Wyciskarka (25.04.2015)

 

Czemu Wrocław wydał miliony na fotki Marilyn Monroe? „Bo przez nią doszło do przełomu 1989 r.”

Magda Piekarska, Tygodnik Wrocław, 25.04.2015

MILTON H. GREENE

„Jeszcze nigdy tak niewielu nie widziało tak niewiele za tak wiele” – szydzą wrocławianie po dwudniowej wystawie kilkuset zdjęć Marylin Monroe z kolekcji liczącej niespełna 3,5 tys., kupionej przez miejską spółkę za 6,4 mln zł.
Był to pierwszy publiczny pokaz fotografii Miltona H. Greene’a, które Wrocław wylicytował latem ub. roku. Andrzej Baworowski, prezes miejskiej spółki Hala Ludowa, która dysponuje kolekcją, broni decyzji i o kuriozalnej wystawie, i o zakupie zdjęć. Jego zdaniem uzasadnieniem kupna zdjęć amerykańskiej ikony popkultury przez Wrocław był jej… wpływ na przełom 1989 r. w Polsce.

Magda Piekarska: Spodziewał się pan tej burzy, która się rozpętała po zakupie kolekcji na aukcji?

Andrzej Baworowski: – Grzmieli internetowi hejterzy. Linia konfliktu wokół zakupu kolekcji przesunęła się w stronę ataku na złe miasto, na prezydenta, który kupił bezsensowną kolekcję, wydając na to publiczne pieniądze. A przecież to w końcu my, spółka Hala Ludowa, kupiliśmy te zdjęcia.

Z pomocą prezydenta, który przekazał Hali pieniądze z miejskiego budżetu.

– Nie z budżetu miasta, tylko z nagrody im. Meliny Mercouri dla Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury.

Dlaczego podjął pan decyzję o zakupie?

– Ta kolekcja ma ogromny potencjał marketingowy, bo zawiera zdjęcia gwiazd, wokół których można zbudować wielką historię. Na marginesie: 8 milionów złotych kosztowało wybudowanie Centrum Poznawczego w Hali Stulecia, które funkcjonuje od lutego 2012 i już przyniosło około 2 milionów przychodu. To dobrze zainwestowane pieniądze. Tak samo traktuję zakup kolekcji.

Czyli MM miała być inwestycją?

– Tak, jest inwestycją. Tak zresztą została zaksięgowana.

W takim razie czy na inwestycję, której celem jest wyłącznie wymierny, liczony we wpływach z biletów zysk, należy wydać pieniądze z nagrody Meliny Mercouri przeznaczonej dla miast-organizatorów ESK? Symbol światowej popkultury jako element promocji miasta w ramach stolicy kultury, która ma przecież wzmacniać kulturową odmienność, budzi wątpliwości.

– ESK i środki, które UE przeznacza dla miast, które wygrały ten konkurs, to bardzo ważny element tej układanki. Ale moment zakupu był niemożliwy do przesunięcia. W dniu aukcji trzeba było mieć pieniądze i – co równie ważne – przekonać właścicieli kolekcji, że jesteśmy właściwym oferentem. Deklaracja zorganizowania wystawy w ramach ESK była ważnym argumentem. Nie widzę nic zdrożnego w tym, że po 2016 pozostanie wystawa Greene’a – pod warunkiem, że będzie to jeden z efektów stolicy kultury. Jesteśmy więc beneficjentami ESK.

Ale wiem też, że niewiele osób uzna zakup kolekcji za inwestycję w sztukę, za to chętnie potraktuje ją jako zbędny wydatek.

Jako fanaberię.

– Fanabarie to mają panie z pretensjami. Jeśli Paryż, Londyn i Nowy Jork mogą mieć muzea figur woskowych, to dlaczego Wrocław nie może mieć Galerii Popkultury. Ale nawet Jarosław Kuźniar w TVN24 zapytał mnie: „Co MM ma wspólnego z Wrocławiem?”.

I co ma wspólnego MM z Wrocławiem?

– Jest taka dobra opowieść o tym, dlaczego doszło do przełomu w 1989 roku.

Przez MM?

– Istniało coś, co pozwalało wierzyć Polakom po drugiej wojnie światowej przez 44 lata, że istnieje system wartości i pewna przestrzeń, która nie ma wiele wspólnego z czerwonoarmiejcami w uszankach i walonkach, którzy przynieśli nam obcy szczep kulturowy. To się przejawiało w tym, że u nas, we wrocławskich domach, częściej wisiały wycięte z czasopism zdjęcia MM niż plakaty z Nataszą Traktorzystką. A mimo żelaznej kurtyny, ikony popkultury stały się częścią naszego życia.

Ale te zdjęcia wisiały wszędzie. Trochę to naciągane.

– Wszędzie na zachód od Buga. Jesteśmy globalną wioską.

A stolica kultury polega na wzmacnianiu kulturowych różnic.

– To co, proponuje pani, żebyśmy byli szlachetni i proponowali wysoką, trudniejszą w odbiorze kulturę? A w ile działań na poziomie popkultury miasto się angażuje?

Choćby w sylwestra w Rynku. I to budzi dyskusje. Bo popkultura utrzymuje się sama, nie potrzebuje instytucjonalnych podpórek, wsparcia publicznych pieniędzy.

– Nic nie dzieje się samo. Popkultura w tym przypadku to masowy zachwyt wizerunkiem MM, ale zdjęcia z kolekcji Greene’a to sztuka.

Czyli dziś podjąłby pan tę samą decyzję?

– Tak.

Czy przystępując do aukcji, wiedzieliście, co kupujecie? I co obejmują prawa autorskie?

– Wiadomo było, że wraz z zakupem dostaniemy licencję dotyczącą praw autorskich. Ale obrót wizerunkami takich postaci jak MM jest objęty szczególnymi regulacjami. Prawa do ekspozycji tych zdjęć i ich wykorzystywania w rozmaitych wydawnictwach mają się zupełnie nijak do ulubionych gadżetów niektórych dziennikarek, czyli do majtek – bo to zupełnie inna historia. My produkujemy renault, a pytają nas, dlaczego nie robimy mercedesów.

Chwileczkę, bo się pogubiłam – te majtki z wizerunkiem MM, o których pan mówi, są na wyposażeniu renault czy mercedesa? Będzie można je kupić przy okazji wizyty na wystawie?

– Majtki to wyposażenie dodatkowe, w tym przypadku mercedes. Jeśli my, z renaulta, mamy prawa do ekspozycji zdjęć, to mamy prawo je pokazywać, mamy prawo robić o nich katalogi, mamy prawo opakowywać ich wystawę, tak jak robi to każda placówka, która promuje wystawianą przez siebie kolekcję sztuki.

Czyli wydawać kalendarze, pocztówki, plakaty?

– Tak.

Kubki, zeszyty, poduszki, koszulki? Takie gadżety też widuję na wystawach muzealnych.

– To dodatki. One będą miały sens, kiedy opracujemy sposób wystawienia kolekcji. A my jeszcze tego momentu nie przekroczyliśmy. Chciałbym zauważyć, że wiele gadżetów produkowanych jest nie przez muzea lecz przez profesjonalnych producentów. Dzielą się zyskami z muzeami.

Przed aukcją wiadomo było, w jakim stanie były kupowane przez Halę zdjęcia?

– Wiedzieliśmy, że są suche, że nie mają sklejeń, widocznych gołym okiem uszkodzeń. Wszystkie usterki, które można było zauważyć, wynikały z nieprawidłowego eksponowania, co jest dużo mniej niebezpieczne niż grzyby i pleśnie, które mogą robić ogromne spustoszenie. Stwierdziliśmy, że zdjęcia nadają się do standardowej konserwacji. Ten proces jest przed nami. Nad całą tą historią wisiał jeszcze jeden problem – warunkiem uczestnictwa w aukcji była decyzja o przejęciu całości, ponad trzech tysięcy zdjęć. Sama inwentaryzacja, ocena stanu zachowania trwałaby wiele tygodni – gdybyśmy ją chcieli przeprowadzić przed aukcją, nie bylibyśmy w stanie zakończyć tego procesu przed jej rozpoczęciem. Każda taka decyzja jest związana z ryzykiem, chociaż Desa wydawała certyfikat legalności i uporządkowania spraw związanych z prawami autorskimi.

Ilu było uczestników tej akcji?

– Nie wiedzieliśmy, z kim walczyliśmy. Mieliśmy informacje, że w grę wchodzi jeszcze duży koncern paliwowy. Duży kapitał zainteresowany zakupem, żeby wyrobić sobie wizerunek mecenasa. Kolekcja trafiłaby do rejestrowego muzeum – zgodnie z zasadami aukcji – natomiast 100 zdjęć stanowiłoby tzw. pakiet sponsorski i mogłoby pozostać w rękach finansujących zakup. Ta setka to creme de la creme, a jej wartość można zestawić z wartością 280 zdjęć (drugich odbitek) sprzedanych na pierwszej aukcji w 2012 r. przez Desę Unicum za 3,5 miliona złotych. Więc za te sto z pakietu sponsorskiego można byłoby pewnie dostać dobrze ponad milion. A cała reszta, czyli kolekcja, byłaby darowizną. Taki byłby scenariusz, gdyby wygrał aukcję kto inny, a nie Hala Ludowa.

Gdyby nasi przeciwnicy wiedzieli, że Wrocław staje do aukcji, byliby przygotowani na to, żeby wyżej licytować. Nie chcąc powodować przypadkowego odkrycia kart (od świtu przed Desą stali dziennikarze), upoważniliśmy pracowników Desy Unicum do reprezentowania nas. Cena wywoławcza wynosiła 5 mln, aukcja zakończyła się na 6,4 mln i trwała 20 minut. Koncern paliwowy ustąpił przed ostateczną rozgrywką. Zostaliśmy jeszcze my i jedna firma.

Co z Muzeum MM? Powstanie?

– Szukamy pomysłu, to jest proces twórczy.

Śledzi pan profil „MM we Wrocławiu”?

– Nie jestem aktywny na Facebooku.

Ale wie pan, że istnieje.

– Tak, choćby ze wzmianek w prasie.

To jednego z ostatnich wpisów pewnie pan nie zna: „Jeszcze nigdy tak niewielu nie widziało tak niewiele za tak wiele”. To a propos dwudniowej wystawy dla trzystu widzów.

– Niewiele więcej osób w ciągu dwóch dni zobaczy tę wystawę na wakacjach. Takie są wymogi specjalistów – wystawa nie może być czynna dłużej niż sześć godzin dziennie.

Ale jest sens otwierania wystawy na dwa dni dla 300 osób? Skoro już ją uruchomiliście, to dlaczego nie na dłużej?

– Długi marsz jest przygotowany na lipiec-sierpień. Wystartujemy na początku lipca i na jednej odsłonie się nie zakończy – podzieliśmy kolekcję na kilka odcinków. Nie wszystko naraz. Teraz to dopiero początek, robocza wersja wystawy.

Ile będzie miała odsłon?

– Idziemy metodą kilku kroków, przez najbliższy rok będziemy pokazywać co kilka miesięcy kolejny odcinek. Chcielibyśmy, żeby w grudniu 2016 wrocławskiej ceremonii wręczenia Europejskich Nagród Filmowych towarzyszyło np. „50 twarzy światowego kina z fotografii M.H. Greene’a”. To też ważne, że udało się podpisać porozumienie z archiwami państwowymi, dzięki czemu kolekcja została uznana za narodowy zasób archiwalny.

Nie „dobro narodowe”?

– Archiwa preferują określenie „narodowy zasób archiwalny”. Ale jeśli już o tym rozmawiamy, MM i cała reszta dobrem narodowym są od dłuższego czasu. Kiedy spuścizna FOZZ-u wjechała do Polski, odbyło się spotkanie ministra kultury i ministra finansów z dyrektorem naczelnym archiwów państwowych. Ustalono na nim, że ten zbiór trzeba ochronić, żeby nie uległ rozproszeniu, rozsprzedaniu i nie wyjechał z Polski. Jedyną formułą było objęcie go definicją dobra narodowego. Teraz podpisaliśmy porozumienie z archiwami.

Po to, żeby zrealizować te ustalenia sprzed lat?

– Także dlatego, że placówki prowadzące działalność wystawienniczą powinny udostępniać zbiory tak szeroko, jak to możliwe. Żeby temu sprostać, trzeba albo zbudować własne archiwum, albo przekazać zbiory istniejącej instytucji. Podpisanie umowy sprawiło, że możemy zająć się organizacją wystaw – kwestie konserwacji i ochrony są po stronie archiwum.

Wiadomo już, ile będzie kosztowała konserwacja?

– Na rynku komercyjnym 300-400 tys. Ale w momencie podpisania umowy z Archiwami Państwowymi pewnie mniej, bo w grę mogą wchodzić ich wewnętrzne stawki.

Powtórzę pytanie: będziemy mieli muzeum popkultury czy muzeum MM we Wrocławiu? Ono powstanie?

– Muzeum fotografii z kolekcji Miltona H. Greene’a, a z MM w roli głównej. Ale jak już mówiłem, Marilyn jest wielką gwiazdą i przesłoni wszystko.

Wiadomo gdzie?

– Jestem coraz bardziej przekonany, że w kompleksie Hali.

W Hali czy centrum kongresowym?

– Tego jeszcze nie wiem. Dokładnej daty nie podam, ale za około półtora roku chciałbym się z panią w tłumie wrocławian spotkać na otwarciu stałej ekspozycji.

* Andrzej Baworowski, producent filmowy, związany w przeszłości z Telewizją Polską i spółką ATM. Od czerwca ubiegłego roku – prezes Hali Ludowej.

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

Tak łupiemy środowisko naturalne – ile kosztuje gaz z łupków

Tomasz Ulanowski, 25.04.2015
Jak policzyć wartość przyrody, a szczególnie koszty związane z ingerencją człowieka w środowisko i wydobyciem surowców naturalnych? Ekonomiści i organizacje ekologiczne lubią przeliczać je na pieniądze. Czasem jednak przydaje się inna waluta.

W raporcie opublikowanym 23 kwietnia przez WWF, naukowcy pracujący pod kierownictwem Ove Hoegha-Guldberga, biologa morskiego z Australii, wyliczają, że wszystkie oceany i morza świata są warte 24 biliony dol. A rocznie dają zarobić (na połowach, szlakach żeglownych czy turystyce) aż 2,5 biliona dol.

Z kolei w najnowszym wydaniu tygodnika „Science” naukowcy z USA, którzy skalkulowali koszty związane z wydobyciem gazu i ropy z łupków na Wielkich Równinach Ameryki Północnej, przyjęli inną metodę. Korzystając z obserwacji satelitarnych, postanowili policzyć, jak potężna infrastruktura wydobywcza, której pajęczyna oplotła prerie w środkowych Stanach Zjednoczonych i Kanadzie i zmieniła tę dziką przestrzeń w krajobraz przemysłowy, zmniejszyła produkcję biomasy.

Uczeni piszą, że od 2000 r. wiercono tam średnio po 50 tys. studni wydobywczych rocznie. Jak wyliczają, odwierty, drogi dojazdowe do nich, baseny na wodę potrzebną do szczelinowania hydraulicznego i na odpady czy magazyny zajęły w sumie ok. 3 mln ha ziemi – tyle co powierzchnia trzech Parków Narodowych Yellowstone.

Cała ta infrastruktura wpłynęła negatywnie na wegetację w tym półpustynnym rejonie. Badacze wyliczają, że w związku z rozwojem wydobycia gazu i ropy łupkowej w latach 2000-12 rośliny żyjące na Wielkich Równinach Ameryki Północnej zgromadziły w swoich organizmach o blisko 10 mld kg suchej biomasy mniej, niż zgromadziłyby, gdyby eksploatacji nie było.

Co więcej, rozbudowa infrastruktury łupkowej zakłóciła trasy migracyjne i siedliska zwierząt. A podczas szczelinowania hydraulicznego skał, co już bezpośrednio dotyka ludzi, zużyto potworne ilości wody pitnej – w blisko połowie przypadków działo się to na terenach dotkniętych jej poważnym deficytem.

Jak podają uczeni, w jednym odwiercie zużywa się od 8 tys. do 50 tys. m sześc. wody. W sumie w latach 2000-12 wlano pod ziemię od ok. 7,2 mld do 34 mld m sześc. wody pitnej. Dla porównania – według danych GUS-u w 2012 r. w całej Warszawie zużyto ok. 3,5 mld m sześc. wody.

Naukowcy ostrzegają, że tak poważne odwodnienie półpustynnych terenów Wielkich Równin może odbić się czkawką nie tylko dzikiej przyrodzie, ale także żyjącym tam ludziom. Przypominają, że gwałtowny rozwój rolnictwa na tych terenach blisko 100 lat temu przyczynił się do osłabienia odporności regionu na suszę. I w efekcie w latach 30. ub. wieku spowodował katastrofę ekologiczną – tzw. Dust Bowl – podczas której potężne burze pyłowe zrujnowały glebę i życie wielu ludziom.

wyborcza.pl

Masz dość dominacji mężczyzn w debacie publicznej? Znajdź ekspertkę w internecie.

Maciej Orłowski, 25.04.2015
„Media są znacznie bardziej męskie niż świat, który opisują. Tylko jedna piąta ekspertów w mediach to kobiety” – twierdzi Krytyka Polityczna. Dlatego uruchamia internetową wyszukiwarkę ekspertek, która ma pomóc dziennikarzom
– Włączamy telewizor, radio, idziemy na debatę, a tam sami panowie. Nie mamy nic przeciwko mężczyznom, ale dobrze by było, gdyby w debacie publicznej uczestniczyły także kobiety. Nasz portal jest odpowiedzią na medialną rutynę. Poszukajmy nowych twarzy, twarzy kobiet – mówi Agnieszka Wiśniewska z „Krytyki Politycznej”, koordynatorka projektu Ekspertki.org.

Projekt to internetowa baza danych specjalistek, które są równie kompetentne co mężczyźni, ale nie „przebijają się” do mediów. Na portalu może się zarejestrować każda ekspertka, zamieszczając krótki biogram zawodowy, dane kontaktowe (numer telefonu, adres e-mail, województwo) i dziedziny, którymi się zajmuje. Może też zamieścić linki do swoich artykułów lub wystąpień na YouTube i swoje zdjęcie.

Dziennikarz znajdzie ekspertki przez wpisanie słowa-klucza, np. „administracja rządowa” „czytelnictwo” czy „Europa Wschodnia” lub przejrzenie listy kategorii. Po rejestracji uzyska dostęp do danych kontaktowych specjalistek. Serwis ekspertki.org w wersji testowej dostępny jest od czwartku i ma na razie ponad 100 ekspertek z pięciu województw. Póki co przeważają ekspertki „Krytyki Politycznej” i tematy przez nie poruszane (należy do niej 11 z 30 ekspertek w dziale Kultura), choć można znaleźć też do kontakt np. do Henryki Bochniarz, prezydenta Konfederacji Lewiatan.

– Organizatorzy wydarzeń często tłumaczą się tym, że „nie ma kobiet ekspertek”. Jeśli w debatach pojawiają się już kobiety, to w dyskusjach na tematy im przypisane, np. edukacja, dzieci, styl życia, itp. Brak kobiet sprawia, że szereg ważnych dla społeczeństwa problemów i argumentów nie ma szans przebicia się do opinii publicznej – wyjaśnia Joanna Tokarz-Haertig z „Krytyki Politycznej”.

– Jeśli zakładamy, że mężczyźni radykalnie różnią się od kobiet nie tylko biologicznie, ale i w sposobie analizowania problemów, komunikacji i negocjowania, to dlaczego korzystać tylko z opinii mężczyzn? – pyta prof. Magdalena Środa, etyczka i filozofka. I dodaje: – Ja bardzo chętnie poznam opinię kobiet np. na temat zakupu rakiet Patriot. Akurat bezpieczeństwo narodowe interesuje wszystkich i kobiety też mają na ten temat swoją opinię, która powinna interesować dziennikarzy.

Według badania przeprowadzonego przez „Wyborczą” od kwietnia 2014 r. do marca 2015 r. proporcje mężczyzn do kobiet w mediach to pięć do jednego, z czego mężczyźni byli zapraszani ponad sześć razy częściej niż kobiety. W pierwszej pięćdziesiątce najchętniej zapraszanych ekspertów znalazły się: rzeczniczka rządu Kidawa-Błońska (miejsce 4.) wicemarszałkini Wanda Nowicka (miejsce 23.), prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz (24.) i Beata Szydło z PiS (43.).

Projekt Ekspertki.org jest realizowany przez „Krytykę Polityczną” i powołane przez nią Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego we współpracy z Fundacją Kobiety Nauki i Stowarzyszeniem Kobiet Konsola. Patronat nad konferencją objęła prof. Małgorzata Fuszara, pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania.

wyborcza.pl

Gwałciciel grasował, policja udawała, że sprawy nie ma [REPORTAŻ]

MARCIN KOBIAŁKA, 25.04.2015
Nawsie Brzosteckie

Nawsie Brzosteckie (PATRYK OGORZAŁEK)

Skandal w policji! Grasujący w poddębickiej wiosce gwałciciel na wolności. Policjanci tak go szukali, by nie znaleźć. Siedmiu funkcjonariuszy stanie za to przed sądem
27 czerwca 2013 r. Jaromir Rybczak, wiceszef Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie, odbiera telefon. W słuchawce kobiecy głos: – Jestem córką kobiety, która została napadnięta w Nawsiu Brzosteckim. Jakiś mężczyzna wszedł w nocy do domu, mamę chciał chyba zgwałcić. Poszłyśmy na policję. Policjant przesłuchał mamę, a na końcu napisał, że nie składamy wniosku o ściganie sprawcy. Byłyśmy w szoku. Mama była roztrzęsiona. Potem dostaliśmy decyzję o odmowie wszczęcia śledztwa, bo nie było wniosku o ściganie, a moja mama od początku chciała ścigania. Trzy dni później zaniosła zaświadczenie od lekarza, że miała obrażenia. Takich zdarzeń w Nawsiu było więcej.

Lenistwo i niechciejstwo

Nawsie Brzosteckie, wioska w gminie Brzostek w powiecie dębickim. Niewiele ponad 1000 mieszkańców. To tam od kwietnia do czerwca 2013 r. doszło do serii napadów na starsze kobiety. Sprawca wchodził w nocy do domów. Niczego nie kradł. Atakował kobiety i je gwałcił lub próbował zgwałcić. Wioska w strachu, a mieszkańcy gotowi urządzić lincz na miejscowych policjantach z komisariatu w Brzostku, bo ci, ich zdaniem, nic nie robią, by złapać sprawcę.

– Lenistwo i niechciejstwo – tak „pracę” policjantów ocenia Andrzej Mucha z Prokuratury Okręgowej w Rzeszowie, który przez prawie dwa lata sprawdzał, co policjanci zrobili, żeby zatrzymać gwałciciela. Doszedł do przerażających wniosków. – Policjanci nie zabezpieczali śladów, fałszowali potem dokumenty, że z kimś rozmawiali, a nie rozmawiali… – opowiada prokurator Mucha.

– Chce pan porozmawiać, jak policja o nas „zadbała”? – zagaja mnie ekspedientka w miejscowym sklepie. – Każdy miał nadzieję, że złapią sprawcę, ale ludzie mówili, że policja z tego wszystkiego robi sobie żarty. Strach był. Jak kończyłam pracę, to przyjeżdżał po mnie mąż – mówi młoda sprzedawczyni.

I chwycił za siekierę

Prokurator Andrzej Mucha ma udokumentowanych osiem napadów. Do pierwszego doszło 6 kwietnia 2013 r. w dniu urodzin 60-letniej Jadwigi B., która mieszka z mężem Stanisławem. Żyją oddzielnie. On na dole, ona na górze. Około godz. 22.30 pani Jadwiga idzie się położyć. Godzinę później zostaje zaatakowana. Początkowo sądziła, że rzucił się na nią kot. – Przebudziłam się wcześniej, bo usłyszałam czyjś oddech – opowiada.

Sprawca naciąga na nią kołdrę i zaczyna przyduszać. Pani Jadwiga krzyczy. Wołanie o pomoc słyszy jej mąż. Chwyta za siekierę i próbuje zatrzymać sprawcę. Ten jednak ucieka. Pani Jadwiga nie jest w stanie podać rysopisu napastnika, bo w pokoju było ciemno. Przyjeżdżają policjanci. Rozglądają się po domu, zaglądają na strych. I właściwie nic więcej nie robią. – Nie zabezpieczają śladów na kocu, śladów obcego buta w pokoju, żadnych oględzin w domu, na terenie posesji – wylicza prokurator Mucha.

Po kilku godzinach odjeżdżają. Potem jeden z nich żartuje z dyżurnym Komendy Powiatowej Policji w Dębicy, której podlega komisariat w Brzostku, że do Jadwigi B. przez komin wszedł… święty Mikołaj. „W ogóle coś w tej sprawie robić czy nic?” – zastanawiali się policjanci.

Notatka urzędowa z rozmowy policjanta z Jadwigą B. powstaje dopiero po 16 dniach od zdarzenia. Policjanci kobiety nie przesłuchują, w papierach zaznaczają, że nie chce ścigania sprawcy. Nie wszczęto śledztwa, nie było także odmowy wszczęcia. – Sprawy po prostu nie było – mówi prokurator Mucha.

Do kolejnego zdarzenia doszło 28 kwietnia u 84-letniej Aleksandry J., którą na co dzień opiekowały się panie z pomocy społecznej. Ok. godz. 3 w nocy sprawca wszedł do jej domu przez uchylone okno. Kobieta była sama. Napastnik ją zgwałcił. W domu był przez dwie godziny. Aleksandra J. zapamiętała jedynie, że sprawcą był młody wysoki mężczyzna z krótko obciętymi jasnymi włosami. Rano, gdy przyszła opiekunka Elżbieta Cwynar, zobaczyła siedzącą na łóżku, roztrzęsioną Aleksandrę J. Obok leżała bielizna. – To nie był przyjemny widok – wspomina pani Elżbieta.

Sprawca na parapecie zostawił ślady błota, był też ślad buta, na ziemi rozrzucone kwiaty z doniczki, którą strącił. Na miejsce przyjechali dwaj policjanci. Kobiety usłyszały, że „raczej powinny zgłosić to na pogotowie”. Mundurowi zaznaczyli, że „zajmą się tą sprawą” i że będzie „jakieś postępowanie”.

I w tym przypadku, jak twierdzi prokuratura, policjanci nie zabezpieczyli śladów. Napisali krótką notatkę, a zgwałconej kobiety nie przesłuchali. W notatce słowem nie wspomnieli, że kobieta została zgwałcona, tylko że napastnik chciał się przespać w domu Aleksandry J. 23 maja, prawie miesiąc po zdarzeniu, policja odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie… naruszenia miru domowego.

Marta, czy to ty?

Kolejne zdarzenie było w domu małżeństwa J. – Jana i Janiny. Także 28 kwietnia, ale o godz. 23.30. Pan Jan usłyszał, że ktoś się kręci. Zajrzał za róg domu, gdzie zobaczył przy ścianie mężczyznę. Myślał, że to syn wyszedł na papierosa, ale ten wtedy spał. „Gdzie k…a” – usłyszał pan J., gdy próbował podejść do mężczyzny. Ten uciekł. Rodzina J. nie zgłosiła tego od razu na policję, ale po kilkunastu dniach opowiedziała o tym policjantowi. I w tym przypadku policja nie przeprowadziła dochodzenia.

12 maja dochodzi do kolejnego zdarzenia, tym razem w sąsiednim Brzostku w domu 87-letniej Genowefy S., która mieszka z synem Stanisławem. Sprawca pojawił się ok. 3 w nocy. Pan Stanisław jeszcze nie spał, bo bolała go noga. Usłyszał skrzypienie drzwi, zobaczył zarys postaci. Pan Stanisław myślał, że to córka. – Marta, czy to ty? – zapytał. Nikt się nie odezwał. Po krótkim czasie tajemnicza postać zniknęła. Rodzina S. kilka godzin później zgłosiła się na policję. Pan Stanisław opowiedział, że w domu są drobinki trawy, które zostały naniesiona przez sprawcę, że ślady mogą być też na zamku w drzwiach. Mężczyzna prosił, by policjanci zdjęli odciski palców. Rodzina nie sprzątała domu, żeby policja zabezpieczyła ślady. Do niczego takiego nie doszło. Z wizyty pana Stanisława na policji funkcjonariusze nie sporządzili żadnej dokumentacji. Jeden z policjantów stwierdził tylko, że to tylko naruszenie miru i „nic się tu wielkiego nie stało”.

– Tej sprawy dla policji też nie było – mówi Andrzej Mucha.

Wstydzę się

Kolejne trzy zdarzenia były w domu samotnej 68-letniej Zofii D. w Nawsiu Brzosteckim: w nocy z 11 na 12 maja, z 18 na 19 maja i z 24 na 25 maja. W pierwszym przypadku napastnik chwycił za kołdrę, zdarł ją z pani Zofii i rzucił na podłogę. Próbował zdjąć spodnie od piżamy. Pani Zofia zaczęła krzyczeć. Napastnik uciekł. Kobieta rano o zdarzeniu opowiedziała córce, która zachęcała ją, by zgłosiła się na policję. – Wstydzę się – powiedziała kobieta.

Przy drugim zdarzeniu napastnik wszedł do domu Zofii D. ok. godz. 22. Mężczyzna pchnął ją, przewrócił na łóżko i próbował ściągnąć z niej ubranie. Zdarł z niej spodnie piżamy i chciał zgwałcić. Kobieta zaczęła się bronić. 68-latka wyczuła od mężczyzny alkohol i zapach perfum tych samych, których sprawca używał podczas pierwszego napadu. Sprawca ostatecznie uciekł. Kobieta o tym zdarzeniu nie powiedziała córce. Podczas trzeciego zdarzenia napastnik znów próbował zgwałcić Zofię D. Nie udało mu się. Z domu zabrał 20 zł i dwie butelki soku z żurawiny.

Po tym zdarzenia Zofia D. wraz z córką poszły na policję. Policjant w zawiadomieniu napisał, że kobieta… nie składa wniosku o ściganie sprawcy. Policjanci w domu D. pojawili się dopiero po tygodniu, gdy wszystkie pomieszczenia były wysprzątane. 7 czerwca policja odmówiła wszczęcia śledztwa, bo rzekomo kobieta nie złożyła wniosku o ściganie sprawcy.

2 czerwca napastnik znów zaatakował. Tym razem 80-letnią Adelę W., też w Nawsiu Brzosteckim. O godz. 2 w nocy kobieta obudziła syna, gdy usłyszała hałas. Mężczyzna natknął się na sprawcę, ale ten uderzył go w twarz i uciekł. Policjanci z tego zdarzenia w notatce napisali, że „właściciel posesji zastał w domu bezdomnego śpiącego mężczyznę, który został wyprowadzony z domu przez właściciela”. Policja znów napisała, że kobieta nie żąda ścigania sprawcy.

Mają „sprawcę”

Niespodziewanie 5 czerwca policja zatrzymała 24-letniego Tomasza Krajewskiego. Młody mężczyzna jest niepełnosprawny, nie ma kilka palców w ręce, ma kłopoty z mową, cierpi na zespół dziecięcego porażenia mózgowego.

– Policjanci przyjechali po syna o 6 rano. Nie powiedzieli z jakiego powodu – mówi Grażyna Krajewska, matka Tomasza.

Tomek przez dwie godziny był nakłaniany do przyznania się do napadów na kobiety, mimo że nie miał z tym nic wspólnego. – Policjanci straszyli mnie, że jak mnie zamkną na 48 godzin, to sobie wszystko przypomnę. Grozili, że mają świadków – mówi 24-latek. Z przesłuchania Tomasza nie powstała żadna notatka. Dopiero gdy na policję pojechała jego matka, Tomek został zwolniony. Zarzutów mu nie postawiono.

Siedmiu oskarżonych

Prokuratura oskarżyła siedmiu policjantów o niedopełnienie obowiązków, przekroczenie uprawnień, fałszowanie dokumentów. Oskarżeni to: Sławomir S., Jerzy W., Tomasz P., Robert G., Krzysztof B., Paweł W. i Andrzej J. To prawie połowa składu komisariatu w Brzostku, gdzie pracuje 15 funkcjonariuszy. Wszczęto przeciwko nim także postępowania dyscyplinarne. Po kilkutygodniowym okresie zawieszenia wrócili do pracy. Od wyroku sądu w Dębicy zależy, czy wylecą z pracy w policji.

Bezpośredni przełożony policjantów, komendant komisariatu w Brzostku Mirosław Więcek, nie chciał z nami rozmawiać. Odesłał nas do rzecznika dębickiej policji Jacka Batora. Ta o sprawie wie niewiele. – Wiemy, że policjantom postawiono zarzuty, ale nie wiemy jakie. Prokuratura nas o tym nie poinformowała – powiedział Bator.

Zobacz także

rzeszow.gazeta.pl

Wyciskarka do cytryn ojca Rydzyka

Ojciec Tadeusz Rydzyk niszczy właśnie kawałek polskiego krajobrazu. Buduje kościół przypominający swoim kształtem domową wyciskarkę do cytryn.

Ojciec Tadeusz Rydzyk niszczy właśnie kawałek polskiego krajobrazu. Buduje na przedmieściu Torunia, znanym jako Port Drzewny, kościół pod wezwaniem Maryi Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i bł. Jana Pawła II. „Dzieło” to przypomina jako żywo swoim kształtem domową, wyciskarkę do cytryn. A tak niewiele było trzeba zrobić, alby powstała architektura z klasą. Bóg nie potrzebuje „domu”, ale skoro Mu go budujemy, to róbmy to sensownie.

Mijam go kilkanaście razy w miesiącu, jadąc z Torunia do Bydgoszczy. Mijam i nie mogę go zaakceptować. Wyjątkowa wręcz brzydota tego projektu uderza za każdym razem po oczach. Jak opisać to coś, co powstaje w Porcie Drzewnym w Toruniu? Jak oddać w pełni anachroniczność rozwiązań architektonicznych i „szarm gargamela” rodem z początku lat 90-tych? Jedynym skojarzeniem które opisuje dobrze tę budowlę jest właśnie…wyciskarka do cytryn. Taka stara, dobra – najczęściej plastikowa – domowa wyciskarka do soku z cytryny.

Taki jest właśnie kościół stanowiący nowe serce, nowego imperium o. Tadeusza Rydzyka. Piszę o imperium, bo 100 m dalej stoi potężny budynek Wyższej Szkoły Wyższej Kultury Społecznej i Medialnej, czyli kuźni kadr dla prawicowych mediów. Po drugiej stronie zobaczymy odwierty wód geotermalnych dokonane pod egidą redemptorysty. Wokół kościoła powstaje potężny parking i droga krzyżowa. Są plany, by nad odwiertami wybudować domy-hotele dla pielgrzymów.

Dlaczego więc serce tego kompleksu musi być tak nieudane? Dlaczego inwestorzy nie pokusili się o wybór nowatorskiego projektu dla tej świątyni? No i dlaczego się tak oburzam?

Chodzi o kwestie podstawowe. Uważam, że kreatorzy naszej rzeczywistości mają większe obowiązki wobec społeczeństwa.Jeżeli mają wpływ na Polaków, powinni dawać przykład i szukać jak najlepszych rozwiązań. Dlatego o. Rydzyk i jego doradcy winni sto razy przemyśleć wybór projektu, zanim zdecydowali się zamienić go w budynek. To zresztą kwestia szerszego problemu, jakiego efektem jest powstawanie w różnych miejscach Polski kościołów-koszmarków. Trzeźwą ocenę projektu architektonicznego bierze się w naszym kraju za atak na kościół katolicki. Projekt zaakceptowany przez proboszcza czy biskupa staje się „święty” i atakować go nie wolno. Tylko czy księża i biskupi zdają sobie sprawę, że ich architektoniczne pomyłki zostaną z Polakami na wieki? Czy jeżeli ksiądz fałszywie zaśpiewa w czasie mszy to mamy udawać, że jest wcieleniem Luciano Pavarottiego? Czy raczej uczciwie poprosić, by oddał w tej materii pełną władzę świetnie śpiewającemu organiście?

O. Rydzyk, czy się go lubi czy nie, jest kreatorem gustów i poglądów. Kilka milionów ludzi w Polsce popiera działania redemptorysty. Nie oceniam ich, to sprawy polityczne i religijne. Jednakże elementem tych działań jest tworzenie nowych obiektów architektonicznych. I tu już oceniać mogę i chcę. Zmieniają one bowiem świat, w którym my żyjemy i funkcjonujemy, kształtując gusty kolejnych pokoleń. Gdyby tylko o. Rydzyk zechciał, mógłby zaproponować wiernym projekt śmiały, wprowadzający nas w nową epokę nie tylko duchowo, ale i artystycznie. Ludzie z kręgu Radia Maryja na pewno by zaakceptowali wizjonerskie działania swojego lidera. Tymczasem wybrał i zrealizował projekt anachroniczny, Do tego kosztujący gigantyczne pieniądze: „sama kopuła kościoła ma ważyć 320 ton i pochłonąć około 4 milionów złotych!” informował Onet.pl. Dodajmy że toruński kościół sfinansowano z datków wiernych.

A przecież wystarczyłoby spojrzeć na własne podwórko i sięgnąć do biskupich i kardynalskich poprzedników redemptorysty, którzy kształtowali gusta architektoniczne Polaków od tysiąclecia. To katolickie katedry w Tumie czy Krakowie decydowały o wprowadzeniu stylu romańskiego na ziemie polskie. Jakież potężne wrażenie robi do dzisiaj ceglany gigant z Gdańska – kościół NMP, ultranowoczesna w swoim czasie bryła gotyckiego kościoła Mariackiego w Toruniu, inicjujący barok w Polsce kościół w Nieświeżu (dziś Ukraina), znakomity kościół cystersów w Krzeszowie czyświątynie bazyliańskie na dawnych kresach RP. Tam nie szukano półśrodków. Jeżeli kościół stawiał ówczesny trendsetter, to był on nowatorski i śmiały w projekcie.

Ileż cudownych świątyń stoi poza granicami Polski. Pomijam oczywistości typu św. Piotr w Rzymie. Jakże unikatowo kubistyczna jest bryła gotyckiej katedry we francuskim Albi, jak wspaniale uzupełnia panoramę Paryża Sacre Coeur, jak wizjonerska jest kaplica w Ronchamp Le Corbusiera. Mało? We współczesnej polskiej architekturze też można znaleźć przykłady świątyń, jakie trafią na wieki do książek i serwisów internetowych o architekturze, chociażby Kościół Votum Aleksa we wsi Tarnów nad Wisłą wg projektu pracowni Beton.

Niestety w Toruniu postanowiono pójść drogą wyznaczoną przez klocowaty koszmarek Świątyni Opatrzności z Warszawy. Ona też mogła być inna. Genialny, wtapiający ją w naturalne otoczenie projekt marka Budzyńskiego został jednak jednogłośnie odrzucony.

Wiary nie można mierzyć rozmiarami kościoła. Generalnie jestem zwolennikiem tezy, ze Bogu nie są w ogóle potrzebne kościoły. On nie musi mieć „domu”. To tylko wyznawcy go potrzebują, by uwidocznić niewidzialne. Skoro jednak stawiamy świątynie, to może starajmy się budować je tak, jakbyśmy naprawdę stawiali je dla kogoś dla nas ważnego. Z całego serca szukając rozwiązań Go godnych. A nie monstrualnych wyciskarek do cytryn.

Kościół w toruńskim Porcie Drzewnym to stracona szansa na kształtowanie gustów tysięcy ludzi, którzy przybędą tam jako pielgrzymi. W kraju tak rozchełstanym krajobrazowo jak Polska, gdzie stawia się koszmarek przy koszmarku pokrywając je do tego tapetą z reklam typu „obuwie za pół ceny”, „miał węglowy sprzedam” i „zakład fryzjerski Sabrina”, walka o każdy skrawek piękna krajobrazu architektonicznego jest obowiązkiem ludzi świadomych.

Czy coś da się jeszcze zrobić z toruńskim obiektem? Już nie. Niedługo ruszą więc „cytrynowe pielgrzymki” do Torunia. Mam nadzieję, że przynajmniej niektórzy odwrócą się od tego budynku z kwaśną miną.

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: