Hologram (01.05.15)

 

Marian Opania: Niczego i nikogo się nie boję. Prócz Bozi, jak mówi Wałęsa

01.05.2015
”Jak Antek Krauze zaproponował mi rolę obu Kaczyńskich, odpowiedziałem: A pocałuj ty mnie w du*ę”
Angelika Swoboda

Marian Opania na planie spektaklu TV „Dobrze” (fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta)

Wydaje się stworzony do komediowych ról. Zabawny, spontaniczny, bezpośredni. Tymczasem, jak twierdzi, musi się solidnie napracować, żeby ów efekt komiczny osiągnąć. A w głębi duszy marzą mu się role mieniące – łączące w sobie przemyślaną improwizację, komedię i dramat. Dlaczego nie chciał zagrać Lecha Kaczyńskiego w filmie o katastrofie smoleńskiej? Czemu brzydzi się polityką? Marian Opania mówi nam nie tylko o tym, ale również o swoich kompleksach i sprawach, do których wraca rzadko – o problemie z alkoholem, który miał w latach 70., i o synu, który boi się z nim grać.

Kiedy zadzwoniłam do pana z prośbą o wywiad, kilka razy upewniał się pan, że jestem z Gazeta.pl, a nie z „Gazety Polskiej”. A gdybym była z „Gazety Polskiej” to co?

– Nie miałbym czasu.

Rozłączyłby się pan?

– Aż takim chamem nie jestem. Czasem bywam. Niestety. Jak mnie ktoś wkurzy, to pada grube słowo i koniec. Choleryk ze mnie nieprawdopodobny. I nieprawdopodobnie niecierpliwy facet. Stąd muszę mieć szybkie samochody, żeby to mulstwo w Warszawie popędzać. Mnie się ciągle śpieszy. Jak widzę, że młody chłopak jedzie jak du*a, robi odstęp na pięćdziesiąt metrów, a tam wjeżdżają i wjeżdżają, i ja wiem, że nie zdążę już na tym świetle… Albo jest zielone światło i raptem dwa samochody przejadą, i w ostatniej chwili da kierunkowskaz, bo oszczędza… Zabiłbym, kurczę!

Zawsze mówi pan, co myśli?

– Przeważnie.

Co to znaczy?

– To straszne, bo ja lubię chodzić do teatru, a zarazem nie lubię chodzić do teatru. Muszę czasem, bo wypada mi pójść do kolegów. Podziękować, zrecenzować. Nie krytykuję jednak, bo już wiem, że nie wolno mi mówić, nawet przyjaciołom, pełnej prawdy. Powiem na przykład kumplowi: Wiesz, tu bym jednak troszeczkę inaczej. Po co tylko mówisz, zaśpiewaj te dwa słowa. A on nie chce słuchać: A tam, ja to przemyślałem i co ty mi tu będziesz…

Marian Opania podczas Koncertu Charytatywnego Solidarni z Ukrainą w Teatrz Żydowskim (fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)Marian Opania podczas Koncertu Charytatywnego Solidarni z Ukrainą w Teatrze Żydowskim (fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta)

Pan chyba też zwykle nie słucha rad innych.

– Potrafię posłuchać się nawet sprzątaczki. Kiedyś mnie spytała: Panie Marianie, po co pan mówi kur*a? Wyrwało mi się w monodramie „W progu, czyli tajemnica zaniechanych spodni” i reżyser Bartek Konopka stwierdził, że warto to zachować. Ale przemyślałem to i już tak nie mówię. Zamiast kur*y jest cholera. Zresztą co do tych rad, to wszystko zależy od tego, kto mi ich udziela. Jednego posłucham, drugiego nie.

A żony?

– Żony-muzy nie zawsze słucham. Nie pozwoliłaby mi na przykład udzielić tego wywiadu, bo nie znosi wywiadów. Ja też za nimi nie przepadam. Kiedyś to była dla mnie wręcz męka, groza jakaś. Zakompleksiony gówniarz z prowincji, wiecznie znerwicowany, bojący się. Dopiero potem wykształciłem w sobie siłę i odwagę. Teraz praktycznie niczego i nikogo się nie boję. Prócz Bozi, jak mówi Wałęsa.

Nie bał się pan odmówić zagrania Lecha Kaczyńskiego w filmie o katastrofie smoleńskiej.

– Zawód aktora ma elementy posłannictwa, ale nie koturnowości. A to posłannictwo polega na wychowywaniu widza i publiczności. Na zawyżaniu, a nie na zaniżaniu poprzeczki. Mam na myśli takie posłannictwo, jakie można wyczuć w zawodzie lekarza, nauczyciela czy księdza. Tę mniej wyrobioną publiczność się wychowuje i taką rolę, o dziwo, w komunizmie – i mówi to antykomunista – spełniał Teatr Telewizji. Ulice pustoszały, bo ludzie chcieli obejrzeć jakiegoś Szekspira czy współczesną sztukę amerykańską.

A teraz co? „Big Brother”, w najlepszym razie „You Can Dance” czy „Taniec z gwiazdami”. Oczywiście, czasem oglądam, bo lubię taniec. Obejrzę też na przykład „The Voice of Poland”. Niech będą i takie rzeczy, tylko niech nie konkurują z Teatrem Telewizji. Hołdowanie wzorcom amerykańskim, akurat w tym względzie, mnie mierzi. Dawniej zło – tyle tylko, że nie w sztuce, bo tę mają genialną – płynęło ze Wschodu. A teraz płynie z Ameryki, z Zachodu. Do tego dochodzi straszliwa preferencja amatorszczyzny i promowanie tego. Zaczynam już snuć teorię spiskową, że komuś zależy, żeby wychować rasę głupoli, bo łatwo nimi rządzić. Jednakowe żarcie, jednakowa sztuka. Już nie przez małe „s”, tylko przez jakieś mikroskopijne! Czasem aż się chce rzygać na te produkcje.

Marian Opania (fot. Grażyna Jaworska / Agencja Gazeta)

Aktor jest przecież człowiekiem do wynajęcia.

– Owszem, to zawód usługowy. Aktor może zagrać i w serialu, i w jakiejś reklamie za godziwe pieniądze, dlaczego nie? Trzeba jednak zachować pewien rodzaj umiaru. Raz na jakiś czas. Wie pani, jak mi zaproponują reklamowanie kleju do sztucznych szczęk, to się nie zgodzę. Ale Polopirynę S reklamowałem przed laty, to była fajna reklama, utaneczniona. Niestety, nasze reklamy robią często buraki z pieniędzmi. Żądają, że ma być tak i koniec.

Właściwie czemu nie chciał pan zagrać Lecha Kaczyńskiego?

– Zagram wszystko, oprócz tego, co by komukolwiek torowało drogę do władzy. Z jakiejkolwiek strony. Bo to jest olbrzymia odpowiedzialność. Nie przepadam za Jarosławem Kaczyńskim, w odróżnieniu do Lecha, którego lubiłem. Tylko raz zagrałem w filmie politycznym, i to był „Człowiek z żelaza”. To było co innego, tam było przesłanie. Mogę zagrać bandytę, mogę zagrać ministra, esbeka, generała… Dlaczego nie mogę zagrać prezydenta? Ano nie! Bo kiedy jest ten film robiony? Ano właśnie teraz, przed kampanią jesienną. I wiedziałem, że tak to właśnie będzie. Poza tym ja nie wierzę w zamach. Ci, co wierzą, są bandą szkodników, która zachowuje się jak sowieccy agenci. A Putinowi jest bardzo na rękę, żeby tu był niepokój.

W środowisku aktorskim są podziały polityczne?

– Ależ oczywiście. Niedawno miałem koncert piosenek Okudżawy z moją koleżanką, która popiera PiS. Ja jestem, powiedzmy, platformersem, chociaż widzę potężne wady tego ugrupowania. Szczególnie męczy mnie stosunek do kultury i sztuki. Każdy rząd ma w dup*e kulturę i sztukę, i tylko udaje, że jest inaczej. Dotacje do teatrów są żadne! Możemy grać monodramy albo dwuosobowe spektakle, od czasu do czasu coś muzycznego. Nie ma najmniejszego porównania z czasami komunizmu.

Wtedy było lepiej?

– Film kręciło się w trzy miesiące, pół roku. I się go dokładnie skręciło. Dlatego te filmy są dopieszczone. A „Cudownie ocalonego” Janusza Zaorskiego nakręciłem w trzynaście dni. Po osiemnaście godzin na dobę. Wyzysk człowieka przez człowieka. Kończyłem zdjęcia o drugiej, kazali mi wstawać o szóstej. I tylko dzięki swojemu diabelskiemu charakterowi pytałem: Co?! O której?! A o dziewiątej nie łaska?! No to się zgodzili. Mogłem trzy godziny pospać i dalej, i dalej…

Było taniej, ale pozostaje pytanie o efekt.

– Efekt mógł być znacznie lepszy, gdybyśmy mieli miesiąc, byłyby i zbliżenia. A ten biedny świętej pamięci Tomasz Wert musiał krążyć z kamerą, tańczyć, żeby zdobyć i przejazd, i zbliżenie. Na szybko. Tylko że akurat producenci trafili na zdolnych realizatorów i niezłych aktorów.

A co z tą koleżanką popierającą PiS?

– Była taka najeżona, a ja przyszedłem, przywitałem się, ucałowałem i już. Lody puściły.

Nie ma dla pana znaczenia, że ona popiera PiS?

– Przecież ja mam jedną piątą rodziny PiS-owskiej. Moja ukochana siostra cioteczna powiedziała o mnie, choć nie w oczy, że się mnie wstydzi, bo nie zagram prezydenta Kaczyńskiego. Trudno, niech się wstydzi.

Doświadczył pan ostracyzmu po tej odmowie?

– Jestem człowiekiem dość konsekwentnym i upartym, potrafię wytłumaczyć swoje racje. Nie mówię: A bo se nie zagram, i już. Nie chcę, żeby ktoś myślał, że chcę zrobić wokół siebie więcej szumu, że potrzebuję skandalu. Ja to mam głęboko… Przecież decyzja, że nie zagram Lecha Kaczyńskiego, nie zrodziła się jednego ranka. Antek Krauze namawiał mnie przez dwa lata! My się przyjaźnimy. Kiedyś spotkał mnie na odnowionym „Palcu Bożym”, którego był reżyserem, i mówi: Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Pytam jaką. Zagrasz w filmie obu Kaczyńskich. Odpowiedziałem: A pocałuj ty mnie w du*ę. On na to: Ale dlaczego, Maryś? Przecież u mnie [w „Czarnym czwartku” – przyp. red.] Fronczewski zagrał Kliszkę, a Pszoniak Gomułkę… Mówię: W takim filmie bardzo cię proszę, ale tu nie. Ja Lecha Kaczyńskiego i jego żonę darzę sympatią, ale Jarosia nie lubię. Powiedział: Będę cię namawiał tak długo, aż się zgodzisz. Za rok mnie spotkał i mówi: Ponawiam moją propozycję. Odparłem: Antoś, ja szczególnie Jarosia zagrałbym ci z wielką rozkoszą. Miałbyś wszystko. I pewien rodzaj wdzięku, i inteligencję, i ten sposób mówienia „Polskom naszom”. Ale nie wiem, czyby mu się spodobało potraktowanie tej roli.

Rok później dzwoni do mnie jakiś dziennikarz, o pół do dziewiątej rano, a ja nie lubię, jak się do mnie dzwoni o tej porze, i pyta, czy ja rzeczywiście zagram Kaczyńskiego. Nie wytrzymałem: Odchrzańcie się ode mnie, nie będę grał w głupotach o jakichś zamachach, bo jestem w miarę myślący facet i nie będę się podpisywał pod jakimiś bzdurami. No i… o Boże…

Burza.

– Burza!

Nie spodziewał się pan takiej?

– No nie spodziewałem. Nagle Lis chce ze mną rozmawiać w swoim programie. „Kropka nad i”, Pochanke, „Gazeta Wyborcza”, jakaś Rasija, „New York Times”. Tego „New York Timesa” akurat żałuję.

Zdziwił się pan taką reakcją? To była odważna decyzja.

– Proszę pani, ze stu kilkudziesięciu, których mój ojciec miał w swojej kompanii w powstaniu warszawskim, przeżyło około dziesięciu. Ojciec został ciężko ranny w biodro. Mógł iść do szpitala, bo było wiadomo, że to koniec Mokotowa. Nie poszedł jednak na tyły. Powiedział, że zostanie ze swoimi chłopcami. Miał 39 lat i tymi 17-20-latkami opiekował się jak ojciec. Mimo że miał żonę i dwoje własnych dzieci. Przecież on nie był nawet warszawiakiem, tylko puławiakiem. Taki kowboj! Geny mam więc niezłe… W środowisku po swojej decyzji dostawałem za to gratulacje, głównie od kobiet. Od mężczyzn nie, bo oni by tę rolę wzięli. Choć dyrektor teatru Ateneum powiedział: Brawo, panie Marianie. Dostawałem też mnóstwo listów i maili, że wreszcie znalazł się ktoś, kto jest odważny, że chylą czoła.

Marian Opania śpiewa Okudżawę; Lublin 2005 r. (fot. Iwona Burdzanowska / Agnecja Gazeta)Marian Opania śpiewa Okudżawę; Lublin 2005 r. (fot. Iwona Burdzanowska / Agnecja Gazeta)

Ci, którym się pańska decyzja nie podobała, polowali na pana?

– Sąsiad mi powiedział: Panie Marianie, zmawiają się, żeby robić demonstrację pod pańskim oknem. Pomyślałem wtedy, że nie mam obstawy jak generał Jaruzelski, więc przez ładnych kilka dni trzymałem samochód na innej ulicy. Jak się zbiorą, to co to dla nich rzucić butelką benzyny przez okno… Nie zrobili tego, ale takie zagrożenie istniało. Nikt mnie jednak nie obrzucił wyzwiskami. Jeśli już, to z gratulacjami przychodzili.

Stracił pan w związku z tym jakieś propozycje?

– Podczas koncertów słowno-muzycznych „Moje fascynacje” śpiewam Brela, Okudżawę, Cohena, Nohavicę. W Polsce nic się nie działo, ale w Kanadzie, koło Toronto, jeden taki koncert odwołali. W katolickim ośrodku w Mississauga. Usłyszałem, że jak pan Opania drwi sobie z katastrofy smoleńskiej, to my na niego nie pójdziemy. Nie przeszkadzało jednak, że dałem koncert w miejscowości obok, w Brampton. Z kolei we Wrocławiu, jak wszedłem na scenę przed koncertem piosenek Jana Kaczmarka, publiczność wstała i biła mi brawo. W Lublinie, mekce PiS-owców, parę osób zwróciło bilet.

Był moment, że żałował pan tej odmowy?

– Raz żałowałem. Jakbym wziął tę rolę, to jednego dnia miałbym dwie stawki filmowe, dwa obiady i dwie przerwy. Kręciłem wtedy „Prawo Agaty”, a ten film o Smoleńsku grali w tym samym budynku, tylko w hali obok. Żartuję oczywiście!

Pana zdaniem aktorzy powinni otwarcie popierać polityków?

– Nie dziwi mnie to. Jak pierwszy raz Platforma biła się z PiS-em, byłem w komitecie wyborczym PO. Wtedy byłem trochę politykiem. Wypowiadałem się na temat braci Kaczyńskich, mówiłem, że po bolszewicku podzielili Polaków. Ale od tamtej pory mam tylko preferencje wyborcze, z bólem idę głosować na tego czy tamtego. Nie do końca jestem przekonany, że słusznie. Wybieram raczej mniejsze zło. Polityka zaczęła mnie brzydzić. Widzę te wszystkie szwy, te chorągiewki, raz na jedną, raz na drugą stronę. Wiem, że tylko krowa nie zmienia zdania, ale taka niekonsekwencja? Że ktoś jest ultrakatolicki, a nagle występuje przeciwko krzyżowi i Kościołowi, jak Janusz Palikot. Czy Michał Kamiński, który był wrzaskliwym propagatorem Kaczyńskiego i nagle zmądrzał, tak? Politycy wybierają to, co przynosi profity, i ja się tym brzydzę.

Czasem mnie żona namawia do głosowania, bronię się, że „nie lubię tej czy tamtej osoby”, ale finalnie idę i głosuję. Teraz będę głosował na Komorowskiego, choć zastanawiałem się nad Pawłem Kukizem. Chciałbym jednomandatowych okręgów wyborczych. Poza tym nie lubię tej pseudoeuropejskości. Cenię patriotów, ale tych normalnych.

Potępia pan Jerzego Zelnika za poparcie dla Andrzeja Dudy?

– Nikogo nie potępiam. Włodek Nahorny był na przykład w komitecie Lecha Kaczyńskiego, a ja go uwielbiam jako człowieka i wybitnego artystę. To bardzo wrażliwy i fantastyczny facet. Nie jestem zaciekły, choć Krystyna Janda twierdzi, że jak pada słowo Jarosław, to mi się od razu włos jeży na głowie. Wcale tak nie jest!

Marian Opania z synem Bartoszem (fot. Kapif)Marian Opania z synem Bartoszem (fot. Kapif)

Nie tworzy pan z synem takiego zawodowego tandemu jak Jerzy i Maciej Stuhrowie.

– Nie, bo mój syn, właśnie z powodu wspólnego zawodu, od zarania miał przechlapane w szkole. Ewidentnie był zdolny, ale koledzy i tak mu dokuczali: Witamy aktora teatru Ateneum. Ówczesny dyrektor teatru, nieżyjący już Janusz Warmiński, rzeczywiście go zaangażował. Zapytałem wtedy Warmińskiego: I co mi pan zrobił? Bartosz miał też propozycje z innych teatrów i zachęcałem go, żeby się na nie zdecydował i nie właził mi do Ateneum.

Dlaczego?

– Żeby nikt nie pomyślał, że to ja mu załatwiłem pracę! I tak bez przerwy… Dlatego on jak ognia unikał kontaktów artystycznych ze mną. Raz graliśmy w Teatrze Telewizji ojca i syna, bardzo fajnie to wyszło. W Ateneum wystąpiliśmy razem w dwóch sztukach. On unika wspólnej pracy, bo wie, jakim jestem wymagającym artystą. I boi się, że najwięcej będę wymagał od niego. Zapewniam go, że nie będę: Zaśpiewasz sobie Cohena i Nohavicę jak chcesz. A on co? – Boję się.

Jak zrobię adaptację „Pod wulkanem” Malcolma Lowry’ego, a Krysia Janda zgodzi się ją wystawić, to chciałbym, żeby Bartek zagrał konsula, a ja narratora. Ale nie wiem, czy dostąpię tego zaszczytu. Jak nie, obsadzę kogoś innego. Swoją drogą Bartek nie miał łatwego życia z tatusiem, zwłaszcza jak sporo piłem. Do dziś mam ogromne wyrzuty sumienia z tego powodu. Byłem bardzo uporządkowanym, fantastycznym młodym człowiekiem, tylko wlazłem za wcześnie w to środowisko, które uczy nie tylko dobrych rzeczy. Nie piłem i nie paliłem przez całe studia, a po studiach zacząłem jedno i drugie. Wpadłem w taki wir roboty, że pozwalałem sobie: A, koniaczek, bardzo dobrze. Zawsze miałem genetyczne skłonności do wódeczki. Ja, który w czasie przyjęcia maturalnego wylewałem wódkę do kwiatków, w latach 70. miałem potężny problem z alkoholem. Nie obsadzali, to głębiej sięgałem do kieliszka, a nie obsadzali, bo za głęboko sięgałem. Piekło. Ale wygrzebałem się i teraz mnie pani nie uświadczy, że piwko piję. Jestem twardy w tym postanowieniu. Wszystko robię co najmniej na sto procent.

Marian Opania, Grzegorz Daukszewicz i Anna Polony w Marian Opania, Grzegorz Daukszewicz i Anna Polony w „Panu Jowialskim”; Teatr Polonia 2010 r. (fot. Grażyna Jaworska / Agencja Gazeta)

W serialu też gra pan na sto procent, czy jednak z mniejszym zaangażowaniem niż w teatrze?

– Różnica jest olbrzymia. Każda z tych sztuk wymaga zupełnie innego sposobu grania, stosuję inne środki aktorskie. W teatrze są one bardziej wyraziste, nie ma zbliżeń, więc trzeba grać mocniej. Teatr Telewizji jest między teatrem a filmem, a z kolei w serialu nie można grać, jakby chciało się zdobyć Oscara. Trzeba to robić dużo lżej. Starania, jakie wkładam w rolę, są takie same jak w teatrze, ale wiem, że nie mogę grać tak dramatycznie lub tak komediowo, że to nie przystaje. Bo za tydzień zobaczymy to samo. No chyba że jest jakaś dramatyczna scena.

Obraża się pan, gdy mówią o panu: ten Opania z „Prawa Agaty”?

– Niedawno żona miała rezonans i w szpitalu zaczepiła mnie miła pani: Jak ja pana uwielbiam, szczególnie za ten dialog z panem Kowalewskim. Chodziło o to: „Liwko, liwko, skocz po piwko” [dialog ze skeczu z programu TVP „Maszyna czasu” – przyp. red.]. Niektórzy z takich pierdół mnie pamiętają. Przez lata moją największą kreacją był profesor Zybert z „Na dobre i na złe”. Co ja mam na to poradzić? Przecież nie będę się kopał z koniem. Są też tacy, którzy mnie pamiętają z „Moskwy-Pietuszki”, „Człowieka z żelaza” czy „Palca Bożego”.

Brakuje panu dziś mocnych ról?

– Mając 70 lat, przeżyłem drugi regres. Poprzedni miałem jako 50-latek. Czułem się wypalony, obawiałem się, że nie zagram już bohaterów, o których myślałem – ról facetów mocnych, czasem złych, niesympatycznych. Bez przerwy mnie obsadzano w rolach komediowych, ciepłych i łagodnych. Takiego specjalisty od pierwszej miłości – sympatycznego, zagubionego człowieka, znerwicowanego, zalkoholizowanego. A ja lubię role mieniące się wszelkimi odcieniami aktorstwa. Takie, w których mam śmiech, płacz, gniew, dramatyzm. I nieprawdą jest, że z „g” można zrobić tort. Materiał robi kreację. Zachwycamy się aktorami amerykańskimi, brytyjskimi czy francuskimi, tymczasem w Polsce też jest wielu wspaniałych aktorów. Tylko że w Ameryce pisze się pod nich scenariusze, a u nas to jest przypadkowe. Ale wracając do tego, jak się poczułem, mając lat 70 – uznałem wtedy, że pora umierać. Przecież zdolności mi się nie wyczerpały, dlaczego jestem więc na oucie?

I co pan zrobił?

– Moją odskocznią w wieku 70 lat stał się ten monodram Glena Bergera, według którego jeśli zadajemy ból, to jest to tylko ślepa nieświadomość. To bardzo mądre. Zresztą w tym monodramie jest wiele mądrych rzeczy. Przez lata marzyłem, żeby zrobić spektakl z piosenkami Nohavicy. Potem doszły do tego piosenki Cohena, bo zobaczyłem koncert w Sidney, na którym śpiewali je najlepsi na świecie: Bono, Nick Cave, Rufus Wainwright. Śpiewali tak, że zastanawiałem się wtedy: Jezus, to tak można Cohena śpiewać? Nie tylko buczeć basem. Złożyłem projekt w teatrze Ateneum, a dyrektor zapytał: Panie Marianie, po co pan będzie tego Nohavicę robił? Niech pan zrobi Opanię. I dał mi monodram. Strasznie długi, dwie i pół godziny. Dałem do czytania mojemu przyjacielowi Wiktorowi Zborowskiemu. Fajne, ale po co? – spytał. Ktoś inny stwierdził: No zabawne, ale czy ja wiem. Dałem jeszcze żonie i usłyszałem:Bierz. No i moja muza miała rację.

Potem zaczęły się schody z wkuciem tego tekstu. Bo ja mam pamięć matematyczną, zapamiętuję tekst błyskawicznie, a tu uczę się, za tydzień chcę powtórzyć i nic… Tak jakby cudzoziemiec tłumaczył z angielskiego na polski, żadnych ciągów logicznych. Trzeba się uczyć jak pacierza. Bohater jest w Londynie, za chwilę w Bonn, a potem w Chinach. Jak się to popie***y, to koniec. A nie ma suflera. Dziewczyna siedzi daleko, szepcze coś w biuścik i jej nie słychać. Zepsułem sobie cały urlop, ale się nauczyłem. Przyszła premiera, sukces! I dostałem takiego kopa, że wiedziałem, że teraz już wszystko mogę. Jak będę chciał coś zrobić, to mi mogą nafiukać, i tak to zrobię.

Mam tak od małego – jak sobie coś wymarzę, to za dwa albo dziesięć lat, ale do tego dojdę. Taką mam naturę. Nie wiem po kim, bo matka była inteligentna, otworzyła mi oczy na sztukę, historię, języki, ale była raczej roztrzepana. A ojca nie miałem, bo zginął w powstaniu warszawskim.

Marian Opania - Przegląd Piosenki Aktorskiej; Wrocław 2003 r. (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)Marian Opania – Przegląd Piosenki Aktorskiej; Wrocław 2003 r. (fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Myślałam, że problem dojrzałego wieku dotyczy tylko aktorek.

– Proszę pani, mężczyzna aktor to jest dyskusyjna sprawa. Bo czy on jest do końca męski? Taki mężczyzna, który wychodzi na scenę i stara się podobać. Robi sobie oko, przyciemnia twarz. Jakiś narcyzm w nas jest. Ja jestem znany z tego, że jak przychodzi Opania, to nie dotykać. Panie Marianie, ja tylko tutaj przypudruję, bo jest pan spocony. Ja na to: I dobrze, to będę naturalny. Chcę się świecić. Aktorstwo zaczyna się od bycia sauté. Jeżeli 80-letnia kobieta stara się być dzidzimłódką, to nie będzie dobrą aktorką. Kobieta aktorka powinna wyglądać tak jak rankiem. Te najlepsze o tym wiedzą. Jak umalowana i ufryzowana zagra zmęczoną? Nie! Aktorstwo zaczyna się od niedbania o własną fizis. Mam podpuchnięte oczy? To proszę mi jeszcze dodać, bo gram alkoholika.

Charakteryzacja ma jedynie pomagać w tworzeniu kreacji. Ja na przykład w „Moskwie-Pietuszki” pracowałem z charakteryzatorką przy każdej scenie. Mówiłem: Ela, zrób mi przekrwione oczy. W tej scenie jestem wychudły, a w tej spuchnięty. Widz patrzy i mówi: Ale jest w du*ę pijany! A ja gram na trzeźwo. Zawsze. To błąd, że niektórzy sobie speedują. Tu, w głowie, musi być czyściutko. Trzeba cały czas matematycznie myśleć. Jestem przeciwnikiem improwizacji, mimo że potrafię. Jeśli improwizacja, to przemyślana. Niech ta paczka zapałek spadnie mi ze stolika przypadkowo. A papieros niech mi się złamie w ręku, jak się witam z Jandą. Dzięki takiemu pomysłowi dostałem wielką rolę w „Człowieku z żelaza”. A miałem grać jedynie epizod.

Myśląc matematycznie, nie kalkulował pan czasem, że może warto byłoby się z Wajdą zaprzyjaźnić?

– Ja nigdy nie wchodzę w żadne układy. Kończę film, cmok cmok i do widzenia. Oczywiście są małe wyjątki, na przykład z Januszem Zaorskim przyjaźnimy się od szkoły teatralnej i z nim nakręciłem najwięcej filmów. Z Andrzejem Wajdą znamy się od lat, jesteśmy na ty, ale to nie jest tak, że ja zabiegam, dzwonię, żeby się przypomnieć, nie. Nie umiem i trochę się brzydzę takim zachowaniem. W ogóle źle się czuję w tym tak zwanym wielkim świecie. Od początku wiedziałem, że nie jestem z tego towarzystwa. Przyjechałem z prowincji. Z Puław. Czułem się jak snopek, bo tak na mnie patrzono. I to mi zostało do dziś.

Po swojej premierze zostaję dłużej, bo tak wypada. Ale na innej jestem 15 minut i już mnie nie ma. Nie mam nawet apetytu. Przychodzę do domu i żrę. Dzikus jestem. Miałem zakorzenione kompleksy – i wyglądu, i wzrostu. Tego, że nie dadzą mi Makbeta, nie dadzą mi Ryszarda III czy księcia Konstantego.

Marian Opania i Jan Kobuszewski w Opolu; 2004 r. (Rafał Mielnik / Agencja Gazeta)Marian Opania i Wiktor Zborowski w Opolu; 2004 r. (Rafał Mielnik / Agencja Gazeta)

Czuje pan niedosyt?

– Oczywiście grałem wspaniałe role, ale zwykle chcieli mnie widzieć w komediach. Lubię komedie, ale musiałem się tego nauczyć. Nie mam takiej vis comica jak Jan Kobuszewski, Wiesio Gołas, Wiesio Michnikowski czy Romek Kłosowski. Oni po prostu wyjdą. A ja muszę się napracować, żeby uzyskać efekt komiczny, ale może to i szczęście, że te moje środki komediowe są dość delikatne. Nie wygłupiam się, nie komikuję, tylko zawsze jakoś wejdę w tę rolę. A to sobie wąsik przyprawię, a to jakąś zaczeskę zrobię. Nawet bez charakteryzacji potrafię rozśmieszyć. Ale jak już mówiłem, wolę te mieniące się role. Andrzej Wajda mawiał na przykład: Tak mi się wydaje, że pan mi to zagra, bo ja chcę, żeby to było tragikomiczne. To lubię. Zresztą rola w „Człowieku z żelaza” była dla mnie jak taki słup milowy. Bo pod koniec lat 70., gdy miałem trzydzieści parę lat, osiwiałem, zgrubłem i przeszedłem do drugiej ligi. Nagle. Słyszałem: No obsadziłbym cię, Maniek, ale gęba młoda, a postura starszego pana.Teraz pewnie znalazłyby się role, ale wtedy nie. To był bardzo ciężki okres.

Z kolei wcześniej, jak miałem dwadzieścia kilka lat i dostawałem różne nagrody, to woda sodowa uderzyła mi do głowy. Zobaczyłem jednak szybko, że kariera biegnie jak sinusoida. To straszliwy zawód. Dla ludzi niesłychanie silnych, a my jesteśmy nadwrażliwcy. Stąd te ciągłe depresje, zaćpania, zapicia. Nie wytrzymuje się tego ekshibicjonizmu permanentnego, tego obnażania się do imentu. Dlatego ciągle powtarzam, że gdybym się drugi raz urodził, to nigdy nie zostałbym aktorem.

A kim?

– Fizykiem jądrowym, stolarzem mebli artystycznych, historykiem sztuki, pisarzem, rzeźbiarzem, bo rzeźbię. Ale nie komediantem.

Marian Opania; 1990 r. (fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)Marian Opania; 1990 r. (fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta)

 

Marian Opania. Urodził się w Puławach. W 1964 roku skończył PWST w Warszawie, ale dwa lata wcześniej zadebiutował w „Miłości dwudziestolatków” Andrzeja Wajdy. Aktor uniwersalny. Śpiewa, występuje w kabarecie, gra role komediowe w filmie i teatrze. Na dużym ekranie pojawił się między innymi w „Człowieku z żelaza”, „Dreszczach”, „Rozmowach kontrolowany”, a ostatnio w filmie „Bogowie”. Telewidzowie cenią go za rolę profesora Tadeusza Zyberta w serialu „Na dobre i na złe”. Od 1993 roku związany jest z warszawskim teatrem Ateneum, gdzie gra monodram „W progu, czyli tajemnica zaniechanych spodni”. Wyreżyserował spektakl „Cohen-Nohavica” – od listopada zeszłego roku z powodzeniem wystawia go „Teatr Studio Buffo”. Jego syn, Bartosz, też jest aktorem.

Angelika Swoboda. Ekspert showbiznesowy portalu Gazeta.pl. Komentuje życie gwiazd w Polsat Cafe, TVN i Superstacji. Zaczynała jako dziennikarka kryminalna w „Gazecie Wyborczej”, pracowała też w „Super Expressie” i „Fakcie”. Pasjonatka mądrych ludzi, z którymi chętnie rozmawia zawsze i wszędzie, kawy i sportowych samochodów.

weekend.gazeta.pl

Jakub Jędrzejewski zrezygnował ze stanowiska wiceprezydenta Poznania

wesoł, 30.04.2015

ŁUKASZ CYNALEWSKI

Prezydent Jacek Jaśkowiak przyjął – jak zaznacza – „ze smutkiem” złożoną w czwartek po południu rezygnację pierwszego zastępcy Jakuba Jędrzejewskiego.
– Podjąłem decyzję o rezygnacji z pełnionej funkcji w trosce o efektywność zarządzania miastem. Zaznaczam, że sam wystąpiłem do Najwyższej Izby Kontroli i Urzędu Kontroli Skarbowej o pełną kontrolę działań spółki Szpitale Wielkopolski, kiedy pełniłem w niej funkcje zarządcze – czytamy wypowiedź Jakuba Jędrzejewskiego w oficjalnym komunikacie nadesłanym w czwartek wieczorem do mediów.- Wierzę w uczciwość i niewinność prezydenta Jędrzejewskiego. Nie zamykam drogi do naszej dalszej współpracy. Co więcej, mam nadzieję na taką współpracę w przyszłości. Ocenę materiału złożonego mi przez Jakuba Jędrzejewskiego pozostawiam służbom powołanym do takich zadań. Tylko kompleksowa kontrola w spółce Szpitale Wielkopolski może wyjaśnić wszelkie kwestie prezentowane w mediach – mówi w komunikacie prezydent Jacek Jaśkowiak.

Jakub Jędrzejewski jest na cenzurowanym od ponad tygodnia. „Wyborcza” jako pierwsza napisała o podejrzanych zleceniach samorządowej spółki Szpitale Wielkopolskie z czasów, gdy Jędrzejewski był jej prezesem. W środę wiceprezydent Poznania został wyrzucony z Platformy Obywatelskiej, partia naciskała też na Jaśkowiaka, by ten wyrzucił go ze stanowiska swojego zastępcy. W czwartek po południu podczas festynu na pl. Wolności prezydent Jaśkowiak mówił: – W poprzedniej pracy zajmowałem się m.in. nadzorem właścicielskim, nadzorowałem zasadność wydatków. Na podstawie 8 czy 10 faktur bez pełnej dokumentacji spółki trudno dokonać ocen. Na dziś moja ocena może być inna niż osób, które zapoznają się z informacjami w mediach. Należy dać drugiej stronie możliwość złożenia wyjaśnień.

poznan.gazeta.pl

Czy Wszechświat jest hologramem?

Michał Rolecki, 01.05.2015
Czy Wszechświat jest tylko trójwymiarową projekcją?

Czy Wszechświat jest tylko trójwymiarową projekcją? (Kevin Carden / 123RF)

Czy nasz Wszechświat może być tylko trójwymiarowym złudzeniem? Hologramem, który zapisany jest na dwuwymiarowej powierzchni? Najnowsze obliczenia fizyków wskazują, że jest to możliwe.
Na pierwszy rzut oka to nonsens. Przecież wszystko ma swoją wysokość, szerokość i grubość, czyli trzy wymiary. Ale czy któryś z nich nie jest przypadkiem złudzeniem, tak jak dwuwymiarowy hologram daje złudzenie głębi? Wszystko zaczęło się od czarnych dziur.Fizyków od dawna trapi pewna dziwna zależność. Przy teoretycznych obliczeniach dotyczących czarnych dziur okazało się, że ich entropia (czyli stopień nieuporządkowania układu) zależy nie od ich masy, ale od ich powierzchni. W przypadku zwiększenia się entropii czarnej dziury o jeden bit informacji, pole powierzchni horyzontu zdarzeń czarnej dziury – nie zaś jej objętość – zwiększa się o mniej więcej jedną długość Plancka do kwadratu. To, że informacja zawarta na dwuwymiarowej powierzchni może definiować trójwymiarowe ciało wydaje się dziwne, ale rozwiązuje kilka fizycznych paradoksów, związanych z czarnymi dziurami.Wszechświat hologramem? Nie nasz

W 1997 r. fizyk Juan Maldacena przestawił dowód, że istnieje tożsamość między teoriami opisującymi grawitację w zakrzywionych przestrzeniach i teoriami kwantowymi w przestrzeniach, które mają o jeden wymiar mniej. Informacja o całej przestrzeni może zostać „zakodowana” na powierzchni, która ją otacza. To dla fizyków bardzo zaskakująca zbieżność. To, że informację o trzech wymiarach można zapisać w dwóch teoretycznie oznacza, że cały nasz Wszechświat mógłby być zapisany na jakiejś dwuwymiarowej powierzchni, a i tak odczuwalibyśmy, że posiada trzy wymiary.

Jednak do tej pory matematyczny opis takiej zależności udawał się tylko w przypadku przestrzeni o ujemnym zakrzywieniu. Takie dwuwymiarowe powierzchnie przypominają końskie siodło (powierzchnia sfery ma zakrzywienie dodatnie, płaszczyzna zaś – cóż, jest płaska, więc jej zakrzywienie wynosi zero). Teoretyczna możliwość, że powierzchnie o ujemnej krzywiźnie mogą zawierać informacje o trzech wymiarach była bardzo interesująca, ale – przyznajmy – dość egzotyczna. Nasz Wszechświat jest bowiem płaski.

Oczywiście trudno sobie wyobrazić płaskość trójwymiarowej przestrzeni. Ale jest na to pewien sposób: jeśli zmierzymy sumę kątów w trójkącie w „płaskiej” przestrzeni, zawsze otrzymamy 180 stopni. W przestrzeniach zakrzywionych dodatnio będzie to zawsze więcej, zaś w przestrzeniach zakrzywionych ujemnie – mniej. Takich pomiarów dokonywano w kosmicznych skalach i zawsze okazywało się, że suma kątów w trójkącie w naszym Wszechświecie wynosi dokładnie tyle, ile uczono nas w szkołach. Geometria naszej przestrzeni jest euklidesowa, czyli przestrzeń sama w sobie nie ma żadnej krzywizny.

A jednak i nasz

Najnowsze wyniki uzyskane przez naukowców wskazują jednak, że „zasada holograficzna”, czyli tożsamość przedstawiona przez Macaldenę, jest możliwa także w naszym, płaskim Wszechświecie. Daniel Grumiller z Politechniki Wiedeńskiej wraz z zespołem naukowców opublikowali w Physical Review Letters pracę, z której wynika, że tożsamość między teoriami opisującymi grawitację w zakrzywionych przestrzeniach i teoriami kwantowymi w przestrzeniach, które mają o jeden wymiar mniej, zachodzi także w przestrzeniach o zerowej krzywiźnie. Fizycy wyszli od zjawiska splątania kwantowego.

Splątanie kwantowe dwóch cząstek oznacza, że nie mogą zostać opisane indywidualnie. Z fizycznego punktu widzenia tworzą jeden obiekt, nawet jeśli dzieli je wielka odległość. Wielkość takiego splątania, czyli entropię splątania, można zmierzyć.

– Obliczyliśmy [entropię splątania] w pewnej dwuwymiarowej teorii pola kwantowego bez grawitacji i trójwymiarowej teorii z grawitacją w czasoprzestrzeniach płaskich. Odkryliśmy, że wyniki się ze sobą zgadzają – mówi Grumiller. – Nasze obliczenia potwierdzają nasze założenia, że zasada holograficzna może obowiązywać także w przestrzeniach płaskich – mówi Max Rieglel, jeden ze współautorów pracy.

Obliczenia fizyków nie oznaczają, że żyjemy w hologramie. Ale przybywa dowodów na to, że Macaldena się nie mylił i zasada holograficzna może obowiązywać w naszym Wszechświecie.

Zagadkowy szum potwierdza teorię

Jedną z konsekwencji założeń zasady holograficznej jest „ziarnistość” czasoprzestrzeni. Według niektórych obliczeń ziarna, z których składa się czasoprzestrzeń, są na tyle duże, że ich wielkość jest dostępna dla dzisiejszych instrumentów badawczych. Fluktuacje takich ziaren przejawiałyby się jako „szum holograficzny”, możliwy do zarejestrowania w detektorach fal grawitacyjnych. W jednym z takich detektorów, GEO600, wykryto szum o częstotliwości 300-1500 Hz, którego pochodzenie pozostaje nieznane. Jednak właściwości tego szumu są dokładnie takie jak przewiduje teoria, postulująca „ziarnistość” przestrzeni i to, że bity informacji zapisane na dwuwymiarowej powierzchni mogą zawierać informacje dotyczące trzech wymiarów.

Gwoli ścisłości należy dodać, że inne eksperymenty, które potwierdzałyby ziarnistość przestrzeni niczego nie wykazały. Może więc jednak zasada holograficzna to tylko zaskakująca zbieżność, która nic nie oznacza, a trzy wymiary nie są wcale żadnym złudzeniem?

Źródło: Phys.org, ScienceAlert.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s