SKOK (25.04.2015)

 

Ile wolności słowa w wolności słowa. Po wywiadzie z Grzegorzem Braunem

Michał Danielewski, 25.04.2015
Grzegorz Braun

Grzegorz Braun (Fot. Maciej Świerczyński / AG)

Problem nie w tym, że faszysta dostaje głos w liberalnym radiu, ale w tym, że nie ma w kraju dziennikarza, który potrafiłby go rozjechać
Szok! Groza! Nie do wiary! Na Radio TOK FM sypią się gromy za emisję rozmowy z Grzegorzem Braunem, kandydatem na prezydenta, którego znakiem rozpoznawczym są żydożercze fobie i najbardziej absurdalne teorie spiskowe od Odry po Bug. Należące do Agory radio stało się łatwym celem na własne życzenie, bo dziennikarze w rozmowie z Braunem polegli: z uprzejmą obojętnością pozwolili mu na wygłaszanie przeraźliwych głupot. Ale nim zaczniemy śpiewać w potępieńczym chórze, spróbujmy odpowiedzieć na jedno pytanie: czy rozmowa z Braunem to w polskich mediach wyjątek, czy reguła?

Grzegorz Braun w TOK FM.

Nim to zrobimy, chwyćmy się poręcznej metafory. W „Dziennikach” Witolda Gombrowicza znajdziemy uroczą anegdotę.

Słoneczne popołudnie na stadionie drużyny River Plate. Kibice w oczekiwaniu na mecz obserwują balonik podbijany dłońmi publiczności. „Balonik? Wszyscy widzą, że nie balonik, a prezerwatywa (…) i tłum wielotysięczny wpił się wzrokiem w ten fruwający skandal, tak straszliwie widoczny, tak rażący!” – opisuje Gombrowicz. Ale choć wszyscy widzieli, nikt nie pisnął słowem. A gdy jeden śmiałek przekłuł prezerwatywę, wściekli widzowie rzucili się za nim w pogoń.

Tak samo my wpatrujemy się w programy telewizji informacyjnych, wsłuchujemy w audycje rozgłośni radiowych i udajemy, że to wciąż dziennikarstwo. Choć wszyscy widzimy „skandal tak straszliwie widoczny”, śledzimy kolejne kuriozalne rozmowy serdecznie ubawieni. A gdy w końcu ktoś, choćby niechcący, ten balonik przekłuje, rzucamy się za nim w rytualny pościg.

Elegancki stojak na mikrofon

Odpowiedź na pytanie, dlaczego politycy, nieudaczni eksperci, szaleńcy i pospolici idioci tak lgną do radia i telewizji, jest prosta: nikt nie zadaje im tam trudnych pytań. Codziennie jesteśmy bombardowani stekiem obraźliwych głupot, przy których rozmowa z Braunem jawi się jako niszowy incydent w systemie napędzanym przez pieniądze z reklam, badania focusowe i oglądalność.

Kiedy na początku lat 80. Henry Kissinger i Gerald Ford, były sekretarz stanu i prezydent USA, wzięli udział w epizodzie serialu „Dynastia”, w amerykańskich mediach uznano to za kuriozum. Dziś w polskich środkach przekazu format opery mydlanej – wciąż ci sami bohaterowie wygłaszający coraz bardziej absurdalne kwestie – to format obowiązujący.

Tzw. poważne dyskusje wyglądają następująco:

Ksiądz Dariusz Oko co tydzień pojawia się w telewizorach kilku milionów widzów, wygadując haniebne głupoty na temat etyki, in vitro i homoseksualistów. Swoje brednie wygłasza swobodnie i bez żadnej merytorycznej kontry, nie licząc krzywej miny prowadzących.

Politolog Marek Migalski, odkąd przestał być nieudolnym politykiem, znów został mylącym się bez ustanku telewizyjnym ekspertem.

W programach o gospodarce eksperci od jednej sztancy opowiadają banialuki o rekordowo wysokich polskich podatkach.

Najpopularniejsze radio nad Wisłą robi pełną zrozumienia rozmowę z niejakim Leszkiem Szymkowskim, autorem homofobicznej książki o „gej-kaidzie” i autorem „śledztwa” o „zamachu smoleńskim”.

Portal popularnej telewizji informacyjnej zamieszcza w dniu śmierci niemal tysiąca emigrantów na Morzu Śródziemnym szczujący materiał na temat przybyszów z Afryki, po czym akceptuje dziesiątki rasistowskich komentarzy.

Wszystko bez jakiejkolwiek reakcji. Wpatrujemy się w niebo, obserwując malowniczy balonik, i nikt nie puści pary z ust, że to nadmuchana prezerwatywa. Lobbyści w najlepsze odgrywają role niezależnych komentatorów, idioci – mężów stanu.

Ale najbardziej popisową rolę mają dziennikarze. Nasze medialne gwiazdy, wiecznie nieprzygotowane, drżące przed wejściem w merytoryczną debatę, leniwe, poczciwe i klepane po plecach, są reprezentacyjnymi stojakami na mikrofon.

Bęcwał pod kloszem

Rzecz jasna migający obrazkami infotainment, który wypycha na margines szachujące wiedzą dziennikarstwo, to nie jest polski wynalazek. Zastąpienie prawdziwej debaty monologami, sterowanymi dyskusjami na forach i umówionymi wcześniej pytaniami tzw. youtuberów stają się standardem od autorytarnej Rosji przez Europę Zachodnią po Stany Zjednoczone. Wymienienie zaangażowanych i przygotowanych merytorycznie dziennikarzy na kukiełki zależne od internetowych odsłon jest w interesie tak autokratów, jak wielkich korporacji.

Nie bez powodu głośna kilka lat temu książka „On wrócił” Timo Vermesa bezlitośnie wykpiwała bezradność głupawych i bezbronnych liberalnych mediów wobec cudownie wskrzeszonego w 2011 roku Adolfa Hitlera. W powieści Hitler dzięki swym retorycznym umiejętnościom stał się największą gwiazdą niemieckiego talk show. Powód? Prosty. Nikt inny nie miał nic ciekawego do powiedzenia.

Również w Polsce dziennikarze panicznie boją się wszelkich politycznych afiliacji, wyrazistych sądów, jasnych deklaracji. Wolą uciekać w rytualne pytania, niedopowiedzenia, mruganie okiem, strojenie min.

A to z kolei kastruje dyskurs. Każdy pogląd uśrednia i każdemu daje się wypowiedzieć w formie sporadycznie przerywanego banalnymi zaczepkami monologu. Tymczasem Brytyjczyk może spodziewać się, że jeśli polityk szczujący na emigrantów albo zaprzeczający globalnemu ociepleniu trafi w ręce perfekcyjnie przygotowanego Stephena Sackura z programu „Hard Talk” produkowanego przez BBC, nie wyjdzie ze studia o własnych siłach. Nawet w tak zdziczałej medialnej przestrzeni jak Stany Zjednoczone wiadomo, że kiedy republikanin trafi do programu telewizyjnego Rachel Maddow z MSNBC, zostanie merytorycznie oraz ideologicznie przemaglowany.

W Polsce takich programów nie ma. Politycy przyjeżdżają do telewizji jak na wakacje, a media to dla nich biura podróży z ofertą all inclusive: wygoda, bezpieczeństwo, makijaż, szklanka wody. Ostatnio skorzystał na tym Grzegorz Braun.

Ale to nie on jest problemem. Jest nim komfort codziennego i bezkarnego wygadywania głupot przez dyżurnych imbecyli. Jest nim chroniczny brak reakcji i przygotowania ludzi, którzy przedstawiają się jako nasi przedstawiciele. I to, że przyzwyczajeni do życia w cyrku potrafimy już tylko krzyczeć: „Wyżej, wyżej!”. Oduczyliśmy się pytać: „Po co?”.

Polecamy wideo Magazynu Świątecznego
Zobacz, jak poradził sobie Marcin Czarnik z interpretacją wiersza „Katachreza” Krzysztofa Siwczyka! Poza tym, Małgorzata Minta zaprasza na mus z wędzonego pstrąga z pesto, rukwi i liści rzodkiewki w restauracji „Opasły Tom”. Przybliżamy również sylwetkę Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w latach 2005-2010, Lecha Kaczyńskiego.

Wyborcza.pl

Ostatni wywiad z Władysławem Bartoszewskim: Jak komuś pomagałem, nie pytałem o poglądy. Pomagałem ginącemu człowiekowi, nie poglądom

Anna Bikont, 25.04.2015
Prof. Bartoszewski:

Prof. Bartoszewski: „Pomagałem ginącemu człowiekowi, nie poglądom” (Małgorzata Kujawka / AG)

Jak słyszę te rozmowy, ile było Żydów w UB, to mówię: Nie wiem, ilu ich było, wiem, że mnie sądziło trzech sędziów wojskowych, sami pszenno-buraczani Prawdziwi Polacy, a bronił mnie Zygmunt Gross. Nie dla wszystkich prawdziwy Polak bo miał pochodzenie żydowskie – mówił jeszcze w piątek rano Władysław Bartoszewski w ostatnim wywiadzie z Anną Bikont
Byliśmy umówieni w jego gabinecie w Urzędzie Rady Ministrów na rozmowę do mojej książki o ukrywaniu się żydowskich dzieci pod opieką Żegoty. W piątek 24 kwietnia godz. o 10 rano.Był w świetnej formie. Raz jeden narzekał. Na lekarza. Nie pozwala mu jechać do Izraela w czerwcu. „Mam skoki ciśnienia do 200 i samolot nie jest na to ponoć dobry, mogłoby się skończyć wylewem. Do Stanów to już zupełnie nie mogę jechać. Z podróży został mi pociąg do Berlina”.

Wspominaliśmy wyjazd do Izraela, gdzie towarzyszyłam mu jako dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Przypomniałam mu rozmowę, jaką miał w kibucu Bojowników Getta z głównym rabinem Izraela, dziś nieżyjącym Izraelem Lauem. Rabin nie miał w zwyczaju mówić po polsku. Minister Bartoszewski zwrócił się do niego: „Nie mówię po angielsku, więc mamy dwa wspólne języki, niemiecki i polski. Oczywiście, jeżeli rabin woli mówić ze mną po niemiecku, proszę bardzo”.

Śmieliśmy się razem z tej sztuczki. Bartoszewski miał potężny głos i potężny śmiech.

Miałam szczegółowe pytania, typu: czy coś wie o wpadce w pralni na Brackiej w listopadzie 1943 r. Zawsze można było liczyć na jego fenomenalną pamięć. Problemem było tylko, jak wstrzelić się ze swoimi pytaniami. Bartoszewski, jak zaczynał mówić, to mówił. Miał piękną skłonność do dygresji, wiele z nich po linii powinowactw rodzinnych, tak że jeszcze przed chwilą byliśmy w czasie wojny i przy Żegocie, a tu profesor już pędzi do opowieści o czasach przedwojennych, bo ojciec tego działacza był szwagrem żony secundo voto wybitnego krakowskiego społecznika .

Po dwóch godzinach skończył mówić. Był, jak zawsze, w ferworze działań. „Przygotowuję spotkanie naszych wszystkich ministrów z wszystkimi ministrami Niemiec, musze nad tym popracować, tak że przepraszam koleżankę” – skończył. Uwielbiałam ten zwrot. Już nigdy nikt się do mnie nie zwróci w tak przedwojennej formie „Jak koleżanka wie .”

Publikujemy fragment tego piątkowego wywiadu, który w całości ukaże się w poniedziałkowym wydaniu „Gazety Wyborczej”

Władysław Bartoszewski: – Chciałbym najpierw zwrócić uwagę na jedno, co jest bardzo dla mnie ważne moralnie, historycznie i politycznie. Żegota była bezprecedensową formą braterskiego, zaufanego i solidarnego działania Polaków i Żydów w jednej organizacji, która nie była polska, ani żydowska, była polsko-żydowska. Ja byłem w szczególnej komitywie z Leonem Feinerem, wiceprzewodniczącym Żegoty z ramienia Bundu. Do korespondencji z Londynem wybrał sobie pseudonim Berezowski, bo był przed wojną więźniem politycznym w Berezie. Typ szlagona, z siwym wąsem. Spacerowaliśmy po Żoliborzu, i on mówił do mnie: „Pan mnie naraża swoim wyglądem”. Byłem bardzo chudy, o wyrazistych rysach, legitymowali mnie na ulicy sprawdzając papiery. Miałem częste kontakty z Adolfem Bermanem, sekretarzem Żegoty delegowanym przez organizacje syjonistyczne od lewicy do centrum.

Anna Bikont: – Któremu zarzucano, że z tych pieniędzy wspiera PPR

– Słyszałem te zarzuty wobec Żegoty, że pomagała komunistom żydowskim. Ja nigdy w życiu nikogo nie zapytałem, jak komuś pomagałem, o jego poglądy. A co mnie to obchodzi? Czy ja pomagam poglądom, czy ginącemu człowiekowi? To tak jakbym był w okopach i miał z kolegą trudne zadanie do wykonania i powiedział: z tobą nie idę, bo ty nie jesteś gojem.

To samo jak się zarzuca AK, że była antysemicka. To ja się pytam: która AK? Byli tacy i byli tacy. Ja współpracowałem z Biurem Informacji i Propagandy AK. Kierownikiem Wydziału Informacji był Jerzy Makowiecki „Tomasz”, polski patriota, który był w rozumieniu ustawodawstwa hitlerowskiego pół Żydem, a jego żona była całą Żydówką. Moją koleżanką z BIP była Hanna Szumańska, córka wybitnego adwokata, obrońcy w sprawach politycznych Wacława Szumańskiego, a też późniejsza matka Janka Grossa. Wyszła za Zygmunta Grossa, dużo od siebie starszego krakowskiego inteligenta. Jak słyszę te rozmowy, ile było Żydów w UB, to mówię: Nie wiem, ilu ich było, wiem, że mnie sądziło trzech sędziów wojskowych, sami pszenno-buraczani Prawdziwi Polacy, a bronił mnie Zygmunt Gross. Nie dla wszystkich prawdziwy Polak, bo miał pochodzenie żydowskie.

To przecież obłęd, tylko jacyś dewianci mogą tak myśleć. Zygmunt Gross przeżył wojnę na aryjskich papierach na Żoliborzu, gdzie ja też mieszkałem i gdzie przetrwało wiele osób: Kazimierz Brandys, przez jakiś czas Mieczysław Jastrun, Adolf Rudnicki…

A jakby cała Polska była Żoliborzem, to ile panie profesorze więcej Żydów by przeżyło wojnę?

– To jest pytanie o rolę elit. Ja się w tym troszkę pogubiłem, bo wydawało mi się długo, chciałem tak ufać, że mój naród jest lepszy od wielu innych. Choćby dlatego, że był bardzo doświadczony. Nie bardzo miałem też czas się rozejrzeć, już w wieku dokładnie osiemnastu lat i siedmiu miesięcy byłem w Auschwitz.

>> Cały wywiad Anny Bikont z prof. Władysławem Bartoszewskim w poniedziałkowej „Gazecie Wyborczej”

Zobacz także

wyborcza.pl

Leszek Miller w Opolu: SLD nie wycofa poparcia dla Magdaleny Ogórek [WIDEO]

pig, 25.04.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,75248,17813851,video.html?embed=0&autoplay=1
– Wszelkie pogłoski o rzekomym konflikcie pomiędzy SLD a naszą kandydatką na prezydenta są próbą osłabienia Magdaleny Ogórek i przeciągnięcia jej wyborców na rzecz Bronisława Komorowskiego – mówił Leszek Miller, przewodniczący Sojuszu, podczas wizyty w Opolu. Zakaz wjazdu do Polski dla rosyjskiej grupy motocyklistów Nocne Wilki nazwał żenującym dowodem na słabość państwa.
Miller spotkał się z działaczami Sojuszu, by porozmawiać na temat działań na ostatnie dwa tygodnie kampanii na prezydenta RP, a także by podyskutować o możliwościach otwarcia list partii na innych partnerów. – Aby listy te były jak najmocniejsze – podkreślał.Przewodniczący SLD zaznaczył jednak, że nie było dyskusji na temat tego, kto miałby zajmować pierwsze miejsce na liście SLD na Opolszczyźnie oraz komu przyporządkowane byłyby inne numery. Pamiętajmy, że gra o pierwsze miejsce na liście toczy się pomiędzy posłem Tomaszem Garbowskim, od kilku miesięcy stojącym na czele struktur partii w Opolu, a Piotrem Woźniakiem, który przewodzi Sojuszowi w województwie, a który rolę tę objął niemalże trzy lata temu kosztem Garbowskiego właśnie.Miller: Nie wycofamy poparcia dla Ogórek

– Nie jest prawdą, że jest jakiś konflikt pomiędzy SLD a naszą kandydatką na prezydenta RP. Wszelkie informacje na ten temat pochodzą ze środowisk, które za wszelką cenę dążą do tego, by Bronisław Komorowski wygrał wybory w pierwszej turze. Środowiska te uważają, że w ten sposób odbiorą głosy Magdalenie Ogórek właśnie na rzecz pana Komorowskiego – przekonywał Leszek Miller.

Miller przypomniał, że Platforma wciąż ma traumę wyborów prezydenckich sprzed blisko 10 lat, kiedy to Donald Tusk wygrał przekonywająco w pierwszej turze, ale w drugiej poniósł porażkę z Lechem Kaczyńskim. – Powtórka tego scenariusza to senny koszmar Platformy. Stąd te paskudne zabiegi ze strony środowisk popierających obecnego prezydenta. Przeczuwam, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni natkniemy się jeszcze na niejedno kłamstwo i niejedną manipulację – podkreślał.

– Dlatego chcę jednoznacznie podkreślić, że Sojusz nie wycofa poparcia dla Magdaleny Ogórek, a wszelkie kwestie finansowe związane z jej kampanią zostały wyjaśnione i uregulowane. Jej sztab otrzymuje pieniądze. Nie jest tajemnicą, że nie mamy tyle, co sztaby PO i PiS. Na kampanię mamy około miliona złotych, czyli tyle, ile kosztowały dwa Bronkobusy kawalkadą kursujące po Polsce. A jeśli ktoś myśli, że Magdalena Ogórek wycofa się ze startu, by zrobić prezent panu Komorowskiemu, to jest w poważnym błędzie – stwierdził lider SLD.

Jednocześnie Miller przekonywał, że Magdalena Ogórek nie jest zamknięta w klatce i że kandydatka SLD na prezydenta RP wcale nie stroni od wyborców. Dowodem na to ma być fakt, że chętnie pozuje do zdjęć z ludźmi spotykanymi na ulicach.

„Zakaz wjazdu? Żenada i paranoja”

Na konferencji w siedzibie wojewódzkiej SLD przewodniczący tej partii odniósł się również do kwestii zakazu wjazdu do Polski dla rosyjskiej grupy motocyklowej Nocne Wilki, która urządza sobie rajd Moskwa-Berlin.

– Jako obywatel czuję się zażenowany decyzją polskich władz. Bo najwyraźniej władze tego kraju czują się tak słabe, że boją się wjazdu do Polski grupki rosyjskich motocyklistów, tak jakby to była dywizja pancerna, która zbliża się do naszych granic. To jest śmieszne i żenujące, to paranoja polityczna – stwierdził Leszek Miller.

Zdaniem przewodniczącego SLD to właśnie takie działania, a także próba militarnego, a nie dyplomatycznego rozwiązania konfliktu pomiędzy Ukrainą i Rosją sprawiają, że Polska nie pełni już roli lidera politycznego tej części Europy. – Inni się od nas odwracają, więc głos Polski słabnie. Pragnę przypomnieć, że było inaczej, gdy negocjowaliśmy wejście do Unii Europejskiej 10 państw z Polską na czele – powiedział Miller.

„Garbowski na pewno zostałby prezydentem Opola”

Na konferencji Leszek Miller był też pytany o to, czy partia w jakikolwiek sposób próbowała wewnętrznie wyjaśnić, jak doszło do nieprawidłowości, wskutek których SLD nie wystawiło swojego kandydata na prezydenta Opola. Przypomnijmy, że zakwestionowano autentyczność podpisów na listach poparcia dla kandydatów na radnych, nie zarejestrowano ich w trzech z pięciu okręgów w mieście, przez co Tomasz Garbowski nie mógł wystartować w wyborach. Sprawę podpisów do tej pory bada prokuratura.

– Jeśli chodzi o wybory samorządowe, to żałuję, że pan Garbowski nie został prezydentem Opola. Bo jestem przekonany, że gdyby wystartował, to piastowałby teraz tę zaszczytną funkcję. Wszystkie okoliczności muszą być wyjaśnione, ale nie wchodźmy w kompetencje prokuratury – stwierdził.

Piotr Woźniak oraz Tomasz Garbowski podkreślali, że sprawa tego, jak doszło do nieprawidłowości przy zbieraniu podpisów była i jest analizowana, ale konkretów w tej sprawie zabrakło.

Zobacz także

opole.gazeta.pl

Władysław Bartoszewski nie żyje. Pogrzeb profesora odbędzie się 4 maja

jagor, PAP, 25.04.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,114871,17814117,video.html?embed=0&autoplay=1
Pogrzeb Władysława Bartoszewskiego odbędzie się w 4 maja – powiedziała Małgorzata Kidawa-Błońska. Rzeczniczka rządu poinformowała, że w poniedziałek w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zostanie wystawiona księga kondolencyjna.

Pogrzeb Władysława Bartoszewskiego odbędzie się 4 maja w Archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Potem na warszawskich Powązkach Wojskowych odbędzie się ceremonia pogrzebowa.

– W poniedziałek w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w gabinecie prof. Bartoszewskiego zostanie wystawiona księga kondolencyjna – powiedziała rzeczniczka rządu.

W najbliższy poniedziałek w czasie polsko-niemieckich konsultacji międzyrządowych premier Ewa Kopacz odczyta treść wystąpienia Władysława Bartoszewskiego. Przemówienie profesora miało zakończyć zaplanowane na poniedziałek spotkanie.

„Proszę dać mi znać, pani Ewo, żebym nie zanudził”

– Pamiętam nasze ostatnie spotkanie w minioną środę, kiedy jechaliśmy na obchody 25. rocznicy odnowienia stosunków polsko-izraelskich – powiedziała szefowa rządu. – Wtedy przez całą drogę z KPRM na uniwersytet mówił tylko o jednym – o przygotowaniu konsultacji międzyrządowych z Niemcami, które odbędą się w poniedziałek. Mówił o swoim wystąpieniu. Nawet żartował: „gdybym mówił zbyt długo, proszę dać mi znać, pani Ewo, żebym nie zanudził”. Wiem, że podczas tych konsultacji pan profesor byłby z nami. Odczytamy jego wystąpienie – wspominała premier Kopacz.

Merkel: Zamiast obmyślać zemstę, kontynuował niewzruszenie walkę o pojednanie

W sobotę w liście kondolencyjnym do premier RP Ewy Kopacz kanclerz Niemiec Angela Merkel napisała, że Władysław Bartoszewski był „niezłomnym bojownikiem o wolność i pojednanie” człowiekiem dalekowzrocznym i odważnym, łączącym intelekt i czyn. Jak zaznaczyła szefowa niemieckiego rządu, te cechy charakteru Bartoszewskiego widoczne były w latach oporu przeciwko Niemcom w czasach narodowego socjalizmu, gdy po zwolnieniu z obozu koncentracyjnego Auschwitz uczestniczył w powstaniu warszawskim. „Zamiast – w obliczu niezmierzonych cierpień – zwątpić w (sens) życia, stać się zgorzkniałym lub obmyślać zemstę, Bartoszewski kontynuował niewzruszenie walkę o wolność i pojednanie” – czytamy w liście urzędu kanclerskiego.

Władysław Bartoszewski – pełnomocnik premiera ds. dialogu międzynarodowego, więzień Auschwitz, żołnierz AK, historyk i dwukrotnie minister spraw zagranicznych – zmarł w piątek wieczorem w wieku 93 lat. Wcześniej tego dnia w ciężkim stanie trafił do szpitala MSWiA w Warszawie.

Zobacz także

gazeta.pl

Jarosław Marek Rymkiewicz nie przyjmie 100 tys. zł nagrody. Dlatego, że jej patronką jest Hanna Gronkiewicz-Waltz

Jarosław Marek Rymkiewicz odmówił przyjęcia nagrody.
Jarosław Marek Rymkiewicz odmówił przyjęcia nagrody. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Ta nagroda jest przyznawana przez miasto, którym rządzi Hanna Gronkiewicz-Waltz. Z tego powodu nie mogłem jej przyjąć – tłumaczył pisarz w Telewizji Republika.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy jest przyznawana ponownie od 2008 roku, jednak jej korzenie sięgają głębiej w przeszłość, bo do 1926 roku. Jej laureatami byli m.in. Leopold Staff, Pola Gojawiczyńska czy Tadeusz Boy-Żeleński.

Jarosław Marek Rymkiewicz miał zostać uhonorowany za całokształt twórczości, w kategorii „Warszawski Twórca”.

ANDRZEJ MAKOWIECKI, PRZEWODNICZĄCY JURY NAGRODY LITERACKIEJ PODCZAS GALI W BIBLIOTECE NARODOWEJ

Jury zdecydowało, że w tym roku tytuł Warszawskiego Twórcy i 100 tys. zł. przypadnie Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Pisarz, zawiadomiony o tym przeze mnie, oświadczył, że odmawia przyjęcia tej nagrody i dodał, że pragnie się powstrzymać od wyjaśniania tej odmowy. Jury deklaruje pełne poszanowanie deklaracji pisarza i nie zamierza komentować tej sytuacji.

Zadecydowano, że 100 tys. zł. zostanie przeznaczone na stypendia dla młodych literatów. Z kolei sam autor wyjaśnił przyczyny swojej odmowy w Telewizji Republika.

JAROSŁAW MAREK RYMKIEWICZ W TELEWIZJI REPUBLIKA

Wypisuję się z tego państwa, to nie jest moje państwo, nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Nadal są dwie Polski, bardzo chciałbym dożyć tej Polski, która nam się marzy.

Nagrody zostały przyznane także m.in. Andrzejowi Stasiukowi, poetce Urszuli Kozioł.

naTemat.pl

Szef rosyjskiego MON do Nocnych Wilków: Rajd przez Polskę trzeba zrobić czołgami

apa, 25.04.2015
Siergiej Szojgu, szef rosyjskiego Ministerstwa Obrony Narodowej

Siergiej Szojgu, szef rosyjskiego Ministerstwa Obrony Narodowej (Artem Zhitenev / RIA Novosti/EAST NEWS)

„Rajd przez Polskę trzeba zrobić czołgami. Nocne wilki – życzę wam powodzenia” – wpis o takiej treści pojawił się na Twitterze Siergieja Szojgu, rosyjskiego ministra obrony.
Konto, na którym Siergiej Szojgu umieścił swój wpis podpisane jest jako „nieoficjalny blog” . Jest jednak niezwykle popularne – obserwuje je 15,5 tysiąca osób.O tym, że profil należy do szefa rosyjskiego resortu obrony świadczy to, że treści pojawiające się na tym profilu publikuje oficjalne konto Ministerstwa Obrony Rosji na Twitterze. Tymczasem pod profilem Szojgu widnieje podpis, że jest to jego „nieoficjalny blog” – podaje „Rzeczpospolita.

wyborcza.pl

 

Jak wypływały miliony ze SKOK Wołomin

Mariusz Jałoszewski, 25.04.2015
Wyłudzenia ze SKOK Wołomin zaczęły się co najmniej w 2009 r. Wiedział<br /><br /><br /><br /><br />
o nich prezes Kasy Mariusz G. Akceptował je, bo na tym zarabiał

Wyłudzenia ze SKOK Wołomin zaczęły się co najmniej w 2009 r. Wiedział o nich prezes Kasy Mariusz G. Akceptował je, bo na tym zarabiał (TOMASZ RADZIK)

Pod siedzibę SKOK Wołomin zwożono autobusami bezdomnych z całej Polski. Miliony złotych z kredytów pakowano w reklamówki. W śledztwie nie ma wątku polityków.
Rozmawialiśmy z osobą znającą kulisy śledztwa, które toczy się w Gorzowie Wielkopolskim. Tamtejsza prokuratura okręgowa zajmowała się wcześniej oszustwami bankowymi na terenie zachodniej Polski. W 2013 r. miejscowa policja dostała sygnał, że w placówce banku PKO BP ktoś chce wyłudzić kredyt. Sprawę przekazano prokuraturze. Śledczy sprawdzili osoby wnioskujące o kredyt w Biurze Informacji Kredytowej i okazało się, że jedna z nich ma już 3,5 mln zł kredytu w SKOK Wołomin. Było to podejrzane, bo niedawno wyszedł z więzienia.Prokuratura zażądała dokumentów ze SKOK Wołomin i informacji o kredycie podejrzanego klienta. Ściągnięto też dokumenty z warszawskiej prokuratury z Pragi, prowadzącej śledztwo w sprawie wyłudzeń kredytów na miliony złotych ze SKOK Wołomin na słupy. – Dzięki temu uzyskaliśmy dowody, że w procederze uczestniczą też osoby z władz tej Kasy – mówi osoba znająca ustalenia gorzowskiego śledztwa.Wyłudzenia zaczęły się co najmniej od 2009 r. Piotr P., były członek organu nadzoru SKOK Wołomin, były oficer WSI, miał to wymyślić i kierować procederem. Taki ma postawiony zarzut. Jak znalazł się w Kasie, nadal nie wiadomo.O wyłudzeniach wiedział prezes Wołomina Mariusz G. Akceptował je, bo na tym zarabiał.Kredyty brały podstawione osoby, czyli słupy. Ich wynajdywaniem mieli się zajmować pośrednicy. Przy SKOK Wołomin mieli się kręcić też zwykli gangsterzy, których – według prokuratury – wynajął Piotr P. do zamachu na wiceszefa KNF Wojciecha Kwaśniaka.Kredyty udzielano na podstawie nierzetelnej dokumentacji o zarobkach oraz o nieruchomościach pod zastaw, których wartość zawyżano. – Pośrednicy wynajdywali różne działki w Polsce. Kupowali zrujnowany pałac na Mazurach, jego wartość po kilku dniach nagle rosła kilka razy. Dziś się okazuje, że to kupa gruzu – mówi nasz rozmówca.

Pośrednicy dostawali nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych prowizji. Słupy po kilka tysięcy złotych. Gdy akcja rozwinęła się na masową skalę, prowizje zmalały do kilku tysięcy dla pośredników i do 50 zł dla słupów. Nasz rozmówca: – Bezdomnych zwożono z całej Polski. Na Dworcu Centralnym czekał na nich autokar. Ubierano ich, kąpano i zawożono pod siedzibę w Wołominie. Podpisywali umowy. Pieniądze wypłacano w kasie w gotówce, od razu przejmował je pośrednik. Gdzie trafiały? Poza polski system bankowy.

Śledczy sprawdzają, czy lokowano je w rajach podatkowych, np. na Cyprze. I czy lokowano je w polskich spółkach, z którymi był związany Piotr P. Część kredytów przeznaczano na spłatę poprzednich, czyli na tzw. rolowanie. Dzięki temu SKOK Wołomin miał w porządku dokumenty finansowe, a nawet mógł się chwalić zyskami.

Prokuratura ma te informacje od osób, które poszły na współpracę.

Afera ma na razie wymiar finansowy. – Nie ma w tym śledztwie wątku politycznego. Piotra P. nie interesowała polityka, tylko pieniądze – mówi nasz rozmówca.

Śledztwo nie zakończy się szybko. Akt oskarżenia najwcześniej będzie w przyszłym roku. Były prezes Wołomina Mariusz G. nie rozmawia ze śledczymi. Twierdzi, że nic nie wiedział i nie zajmował się kredytami. Broni go znany prawnik prof. Piotr Kruszyński z UW.

Skontaktowaliśmy się z prof. Kruszyńskim oraz obrońcą Piotra P., ale powołując się na tajemnicę adwokacką, odmówili rozmowy o swoich klientach.

Piotr P. początkowo nie rozmawiał z prokuraturą. Był pewny siebie. – Gdy prowadzono go na posiedzenie w sądzie, który decydował o jego aresztowaniu, krzyknął w obecności sędziego i prokuratora: „Ja was wszystkich wyje…”. To taki typ człowieka, co pije tylko szampan Dom Perignon. Latał śmigłowcami, jeździł bentleyem, choć oficjalnie nic nie ma – śmieje się nasz rozmówca.

Ostatnio P. ponoć zaczął rozmawiać z prokuraturą. Miał opowiadać o handlu narkotykami z Ameryki Południowej. A o SKOK Wołomin mówił tyle, że ludzie oszukiwali ich na kredyty, a on budował polski kapitał.

W warszawskim sądzie trwa proces w innej sprawie, w której Piotr P. jest jednym z 11 oskarżonych. Według prokuratury w latach 90. narazili jeden z banków na 113 mln zł strat.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: