Putin (26.04.2015)

 

Dmitrij Głuchowski: Najwięcej krzywdy Rosjanom wyrządzili Rosjanie

25.04.2015
”To nasi przywódcy byli dla nas zawsze najokrutniejsi. To oni zmieniali naszych przodków w mięso armatnie na frontach Europy. Nie chcę, żeby władza nas niszczyła”
Dominika Węcławek

Dmitrij Głuchowski, literacki ojciec serii Uniwersum Metro 2033 (fot. materiały prasowe)

Literacki ojciec serii „Uniwersum Metro 2033”, autor popularnych książek, których akcja rozgrywa się w moskiewskim metrze po zagładzie atomowej, zagraniczny korespondent i twórca, który ostatnio opisał mroczną wizję jutra w powieści „Futu.re” – Dmitrij Głuchowski – tuż przed wizytą w Polsce opowiedział nam o tym, jak to możliwe, że nasza przyszłość już dawno się wydarzyła.

Pamiętasz może, jaka była najbardziej niesamowita wizja przyszłości, z jaką spotkałeś się w młodości?

– To była bardzo miła, wręcz idealistyczna prognoza. Nakreślił ją jeden z najpopularniejszych rosyjskich pisarzy Kir Bułyczow. Bohaterką jego opowieści była dziewczynka imieniem Alicja, a całość rozgrywała się w XXI wieku. Opisany w przygodach Alicji Sielezniewej świat był bardzo pozytywny – oczywiście komunizm zwyciężył, choć na odległych planetach zdarzały się inne reżimy, ale nie było cierpienia i wojen, ludzie pokojowo odkrywali najdalsze zakątki wszechświata pozbawionego przemocy i chorób. Taka właśnie literacka wizja przyszłości pojawiła się w moim życiu, gdy miałem sześć lat.

W wydanej u nas niedawno książce „Futu.re” malujesz przyszłość w zupełnie innych barwach – jest brzydka, brutalna, czasem wręcz amoralna i obrzydliwa. Łatwiej jest snuć ponure opowieści w dystopijnym świecie?

– Nie chodzi o łatwość, to po prostu bardziej interesujące. Nie sądzę, by ludzie byli zainteresowani czytaniem miłych historyjek o sympatycznych kosmicznych króliczkach przytulających się w lesie. Nie obchodzi nas piękna przyszłość, ludzie uwielbiają dramat, konflikty, reagują na przekaz, kiedy on nimi wstrząsa. Przyciąga ich masakra, krew, śmierć. Oto jak wychodzi z nas nasza zwierzęca natura. „Futu.re” to w dużej mierze książka o odkrywaniu proporcji między pewnym narzuconym porządkiem a tą naszą zwierzęcością, która ostatecznie też przecież czyni nas ludźmi. Szczerze – najbardziej zależało mi na dociekaniu, jak dużo w nas może być ze zwierzęcia, zwłaszcza kiedy już nasz ludzki rozum pokona naturę i odkryje przepis na nieśmiertelność. Przemoc, brutalny seks, specyficzna moralność są tego manifestacją. W pewnym momencie mojego życia doszedłem do wniosku, że wyjaśnianie pewnych rzeczy nie działa, ludzie nie chcą wykładów o moralności. Chcą doświadczać emocji, więc najlepszym sposobem na przekazanie im pewnych idei jest ubieranie ich w silne emocje. Więc to robię – umieszczam naukowe fakty, wyniki badań i prognozy w świecie przeżyć i wyborów głównego bohatera. „Futu.re” to nie jest książka, którą ma się lubić.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

Co mnie zaskoczyło: odwołujesz się w niej wielokrotnie do antyku. Nie chodzi już tylko o tak oczywisty symbol jak apollińskie maski noszone przez oddział Nieśmiertelnych, do którego należy główny bohater, ale i sam porządek świata – bardzo silne podziały społeczne na tych, którzy będą żyć wiecznie i ludzi niższej kategorii, kult piękna i zdrowia, spartańskie wychowanie dzieci. Wygląda na to, że twoja przyszłość już się wydarzyła w przeszłości.

– Cóż, nie bez powodu o zwierzchniku czy też o głównym czarnym charakterze możemy myśleć jako o Cezarze, który siedząc na trybunach, skazuje ludzi na śmierć albo daje im nowe życie. Nasza cywilizacja została zbudowana na fundamentach kulturowych wzniesionych przez antycznych Greków, nie uciekniemy od tego. Kult ciała, dbałość o doczesną powłokę zdecydowanie nawiązuje do antyku, przeciwstawny do niego kult duszy rozwinęła kultura judajska. Pomyślałem, że skoro ciało stanie się nieśmiertelne i wiecznie młode, to cywilizacja zbliży się właśnie do greckiej, a oddali od judeochrześcijańskiej czy wszelkich wschodnich kultur nawołujących do dbałości o sferę duchową.

Sama idea duszy wywodzi się właśnie ze świadomości, że nasze ciało jest śmiertelne, nie jest więc godnym zaufania nośnikiem naszej tożsamości, osobowości, naszego jestestwa. Ciało może być zniszczone, zabite, choruje, starzeje się. Wynaleźliśmy duszę, by mieć backup danych… Dusza to chmura, w której zapisujemy naszą osobowość, ciało to tylko powłoka. Co się stanie jednak z tym naszym porządkiem świata, jeśli ciało przestanie się psuć i starzeć, jeśli będzie na tyle dobre, by nie potrzeba było tego dysku, tylko wystarczy nam to, co mamy fizycznego? Myślę, że nieśmiertelność niesie ze sobą pokusy. Nad tym powinni się zastanawiać naukowcy pracujący nad przedłużaniem ludzkiego życia. W mojej opowieści pokazuję taki wariant przyszłości, w którym okazuje się, że skoro teoretycznie nie ma śmierci, to nie potrzebujemy już duszy, a jeśli jej nie potrzebujemy- nie ma też kościołów, religii, Boga. Nie ma kto odpowiadać na pytania, które zwykliśmy kierować do stwórcy. A co z naszą moralnością?

Za stawianie takich pytań zawsze ceniłam sobie literaturę science fiction. Jestem ciekawa, czy dla ciebie ten gatunek jest też dobrym przebraniem dla opowieści o teraźniejszości i współczesnych problemach?

– Dla mnie science fiction to współczesna wersja antycznych mitów. Jedną z ich funkcji było mówienie prawdy o nas samych albo naprowadzanie na pewne wnioski w bardzo sugestywny sposób. Ludzie nie są w stanie doświadczyć wszystkich sytuacji życiowych i wyciągać wniosków wyłącznie na podstawie własnych przeżyć. Żeby nauczyć ich czegoś, pokazać im różne drogi, uruchomić procesy myślowe, wykorzystywano mity. Na tej samej zasadzie, w moim rozumieniu, działa literatura s.f. Czytając ją, uczysz się czegoś o świecie, ludzkiej naturze, o tym, gdzie kończyć się mogą granice życia, czym właściwie jest człowiek, co to jest dusza… Science fiction oferuje znacznie większą wolność niż inne gatunki literackie, jest świetnym narzędziem do analizowania kultury, kondycji społeczeństwa, a nawet nauczania! Oczywiście s.f. ma też inne funkcje, pozwala uciec od rzeczywistości.

Myślisz, że jest różnica między wschodnim a zachodnim science fiction? Między tekstami, które powstawały niegdyś po tej stronie dawnej żelaznej kurtyny i uważamy je za fundamentalne dla gatunku, na przykład powieści braci Strugackich czy Stanisława Lema, a książkami pisanymi przez autorów brytyjskich, niemieckich, amerykańskich?

– Dla nas s.f. od początku było formą mówienia o tym, co niedozwolone w taki sposób, by cenzura nie mogła się przyczepić. Nasze książki miały zawsze znacznie więcej podtekstów, zawierały często krytykę pewnych wad systemu. Dzieła braci Strugackich poruszały wiele bardzo poważnych tematów i faktycznie, oni potrafili używać najbardziej wymyślnych forteli, by uniknąć zarzutów o działanie na szkodę władz komunistycznych.

Na Wschodzie jesteśmy już przyzwyczajeni do tego, by o moralności i rządzących, człowieczeństwie i wolności mówić zawsze nie wprost. Metafora stała się dla nas codziennym narzędziem komunikacji. W „Futu.re” też przemycam krytykę współczesnej Rosji, ale w odróżnieniu od takich książek jak „Metro 2033”, które opowiada o problemach rosyjskiego społeczeństwa i rozgrywa się w Moskwie, tu zależało mi na stworzeniu czegoś bardziej uniwersalnego albo przynajmniej europocentrycznego. Jest w „Futu.re” kult młodości, rozwój życia, brak odpowiedzialności, a może niechęć do zastanowienia się na pewnymi duchowymi wartościami, a nawet niechęć do posiadania dzieci, którą można zaobserwować w zachodniej Europie. Coraz trudniej jest ludziom coś osiągnąć, choć żyją dłużej i dłużej pracują, mają poczucie, że wszystko co zostało do odkrycia, jest już odkryte, to, co było do osiągnięcia – jest osiągnięte. Nie ma miejsca na świeżą krew.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

Porozmawiajmy teraz o czymś świeżym w takim razie – ostatnio potwierdziłeś, że pracujesz nad nową książką, kontynuacją rozchwytywanej serii zapoczątkowanej przez „Metro 2033”. Od jak dawna myślisz o „Metro 2035” i osobistym powrocie do tuneli podziemnej kolejki w czasach po nuklearnej zagładzie świata?

– To zdecydowanie nie był impuls. Robiłem różne rzeczy przez ostatnie lata, ale zanim przystąpiłem do pracy, musiałem ukończyć pisanie i promocję książki „Futu.re”. Nad „Metro 2035” pracowałem więc najintensywniej w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy i skończę całość w maju. Książka ma się ukazać w Rosji już w czerwcu, dokładnie 12 czerwca, w Dzień Rosji, takie mamy ambicje, myślę też, że powinna być przetłumaczona na polski jeszcze przed Bożym Narodzeniem.

Mamy w Polsce całkiem prężnie działające środowisko fanów „Uniwersum Metro 2033″, czyli tego literackiego świata, który ty powołałeś do życia, a który wciągnął potem tak wielu innych autorów.

– Cóż, fani muszą się nastawić na to, że moja nowa książka będzie inna, bardzo(śmiech). Powiem ci szczerze, że wciąż czuję się dziwnie, mając tylu fanów. Gdy zaczynałem pisać „Metro 2033”, nawet nie podejrzewałem, że coś takiego się stanie. Kiedy potem obserwowałem ten rozkwit, a po książce „Metro 2034” zaczęły spływać liczne opowieści innych autorów, zacząłem się obawiać, że wszystko to przerodzi się w jakąś franczyzę jak „Star Wars”. Nie chciałbym, żeby „UM 2033″ było jak „Uniwersum Star Wars”. Przecież na początku wszystko było niezależną inicjatywą! Publikowałem swoje teksty za darmo w sieci, ludzie w tym uczestniczyli, nikt na tym nie zarabiał. Używałem postapokaliptycznej wizji przyszłości, w której mieszkańcy mojego miasta muszą żyć w tunelach metra, by snuć własne przemyślenia o społeczeństwie. Czuję się dziwnie, mając aż tylu tak zdyscyplinowanych miłośników. Jeszcze dziwniej się czuję, kiedy rozbijam w drobny mak ich oczekiwania. Przecież już druga moja książka w świecie „Metro 2033” różniła się od pierwszej, a „2035” to będzie coś z zupełnie innej bajki.

Od czasu premiery „Metro 2034” minęło sześć lat, w tym czasie inni autorzy napisali kilkadziesiąt książek rozgrywających się w realiach wymyślonych przez ciebie, wiele z tych opowieści toczy się właśnie w „twoim” moskiewskim metrze. Nie miałeś problemów, by wrócić na stare śmieci? Nie musiałeś robić notatek, by zachować spójność tego uniwersum?

– Właściwie to doszedłem do wniosku, że tych książek jest już za dużo, na szczęście większość rozgrywa się w 2033 roku, a ja akcję nowej książki – jak sam tytuł wskazuje – przenoszę do roku 2035. Zrozumiałe jest, że sporo się przez te dwa lata zmieniło, nie muszę więc czytać ponownie wszystkich tych książek, by napisać własną. Piszę coś odrębnego, samowystarczalnego, coś, co nie jest w aż takim stopniu zależne od wizji w pozostałych, cudzych opowieściach. W innym wypadku moja książka zamieniłaby się w niekończącą się wyliczankę cytatów. To by zniszczyło wszystko, nikt nie byłby szczęśliwy. Ponowna wizyta w miejscach, które sam opisałem jako pierwszy, jest naturalna. Teraz jednak opowiem o tym z zupełnie innej perspektywy, mój bohater dorósł, bo i ja dorosłem. Trzeba pamiętać, że „Metro 2033” pisałem jako nastolatek, ta książka ma już kilkanaście lat! Nie tylko ja się zmieniłem, zmienił się też świat.

Nie zaprzeczysz jednak, że doświadczenia zdobyte w ostatnich latach – te reporterskie i czytelnicze – nie pozostały bez wpływu na to, co i w jaki sposób opisujesz w nowej książce?

– Jasne. Całe moje życiowe doświadczenie, także związane z rodziną i wychowywaniem dzieci, z kobietami, z wojną, z podróżami, z pracą w Paryżu miało przełożenie na „Metro 2035”. Zabawnie jest pisać książkę, kiedy masz osiemnaście lat, bo to, co myślisz o świecie, jest właściwie remiksem wszystkiego, co przeczytałeś. Kiedy masz lat trzydzieści kilka, możesz już spokojnie pisać o tym, czego sam doświadczyłeś. Są oczywiście autorzy, którzy nagminnie kłamią o życiu, może dlatego, że boją się pisać prawdę, lękają się własnych przemyśleń? Sztuka jest pełna kłamstw. Ludzie nie zawsze chcą się obnażać, lubią ukryć to, co w nich niedoskonałe, mroczne. Nie wszyscy chcieli czytać „Futu.re” do końca, ale czy ta historia jest fałszywa? Czy ona nas oszukuje? Nie wydaje mi się To, co przytrafia się bohaterom moich książek z serii „Metro”, na bardzo ogólnym poziomie może przydarzyć się każdemu.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

Wróćmy na chwilę do fanów i autorów, którzy zechcieli napisać swoje książki w twoim uniwersum. W Polsce właśnie ukazała się książka Siergieja Antonowa „Ciemne tunele” – dla nas to dziewiąta pozycja w uniwersum, dla ciebie była to jedna z pierwszych powieści.

– Dokładnie druga. Pierwsza najpewniej nigdy nie zostanie przetłumaczona na język polski.

Pamiętasz to uczucie, kiedy dostałeś pierwsze fanfiki [nazwa pochodzi od fan fiction – tekstów kultury tworzonych przez fanów w realiach wykreowanych przez pisarza, autora komiksu lub filmu – przyp. aut.]?

– Gdy w młodości zaczytywałem się w książkach Strugackich czy Harry’ego Harrisona, myślałem sobie: Cóż za wspaniałe światy wykreowali! Jak ja żałuję, że nie mogę czytać kolejnych historii w tych realiach! Ci autorzy tworzyli sporo, ale mimo że taki Harrison pisał kilkutomowe powieści, niedosyt pozostawał. Człowiek miał apetyt na więcej, ale właśnie w tym konkretnym świecie nie chciał go opuszczać w tym samym czasie co autor i przemieszczać się wraz z pisarzem do zupełnie innego świata. Wiem, że zjawisko fanfików nie jest nowe na Zachodzie, ale w literaturze rosyjskiej nie było obecne. Kiedy więc dorosłem, napisałem swoją książkę, która odbiła się takim echem, że ludzie zaczęli sami snuć opowieści w tej określonej literackiej rzeczywistości – pomyślałem, że to jest fajna szansa, by w jakiś sposób zrealizować marzenia z dzieciństwa i nie warto jej zmarnować!

To świetne uczucie – czytać jakąś wciągającą, ale opowiedzianą przez kogoś innego historię w świecie, który samemu się stworzyło. Jeszcze fajniej, jak można tego autora przedstawić czytelnikom. Zaskoczyło mnie to, że swoje książki w „UM 2033″ zaczęli pisać ludzie z Wielkiej Brytanii, Włoch i z Polski. Być może niebawem ukażą się książki twórców z Niemiec i z Korei. Wydaje mi się, że w literaturze dzieje się coś takiego po raz pierwszy! Trudno jest nawet używać w kontekście kolejnych książek słowa fanfik, nie jest to też franczyza, to coś zupełnie innego. Nie publikujemy wszystkich tekstów, które do nas docierają, dokonujemy selekcji, tak jak w przypadku książki „Szepty zgładzonych” [dodawana do „Ciemnych tuneli” antologia z tekstami polskich fanów „UM 2033″ – przyp. aut.]. Czasem sami zapraszamy autorów, żeby stworzyli coś specjalnie dla nas.

Kreujecie nowy literacki wszechświat pełen odrębnych bytów…

– … tylko że to wychodzi nam samoistnie. Nigdy nie było to naszą ambicją.

A jak jest z innymi mediami – dwie gry, które rozgrywają się w UM 2033″, wydają się być idealną odpowiedzią na zapotrzebowanie odbiorców żądnych tego, by bohaterowie wyszli z kart powieści. Gra pozwala na interaktywność. Czy to właśnie z powodu tej przewagi świata gier nad możliwościami stwarzanymi przez kino „Metro” nie doczekało się jeszcze ekranizacji?

– Cóż, rozmowy ze studiem filmowym są cały czas w toku. Nie ma natomiast pośpiechu. Rozumiem jednak twoje rozterki i dylematy innych fanów – kino wymaga innego języka niż literatura, oferuje też w zamian coś innego. Film, a może nawet dobrze poprowadzony serial mogłyby stanowić niezłą przygodę, chętnie współpracowałbym i odkrywałbym ten świat. Właściwie jestem z tej grupy odbiorców, która nie przykłada aż tak dużej wagi do tego, jak wierne książkom są ich ekranizacje.

Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski w moskiewskim metrze (fot. materiały prasowe)

W Polsce masz obecnie status jednego z najpopularniejszych współczesnych rosyjskich pisarzy. Jak jesteś postrzegany u siebie w kraju?

– Właściwie nie dbam o swoją pozycję, ona nie mówi niczego o tym, jakim jestem autorem, czy dobrze piszę, czy nie. Im jestem starszy, tym bardziej mam to w du*ie. Pozycja, listy sprzedaży, popularność, odznaczenia, nagrody – chrzanić to wszystko! Kiedy wydawaliśmy „Metro 2034”, byłem mocno zestresowany, teraz jest inaczej. Gdy widzę, że ludzie chętnie czytają moje nowe książki i chcą o nich dyskutować, to super, ale kiedy tak się nie dzieje – właściwie nie robi to na mnie wrażenia. Jedną z bardziej wyczerpujących rzeczy, jakie mogą się przytrafić pisarzowi, jest myślenie o tym, co ludzie sobie pomyślą.

Oczywiście, ale pytam o twoją pozycję nie bez powodu. Wiesz, Rosja bywa postrzegana w Polsce jako imperium zła, a ty z jednej strony jesteś jego przedstawicielem, a z drugiej – krytykiem.

Uważam się za patriotę, natomiast jestem w stanie odróżnić coś, co jest umiłowaniem ojczyzny, od tego, co nazywam szalonym nacjonalizmem. To, co działo się w XX wieku, było dla nas destrukcyjne – zarówno dla pojedynczych ludzi, ich dusz, jak i dla kraju, narodu, czegoś ponadczasowego. Dla mnie bycie patriotą oznacza życzenie sobie, by nasi przywódcy wreszcie przestali popełniać te same, kurew***e błędy co ich poprzednicy w przeszłości! Nie mam zamiaru żyć w kraju kanibali, w kraju, w którym panuje wielki głód. Nie życzę sobie, by w moim kraju moja rodzina doświadczała kiedykolwiek takich represji politycznych jak poprzednie pokolenia Rosjan. To jest nasz kraj, ojczyzna! Nie chcę, żeby władza nas niszczyła.

Czy zdajesz sobie sprawę, że najwięcej krzywdy Rosjanom wyrządzili Rosjanie? Że to nasi przywódcy byli dla nas zawsze najokrutniejsi? To oni zmieniali naszych przodków w mięso armatnie na frontach Europy, to oni doprowadzili do tego, że ludzie umierali z głodu i wyczerpania. To oni pchali naszych dziadków do walki, a gdy ci zostali pojmani przez Niemców, zapominali o nich. Przypominali sobie dopiero, kiedy wyswobodzeni z niemieckich obozów pracy jeńcy wracali do ojczyzny. I wiesz co robiła nasza władza?! Zamykała tych biednych ludzi w naszych obozach! Na wszelki wypadek! 40 milionów ludzi zginęło na froncie, w łagrach i więzieniach, umierali też z powodu głodu i chorób, których nasi lekarze nie nadążali leczyć. Dla mnie patriotyzm oznacza poszanowanie naszego życia, to respektowanie praw zwykłych obywateli naszego kraju! Chcę żyć w kraju, w którym mogę się czuć normalnie! Ja nie mówię źle o Rosji, mówię źle o ludziach, którzy rządzą naszą ojczyzną, którzy są decyzyjni, mówię źle o ludziach, którzy zamiast prowadzić nas ku przyszłości, ciągną w przeszłość.

No właśnie, mówisz tyle mocnych rzeczy o władzy i o kraju, i wciąż żyjesz.

– Wiesz, nie zabijają ludzi za mówienie takich rzeczy w Rosji. Zabijają za zbieranie dowodów, za śledztwa prowadzone na własną rękę, a mające zdemaskować nieprawidłowości w państwie. Giną ludzie, którzy dowiadują się za dużo. Na przykład Boris Niemcow [były wicepremier, obrońca praw człowieka, krytyk współczesnej, agresywnej polityki terytorialnej Rosji, zastrzelony w lutym, w centrum Moskwy – przyp. red.] stał się ofiarą, ale podejrzewam, że nie z powodu krytyki władz, ale z kilku innych powodów, o znacznie szerszym, politycznym kontekście. Kilku politykom takie zabójstwo pomaga zbudować swoją pozycję w czasie wyborów.

Ja czuję się w miarę bezpieczny, choć przyznam, że to skomplikowana sytuacja. W życiu jednak trzeba podejmować pewne decyzje – na przykład o tym, czy zamkniesz gębę, jak wiele osób w tym kraju, czy powiesz coś. Kiedy masz odwagę mówić, bywasz też odsądzany od czci i wiary.

A z twojego punktu widzenia łatwiej jest żyć w Rosji teraz niż dziesięć lat temu?

– Nie wydaje mi się. Z materialnego punktu widzenia odrobinę się polepszyło, ale mamy znacznie mniej wolności niż kiedyś. Oczywiście teraz i tak jest o wiele lepiej niż ćwierć wieku temu, co nie znaczy, że jest idealnie. Czasem myślę, że dziesięć lat temu było lepiej, bo byłem młodszy i z pewnych spraw nie zdawałem sobie sprawy (śmiech). Dekadę temu byłem znacznie większym optymistą.

Stąd ta pozytywna wizja zagłady atomowej w „Metro 2033” (śmiech). Założę się też, że wcale nie jest łatwo wychowywać dzieci w takiej atmosferze?

– Tak, musiałem podjąć decyzję, gdzie w ogóle zamierzam wychowywać swoje dziecko, czy na emigracji – bo miałem taką szansę, czy w ojczyźnie. Potem pojawiło się pytanie o to, jak wychowywać dziecko: czy w świecie abstrakcyjnych idei – wolności, czy autokracji, czy może w kraju jego przodków, w konkretnych realiach, w miejscu, w którym ludzie mówią konkretnym językiem. Właśnie z powodu dziecka trudno mi było podjąć decyzję o emigracji. Sam opuszczałem kraj trzy razy, nigdy nie było to łatwe.

Dmitrij Głuchowski (fot. materiały prasowe)Dmitrij Głuchowski (fot. materiały prasowe)

Poczułeś te drobne różnice kulturowe między ludźmi Wschodu a ludźmi Zachodu – w wyznawanych wartościach czy choćby gościnności?

– O tak, bardzo to odczułem. Ludzie Zachodu bardzo się od nas różnią, może nawet nie chodzi o wartości czy wrażenie, że na przykład Niemcy są nieludzcy, a Francuzi są niedostępnymi snobami. Najsilniej poczułem, że Europa jest nudna. Nie ma tu zbyt wiele miejsca dla ludzi, nie ma przestrzeni na to, by realizowali się, zdobywali nowe stanowiska czy spełniali marzenia, nisze są zajęte, niewiele jest tu do zrobienia, trudno jest rozwijać karierę. W USA masz to poczucie, że jest wiele szans, które możesz wykorzystać, że zdarzają się sprzyjające okoliczności i zawsze może wykiełkować coś nowego. W moim kraju za czasów sowieckich były ograniczenia, nie dało się zajść za daleko, ale kiedy ZSRR się rozpadło, poczuliśmy, że nagle możemy wszystko, dosłownie wszystko. Lata 90. były okresem absolutnego chaosu i wolności, ludzie, którzy byli wystarczająco pomysłowi i odważni mogli osiągnąć bardzo dużo. To się zmieniło.

W Europie widzisz głównie „szklany sufit” – nigdy nie będziesz wystarczająco dobry, bogaty, sławny, wolny, nigdy nie będziesz spełniony. Możesz wyjechać do Afryki i zająć się wolontariatem albo pracować, pobierając niską pensję do swojej śmierci. Kiedy pracowałem jako dziennikarz w Niemczech czy we Francji, nie miałem poczucia, że mogę osiągnąć wiele. Wszystkie stanowiska powyżej były obsadzone, wszystkie karty już dawno rozdane, porządek był z góry ustalony.

Zupełnie jak w twojej ostatniej książce.

– Tak, „Futu.re” wyniknęła bezpośrednio z moich doświadczeń związanych z emigracją. Przyjechałem do Francji, mając dwadzieścia dwa lata, w wieku dwudziestu pięciu już się okazało, że nie mam tam czego szukać, mogę do końca życia być średniakiem. Chcesz awansować?! Ale jak to?! Zbyt często okazuje się, że wiele rzeczy jest niemożliwych, że tego się nie da zrobić. W pewnym momencie po prostu nie było już dla mnie miejsca. Nie chcę żyć w świecie, w którym nie ma miejsca dla młodych ludzi i nowych pomysłów. Taki świat nie ma dobrej przyszłości.

(fot. materiały prasowe)(fot. materiały prasowe)

 

Dmitrij Głuchowski. Pisarz i dziennikarz rosyjski. Debiutował kilkoma opowiadaniami, ale popularność przyniosła mu wydana w 2005 roku powieść postapokaliptyczna „Metro 2033”, która zainspirowała pisarzy i fanów do tworzenia własnych książek w tym samym uniwersum. Obecnie jest jednym z najpopularniejszych współczesnych rosyjskich pisarzy, specjalizuje się w opowieściach science fiction o silnym socjologiczno-politycznym rysie.

Dominika Węcławek. Dziennikarka kulturalno-popularna, scenarzystka komiksowa, matka dzieciom: córce i synowi, i czasopismu „Bachor”. Jednym słowem: robot. Sen zastępuje muzyką.

weekend.gazeta.pl

Rosja – kraj, który się boi myśleć o jutrze. Rozmowa z Dmitrijem Głuchowskim

Katarzyna Wężyk, 25.04.2015
Dmitrij Głuchowski

Dmitrij Głuchowski (FOT. PAWEŁ BRZOZOWSKI/WYD. INSIGNIS)

Klasa średnia w Rosji nie ma ani energii, ani siły, żeby poświęcać się dla zmian. Nie będę jej za to potępiał: sam wolę jechać do Stanów niż na Syberię. Z Dmitrijem Głuchowskim rozmawia Katarzyna Wężyk.
To jest coś, czego na Zachodzie nie rozumieją. Ci wszyscy Francuzi i Amerykanie, co to sączą wódkę z lodem w szklankach. Co za idiotyzm. Wódkę pije się szybko, żeby nie czuć smaku. To za spotkanie!- I za twoją nową książkę!

Wychylamy. Zagryzamy pierożkiem. Dobrze zmrożona bieługa wchodzi tak, że prawie, prawie można by ją sączyć.

Dmitrij Głuchowski wyjaśnia, że w Rosji nie pije się po prostu na zdrowie, tylko za coś konkretnego, więc następny jest za przetrwanie literatury oraz prasy w cywilizacji obrazka.

Wschód to faktycznie stan umysłu: po dobrej godzinie rozmowy o rosyjskiej duszy i europejskiej nudzie w Café Czajkowski, nobliwej (plusze, mahonie, dyskretny urok XIX-wiecznej rosyjskiej burżuazji) restauracji na placu Triumfalnym w Moskwie, pisarz, zamiast mniej lub bardziej dyskretnie patrzeć na zegarek, zdziwił się, że to już koniec, bo on by temat chętnie rozwinął.

A po kolejnej godzinie poszliśmy na wódkę.

36-letni Głuchowski to jeden z poczytniejszych rosyjskich pisarzy młodego pokolenia. Swoją pierwszą powieść, „Metro 2033”, zaczął pisać jako 18-latek. Pięć lat później opublikował pierwszą wersję w internecie, bo żadne rosyjskie wydawnictwo nie chciało jej wydrukować. Postapokaliptyczna wizja Moskwy po katastrofie nuklearnej, w której niedobitki ludności żyją w korytarzach metra, okazała się sieciowym fenomenem. Głuchowski zmienił więc zakończenie, nową wersję opublikował, ale starą (i wciąż darmową) zostawił na swojej stronie internetowej. Równie biznesowo nieortodoksyjne podejście ma do fan fiction: zamiast procesować się z pisarzami, często amatorami, którzy korzystają z jego pomysłu, sam czyta ich powieści, a najlepsze publikuje pod szyldem „Uniwersum Metro 2033”.

„Uniwersum” dawno przekroczyło granice Rosji, znajdują się w nim książki autorów z całego świata. W tym z Polski, a konkretnie z… Krakowa. Gdy zapytałam Głuchowskiego, czy brak metra nie jest niejaką przeszkodą, odparł, że skąd, wcale nie, o ile rzecz się dzieje po katastrofie nuklearnej. I że akcja jednej z książek „Uniwersum Metro 2033” toczy się w Laponii, a jej bohater pędzi na saniach przez skuty lodem krajobraz.

Sam Głuchowski napisał jeszcze drugą część, „Metro 2034”, a obecnie pracuje nad trzecią. W Polsce wydano także „Czas zmierzchu”, zbiór opowiadań „Witajcie w Rosji” oraz „FUTU.RE”.

Książki Dmitrija Głuchowskiego w formie elektronicznej są dostępne tutaj >>

„Metro: The Last Light”, czyli Głuchowski w świecie gier akcji

Dmitrij Głuchowski: Pierwszy raz w Moskwie?

Katarzyna Wężyk: Pierwszy.

– Zatem witam w stolicy Imperium Zła. Chociaż dziś, przy tej pogodzie, wygląda całkiem niewinnie.

I zdecydowanie lepiej niż w „Metrze 2033”, w którym jest postnuklearną pustynią. W swojej ostatniej książce, „FUTU.RE”, wychodzisz jednak z metra i w ogóle z Rosji prosto do Europy przyszłości, w której pokonano starość i śmierć. Wszyscy są piękni i młodzi, ale ceną jest zakaz posiadania dzieci.

– Nie piszę o rzeczach dla mnie obojętnych, zawsze jest to coś, co kręci mnie zarówno na poziomie osobistym, jak i jako szerszy trend. A pogoń za nieśmiertelnością i wieczną młodością to coś, co dzieje się na naszych oczach. Ludzie nie tylko żyją dłużej, lecz także usiłują przedłużyć pewne etapy życia. Nie chcemy przestać być dziećmi, nie chcemy przestać być nastolatkami, trzymamy się kurczowo młodości. Dziś dzieciństwo trwa do 16. roku życia, w czasach Dickensa skończyłoby się na dziewiątym.

Czy aby nie to nazywamy postępem?

– Tak. Ale ile jest w tym biologii, a ile psychologii? Dlaczego najdłużej, jak można, uciekamy od odpowiedzialności? Dlaczego udajemy, że jesteśmy nastolatkami? 30-letni faceci mieszkają z mamą, ich rówieśniczki kupują ubrania w sklepach dla młodzieży. Nie akceptujemy tego, że młodość się kończy, że wchodzimy w wiek średni. Ludzie starsi, 60- i 70-letni, jak najdłużej z kolei chcą być aktywni i wcale nie zamierzają niańczyć wnuków. Mówią dzieciom: „Hola, wreszcie zamierzam pożyć trochę dla siebie. Chcę przeżyć tę pieprzoną drugą młodość, którą zachwalają w reklamach. A wnukami niech się zajmie niania”.

Życie się wydłuża, młodość się wydłuża. Ludzie od zawsze pragnęli żyć wiecznie, ale dziś jesteśmy coraz bliżej osiągnięcia nieśmiertelności. I to nie dzięki alchemii, ale nauce.

Pomyśl o świecie, w którym biedni ludzie będą umierać, a bogaci oprócz dobrobytu uzyskają także zwolnienie od śmierci. Wybitny historyk Yuval Noah Harari w rozmowie z noblistą Danielem Kahnemanem

O ile masz miliony Petera Thiela, który ładuje fortunę w badania nad nieśmiertelnością.– Na razie. Oczywiście pierwszymi, którzy skorzystają z osiągnięć nauki, będą bogaci i politycy. Jak Putin – jestem pewny, że on się odmładza. Od czasu do czasu znika, a kiedy wraca… On ma sześćdziesiąt, k…, dwa lata, a wygląda na 50! Lepiej, niż gdy miał 40. Wtedy wyglądał na ciecia. Jak się patrzy na jego zdjęcia z lat 90. – katastrofa.

Cóż, wszyscy wyglądali źle w latach 90.

– Prawda. Ale to wciąż nienaturalne, że 20 lat później wygląda lepiej. Jest nawet taka teoria spiskowa, że Putin lata do Korei Południowej…

…wykąpać się we krwi dziewic i niemowląt?

– Bardziej na terapię genetyczną.

Więc tak, technologia przedłużająca młodość jest coraz bliżej. Google właśnie zainwestował 500 mln dol. w odwracanie procesu starzenia się. A jeszcze 12 lat temu, kiedy wpadłem na pomysł „FUTU.RE”, było to kompletne science fiction. Kiedy usiadłem do pisania, mówili o tym jedynie specjaliści. A dziś nieśmiertelność trafiła do mainstreamu. Wiemy, że naukowcy pracują nad terapiami, które znacznie przedłużą nam życie. Być może nauczymy się nawet pokonywać śmierć.

Nic w tym dziwnego, że w czasach, które coraz mniej cenią dojrzałość i doświadczenie, ludzie chcą być wiecznie młodzi.

– Właśnie. O tym też jest „FUTU.RE” – nie traktuję jej jak science fiction, tylko jak dyskusję nad obecnymi trendami. Ludzie chcą być wiecznie młodzi, radośni, szczęśliwi i bez obowiązków. Coraz później decydują się na dzieci. Nawet w Rosji – jeszcze do niedawna, jeśli 24-letnia dziewczyna nie wyszła za mąż, coś z nią było nie tak. Dziś mamy pokolenie 30-latek, które nawet nie myślą o małżeństwie, a co dopiero o dzieciach. I to jest coraz powszechniejszy trend.

Jesteśmy coraz bardziej wybredni albo coraz ostrożniejsi, cały czas myślimy, czy to aby na pewno właściwa osoba, czy to z nim czy z nią chcę mieć dzieci. Mam przyjaciół w Niemczech, mają po 35 lat, i niedawno poinformowali mnie, że zamieszkali razem. K…, umawiają się od pięciu lat i dopiero się zdecydowali! Dzieci pewnie za kolejne dziesięć. Nie żebym to oceniał…

Może trochę.

– Nie, niespecjalnie mnie obchodzi, czy się Niemcy rozmnażają.

A ty wziąłbyś zastrzyk dający ci nieśmiertelność i wieczną młodość?

– Ja? Oczywiście. Mogę krytykować różne aspekty nieśmiertelności do rana, ale przecież bym nie odmówił. Choć Jan, główny bohater…

…czy też antybohater…

– …czy też antybohater – ostatecznie się buntuje przeciwko wiecznemu życiu. Tyle że to jego osobiste doświadczenia sprawiły, że znienawidził system. Miliardy innych żyły sobie szczęśliwie.

Zwykle ludzie odczytują „FUTU.RE” jako krytykę nieśmiertelności i wiecznej młodości, na które nie jesteśmy przygotowani. Zapominają, że jest to bardzo subiektywna historia opowiedziana z perspektywy głównego bohatera. A może to książka o terroryzmie? O tym, że jeden wadliwy element może zniszczyć nawet prawie idealny system?

Chciałem, żeby „FUTU.RE” była analizą i dyskusją o tym, co w człowieku zwierzęce, a co boskie, i o proporcjach tych składników w ludzkiej duszy. Przecież seks albo prokreacja to czysto zwierzęce potrzeby niemające nic wspólnego z racjonalnym myśleniem, którym jako gatunek tak się chwalimy. Z kolei boskie jest tłumienie tych pierwotnych instynktów w celu osiągnięcia wyższego dobra – w „FUTU.RE” jest nim nieśmiertelność i sprawne funkcjonowanie systemu.

Ja odczytałam twoją książkę jako zjadliwą krytykę społeczeństwa, w którym jedynym bogiem jest ja, mój, moje. A brak transcendencji powoduje pustkę. Sam jesteś religijny?

– Nie powiedziałbym. Ale nie jestem też ateistą, raczej agnostykiem. Jan ma skomplikowane relacje z Bogiem, ale kwestia jego wiary lub jej braku była dla mnie raczej narzędziem, metodą analizy natury ludzkiej. A ty jesteś wierząca?

Oj, nie. Zdecydowanie nie.– Czyli jesteś ateistką. OK. Tak, podejrzewam, że w kraju z tak silnym Kościołem jak Polska człowiek jest albo katolikiem, albo ateistą.

Cóż, ja staram się nad człowiekiem pochylać. Bo ludzie są zasadniczo słabi i należy im współczuć. I nie oceniam ich za to, że są religijni – czasem nie mają niczego innego, znikąd nadziei, żadnej ochrony. Zakładają ten krzyżyk na szyję i idą w niedzielę do Kościoła, myśląc, że dzięki temu w przyszłym życiu spotkają się z ukochanymi rodzicami. Wiara daje im też poczucie sensu, gdy nagle go tracą – kiedy zostaną zwolnieni albo odejdą na emeryturę i wszystko, czym wcześniej żyli, się kończy. Większość ludzi nie analizuje przesadnie tego, co ich spotyka, tylko po prostu płynie. Czuje, nie myśli. Mam ich za to potępiać?

Zresztą należy odróżnić wiarę w Boga od religii i tradycji. To zupełnie różne sprawy. Kościół i religia to bardzo ważne instytucje społeczne, które sprzedają psychoterapię w zamian za posłuszeństwo. Ostatecznie lepsze to niż chaos i anarchia. Pozwólmy więc leniwym, głupim i przerażonym szukać ukojenia w religii.

Bardzo to instrumentalne podejście.

– Bo religia jest superinstrumentalna. Nie wiara, religia. Religia to zestaw zakazów i nakazów, które odnoszą się do naszych potrzeb i lęków.

W „FUTU.RE” zanika jednak nie tylko religia, ale także wiara. Nie ma strachu przed śmiercią, więc nie potrzeba boga. Kościół nie ma czego sprzedawać.

– I bardzo się tego obawia. Kościół zawsze był bardzo konserwatywną siłą, bał się zmian. Kiedyś palili naukowców na stosie, a niektóre wyznania pewnie i dziś chętnie by to zrobiły. Nauka wyjaśnia, jak funkcjonuje świat i człowiek – coś, na co Kościół miał przez wieki monopol. Jeśli jeszcze pozbędziemy się tego ostatecznego lęku – przed śmiercią i utratą najbliższych – czarno widzę przyszłość religii. Bo ten lęk to bardzo silny motywator. Młodzi ludzie, zauważ, rzadko są religijni. Bo są niepokonani. Dopiero po trzydziestce, kiedy z każdym rokiem czujesz się słabszy i mniej pewny siebie, zwracasz się do siły zewnętrznej. Bo coraz bardziej się boisz. Bo człowiek stary w lustrze widzi już tylko resztki dawnej urody, siły i mocy.

Starość to coś, co cię mocno dręczy, prawda? Nie za wcześnie na kryzys wieku średniego?

– Mam go od 25. urodzin. A serio, to kończę w tym roku 36 lat. A odczuwać własną śmiertelność tak naprawdę zacząłem dopiero wtedy, gdy urodziły mi się dzieci.

Fundamentem „FUTU.RE” jest kwestia ceny: nieśmiertelność, jak wszystko w życiu, nie jest za darmo. Ceną, jak zauważyłaś, jest zakaz prokreacji. Chciałem sprawdzić, ilu z nas zostanie, jeśli odejmiemy ten superważny popęd – potrzebę posiadania dzieci, która dla wielu jest sensem życia. Dzieci cię zmieniają w sposób, którego nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. Zabierają ci większość wolności, ale budzą w tobie uczucia, których nawet się nie spodziewałeś.

Brak dzieci to jedna sprawa, ale nieśmiertelność w „FUTU.RE” jest też zwyczajnie… nudna. Europejczycy tłoczą się w tych swoich wieżowcach, obsesyjnie dbają o ciało i łykają antydepresanty jak tic taki. Nie czytają, nie piszą, nie tworzą – tylko konsumują.

– Śmierć to bardzo silny motywator. Pragniemy coś po sobie zostawić, żeby zupełnie nie zniknąć. Najbardziej oczywistą metodą są dzieci, które przekazują nasze geny dalej. Niektórzy dodają do tego imperia polityczne czy biznesowe albo tworzą opery lub piszą książki. Inni są dumni z tego, że zbudowali dom i mogą go pokazać wnukowi. Jeśli natomiast nie ma śmierci, to po co się męczyć? Śmierć daje nam ramę: jest początek, jest koniec, jest dzień sądu. Moment podsumowań. Jak jako ludzie byśmy się zmienili bez tego ostatecznego deadline’u?

A Europa jest nudna. Nawet dla samych Europejczyków. To kraina pokoju i dobrobytu. Wszystko, co było do osiągnięcia, osiągnięto. Co zostało dla następnych pokoleń? Żadnych białych plam na mapie, żadnych ziem do zdobycia. Kolonializm się skończył – szczęśliwie dla Afryki, Azji i Ameryki Południowej, oczywiście, ale co z Europą? Jak dziś zostać bohaterem?

Bo w Rosji to – najwyraźniej – najeżdżając Ukrainę…

– A, teraz rozmawiamy o Ukrainie? Dobrze. Czemu nie. Tak, 10 tys. Rosjan skorzystało z okazji poczucia się bohaterami. Cała reszta zaś sądzi, że odbudowujemy imperium. To imperialny kompleks, zresztą wcale nie tylko rosyjski. Węgrzy też próbują odbudować imperium.

Rozmowa z Dmitrijem Głuchowskim: Kto naprawdę rządzi Rosją?

Chyba kieszonkowe.

– Teraz. Ale w XIX wieku byli częścią imperium i Orbán odwołuje się do tych sentymentów. Albo Rumunia. Rumuni uważają się za dziedziców imperium rzymskiego. To śmieszne, ale tak już jest. Ludzie kochają być częścią imperium. Chcą budzić respekt, a Rosjanie to już najbardziej. Mamy nawet takie powiedzenie: Jak się ciebie boją…

Niech zgadnę: …to cię szanują?– Tak. Można być szanowanym bez zastraszania, ale nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Przez strach jest łatwiej. Przestraszmy świat głowicami jądrowymi, paradami wojskowymi na placu Czerwonym, zajęciem części Ukrainy albo mówiąc rzeczy typu (i tu Głuchowski przechodzi na akcent szwarccharakteru ze starego „Bonda”): „Tylko nas ruszcie, a rozpętamy piekło, jesteśmy szaleni i mamy bomby atomowe!”. Zachód odpowie: „OK, OK, nie ruszamy was”. A my wtedy: „Ha! Szanują nas”.

Takie podejście dużo łatwiej też sprzedać ludziom. Wzrost nacjonalizmu, te słynne 86 proc. poparcia dla Putina po aneksji Krymu to efekt tęsknoty za imperium, która nigdy nie została odpowiednio przepracowana. Nie rozmawialiśmy o komunizmie, nie mówiąc już o potępieniu jego zbrodni. Mamy niby dzień pamięci o ofiarach Gułagu, ale w szkołach o tym nie uczą. Bo być może dzieci obozowych strażników są dziś u władzy i nie miałyby ochoty słuchać o tym, że ich ojcowie robili coś złego.

Ponad połowa Rosjan wciąż żałuje, że Związek Radziecki się rozpadł.

– Bo ideologicznie jesteśmy w martwym punkcie. Władze próbowały różnych rzeczy, ale jedyne, co dziś ludzi łączy, to idea imperium. Nieszczególnie zresztą wyrafinowana: zgarnij tyle ziemi, ile możesz, i bądź z tego dumny.

W przypadku Ukrainy chodziło o ukaranie niewiernego brata i właśnie odbudowę imperium. Zagrabienie zagrabionego. Przywrócenie sprawiedliwości. Ja tak oczywiście nie myślę, ale gdyby przeprowadzić społeczeństwu psychoanalizę, to takie uczucia okażą się najsilniejsze. Plus wzmacnia je bezprecedensowa ilość propagandy. Nie mamy żadnej niezależnej telewizji, a internet jest kompletnie zdominowany przez opłacane przez Kreml trolle, które rozpowszechniają lojalistyczną agendę. Subtelne to jak konstrukcja cepa, ale bardzo skuteczne. Kremlowska propaganda genialnie manipuluje emocjami. Goebbels byłby dumny.

Skok ku przeszłości: Z Rosjan ludzie radzieccy

A kilka lat temu mówiłeś, że nie jest źle. Że klasa średnia jeszcze zdemokratyzuje Rosję.

– Tak, a potem zobaczyłem tę klasę średnią na placu Błotnym podczas zimowych protestów trzy lata temu. Ci ludzie tak naprawdę nie chcieli niczego zmienić. Nie mieli do tego energii ani siły, nie zamierzali niczego dla zmiany poświęcić. Nie żebym ich za to potępiał, sam nie jestem gotowy na to, żeby mnie za moje ideały zesłali na Syberię. Zdecydowanie wolę jechać do Stanów.

No i podstawowe pytanie: czy w tym kraju w ogóle można coś zmienić? Czy zawsze będzie to cykl: dyktatura – rewolucja – krew – dyktatura – rewolucja – krew? To nasze błędne koło.

Bardzo to fatalistyczne.

– Cóż, jak się tu żyje, trudno nie być fatalistą. Bo czy kiedykolwiek było inaczej? Nigdy. Zawsze tylko krew – dyktatura – rewolucja. I 7 thermidora, po którym wszystko wracało do stanu poprzedniego. Nie wiem dlaczego. Jedyny postęp, jaki uzyskaliśmy, to to, że 14, a nie 1,4 proc. ludzi jest przeciw aneksji Krymu.

Jedyny?

– No dobra, to nie fair wobec Rosji. W porównaniu z tym, co było – niemal w całej naszej historii, może poza początkiem XX wieku – mamy mimo wszystko dużo więcej politycznej wolności.

Czyli mityczna klasa średnia zawiodła. A jeszcze bardziej mityczna inteligencja?

– Wyemigrowała. Przynajmniej ci, którzy mogli. Ale inteligencja to nie jest motor rewolucji ani zmiany społecznej. Inteligencja kończy, służąc władzy i prowadząc w kuchni fatalistyczne debaty o losie Rosji. Dobrze opłacana. Ale nieszczęśliwa.

To dość zabawne, że szefowie wszystkich telewizji to byli demokraci i obrońcy wolności słowa. Ludzie, którzy w latach 90. od zera tworzyli nową, wolną prasę i telewizję. Tyle że wtedy mieli 30 lat. Dziś mają 50 i są szczekaczkami Putina.

Ideały przegrały z rzeczywistością?

– Rzeczywistością, polityczną potrzebą i kasą. Raz idą na kompromis z własnymi przekonaniami, potem drugi, piąty, siedemnasty, aż wreszcie widzisz dawnych idealistów mówiących rzeczy, w które żaden inteligentny człowiek nie mógłby wierzyć.

Ostro krytykujesz Rosję zarówno w książkach, jak i w wywiadach. Czy w obliczu obecnego patriotycznego wzmożenia miałeś przez to kłopoty?

– Rosja to magiczny kraj. Niedawno dokonano najbardziej politycznego morderstwa od lat 30., tuż obok Kremla, i nic się nie stało! Żadnego dochodzenia, nikogo nie ukarali, żadnych protestów, nic. A to oczywiste, że Niemcowa zabito w ramach wewnętrznych rozgrywek różnych frakcji władzy. Nie żeby nawet się jakoś specjalnie wychylił – był tylko narzędziem w tych rozgrywkach. A skoro ten facet, który sam niegdyś należał do elity, dostał siedem strzałów w plecy, to nikt nie jest bezpieczny.

Ale czy żyjemy w atmosferze totalnego strachu? Nie powiedziałbym. Raczej w stanie stałej amnezji. Widzimy tylko dziś, zapominamy o wczoraj i nie planujemy jutra. Chcemy dobrnąć do wieczora, iść spać i obudzić się następnego dnia.W Rosji nie dostaniesz kredytu na 40 lat. Maksymalnie na 10. Wyjątkowo. Bo nikt nie wie, co się stanie za 10 lat. 10 lat to pieprzona…

…wieczność?

– Tak. Wow, naprawdę mamy ci dać kredyt na 10 lat? W 10 lat wszystko może się zdarzyć. Rewolucja! Wojna! Ludobójstwo! W Rosji jesteśmy przyzwyczajeni do katastrof. A ostatnie 20 lat, podczas których w każdym kolejnym roku żyliśmy lepiej niż w poprzednim – to wręcz nienaturalne. To nie miało prawa się wydarzyć. To podejrzane. I trochę straszne.

Więc tak, w Rosji nie ma czegoś takiego jak przewidywalność. I ludzie wcale jej nie potrzebują. Nie chcą myśleć o jutrze. A ci, którzy to robią, wysyłają pieniądze do Wielkiej Brytanii i kupują sobie mieszkanie w Londynie.

O ile ich na to stać.

– Oczywiście. Ale dopiero kiedy masz pieniądze, zaczynasz myśleć o przyszłości. Tyle że większość Rosjan ich nie ma, więc żyją z dnia na dzień. I nie chcą pamiętać o wczoraj. Ani uczyć się na błędach.

Czyli Putina można krytykować i nie zostać nazwanym zdrajcą narodu?

– A mówiła mi mama: „Znasz tych Polaków, oni nienawidzą Rosjan, będą cię pytać o Putina, ty zaczniesz na niego psioczyć, a oni będą się cieszyć, że Rosja taka zła”.

Ale ja mam zupełnie inne doświadczenia. Na moje spotkania autorskie w Warszawie przychodzi więcej ludzi niż w Moskwie. I jeśli tylko nie powiem, że Stalin był dobry, dogadujemy się super. Bo wy myślicie, że każdy Rosjanin ma jego ołtarzyk – więc jak widzicie kogoś, kto przyznaje, że Stalin był krwawym dyktatorem, od razu go kochacie. Nawet ci sceptyczni, co to podchodzą i mówią: „Ale wy zrobiliście to i to, że Katyń, że Ukraina…”.

Ja im wtedy mówię: „Macie rację, to było ludobójstwo, to była inwazja”, i nagle widzę szeroki uśmiech, i słyszę, że za komuny przecież nie było tylko źle, w końcu jesteśmy braćmi, i czy pamiętam ten świetny radziecki serial… Wystarczy przyznać się do błędów i zaraz pojawiają się dobre emocje.

Ale większość Rosjan uważa, że Polacy nas nienawidzą.

Tak, zdążyłam zauważyć.

– Właśnie. I to jest stygmat. Oni nas nienawidzą, więc my ich nie lubimy. Bo – przynajmniej przez ostatnie sto lat – nie mamy powodów, żeby nie lubić Polaków. Wy macie, ale my nie bardzo.

A macie przecież święto państwowe, całkiem świeże, upamiętniające wyrzucenie Polaków z Kremla.

– Tak, ale to fałszywka. Żyjemy w kulturze, w systemie politycznym podróbek. Dawniej mieliśmy święto narodowe 7 listopada – święto rewolucji październikowej – które utrzymało się przez pierwszych 20 lat po transformacji. Tyle że co roku wykorzystywali je komuniści do własnej propagandy. Był to dzień pamięci, nostalgii za ZSRR oraz ataków na nową władzę. Putinowska administracja odkurzyła więc stare podręczniki i dowiedziała się z nich, że 4 listopada wyrzuciliśmy Polaków z Kremla. No i tak zamiast dnia rewolucji mamy Dzień Jedności Narodowej, dawno zapomnianą rocznicę wydarzenia, które nikogo, ale to nikogo nie obchodzi.

Film „1612”- mity nowej Rosji

Szczerze, my to traktujemy jako komplement. Przynajmniej zostaliśmy zauważeni.

– (śmiech) Co zabawniejsze, dzień, który miał być podstawą nowej, już nie sowieckiej, ale rosyjskiej tożsamości, został wbrew intencjom Kremla przejęty przez nacjonalistów. 4 listopada mamy więc marsze narodowców, które nie mają nic wspólnego z Polakami, tylko z imigrantami z Kaukazu, a teraz z wojną na Ukrainie.

Tak to już jest: Kreml spróbował sfabrykować łączącą ludzi ideologię i nie wyszło.

I nic dziwnego. Cyniczni biznesmeni, którzy dorwali się do władzy i teraz jej nie oddadzą, bo dzięki niej robią, co chcą, i kradną, ile mogą, zwyczajnie nie są do tego zdolni. Podobnie jak polityczni konsultanci, którzy są dobrzy jedynie w propagandzie i manipulowaniu wyborami.Żeby stworzyć nową wiarę, sam musisz w coś wierzyć. A ludzie rządzący tym systemem nie mają żadnych poglądów i żadnych opinii. Ich ideologią jest utrzymanie się u steru.

Popularność Putina ma też wynikać z tego, że „podniósł Rosję z kolan” po latach 90., które dla wielu Rosjan wciąż są traumą. Zgodzisz się?

– Lata 90. były szokiem po stabilności systemu komunistycznego. ZSRR upadł, gospodarka była sparaliżowana, ludzie potracili oszczędności życia. Początek lat 90. to gigantyczne kolejki po mleko i chleb.

W miastach ludzie przetrwali tylko dzięki pomocy krewnych na wsi – moja rodzina na przykład wysyłała nam pociągiem worki ziemniaków – albo uprawiając ogródki. Inaczej umarliby z głodu. Dorzuć do tego wojny gangów i brak świateł na ulicach, a masz obraz totalnego chaosu. A jednocześnie telewizja była pełna liberalnej propagandy: wreszcie mamy wolność i demokrację, cieszmy się.

Tyle że przez to dziś ludziom wolność i demokracja kojarzą się właśnie z biedą, chaosem i niestabilnością, nie z dobrobytem i samodzielnym myśleniem. I jest to bardzo silne skojarzenie.

Stąd też się wzięła putinowska konserwatywna reakcja i jej popularność. Tyle że Putin nigdy nie powiedział, że w Rosji panuje system autorytarny. Cały czas powtarza, że jesteśmy wolnym i demokratycznym krajem.

Ale to trochę inna wolność i demokracja. Taka „demokracja, ale”.

– O tak. Niewątpliwie. Demokracja, ale na naszą modłę. Rosyjską modłę. Demokracja suwerenna, jak to ujął Władisław Surkow, jeden z ideologów obecnego reżimu.

Ale moim zdaniem Rosja może się stać krajem prawdziwie demokratycznym, tyle że wymagałoby to zmiany pokoleniowej. Jak z wyprowadzeniem Żydów z Egiptu – sukinsyn Mojżesz nigdy im nie powiedział: „Koledzy i koleżanki, nie dojdziecie do ziemi obiecanej, wszyscy umrzecie po drodze”. Nie, zamiast tego stwierdził: „To idziemy”, i przez pieprzone 40 lat łazili w kółko, aż wymarli wszyscy ci, którzy doświadczyli niewolnictwa. Bo Mojżesz potrzebował nowego, wolnego pokolenia. Tak jak my. Potrzebujemy pokolenia urodzonego w wolnym i demokratycznym systemie.

No, ale to błędne koło. Żeby stworzyć system demokratyczny, potrzebujecie pokolenia urodzonego w systemie demokratycznym.

– Nie mówię, że to będzie łatwe.

Rosyjski filozof Nikołaj Bierdiajew w ubiegłym wieku sformułował jeden z ważniejszych rosyjskich dylematów: dla Rosji przekleństwem i błogosławieństwem jednocześnie jest jej rozmiar. Dzięki niemu jest tak nieprawdopodobnie bogata, może sobie pozwolić na wszystko, jej zasoby są niewyczerpane. Ale też nie da rady bez knuta rządzić jej niezmierzonymi przestrzeniami, bo rozpadnie się na mniejsze części. Państwo, by było skuteczne, musi być policyjne. I nawet największy demokrata, największy idealista, gdy przejmie władzę, zaczyna być despotą, bo uznaje, że tak wielki kraj jednak nie może być rządzony demokratycznie.

Czy to się kiedyś zmieni? Nie mam pojęcia. Rosja to trudny kraj.

„Umysłem Rosji nie zrozumiesz”?

– O tak. Rossija nie paniat’ umom, w Rossii możno tolko wierit’. You can only believe in this shit.

Książki Dmitrija Głuchowskiego w formie elektronicznej są dostępne tutaj >>

 

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Zobacz, jak poradził sobie Marcin Czarnik z interpretacją wiersza „Katachreza” Krzysztofa Siwczyka! Poza tym, Małgorzata Minta zaprasza na mus z wędzonego pstrąga z pesto, rukwi i liści rzodkiewki w restauracji „Opasły Tom”. Przybliżamy również sylwetkę Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2005-2010, Lecha Kaczyńskiego.

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Władysław Bartoszewski, 1922-2015
Był budowniczym mostów: między Polakami i Żydami, Polakami i Niemcami, światem inteligencji katolickiej i laickiej

Lech Kaczyński. Pan od historii
Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda mianował się następcą Lecha Kaczyńskiego. On i jego partia ślubowali wierność ideom zmarłego prezydenta. Jak się one mają do dzisiejszej rzeczywistości?

Rosja – kraj, który się boi myśleć o jutrze. Rozmowa z Dmitrijem Głuchowskim
Klasa średnia w Rosji nie ma ani energii, ani siły, żeby poświęcać się dla zmian. Nie będę jej za to potępiał: sam wolę jechać do Stanów niż na Syberię

Kości walą o bruk getta. Po wypowiedzi szefa FBI
Mam nadzieję, że ktoś każe szefowi FBI obejrzeć sto razy mój film o Janie Karskim informującym władców świata o Holocauście, o ich milczeniu i zaniechaniu. Ze Sławomirem Grünbergiem rozmawia Paweł Smoleński

Sorry, takie mamy społeczeństwo. Po wywiadzie z Grzegorzem Braunem
Czy wolno dawać trybunę komuś, kto twierdzi, że „Polska i cała Europa Środkowa stają się kondominium niemiecko-rosyjskim pod powierniczym zarządem żydowskim”, i chce rozstrzeliwać dziennikarzy jako „zdrajców i sprzedawczyków”?

Święta Teresa. Squatterka boża
„Kobieta niespokojna i krnąbrna” – pisał o niej nuncjusz papieski. Odpowiadała: „Czarni dewoci, niszczyciele żon Chrystusa”

Eskimos wiesza się w szafie
Leżą płytko, przykryci kamieniami, bo tu tylko skała i wieczna zmarzlina. Dzieci, gdy podrosną, przynoszą im ulubione zabawki

Dlaczego fascynuje nas „House of Cards”
Polityk nie kłamie. On zmienia parametry obietnicy. Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Izabella Cywińska: Zawsze byłam szefem
Zostałam dyrektorem Ateneum, bo chciałam jeszcze jednej cudownej przygody z teatrem i za bardzo uwierzyłam w swoją moc. Ale okazało się, że jestem intruzem, który zaburza ekosystem. Z Izabellą Cywińską, reżyserem, rozmawia Aleksandra Pezda

Motocykliści. Wiatr we włosach w średnim wieku
Dla jednych to fotel na szybkich kółkach, inni po prostu pędzą jak najszybciej przed siebie. Kiedy spadają, natychmiast wspinają się z powrotem, bo nic innego nie daje im się poczuć tak wyjątkowo

Wyborcza.pl

Szef rosyjskiego MON do Nocnych Wilków: Rajd przez Polskę trzeba zrobić czołgami

apa, 25.04.2015
Siergiej Szojgu, szef rosyjskiego Ministerstwa Obrony Narodowej

Siergiej Szojgu, szef rosyjskiego Ministerstwa Obrony Narodowej (Artem Zhitenev / RIA Novosti/EAST NEWS)

„Rajd przez Polskę trzeba zrobić czołgami. Nocne wilki – życzę wam powodzenia” – wpis o takiej treści pojawił się na Twitterze Siergieja Szojgu, rosyjskiego ministra obrony.
Konto, na którym Siergiej Szojgu umieścił swój wpis podpisane jest jako „nieoficjalny blog” . Jest jednak niezwykle popularne – obserwuje je 15,5 tysiąca osób.szojgu

O tym, że profil należy do szefa rosyjskiego resortu obrony świadczy to, że treści pojawiające się na tym profilu publikuje oficjalne konto Ministerstwa Obrony Rosji na Twitterze. Tymczasem pod profilem Szojgu widnieje podpis, że jest to jego „nieoficjalny blog” – podaje „Rzeczpospolita.

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s