniu nowych siedzib, wypraszała pozwolenia, pisała listy i łagodziła opór przełożonych, biskupów i karmelitów trzewiczkowych. Mniszki działały trochę jak partyzanckie komando albo squatterki. Choć zawsze miały błogosławieństwo Kościoła, to wolały działać nocą, żeby nikt im w ostatniej chwili nie przeszkodził.

Nie była to przygoda dla każdego. Nie do końca sprawdziła się chyba w tej roli starsza siostra Maria, uwieczniona w „Księdze fundacji”. We dwie „zdobywały” Salamankę, a zadanie nie było proste. Nie dość, że na miejscu zastały „niepiękne porządki” po „niewybrednych w punkcie ochędostwa” studentach, to jeszcze musiały spędzić noc w nowym domu zupełnie same.

Siostra Maria wpadła w panikę. – Co by matka zrobiła, gdybym tu teraz umarła? – zapytała Teresę. „Nawet się przelękłam – przyznawała Teresa – bo widok trupa, choć się go nie boję, zawsze mi, choćbym nie była sama, sprawia pewne omdlenie sercowe. (…) W końcu jednak (…) powiedziałam siostrze Marii: Jak się to stanie, wtedy pomyślę, co zrobić, tymczasem, siostro, daj mi spać„.Nie była strachliwa. – Figa wszystkim demonom. To one będą się mnie bać, nie ja ich – oświadczała. Problem mieli jednak z nimi jej spowiednicy. „Więcej się boję tych, którzy tak boją się diabła, niż jego samego” – pisała. Kontakt z nią przerastał wielu duchownych. W pewnym momencie nikt nie chciał jej spowiadać. A ona miała na punkcie dobrych spowiedników niemal obsesję, szukała ich niestrudzenie. Dobrych – czyli wykształconych. Chodziło bowiem nie tylko o duchowy rozwój. Jako kobieta nie mogła pobierać nauk, zależało jej na kontakcie z uczonymi mężami.Po piętach deptało jej Święte Oficjum. Zagrożenie było realne, za herezję można było spłonąć na stosie. A o niej nuncjusz papieski pisał: „Kobieta niespokojna, łazęga, nieposłuszna i krnąbrna”. Odpowiadała: „Czarni dewoci, niszczyciele żon Chrystusa”.

Święte Oficjum obrosło w stereotypy: Czerwone stosy, czarna legenda
Hiszpańska inkwizycja rzadko torturowała więźniów i jeszcze rzadziej paliła na stosie

Nie brakowało intrygantów, którzy chcieli się jej pozbyć. Donosy i intrygi doprowadziły do uwięzienia św. Jana od Krzyża przez przeciwników reformy. Przez wiele miesięcy był trzymany w ciasnej celi, bity i głodzony. Teresa wyszła jednak z tego wszystkiego bez szwanku.

Poczynała sobie śmiało – spowiedników szukała wśród kapłanów związanych z inkwizycją. W swoich książkach prowadziła intrygującą grę z wyobrażonym inkwizytorem. Zarazem, choć miała świadomość swojej wartości, ostentacyjnie się umniejszała, bagatelizowała własne osiągnięcia, swoje pisma nazywała „książeczkami”.

Celowo używała prostego języka. To w tym jednak tkwi siła jej pisarstwa. Pisała jak dzisiejsza reporterka: „tak jak się mówi”. Odwoływała się do namacalnych porównań i metafor. Często przynosiło to olśniewające efekty – jak wtedy, gdy mówiła o szachu i macie, które trzeba zadać Bogu („zamatować Króla naszego”, aż „sam nie będzie chciał ujść rąk naszych”), albo gdy mistyczną drogę porównywała do zamku o wielu komnatach, przez które musi przejść dusza, zanim w najpiękniejszym „wewnętrznym mieszkaniu” zjednoczy się z Bogiem. Albo kiedy o miłości własnej mówiła, że nietrzymana na wodzy „rośnie i wzdyma się jak piana na brzegu morskim”.

Była świetną gawędziarką, chrześcijańską Szeherezadą, jak nazwał ją hiszpański pisarz Gustavo Martin Garzo. Do perfekcji opanowała sztukę kamuflażu i grę pozorów z silniejszymi od siebie. Tylko czasem wyznawała szczerze: „To, że jestem kobietą, wystarczy, by opadły mi skrzydła”.

Noc z 5 na 14 października

Rok 1582. Siostry jadą do Alba de Tormes niedaleko Salamanki, posiadłości księżnej Alby, która zażyczyła sobie, by słynna mniszka była obecna przy porodzie jej synowej.

Choć reformując zakon karmelitów, próbowała odsunąć się od wielkiego świata, Teresa wciąż ma na głowie milion spraw, petycji, na które musi odpowiedzieć, zobowiązań, które musi – lub kazano jej – wypełnić. W podróż do księżnej wysłał ją zakonny przełożony, Antonio de Jesus.

Wyprawa trwa dwa dni, brakuje jedzenia. Teresa jest słaba i wymiotuje krwią. Towarzyszącej jej Annie od św. Bartłomieja udaje się zdobyć kilka suszonych fig. Jeszcze w drodze zastaje je wiadomość, że synowa księżnej Alby urodziła. – Całe szczęście, w takim razie już nie będą potrzebować starej świętej – komentuje Teresa.

Po powrocie do klasztoru zdąży jeszcze wziąć udział we mszy i zorganizować wybory nowej przeoryszy. Jest już jednak bardzo słaba. Umiera wskutek krwotoku z dróg rodnych.

Jest noc z 5 na 14 października. Właśnie tak. Jej śmierć zbiega się z reformą kalendarza wprowadzoną przez papieża Grzegorza XIII.

Wywyższona

Jej śmierć szybko otacza legenda. Mówi się o tajemniczych śpiewach, zapachu róż, który wydzielały zwłoki, śmierci w ekstazie. Fakty są nieco bardziej brutalne – kilka miesięcy po jej śmierci odbywa się ekshumacja i rozczłonkowanie ciała na relikwie. I zakon, i jego zamożni patroni chcą mieć dla siebie kawałek mniszki, o której już za życia mówiono, że jest świętą.

W 1622 r. kanonizuje ją Grzegorz XVI – jako tę, której udało się przezwyciężyć kobiecą naturę.

W 1626 hiszpańskie Kortezy obwołują ją drugą po św. Jakubie patronką Hiszpanii. Projekt ostatecznie upada, sprzeciwia mu się m.in. poeta Francisco de Quevedo, który przekonuje: potrzeba nam wojowników, nie mniszek. Tytuł otrzyma dopiero w 1812 r.

W 1937 r., w czasie wojny domowej, żołnierze Franco znajdują w hotelu w Maladze relikwię – dłoń w futerale ze srebra, wysadzanym cennymi kamieniami. Ukryto ją tam przed republikanami, którzy wcześniej rządzili w mieście. Żołnierze przekazują ją Franco. Ręka staje się jego talizmanem, który trzyma koło łóżka.

W 1970 r. papież Paweł VI ogłasza św. Teresę pierwszą w historii, obok Katarzyny ze Sieny, doktor Kościoła. Przełamana zostaje obowiązująca dotąd zasada obstat sexus – przeszkodą jest płeć.

Nie przestaje fascynować ludzi, którym niekoniecznie jest po drodze Kościołem. W 2007 r. hiszpański reżyser, rockandrollowiec Ray Loriga kręci o niej film. – Jest jedną z niewielu kobiet w dziejach, po której nie przejechał się walec historii – mówi. – Mamy wobec niej wielki dług.

W warszawskim kościele odkryto XVII-wieczne wizerunki założycieli zakonu karmelitów bosych: Święta Teresa wyszła z ukrycia

Cytaty ze św. Teresy w przekładzie Henryka Piotra Kossowskiego. Korzystałam też m.in. z: Beata Baczyńska „Historia literatury hiszpańskiej”, Cathleen Medwick „Teresa of Avila. The Progress of a Soul”; Joseph Pérez „Teresa de Avila y la Espana de su tiempo”; Św. Teresa od Jezusa „Poezje”, przeł. Marta Szafrańska-Brandt

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Zobacz, jak poradził sobie Marcin Czarnik z interpretacją wiersza „Katachreza” Krzysztofa Siwczyka! Poza tym, Małgorzata Minta zaprasza na mus z wędzonego pstrąga z pesto, rukwi i liści rzodkiewki w restauracji „Opasły Tom”. Przybliżamy również sylwetkę Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2005-2010, Lecha Kaczyńskiego.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Władysław Bartoszewski, 1922-2015
Był budowniczym mostów: między Polakami i Żydami, Polakami i Niemcami, światem inteligencji katolickiej i laickiej

Lech Kaczyński. Pan od historii
Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Dudamianował się następcą Lecha Kaczyńskiego. On i jego partia ślubowali wierność ideom zmarłego prezydenta. Jak się one mają do dzisiejszej rzeczywistości?

Rosja – kraj, który się boi myśleć o jutrze. Rozmowa z Dmitrijem Głuchowskim
Klasa średnia w Rosji nie ma ani energii, ani siły, żeby poświęcać się dla zmian. Nie będę jej za to potępiał: sam wolę jechać do Stanów niż na Syberię

Kości walą o bruk getta. Po wypowiedzi szefa FBI
Mam nadzieję, że ktoś każe szefowi FBI obejrzeć sto razy mój film o Janie Karskim informującym władców świata o Holocauście, o ich milczeniu i zaniechaniu. Ze Sławomirem Grünbergiem rozmawia Paweł Smoleński

Sorry, takie mamy społeczeństwo. Po wywiadzie z Grzegorzem Braunem
Czy wolno dawać trybunę komuś, kto twierdzi, że „Polska i cała Europa Środkowa stają się kondominium niemiecko-rosyjskim pod powierniczym zarządem żydowskim”, i chce rozstrzeliwać dziennikarzy jako „zdrajców i sprzedawczyków”?

Święta Teresa. Squatterka boża
„Kobieta niespokojna i krnąbrna” – pisał o niej nuncjusz papieski. Odpowiadała: „Czarni dewoci, niszczyciele żon Chrystusa”

Eskimos wiesza się w szafie
Leżą płytko, przykryci kamieniami, bo tu tylko skała i wieczna zmarzlina. Dzieci, gdy podrosną, przynoszą im ulubione zabawki

Dlaczego fascynuje nas „House of Cards”
Polityk nie kłamie. On zmienia parametry obietnicy. Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Izabella Cywińska: Zawsze byłam szefem
Zostałam dyrektorem Ateneum, bo chciałam jeszcze jednej cudownej przygody z teatrem i za bardzo uwierzyłam w swoją moc. Ale okazało się, że jestem intruzem, który zaburza ekosystem. Z Izabellą Cywińską, reżyserem, rozmawia Aleksandra Pezda

Motocykliści. Wiatr we włosach w średnim wieku
Dla jednych to fotel na szybkich kółkach, inni po prostu pędzą jak najszybciej przed siebie. Kiedy spadają, natychmiast wspinają się z powrotem, bo nic innego nie daje im się poczuć tak wyjątkowo

wyborcza.pl/magazyn

 

Uczeni chcą wskrzesić mamuta

Margit Kossobudzka, 26.04.2015
Trójwymiarowa rekonstrukcja wyglądu mamuta

Trójwymiarowa rekonstrukcja wyglądu mamuta (Fot. Steven W. Marcus AP)

Międzynarodowy zespól naukowców zsekwencjonował pełny genom mamuta. Teraz inni próbują „włożyć” jego geny do komórek macierzystych słonia.
Takiej próby chcą dokonać Amerykanie. Ma to pomóc w odkryciu różnic pomiędzy mamutami a ich współczesnymi krewnymi i dotarciu do tych ewolucyjnych adaptacji, które pozwoliły słoniom dotrwać do dziś.Wyniki badań publikuje pismo „Current Biology”.Nie wszyscy uczeni są jednak zachwyceni tym pomysłem. – Ta publikacja może naprawdę spowodować, że znajdą się chętni by eksperymentować z mamucim materiałem genetycznym, a nawet pokuszą się o przywrócenie tego wymarłego gatunku do życia. To może spowodować niepotrzebne cierpienie słonic, które zostaną wykorzystane to takich doświadczeń. Taka procedura powinna być zakazana z przyczyn etycznych – mówił stacji BBC główny autor pracy, dr Love Dalén ze szwedzkiego Muzeum Historii Naturalnej w Sztokholmie.- Oczywiście, że to było by wspaniałe zobaczyć żywego mamuta, obserwować jak się zachowuje i porusza. Mam jednak nadzieję, że ta „zabawa” nie będzie miała finału w takiej postaci – dodaje.Dr Dalén podkreśla, że jego praca nie miała na celu wskrzeszenia mamuta. Wiadomo było jednak, że skoro pojawią się dane to ktoś je wykorzysta. Taki plan ma Long Now Foundation, organizacja z San Francisco. Na swojej stronie internetowej podaje ona, że w tej chwili jej najważniejszym celem jest „stworzenie mamutów zdolnych do rozmnażania, które będą żyły w zapomnianych zakątkach tundry i lasów borealnych Eurazji i Północnej Afryki”. Fundacja podaje też, że „celem nie jest stworzenie idealnej kopii wymarłych mamutów, ale raczej skupienie się na przystosowaniach potrzebnych współczesnym azjatyckim słoniom do życia w chłodniejszym klimacie”.

Organizacja jest wspierana przez zespół uczonych z uniwersytetu Harwarda, który ma wykorzystać inżynierię genetyczną swojego laboratorium do „wkładania” mamucich genów w słonie DNA.

Jak na razie fundacja umieściła mamucie geny związane z tworzeniem krwi, tłuszczu i włosów w komórkach macierzystych słoni. Uczeni badają, jaki będzie tego skutek. Mają nadzieję wytworzyć czerwone krwinki mamutów, by sprawdzić jak wiele tlenu są one w stanie przenosić. To także powie coś więcej na temat fizjologii tych zwierząt.

Kolejnym krokiem ma być wprowadzenie sztucznie odtworzonego materiału genetycznego mamuta do komórki jajowej słonia, doprowadzenie do ciąży i umieszczenie takiej samicy w ogrodzie zoologicznym, gdzie będzie pod stałą kontrolą. Fundacja wierzy, że próba klonowania mamuta rozpocznie się w 2018 roku.

To może być jednak tylko mrzonka.

– Różnice pomiędzy żywą komórką na szalce, która ma zmienione kilka genów, a żywym zmodyfikowanym zwierzęciem są mniej więcej rozmiarów mamuta – śmieje się prof. Beth Shapiro z kalifornijskiego uniwersytetu w Santa Cruz, która napisała książkę „Jak sklonować mamuta”. Uczona absolutnie nie wierzy w powodzenie wspomnianej metody.

– Całą ta procedura jest tak skomplikowana, że nie widzę szans jej powodzenia. Powinniśmy skupić się na ratowaniu słoni, które jako gatunek nie radzą sobie najlepiej w obecnych czasach. Po drugie, słonie są bardzo społeczne i nie ma powodu, by przypuszczać, że mamuty nie były takie same. Jeden osobnik będzie bardzo samotny. Nie może zostać wypuszczony na wolność. Stanie się dziwolągiem dla gapiów. A stworzenie stada mamutów wykracza poza moje wyobrażenie naukowe oraz poza granice mojej moralności – wyjaśniała BBC.

Mamuty wyginęły około 4 tys. lat temu. Dr Dalén odczytując ich DNA chciał znaleźć odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało.

– Taki genom mam wielką wartość poznawczą, ale nie wiem czy odpowie na to pytanie – argumentuje prof. Shapiro.

Badania dowodzą, że około 5 tys. la temu populacja mamutów po prostu stała się zbyt mała, by gatunek przetrwał. Zbyt wiele było przypadków tzw. wchowu wsobnego kiedy to spokrewnione ze sobą osobniki krzyżują się.

Co ciekawe, wyniki badań dowodzą, że podobne wąskie gardło miało miejsce około 300 tys. lat temu. Wtedy na terenach zajmowanych przez mamuty nie było jeszcze ludzi. Nie można zatem uznać, że to człowiek je „wykończył” poprzez polowania. Wtedy najprawdopodobniej mamutom zaszkodziły zmiany klimatu.

wyborcza.pl

Eskimos wiesza się w szafie

Agnieszka Rostkowska, 25.04.2015
Leżą płytko, przykryci kamieniami, bo tu tylko skała i wieczna zmarzlina. Dzieci, gdy podrosną, przynoszą im ulubione zabawki
Teresa ma 27 lat, czwórkę dzieci i chłopaka, który ją katuje. Próbowała się już powiesić, zastrzelić, utopić. Za każdym razem ją odratowywano. Jej historia nikogo specjalnie nie wzrusza. Tu każdy zna przynajmniej jedną osobę, która popełniła samobójstwo.Prowincja Nunavut, osada Repulse Bay – to wszystko brzmi jak z Curwooda. Ale Repulse Bay poza działającą na wyobraźnię nazwą ma niewiele wspólnego z romantyzmem pionierów kanadyjskiej Północy. Poczta, lotnisko, sklep. Niespełna tysiąc mieszkańców, w większości dzieci. Albo prawie dzieci. Inuici, kiedyś nazywani Eskimosami, zostają rodzicami w wieku 15-16 lat.Tym, co wyróżnia Nunavut, jest statystyka: co najmniej 45 samobójców w jednym tylko 2013 roku. I 177 między rokiem 1999 (wtedy wydzielono inuicki region z Terytoriów Północno-Zachodnich) a 2005. Jak wynika z badań dr. Jacka Hicksa, który od lat zajmuje się tym regionem, wskaźnik samobójstw jest tu 13-krotnie wyższy niż w pozostałych prowincjach Kanady.- Inuickie dzieci proszone, by narysowały rodzinę, nie używają czarnej kredki, nie rysują grobu, krzyża ani wisielca. Ale też nie rysują igloo ani psów. Najczęściej kreślą nowoczesny domek i rodzinę. Pełną. Nawet wtedy, gdy któregoś dnia, wróciwszy ze szkoły, zobaczyły matkę wiszącą w szafie – mówi dokumentalistka Katarzyna Dąbkowska. Spędziła w Repulse Bay trzy tygodnie, ale potrzebowała ledwie kilku dni, żeby nauczyć się, że nie ma sensu pytać „czy”, tylko „kto”. Samobójcę znajdzie się w każdej rodzinie. – Ludzie mówili o tym tak, jakby opowiadali o bezrobociu lub innym powszechnym zjawisku społecznym. Zdawkowo. Za to bardzo technicznie. Bo tu technicznie nie jest to łatwa sprawa.Inuici są niscy. W Nunavut wszystko jest niskie, więc nawet w szafie niełatwo się powiesić. Trzeba przyklęknąć, przydusić się. Tak jak wtedy, gdy człowiek wiesza się na klamce. Nie zawsze się udaje. Można też udusić się sznurówkami lub kablem od słuchawek – nie zrywa się jak sznurówki. Albo utopić, otruć, zastrzelić. To ostatnie najprostsze, bo broń niezbędną do polowania ma tu każdy.- Tam jest jak w grze w rosyjską ruletkę. Nie wiadomo, kto będzie następny – kwituje Kasia.Do skutku

„W Arktyce nie rosną drzewa, więc wieszają się w szafach”. Tak zaczyna się„Między światami”, dokumentalna opowieść o Repulse Bay i pladze inuickich samobójstw. Nakręcona przez Polkę.

Inuici zafascynowali Kasię kilka lat temu, kiedy dowiedziała się, że Nunavut to kraina samobójczej śmierci. I o tym, że prawdopodobieństwo targnięcia się na własne życie przez młodego Inuitę z Północy jest 40-krotnie wyższe niż w przypadku jego rówieśnika z południa kraju. I jeszcze, że epidemia samobójstw zaczęła się już w latach 60. – jednocześnie na Grenlandii, Alasce i w Kanadzie.

Misja była prosta: opowiedzieć o tym światu. Może nie całemu, bo kanadyjskie media pochylają się nad problemem, ale Europejczycy, nie mówiąc o Polakach, nie mają zielonego pojęcia, że w dostatniej, spokojnej Kanadzie istnieje skuta lodem kraina śmierci i beznadziei.

Nie dla wszystkich Kanada

O film walczyła blisko trzy lata. Startowała w konkursach, desperacko szukała producentów i sponsorów wrażliwych na tragedię rozgrywającą się w arktycznej ciszy. Bezskutecznie. – Byłam wtedy studentką Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, nie miałam imponującego dorobku – opowiada. Poza tym temat był „zbyt egzotyczny”. Co kogoś obchodzi śmierć, która jest daleko?

W końcu poleciała do Arktyki za własne oszczędności. W Polsce był ciepły maj, ksiądz Daniel Szwarc – na misji w Repulse Bay od dziesięciu lat – wiózł ją z lotniska na plebanię skuterem śnieżnym. Inuickie dzieciaki wyglądające gościa interesowało tylko jedno: czy Kasia ma Facebooka. Nie miała. Eee… Jak nie masz Facebooka, to trochę tak, jakbyś nie istniał. Nawet w Arktyce.

Zaczęła zdjęcia. Włączała kamerę, pytała i słuchała. Materiału miała w bród, ale brakowało w nim emocji, których szukała. Już pakowała plecak, kiedy na plebanii pojawiła się Teresa. Przyszła odebrać dziecko, które po szkole bawiło się w świetlicy prowadzonej przez Daniela. – Wchodzę do kuchni, a ona stoi roztrzęsiona, rozdygotana, jak otwarta rana. Spytałam, czy opowie mi o sobie przed kamerą. Nie wierzyłam, że się zgodzi. A ona powiedziała, że tak, tylko zapali. To był ten moment, na który reżyser czeka nieraz rok albo i dłużej.

Rozmawiały pół godziny. Potem Teresa odetchnęła, uśmiechnęła się blado i poszła. Nigdy więcej się nie spotkały. Zostały po niej kadry, na których, wpatrzona w okno, usiłuje zdusić płacz, tuląc w ramionach niemowlę.

Ksiądz odpędza głosy

Teresa wolałaby, żeby jej nie było. To samo mówią te głosy. Powtarzają, że rodzina jej nienawidzi, że jest nikim, że musi się zabić.

Ksiądz Daniel słyszy takie wyznania co rusz. Inuici proszą go o modlitwy, które uwolniłyby ich od uciążliwych głosów, wzywają, żeby poświęcił mieszkanie, w nadziei, że duchy przestaną otwierać szafki. Szukają zrozumienia.

Misjonarz uważa, że głosy raczej nie pochodzą z telewizorów, przed którymi tutejsi spędzają czas. – I na pewno to nie z fantasmagorii po narkotykach czy alkoholu. Oni sami nie wymyśliliby tego wszystkiego. Takich historii, słów, zwrotów – uciął pytania reżyserki.

Może tak uważać, bo język Inuitów służy do wyrażania zupełnie innych emocji.

– Pogrążeni w marazmie odżywają tylko wtedy, kiedy zaczyna się rozmowa o śniegu, polowaniach, połowach. Sama wzmianka o saniach i psich zaprzęgach sprawia, że przeistaczają się w żywioł – opowiada Kasia. – Mali Eskimosi żyją jak wszystkie inne kanadyjskie dzieci: cola, chrupki, YouTube. Ale kiedy mężczyźni przywożą z polowania garść larw żyjących pod skórą karibu, dzieciaki natychmiast rzucają czipsy w kąt.Centralne ogrzewanie, telewizja, kuchenki mikrofalowe, zasiłki – to wszystko cywilizacyjne nowinki, wygodne, ale wprowadzone nagle, niemal z dnia na dzień. I wciąż obce temperamentowi rdzennych mieszkańców Arktyki.Przez wieki Inuici prowadzili na poły wędrowny tryb życia. Polowali na wieloryby, później przerzucili się na foki i karibu. Zawsze w izolacji, przełamywanej tylko kontaktami z europejskimi wielorybnikami i podróżnikami poszukującymi Przejścia Północno-Zachodniego, mitycznego szlaku, który skróciłby drogę z Europy do wschodniej Azji.Wszystko zmieniła zimna wojna.Najpierw próchnica, potem sznurW latach 50. Kanada wraz ze Stanami Zjednoczonymi rozpoczęła na północnych obszarach budowę stacji radarowych. Instalacje ostrzegające przed atakiem ze strony ZSRR wznosili przede wszystkim Inuici. Najczęściej przymusowo. Przylatywał samolot i przesiedlał całą wioskę.Zaludnienie Arktyki miało jeszcze drugi cel: podkreślało suwerenną władzę Kanady nad tymi obszarami.

– Ludzi przesiedlano bez psów, a bez psów Inuici już nie mogli polować. W zamian dostawali nowoczesne domy, prąd, ciepłą wodę i opiekę medyczną – opowiada Kasia.

A przede wszystkim – obowiązkową edukację.

Szkoły rezydentalne wypowiedziały wojnę inuickiej kulturze. Zakazano używania lokalnego języka, imiona, na których biali nauczyciele łamali języki, zastępowano „Johnami” i „Dorothami” albo wręcz numerami. Skoszarowane w internatach, oderwane od rodziców dzieci przyuczano do europejskiego ubioru i obyczajów. Pojawiły się nieznane dotąd choroby, alkohol, narkotyki, przemoc, molestowanie seksualne. Na stronie internetowej kanadyjskiego ministerstwa zdrowia można znaleźć wyniki badań Aboriginal Healing Foundation, działającej do września 2014 roku rządowej instytucji wspierającej rdzenną ludność Kanady. Wynika z nich, że 75 proc. dorosłych Inuitów i Indian, którzy jako dzieci uczęszczali do szkół rezydentalnych, cierpi na zespół stresu pourazowego: dręczą ich zaburzenia lękowe, wynik traum.

W ślad za patologiami nadeszły choroby cywilizacyjne: cukrzyca, nadwaga, próchnica i nadciśnienie. Stres, na który Inuici nie znają innego lekarstwa niż alkohol i narkotyki. I samobójstwa.

W opublikowanym w 2006 roku raporcie National Aboriginal Health Organization, organizacji działającej na rzecz rdzennych mieszkańców Kanady, wśród przyczyn samobójstw wymienia się m.in.: załamanie tradycyjnego systemu wierzeń i wartości, izolację geograficzną, poczucie utraty kontroli nad własnym życiem i ziemią, a także osłabienie więzi wspólnotowych i trudności w relacjach z najbliższymi.

Dawniej problemy małżeńskie rozwiązywała starszyzna, siłą autorytetu zmuszając skłóconą parę do wzajemnych przeprosin. Przekazywane z pokolenia na pokolenie legendy wpajały dzieciom tradycyjne wspólnotowe wartości – szacunek, współpracę, troskę o innych – bez których jednostka nie mogła przetrwać we wrogim arktycznym środowisku.

Wspólna zwycięska walka z siłami przyrody dawała poczucie siły, satysfakcji i sensu.

Jak dorosnę, będę nikim

Wraz z cywilizacją białego człowieka ten sens przeminął. Została tęsknota.

– Teraz w Repulse Bay niemal każdy ma iPhone’a – opowiada Kasia. – Nastolatki godzinami wpatrują się w Google Maps. Ale kiedy pytałam, czy widzieli Londyn albo Berlin, wzruszali ramionami. A może zobaczylibyście Warszawę? Puszczali to mimo uszu. Oglądają tylko swoją wioskę.

Młodzi jedzą snickersy i popijają je colą, ale i tak wszyscy wiedzą, że w srogie mrozy nic tak nie rozgrzewa jak surowe mięso foki. Starają się ubierać zgodnie ze światowymi trendami, choć zdają sobie sprawę z tego, że nie staną się bohaterami lifestyle’owego fotoreportażu w kolorowym magazynie.

Zresztą wcale o tym nie marzą. – Na pytanie, kim chciałyby zostać, jak dorosną, dzieci mają jedną odpowiedź: „Nikim, zostaniemy w wiosce”. Dorośli też nie myślą o przyszłości. Pieniądze, które dostają od rządu w ramach rekompensat i wsparcia, wydają co do grosza. Bo na co niby mieliby oszczędzać? Są częścią świata, który odszedł w niebyt. A ten, w którym żyją, ich nie potrzebuje – mówi Kasia.

Moi tam są, twoi zaraz będąCo roku 10 września, w Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom, w wioskach Nunavut odbywają się marsze ku pamięci tych, którzy odeszli. Obowiązkowy przystanek – cmentarz.Ten w Repulse Bay leży na jednym z okolicznych wzniesień. – Trumien się nie zakopuje, tylko przykrywa kamieniami. Wzgórze to sama skała, ziemia – wieczna zmarzlina. Z kopców przykrytych śniegiem wyrasta las drewnianych krzyży i zabawek, które dzieci przynoszą swoim zmarłym rodzicom – opowiada Kasia.Poszła tam zaraz po przyjeździe. Niebo i śnieg były fioletowe, śmierć niemal namacalna. Nakręciła krótkie ujęcia. Krótkie, bo czuła, że nie wypada naruszać powagi tego miejsca. No i w temperaturze -30 st. trudno utrzymać sprzęt.Kasia chce wrócić do Arktyki. Jak najszybciej. Boi się, że zanim tam znowu pojedzie, Teresie w końcu może się udać. Od jej wyjazdu już trzech chłopców, którzy robili miny do kamery, popełniło samobójstwo.

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Zobacz, jak poradził sobie Marcin Czarnik z interpretacją wiersza „Katachreza” Krzysztofa Siwczyka! Poza tym, Małgorzata Minta zaprasza na mus z wędzonego pstrąga z pesto, rukwi i liści rzodkiewki w restauracji „Opasły Tom”. Przybliżamy również sylwetkę Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2005-2010, Lecha Kaczyńskiego.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Władysław Bartoszewski, 1922-2015
Był budowniczym mostów: między Polakami i Żydami, Polakami i Niemcami, światem inteligencji katolickiej i laickiej

Lech Kaczyński. Pan od historii
Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda mianował się następcą Lecha Kaczyńskiego. On i jego partia ślubowali wierność ideom zmarłego prezydenta. Jak się one mają do dzisiejszej rzeczywistości?

Rosja – kraj, który się boi myśleć o jutrze. Rozmowa z Dmitrijem Głuchowskim
Klasa średnia w Rosji nie ma ani energii, ani siły, żeby poświęcać się dla zmian. Nie będę jej za to potępiał: sam wolę jechać do Stanów niż na Syberię

Kości walą o bruk getta. Po wypowiedzi szefa FBI
Mam nadzieję, że ktoś każe szefowi FBI obejrzeć sto razy mój film o Janie Karskim informującym władców świata o Holocauście, o ich milczeniu i zaniechaniu. Ze Sławomirem Grünbergiem rozmawia Paweł Smoleński

Sorry, takie mamy społeczeństwo. Po wywiadzie z Grzegorzem Braunem
Czy wolno dawać trybunę komuś, kto twierdzi, że „Polska i cała Europa Środkowa stają się kondominium niemiecko-rosyjskim pod powierniczym zarządem żydowskim”, i chce rozstrzeliwać dziennikarzy jako „zdrajców i sprzedawczyków”?

Święta Teresa. Squatterka boża
„Kobieta niespokojna i krnąbrna” – pisał o niej nuncjusz papieski. Odpowiadała: „Czarni dewoci, niszczyciele żon Chrystusa”

Eskimos wiesza się w szafie
Leżą płytko, przykryci kamieniami, bo tu tylko skała i wieczna zmarzlina. Dzieci, gdy podrosną, przynoszą im ulubione zabawki

Dlaczego fascynuje nas „House of Cards”
Polityk nie kłamie. On zmienia parametry obietnicy. Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Izabella Cywińska: Zawsze byłam szefem
Zostałam dyrektorem Ateneum, bo chciałam jeszcze jednej cudownej przygody z teatrem i za bardzo uwierzyłam w swoją moc. Ale okazało się, że jestem intruzem, który zaburza ekosystem. Z Izabellą Cywińską, reżyserem, rozmawia Aleksandra Pezda

Motocykliści. Wiatr we włosach w średnim wieku
Dla jednych to fotel na szybkich kółkach, inni po prostu pędzą jak najszybciej przed siebie. Kiedy spadają, natychmiast wspinają się z powrotem, bo nic innego nie daje im się poczuć tak wyjątkowo

wyborcza.pl/magazyn

 

Nie zaniedbujmy czynienia dobra

Komunikat o. dr. Tadeusza Rydzyka CSsR, założyciela i dyrektora Radia Maryja

 

Drodzy przyjaciele, słuchacze Radia Maryja, widzowie Telewizji Trwam!

 

Mówię te słowa w atmosferze Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Z najlepszymi życzeniami zamkniętymi w modlitwie, by Pan Zwycięzca śmierci, piekła i szatana zwyciężał swą miłością w każdym i przez każdego z nas w naszych rodzinach, środowiskach, Ojczyźnie i świecie.

 

Taki jest też sens posługiwania Radia Maryja, Telewizji Trwam i dzieł przy nich powstałych, by zmartwychwstały Pan swoją miłością zwyciężał w nas i przez nas w dzisiejszym świecie, wszędzie tam, gdzie jesteśmy.

 

Jest już kwiecień, dlatego uprzejmie przypominam, że to już ostatnie dni, by ci, którzy jeszcze nie wskazali, na jaki dobry cel chcą przeznaczyć 1 proc. z podatku, który każdy pracujący, rencista czy emeryt płaci. Jeżeli nie wskazujemy, to ten 1 proc. idzie do budżetu i przekażą go na to, na co zechcą. Może to być dobry cel, ale także dzieła szkodzące człowiekowi, dzieciom, młodzieży, Kościołowi czy temu, co patriotyczne.

 

Nie zaniedbujmy czynienia dobra. Nigdy nie grzeszmy także przez zaniedbanie. Pragnę przypomnieć, że wypełniając PIT za 2014 rok i wpisując numer KRS 0000091141 na Fundację Nasza Przyszłość, można pomóc w edukacji, oświacie, wychowaniu oraz rozpowszechnianiu naszych tradycji, pielęgnowaniu polskości i rozwijaniu świadomości narodowej, obywatelskiej i kulturowej wśród dzieci i młodzieży. Podkreślam KRS na Fundację Nasza Przyszłość.

 

Bóg zapłać za modlitwę, za życzliwość, za czyny gorliwych apostołów. Za budzenie do odpowiedzialności za Kościół i Ojczyznę śpiącego olbrzyma, którym w dużym procencie jeszcze są nasi współrodacy.

 

Bóg zapłać!

 

Aktualizacja 15 kwietnia 2015 (10:55)

naszdziennik.pl

 

 

100 lat temu Polacy otwarcie przyznawali się do masturbacji. „99 proc. to robi. A ten setny kłamie”

Masturbacja nie było dla Polaków sprzed wieku tematem tabu.
Masturbacja nie było dla Polaków sprzed wieku tematem tabu. „Epoka hipokryzji”, wyd. Znak / materiały prasowe

Krakowscy studenci, pytani o to, czy dokonują aktów autoerotyzmu, nie mieli nic do ukrycia. Aż 93 proc. ankietowanych przyznało się do masturbacji. Dziwne? Niekoniecznie, bo chodzi o sondaż sprzed ponad wieku. Nasi przodkowie byli od nas mniej wstydliwi…

Ankietę przeprowadzono dokładnie w 1910 roku, czyli zanim jeszcze Polska ponownie znalazła się na europejskich mapach. Młodzież akademicka z grodu Kraka nie była wcale skrępowana pytaniami o życie seksualne. O ile nie kłamała. Z drugiej strony, zwyczajnie mogła nie mieć ku temu powodu.

Przedwojenna Polska ojczyzną pierwszej rewolucji seksualnej – pisze Kamil Janicki, autor najnowszej książki „Epoka hipokryzji”, w której zamieszczono sondaż sprzed ponad stulecia. Wynika z niego, że przyznania się do masturbacji nie traktowano przed stuleciem jako zła koniecznego. Co innego dziś.

Seks, a już na pewno onanizm, to dla Polaków tabu. Tajemnica Poliszynela. Jak czytamy u Janickiego, gdy w 2012 roku czołowy polski seksuolog Zbigniew Izdebski pytał rodaków o regularne akty masturbacji, jedynie 21 proc. odpowiedziało „tak”. Dużo więcej, bo 73 proc. przyznało, że zdarzyło im się uprawiać autoerotyzm. W większości przypadków były to jednak jednorazowe „wybryki”. Ciekawe, co by na to dziś powiedzieli krakowscy żacy.

To, że Polacy otwarcie mówili o masturbacji, co więcej – przyznawali się do niej, nie było wtedy, czyli przed wojną, czymś zaskakującym. Ówczesny czołowy polski badacz życia seksualnego Paweł Klinger dowiódł, że robiono „to” wszędzie. I Niemcy, i Amerykanie, Brytyjczycy czy Węgrzy – wszyscy się masturbowali. Sondaże przeprowadzane na Zachodzie nie kłamały.

Polska nie była wtedy samotną wyspą autoerotyzmu. Wręcz przeciwnie. Seks był jednak dla niektórych problemem. Szczególnie konserwatyści, a wśród nich też ludzie medycyny, krytykowali „wyzywający” sposób bycia Polaków. A już załamywali ręce, gdy chodziło o młodzież szkolną. Ta ponoć na potęgę lubowała się w samogwałtach.

– W zakładach naukowych, szkołach i internatach onanizm przybiera rozmiary przestraszające, staje się istną epidemią, której podlega, według moich obliczeń, 80% ogólnej liczby uczącej się młodzieży – alarmował cytowany w „Epoce hipokryzji” lekarz Michał Misiewicz.

A co na to inni badacze? „Obrońcy” autoerotyzmu nie traktowali onanizmu jako choroby czy wynaturzenia. Za zupełnie normalny, przynajmniej w pewnej fazie rozwoju, objaw ludzkiej fizjologii uznał masturbację już w początkach XX stulecia Czesław Józef Uhma, lwowski seksuolog. I zrobił to wcześniej, niż Zygmunt Freud przelał na papier swoje oryginalne poglądy o popędach.

Inni polscy znawcy problemu także nie dostrzegali w onanizmie, z medycznego punktu widzenia rzecz jasna, zagrożenia. Nie pochwalali go, ale wiedzieli też, że ludzkie popędy trzeba jakoś skanalizować. I to założenie doprowadziło w końcu do znanego stwierdzenia, które przeszło do historii jako tzw. aforyzm Bergera: „99 proc. uprawia onanizm, a ten setny też, tylko ukrywa prawdę”. Stare i wcale nie-ludowe porzekadło.

Na tę mądrość właśnie powoływał się przywołany wcześniej Klinger. Wyszedł z założenia, że masturbacja dotyczy każdego człowieka. Dlatego też czysto ludzką skłonnością – jak utrzymywał – jest dążenie do samozadowolenia.

PAWEŁ KLINGER, VITA SEXUALIS

Oczywiście utratę tak drogocennej substancji [spermy – red.] musiano odpowiednio potraktować i wymyślono bajkę o „wyschnięciu mlecza”, do dnia dzisiejszego pokutującą wśród ogółu. Jeśli zaś utrata nasienia nie powoduje, jak to wiemy już dziś, utraty substancji nerwowej, to cóż ma szkodzić właściwie przy umiarkowanym onanizmie?

K. Janicki, „Epoka hipokryzji”, wyd. Znak, Warszawa 2015

W opinii przedwojennego seksuologa, nie masturbacja, ale cała krucjata przeciwko niej, szkodziła Polakom w poważnym stopniu. Ukazywanie tego rodzaju aktów seksualnych jako grzechów śmiertelnych prowadziło niekiedy bowiem do zaburzeń psychicznych, także samobójstw. Onanizm nie zagraża jednak – tłumaczył badacz – naszym duszom.

– Czegóż to nie znajdywano już w pochwie, cewce, a nawet w pęcherzu moczowym? Ołówki, świece, szpulki do nici, marchew, szpilki różnego rodzaju, korki, szklaneczki, szczoteczki do zębów – wymieniał Klinger. I wszystkim samozadawalającym się zalecał… umiarkowanie.

naTemat.pl

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: