Boromeuszki (02.05.15)

 

Solowa płyta Kurta Cobaina wyjdzie latem. Pokłosie filmu „Montage of Heck” o liderze Nirvany

yes, 02.05.2015
Kurt Cobain, kadr z

Kurt Cobain, kadr z „Montage of Heck” (Fot. mat. prasowe)

Album z piosenkami śpiewanymi przez Kurta Cobaina ma się ukazać jeszcze latem 2015 r. To nie żart. Brett Morgen, reżyser dokumentu „Kurt Cobain: Montage of Heck”, który właśnie przemknął przez ekrany polskich kin, podczas prac nad filmem zgromadził ponad 200 godzin nagrań.
Wśród nich są wczesne wersje piosenek, zapisy wspólnych improwizacji zarówno z Dave’em Grohlem i Kristem Novoselicem, jak i Courtney Love – żoną i liderką grupy Hole, nagrania „mówione” oraz utwory ulubionych zespołów Cobaina grane przez niego dla przyjemności, w tym ujawnione niedawno „And I Love Her” Beatlesów.

*

Brett Morgen opowiedział o zamiarze wydania płyty w rozmowie z nowojorskim portalem Bedford + Bowery.

Ten album sprawi, że będzie można poczuć się tak, jakby się spędzało gorący letni dzień w Olympii w stanie Waszyngton [tam mieszkał Cobain, gdy pisał piosenki na „Nevermind”] z brzdąkającym sobie Kurtem Cobainem. Czeka was wszystkich zaskoczenie.

Ale żeby była jasność – to nie jest album Nirvany, ale Kurta i usłyszycie tu rzeczy, jakich byście się po nim nigdy nie spodziewali.

Dokument, który wywołał szaleństwo w Sundance

„Kurt Cobain: Montage of Heck”, nad którym Brett Morgen pracował przez osiem lat, w ostatnim tygodniu kwietnia gościł na ekranach jednej z sieci kin w Polsce. Teraz należy się już spodziewać emisji na małym ekranie – film 5 maja pokaże w Stanach stacja HBO, więc prędzej czy później trafi także do nas.

W recenzji filmu Robert Sankowski pisał, że…

…trwający ponad dwie godziny obraz to bardziej intymne spotkanie ze skomplikowanym facetem, któremu przytrafiła się w życiu rola rockowego gwiazdora niż pomnikowa wersja biografii lidera Nirvany. Od zdjęć małego Kurta przebranego w kostium Batmana aż po kadry zza kulis po ostatnim wielkim występie Nirvany – koncercie, na którym zespół zarejestrował dla MTV akustyczną sesję wydaną potem na słynnym albumie „Unplugged in New York”.

*

„Montage of Heck” miał premierę pod koniec stycznia na najważniejszym na świecie festiwalu kina niezależnego Sundance w Stanach. Jej świadkiem był krytyk „Wyborczej” Paweł T. Felis:

„Montage of Heck” z pewnością myślenia o Cobainie nie zmieni, legendy nie nadszarpnie. Może taki właśnie film o liderze Nirvany w końcu musiał powstać: energetyczny, transowy, porządkujący biograficzne fakty, a jednocześnie uniwersalny – i dla fanów, i dla kompletnych ignorantów. Po premierowym pokazie publiczność oszalała, ale na widowni ta pierwsza grupa była w zdecydowanej większości.

Zobacz także

wyborcza.pl

Przed pomnikiem było morze tulipanów, są chwasty

TOMASZ DYBALSKI, AJ, 01.05.2015

ANNA JARECKA, ANDRZEJ MICHALIK

Kandydat na prezydenta z PiS Andrzej Duda krytykował w czwartek wygląd otoczenia pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich. – Nasi poprzednicy marnotrawili pieniądze, my nie będziemy podejmowali takich decyzji – odpowiada wiceprezydent Radomia
Podczas czwartkowej wizyty Andrzeja Dudy w Radomiu jednym z punktów jej programu było złożenie kwiatów przed pomnikiem pary prezydenckiej. Kiedy kandydat PiS wraz z działaczami partii Jarosława Kaczyńskiego doszli przed pomnik, byli zbulwersowani, jak wygląda plac wokół niego.- Byłem w Radomiu na odsłonięciu pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich, bywałem też później. Widzę, że obecnej władzy nie było stać na to, żeby to miejsce ładnie wyglądało, żeby wokół pomnika były zasadzone kwiaty. Na tym pomniku jest napisane „dla ciebie Polsko”, więc to, jak wygląda otoczenie, jest też jakimś świadectwem tego, jak wygląda podejście tych ludzi do Polski – grzmiał Duda.

– Chciałbym przypomnieć prezydentowi Witkowskiemu, że jest to pomnik poświęcony wszystkim ofiarom, są nazwiska wszystkich, którzy zginęli w Smoleńsku. Dzisiaj rosną tutaj chwasty, to wstyd. Posadzimy kwiaty pod pomnikiem za własne pieniądze, w czynie społecznym – wtórował mu poseł PiS Marek Suski.

Rzeczywiście, teren wokół pomnika Kaczyńskich nie wygląda najlepiej. Zakwitło tam zaledwie kilka tulipanów, jest też trochę zwiędniętych kwiatów i chwastów.

Słowa polityków PiS dotknęły obecne władze miasta, które w piątek odpowiadały na zarzuty Dudy i Suskiego. – Jeśli dla Andrzeja Dudy największym problemem Radomia jest brak kwiatów przy pomniku, to lepiej dla radomian, żeby rozstrzygnęli wyniki wyborów już w pierwszej turze na korzyść Bronisława Komorowskiego – komentuje prezydent Radosław Witkowski (PO).

Jak usłyszeliśmy z ust Grzegorz Janduły, dyrektora Zakładu Usług Komunalnych, otoczenie pomnika wypięknieje, ale trzeba na to poczekać. – To miejsce jest wpisane w harmonogram ukwiecania, będzie to robił ZUK, a nie firma zewnętrzna. Powstał projekt zieleni dla tego miejsca i w poniedziałek będą sadzone tam białe i czerwone róże – tłumaczy Janduła.

<img< p=””>

<img< p=””>

Takie rozwiązanie ma przynieść oszczędności, bo wokół pomnika zasadzone będą rośliny wieloletnie. – Do tej pory były sadzone tam kwiaty sezonowe, kompozycje była zmieniana trzy razy do roku, to powodowało ogromne koszty – mówi Janduła. – W tym roku ukwiecanie miasta będzie kosztowało 250 tys. zł, a nie 380 tys. zł jak w poprzednim roku – wylicza.

Ile w ub.r., za prezydenta Andrzeja Kosztowniaka (PiS), kosztowało sadzenie kwiatów przy samym pomniku, ma być wiadomo na początku przyszłego tygodnia. Rok temu nasadzono tam. m.in. ponad dwa tysiące tulipanów.

Jak przekonuje wiceprezydent Konrad Frysztak, pomimo oszczędności w mieście będzie równie ładnie jak przed rokiem. – Roślin nie ubędzie, ale będziemy sadzili te wieloletnie, a nie co trzy tygodnie wymieniali kwiaty.

Zdaniem Frysztaka nasadzenia kwiatów sezonowych przed pomnikiem i ich częsta wymiana były marnotrawieniem pieniędzy.

Zobacz także

gazeta.pl

Andrzej Duda prowadzi kampanię wyborczą w kościele. A jego sztab sam chwali się tym w internecie

Andrzej Duda prowadzi kampanię wyborczą w kościele.
Andrzej Duda prowadzi kampanię wyborczą w kościele. Fot. Zrzut ekranu z twitter.com/AndrzejDuda2015

Dobrą zasadą jest nieangażowanie się Kościoła w kampanię. Kandydaci też powinni unikać prowadzenia kampanii w świątyniach. Andrzej Duda uznał jednak, że wygłoszenie przemówienia z ambony może mu pomóc przed wyborami.

Andrzej Duda od początku kampanii wyborczej powtarza, że jest głęboko wierzącym katolikiem (konkurenci zamieniają „głęboko wierzący” na „dogmatyczny”). Dlatego nikogo nie dziwią jego kolejne wizyty w kościołach, jak ta w rocznicę pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu, gdzie zresztą przyłapano go na rozmawianiu przez telefon. Teraz Duda znowu przemówił w kościele, ale tym razem nie do telefonu.

W sanktuarium św. Andrzeja Boboli pod Sanokiem spotkali się liderzy tzw. Zjednoczonej Prawicy, czyli PiS, Solidarnej Polski i Polski Razem. Jak widać na zdjęciach umieszczonych na Twitterze przez sztab Dudy wszyscy siedzieli w pierwszym rzędzie podczas mszy św. Tuż po jej zakończeniu na ambonę wszedł kandydat na prezydenta.

Chyba tylko ze względu na majówkę zdjęcia nie wywołały lawiny komentarzy na Twtitterze. „Zonk” – stwierdził tylko Jacek Nizinkiewicz z „Rzeczpospolitej”. „Już nie tylko Jarosława Kaczyńskiego ale i proboszcza chce zastąpić?” – żartował Jarosław Makowski, były szef Instytutu Obywatelskiego.

 

naTemat.pl

koniecAbsurdu

Koniec absurdu. Wyburzą dom, który stoi na środku drogi [ZDJĘCIA]

MARCIN SZTANDERA, 01.05.2015
Kielce, ul. Skrajna,dom na środku drogi

Kielce, ul. Skrajna,dom na środku drogi (Fot. Jarosław Kubalski / Agencja Gazeta)

Koniec absurdalnej sytuacji na ul. Skrajnej w Kielcach. Miasto wreszcie wykupi dom, który stoi na środku drogi, i po kilkunastu latach zakończy budowę ulicy.
O tej kuriozalnej sytuacji „Wyborcza” ostatni raz pisała w 2012 roku . Dom stoi między dwoma fragmentami długiej na 2,5 km ul. Skrajnej. 13 lat temu drogowcy wybudowali pierwszą część, pomiędzy ulicami Malików i Średnią. W 2011 roku wyremontowali drugą część, ale dom i prawie 150-metrowy odcinek drogi z dziurawą nawierzchnią, mającą już jakieś 40 lat, po jego obu stronach jak był, tak jest nadal.W tym roku to ma się wreszcie zmienić. Na najbliższej sesji radni zdecydują, czy przekazać około miliona złotych na wykup domu i spięcie obu już gotowych fragmentów drogi. – Wynegocjowaliśmy cenę z właścicielami. Dom wyburzymy, a jeżeli uda się załatwić formalności, to inwestycję też zrealizujemy – zapowiada Jarosław Skrzydło, rzecznik Miejskiego Zarządu Dróg.Nie zgadza się, by całą sytuację nazywać „absurdalną”. – Przebudowa drogi była podzielona na trzy etapy. Dwa udało się zrealizować, ale brakowało pieniędzy na wykup domu, bo m.in. pierwszeństwo w finansowaniu miały inwestycje unijne. Teraz udało się je znaleźć – tłumaczy Skrzydło.

Zobacz więcej na temat:

kielce.gazeta.pl

 

podOpiekę

Kościelne bezprawie? O łamaniu zasady bezstronności państwa

 

O tym, jak łamana jest konstytucyjna zasada świeckości państwa, oraz o prawnym uprzywilejowaniu Kościoła katolickiego mówi specjalista ds. prawa wyznaniowego.

Jarosław Kuisz: Pamiętam, jak kilka lat temu, podczas wielkiej konferencji na Wydziale Prawa i Administracji UW, w punktach wymieniał pan przypadki lekceważenia zasady świeckości państwa zapisanej w naszej konstytucji. Czy możemy przypomnieć, jakie były najważniejsze punkty wtedy i jak się rzeczy mają dziś, w 2015 r.? Czy sytuacja się poprawiła?

Paweł Borecki: Minęło blisko 7 lat i niewiele zmieniło się na lepsze. Wówczas skoncentrowałem się na przepisach wyznaniowych. Okazało się, że albo nie są one realizowane w ogóle, albo są realizowane w sposób niepełny. Podam przykład: zasada równouprawnienia związków wyznaniowych, zapisana w art. 25 ust. 1 Konstytucji, po kilku latach doczekała się pokrętnej interpretacji ze strony Trybunału Konstytucyjnego, całkowicie odbiegającej od intencji autorów przepisów wyznaniowych. Oni uważali, że równouprawnienie to stworzenie takich samych prawnych możliwości działania dla związków wyznaniowych. Trybunał natomiast uznał, że równouprawnienie to proces, który realizuje się w czasie, w związku z tym nie można żądać równouprawnienia tu i teraz, to może trwać nawet latami.

Poza tym sędziowie doszli do wniosku, że równouprawnienie to nie ścisła równość, a w konsekwencji dopuścili możliwość różnicowania praw i obowiązków związków wyznaniowych na podstawie cech uznanych za prawnie istotne w danym czasie przez organ stosujący prawo. Efekt jest taki, że z budżetu państwa finansowane są dziś liczne katolickie szkoły wyższe, w szczególności papieskie wydziały teologiczne. Jeśli chodzi o szkolnictwo mniejszości wyznaniowych, częściowo finansowane jest jedynie Prawosławne Seminarium Duchowne w Warszawie, podczas gdy KUL czy Uniwersytet Papieski w Krakowie są finansowane w całości, tak jak uczelnie publiczne, mimo że wpływ władz oświatowych na działalność tych placówek jest ograniczony.

Kilka miesięcy temu adwentyści, którzy mają swoją uczelnię w Podkowie Leśnej, zwrócili się do Rady Ministrów o podjęcie rozmów w celu uchwalenia ustawy, która wprowadziłaby takie same zasady dofinansowania z budżetu państwa ich placówki. Rada Ministrów odmówiła podjęcia negocjacji, uzasadniając, że o zawarcie stosownych umów, przewidzianych w art. 25, ust. 5 Konstytucji, wystąpił już cały szereg związków wyznaniowych, trzeba więc czekać w kolejce.

Innymi słowy, konstytucyjna zasada równouprawnienia nie jest realizowana…

Dokonała się jej szkodliwa reinterpretacja, która pozwala na hierarchizowanie wyznań. Szczytem tej piramidy jest Kościół katolicki. To zrozumiałe ze względów historycznych i społecznych, ale niezrozumiałe z prawno-konstytucyjnych. Drugim co do wielkości jest Kościół prawosławny, więc czasami udaje mu się coś wywalczyć. Tak nie powinno być! Decyduje przede wszystkim oportunizm klasy politycznej, która chce zaskarbić sobie względy Kościoła instytucjonalnego, całkowicie ignorując przy tym konstytucyjne zasady wyznaniowe.

Czyli pierwszy punkt lekceważenia zasady świeckości państwa to kwestia równouprawnienia. Drugi to…?

Zasada bezstronności władz publicznych zapisana w art. 25, ust. 2 Konstytucji. Tu także niewiele się od 1997 r. zmieniło. Nadal – i to zjawisko narasta – w salach obrad organów kolegialnych władz publicznych od Sejmu do rad samorządowych wiszą symbole religijne. Nasila się też na szczeblu samorządu terytorialnego zjawisko poświęcania całych jednostek administracyjnych świętym postaciom sakralnym. Najbardziej skrajnym przypadkiem jest Olecko, oddane „teraz i w przyszłości Trójjedynemu Bogu w opiekę”.

Kto podjął tę decyzję?

Rada miasta. Pod opiekę Matki Bożej oddawane są miasta, poszczególnym świętym ofiarowane gminy. Ba, podobno także całe województwa, jak Podkarpackie. To kroki podejmowane przez władze publiczne, które powinny być neutralne. Ceremoniał publiczny od tak dawna ma otoczkę religijną, że przestaje to już kogokolwiek dziwić.

Czy nie przypomina nam to nieco standardów II RP?

Tak, ale II RP była państwem wyznaniowym, a dzisiejsza Polska w świetle Konstytucji z 2 kwietnia 1997 r. oraz ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z 17 maja 1989 r. jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. A zatem jest to praktyka niezgodna z prawem.

Druga rzecz to niezależność i autonomia państwa oraz związków wyznaniowych zapisana w art. 25 ust. 3 Konstytucji. Ograniczę się tylko do Kościoła katolickiego. Obserwowaliśmy ostatnio ogromny nacisk Kościoła instytucjonalnego na organy procedury ustawodawczej w celu wymuszenia nieratyfikowania konwencji Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie oraz niedopuszczenia ustawy regulującej problematykę in vitro.

Zdaniem niektórych hierarchów Kościoła, to przepisy godzące w katolicką moralność.

Jestem katolikiem i póki prawo mojego państwa nie nakazuje mi postępować wbrew moim normom religijno-moralnym, a jedynie stwarza taką możliwość tym, którzy moich przekonań nie podzielają, to mi to w niczym nie przeszkadza. Tymczasem Kościół instytucjonalny i związani z nim politycy oddziałują bezpośrednio na proces sprawowania władzy publicznej, w tym przypadku w zakresie ustawodawstwa. Wkraczają w sferę bezpośrednio należącą do immanentnej kompetencji państwa. Na przykład abp Henryk Hoser słał imienne listy do parlamentarzystów, w których nawoływał do przeciwdziałania regulacji metody in vitro i groził ekskomuniką. To szantaż.

Inny interesujący przykład – kilka lat temu prowadzono prace nad nowelizacją ustawy o imprezach masowych. Miała ona dopuścić m.in. sprzedaż piwa na stadionach. Jeden z biskupów, przewodniczący Zespołu Konferencji Episkopatu Polski ds. Apostolstwa Trzeźwości, słał listy do izb parlamentarnych na każdym etapie procesu ustawodawczego. To ewidentny lobbing parlamentarny, niezgodny z zasadą niezależności państwa i Kościoła. Proszę sobie wyobrazić a contrario, że premier wysyłałby list do przewodniczącego Konferencji Episkopatu o treści: „Ja jako katolik żądam wprowadzenia małżeństw kleru, bo to zapewne będzie przeciwdziałać pedofilii”. Absurd! Premier nie jest tu kompetentny jako organ władzy państwowej, tak jak instytucje kościelne nie mają prawa ingerować w proces sprawowania władzy państwowej. Po to jest konkordatowa i konstytucyjna zasada niezależności państwa i Kościoła.

Jeszcze jeden ewidentny przykład: art. 25 ust. 5 Konstytucji. Czytamy tam, że „stosunki między Rzecząpospolitą Polską a innymi kościołami oraz związkami wyznaniowymi określają ustawy uchwalone na podstawie umów zawartych przez Radę Ministrów z ich właściwymi przedstawicielami”. Jak do tej pory zawarto jedną umowę między rządem a kościołem nierzymskokatolickim, był to Kościół prawosławny. Natomiast wnioski ponawiane przez niektóre wyznania, zebrałoby się kilkadziesiąt, żeby zrealizować wobec nich ten artykuł Konstytucji, są ignorowane. To martwa litera.

Tadeusz Mazowiecki mówił o przyjaznym rozdziale Kościoła od państwa. Czy mówienie o rozdziale „przyjaznym” było błędem? Może należało od samego początku mówić po prostu o „rozdziale Kościoła od państwa”.

Z punktu widzenia Konstytucji rozdział powinien być przyjazny, bo formułuje ona również zasady współdziałania państwa i związków wyznaniowych dla dobra wspólnego. Ta współpraca powinna być jednak prowadzona przy zachowaniu niezależności i autonomii obu podmiotów. Nie może być tak, że w ramach współpracy dochodzi do wasalizacji władzy publicznej na szczeblu ogólnopaństwowym czy lokalnym.

Pana zdaniem sytuacja jest zdecydowanie gorsza niż w latach 90.?

Wtedy aktywni byli hierarchowie przyjmujący pewne zasady Soboru Watykańskiego II. Żył Jan Paweł II, który w swoich encyklikach uznawał zasadę niezależności i autonomii, ba! dopuszczał neutralność światopoglądową państwa jako gwarancję wolności sumienia i wyznania. Wystąpienia prymasa Glempa z tego okresu są na tle retoryki dzisiejszego Episkopatu wystąpieniami intelektualisty, który potrafi uszczegółowić swoją refleksję. Na tle dzisiejszego polskiego Kościoła tamten prymas był człowiekiem kompromisu.

Obecnie polski Episkopat – czy nawet polski Kościół, którego jednym z głównych, faktycznych przywódców jest o. Rydzyk – wyznaje przedsoborową zasadę pośredniej władzy Kościoła w sprawach doczesnych. Nie uznaje autonomii porządku doczesnego – biskupi nie żądają uchwalania ustaw, które dopuszczałyby stosowanie katolickich norm moralnych. Żądają ustaw, które nakazywałyby stosowanie tych norm, niezależnie od poglądów pluralistycznego społeczeństwa. Przypominam, że tylko niecałe 40 proc. Polaków chodzi co niedzielę do kościoła!

Może Kościół katolicki tak właśnie reaguje na ten spadek liczby wiernych?

Możliwe, z pewnością jest gorzej niż jeszcze przed kilkunastoma laty. Mamy do czynienia z wyraźnym regresem, jeśli chodzi o realizację soborowych zasad stosunków państwo–Kościół. Zasad, które głosił Jan Paweł II. Uważam, że polska hierarchia kościelna „zdradziła” papieża, jeśli chodzi o jego zalecenia co do udziału kleru w polityce. Papież dopuszczał bezpośredni udział Kościoła w polityce tylko w dwóch przypadkach: w państwie totalitarnym, w którym społeczeństwo nie może się wypowiadać, i w państwie ze zorganizowaną przestępczością. Kościół miał tu pełnić rolę zastępczą.

Tymczasem dziś obserwujemy bezpośredni udział kleru różnych szczebli w polityce ogólnopaństwowej i lokalnej, mimo że interesy Kościoła instytucjonalnego i katolików nie są zagrożone. Chyba że jako zagrożenie traktujemy pozostawienie przez prawo państwowe możliwości wyboru, w tym wyboru zasad religijnych. Chce katolik je stosować – proszę bardzo, ale nie zmuszaj innych do podporządkowania się tobie.

To nie takie proste. Weźmy wspomniany już przykład in vitro – jeśli ktoś szczerze wierzy, że ta procedura prowadzi do pozbawiania życia zarodków, wówczas nie może się na nią zgodzić. I to niezależnie od tego, czy sam ową metodę stosuje czy nie.

Z punktu widzenia biologicznego ustalenie kwestii czy kilkunastokomórkowy zarodek jest człowiekiem budzi wątpliwości. W samym Kościele katolickim ta sprawa ewoluowała, jeszcze św. Tomasz z Akwinu uważał, że dusza w ciało wstępuje po kilkudziesięciu dniach od poczęcia. Islam uważa, że następuje to po 40 dniach od poczęcia. Ewangelie, a tym bardziej Stary Testament, nie mówią nic o in vitro, bo nie mogły mówić. Ten problem nie ma bezpośredniego rozwiązania w Piśmie Świętym. Dylematy bioetyczne rozwiązywane są ad hoc przez poszczególne wyznania, nie zawsze adekwatnie do oczekiwań społecznych. Człowiek współczesny jest w coraz większym stopniu ukształtowany przez pierwiastek racjonalny i oczekuje jednak jakiegoś argumentu racjonalnego, empirycznego. Jestem w stanie przyjąć, że zarodek jest zaraniem istoty ludzkiej. Ale czy to jest człowiek? Mam wątpliwości.

Pana zdaniem kwestia in vitro powinna w ogóle zostać uregulowana prawnie?

Tak, to sprawa zbyt poważna, by zostawić ją wolnemu rynkowi. Powinniśmy stworzyć minimum zabezpieczenia dla rodziców i dzieci. Obecnie żaden przepis prawny tego nie reguluje. To niedopuszczalne.

Ewa Kopacz zapowiedziała, że ustawa o in vitro zostanie uchwalona jeszcze przed wakacjami. Mimo oporów ze strony części środowisk katolickich, jednak ratyfikowano tzw. konwencję antyprzemocową. Z kolei Hanna Gronkiewicz-Waltz, znana przecież ze swoich konserwatywnych przekonań, podjęła decyzję o zwolnieniu prof. Bogdana Chazana. Może po 25 latach wolności, mimo wszystko, pomału rodzi się państwo polskie niezależne od Kościoła katolickiego?

Cały wywiad dostępny jest na kulturaliberalna.pl

Cały Temat Tygodnia o rozdziale Kościoła od państwa dostępny jest TUTAJ

dr hab. Paweł Borecki

Jeden z założycieli Polskiego Towarzystwa Prawa Wyznaniowego.

dr Jarosław Kuisz

redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”.

TOK FM

ciężkaJestDola

Ciężka dola katola [HARTMAN]

Jan Hartman, 02.05.2015
Prof. Jan Hartman

Prof. Jan Hartman (Fot. Albert Zawada/ AG)

Katolicy nie mają lekko. Dobrze ich rozumiem, bo sam należę do dyskryminowanej mniejszości
Katolicy narzekają, że bywają dyskryminowani. To prawda. Bywają i trzeba z tym walczyć. Wbrew pozorom są zaledwie kilkuprocentową mniejszością w Polsce i jako niewielka grupa narażeni są na dyskryminację. Tym bardziej że związani są z instytucją, o której powiedzieć, że przez kilkanaście stuleci była w stosunku do ludów Europy i Ameryk „opresyjna”, to nie powiedzieć nic.I dziś jeszcze nie jest to instytucja skłonna do okazywania szacunku i tolerancji wobec tych, których nie kontroluje. Gej ateista, będący zwolennikiem liberalnego ustawodawstwa w paru kwestiach, nie ma lekko w tych kręgach. Choć pewnie lepiej niż jeszcze niedawno panna z dzieckiem. A że środowiska nietolerancyjne i besserwisserskie same nie doświadczają szczególnie dużo tolerancji, to doprawdy trudno się dziwić.Mieszkańcy Zachodu, w tym (a jednak!) Polski, generalnie nie bardzo lubią ludzi manifestujących swoją pobożność, bynajmniej nie tylko katolicką. Głównym powodem, jak przypuszczam, jest żywione przez wyznawców większości religii przekonanie, iż mają szczególne stosunki ze Stwórcą. Uważają się więc za jakoś tam lepszych.To denerwuje. A denerwuje jeszcze bardziej, gdy w doktrynę danego wyznania wpisane jest przekonanie, że należy nawracać niewiernych. Jeśli twój kolega z pracy wierzy, że i ty kiedyś uklękniesz przed jego Bogiem albo zostaniesz ukarany za niedowiarstwo, to masz poczucie, że to nie jest twój najlepszy kolega.Tak to działa – jakkolwiek w niczym nie usprawiedliwia nieprzyjemności, których doznają Kamil, Monika, Karol, Dariusz, Adam i druga Monika, o których opowiada artykuł Mileny Rachid Chehab („Jestem katolem, moja wina”, „Magazyn Świąteczny” z 4-5 kwietnia). Dyskryminacja katolików w Polsce jest tak samo niedopuszczalna jak dyskryminacja transseksualistów, buddystów i kogokolwiek innego. Nie znaczy to jednak, że jest niezrozumiała albo dziwna.

Polska uklękła

Powiedziałem, że katolicy mają niełatwo, bo w ogóle ludzie religijni mają niełatwo w liberalnym otoczeniu. Powiedziałem jednak również coś na pierwszy rzut oka fałszywego: że katolicy dzielą los innych małych mniejszości. Przecież mamy ponad 90 proc. katolików!

Otóż to jest absurd. Tak jak absurdem jest twierdzenie, że skoro za komuny 90 proc. ludzi chodziło na wybory, to znaczy, że tylu było w Polsce komunistów. Być może 90 proc. ludzi zostało przymusowo ochrzczonych w Kościele katolickim i wpisanych do jego rejestrów. Byłoby jednak potwarzą dla Boga i wiary uważać przymus za kryterium przynależności religijnej. Nie jest nim również chadzanie do kościoła.

Najbardziej liberalnym i inkluzywnym zestawem warunków bycia wyznawcą katolicyzmu nieobrażającym religii jest połączenie następujących cech danej osoby: deklaruje się jako katolik, bywa w kościele, zna i wyznaje główne dogmaty wiary oraz nie wyznaje przekonań religijnych odrzucanych przez Kościół (np. o wędrówce dusz).

Jak wynika z raportu CBOS-u „Zmiany w zakresie podstawowych wskaźników religijności Polaków po śmierci Jana Pawła II”, osób, które spełniają te warunki, jest ok. 5 proc. I właśnie te osoby mają nielekko – także w Kościele, za który muszą się tłumaczyć i wstydzić.

Dlaczego jednak tak liczni niekatolicy chodzą do kościoła? To proste – wierzą w Boga i wyrażają to w najprostszy, a jednocześnie obyczajem wymagany sposób. Zresztą od małego uczy się ich chodzenia do kościoła, a w indoktrynacji religijnej bardzo pomaga państwo, płacąc za dwie katechezy tygodniowo – od przedszkola do matury.

Katolicy nie mają lekko. Dobrze ich rozumiem, bo sam należę do dyskryminowanej mniejszości, mianowicie antyklerykalnej. Nie urodziłem się antyklerykałem. W młodości miałem tylko jeden zatarg z Kościołem. Moja dziewczyna z czasów licealnych była katoliczką i jakiś „przewodnik duchowy” w sutannie skutecznie ją do mnie zniechęcił. Dziś wiem, że miał rację. Studia na KUL-u, które niejednego wystawiają na próbę, mnie jakoś do Kościoła nie zraziły.

Świadomym i konsekwentnym antyklerykałem zostałem dopiero po studiach, gdy począwszy od 1989 r., kraj zaczął się w dramatyczny, a jednocześnie niebywale infantylny i poniżający sposób klerykalizować. Dzienniki telewizyjne zaczynały się w tych czasach od wiadomości parafialnych: tu pojechał biskup, tam pomodlił się prezydent, ówdzie jeszcze ksiądz poświęcił wozy policyjne. Polska tuż przed upadkiem komuny uklękła przed Kościołem, obdarowując go specustawą i licznymi przywilejami, a potem było już tylko gorzej.

Dopiero od niedawna widać jakieś światełko w tunelu i można sobie wyobrazić, że za kilka dekad Watykan nie będzie miał wpływu na polskie ustawodawstwo, a Kościoły będą miały takie same prawa i dostęp do funduszy publicznych jak wszystkie inne organizacje społeczne i na takich samych zasadach będą opodatkowane.

Kościół już od lat 70. dzielił się władzą z PZPR-em, zwłaszcza w terenie. Po 1989 r. uzyskał jej znacznie więcej. A władza, jak to władza, daje w kość. Ludzie na co dzień potulni, za plecami szepczą. Księdzu w oczy nie powiedzą, co myślą, lecz zaangażowanemu katolikowi już prędzej.

Bo czy się to katolikom podoba czy nie, katolicyzm jest religią skrajnie polityczną. Nie dość, że przedstawia sobie Boga jako króla stworzenia, a wszystkie święte zastępy układają się w feudalne hierarchie, to jeszcze na ziemi jest – jako jedyne wyznanie – prawdziwym państwem, monarchią absolutną, a nawet dwoma takimi państwami: Stolicą Apostolską i Watykanem. Kościół jest więc formacją polityczną w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu i dlatego jego wyznawcy są traktowani przez innych w podobny sposób jak członkowie partii politycznej – muszą się tłumaczyć z poczynań swojej organizacji.

Imperium

Nie jest winą Karola, Dariusza i innych, że ich Kościół jest, jaki jest. Niemniej jednak przykrości, które ich spotykają, są odbiciem kościelnych win – dawnych i nowych. Katolicy nie powinni sobie schlebiać, że Kościół uczynił przez dwa tysiące lat więcej dobrego niż złego. Nie wolno kłaść na jednej szali milionów ofiar, a na drugiej szpitali, przytułków, uniwersytetów. Przez setki lat zabijano wszystkich, którzy ośmielili się kościelnej władzy sprzeciwić. Torturowano, palono żywcem, ścinano – i to nie setki ani tysiące osób. To imperium działało w taki sposób przez ponad tysiąc lat!

A jak jest dziś? W Polsce? Organizacja ok. 30 tys. osób (duchowni, zakonnicy, zakonnice), a więc wielkości partii politycznej, dopuszcza się nadużyć w liczbie zatrważającej. Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby Platforma Obywatelska- organizacja podobnej wielkości i co najmniej równie wpływowa jak Kościół w Polsce – miała na koncie tyle wyłudzeń, znęcanie się nad dziećmi w sierocińcach, a w dodatku z zasady kompletnie nieprzejrzyste finanse, ponadto zaś korzystała z dziesiątek wymiernych w gotówce przywilejów i jeszcze brałaby się do moralizowania, i to z powoływaniem się na autorytet Boga… A gdyby jeszcze twierdziła, że wszystko to jej się należy, bo takie dobrodziejstwa Polsce przynosi!

Dla zaangażowanych katolików mam przesłanie. Gdy oni, szerząc ewangelię, mówią mi: „Pójdź za Jezusem!”, ja odpowiadam im: „Czy Jezus chciałby, aby jego czciciele czynili z niego Boga i króla świata? Czy chciałby, aby jego uczniowie i naśladowcy tworzyli imperium polityczne? I tak dalej. Tyle jest na świecie Kościołów chrześcijańskich, które nie mają na koncie żadnych zbrodni, a w dodatku w miarę trzymają się nakazów Biblii – czemu nie przystąpicie do jednego z nich?”.

Demokraci zwyciężyli

Tak oto nawracam się wzajem z katolikami. Wszak nie mają oni monopolu na nawracanie. Im wolno namawiać mnie, a mnie wolno namawiać ich. To się nazywa dialog. Kamil narzeka, że wrogowie Kościoła nie chcą dialogu. Ależ bardzo proszę – jesteśmy gotowi. Tylko czy naprawdę Kamil wyobraża sobie wiernego katolika przystępującego na serio (a więc w gotowości na zmianę stanowiska) do dyskusji na temat, dajmy na to, wyższości moralnej katolika jako depozytariusza łask Ducha Świętego i cnót teologicznych nad niekatolikiem?

Liberałowie i demokraci, brutalnie zwalczani przez Kościół przez cały wiek XVIII i XIX, zwyciężyli i zbudowali nam świat, w którym każdy jest chroniony przed dyskryminacją. Nawet Kościół uznał w końcu porządek, w którym wszystkie religie są równe wobec prawa.

Dla ludzi wolności każda forma dyskryminacji jest hańbą. Odżegnując się od wszelkiej dyskryminacji katolików, nie pozwolę jednak na to, by kneblowano mi usta i zabraniano mówić, czym był i jest Kościół katolicki.

Jan Hartman ur. w 1967 r. filozof, bioetyk, profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego.

wyborcza.pl/magazyn

 

Zamiast zwiedzać ciągle się modlili. Rozczarowani wakacjami na wycieczce w sądzie

Izabela Żbikowska, 02.05.2015
Zdjęcia z nieudanych wakacji

Zdjęcia z nieudanych wakacji (ARCHIWUM PRYWATNE)

Za dużo modlitwy w autokarze i zwiedzanie tylko kościołów. Zamiast ekskluzywnego hotelu widok na wysypisko śmieci i małpy pływające w basenie – rozczarowani wakacjami wrocławianie idą do sądu. Sprawdziliśmy, jakie stawiają zarzuty.
Grupa wrocławian niezadowolona z wyjazdu do Hiszpanii wystąpiła z pozwem zbiorowym, przekonując, że wycieczka, na którą namówili ich znajomi, nie była wyjazdem rekreacyjnym, a pielgrzymką. W pozwie zaznaczyli, że przewodniczka odnosiła się do nich w sposób lekceważący, bo mimo ich uwag wielokrotnie odmawiała modlitwy i nakazywała udział w nich wszystkim uczestnikom wycieczki. Poza tym zabierała turystów jedynie do miejsc sakralnych i ignorowała ich prośby o zwiedzanie miejsc świeckich. Do tego plan wycieczki układała w taki sposób, by zdążyć na wybrane przez siebie msze.Turyści byli niezadowoleni również z autobusu, w którym szwankowała klimatyzacja, przez co temperatura wewnątrz sięgała nawet 30 st. C. Żal mieli również do kierowców, którzy mając dostęp do lodówki, chłodzili w niej piwo i sprzedawali je po 5 zł od sztuki, wiedząc, że turyści są spragnieni i że nie mają możliwości kupić chłodnych napojów gdzie indziej.Po powrocie do kraju trzynaście osób z ponadczterdziestoosobowej grupy złożyło reklamację. Bezskutecznie. Turyści zdecydowali się wnieść pozew zbiorowy do sądu przeciwko organizatorowi, którym – jak sądzili – była firma pana S. wynajmująca im autokar. Domagali się po 6 tys. zł dla każdego niezadowolonego uczestnika.Proces toczył się niemal cztery lata i zakończył fiaskiem dla turystów. Dlaczego? Bo sąd uznał, że to nie firma S. była organizatorem wycieczki. Ten zresztą dowodził, że na programie urlopu nie było pieczęci, nazwy firmy czy numeru telefonu do niego. Nie ma też żadnego dokumentu, który potwierdzałby, że to S. jest organizatorem wyjazdu. A turyści dopiero po czasie zorientowali się, że z nikim nie podpisywali umowy, więc nie ma kogo skarżyć. I choć wyrok oddalający ich pozew nie jest jeszcze prawomocny, nie będą składać apelacji, bo nie wierzą w jej powodzenie.Basen tylko dla małp

Znacznie lepiej do sprawy przygotowani byli wrocławianie, którzy pozwali największe biuro turystyczne w Polsce – Nową Itakę – za nieudany urlop w Kenii. Oferta biura kusiła nazwą „Podróż spełnionych marzeń”. Turyści, którzy z niej skorzystali, mieli spędzić zimę 2011 r. w cudownym kenijskim ośrodku turystycznym. Zapowiadano szerokie, czyste, piaszczyste plaże i hotel stylizowany na kenijską wioskę. Wszystko miało być nowe, czyste i bardzo zadbane. Tymczasem hotel, w którym zakwaterowano wrocławian, daleki był od obietnic z folderu. Turyści, zamiast luksusowego otoczenia, mieszkali obok slumsów i wysypiska śmieci, a w basenie, w którym mieli pływać, kąpały się małpy. – W pokojach było tyle robactwa, że musieliśmy oklejać bagaże taśmą klejącą, by nie przywieźć tego do Polski – mówił podczas procesu jeden ze świadków.

Biuro w ramach przeprosin oferowało turystom vouchery na kwotę 450 zł od osoby. Wrocławianie takich przeprosin nie przyjęli. 14 uczestników wycieczki domagało się przed sądem, by biuro oddało im nieco ponad 90 tys. zł za zmarnowany urlop. Sprawa przeszła przez dwie instancje – w obu wrocławianie wygrali, choć nie tyle, ile chcieli. Ostatecznie wrocławski sąd apelacyjny przyznał im w sumie ponad 30 tys. zł, uzasadniając, że kwota jest mniejsza od żądanej, bo turyści w Kenii jednak byli.

Za co jeszcze turyści skarżą biura podróży [PRZEGLĄD]alttekst

Zmarnowana podróż poślubna

Po czterech latach bezskutecznych negocjacji sprawę do sądu oddali również wrocławianie rozczarowani podróżą poślubną do Grecji. Opcja all inclusive i zakwaterowanie w dwupokojowym apartamencie pięciogwiazdkowego hotelu kosztowały ich blisko 12 tys. zł.

Małżonkowie opowiadali, że wakacje dostali w prezencie, bo zwykle nie stać ich na tak kosztowne wyjazdy, dlatego długo szukali odpowiedniej oferty. Gdy już się zdecydowali, liczyli, że tak jak obiecywały foldery reklamowe, wszystko będzie „komfortowe” i „na najwyższym poziomie usług”. Tymczasem w łazience była pleśń i rdza, w pokoju mrówki, a „ręczniki i pościel wyglądały, jakby były niedoprane, a niektóre były podarte”. Poza tym zamiast piaszczystej plaży „łagodnie schodzącej do morza” – jak obiecywał folder – była plaża żwirkowa, a przed zejściem do wody znajdowała się śliska kamienista płyta. Wrocławianie chcą, by biuro podróży zwróciło im 7,5 tys. zł.

By nie stracić klienta

Z dystansem do pozwów i skarg na biura podróży podchodzi Mieczysław Modliński z Dolnośląskiej Izby Turystyki. – Nie każda skarga jest uzasadniona – mówi. – Czasem zarzuty są naprawdę niepoważne, jak na przykład historia pani, która uznała, że sufit w pokoju był za nisko. Mimo że na zdjęciach widziała, że pokój ma skosy, to po powrocie z wakacji złożyła reklamację do biura, przekonując, że jej mąż nie mieścił się i uderzał głową o te skosy, siedząc na kanapie – opowiada. Dodaje, że turyści skarżą się, licząc na to, że może coś na skardze zyskają. – Najczęściej kończy się na złożeniu reklamacji i polubownym rozwiązaniu sprawy, na czym zależy przede wszystkim biurom podróży, bo te wiedzą, że lepiej jest dać rabat, niż stracić klienta. I to nie jednego. Bo niezadowolony klient to koszmarna antyreklama.

Noc w pałacu albo zamku? Jest mnóstwo takich miejsc [PRZEGLĄD]Czytaj więcej

Zobacz także

wroclaw.gazeta.pl

 

Wwieku6lat

„W wieku 6 lat zostałem pierwszy raz zgwałcony”. Wstrząsająca relacja wychowanka boromeuszek

"W wieku 6 lat zostałem pierwszy raz zgwałcony". Wstrząsająca relacja wychowanka boromeuszek

Foto: „Fakty” TVN | Video: Fakty TVNPaweł był ofiarą przemocy w ośrodku boromeuszek

Był bity i zamykany przez siostry zakonne, gwałcony przez inne dzieci. Paweł – ofiara przemocy w ośrodku boromeuszek w Zabrzu – opowiada „Faktom” TVN, jak siostry zakonne zniszczyły mu życie. I wyjaśnia, dlaczego domaga się teraz miliona złotych zadośćuczynienia i 2,5 tysiąca zł comiesięcznej renty.

Paweł trafił do ośrodka boromeuszek w Zabrzu, kiedy miał dwa lata. Jak mówi, był tam bity i gwałcony przez starszych wychowanków, z którymi siostry zamykały go w pokoju.

– W wieku sześciu lat zostałem pierwszy raz zgwałcony. Zostałem zamknięty z innymi wychowankami w sypialni. Podeszli do mnie i na spaniu… Tego się nie da wymazać – mówi Paweł reporterce „Faktów” TVN.

– Pamiętam, jak się przebudziłem, to krzyczałem, ale już było po. Schowałem się pod kołdrę i płakałem – dodaje.

Próba samobójcza

Paweł trafił do ośrodka boromeuszek w Zabrzu ze swoją siostrą. – Została przykuta kajdankami do kaloryfera – opowiada.

Ośrodkiem w Zabrzu kierowała siostra Bernadetta. Paweł wspomina ją jak najgorzej. Mówi, że to ona pozwalała na przemoc wśród wychowanków. – Były trzy, cztery osoby wybrane przez siostry, miały pasy albo klapki, no i dostawaliśmy – mówi Paweł.

Po ośmiu latach w ośrodku boromeuszek  próbował popełnić samobójstwo. Połknął dużą ilość tabletek, lekarze zdołali go jednak uratować.

– Osoba bita i torturowana ma w głowie, że tak będzie już zawsze, że nie da się nic zrobić i tak będzie zawsze. Będziesz bity, poniżany, gwałcony – mówi wychowanek boromeuszek.

W ośrodku nie reagowano na skargi Pawła. Opuścił go dopiero w wieku 14 lat, gdy o wszystkim opowiedział nauczycielce. Teraz domaga się miliona złotych zadośćuczynienia i 2,5 tys. zł comiesięcznej renty. Pozew w tej sprawie trafił już do warszawskiego sądu okręgowego.

Za wygrane pieniądze chciałby założyć fundację dla takich, jak on. – Żeby to całe zło wyszło na jaw – mówi.

Skazana na więzienie

Ośrodkiem w Zabrzu kierowała Agnieszka F., czyli siostra Bernadetta. Prokuratura oskarżyła ją m.in. o bicie podopiecznych i przyzwalanie na przemoc, także seksualną między wychowankami.

W 2011 roku gliwicki sąd okręgowy skazał ją na karę dwóch lat więzienia. Zaostrzył wyrok sądu rejonowego, który orzekł karę w zawieszeniu.

Mimo to Agnieszka F. przez lata nie trafiała do więzienia, sąd odraczał jej bowiem karę po wnioskach, w których powoływała się na stan zdrowia i wiek.

Do więzienia trafiła dopiero po orzeczeniu sądu w Zabrzu z kwietnia 2014 roku, który nie zgodził się na warunkowe zawieszenie kary.

Rozmowa Renaty Kijowskiej z Pawłem
Wideo: tvn24Rozmowa Renaty Kijowskiej z Pawłem

TVN24.pl

będzieDruga1

będzieDruga

Bronisław Komorowski: Proszę nie pytać mnie o partię

Renata Grochal, Jarosław Kurski, 02.05.2015
Prezydent Bronisław Komorowski

Prezydent Bronisław Komorowski (Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta)

Nie chcę być prezydentem sumień Polaków. Prezydent nie jest od rozstrzygania dylematów moralnych. Ma pilnować, by państwo nie odbierało obywatelom wolności podejmowania osobistych decyzji w zgodzie z ich najgłębszymi przekonaniami. Z prezydentem Bronisławem Komorowskim rozmawiają Renata Grochal i Jarosław Kurski.
Renata Grochal, Jarosław Kurski: Jakie jest dziś największe zagrożenie dla Polski?Bronisław Komorowski: Są dwa. Jedno to narastanie radykalizmu, zresztą nie tylko w Polsce, ale też w całej UE. Nasze wielkie zadanie polega na tym, aby hasła rasistowskie i ksenofobiczne nigdy nie zyskały w Polsce prawa obywatelstwa. Drugie to groźba spowolnienia tempa rozwoju gospodarczego i ryzyko średniego wzrostu. Jeszcze tylko kilka lat będziemy dysponowali tak dużymi środkami europejskimi. To ostatnia taka perspektywa, więc albo teraz, albo nigdy. Bez wysokiego rozwoju gospodarczego nigdy nie zbudujemy mocnej pozycji w świecie i nie dogonimy najzamożniejszej części Europy. Dlatego będę działał na rzecz wspierania konkurencyjnej gospodarki i innowacyjności.Pożywką dla radykałów jest kryzys, a przecież Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników wzrostu. Skąd zatem poparcie dla Kukiza czy Korwin-Mikkego?– Trafiliście w sedno. Strach pomyśleć, co by się działo, gdybyśmy mieli nie koniunkturę gospodarczą, ale kryzys. A w wolnej gospodarce kryzys jest zjawiskiem cyklicznym. W moim przekonaniu dzisiaj w Polsce pożywką dla radykałów jest odłożony w czasie ból transformacji. Są różne środowiska, które uważają się – niekiedy nie bez racji – za skrzywdzone i wykluczone, np. mieszkańcy byłych PGR. Środowiska te stanowią podglebie, na którym mogą się rozwijać różne postawy radykalne i populistyczne, jak niegdyś Samoobrona.Także upływ czasu spowodował, że pamięć siermiężności i biedy PRL przestaje być żywa. Tylko starsi pamiętają gołe haki w sklepach, brak paszportu, opresyjność państwa wobec obywateli. Dzisiejszy stan dla wielu młodych jest jakby naturalny i od zawsze. Pamięć przestaje być czynnikiem oceny rzeczywistości.Kończy nam się lista autorytetów: Giedroyc, Karski, Nowak-Jeziorański, Geremek, Mazowiecki, ostatnio Władysław Bartoszewski…

– Władysław Bartoszewski był chyba jednym z ostatnich wielkich i do końca czynnych z pokolenia Kolumbów, którzy stanowili pomost między II RP, państwem podziemnym, opozycją wobec PRL a III RP. Nas też czas nie oszczędza i powinniśmy się chyba zastanowić nie tylko nad tym, kto jest dla nas autorytetem, ale czy sami jesteśmy autorytetami dla następnych pokoleń. Po takich poprzednikach nie będzie łatwo.

Może spokojne czasy nie sprzyjają formowaniu się autorytetów.

– To nie przypadek, że polskie autorytety wyrosły w czasach, które wymagały jedności i solidarności. To była jedność czasów wojny i okupacji, czasu „Solidarności”, jedności w Kościele, w walce z komunizmem. Tamten czas sprzyjał weryfikacji tego, co kto był wart. Odwaga nie była tania, a za prawdę szło się do więzienia.

Kto spośród ważnych polityków europejskich odpowiedział na pańskie zaproszenie na Westerplatte 7 maja?

– Naszą polską powinnością było przypomnienie światu przede wszystkim dwóch rzeczy. Że świętujemy 70. rocznicę zakończenia potwornej wojny, która nie zaczęła się, jak chcą tego Rosjanie, w czerwcu 1941 r., ale 1 września 1939 r. w Polsce. I że zakończenie tej wojny, likwidując okupację niemiecką, nie przyniosło wolności dla naszego regionu Europy, bo leżące tu państwa zostały wbrew swojej woli podporządkowane imperium Stalina. Ważna będzie główna konkluzja – że Europa Zachodnia znalazła odpowiedź na groźbę wojny w integracji, a zła strona żelaznej kurtyny musiała czekać do lat 90. Ale doczekała. Dlatego bardzo cieszy mnie tak liczna reprezentacja przywódców wielu państw. To będzie ważne świadectwo wspólnoty historii, teraźniejszości i przyszłości.

To kto przyjedzie?

– Na razie nic nie powiem.

Czy Polska powinna się obawiać rosyjskiej agresji?

– Mamy prawo obawiać się trwającej agresji na Ukrainę. To pogwałcenie prawa międzynarodowego, naruszenie granic etc. – metoda, o której wiemy, że Rosja może ją zastosować wobec innych państw.

Nie można tego bagatelizować, ale nie można też podsycać atmosfery zagrożenia i strachu wśród Polaków. Rosja nam bezpośrednio nie zagraża, ona zagraża ładowi europejskiemu – i to wystarczający powód, żeby dbać o jedność Zachodu i zniechęcać potencjalnego agresora. Zgodnie z łacińską zasadą „si vis pacem, para bellum” [„chcesz pokoju, szykuj się do wojny”], trzeba wysyłać sygnały, że my się Rosji nie boimy, ale mamy świadomość zagrożenia i wyciągamy z tego wnioski. Nic tak nie zachęca agresora jak słabość ofiary. Dlatego konsekwentnie od lat stawiamy na NATO i siłę polskiej armii. Jako szef MON skutecznie walczyłem o pieniądze na modernizację armii od 2001 r. Udało się i program modernizacji jest nadal konsekwentnie realizowany. Mamy zagwarantowane 2 proc. PKB na obronność od 2016 r., więc ten trend będzie utrzymany. Zachęcamy też do tego inne państwa Sojuszu.

Zablokował pan ministra finansów Jacka Rostowskiego, który chciał znieść stały wskaźnik wydatków na armię.

– Nie raz i nie dwa. Dzisiaj widać, że miałem rację. Nie czuję się prorokiem, ale w polityce liczy się to, żeby w porę dostrzec zagrożenia.

Ale jest czynnik nieprzewidywalny. W Kaliningradzie są iskandery, mnożą się prowokacje na Bałtyku, naruszenia przestrzeni powietrznej. Nigdy nie wiadomo, kto na Kremlu jaki guzik naciśnie…

– Nie należy tego lekceważyć. Rosja robi się niebezpieczna, bo jest nieracjonalna, bo nie panuje nad emocjami narodowymi i polityką zewnętrzną. Ale pamiętajmy o proporcjach. Co prawda Rosja dziś zwiększyła do 4 proc. PKB wydatki na obronę, ale w porównaniu i w ewentualnej konfrontacji z potęgą militarną NATO i potęgą ekonomiczną UE nie ma szans wygrać żadnej wojny poza wojną nerwów. Rosja żyje w poczuciu nieuchronnie pogłębiającej się narodowej słabości. Wyczerpuje się jej model rozwoju oparty na sprzedaży ropy i gazu. Moskwa wie, że będzie coraz ciężej. Zamiast modernizacji ucieka w imperialny mit. Putin ma głęboko zakodowany kompleks rozpadu Związku Radzieckiego. To jego obsesja. On wie, że ZSRR rozpadł się na skutek niewydolności ekonomicznej spowodowanej przegranym z Ameryką wyścigiem zbrojeń. A teraz sam wchodzi na tę straceńczą ścieżkę. Dlatego – mam nadzieję – w przewidywalnej perspektywie może się tylko wycofywać, szukając jakiegoś wyjścia z twarzą.

Czy Polska powinna dozbrajać Ukrainę?– Ukraina ma prawo do obrony i nie jest objęta żadnym embargiem na sprzedaż broni. Działamy w ramach UE i NATO. Polska nie powinna mówić, że nigdy i w żadnej sytuacji nie będzie Ukrainie sprzedawać uzbrojenia. Tak jak niemądre było sugerowanie, że możliwe jest wysłanie polskich żołnierzy na wojnę do Donbasu. Te dwie skrajne postawy trzeba odrzucić. Pomagamy Ukrainie w ramach NATO i UE. Wspieramy zmiany systemu obronnego Ukrainy, by wzmocnić jej zdolności obronne i by lepiej współdziałała z armiami NATO.***Który moment w ciągu pięciu lat prezydentury był dla pana najtrudniejszy?– Były dwa. Pierwszy, dramatyczny, po katastrofie smoleńskiej. Byłem jednocześnie marszałkiem Sejmu pełniącym obowiązki prezydenta i kandydowałem na najwyższy urząd w państwie. Musiałem godzić sprzeczne role – osoby, która powinna działać na rzecz wspólnotowego przeżywania tragedii, a zarazem jako kandydat w wyborach reprezentowałem tę część Polski, która została ustawiona w roli politycznego wroga z krwią na rękach. Byłem też skrępowany jako kandydat. Moim przeciwnikiem był przecież człowiek osobiście dotknięty katastrofą, w moich oczach godzien okazania mu sympatii i współczucia. A jednocześnie swoim zachowaniem to uniemożliwiał. Działanie na rzecz stabilizacji państwa: powołanie prezesa NBP, uruchomienie procedury wyborczej, przejęcie obowiązków prezydenta przez marszałka Sejmu, decyzje o nominacjach najwyższych dowódców wojskowych… Wszystko to zamiast ze zrozumieniem spotykało się z agresją. Każde moje działania odczytywano jako podyktowane wrogą kalkulacją polityczną.Był taki urzędnik, Andrzej Duda, który zażądał aktu zgonu prezydenta Kaczyńskiego.

– No właśnie, miałem pewnie wystąpić o akt zgonu do prezydenta Miedwiediewa albo premiera Putina… To by dopiero było. Zresztą z Rosji dostałem depeszę kondolencyjną…

Były wówczas zarzuty, że nie okazał pan dość empatii.

– Nie potrafię okazywać emocji na życzenie. Robienie czegoś na pokaz jest absolutnie sprzeczne z moją naturą. To nie znaczy, że nie mam emocji. Ale w chwilach kryzysu trzeba się wziąć w garść i działać, nie ma czasu na polityczne eksploatowanie emocji. Trzeba twardości i szybkich decyzji. To, co dla moich adwersarzy było moją winą, dla mnie było potwierdzeniem zasady, że w obliczu wielkich zadań nie można sobie pozwalać na czułostkowość.

A drugi trudny moment?

– Kryzys ukraiński. Zbliżenie Kijowa z Unią Europejską to dla Ukrainy jedyna droga rzeczywistej modernizacji i demokratycznego rozwoju. Dlatego bardzo się w to zaangażowałem. Do zadań związanych z Ukrainą przygotowywałem się całe życie. W czasach opozycji antykomunistycznej wydawałem pismo „ABC – Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne”, do którego pisali też Ukraińcy. Pismo to było naszym marzeniem o wspólnej wolności. Gdy zostałem prezydentem, kwestia ukraińska stała się dla mnie szczególnie ważna. Polska wykonała wtedy ogromną pracę, prawie uwieńczoną podpisaniem umowy stowarzyszeniowej Ukraina – UE, w imię której byłem skłonny walczyć ze wszystkimi.

Szło opornie. Jedni w Unii tego nie chcieli, bo bali się narazić Rosji, drudzy – bo bali się własnej opinii publicznej. Próbowano Ukrainie odebrać Euro 2012. Było tysiąc kłopotów. Dramatycznym momentem było porzucenie europejskich aspiracji Ukrainy przez wahającego się do ostatniej chwili Janukowycza. To był dla mnie moment straszny. Jednak kilkuletnia praca dała owoce. Odsetek Ukraińców opowiadających się za Zachodem znacznie się zwiększył, przekroczył 50 proc. W obronie europejskiej perspektywy powstał Majdan, ze wszystkimi konsekwencjami, czyli zajęciem Krymu, walkami w Donbasie. Ten drugi trudny moment jeszcze się nie skończył.

Gdy 9 kwietnia przemawiał pan w ukraińskim parlamencie, Rada Najwyższa przyjęła ustawy dekomunizacyjne, w których uznaje UPA za bojowników o niezależność Ukrainy. Jak pan to odebrał?

– Mnie już tam wówczas nie było. Oceniam to jako niepotrzebne ryzyko popsucia dobrego klimatu w polsko-ukraińskich relacjach. Wcale mnie nie zaskakuje, że Ukraińcy uważają UPA za swego zbiorowego bohatera narodowego. Natomiast to, że chcą uniemożliwić jakąkolwiek debatę nad historią UPA i OUN, bo tak trzeba rozumieć zapisy, które zabraniają podawania w wątpliwość roli tych organizacji – to już jest groźne dla dialogu polsko-ukraińskiego o trudnej historii. Respektuję prawo Ukrainy do wyznaczania własnych bohaterów, ale nie może temu towarzyszyć zakaz debaty polityków, historyków i społeczeństw. Bez dialogu nie pokonamy upiorów przeszłości.

Czy wiedział pan, że ukraiński parlament przyjmie takie uchwały?

– Nie. Zdaje się, że poszło żywiołowo i nikt z Ukraińców nie spodziewał się, że taki będzie efekt. To miały być ustawy dekomunizacyjne. Nie chcę tej sprawie nadawać nadmiernej rangi, ale oczekuję od strony ukraińskiej, że odblokuje możliwość polsko-ukraińskiego dialogu o tragicznych kartach historii.

***

Obejmując urząd, zapewniał pan, że będzie zabiegał o zgodę narodową. Ale Polska wciąż jest podzielona. Wystarczy wspomnieć choćby gwizdy na śp. prof. Bartoszewskiego pod pomnikiem Gloria Victis. Czy to nie jest także pańska porażka?

– Nie mam poczucia porażki, ale i o pełnym sukcesie trudno mówić. Budowanie i odbudowywanie jedności to zadanie na lata. Zawsze głośniejsi są ci, którzy wspólnotę psują i dzielą. Rolą prezydenta pomimo to jest łączyć i zachować zdolność współdziałania w sprawach strategicznych. Po pięciu latach prezydentury, mimo katastrofy smoleńskiej i wojny politycznej, uzyskałem tak wysokie zaufanie społeczne, że można sądzić, iż wśród ufających mi są także ludzie opcji bardzo ode mnie odległych. To krok w dobrą stronę.

Ale tych dwóch Polsk to do siebie nie zbliża. One są ciągle okopane.– Są, ale prezydent ma być zwornikiem różnych Polsk.Nawet z tymi, którzy skandują: „Komoruski, agent Moskwy”…– Znieważanie nazwiska i fałszywe świadectwa to nie jest polska tradycja. Agresja i nienawiść nie mogą się Polakom podobać. Jestem spokojny, że wyborcy właściwie to ocenią.Czy pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu byłby ręką wyciągniętą do zgody?– Rodziny ofiar mają w tej sprawie różne poglądy. Nie wszyscy sobie życzą, aby ten pomnik był w tym samym miejscu, ale wszyscy sobie życzą, by stanął w miejscu godnym, w centrum Warszawy.

Lokalizację u zbiegu ulic Focha i Trębackiej krytykują rodziny nie tylko sympatyzujące z PiS.

– Czy ktoś jest w stanie sobie wyobrazić lokalizację, która nie będzie krytykowana?

Krakowskie Przedmieście.

– Nie sądzę. Gdy część rodzin ofiar zwróciła się do mnie, bym znalazł odpowiednie miejsce, to jedni chcieli, by pomnik był przed lotniskiem, inni mieli inne, własne pomysły, a jeszcze inni uważali, że wystarczy pomnik na Powązkach. Dążenie do pełnej jedności jest iluzją. Potrzebny jest kompromis, który zawsze ma to do siebie, że nie wszystkich w pełni zadowala. Decyzje zapadają, pomnik powstanie, upływ czasu sprawi, że wielka część opinii publicznej uzna, iż trzeba już wyciszyć emocje i otworzyć nowy etap – jeśli nie zgody, to po prostu wspólnej pamięci o ofiarach.

Czy pomnik świateł też się panu kojarzy z pomnikiem NSDAP, jak powiedziała prezydent Warszawy?

– Nie. Dla mnie liczy się, by pomnik stanął w miejscu, które nie kojarzy się z awanturami i konfliktem, ale z tym jedynym momentem mszy żałobnej, gdy wszystkie rodziny stały obok siebie i cała Polska była zjednoczona. Lokalizacja u zbiegu ul. Focha i Trębackiej, czyli na pl. Piłsudskiego, jest najlepsza, bo pozwala odwoływać się do jedynego momentu pełni wspólnej żałoby. Wspólna msza żałobna była na pl. Piłsudskiego właśnie.

***

Biskupi ostrzegają, że posłowie, którzy poprą in vitro, sami postawią się poza Kościołem.

– Nie chcę być prezydentem sumień Polaków, choć sam mam sumienie w znacznej mierze ukształtowane przez uczestnictwo w Kościele katolickim. Prezydent nie jest od rozstrzygania dylematów moralnych. Ma pilnować, by państwo nie odbierało obywatelom wolności podejmowania osobistych decyzji w zgodzie z ich najgłębszymi przekonaniami. Prawo musi uwzględniać różne wrażliwości etyczne swoich obywateli. Pozwólmy samym ludziom w jak największym stopniu decydować o ich życiu.

Bez groźby wsadzania Polaków do więzienia na dwa lata za wykonywanie in vitro?

– Ta propozycja m.in. mego kontrkandydata jest przejawem aroganckiej wyższości wobec ludzi, którzy pragną pełnego rodzinnego szczęścia. Do tego prowadzi religijny dogmatyzm i polityczny radykalizm. Przerabialiśmy to w latach 2005-07. Powtórzę: w kwestiach światopoglądowych prezydent winien szanować różne wrażliwości.

Biskupi uważają, że sprawy światopoglądowe nie podlegają negocjacjom.

– Ale tu nie chodzi o nauczanie Kościoła, tylko o stanowienie prawa dla wszystkich obywateli. Arcybiskup Michalik mówił wyraźnie, że odróżnia kompromis polityczny od moralnego i że kompromis polityczny służy sprawie. Mówił też, że można się kierować nie tylko zasadą mniejszego zła, ale też zasadą większego dobra. To bardzo odpowiada moim poglądom. I tak w sprawie in vitro, która dotąd w ogóle nie jest uregulowana, ustawa jest krokiem w stronę większego dobra.

Kościół nie prowadzi zasadniczo kampanii wyborczej, ale ona ma miejsce na poziomie parafii. Tam promuje się jednego kandydata – i nie jest to pan.

– Dla mnie ideałem jest Kościół wolny od wszelkiego zaangażowania politycznego.

W Polsce takiego nie ma.– Nie jest tak źle. Z badań wynika, że ponad 80 proc. katolików nie chce, aby im księża mówili, na kogo mają głosować, i wtrącali się w sprawy polityczne. I ja się mieszczę w tych przeszło 80 proc., którzy mówią: nie chcemy politycznego zaangażowania księży. Sam jako kandydat nie oczekuję poparcia Kościoła i jako katolik nie chciałbym, by mój Kościół kogokolwiek wspierał.Pięć lat temu powiedział pan, że podpisałby pan ustawę o związkach partnerskich. Teraz pan zmienił zdanie?– Mówiłem i mówię tak samo. To trudne sprawy ludzkie i powinny być rozwiązywane. Ale czy jedną ustawą, czy też zapisami w różnych ustawach, to odrębna kwestia. Jestem przeciwnikiem robienia z tego sztandaru politycznego. Trzeba m.in. dać ludziom w tego typu związkach prawo do informacji medycznej czy dziedziczenia itd. Można i trzeba szukać różnych rozwiązań, byle w zgodzie z konstytucją.Feministki oburzyła pańska wypowiedź, tym razem z Łodzi, że tam jest eldorado, bo na 100 mężczyzn przypada 120 kobiet.– Niesłusznie się oburzają. Proszę sobie wyobrazić, że Łódź to jest prawdziwe miasto kobiet, gdzie jest ich nie tylko więcej, ale gdzie prezydent jest kobietą, wojewoda również. Warto to podkreślać, w tym nie ma miejsca na męski seksizm. Czy feministkom nie podoba się eldorado kobiet – miasto, gdzie jest więcej kobiet i gdzie kobiety odgrywają tak istotne role?

Chce pan wprowadzenia w prawie podatkowym zasady, że wątpliwości są rozstrzygane na korzyść podatnika. Ale Ministerstwu Finansów ten pomysł się nie podoba.

– Nie oczekiwałem entuzjazmu od ministra finansów, bo dla niego to duże wyzwanie. Trudno jednak kwestionować zasadę, że jeżeli państwo toleruje luki i wątpliwości w przepisach prawa, to ono ponosi tego skutki, a nie obywatel. Mam przekonanie, że to absolutnie słuszne. Polski system podatkowy powinien być oparty na uczciwych relacjach między państwem a podatnikiem. Nie jest to pięknoduchostwo. Polsce jest potrzebny szacunek obywateli do państwa, ale nie będzie go bez szacunku państwa do obywateli. To musi działać w dwie strony.

***

Siedzimy pod żyrandolem, który według Donalda Tuska miał być symbolem niemocy prezydenta. Czy ma pan żal do Tuska za tę wypowiedź?

– Nie mam żalu, ale chcę zauważyć, że Donald Tusk też wybrał żyrandol – tyle że europejski. I ja mu się nie dziwię, bo stał się w ten sposób jednym z bardziej wpływowych ludzi kontynentu.

Ale opozycja tak nazywa pańską prezydenturę – „żyrandolowa”.

– Tak mówią ci, którzy chcieli być prezydentem, ale im się nie udało, albo marzą o tym urzędzie, ale wiedzą, że nigdy nie zostaną wybrani.

W Polsce pozycja prezydenta jest relatywnie mocna na tle innych krajów europejskich. Oczywiście nie tak mocna jak prezydenta V Republiki od czasów de Gaulle’a. Ale to naprawdę duże uprawnienia i duża odpowiedzialność. Zwłaszcza że wiemy dobrze, iż zły prezydent może siać destrukcję, blokować współpracę, psuć demokrację. Słyszę niekiedy głosy, że szkoda, iż nie podstawiłem nogi rządowi, nie pokłóciłem się znowu o krzesło czy samolot. Ale nie o to chodzi w prezydenturze. Prezydent jest arbitrem, który ocenia – kierując się konstytucją – posunięcia władzy wykonawczej i ustawodawczej, a czasami jest gwarantem apolitycznej logiki w funkcjonowaniu państwa. To pozycja niesłychanie mocna w obszarze bezpieczeństwa i obrony.

Znów wraca dyskusja, że skoro prezydent ma mocny mandat powszechny, to może trzeba wprowadzić system prezydencki. Albo na odwrót – niech go wybiera Zgromadzenie Narodowe, bo ma ograniczone kompetencje. Czy należałoby zmienić konstytucję w kierunku systemu prezydenckiego lub kanclerskiego?

– Konstytucja to nie jest zabawka, którą można dowolnie zmieniać w zależności od kontekstu. Ustrój należy doskonalić, ale bez ciągłego wywracania podszewką do góry. Złej baletnicy i rąbek u spódnicy… Jak komuś nie wychodzi politycznie, to mówi: zmieńmy ustrój, zmieńmy konstytucję. To często przejaw frustracji. W ramach tego ustroju można osiągać sukcesy.

Nie chciał pan w kampanii rozmawiać o wejściu Polski do strefy euro. Jednak w 2010 r. złożył pan projekt zmian w konstytucji, który zawierał rozdział europejski i propozycję zmian zapisów dotyczących NBP.

– Chciałem stworzyć podstawę do decyzji w sprawie przyjęcia lub nie euro. Proponowałem rzeczywistą debatę w sprawie euro, a nie ciągłe bicie piany na poziomie bałamutnego porównywania cen w dyskontach w Polsce i na Słowacji. Trzeba mieć Polaków za „ciemny lud”, ufając, że to „kupi”. Wszyscy wiemy, że bez zmiany konstytucji mówienie o wejściu do euro jest bez sensu. Wiemy też, że integracja w UE pójdzie dalej, opierając się na krajach należących do strefy euro.

Ale PO koniunkturalnie nie chciała o tym dyskutować, bo większość Polaków jest przeciwko szybkiemu wejściu do strefy euro.

– Ale to ja miałem rację. Proponowałem zmianę, która nie przesądzała niczego, tylko otwierała debatę do zmiany rzeczywistej, a nie pozornej.

Nie przekonał pan macierzystej partii?– Jestem bezpartyjny i wtedy też byłem. Proszę więc nie pytać mnie o partię. Ja swoje zrobiłem. Teraz w gorączce wyborczej nie czas na debatę o euro. Wrócimy do tematu po wyborach, w 2016 r.Bierze pan pod uwagę zmianę reformy emerytalnej – tak by prawo do emerytury zależało nie tylko od wieku, ale także od stażu pracy. Czy to odwrócenie reformy?– Nie, ale jest jakaś niesprawiedliwość w tym, że staż ludzi, którzy poszli do pracy np. w wieku 16 lat, jest znacznie dłuższy niż tych, którzy idą do pracy później, a prawa emerytalne nabywają w tym samym wieku. Czy to się da pogodzić z reformą emerytalną? Nad tym będą pracować eksperci. Nie chcę wywracać reformy emerytalnej, ale ją udoskonalić, by znieść tę ewidentną niesprawiedliwość.Dlaczego to pan powinien wygrać wybory prezydenckie, a nie Andrzej Duda?– Bo władza to ogromna odpowiedzialność. Głowa państwa musi mieć odpowiednią wiedzę i doświadczenie, które zdobywa się, przechodząc krok po kroku kręgi politycznego wtajemniczenia, wzloty i porażki. W polityce jestem od lat czterdziestu. Moimi kręgami wtajemniczenia były opozycja demokratyczna, „Solidarność”, internowanie, praca dla rządu Tadeusza Mazowieckiego, wieloletnie posłowanie na Sejm, Ministerstwo Obrony, marszałkowanie w Sejmie i w końcu prezydentura. Czuję się dojrzały i na siłach, by sprostać strategicznym wyzwaniom. Chodzi przecież o bezpieczeństwo, problemy rodziny jako odpowiedź na kryzys demograficzny, odbudowę wspólnoty w duchu nowoczesnego patriotyzmu. I konkurencyjną gospodarkę, bo bez niej nie ma przyszłości, oraz jakość prawa. Olbrzymim wyzwaniem są szanse młodzieży w wymiarze ekonomicznym, mieszkaniowym i rodzinnym – program ma roboczą nazwę „Dobry start dla młodych”. Składam ofertę przyzwoitą. Mam nadzieję, że 10 maja Polacy podejmą dobre decyzje.

Będzie druga tura?

– To zależy, jak zagłosują obywatele. Bardzo bym chciał, by skończyło się na pierwszej. Ale każda próba przesądzenia tej sprawy jest przedwczesna i trąci arogancją.

Według sondażu TNS Polska dla „Wyborczej” brakuje panu 3 pkt proc., by wygrać w pierwszej turze.

– „Prawie” robi wielką różnicę, ale pracuję, działam i zabiegam o głosy.

Grzegorz Braun, pana konkurent do prezydentury, mówi, że „prezydenta trzeba postawić pod ścianą”, że to agent moskiewski, a Polska to „kondominium niemiecko-rosyjskie pod powierniczym zarządem żydowskim”. Mówił też, że co dziesiątego dziennikarza „Wyborczej” i TVN trzeba rozstrzelać.

– Mam nadzieję, że to mi pomoże, a nie zaszkodzi. Im bardziej jestem atakowany z pozycji skrajnych, tym bardziej widać nonsens tych ataków. Ale sam fakt, że ktoś liczy, iż ultraradykalna i antydemokratyczna argumentacja pozwoli mu wygrać wybory prezydenckie, powinien być dzwonkiem alarmowym. Demokracja i wolność nie są dane raz na zawsze. Trzeba ich bronić przed takimi ludźmi także przy urnach wyborczych.

Od początku kampanii „Wyborcza” zabiegała o wywiad z Andrzejem Dudą, kandydatem PiS na prezydenta, jednak odmówił

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Kapitalizm przegra z komunizmem. Wyobraźcie to sobie
Czytajmy Marksa. W końcu mamy wolnorynkowy kapitalizm i nie musimy się domyślać, o co mu chodziło, wystarczy wyjrzeć przez okno – mówi socjolog i kulturoznawca Jan Sowa, autor głośniej książki „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”

Kukiz. Przeskoczę każdy mur
Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie ta historia o człowieku, który szedł z krzyżem za ludzi, a oni na niego pluli. Gdyby nie Biblia po prostu. Czy czuję się wybrany? W jakimś sensie tak

Nie muszę z tobą być
Ideałem jest taki związek, w którym partner może powiedzieć partnerce: „Wiesz, ja ciebie właściwie do niczego nie potrzebuję, ale chcę z tobą być, bo cię kocham”

Złoto wciąż bywa czarne. Jak inni zarabiają na węglu
W Cerrejón 11 tys. ludzi wydobywa węgiel tuż spod ziemi koparkami. Na Śląsku 100 tys. ludzi wydziera surowiec z głębokości tysiąca metrów. To się nie może opłacać

Zostały tylko Himalaje
Żołnierze przenoszą wte i wewte fragmenty dachów, ścian, meble. Drugie tyle mundurowych przygląda się obojętnie, kurząc papierosy

Trzaski i szumy znowu w cenie
Nie jest prawdą, że człowiek z natury dąży do doskonałości. Powodem, dla którego odczuwamy sympatię do winylu czy kliszy fotograficznej, są właśnie defekty

Przybywa ładnych panów
Podstawowym problemem polskiego mężczyzny jest to, że często nie ma z kim porozmawiać o swoim pierwszym garniturze

wyborcza.pl/magazyn

 

kimJestPiłsudski

Kukiza poparł Piłsudski

Paweł Wroński, 02.05.2015
Paweł Kukiz

Paweł Kukiz (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Ostatnie dni kampanii prezydenckiej. Kandydaci dają z siebie wszystko. Sztaby rzucają ostatnie rezerwy. Ministrowi Grabarczykowi zabrano nawet pistolet Glock. Ponoć uzyskał zezwolenie na broń niezgodnie z prawem. Zaraz, zaraz, jak minister sprawiedliwości może dostać zezwolenie na broń niezgodnie z prawem?
Niedziela. Andrzej Duda w Telewizji Trwam i Radiu Maryja. Tym razem nie zadzwonił „Jarosław z Warszawy”, by go wesprzeć. Miał ważniejsze zajęcia. Był na kongresie PRZP, czyli Polski Razem Zjednoczonej Prawicy. Partia Jarosława Gowina poparła bowiem Dudę. Wsparcie PRZP brzmi jak zapowiedź zwycięstwa. Przy okazji Jarosław Kaczyński stwierdził: „Dzisiejsza opozycja ma szansę naprawić to, co zniszczyła rządząca koalicja”. Nawet nie spojrzał na Gowina, długoletniego polityka PO i ministra sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska.Poniedziałek. W internecie nowy spot wyborczy Pawła Kukiza. Na ekranie przedpotopowe radio, a z głośnika dochodzą niewyraźne fragmenty przemówienia Józefa Piłsudskiego. Internetowo-twitterowa opinia publiczna pieje z zachwytu. Rzeczywiście, spot udany. Dzięki niemu teraz całe to towarzystwo się dowie, kim jest Piłsudski. To taki gość, który poparł Kukiza.Wtorek. Prezydent Bronisław Komorowski, wizytując Zakłady Azotowe w Kędzierzynie-Koźlu, stwierdził, że jest w Kościerzynie-Koźlu. Faul! Nie wolno być równocześnie na Śląsku i na Kaszubach, nawet kandydatowi podczas kampanii.Kandydatka SLD, która do tej pory milczała, w ostatnim tygodniu intensywnie przemawia. W TVN 24 wystąpiła w pastelowej sukience (kreacja Joanny Przetakiewicz?) i mówiła o „panu Bronisławie, który nie potrafi reprezentować nas godnie”. Słychać głosy, że okres kampanii Magdaleny Ogórek, gdy nic nie mówiła, był wyraźnie lepszy.Środa. W Rzeszowie pod biurem wyborczym PSL, gdzie wiec urządził kandydat Janusz Palikot, przedstawiciele jego sztabu pobili się ze sztabowcami kandydata Adama Jarubasa. Czyli jeśli 1 proc. poparcia splecie się w zapasach z 2 proc., to wspólnie mają 3?Czwartek. W tym roku nie było pierwszomajowego pochodu lewicy na uczczenie Święta Pracy. Formacje lewicowe zorganizowały natomiast pięć odrębnych wieców – to dobitnie charakteryzuje sytuację lewicy.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: