Ogórek (29.03.2015)

 

Sumienie i głos biskupów

Dominika Kozłowska, 29.04.2015
Biskup Ignacy Dec

Biskup Ignacy Dec (Fot. Mieczysław Michalak/ AG)

Jakiś czas temu bp Ignacy Dec wysłał do prezydenta Bronisława Komorowskiego list otwarty, w którym zaapelował do niego jako katolika, aby nie składał podpisu umożliwiającego ratyfikację tzw. konwencji antyprzemocowej. Wystąpienie świdnickiego biskupa nie jest odosobnionym przypadkiem. Czym kierują się biskupi, podejmując próby bezpośredniego wpływu na decyzje polityków?
W działaniach takich z pewnością odnaleźć można sporo paternalistycznych nawyków będących śladem doświadczeń minionych dekad oraz przeświadczeniem o wciąż słabym upodmiotowieniu świeckich członków Kościoła. Czyżby biskupi naprawdę oczekiwali, że osoby wierzące zasadzać będą swe decyzje nie na autonomii dobrze uformowanego sumienia, ale wyłącznie na ustaleniach kościelnych komisji? Dla każdego katolika rozpoznania czynione przez pasterzy Kościoła są ważną przesłanką w kształtowaniu własnego stanowiska, jednak wykluczanie prawa do różnicy stanowisk wynika ze źle pojętej zasady jedności Kościoła. Kościół ma być znakiem jedności człowieka z Bogiem, nie zaś koniecznie pełnej jednomyślności stanowisk w odniesieniu do np. kwestii społecznych czy bioetycznych. Jedność w sprawach zasadniczych odnosi się przede wszystkim do kwestii dla wiary fundamentalnych, wyłożonych w credo i dostępnych w sakramentalnym życiu Kościoła.

Kościół w Polsce przez wiele dekad pełnił liczne funkcje zastępcze: odpowiadał za politykę pamięci, wspierał reformy, stawał w obronie konkretnych praw i wolności. Demokracja liberalna opiera się na zasadzie rozdziału Kościoła i państwa nie dlatego, że chce pozbawić katolików prawa do działania w zgodzie z własnymi przekonaniami. Chodzi raczej o zagwarantowanie Kościołowi i instytucjom państwa możliwości realizowania właściwych im zadań. Politycy chrześcijańscy kierują się zapewne w życiu publicznym swoją wiarą i przekonaniami, podobnie jak czynią to politycy, którzy zasady etyczne wywodzą z innych źródeł. Biskupi oraz katoliccy działacze i publicyści mają szeroki zakres narzędzi pozwalających kształtować opinię publiczną. Poza działaniami duszpasterskimi do dyspozycji pozostają również media; przede wszystkim katolickie. Większość osób wierzących, również polityków, ma zatem okazję poznać argumenty hierarchów oraz podstawy nauczania Kościoła.

W jednym z ostatnich wywiadów, pośrednio w odpowiedzi na przywoływane wystąpienie świdnickiego biskupa, Bronisław Komorowski podkreślił, że „nie jest prezydentem sumień polskich”. Każdy polityk powinien pamiętać, że współtworzy rozwiązania, które obejmują wszystkich obywateli. A zatem, że różnica stanowisk w Kościele i pomiędzy obywatelami jest codziennym politycznym chlebem. Dlatego ich działaniom powinno nie tylko towarzyszyć pytanie o konkretne dobro społeczne, które realizuje dany akt prawny, ale także świadomość, że podstawową rolą państwa prawa jest stwarzanie warunków do pokojowej koegzystencji obywateli. To właśnie sprawia, że politycy mogą nieraz dokonywać wyborów, które nawet jeśli nie są w pełni zgodne z ich osobistymi przekonaniami i preferencjami etycznymi, przyczyniają się do realizacji istotnego dobra społecznego.

Dominika Kozłowska – redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, doktor filozofii, publicystka.

wyborcza.pl/politykaekstra

 

wTVGórnik

Górnik Zabrze. Jak drużyna przegrała najważniejszy mecz na zakupach [WIDEO]

PIOTR ZAWADZKI, 24.04.2015
Włodzimierz Lubański (z lewej) i Stanisław Oślizło - asy Górnika Zabrze podczas spaceru przed meczem w WiedniuChorzów

Włodzimierz Lubański (z lewej) i Stanisław Oślizło – asy Górnika Zabrze podczas spaceru przed meczem w WiedniuChorzów

Mariahilferstrasse to reprezentacyjna ulica handlowa Wiednia z mnóstwem sklepów, kawiarni i domów towarowych. Kto wie, czy właśnie tam piłkarze Górnika Zabrze nie zmarnowali szansy na największy sukces w historii klubu.
29 kwietnia 1970 roku o godz. 19.30 program telewizyjny proponował transmisję meczu Górnika Zabrze z Manchesterem City, a zaraz po nim premierę kolejnego odcinka serialu „Czterej pancerni i pies”. Plan był słuszny. Polacy w rocznicę 25-lecia zwycięstwa nad hitlerowcami mieli najpierw napawać się sukcesem górniczego klubu z PRL-u. Potem zaś obejrzeć, jak pancerni śmiałym manewrem w tunelu metra zaskakują broniących Berlina Niemców, a Janek Kos wdrapuje się na Bramę Brandenburską.Cóż, sierżant Kos spisał się bez zarzutu. Zawiedli tylko piłkarze, przegrywając 1:2 z Manchesterem.

„Zyga” zwijał się jak fryga

Górnik Zabrze i Legia Warszawa to były kiedyś drużyny na najwyższym poziomie. W sezonie 1969/70 obie znalazły się w półfinałach dwóch najważniejszych europejskich rozgrywek. Legia w Pucharze Mistrzów Krajowych odpadła z Feyenoordem Rotterdam, ale Górnik w Pucharze Zdobywców Pucharów po dodatkowym meczu i losowaniu wyeliminował AS Roma. Jeszcze tylko wygrać finał w Wiedniu z Manchesterem City i puchar będzie nasz!

Chyba cała Polska przerzuciła wtedy swoje sympatie na śląską drużynę. Na Górnika zapanowała ogólnokrajowa moda. O piłkarzach z Zabrza śpiewali „Skaldowie”:

„Żeby Lubański miał na bramkę zryw szatański,

Żeby Latocha wiedział, za co się go kocha,

Żeby Olek był bożyszczem wszystkich Polek,

Żeby „Zyga” zwijał się jak fryga,

Cała reszta, żeby siebie w walce przeszła”

– W czasach największej świetności Górnika każdy komentator po cichu się modlił, żeby pracować na meczu tej drużyny. Sukcesy Górnika wypromowały wielu z nas – przyznaje Andrzej Zydorowicz, wieloletni dziennikarz radiowy i telewizyjny.

Słynne mecze Górnika na Stadionie Śląskim Zydorowicz komentował wspólnie ze swoim szefem z katowickiego radia Romanem Paszkowskim. Wyjazdowe gry obsługiwali na zmianę. – On pojechał na barażowy mecz z Romą do Strasburga, a mnie przypadł finał w Wiedniu. Pan Roman to uczciwy i solidny człowiek, więc nie zmienił tej zasady – mówi Zydorowicz.

Faworytem finału był Manchester City, zespół boiskowych rutyniarzy z kilkoma gwiazdami, jak Colin Bell i Francis Lee. Anglia była wtedy wciąż mistrzem świata. W ligowych rozgrywkach „Citizens” spisywali się jednak przeciętnie, rozgrywki First Division zakończyli dopiero na dziesiątym miejscu. My mieliśmy za to Włodzimierza Lubańskiego, Huberta Kostkę, Stanisława Oślizłę, Zygfryda Szołtysika, czy Jana Banasia. Górnik wcale nie stał na straconej pozycji.

Nasza ekipa wyleciała do Wiednia już trzy dni przed meczem. Antonowa pilotował z Pyrzowic Eugeniusz Siedlecki, który siedział też za sterami maszyny, gdy Górnik leciał na zwycięski baraż z Romą do Strasburga.

Anglicy sprawiali wrażenie bardziej wyluzowanych i w Austrii pojawili się dopiero dzień przed meczem.

Błąd prezesa Wyry

W kierunku Wiednia udały się też w zorganizowanej grupie żony graczy Górnika. Panie piłkarzowe dojechały autokarem do Bratysławy i tam spędziły noc w hotelu, W dniu meczu stawiły się w austriackiej stolicy. Piłkarze uprosili wtedy prezesa, żeby pozwolił im wyjść z hotelu i dołączyć do swoich kobiet.

Prezesem klubu był Eryk Wyra, który miał olbrzymie zasługi w stworzeniu potęgi Górnika. Wyra trafił do Górnika jako dyrektor departamentu w ministerstwie. Szybko zjednał sobie piłkarzy, bo potrafił załatwić dla nich mieszkania, samochody i dobra powszechnego użytku. W zamian wymagał maksymalnego zaangażowania, no i wyników. Wyra wprowadził wiele nowości w klubie. Sztuczne oświetlenie na stadionie i boksy dla rezerwowych zawodników to były jego inicjatywy.

I oto Wyra, ten surowy prezes, nieoczekiwanie przystał na prośbę piłkarzy!

– Wie pan, jaka wtedy była różnica między sklepami w Polsce i Austrii? Nasz prezes zwolnił nas na godzinę, żebyśmy pomogli dziewczynom w zakupach, pokazali to i owo – tłumaczy się po latach Oślizło, kapitan drużyny.

Godzinka trochę się przedłużyła.

– Spacerujemy sobie z kolegami po Mariahilferstrasse i co widzimy? Piłkarze Górnika i ich żony biegają po sklepach. Na kilka godzin przed najważniejszym meczem zawodnicy, zamiast koncentrować się na grze, nosili torby z zakupami. Niepojęte… – jeszcze teraz dziwi się Zydorowicz.

Oślizło oponuje, że rajd po sklepach nie mógł przeszkodzić w przygotowaniach do meczu.

– Niektórzy wolą wtedy się odprężyć i nie myśleć o piłce. Ja bym z tego nie robił głównej przyczyny naszej porażki – podkreśla, ale dodaje: – Dziś wiem, że nie powinniśmy wtedy wychodzić z hotelu. Może gdyby nasze żony nocowały w Wiedniu, to zakupy byłyby załatwione dzień wcześniej i po problemie.

W 1992 roku udało mi się namówić Wyrę na długą rozmowę o Górniku. Kiedy zapytałem go o finał z Wiednia, tylko machnął ręką.

– Proszę pana, ten puchar to my już prawie mieliśmy w kieszeni. Popełniłem błąd i pozwoliłem zawodnikom zabrać ze sobą do Wiednia żony. Gonitwy po sklepach tak ich wymęczyły, że na boisku byli cieniem zespołu – powiedział mi 79-letni wówczas Wyra.

Oślizło, a także Lubański czy Kostka przyczyn niepowodzenia woleli szukać przede wszystkim w zmęczeniu po dramatycznych starciach z Romą. Trzy mecze, w tym dwie dogrywki. Łącznie 330 minut gry. Ogromny balast napięcia. Może również odprężenie po ogromnym sukcesie, jakim było wyeliminowanie Włochów, a wcześniej Lewskiego Sofia, Glasgow Rangers i Olimpiakosu Pireus.

Na boisko w Wiedniu wybiegł tego dnia nie ten Górnik, do którego wszyscy się przyzwyczaili.

Kapitan poszedł do trenera

Austriaccy organizatorzy obiecywali, że finał obejrzy przynajmniej 30 tys. widzów, czyli prawie połowa widowni Prateru. Wpływy ze sprzedanych biletów zapowiadały się więc obiecująco. Po 10 procent mieli dostać UEFA i gospodarze meczu, ale pozostałe 80 proc. obaj finaliści. Tymczasem na widowni usiadło zaledwie 8 tys. kibiców. Austriaków najwyraźniej odstraszyła chłodna pogoda, poza tym piłka przeżywała akurat w ich kraju potężny kryzys.

Po kwadransie gry zaczęła się ulewa. Lało do końca meczu.

– Przemókł mi nawet paszport, który schowałem w torbie. Miałem potem przez to drobne kłopoty na granicy – wspomina Zygmunt Wieczorek, fotoreporter „Trybuny Robotniczej”.

– Miejscowy policjant dał mi długi gumowy płaszcz przeciwdeszczowy. Dzięki temu jakoś przetrwałem mecz. Zresztą ten płaszcz służył mi potem przez długie lata, kiedy jeździłem na ryby. Dopiero niedawno go wyrzuciłem – mówi Wieczorek, na którym największe wrażenie zrobiło oświetlenie na wiedeńskim stadionie. – To było, zdaje się, 1500 luksów, na polskie warunki cudo. Tak to można było robić zdjęcia – zachwyca się.

Gdy fotoreporter Wieczorek z wolna przemakał, Anglicy prowadzili już 1:0.

Lee strzelił z daleka, Kostka odbił piłkę przed siebie i Neil Young z bliska skierował ją do bramki. Jeszcze przed przerwą błąd popełnili najbardziej doświadczeni w zespole Stefan Florenski i Oślizło, sytuację musiał ratować faulem Kostka. Rzut karny Lee zamienił na drugiego gola.

Trener Górnika Michał Matyas nie przygotował dobrej taktyki na Manchester City. Za bardzo obawiał się Anglików. Alfred Olek, nasz „piłkarz o żelaznych płucach”, zamiast nękać Anglików atakami, został wytypowany do krycia Lee. Nie poradził sobie z tym zadaniem. – W sumie w obronie grało nas aż pięciu. Anglicy to wykorzystali, przycisnęli nas – mówi Oślizło.

W przerwie meczu kapitan Oślizło – zdarzyło mu się to po raz pierwszy w karierze – poszedł do trenera i zapytał go, czy aby nie trzeba zmienić taktyki i ustawienia drużyny? Matyas pewnie i tak o tym myślał, przecież Górnik, przegrywając 0:2, nie miał już nic do stracenia. Na drugą część meczu Górnik wyszedł z bardziej bojowym nastawieniem, ale nie dał rady odrobić strat. Gol Oślizły tylko zmniejszył rozmiary porażki.

– Anglicy dobrze się bronili, no i byli cwani. Przy każdej okazji wybijali piłkę na aut. Podawali ją często do własnego bramkarza, bo przepisy wtedy na to jeszcze pozwalały. I w ten sposób zyskiwali kolejne sekundy czasu – wspomina Oślizło.

Komentator Zydorowicz bardzo przeżył przegrany finał Górnika.- Szczerze? To był jeden z najmniej ciekawych finałów w historii. Do tego ten deszcz i kompromitująca frekwencja na stadionie. Jako radiowiec mogłem sobie pofantazjować na antenie. Janek Ciszewski, który komentował mecz dla telewizji, takiego komfortu już nie miał – uśmiecha się Zydorowicz.

Po zakończeniu meczu nie było żadnej fety. Polacy od razu pobiegli do szatni. Truchtem, jak grzeczni uczniowie na lekcji wuefu. Piłkarze MC też nie za długo cieszyli się ze zwycięstwa. Zmoknięci i umorusani podeszli do linii bocznej boiska, gdzie czekało na nich trzech oficjeli. Kapitan drużyny Tony Book odebrał puchar, uściśnięto sobie ręce i tyle.

Manchester gonił w piętkę?

Piłkarze Górnika nie przywieźli z Wiednia trofeum ani też żadnych pamiątkowych medali czy dyplomów. To już ich żony zapakowały więcej do bagażu.

Fotoreporter Wieczorek żałuje z kolei, że poginęły mu wszystkie negatywy z meczów Górnika z Manchesterem City, a także Romą czy Lewskim Sofia. – A miałem tam rarytasy. Na przykład zdjęcie kibiców na Stadionie Śląskim z transparentem „W setną rocznicę urodzin Lenina Górnik Romę zagina”.

Polska prasa z zabrzanami obeszła się łagodnie. Bez sensu byłoby zresztą krytykowanie za jeden słabszy mecz drużyny, która odniosła największy sukces w dziejach polskiej piłki. Nie wypomniano więc błędu ani Kostce, ani Ośliźle i Florenskiemu. Nie wskazywano, że Lubański ani razu nie urwał się obrońcom Manchesteru, a Erwin Wilczek ciągle opóźniał akcje Górnika.

W „Trybunie Robotniczej” tytuł relacji z meczu usiłował leczyć polskie kompleksy: „Ambitna walka Polaków omal nie doprowadziła do wyrównania”. Czytając korespondencję wysłannika gazety Zbigniewa Dutkowskiego, można było nawet odnieść wrażenie, że to zabrzanie są moralnymi zwycięzcami finału. Dziennikarz pisał, że „przy całym uznaniu dla walorów angielskiej piłki nożnej, nie sposób zauważyć, że Manchester City – zwłaszcza po przerwie – gonił w piętkę”. Ironizował też, że „Anglików obleciał strach i przemienili się w drużynę zatrwożoną”.

Gdzieś tam tylko w jednym z akapitów sprawozdania znalazło się zdanie „Nie, to nie był finał pełen blasku”.

Kapitan Oślizło do dzisiaj ciężko wzdycha na wspomnienie wiedeńskiego meczu. – Niedosyt? To mało powiedziane. Nie byliśmy wtedy sobą.

wyniki

 

Andrzej Titkow: poszukiwacz sprzeczności. Znakomite dokumenty na DVD [RECENZJA]

Jędrzej Słodkowski, 29.04.2015
W czołówce

W czołówce „Przechodnia” Titkow układa na ścianie Pałacu Kultury puzzle z Orła Białego w rytm wściekłej piosenki Tiltu. W 1984 r.! (Fot. NINA)

– Robiąc filmy, działam, jakby nie było kamery – mówi Andrzej Titkow. W nowym wyborze jego filmów dokumentalnych (do obejrzenia także na Ninateka.pl) są portrety Konwickiego, Bursy, Herlinga-Grudzińskiego, Kuronia. I jego własnej rodziny
W filmie „Próba wspólnoty” z 1976 r. Titkow pokazuje krakowski Teatr STU w przełomowym momencie przeobrażenia z kontrkulturowej, studenckiej komuny w zespół zawodowy. Długowłosi brodacze stawiają sobie siedzibę – wielki cyrkowy namiot. Titkow pyta opalającego się na pomoście Krzysztofa Jasińskiego, czym jest i czym ma być teatr. Szef STU wskakuje do jeziora i wykłada swoją wizję płynącemu obok Titkowowi.Ta scena, będąca jakby przedłużeniem rozmowy kąpielowej z „Rejsu”, wcale nie jest tak absurdalna, jak by się mogło zdawać. Jasiński i jego współpracownicy są w momencie życiowego skoku na główkę. A pływanie jest świetną metaforą uprawiania sztuki – głowę trzeba trzymać nad powierzchnią, na terenie de facto należącym już do nieba, ale cała reszta ciała tkwi w opornej materii i trzeba się strasznie namachać, żeby dokądś dopłynąć. No i nie utonąć.W samym środku działania

To moja ulubiona scena z całego dwupłytowego zestawu wydanego w serii „Polska Szkoła Dokumentu”, ale przywołuję ją także z innego powodu. Titkow już w jednym z pierwszych dokumentów (nakręcił ich 70, w wydawnictwie jest 12) sygnalizuje – skokiem do wody, a więc i przed kamerę – metodę, którą będzie konsekwentnie stosował i rozwijał. W kolejnych filmach dąży do tego, by oglądający stracił poczucie, że panem sytuacji jest reżyser. Film ma widza otoczyć, wchłonąć do świata bohatera. A obiektyw kamery – stać się tożsamy z okiem bohatera, które staje się także okiem widza. Titkow stosuje nawet w montażu serie króciutkich, statycznych przebitek, jakby te oczy mrugały.

– Moim ideałem jest działanie bezpośrednie – mówi Titkow w rozmowie z Tadeuszem Sobolewskim, redaktorem serii. – Z tego, co robię, chcę usunąć kamerę, działam tak, jakby jej nie było. Gdzie tylko można, przełamuję sytuację filmowania polegającą na tym, że z jednej strony coś się dzieje, a ja to obserwuję. W sztuce chcę być współuczestnikiem, chcę być w środku dziania się i przenosić tę postawę na widza.

Filmem, w którym metoda Titkowa przynosi skutki piorunujące, jest „Daj mi to” (1988) o wyjazdowej sesji Laboratorium Psychoedukacji Wojciecha Eichelbergera. Jej uczestnicy odgrywają psychodramy, dzięki którym mają zrozumieć, skąd bierze się ich cierpienie w relacjach z rodzicami, partnerami i dziećmi. Widz szybko staje się jednym z uczestników, wchodzi w intymny świat obcych sobie ludzi, staje twarzą w twarz z ich emocjami, które po latach tłamszenia wybuchają. Jakby Eichelberger mocno wstrząsnął, a potem otworzył toksycznego szampana z wysoką zawartością łez.

Heretycy od urodzenia

Titkow w czasach licealnych współtworzył, m.in. z Adamem Michnikiem i Janem Tomaszem Grossem, Klub Poszukiwaczy Sprzeczności. Tym poszukiwaczem Titkow pozostał po 1963 r., gdy partia kazała klub rozwiązać. Na bohaterów filmów wybiera postaci, których życiorysy pełne są paradoksów i zaskakujących zwrotów akcji.

Gustaw Herling-Grudziński – lewicowiec uwięziony w łagrze, jako „reakcjonista” natrafiający na emigracji we Włoszech na mur niechęci; pisarz święcący triumfy po siedemdziesiątce. Julian Stryjkowski – „heretyk od urodzenia” i „niewierzący, co nie wie, że jest naprawdę wierzący”, który został komunistą z przekory, na złość nielubianemu ojcu.

Jacek Kuroń – żarliwy komunista, który za sprawą partii komunistycznej zaczyna „chodzić do więzienia, tak jak inni do pracy”, a potem przyczynia się do klęski komunizmu; silny mężczyzna, który przyznaje, że ukształtowała go kobieta – bo musiał dorosnąć do idealistycznego wyobrażenia o nim Gai.

Andrzej Bursa i Marek Hłasko – niemieszczący się w ramach artystycznych, towarzyskich, politycznych, „troublemakerzy”, którzy stali się idolami pokolenia.

*

Wreszcie Tadeusz Konwicki, który w „Przechodniu” (1984) deklaruje: „Nie chciałem nigdy być zawodowym literatem i zawodowym filmowcem, ponieważ w tym jest jakaś pycha. Ja nie koresponduję, nie zbieram listów, nie mam biurka, nie mam piór, nie mam maszyny do pisania, nie mam warsztatu, notatek nie robię”. Kiedy mówi o wahaniach inteligenta co do marksizmu, obraz nagle traci ostrość. Nawet jeśli to przypadek – bo zdjęcia „gadających głów” są u Titkowa kręcone zazwyczaj bez statywu, z ręki – to świetnie pasujący do metody reżysera.

Puzzle z Orła Białego

Każda z tych opowieści to oczywiście także opowieść o Polsce w czasach „historii spuszczonej z łańcucha”, o możności i „niemożności zdziałania czegokolwiek w tym miejscu świata” (słowa wdowy po Andrzeju Bursie). W wizjach-impresjach bohatera/reżysera/widza przez ekran przemykają Bierut i Gomułka, Gierek i „Solidarność”, pochody pierwszomajowe i punkowcy, opozycjoniści i wielcy aktorzy, nowe powojenne gmachy i ciemne podwórka, opuszczone kamienice i zarośnięte żydowskie cmentarze.

Titkow prezentuje się więc jako kronikarz powojennej historii Polski. Tę historię można sobie z poszczególnych filmów całkiem nieźle poskładać, tak jak Titkow w czołówce „Przechodnia” układa na ścianie Pałacu Kultury i Nauki puzzle z Orła Białego w rytm wściekłej piosenki Tiltu. Aż dziw bierze, że w 1984 r. puściła to cenzura – a puściła, bo godło zawisło tam przed pochodem pierwszomajowym.

*

Ostatnim puzzlem w tej układance byłby „Album rodzinny” z roku 2013 r. Titkow kieruje kamerę na siebie, znosi barierę między reżyserem i bohaterem. Film o jego rodzinie przeradza się w historyczne śledztwo – rozpoczęte zresztą przez Hannę Krall w „Wyjątkowo długiej linii” – w sprawie losów jego prababki Franciszki Arnsztajnowej, lubelskiej poetki, społeczniczki, peowiaczki.

W połowie lat 30. przeprowadziła się do Warszawy, trafiła do getta, zmarła w 1942 r. Istnieje kilka wersji jej śmierci – która jest prawdziwa? Dlaczego nie chciała skorzystać z kryjówek oferowanych przez przyjaciółki? Czy kiedykolwiek się ochrzciła?

Intuicja podpowiada, że nie, bo zasymilowani Żydzi starszych generacji rzadko decydowali się na ten krok. Ale Titkow wchodzi po prostu do kościoła nieopodal przedwojennego adresu prababki i odkrywa w księgach, że Arnsztajnowa przyjęła wiarę katolicką w 1939 r., jako kobieta 74-letnia.

Andrzej Titkow wie, że poszukiwanie sprzeczności najlepiej zacząć blisko siebie.


Andrzej Titkow
Polska Szkoła Dokumentu

Narodowy Instytut Audiowizualny

Filmy Andrzeja Titkowa do obejrzenia także bezpłatnie w portalu Ninateka

Zobacz także

wyborcza.pl

Uniki Andrzeja Dudy

Dominika Wielowieyska, 29.04.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

Wszyscy chętnie narzekamy na Magdalenę Ogórek, która słynie z tego, że na trudne i mniej trudne pytania nie odpowiada. Powtarza tylko dwie wyuczone kwestie: że napisze prawo od nowa i podniesie kwotę wolną od podatku. Ale czy Andrzej Duda postępuje inaczej? Od początku kampanii wyborczej unikał jak ognia pewnych tematów.
A ich lista jest bardzo długa.* Dlaczego podpisał się pod projektem ustawy, w którym za stosowanie metody in vitro wsadzano by ludzi do więzienia? Czy zastanawiał się nad konsekwencjami wprowadzenia takiego prawa? Jakie reakcje społeczne wywołałby wyrok, zgodnie z którym lekarz pomagający bezdzietnej parze znalazłby się w celi razem ze złodziejami?* Dla innych niż lekarze przestępców Duda – jako prezydencki minister i prawnik – był bardziej wyrozumiały. Brał udział w ułaskawieniu wspólnika zięcia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Adam S. przez blisko osiem lat oszukiwał urząd skarbowy i Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Wyłudził z PFRON ponad 120 tys. zł, a skarb państwa stracił co najmniej 30 tys. zł. W śledztwie i przed sądem interesy Adama S. reprezentował Marek Dubieniecki, teść Marty Kaczyńskiej. Andrzej Duda mówił potem, że sprawy nie pamięta. Jednak to ułaskawienie następowało w trybie nadzwyczajnym: takich przypadków było tylko 18 na 2 tys. spraw. Duda mówił także, że to była „niska szkodliwość czynu”. Wyłudzanie pieniędzy od państwa jest nieszkodliwe?* Kolejna sprawa to pilotowanie ustawy o SKOK-ach i wniosku do Trybunału Konstytucyjnego. Na jakich ekspertyzach opierał się minister Duda, rekomendując wysłanie ustawy do Trybunału i odraczając w ten sposób objęcie SKOK-ów kontrolą Komisji Nadzoru Finansowego? Czy poczuwałby się do odpowiedzialności za krzywdy tych, którzy straciliby swoje oszczędności życia? Gdyby nie to, że Bronisław Komorowski wycofał sporą część wniosku z TK i dzięki temu ustawa weszła w życie, ludzie nie dostaliby swoich zdeponowanych w SKOK-ach pieniędzy z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

* Andrzej Duda nie lubi też odpowiadać na inne pytania. Dziennikarze „Gazety Wyborczej” wyliczyli, że gdyby wprowadzić w życie tylko trzy pomysły kandydata PiS, nasz deficyt budżetowy niemal by się potroił. 55 mld zł kosztowałyby dodatki na dzieci, podniesienie kwoty wolnej od podatku oraz lekarz i stomatolog w każdej szkole. Brakuje pieniędzy? PiS zawsze miał na to jedną odpowiedź: nałożymy na banki dodatkowy podatek. Już abstrahując od tego, czy taki podatek byłby efektywny, to konia z rzędem temu, kto zdoła wydrenować z banków 55 mld zł bez ryzyka załamania systemu bankowego. Przypomnijmy, że rząd PO-PSL już podniósł daniny płacone przez banki na BFG, może dzięki temu nie zabrakło pieniędzy na wypłaty dla nieszczęsnych ciułaczy ze SKOK-ów.

Sam Andrzej Duda irytuje się, gdy pada pytanie, skąd wziąć pieniądze na realizację jego obietnic. Rzecznik PiS Marcin Mastalerek sprawnie odgania natrętów. Gdy to pytanie zadał Maciej Zakrocki w TOK FM, zazwyczaj miły i uśmiechnięty kandydat bardzo się zdenerwował.

* Duda nie odpowiada też na pytanie o konsekwencje odkręcenia reformy wydłużającej wiek emerytalny. Czy kandydat wie o tym, że im krócej będziemy pracować, tym niższą będziemy mieć emeryturę? Z czego będą żyć emeryci, których obóz PiS chce uszczęśliwić? Czy Duda wie, że pracodawcy z chwilą, gdy pracownik osiągnie ustawowy wiek, natychmiast chcą wysłać go na emeryturę? Czy ma świadomość, że nie stać nas na świadczenia dla zdolnych do pracy, stosunkowo młodych emerytów i że wydatki na emerytury są olbrzymim balastem dla budżetu? To z tego powodu brakuje pieniędzy na inwestycje, na tworzenie sprzyjających warunków dla młodych, pomoc dla rodzin wielodzietnych. To młodzi zapłacą za realizację pomysłów Dudy. Co w takim razie ma im do powiedzenia kandydat PiS? Może myśli, że pieniądze spadają jak manna z nieba? Nie wiemy.

Kandydat lubi spacery z dziennikarzami po zakątkach Krakowa, które wspomina z dzieciństwa. Jest przyjazny i dowcipny. Do czasu. Do czasu zadania pierwszego trudnego pytania. Wtedy ostro odpowiada, że on teraz odbywa podróż sentymentalną i nie życzy sobie, aby mu przeszkadzać.

wyborcza.pl

Kapłanka kościoła smoleńskiego

Iwona Szpala, 28.04.2015
75. rocznica agresji radzieckiej na Polske w Warszawie. Druga od prawej Anita Czerwińska.

75. rocznica agresji radzieckiej na Polske w Warszawie. Druga od prawej Anita Czerwińska. (Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Anita Czerwińska, działaczka Klubów „Gazety Polskiej”, bojowniczka o krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Od roku jest aktywistką PiS
„Bez niej nie byłoby tu miesięcznic, nie byłoby pewnie i rocznic, a przecież podejmuje wiele innych działań. Pani Anito, z całego serca dziękuję – mówił na Krakowskim Przedmieściu prezes PiS Jarosław Kaczyński. Adresatka podziękowań to Anita Czerwińska, szefowa warszawskich Klubów „Gazety Polskiej”.Od 2010 r. każdego 10. dnia miesiąca na Krakowskie Przedmieście ściąga ok. 2 tys. osób. Nazywają siebie „ludem smoleńskim”, po mszy w archikatedrze maszerują pod Pałac Prezydencki. Mają stałe postulaty: wyjaśnienie „prawdziwych” przyczyn katastrofy, upamiętnienie ofiar, ukaranie winnych. Przemawia prezes Kaczyński. Dziękuje za wytrwałość, co miesiąc mówi: „zbliżamy się do prawdy”. Słuchają go posłowie, delegacja górników, jest modlitwa i pieśń „Boże coś Polskę” ze słowami „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”, czyli w wersji z czasów zaborów, okupacji hitlerowskiej i PRL.Od 2010 r. miesięcznic było 60, wszystkie zorganizowała Anita Czerwińska. – To, co powiedział o pani Anicie prezes Kaczyński, jest cenniejsze od partyjnych zaszczytów – uważa polityk z kierownictwa PiS. – Dziękował jej jako Jarosław, brat Leszka, było to osobiste, bardzo autentyczne.Anita Czerwińska na spotkanie się nie zgadza, rozmawiamy przez telefon. Pyta, po co chcę o niej pisać. Mówi, że przypisując jej autorstwo miesięcznic, przesadzam, to zasługa wielu.

Poznaję więc Czerwińską przez internet. Niezliczone relacje spod Pałacu Prezydenckiego. Czerwińska przemawia zaraz po prezesie Kaczyńskim, prowadzi pikiety patriotyczne, protestuje w Sejmie, zachęca do Klubów „GP” w Londynie, występuje z Antonim Macierewiczem. Jest jedną z liderek zaplecza PiS, które gromadzi twardy elektorat partii.

W internecie piszą o niej „Kapłanka Kościoła Smoleńskiego”. Czy to określenie jej pasuje? – To opinie nieuprawnione, nie będę ich komentować – odpowiada.

Porachunki z czerwonymi

Aktywistką patriotyczną i Anitą Czerwińską z Krakowskiego Przedmieścia została dziesięć lat temu. Wcześniej była Anitą Czerwińską z korporacji. Jest prawniczką po Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała kilka lat w amerykańskich firmach, m.in. w US West Polska, czyli u pierwszego wydawcy katalogu Panorama Firm, potem w telewizji HBO.

Ale świat korporacji jej nie pasuje. Czyta „Gazetę Polską”, co, jak twierdzi, ma znaczący wpływ na jej światopogląd.

Czerwińska, rocznik 1970, wychowuje się na stołecznych Bielanach, jest córką powstańca warszawskiego, ma dwóch starszych braci, którzy w latach 80. czytają bibułę, słuchają podziemnych piosenek z kaset.

„Mam osobiste porachunki z czerwonymi, będę się im opierać ze wszystkich sił. To krzywda, którą wyrządzono mojej rodzinie” – mówi w podwarszawskiej Kobyłce przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2014 r.

O co chodzi? – Babcia w 1948 r. została skazana na 15 lat więzienia w procesie politycznym. Siedziała w Fordonie [ciężkie więzienie polityczne dla kobiet w Bydgoszczy] – wyjaśnia. – Była odważną kobietą, dla której liczyła się przyzwoitość. To, co się jej przydarzyło, miało wpływ na los całej rodziny. Jak czuły się dzieci, słysząc, że mają matkę bandytkę?

Już jako dwunastolatka Anita Czerwińska wie, że w Polsce toczy się „walka dobra ze złem”, w stanie wojennym chodzi z mamą i braćmi na demonstracje: „Zobaczyłam, jak starsza kobieta przedziera się przez kordon policji, klęka przed zomowcem i krzyczy: „oddajcie mi syna!” (…) dopadłam do tego kordonu i zaczęłam strasznie na nich krzyczeć, żeby oddali (…). Zomowcy oczywiście nie reagowali, dziecka by nie tknęli” – wspomina 3 maja 1982 r. w książce Joanny Lichockiej „Przebudzenie”.

Szatan na Krakowskim Przedmieściu

Czerwińska szuka ludzi o pokrewnych poglądach w korporacji, ale to trudne. Jeździ więc na zloty ciemnogrodzian, które od 1996 r. przez kolejne cztery lata organizuje Wojciech Cejrowski. Po urodzeniu syna rzuca dotychczasową karierę. W książce mówi, że zaczyna dostrzegać „tendencję do wykluczania ludzi” takich jak ona – antykomunistów, prawicowców.

Przystępuje do ruchu czytelników pisma, czyli Klubu „Gazety Polskiej”, potem dostaje pracę w wydawnictwie „GP”, odpowiada za reklamę i marketing. W 2006 r. zaczyna kierować warszawskim Klubem „GP”. Przed 2010 r. to jednak niszowe środowisko.

Przełomem jest katastrofa smoleńska. 10 kwietnia Anita Czerwińska jedzie do redakcji, pamięta zmienioną twarz naczelnego Tomasza Sakiewicza, płaczących kolegów. „Konkluzja była oczywista, że nie odpuścimy nigdy tej sprawy. I każdy ma zadanie do spełnienia”.

Na pierwszą miesięcznicę katastrofy postanowiła wypuścić w niebo 96 gołębi. „I pofrunęły. Pięknie, zatoczyły nad nami koło. (…) Potrzebowaliśmy takiego znaku”.

Potem jest już Krakowskie Przedmieście. Konflikt wokół krzyża, który adoruje grupa modlących się. Na chodniku przed Pałacem Prezydenckim wybucha światopoglądowy spór, przenosi się do Sejmu i mediów. Gdy prezydent Komorowski mówi, że miejscem krzyża jest kościół, awantura uliczna trwa na całego.

Warszawski Klub „GP” wystawia w sierpniu obywatelskie warty. „Będą czuwać przed krzyżem i bronić obrońców krzyża przed hordami pijanego bydła” – informuje Tomasz Sakiewicz, naczelny „GP”. Czerwińska prowadzi nabór strażników, ustala grafik.

Wcześniej sama broni „obrońców” krzyża. Jak twierdzi w książce – m.in. przed opłacanymi grupami, których sponsorzy przesiadują w pobliskim barze alkoholowym. „Pamiętam, jak stał obok mnie młody człowiek, który bezmyślnie zaczął grozić śmiercią Antoniemu Macierewiczowi. Zaproponowałam, że może porozmawiamy z policjantem (…). Po miesiącu miałam wrażenie, że jestem oblepiona jakimś brudem, czymś strasznie złym. Że tam jest jakiś szatan po prostu”.Gdy krzyż zostaje przeniesiony do kościoła św. Anny, Czerwińska uważa, że to profanacja: „Mieliśmy poczucie (…) porzucenia przez pasterzy, biskupów. Nie wszystkich oczywiście, ale brakowało nam stanowczego głosu ujęcia się za krzyżem, który był przecież poświęcony”.W nowym miejscu smoleński symbol traci na znaczeniu. Krzyż przestał kogokolwiek interesować. Czerwińska angażuje się w miesięcznice. Na msze przychodzi prezes PiS, z czasem dołącza do pochodów. Organizacja jest profesjonalna: mobilny krzyż uczestnicy zabierają po modlitwie, stawianie zniczy jest uporządkowane. Pod patronatem Macieja Wąsika, b. wiceszefa CBA i lidera PiS w radzie miasta, powstaje ochrona marszu. Czerwińska dopina szczegóły.Cezary Jurkiewicz, radny PiS, szef służby porządkowej, która dziś ochrania stołeczne manifestacje partii: – Przy Anicie byłem od początku, ale starałem się być cieniem. Po Łodzi, zabójstwie Marka Rosiaka, jesienią 2010 r. została podjęta decyzja o stworzeniu służby porządkowej. Moja rola się skonkretyzowała. To, co dziś ludzie tworzą na Krakowskim, jest unikalne. Razem z Anitą mamy olbrzymie wsparcie środowiska PiS i z Klubów „GP”.

Rok mobilizacji

W 2011 r. Anita Czerwińska startuje do Sejmu z listy PiS. Na portalu Niezależna.pl. twierdzi, że propozycja ją zaskoczyła, komplementuje PiS, że ta partia jako jedyna otwiera się na „ludzi, którzy z dala od kamer, fleszy wykonują pracę dla Polski”. – Miała być czarnym koniem listy – mówi jeden z polityków PiS. Dostała 3,9 tys. głosów. – Tematyka smoleńska tak ważna dla PiS nie przekłada się na szerszą rozpoznawalność.

Czerwińska wraca do codziennych zajęć: praca, miesięcznice, marsze. Na Krakowskim Przedmieściu ma wystąpienia po prezesie Kaczyńskim. „Za Smoleńsk muszą odpowiedzieć ci, którzy (…) tę operację przeprowadzili. Moralną odpowiedzialność ponosi też bardzo wielu dziennikarzy, którzy bezkrytycznie powtarzali rosyjskie kłamstwa” – relacjonuje jej słowa w lutym 2012 r. Niezależna.pl.

We wrześniu 2012 r. jest pod bramą zamkniętego cmentarza na Powązkach, pod transparentem „Smoleńsk – żądamy prawdy” z posłami Antonim Macierewiczem, Anną Fotygą, klubowiczami „GP”, Solidarnymi 2010 i ich szefową Ewą Stankiewicz. Okoliczności są dramatyczne, ekshumacja jednej z ofiar katastrofy. Na miejsce próbuje się dostać Grzegorz Braun, radykalny, prawicowy publicysta, który postulował niegdyś rozstrzelanie dziennikarzy TVN i „GW”, dziś kandydat na prezydenta. Braun ląduje w radiowozie, otaczają go protestujący, m.in Anita Czerwińska i posłanka Małgorzata Gosiewska. – Lubię kobiety mądre i odważne – mówi o koleżance Gosiewska.

W partii ma poparcie grupy b. szefa CBA Mariusza Kamińskiego i bardzo ważnego promotora. To Antoni Macierewicz, wiceprezes partii, szef parlamentarnego zespołu ds. katastrofy smoleńskiej, zwolennik teorii o zamachu.

Pytam Czerwińską, czy w Smoleńsku był zamach. – A pani uważa, że był? – opowiada pytaniem. – Nie. – A skąd pani to wie?

W 2014 r. Czerwińska startuje do PE. Chodziło nie tylko o to, by wprowadzać Smoleńsk do międzynarodowej debaty. „Europie potrzebna jest konserwatywna ofensywa, aby powstrzymać propagowanie szkodliwych, wyrastających z marksizmu ideologii, których celem są już nasze dzieci”. Z wynikiem 5 tys. głosów została jednak w Polsce. Od jesieni jest radną PiS powiatu warszawskiego zachodniego, mieszka w gminie Leszno.

Na lutowym marszu pamięci ogłosiła, że 2015 r. „to rok powszechnej mobilizacji obywatelskiej”. Podwójne wybory i podwójna wygrana PiS, są jedyną szansą na wyjaśnienie katastrofy.

Według moich rozmówców z PiS sama może szykować się na awans. – Ma gwarantowane miejsce na liście do Sejmu – mówi polityk z kierownictwa PiS.

– Sejm? Proszę pani, ja o tym nie myślę – przekonuje Czerwińska. – Zajmują mnie przygotowania do wyborów prezydenckich, organizuję ludzi do komisji wyborczych.

Będą pilnować, by głosy były uczciwie liczone.

wyborcza.pl/politykaekstra

Magdalena Ogórek pierwszy raz na salonach. I to w TAKIEJ kreacji. Sukienka niczym halka

Abc, 29.04.2015
Magdalena Ogórek

Magdalena Ogórek (KAPiF)

Magdalena Ogórek, od czasu ogłoszenia swojej kandydatury, na imprezie show-biznesowej jeszcze nie była. Wybory prezydenckie za pasem, nadszedł zatem najwyższy czas. Pojawiła się we wtorek na pokazie najnowszej kolekcji marki La Mania.

Wybory prezydenckie już niebawem, kampania prezydencka na finiszu, bywać trzeba. Świetną okazją do tego był dla Magdaleny Ogórek pokaz domu mody, którego dyrektor kreatywną jest eks partnerka Jana Kulczyka, Joanna Przetakiewicz. Kandydatka na prezydenta na imprezę przyszła w kreacji, a jakże, właśnie od La Manii.

<< ZOBACZ ZDJĘCIA >>Sukienka niczym halka, dekolt, odsłonięte nogi – w takim wydaniu Magdaleny Ogórek jeszcze nie widzieliśmy. Choć wiadomo, że ma słabość do krótkich kreacji. Za tę, którą założyła na obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej, została ostro skrytykowana.

Wcześniej na salonach mogliśmy Magdalenę Ogórek zobaczyć w październiku, jeszcze przed ogłoszeniem, że kandyduje na prezydenta. Przyszła wtedy na pokaz Bizuu i czas spędziła m.in. w towarzystwie żony Cezarego Pazury, Edyty.

Edyta Pazura i Magdalena OgórekKAPiF

Wybory prezydenckie 2015 już 10 maja. Ostatnio rozmawialiśmy z gwiazdami o tym, jakie pytania zadałyby kandydatom na prezydenta. Zobaczcie:

 

mte

Zobacz także

plotek.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s