Lis (04.05.2015)

 

Kaczyński dla „wSieci”: Co jeśli Duda nie wygra? „Już dziś zajmuje wybitne miejsce w naszym obozie”

WB, 04.05.2015
Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Wygrana w wyborach to dla PiS przede wszystkim powróci do prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego, „lewarowaniem pozycji naszego kraju”. A przegrana? Kaczyński nie chce się zajmować takim scenariuszem. „Z pewnością już dziś Andrzej Duda zajmuje wybitne miejsce w naszym obozie, tu nie ma najmniejszej wątpliwości” – mówił prezes PiS w rozmowie z tygodnikiem „wSieci”.

 

Jeśli Andrzej Duda nie wygra, jakie będzie jego miejsce w obozie PiS

Trwa kampania i nie chcę zajmować się takim scenariuszem. Z pewnością już dziś Andrzej Duda zajmuje wybitne miejsce w naszym obozie, tu nie ma najmniejszej wątpliwości

Kaczyński dokonał też oceny mniej popularnych kandydatów w wyborach prezydenckich. Słabe notowania Magdaleny Ogórek pokazują, że „Leszek Miller płaci dziś za swoją nieprzemyślaną politykę”. Nie chodzi jednak o nieznaną kandydatkę, a „trzymanie się obozu PO”.

Paweł Kukiz natomiast, odbiera głosy najmocniejszym kandydatom. „Z pewnością gdyby nie Paweł Kukiz notowania Andrzeja Dudy byłyby jeszcze wyższe” – uważa Kaczyński.

Koalicja? „Nie wiadomo, co jutro wymyślą”

Prezes PiS porusza również temat ewentualnej koalicji w przyszłej kadencji parlamentu. „My w żadnym razie nie rezygnujemy z planu uzyskania samodzielnej większości. Mamy za sobą doświadczenie rządzenia z koalicjantami, o których nie wiadomo, co jutro wymyślą” – skrytykował. Czy Kukiz i Korwin-Mikke mogą osiągnąć dobry wynik w jesiennych wyborach? „Palikotowi się udało, ale on miał jednak potężne poparcie medialne” – stwierdza.

Mimo przewagi PO nad PiS, Kaczyński nie ma w planach otwarcia partii, nawiązywania współpracy. „Na scenie nie widać jakichś znaczących i wiarygodnych podmiotów” – stwierdza. Kaczyński zapowiedział również, że partia zamierza awansować ludzi „z dalszych szeregów”. „Ma na myśli i kobiety, i młodzież. Chcemy także wystawić ludzi spoza partii, którzy mają z naszego punktu widzenia ważne zalety” – dodaje w rozmowie.

„Zemsta” na Kamińskim

O aferze wokół SKOK-ów Kaczyński mówi, że to „działania konkurencji, czyli banków od dawna mających chętkę na przejęcie rynku SKOK-ów”. To również – zdaniem szefa PiS – operacja polityczna.

Wyrok Mariusza Kamińskiego? „Zemsta za jego bezkompromisowość” i badaniem przez CBA korupcji w Sądzie Najwyższym. „Środowisko sędziowskie nie znosi nawet najmniejszej krytyki” – uważa Kaczyński.

Zniesławianie za pieniądze

Prezes PiS poruszył też kwestie wypowiedzi szefa FBI. Jego zdaniem Polska powinna „wydawać spore pieniądze na promowanie prawdy”. Uściślił, że chodzi m.in. o filmy ze znanymi aktorami i najlepszymi reżyserami, by dotrzeć do opinii światowej.

Mówienie o marginesie, który „obciąża cały naród” ma pojawiać się natomiast w innych polskich filmach – „Idzie” i „Pokłosiu”.

„To już ma praktyczne skutki. To już dotyczy każdego Polaka, który choćby turystycznie wyjeżdża za granicę. To odwrócenie prawdy straszliwie nas poniża. A tę sprawę wykorzystują przeciwko nam Rosjanie, którzy przecież sami, gdy myśleli o pokoju w czasie wojennych klęsk, byli gotowi wydać Żydów Niemcom” – ocenił Kaczyński.

Zgoda „elit” na zniesławianie Polski jest -jego zdaniem- spowodowana ich własnymi kompleksami. Ponad to, prezes PiS uważa, że owe osoby z owych elit „za pieniądze, za granty gotowi są na wszystko, na wsparcie każdej bzdury i odwrócenie każdej prawdy”. „Pewna część pójdzie na wszystko za dosłownie parę groszy” – mówi.

Zobacz także

TOK FM

Lis: Od 25 lat nie było w Polsce wyborów prezydenckich, w których stawka byłaby tak wysoka. Warto głosować na bezpieczeństwo

Anna Siek, 04.05.2015
Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

„Trudne kontynuacja i żmudna praca albo niebezpieczna radykalizacja i groźna destrukcja” – tak według Tomasza Lisa wygląda wyborcza alternatywa 10 maja. Zdaniem szefa „Newsweeka” na dobrą ocenę nie zasłużył żaden rywal obecnego prezydenta. „Komorowski daje większości Polaków coś, co w polityce nie jest może wartością nadrzędną, ale jest bez wątpienia wartością realną. Spokojny sen” – uważa Lis.
Zdaniem Tomasza Lisa „od 25 lat nie było w Polsce wyborów prezydenckich, w których stawka byłaby tak wysoka”. Jak ocenił szef „Newsweeka”, wybory 10 maja będą „referendum w sprawie kierunku zmian, które w Polsce od 25 lat następują”.

Publicysta nie ma dobrego zdania ani o kampanii, ani o większości kandydatów na najważniejszy urząd w kraju. „W prezydenckim peletonie aplikantów dość powszechnie uznaje się stabilizację za największego wroga. Pretendentami do funkcji głowy państwa są ludzie prezentujący pomysły bez głowy, w gruncie rzeczy kwestionujące to, co jest największym sukcesem Polski i Polaków. I to tworzy realną alternatywę. Trudne kontynuacja i żmudna praca albo niebezpieczna radykalizacja i groźna destrukcja. Kontynuacja wymaga pewnie korekt. Ale korekta kursu nie może oznaczać skrętu na manowce” – uważa Lis.

Walka o „spokojny sen”

Według redaktora naczelnego „Newsweeka” największy zawód sprawił kandydat Prawa i Sprawiedliwości, „wyciągnięty z cylindra” Andrzej Duda. Przez blisko pół roku – jak ocenił Lis – zapracował jedynie na miano „Glińskiego bis”.

„Mało jak na kogoś, kto teoretycznie miałby zastąpić realnego przywódcę, jakim jest Kaczyński” – uważa publicysta.

Dla Lisa wybór w niedzielnym głosowaniu jest oczywisty. „W kraju, w którym emocje obywateli kołyszą się w niekontrolowanym rytmie narzucanym przez niemądrych polityków i idiociejące media, racjonalność i spokój naprawdę nie są cnotami, które można bagatelizować. Komorowski, jak się wydaje, daje większości Polaków coś, co w polityce nie jest może wartością nadrzędną, ale jest bez wątpienia wartością realną. Spokojny sen. Przekonanie, że może nie będzie fajerwerków, ale nie będzie też eksplozji grożącej uszkodzeniem ciała”.

Choć stawka wyborów jest zdaniem Lisa niezmiernie wysoka, to na wyniki głosowania publicysta czeka ze spokojem. Bo jak przypomniał, do tej pory Polacy „niemal niezmiennie dawali dowód odpowiedzialności i zdrowego rozsądku”. Dlatego nawet ewentualna druga tura nie powinna odebrać prezydentury Bronisławowi Komorowskiemu.

Zobacz także

TOK FM

W bunkrze Führera

Mirosław Maciorowski, 04.05.2015
Berlin, kwiecień 1945 r., jedno z ostatnich zdjęć Adolfa Hitlera. Führer (z prawej) ogląda uszkodzony gmach Kancelarii Rzeszy. Znajdował się pod nią podziemny bunkier, w którym z najbliższym otoczeniem spędził ostatnie tygodnie życia. Nazwisko towarzyszącego mu oficera nie jest znane.

Berlin, kwiecień 1945 r., jedno z ostatnich zdjęć Adolfa Hitlera. Führer (z prawej) ogląda uszkodzony gmach Kancelarii Rzeszy. Znajdował się pod nią podziemny bunkier, w którym z najbliższym otoczeniem spędził ostatnie tygodnie życia. Nazwisko towarzyszącego mu oficera nie jest znane. (Fot. AP)

Führer strzelił sobie w usta, a oprócz tego rozgryzł ampułkę. Czaszka rozpadła się na kawałki i wyglądała okropnie. Ewa Braun nie użyła swojego pistoletu, tylko połknęła truciznę – relacjonował Otto Günsche, adiutant Adolfa Hitlera, który wszedł do jego pokoju zaraz po popełnieniu przez wodza III Rzeszy samobójstwa.
Ostatnie dwa tygodnie życia Hitler spędził w berlińskim bunkrze pod Kancelarią Rzeszy. Do samego końca trwali przy nim m.in. minister propagandy Joseph Goebbels, w tym czasie faktyczny wiceszef NSDAP Martin Bormann, przywódca młodzieży Artur Axmann, generałowie Hans Krebs i Wilhelm Burgdorf oraz służący, sekretarki, lekarze i adiutanci. Kilkoro pozostawiło wspomnienia, najbardziej znane spisali sekretarka Hitlera Traudl Junge (1920-2002), adiutant do spraw Luftwaffe kpt. Nikolaus von Below (1907-83) oraz ochroniarz, kurier i podoficer gwardii przybocznej Führera Rochus Misch (1917-2013).

Poniżej ich fragmenty.

28 kwietnia 1945
Traudl Junge

Hitler słyszał o haniebnej śmierci Mussoliniego. Sądzę, że pokazali mu nawet zdjęcia nagiego trupa powieszonego za nogi w Mediolanie. „Nie chcę wpaść w ręce wroga ani żywy, ani martwy. Po śmierci moje ciało ma zostać spalone i stać się nie do odnalezienia” – postanowił Hitler. Podczas gdy mechanicznie spożywaliśmy posiłki, nie zdając sobie sprawy z tego, co jemy, rozmawialiśmy o tym, jak skutecznie i w sposób pewny pozbawić się życia. „Najlepiej strzelić sobie w usta. Wtedy pęka czaszka, nic się nie czuje. Śmierć jest natychmiastowa” – objaśniał nas Hitler. Jednak myśl o tym przejmowała nas, kobiety, grozą. „Chcę być ładną nieboszczką. Zażyję truciznę” – powiedziała Eva Braun i z kieszeni swej eleganckiej sukni wyjęła maleńką mosiężną kapsułkę z fiolką z cyjankiem. „Czy to bardzo boli? Bardzo się boję długiej i bolesnej agonii” – wyznała. (…) Hitler wyjaśnił, że śmierć przy użyciu tej trucizny jest całkowicie bezbolesna. Następuje bowiem w ciągu kilku sekund w wyniku porażenia systemu nerwowego i dróg oddechowych. Ta „pocieszająca” wiadomość ośmieliła panią Christian [Gerdę, jedną z sekretarek] i mnie, by poprosić Hitlera o taką ampułkę. Dostał od Himmlera dziesięć sztuk i kiedy wychodziliśmy po posiłku, każdej z nas dał po jednej ze słowami: „Bardzo mi przykro, nie mam dla was na pożegnanie ładniejszego prezentu”.

***

Tymczasem pokój konferencyjny zmienia się w urząd stanu cywilnego. Sprowadzony z pobliskiego frontu urzędnik stanu cywilnego udzielił Hitlerowi i Evie Braun ślubu. Eva, podpisując się, postawiła najpierw literę B i dopiero trzeba jej było zwrócić uwagę, że jej nowe nazwisko zaczyna się na H. Teraz goście weselni przenoszą się do pokoju Hitlera.

Za co wzniosą toast szampanem? Za szczęście młodej pary?

W bunkrze wesele

29 kwietnia 1945
Nicolaus von Below

Byłem bardzo zaskoczony, kiedy [Hitler] nagle mnie wezwał, abym na jego prywatnym testamencie złożył obok Bormanna i Goebbelsa jako świadek także swój podpis. Testament polityczny był przygnębiającym świadectwem samooszukiwania się nawet w obliczu śmierci. Zwłaszcza okropnie mnie raziły te ponowne wybuchy antysemityzmu. Za bardzo dziwne uważałem też regulowanie testamentem następstwa po sobie i ustanawianie w ten sposób nowego rządu Rzeszy, co pozostawiało następcy małą swobodę działania. To rozporządzenie polityczne jako akt ostatniej woli było w obliczu upadku państwa wydarzeniem całkowicie już bez znaczenia.

***

W południe zapytałem Hitlera, czy mi pozwoli spróbować przebić się na zachód. Natychmiast się na to zgodził, wyraził tylko powątpiewanie, że to będzie przecież już chyba niemożliwe. (…) Wieczorem wziąłem jeszcze udział w omawianiu sytuacji i odmeldowałem się potem u Hitlera. Podał mi na pożegnanie rękę i powiedział tylko: „Wszystkiego dobrego”.

30 kwietnia 1945
Traudl Junge

Podchodzi do mnie Otto Günsche [adiutant Hitlera]: „Chodź, Führer chce się pożegnać”. (…) [Hitler] Idzie powoli ze swego pokoju, zgarbiony bardziej niż zwykle, wchodzi w otwarte drzwi i każdemu podaje rękę. Czuję w mojej ręce jego ciepłą prawą dłoń, patrzy na mnie, ale mnie nie widzi. Jest gdzieś daleko stąd. (…) Rozluźniam się dopiero, kiedy podchodzi Eva. Uśmiecha się i obejmuje mnie. „Proszę, niech pani spróbuje się stąd wydostać, może się pani uda. Niech pani pozdrowi Bawarię” – mówi z łkaniem w głosie. Ma na sobie ulubioną przez Führera czarną suknię ozdobioną wokół dekoltu różami; włosy ma świeżo umyte i pięknie ułożone. Idzie z Führerem do jego pokoju – na śmierć. Ciężkie żelazne drzwi zamykają się. (…)

Pędzę w górę schodami do wyższej części bunkra. Ale w połowie schodów siedzą zagubione dzieci Goebbelsów. Zapomniano o nich i nikt nie przyniósł im obiadu. Wybrały się więc na poszukiwanie rodziców, cioci Evy i wujka Hitlera. Prowadzę je do okrągłego stołu. (…) Mówią, że w bunkrze czują się bezpiecznie. Bawi je przysłuchiwanie się eksplozjom, bo wiedzą, że nic im nie mogą zrobić. Nagle rozlega się strzał tak głośno i tak blisko, że wszyscy milkną. Echo niesie się po pokojach. „To był strzał w dziesiątkę” – woła Helmut i nie wie, ile w tym racji. Führer nie żyje. [Eksperci rekonstruujący po wojnie wydarzenia w bunkrze stwierdzili, że Traudl Junge i dzieci Goebbelsów nie mogli słyszeć samobójczego strzału Hitlera] .

***

Chcę się dowiedzieć, jak Hitler umarł. Günsche jest rad, że może o tym opowiedzieć: „Jeszcze raz pozdrowiliśmy Hitlera, po czym poszedł razem z Evą do swojego pokoju i zamknął drzwi. Goebbels, Bormann, Axmann, Hewel [Walther, generał SS, wysoki urzędnik MSZ] , Kempka [Erich, kierowca Hitlera] i ja staliśmy na korytarzu i czekaliśmy. Zanim strzał przerwał ciszę, minęło może dziesięć minut, które nam wydały się wiecznością. Po kilku sekundach Goebbels otworzył drzwi i weszliśmy do środka. Führer strzelił sobie w usta, a oprócz tego rozgryzł ampułkę. Czaszka rozpadła się na kawałki i wyglądała okropnie. Ewa Braun nie użyła swojego pistoletu, tylko połknęła truciznę. Zawinęliśmy głowę Hitlera w koc, po czym Goebbels, Axmann i Kempka wynieśli zwłoki schodami do parku. Ja wziąłem ciało Evy. Nie sądziłem, że mimo drobnej postury będzie taka ciężka. Na górze, w parku, kilka kroków od bunkra, ułożyliśmy ciała obok siebie. Nie mogliśmy iść dalej, bo ostrzał był bardzo silny, więc wybraliśmy najbliższy lej po bombie. Kempka i ja oblaliśmy ciała benzyną i stojąc przy wejściu, rzuciłem na nie płonącą szmatę. Oba ciała natychmiast stanęły w płomieniach”.

Günsche milknie, a ja rozmyślam o kruchości ludzkiego istnienia. Jeszcze przed kilku dniami Hitler był najpotężniejszym człowiekiem w Rzeszy, a teraz jest kupą popiołu, którą rychło rozwieje wiatr.

1 maja 1945
Traudl Junge

Siedzimy i czekamy na wieczór. Tylko Schädle [Franz, podpułkownik SS, szef eskorty Hitlera] już się zastrzelił. Nagle otwierają się drzwi do pomieszczeń Goebbelsów. Pielęgniarka i mężczyzna w białym fartuchu wynoszą ogromną, ciężką skrzynię. Zaraz potem drugą. Na chwilę zamieram. Myślę o dzieciach. Sądząc po wielkości skrzyni, może się zgadzać. Moje otępiałe serce jeszcze coś czuje, ściska mnie w gardle.

[Magda Goebbels z pomocą lekarza Hitlera Ludwiga Stumpfeggera zgładziła swoje dzieci: Heidi – 5 lat, Hedde – 6, Holde – 8, Helmuta – 10, Hildę – 11, Helgę – 12].

Rochus Misch

Goebbels postanowił pozostać w bunkrze i wraz z żoną popełnić samobójstwo. Ich dzieci też musiały odejść. Pod koniec dnia przeszła obok mnie Magda Goebbels, cała we łzach usiadła w pokoju obok. Po chwili, bardzo spokojnie, zaczęła rozkładać na stole karty. Joseph Goebbels wyszedł ze swojego pokoju. Stanął z boku i długo obserwował żonę. W pewnym momencie zapytał ją, co robi. ” Stawiam pasjansa” – odpowiedziała, nie odwracając nawet głowy.

***

[Wieczorem] Gdy wróciłem na swoje stanowisko, Goebbels wyszedł z pokoju. Zbliżył się do mnie i zapytał: ” Kto jeszcze został?”. Powiedziałem mu o Axmannie, o Mohnkem [Wilhelm, generał odpowiedzialny za obronę dzielnicy rządowej] i o innych, których widziałem po drodze. (…) Wtedy oznajmiłem mu, że mam zamiar opuścić bunkier. Goebbels powiedział, żebym jeszcze poczekał, że jeszcze nie pora. (…) Mniej więcej kwadrans później znów pojawił się na korytarzu, tym razem znacznie bardziej spokojny.

„No tak, nauczyliśmy się, jak żyć i jak walczyć, to powinniśmy też zobaczyć, jak się umiera. Może pan robić, co uważa. To koniec”.

***

Wyłączyłem centralę telefoniczną i wyrwałem wszystkie kable. (…) Wychodząc, ostatni raz spojrzałem na wnętrze bunkra. Był pusty. Zostali tylko Joseph i Magda Goebbelsowie, zamknięci w swoim pokoju w głębi korytarza, i Hentshel [Johannes, pracownik techniczny, który doglądał urządzeń zaopatrujących w prąd i wodę lazaret utworzony pod Kancelarią Rzeszy]. Byłem ostatnim żołnierzem opuszczającym to naznaczone śmiercią miejsce. Joseph Goebbels i jego żona położyli kres swemu życiu dosłownie pięć minut po moim wyjściu z bunkra.

W ”Ale Historia” czytaj też:

Upadek Berlina. Jak Stalin dobił Hitlera
Samobójczego strzału, którym 30 kwietnia 1945 r. Hitler pozbawił się życia, nie usłyszał prawie nikt z obecnych w bunkrze pod Kancelarią Rzeszy

Zemsta Armii Czerwonej. Gwałty i mordy
Zwykli Niemcy przeważnie zdawali sobie sprawę ze zbrodni SS i Wehrmachtu popełnianych na Wschodzie. Dobrze wiedzieli, że mają powody, aby się bać nadchodzących żołnierzy Armii Czerwonej

Ucieczki spod Kancelarii Rzeszy
To, że Hitler zginie w Berlinie, stało się jasne 22 kwietnia, gdy okazało się, że armia niemiecka nie jest w stanie wykonać jego rozkazu i zaatakować radzieckie wojska otaczające miasto

Polacy w operacji berlińskiej. W rogatywkach z orłem bez korony
Żołnierze nazywani wielokrotnie berlingowcami często nie są dzisiaj postrzegani jako wyzwoliciele, choć złożyli wielką ofiarę

Następcy Hitlera. Dwa tygodnie prezydenta Dönitza
Po kapitulacji jeszcze przez prawie dwa tygodnie we Flensburgu urzędowały władze III Rzeszy z wielkim admirałem Karlem Dönitzem jako prezydentem

Wyborcza.pl

Kukiz nie spadł z nieba

Jacek Żakowski, 04.05.2015
Paweł Kukiz

Paweł Kukiz (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

W sobotnio-niedzielnej „Wyborczej” prezydent powiedział, że „pożywką dla radykałów jest odłożony w czasie ból transformacji”. Nie, Panie Prezydencie. To nie ból transformacji. To ból demokracji. Takiej demokracji. Naszej demokracji.
Cenię Bronisława Komorowskiego. W stawce, z której wybieramy, nikt nie nadaje się dziś lepiej na urząd prezydenta. Ale jeśli prezydent myśli tak, jak powiedział, to on i jego polityczni koledzy muszą się mieć na baczności. Bo jest to myślenie samobójcze. Ból, który powoduje, raczej nie będzie się długo odkładał. Może wybuchnąć jesienią, za trzy tygodnie albo w tę niedzielę.

Prezydent wyraził pogląd tragiczny i fatalistyczny, zamykający drogę do myślenia o rzeczywistości. „Płacimy rachunki za coś dobrego, ale bolesnego, co stało się ćwierć wieku temu. Nie ma rady”. Można tylko ponarzekać w „Wyborczej”.

Aby radykałów zatrzymać, trzeba zrozumieć, dlaczego są radykalni. A wiara w transformacyjne fatum unieważnia pytanie, czy w rzeczywistości (nie w przeszłości) coś sprzyja radykalizacji. Niestety, pod ręką jest też drugie fatum. Radykałowie „są nie tylko w Polsce, ale także w całej UE”. Fatum naszego czasu sumuje się z fatum przeszłości. Taki los. My róbmy swoje.

Właśnie o to „swoje” chodzi. Nie o to, jak ta demokracja działa. Że działa średnio, mało kogo rusza. Chodzi o to, jak myśli i mówi. Skąd demokracja mówi i do kogo. Niezbyt nam przeszkadza, czasem stara się pomóc, ale nie wkręca i sympatii nie budzi. Nie jest nasza. Mówi do nas z zewnątrz. Mówi: „Polacy” albo – co gorsza – „Polki i Polacy”. Nie mówi: „MY”. Wciąż chce być „z Polakami” albo „bliżej ludzi”. Jakby do nas zstępowała z Olimpu czy z chmurki. Jak Zaratustra, który w bezkresnej mądrości schodzi z gór najwyższych.

Polska demokracja martwi się o innowacje, budżet, przedsiębiorców, PKB, ZUS, KRUS, testy edukacyjne PISA – ale nie o nas. Przemawia językiem księgowego. Nie naszym. Intelektualnie często martwi się słusznie. Ale nie przekonująco. Nie rozmawia z nami. Nie pyta. Nie słucha. Nawet gdy gotowa jest nas czasem wysłuchać albo się nas posłuchać. Wszystkim, na co ją stać, jest stwierdzenie, że społeczeństwo czegoś chce albo nie chce, że mu czegoś potrzeba lub nie potrzeba. Nie – czego „chcemy” lub „nie chcemy”.

Elity polityczne wstąpiły do nieba. Mentalnie, emocjonalnie. Zmagają się z sobą w czyśćcu, czyli w Sejmie. Transmisje z nawiedzanych przez polityków chmurek wypełniają programy stacji informacyjnych. Prezydent, premier, ich polityczni koledzy i rywale pojawiają się to na jednej chmurce, to na drugiej. Jak w „Dynastii” albo w „House of Cards”. Czasem ciekawie. Ale daleko, daleko. A gdy chcą się zbliżyć, składają wizytę „rodzinie typowych polskich emerytów”. Jak kosmici w międzyplanetarnej podróży.

Politycy mówią do nas z kosmosu. Poza Magdą Ogórek, która mówi z salonu L’Oreal, i Pawłem Kukizem, który mówi z nas, czyli z dołu do góry, a nie z góry do dołu. Kukiz, podobnie jak większość polityków, mówi masę głupot, ale są to nasze głupoty. Wagonowe, sklepowe. Może odlatuje, ale widać, że nie przyleciał z Marsa. Na tym polega siła i groza takich radykałów. Na niczym więcej.

Zobacz także

wyborcza.pl

Duchowny sztabowcem PiS

Katarzyna Wiśniewska, 04.05.2015
Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta RP, w sanktuarium w Strachocinie na Podkarpaciu

Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta RP, w sanktuarium w Strachocinie na Podkarpaciu (JERZY CHABA)

Andrzej Duda przemawiał w sobotę od ołtarza w strachocińskim sanktuarium. Do pełnego zespolenia z Kościołem brakowało mu tylko ornatu.
Kandydat PiS od początku kampanii prezydenckiej usiłował się wkupić w łaski duchownych, podkreślając na przykład, że w sprawie in vitro myśli „tak samo jak Episkopat”. Czyli: raz tak, raz tak – bo gdy Kościół ponownie zradykalizował stanowisko, czym prędzej zrobił to kandydat Duda. Nie sposób jednak zarzucić mu niekonsekwencję. Nie, Andrzej Duda o poparcie kapłanów katolickich walczy konsekwentnie. I właśnie dostał swoje pięć minut przy ambonie. Podkreślił, że władzę w Polsce trzeba zmienić, a „katolicyzm jest fundamentem społeczeństwa i narodu”. Czyli społeczeństwo polskie ma być katolickie, czy to się komuś podoba, czy nie.

Duda wzywał do modlitwy za ojczyznę. W ustach polityka zabrzmiało to fałszywie. Przyszłym wyborcom Dudy, którzy woleliby jednak nadal żyć w świeckim państwie i społeczeństwie, gdzie na spotkaniach wyborczych się rozmawia, a nie modli, radzę się zastanowić, zanim postawią krzyżyk na karcie do głosowania.

W kampanię kandydata PiS włączył się na własne życzenie ks. Józef Niżnik, kustosz sanktuarium św. Andrzeja Boboli. Podziękował Dudzie „za miłość do św. Andrzeja”, bo to ona wedle księdza kustosza Dudę „tu dziś przyprowadziła”. Święty Andrzej by się uśmiał – jeśli nie z Dudy, to z naiwnej i nachalnej gorliwości ks. Niżnika.

Jarosław Gowin, broniąc Dudy w Radiu ZET, wytknął Bronisławowi Komorowskiemu, że w ubiegłym tygodniu przemawiał na Jasnej Górze. Rzeczywiście, prezydent mówił do strażaków, którzy przyszli z pielgrzymką. Wbrew temu, co twierdzi Gowin, nie jest to „sytuacja analogiczna”. Komorowski przybył na Jasną Górę jako urzędujący prezydent, a nie na wiec wyborczy. Zwracał się tylko do strażaków, nie wykorzystywał tego, że przemawia z jasnogórskich wałów, i nie czynił umizgów w stronę Kościoła, tak jak Duda w Strachocinie. A duchowni na Jasnej Górze prezydenta nie fetowali.

Ale przewrotnie zgadzam się z Gowinem. Bo politycy wszystkich opcji powinni się trzymać z daleka od czysto kościelnych uroczystości, chociażby po to, by nie dawać oponentom pretekstu do tego typu oskarżeń.

Dzięki kościelnemu występowi Duda raczej nie zyska. Podkarpacie to i tak tradycyjny bastion PiS, pewnie nie inaczej będzie w tych wyborach. Za to Kościół znowu straci na wiarygodności. Już się nie da mówić, że duchowni, poza czarną owcą Rydzykiem, nikomu nie udzielają poparcia w wyborach.

Do tej pory mieliśmy do czynienia raczej z kampanią negatywną kilku biskupów przeciwko Komorowskiemu, bo poparł konwencję przeciw przemocy. Duchowny w Strachocinie, który podjął się roli sztabowca PiS, to nawet gorsze niż kampania negatywna.

„Spora część polskiego duchowieństwa – co nie jest tajemnicą – popiera Prawo i Sprawiedliwość oraz Andrzeja Dudę” – pochwalił się w Radiu ZET Ryszard Czarnecki. I tu akurat trafił w punkt.

Zobacz także

wyborcza.pl

Czołgi NATO bez problemu wytrzymałyby starcie z rosyjskimi. Wojska pancerne znów w cenie [CYKL „WYBORCZEJ” – cz. 1]

Bartosz T. Wieliński, 04.05.2015
Polski czołg Leopard podczas NATO-wskich ćwiczeń Steadfast Jazz 2013

Polski czołg Leopard podczas NATO-wskich ćwiczeń Steadfast Jazz 2013 (Fot. Nato)

CYKL „POLE WALKI”. Donbas pokazał, że czołgi wcale nie są bronią z XX-wiecznego lamusa. Armie, które z nich zrezygnowały pospiesznie starają się odbudować siły pancerne. – To, jak Polska modernizuje siły zbrojne, powinno być przykładem dla innych krajów NATO – mówi ekspert
– To był wspaniały czołg – opowiada reporterce „Nowej Gaziety” Dorży Batomkunujew, 20-letni Buriat służący w rosyjskiej 5. Brygadzie Pancernej stacjonującej w Ułan Ude na Dalekim Wschodzie. Był działonowym. Podkreśla, że nie służył w zwykłym T-72, lecz w T-72b. Z celownikiem 1K13, dzięki któremu był w stanie w nocy namierzać cele z odległości ponad pół kilometra. I z dziewięcioma pociskami kierowanymi. Wystrzeliwana z czołgowej armaty rakieta pokonuje dystans 4 km w 11 s. A do tego pociski podkalibrowe i odłamkowe. – Trudno nie trafić. Na przykład zwiad wykrył za budynkiem dużo piechoty, wóz bojowy i dwie ciężarówki. Ruszyliśmy w dwa czołgi. I zawsze trafialiśmy – opowiada o doświadczeniach wojny w Donbasie. – To był świetny czołg – powtarza.

Tyle że czołg spłonął, a Batomkunujew został ranny, odwróciło się od niego szczęście. – To była pancerna bitwa. Trafiłem jeden czołg wroga, eksplodował. Trafiłem drugi, ale ochronił go pancerz reaktywny [montowana na czołgu powłoka złożona z kostek materiału wybuchowego, które wybuchają, gdy trafi w nie pocisk przeciwpancerny, i w ten sposób osłabiają jego siłę]. Trafiony wróg zawrócił, schował się w lesie. A gdy się wycofywaliśmy, dopadł nas – opowiada Batomkunujew, a jego poparzona twarz krwawi.

Działo się to 19 lutego 2015 r. Od pięciu dni teoretycznie obowiązywał rozejm. Ale Batomkunujew ciągle walczył pod Debalcewem. Tzw. armia Noworosji nacierała na okrążonych Ukraińców. – Próbowali się wyrywać, mieliśmy rozkaz strzelać, gdy tylko ich zauważymy – mówi.

Walki toczyły się głównie w nocy. Rosjanie stosowali „karuzelę”, taktykę opracowaną podczas wojny w Czeczenii: do przodu wysuwają się dwa-trzy czołgi, strzelają do wyczerpania pocisków, a potem wycofują się, by uzupełnić amunicję. Ich miejsce zajmują czołgi czekające w odwodzie. Dzięki temu nacisk na przeciwnika nie ustaje, a na jego ostrzał wystawia się mniej maszyn. – Amunicji mieliśmy pod dostatkiem. Strzelaliśmy, by zabić – wspomina Batomkunujew. Ukraińcy wycofali się z Debalcewego dzień później, gdy oparzenia Batomkunujewa opatrywano już w szpitalu w Doniecku.

Rannego w szpitalu odwiedził znany piosenkarz Iosif Kobzon:

*

Pod Debalcewem rozegrała się regularna bitwa pancerna. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia wypalonych wraków. Krajobraz przypomina złomowisko. To samo wynika z informacji w mediach społecznościowych. Podczas walk Ukraińcy chwalili się na Twitterze zniszczeniem kolejnych rosyjskich czołgów. Ale zaraz pojawiały się informacje, że pod Debalcewe przybyła kolejna kolumna pancerna z Rosji.

Dziś samozwańcze republiki Doniecka i Ługańska są pancerną potęgą na skalę Europy. Mają więcej czołgów niż Czechy, Słowacja i Węgry razem wzięte. Według ukraińskich blogerów zbierających informacje o sprzęcie przerzucanym z Rosji mają nawet T-90, jedne z najnowocześniejszych czołgów w rosyjskim arsenale.

Wojna pancerna w Donbasie

Na Ukrainie czołgi do walki wprowadzano stopniowo. W czerwcu pojawiły się informacje o uruchomieniu przez separatystów 70-letniego IS-3, ciężkiego czołgu, który stał w Konstantinowce na cokole jako pomnik zwycięstwa nad Niemcami. W sierpniu Ukraińcy odnaleźli porzuconego 45-tonowego kolosa i odwieźli go na miejsce.

Ale wówczas w walkach po obydwu stronach brały już udział czołgi T-64. To konstrukcja z lat 60., wówczas rewolucyjna: z automatycznym ładowaniem pocisku, 125-milimetrową armatą z możliwością odpalania z niej pocisków sterowanych. Produkowane w charkowskiej Fabryce im. Małyszewa T-64 służyły głównie w elitarnych jednostkach pancernych, bratnim armiom ich nie sprzedawano. Po rozpadzie ZSRR stały się główną siłą ukraińskich wojsk pancernych. Właśnie dlatego Rosjanie wyciągali swoje T-64 z magazynów i przekazywali rzekomym separatystom. Twierdzili, że walczący na Ukrainie używają zdobycznych czołgów ukraińskich.

Na początku lata prestiżowy „Jane’s International Defence Review” uspokajał, że pojawienie się kilku czołgów nie oznacza w ukraińskiej wojnie zmiany jakościowej. „Bez odpowiedniego wsparcia czołgi mogą zostać zniszczone przez lotnictwo lub piechotę wyposażoną w broń przeciwpancerną. Albo przez czołgi przeciwnika. A w dodatku potrzebują sprawnego łańcucha zaopatrzenia” – pisali brytyjscy eksperci. Ale czołgów na froncie przybywało. Już w czerwcu 2014 r. media alarmowały o pierwszych potyczkach pancernych.

W CYKLU „POLE WALKI”:
We wtorek, 5 maja: Jak obronić Polskę przed ciosem z nieba
W środę, 6 maja: Jakie okręty podwodne chcemy mieć na Bałtyku
Komentarz Edwarda Lucasa: Zachód się budzi, a przynajmniej jego część

6 września prorosyjscy bojownicy przeprowadzili pancerny rajd na Mariupol nad Morzem Azowskim. Na rogatkach miasta siedem czołgów ukraińskich stanęło przeciw 30 maszynom rosyjskim. Atak udało się odeprzeć, choć starcie przetrwały tylko trzy wozy obrońców.

W połowie stycznia czołgi zostały użyte pod donieckim lotniskiem, na którym od jesieni broniła się ukraińska załoga zwana Cyborgami. Szarża ukraińskich czołgów 18 stycznia odrzuciła Rosjan okrążających terminal. – Kryliśmy się za hangarami i podjeżdżaliśmy bliżej, by strzelać do wrogiej piechoty pod terminalem. W ciągu siedmiu minut wystrzeliłem 28 pocisków – chwalił się dziennikarzowi „Daily Telegraph” jeden z ukraińskich działonowych.

Ale wtedy do akcji wkroczyły rosyjskie jednostki liniowe. Ukraińcy nie wytrzymali ich naporu i 21 stycznia lotnisko padło.

Miraż wojny hybrydowej

Te pierwsze od zakończenia II wojny światowej wielkie starcia czołgów w Europie nie uszły uwagi zachodnich wojskowych. Gdy w marcu Rosjanie, używając jedynie sił specjalnych, oderwali Krym, a potem podpalili wschodnią Ukrainę, wydawało się, że zaczęła się epoka wojny hybrydowej, prowadzonej przez małe, elitarne oddziały. Ale gdy naprzeciw siebie stanęły rosyjskie T-72 i ukraińskie T-64, okazało się, że wszystko jest po staremu. Wojnę, tak jak zakładano w czasach ZSRR, wciąż prowadzi się za pomocą czołgów.

– Czołgi od dawna wysyłano do lamusa. Politycy i część wojskowych przekonywali, że na współczesnym polu bitwy czeka na nie zbyt wiele zagrożeń z ziemi i z powietrza, by mogły być skuteczne. Ale to absurd. Myśląc w ten sposób, trzeba by skreślić piechotę. By zabić żołnierza, wystarczy przecież nabój – mówi „Wyborczej” Steven J. Zaloga, amerykański ekspert od broni pancernej, analityk firmy consultingowej The Teal Group współpracującej z koncernami zbrojeniowymi.

– Przykład Ukrainy pokazał, że czołgi długo nie znikną z arsenałów – dodaje.

US Army nie chce abramsów

4 kwietnia 2013 r. na rampie w Kaiserslautern olbrzymie dźwigi załadowały czołgi na kolejowe lawety. Ostatnie amerykańskie czołgi M1 Abrams na niemieckiej ziemi. Amerykańscy oficerowie ze smutkiem mówili wówczas o historycznym momencie. W Europie po raz pierwszy od 69 lat nie było wówczas żadnego czołgu US Army.

– Mamy wystarczająco dużo czołgów. Nie potrzebujemy ich więcej – przekonywał amerykańskich kongresmenów niecały rok wcześniej gen. Raymond T. Odierno, szef sztabu wojsk lądowych. Parlamentarzyści byli bowiem przekonani, że armia potrzebuje nowych pojazdów. Odierno oponował, twierdząc, że wystarczy zmodernizować sprzęt stojący w hangarach. O czołgi w kuluarach Kongresu walczyli też lobbyści firm zbrojeniowych. Eksperci byli zdziwieni. Rzadko się zdarza, by wojskowi twierdzili, że nie trzeba im sprzętu i pieniędzy. Tym bardziej że w amerykańskich fabrykach czołgi produkowano nieustannie od 70 lat.

W samym czasie Niemcy odchudzali Bundeswehrę. W armii zostało 225 leopardów 2 (w różnych wersjach), rozmieszczonych w czterech batalionach. Zbędne wozy sprzedano m.in. Polsce. A Holendrzy uznali, że leopardy w ogóle są im niepotrzebne – część oddali Niemcom, resztę Finom. Brytyjczykom po 40-procentowej redukcji zostało 227 challengerów 2. Francuzom – 240 leclerców.

Gdy w 2008 r. zaczął się globalny kryzys finansowy, a kraje zachodniej Europy musiały zaciskać pasa, w wielu krajach najmocniej odczuło to właśnie wojsko.

„Przecież dron kosztuje połowę tego, co wart 8 mln dol. nowy abrams” – pisał tuż przed zajęciem przez Rosję Krymu wpływowy amerykański think tank Wealth Daily. Jego analityk twierdził, że kiedyś, by opanować kluczową pozycję, trzeba było wysyłać czołgi, jednak dziś wystarczy lekka piechota, nad którą będą krążyć uzbrojone bezzałogowe samoloty. Mniej więcej w tym samym czasie słynny brytyjski historyk wojskowości Antony Beevor przekonywał w BBC, że czołgi, ostatni raz używane na wielką skalę podczas izraelsko-arabskiej wojny Jom Kippur w 1973 r., później służyły wyłącznie do straszenia, i to głównie ludności cywilnej. Saddam Husajn dzięki swoim T-55 siał wśród Irakijczyków postrach, Chińczycy czołgami zdławili w czerwcu 1989 r. studencki protest na placu Tiananmen. Gdy po 1995 r. do Bośni dotarły czołgi sił pokojowych, sytuacja natychmiast się uspokoiła.

– To prawda, czołgi są drogie, zużywają wielkie ilości paliwa i części zamiennych. Problem w tym, że w ostatnich latach nie mogły udowodnić swojej przydatności. Ameryka, na szczęście, nie toczyła wojny z przeciwnikiem równym sobie – mówi Zaloga. W Afganistanie czołgi nie odegrały większej roli. W walce z partyzantką lepiej sprawdzają się kołowe opancerzone wozy bojowe, takie jak używany przez Polaków Rosomak czy amerykański Stryker.

To właśnie strykery, które ostatnio przejechały przez Polskę w konwoju solidarności, przez niektórych publicystów były traktowane jako potencjalni następcy abramsów. W styczniu 2014 r. podczas ćwiczeń sprawdzano, czy dadzą sobie radę w walce z czołgami. Egzamin wypadł pomyślnie.

Na ośmiokołowych wozach można zamontować wieżę z armatą kalibru 105 mm, taką samą, w jaką wyposażono pierwsze wersje abramsów. Strykery są szybkie i łatwo je przerzucać na duże odległości. Transportowy samolot typu C-17 Globemaster może wziąć na pokład do czterech strykerów, które później może zrzucić na spadochronach. Abrams w C-17 mieści się tylko jeden.

Piechur – zabójca czołgów

– Jednym z argumentów przeciw czołgom był rozwój broni przeciwpancernej, zwłaszcza kierowanych pocisków odpalanych przez piechurów, jak amerykańskie FGM-148 Javelin – mówi Joseph Trevithick, ekspert renomowanego portalu Globalsecurity.org zajmującego się sprawami bezpieczeństwa i uzbrojeniem. – Dzięki nim pojedynczy żołnierz może zniszczyć czołg. Wystarczy, że z ukrycia zlokalizuje cel i odpali rakietę. Potem może się wycofać, bo Javelin sam namierza cel – mówi.

Właśnie o dostawy javelinów od dobrego pół roku Ukraińcy proszą Zachód. Czy jednak, gdyby NATO przesłało im pociski, Rosjan udałoby się zatrzymać? – Wątpię. Po pierwsze, Ukraińcy nie mieliby dość javelinów, by wyeliminować wszystkie rosyjskie czołgi. Po drugie, broń pancerna na polu walki nie jest sama. Wspiera ją piechota i jej transportery oraz lotnictwo – mówi ekspert.

Dlaczego Ukraińcy, którzy do wybuchu wojny produkowali czołgi i mieli ich sporo w magazynach, przegrali pancerne bitwy? – Bo zaniedbali swoje pojazdy. Wojska pancerne istniały u nich na papierze. Czołgi przez lata nie były odpowiednio konserwowane, np. w pancerzach reaktywnych nie wymieniano kostek z materiałem wybuchowym. Gdy Ukraińcy próbowali stawić czoło Rosjanom, okazało się, że pancerze nie funkcjonują – opisuje Zaloga. Charkowska fabryka czołgów produkowała wozy głównie na eksport.

Abramsy i leopardy wracają do Europy

Pod koniec 2013 r. autor thrillerów Tom Clancy w powieści „Zwierzchnik” opisał, jak czołgi T-90 w otoczeniu rosyjskiej samoobrony pustoszą estońskie miejscowości na pograniczu. Rosjanie liczą, że NATO nie kiwnie palcem i zostanie skompromitowane. NATO rzuca do akcji amerykańskie helikoptery szturmowe uzbrojone w pociski Hellfire. Jednak rosyjscy czołgiści mają pociski przeciwlotnicze i antyrakiety.

– Równinna Europa Środkowa to podręcznikowe pole bitwy dla czołgów. Dobrze, że w Polsce o tym nie zapomniano. To, jak modernizujecie swoje siły zbrojne, powinno być przykładem dla innych krajów NATO – Trevithick chwali nasz program modernizacji, dzięki któremu mamy do dyspozycji 247 leopardów 2 w wersji A4 i A5.


Kliknij w zdjęcie, aby zobaczyć powiększenie
Przeglądasz naszą stronę na smartfonie i nie widzisz infografiki? Znajdziesz ją tutaj

Niemcy z powagi sytuacji zdali sobie sprawę dopiero w zeszłym roku. Minister obrony Ursula von der Leyen postanowiła utworzyć nowy batalion leopardów. – Potrzebujemy więcej sprzętu i ludzi, by wypełnić zobowiązania ze szczytu NATO w Walii, gdzie zapadła decyzja o tworzeniu szpicy, sił bardzo szybkiego reagowania – mówiła ostatnio w wywiadzie dla „Wyborczej”.

– To jednak gest czysto polityczny. 40 czołgów niewiele zmieni, ale można to rozegrać piarowo. A poza tym niemiecki koncern będzie miał zajęcie – ocenia Zaloga.

Natomiast Amerykanie już rok temu ściągnęli do Europy brygadę pancerną ze 160 abramsami.

– Czołgi są ogromnie ważne. No, chyba że chcemy powtórzyć pierwszą wojnę światową, w czasie której piechota toczyła wojnę pozycyjną – żartował w połowie lutego amerykański generał Herbert McMaster, wcześniej dowódca dywizji pancernej podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, obecnie jeden z oficerów odpowiedzialnych za tworzenie nowej doktryny wojskowej USA.

Nathan A. Jennings, były dowódca pancerny, obecnie wykładowca w amerykańskiej akademii wojskowej w West Point, postuluje nawet, by brygadę pancerną przerzucić do Polski dla odstraszenia Rosjan. „W ten sam sposób postępujemy w Korei Południowej” – pisze Jennings na specjalistycznym portalu „Small Wars”.

Technologiczny wyścig zbrojeń

Czy czołgi NATO wytrzymałyby starcie z rosyjskimi? Trevchick: – Bez problemu. Zaprojektowano je w czasach zimnej wojny, by wytrzymały uderzenie sowieckich jednostek i były w stanie odpowiedzieć ogniem.

Zaloga przypomina, że przy produkcji czołgów NATO dbano o jakość. Rosjanie ciągle idą zaś na ilość. – Ich czołgi są mniejsze, mniej zaawansowane technologicznie, ale tanie. Rosjanom chodziło o to, by ich maszyny parły do przodu i by było ich dużo – wyjaśnia. Jego zdaniem czołgi NATO górują nad nimi, jeśli chodzi o systemy prowadzenia ognia, termowizory, skuteczność amunicji. – W rosyjskich czołgach amunicja z powodu braku miejsca składowana jest w wieży. To się mści – mówi Zaloga, opisując czołgowe wraki pod Donieckiem. Prawie wszystkie mają porozrywane wieże. Po trafieniu znajdujące się tam pociski eksplodowały. W czołgach NATO takie niebezpieczeństwo jest o wiele mniejsze.

A najnowszy rosyjski czołg T-14 Armata, który świat zobaczy 9 maja na defiladzie w Moskwie? Ma być wyposażony w zautomatyzowane działo kalibru 125 mm i kierowane pociski przeciwpancerne. NATO-wskie odpowiedniki ma bić na głowę. Zaloga twierdzi, że ta maszyna – jeśli to, co o niej się mówi, jest prawdą – oznacza technologiczną rewolucję w rosyjskiej broni pancernej. – Ale sami Rosjanie przyznają, że jest za droga. Mówi się o 5 mln dol. za egzemplarz (nowy Ambrams kosztuje 9 mln). Kreml musi wybrać, co woli: dużo czołgów z zimnej wojny czy mało supernowoczesnych armat? Przypuszczam, że wybierze pierwszą opcję. Armaty pójdą raczej na eksport – mówi analityk.

– Zwykli zjadacze chleba, patrząc na czołgi, mają wrażenie, że ta broń przez lata w ogóle się nie zmieniła. Gąsienice, pancerz, wieża, armata. Tymczasem w nowoczesnych czołgach mamy wysublimowaną elektronikę, coraz lepszą i celniejszą amunicję. Same pancerze uległy wielkiej ewolucji – wyjaśnia Trevithick. Kolejny krok to kamuflaż. Brytyjczycy i Polacy pracują już nad czołgowym pancerzem, dzięki któremu czołg wtapiałby się w otoczenie jak kameleon. Trudniej byłoby go też wykryć przez noktowizory. Gdy takie niewidzialne czołgi trafią do jednostek, wojna pancerna nabierze zupełnie innego wymiaru.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Zniknięcie krakowskiego biznesmena. Pytania i wątpliwości

Dominika Maciejasz, 04.05.2015
Kamienice przy ul. Garncarskiej

Kamienice przy ul. Garncarskiej (ŁUKASZ KRAJEWSKI)

Jeden z najbogatszych krakowian, niegdyś milioner, ginie bez śladu. Od dwóch lat nikt nie wie, gdzie jest, czy żyje. Śledczy są przekonani, że Zbigniewa Przewrockiego uprowadzono dla okupu. Ale są też na ten temat inne opinie.
Skromna kamienica przy ul. Garncarskiej w Krakowie ginie wśród kwitnących drzew nasadzonych wokół przedwojennych budynków. Nieopodal, przy pl. Sikorskiego, starzy bywalcy dzielnicy na ławeczkach rozstawionych dookoła skweru grają w karty. Prawie dwa lata temu, w czerwcu 2013 r., przed północą, gdzieś w tym miejscu rozegrał się dramat.

Zbigniew Przewrocki, dobiegający osiemdziesiątki biznesmen, niegdyś milioner, wraca do mieszkania przy Garncarskiej swoim luksusowym audi. Parkuje samochód nieopodal kamienicy…

Znajomi przedsiębiorcy będą się potem dziwić – przecież zawsze wjeżdżał autem do garażu. Inni powiedzą, że drogi samochód zostawiał dla bezpieczeństwa na parkingu przy siedzibie Sokoła przy ul. Piłsudskiego. Dlaczego tej nocy postąpił inaczej? I przede wszystkim – dlaczego nie dotarł do mieszkania?

Nazajutrz synowie biznesmena, którzy dowiedzą się, że z ojcem nikt nie ma kontaktu, składają na policji zawiadomienie o zaginięciu. Dziś nie chcą rozmawiać z dziennikarzami, tłumaczą się traumą.

Śledczy przez prawie dwa lata będą badać, co się stało tamtej nocy. W końcu poddają się, śledztwo zostaje umorzone. My postanowiliśmy jednak prześledzić, co się działo w życiu Zbigniewa Przewrockiego w ostatnich miesiącach przed zaginięciem.

Milczenie porywaczy

– Po uzyskaniu informacji i zaginięciu mężczyzny zostało wszczęte postępowanie w kierunku przestępstwa pozbawienia wolności – mówi Bogusława Marcinkowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Krakowie.

Ktoś, kto porwał Przewrockiego, miał powody, by liczyć na wielki okup. Krakowianin dorobił się pokaźnego majątku, inwestując m.in. w fermy drobiu i produkcję kryształów, potem w przemysł tytoniowy (miał zakłady House of Prince, potem Scandynavian Tobacco). W 1993 r. po raz pierwszy jego nazwisko wpisano na listę najbogatszych Polaków – do 2003 r. zajmował na niej pozycje od 44. do 88.

Po sprzedaniu Scandynavian Tobacco nie zwolnił tempa biznesowego, zajął się leasingiem finansowym, produkcją ceramiki, zasiadał w zarządach kilku firm. Prokurator prowadzący śledztwo po kilku miesiącach prowadzenia sprawy uznał, że Przewrocki stał się zakładnikiem „w celu wymuszenia określonego zachowania oraz usiłowania wymuszenia groźbą zamachu na życie rozporządzenia mieniem lub zaprzestania prowadzenia działalności gospodarczej”. Co to oznacza?

– Ustalenia śledztwa wskazują, że pokrzywdzony został uprowadzony dla okupu – ucina prokurator Marcinkowska. Nie chce powiedzieć, w jaki sposób kontaktowali się porywacze oraz czego żądali, bo śledczy cały czas liczą, że przestępców uda się znaleźć. Mimo że na przełomie marca i kwietnia tego roku umorzyli śledztwo.

Dotarliśmy jednak do informacji, które tę wersję mogą stawiać pod znakiem zapytania. Po pierwsze – przestępcy z żądaniem okupu wystąpili zaskakująco późno, po upływie co najmniej dwóch tygodni od zniknięcia przedsiębiorcy. Gdy na przykład w 2011 r. z krakowskiego przystanku Solvay uprowadzono nastoletnią córkę innego krakowskiego biznesmena, porywacze niemal natychmiast zwrócili się do rodziny z żądaniem pieniędzy (w końcu dziewczyna wróciła do domu cała i zdrowa, policja zatrzymała sprawców). Po drugie – gdy w przypadku Przewrockiego pojawił się już sygnał od porywaczy, mieli oni zażądać… pół miliona złotych.

– Przecież samo audi Zbyszka było warte kilkaset tysięcy! Dlaczego nie wzięli samochodu, tylko męczyli starszego człowieka? – dziwią się znajomi biznesmena.

Policjanci jednak nie mają tego rodzaju wątpliwości. Ich zdaniem takich samochodów jak Przewrockiego jest w Polsce niewiele, więc po zgłoszeniu informacji o kradzieży rzucałoby się w oczy wszystkim patrolom.

– A dzieła sztuki, które miał w domu? – pytają znajomi.

I tu ze strony policji pada podobny argument: Nie jest łatwo sprzedać antyki, zwłaszcza jeśli są skatalogowane.

Przestępcy jednak całkowicie zamilkli. Ślad się urwał, do dziś nikt nie wie, gdzie jest biznesmen i czy żyje.

Pożarcie majątku milionera

Dowiaduję się, że synowie Zbigniewa Przewrockiego walczą w sądzie o odzyskanie pieniędzy z działalności biznesowej, którą prowadził ich ojciec. Idę do sądu sprawdzić, co jest w aktach. Trafiam na sprawę karną. Żeby zrozumieć, czego dotyczy, muszę się cofnąć do 2003 r. Wówczas Zbigniew Przewrocki dostaje propozycję przystąpienia do spółki Doctech. Ma wnieść do niej aportem udziały o łącznej wartości 5 mln zł. Stać go – ma nieruchomość w Wilanowie oraz wierzytelności. Umawia się ze wspólnikiem Wojciechem R., że ten wniesie udziały o tej samej wartości. To nieruchomość w Woli Dębińskiej oraz wierzytelności. Wartość wkładu każdej ze stron ma wynosić około 5 mln zł. Kilka lat później prokurator oskarża Wojciecha R., że zaniżył wartość aportu na szkodę Przewrockiego. Akt oskarżenia obejmuje też prezesa spółki Lecha C. Chodzi o przestępstwo przeciwko obrotowi gospodarczemu, a konkretnie – nadużycie zaufania. W tym przypadku pokrzywdzona jest firma. Dlatego sąd postanawia, że będzie te sprawy badał oddzielnie. Na przełomie marca i kwietnia postępowanie przeciwko Lechowi C. zostaje umorzone. Ale sędzia Maciej Czajka w ustnym uzasadnieniu stwierdza: – Działania oskarżonego miały na celu „pożarcie” majątku Zbigniewa Przewrockiego.

Czemu więc sprawę umorzył? Jak się okazało w procesie, do ścigania tego przestępstwa konieczne jest formalne zgłoszenie takiego wniosku przez spółkę, ta jednak wniosku złożyć nie chciała.

Druga sprawa przeciwko Wojciechowi R. została zawieszona, ponieważ pokrzywdzony Zbigniew Przewrocki nie mógł już stawiać się w sądzie.

Dane Wojciecha R. znajduję też w sprawach opisywanych przez Stowarzyszenie „STOP Oszustom w Biznesie”, które powstało w 2014 r. w Krakowie. Na swojej stronie internetowej piszą: „Pomysłodawcami powołania organizacji była grupa przedsiębiorców, których połączył jeden człowiek – krakowski biznesmen Wojciech R. Wszyscy oni byli kiedyś biznesowo związani z tą osobą i wszyscy padli ofiarą jej nieuczciwych praktyk biznesowych. Kontakty biznesowe z Wojciechem R. dla każdego z nich skończyły się bardzo źle – upadłością ich firm lub poważnymi problemami finansowymi i prawnymi.

Mimo że pochodzą z bardzo różnych części Polski, postanowili połączyć siły i podjąć wspólne działania. Chcą z jednej strony ostrzegać innych przedsiębiorców przed interesami z Wojciechem R., a z drugiej pomagać tym wszystkim, którzy padli ofiarą nieuczciwych praktyk biznesowych.

Synowie trafiają na niepokojące dokumenty

Docieramy do byłego wspólnika Przewrockiego. Oto jego wersja, przesłana „Gazecie Wyborczej” na piśmie:

„Postępowanie karne wszczęto, by wyłudzić ode mnie pieniądze. Symptomatyczne jest, że Zbigniew Przewrocki nagle po sześciu latach od zdarzeń związanych ze spółką Doctech »przypomniał sobie «, że został przeze mnie i przez prezesa zarządu rzekomo poszkodowany w związku z zawyżeniem wartości aportu działek. A »przypomniał sobie” dlatego, że liczne sprawy cywilne wniesione przeciwko mnie przegrał, i to prawomocnymi wyrokami. Aktualnie sprawa przed sądem jest zawieszona z uwagi na brak (zaginięcie) Zbigniewa Przewrockiego, na co nie mam wpływu. Jednakże, pomimo jej zawieszenia, w międzyczasie doszło do mediacji i ugody sądowej. Celem pojednania i polubownego zakończenia wszelkich spraw majątkowych zapłaciłem Zbigniewowi Przewrockiemu określoną kwotę, co jego pełnomocnik potwierdził, kwitując odbiór tytułem ostatecznego zamknięcia wszelkich wzajemnych roszczeń”.

Sprawdzamy w dokumentach sądowych warunki ugody. Znajduję pismo pełnomocnika rodziny, z którego wynika, iż rzeczywiście oskarżony rozpoczął realizowanie warunków pojednania, ale po uzyskaniu oświadczenia o ugodzie od razu przestał ją realizować. Kwota, jaka była ustalona, opiewała na kilkanaście milionów złotych. Przewroccy dostali niewielką jej część.

Dlaczego po sześciu latach, jak pisze były wspólnik, Przewrocki „przypomniał” sobie o zawyżeniu wartości działek? I na to pytanie znajduję odpowiedź w aktach sądowych, w zeznaniach syna biznesmena. „Ja z bratem zacząłem sprawdzać księgi wieczyste, KRS i umowy, z czego wynikało, że ojciec został oszukany” – mówił przed sądem mężczyzna. Bracia mieli dotrzeć do dokumentów, z których wynikało, że nieruchomość w Woli Dębińskiej miała być rolna, kupiona wcześniej za kilkadziesiąt tysięcy złotych. Bracia zeznają, że zainteresowali się sprawą, bo zgłosił się do nich mężczyzna, który twierdził, iż wniesione do spółki przez byłego wspólnika aportem wierzytelności zostały od niego tylko pożyczone. Miały być zwrócone. Ponadto były to wierzytelności z tytułu niezapłaconych faktur, a wobec spółki, która miała je zapłacić, toczyły się już postępowania egzekucyjne. I były one umarzane, bo spółka była niewypłacalna.

Były wspólnik kontrargumentuje: „Zgodnie z wyceną dwóch niezależnych biegłych oraz kolejnymi transakcjami na tych działkach, będących przedmiotem aportu, wartość aportu nie została zawyżona”. I dodaje, że zawieszenie sprawy karnej jest mu nie na rękę, bo cały czas zostaje w stanie oskarżenia.

W aktach sprawy znajdujemy jednak opinię biegłego o rażącym zawyżeniu wartości nieruchomości.

Porwanie to fikcja?

Pytamy, czy zniknięcie Przewrockiego go zaskoczyło. Czy może jego były wspólnik czuł się zagrożony, coś sygnalizował?

„Informacja, którą przeczytałem w internecie na temat szczegółów zaginięcia Zbigniewa Przewrockiego, jak również późniejsze informacje, które otrzymywałem od innych osób, od samego początku wydawały mi się niewiarygodne.

Nie uwierzyłem wtedy ani do dzisiaj nie wierzę w rzekome porwanie Zbigniewa Przewrockiego. Tym samym nie wierzę w to, aby ktokolwiek występował z roszczeniami okupu wobec rodziny Państwa Przewrockich. Nigdy nie słyszałem również o tym, żeby ktoś nastawał na jego życie. Drastycznie niewiarygodne wydały mi się rewelacje, które usłyszałem, iż rzekomo porywacze żądają kwoty okupu około pół miliona złotych i okup ten ma być spłacany w dwóch ratach. Po tej informacji nabrałem przekonania, iż cała sprawa rzekomego porwania jest fikcją” – pisze były wspólnik. Podkreśla, że cała sprawa to jego zdaniem odwracanie uwagi od „stanu faktycznego”.

Prosimy, by sprecyzował, o co mu chodzi. Odpowiada: „Gdy w 2000 r. Zbigniew Przewrocki otrzymał propozycję sprzedaży należących do siebie 24,4 proc. akcji w spółce pod firmą House od Prince Poland SA, zdecydował się na ich zbycie, ale pojawiły się dwa problemy: prawo pierwokupu innych akcjonariuszy, a także zagrożenie podatkiem dochodowym w dziesiątkach milionów złotych. Z uwagi na powyższe transakcja sprzedaży została zaprojektowana tak, aby uniknąć opodatkowana na terenie Polski. W związku z operacjami finansowymi Zbigniewa Przewrockiego Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego w Krakowie prowadziła śledztwo w tej sprawie, gdyż doszło do poszkodowania Skarbu Państwa w związku z unikaniem opodatkowania. Kilkakrotnie byłem przesłuchiwany jako świadek, być może zaginięcie Zbigniewa Przewrockiego w jakiś sposób łączy się z tym, aby uniemożliwić kontynuowanie postępowania, a tym samym ostatecznie uniknąć obowiązku podatkowego. To moja subiektywna ocena”.

Weryfikujemy ten trop. Okazuje się pudłem. – Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego nie prowadziła postępowania dotyczącego oszustw podatkowych i innych przestępstw dotyczących transakcji zbycia udziałów w tej spółce – informuje Maciej Karczyński, rzecznik ABW.

Ale były wspólnik nadal wątpi w porwanie. „Dlaczego rzekomi porywacze uprowadzają Zbigniewa Przewrockiego, aby uzyskać około pół miliona złotych okupu, podczas gdy posiada on ośmioro wnucząt i raczej porywacze porwaliby wnuka, aby uzyskać środki od Zbigniewa Przewrockiego, nie zaś porywali starszego pana?”

Śledczy mają jednak inne hipotezy. Ich zdaniem podczas porwania serce starszego mężczyzny mogło nie wytrzymać takiej dawki stresu. Przyjaciele nie wierzą też w wersję, że milioner żyje na „bezludnej wyspie”, z dala od spraw sądowych. – On nie porzuciłby bliskich, nie zostawiłby swojego mieszkania w okolicy, którą uwielbiał – przekonują. Liczą, że może jeszcze kiedyś się spotkają.

Zobacz także

krakow.gazeta.pl

Zdjęcia do „Excentryków” ze Stuhrem zakończone. Ciechocinek z Bogartem

Jacek Szczerba, 04.05.2015
Maciej Stuhr gra Polaka, którego wojna zastała w orkiestrze na

Maciej Stuhr gra Polaka, którego wojna zastała w orkiestrze na „Batorym” i który po latach po prostu chce wreszcie grać jazz (MARCIN MAKOWSKI)

Popaździernikowa odwilż, pewien człowiek wraca z Anglii i postanawia założyć jazzowy big-band. I wzbudza podejrzenia UB. W majowy weekend zakończyły się zdjęcia do „Excentryków” Janusza Majewskiego.
– Pan z armii generała Andersa. Gratuluję, wspaniale walczyli. Ważne są wszystkie drogi, które prowadzą do rod, do ojczyzny – tak odzywa się obwieszony medalami Generał (Marian Opania), starając się ukryć swe rosyjskie pochodzenie. A Fabian (Maciej Stuhr) mu odpowiada: – Ja właściwie nie walczyłem. To ze mną wszyscy chcieli walczyć, nie wiem czemu. A ja to miałem w dupie. – W dupie? Dobrze powiedziane. Miał Hitlera w dupie! Maładiec! – Generał wybucha śmiechem, a za nim jego kilkuosobowa obstawa. Generał bierze ze stołu kieliszek kolorowej wódki, ale adiutant natychmiast zamienia mu go na kieliszek czystej. Drugi kieliszek kelner podsuwa Fabianowi. Panowie wypijają.

Jest ostatnia kwietniowa noc. Ta scena dzieje się w podwarszawskim Pałacu w Jabłonnie – należącym kiedyś do rodziny Poniatowskich, m.in. do księcia Józefa – na planie „Excentryków” Janusza Majewskiego, według książki olsztyńskiego pisarza Włodzimierza Kowalewskiego. To sensacyjno-muzyczna historia puzonisty (Stuhr), którego wojna zastała w orkiestrze na „Batorym”. Po roku 1956 postanawia wrócić z Anglii do Polski. Pochodzi ze Lwowa, jego rodzina zginęła na Syberii, ocalała tylko siostra Wanda (Sonia Bohosiewicz), która pracuje jako dentystka w sanatorium w Ciechocinku.

Puzonista przyjeżdża do siostry. Postanawia założyć big-band, bo po wojnie w Anglii zajął się jazzem. Szuka muzyków. Choć w Polsce trwa popaździernikowa odwilż, działania Fabiana wzbudzają podejrzenia UB, który sądzi, że jest on wysłannikiem Rządu Londyńskiego. Ubecy podsuwają mu więc śpiewającą agentkę Modestę (Natalia Rybicka), która ma go rozpracować…

Gwiazdorski jazz w Lotosie

Sceny kręcone w Jabłonnie dotyczą sylwestra w uzdrowisku z przełomu roku 1957 i 58. Za scenografię odpowiada Andrzej Haliński: w pałacowych salach widzę zastawione stoły – z nieodzowną sałatką jarzynową i oranżadą – oraz spory tłum statystów w strojach wieczorowych. Generałowi asystuje miejscowy sekretarz partii (Marian Dziędziel), ze swą sekretarką i zapewne kochanką (Agnieszka Michalska, w okrągłych okularach a la działaczka KPP).

Potem ekipa przechodzi do, jak ją nazywa Wiktor Zborowski, „sceny batalistycznej”. Miejscowa przedstawicielka aktywu (Lilianna Komorowska) zapowiada występ zespołu Fabiana. Ten przedstawia band i dwie refrenistki – swoją siostrę Wandę, niespełnioną śpiewaczkę, i Modestę. Rybicka przed ujęciem zakłada buty na wysokich obcasach. Elegancko ubrane panie filmują dwie kamery Adama Bajerskiego. W ich obiektywach mieści się także gwiazdorski band w białych marynarkach, m.in. Zborowski, Adam Ferency, Paweł Królikowski, Jerzy Schejbal i Wojciech Pszoniak. Ten ostatni gra pianistę, a właściwie stroiciela fortepianów, którego obsesją jest tropienie homoseksualistów w polskiej poezji; twierdzi, że był nim nawet Mickiewicz, i zawsze znajduje poetyckie wersy potwierdzające jego oskarżenie. Natomiast Ferency, poza muzykowaniem, prowadzi w filmie jadłodajnię Współczesną, w której spotykają się członkowie bandu. Współczesną zagrał u Majewskiego słynny warszawski Lotos, opisywany przed laty m.in. przez Janusza Głowackiego.

Na planie w Jabłonnie szef orkiestry Wiesław Pieregorólka uczy Stuhra dyrygenckich gestów. W składzie bandu Fabiana są prawdziwi muzycy z zespołu Wojtka Mazolewskiego, ale to Wojciech Karolak odpowiada za opracowanie całości muzyki. Band wykonuje właśnie, a panie śpiewają, pochodzący z roku 1930 jazzowy standard „On the Sunny Side of the Street”. Zborowski podnosi się do solo na trąbce.

1300 klapsów i złamana noga Joanny Kulig

Majewski zasugerował Stuhrowi, by grał trochę „w stylu Humphreya Bogarta”. Gdzie Bogarta było najwięcej? – pytam reżysera. – W scenie na stacji kolejowej. Gdy Maciek przyjeżdża do Ciechocinka w jasnym trenczu i kapeluszu. Czeka na niego siostra. Kręciliśmy to przedwczoraj. Maciek w ogóle świetnie nosi stroje: znakomicie wygląda we fraku.

– Podczas kręcenia zrobił się z tego bardziej film na serio – tłumaczy Majewski. – Pogłębił wątek dramatyczno-romansowy, nie ma żadnego pastiszowego mrugania okiem. Poniosła nas jazzowa muzyka.

Rzeczywiście, ona wciąż działa. Między ujęciami cała ekipa kołysze się w rytm standardów puszczanych z playbacku. Zbigniew Buczkowski przemyka po planie jako kelner, a Władysław Kowalski gra lekarza, który odkrywa u Wandy śmiertelną chorobę. Nie ma w Jabłonnie Anny Dymnej, wybranej do roli gospodyni willi, w której Fabian wynajmuje pokój, ani Zofii Zborowskiej, córki Wiktora, grającej Luśkę, z którą bohater szaleje na potańcówkach. Grubo po północy Pszoniak i Kowalski narzekają, że musieli kilka godzin czekać na swoje ujęcia. Na pięterku, w ukryciu, Rybicka i Stuhr próbują scenę tańca do „Moonlight Serenade” orkiestry Glenna Millera.

Majewski siedzi na stanowisku przed monitorami pokazującymi obraz z dwóch kamer. Jego łącznikiem z planem jest II reżyser Andrzej Kotkowski. Majewski mówi: – Mamy aż 1300 klapsów, co przy kręceniu, maksymalnie, 3-4 dubli, daje 400 ustawień kamery. Zwykle miałem ich w filmach około 250. Reżyseria to wyczerpujące zajęcie. Kiedyś Jerzemu Kawalerowiczowi wprosił się na plan minister. Kawalerowicz powiedział: – Zgoda, ale pod warunkiem, że jak ja siedzę, to pan też siedzi, jak ja wstaję to i pan wstaje. Wieczorem minister odpadł, a to był przecież tylko jeden z kilkudziesięciu dni zdjęciowych reżysera. Wtedy nie mieliśmy na planie podglądu, film widział jedynie szwenkier, czyli operator kamery. Po kilka dni czekaliśmy nerwowo aż z laboratorium przyjdą zarejestrowane materiały. Jednym z najbardziej cenionych szwenkierów był Mieczysław Verocsy, lubiący się czasem napić. Przy jednym z moich filmów, przykryty płachtą zasnął za kamerą, zamocowaną na wózku. Kadr był już ustawiony, więc gdy Verocsy się obudził, wózkarz spytał go o dyspozycje. – Jedź. – Ale dokąd? – Aż ci nie powiem: Czyś ty oszalał?!

Modestę miała zagrać w „Excentrykach” Joanna Kulig, ale złamała nogę pewnego czwartku, gdy w piątek wypadała jej pierwsza scena. Sceny, oczywiście, nie zarejestrowano. W sobotę odbył się casting, na który przybiegło 15 aktorek. Żadna nie przekonała Majewskiego. Wieczorem poszedł do Teatru Studio zobaczyć Rybicką, która z Krzysztofem Stelmaszykiem w sztuce Davida Mameta „Oleanna” grała studentkę zakładającą sidła na swego profesora. Dał jej scenariusz. O drugiej w nocy przysłała esemesa, że to fantastyczna propozycja.

Pałac w Jabłonnie ma wielkie kulturalne tradycje. W latach 60. odbył się tu ślub Gustawa Holoubka i Mai Wachowiak opisany w „Miazdze” Jerzego Andrzejewskiego. Może dlatego Zborowski podczas przerwy na papierosa, opowiedział mi ulubiony z grubych kawałów Holoubka: – Mąż wraca z łazienki do sypialni, rozgląda się na tabletką na potencję, którą położył na szafce. – Nie widziałaś mojej tabletki? – pyta żonę. – Połknęłam ją. Myślałam, że to na ból głowy. – To sama się teraz p…

Zdjęcia do „Excentryków” kręcono również w Ciechocinku, Toruniu i Konstancinie.Premiera – na początku przyszłego roku. To koprodukcja WFDiF oraz Agory, dystrybutorem będzie Next Film.

Zobacz także

wyborcza.pl

Pseudokibic ujawnia tajemnice fanatyków. Czym jest „Wschodnia Horda”?

Michał Jackowski, 04.05.2015
8 listopada, Lublin. Kibice Motoru żegnają się ze stadionem na Al . Zygmuntowskich, podczas meczu III Ligi Piłki Nożnej pomiędzy Motorem Lublin a JKS Jarosław.

8 listopada, Lublin. Kibice Motoru żegnają się ze stadionem na Al . Zygmuntowskich, podczas meczu III Ligi Piłki Nożnej pomiędzy Motorem Lublin a JKS Jarosław. (JAKUB ORZECHOWSKI)

Czy po ewentualnym spadku Górnika Łęczna z T-Mobile Ekstraklasy możemy spodziewać się powrotu chuligańskich ekscesów na lubelskich stadionach? Fanatyk Qla w kibicowskim periodyku opowiada m.in. o tym, że ekstraklasa jest lepiej zabezpieczana przez policję, a w niższych ligach stadionowi bandyci mają więcej okazji do awantur.
Środowisko kibiców jest bardzo hermetyczne. Tzw. ultrasi (to oni przygotowują oprawy i prowadzą doping) rzadko rozmawiają z mediami. Jednak czasami zdradzają swoje tajemnice w periodykach wydawanych przez samych kibiców. Wywiadu dla czasopisma „To my kibice” udzielił właśnie Qla, fanatyk Górnika Łęczna.

Emigracja wykruszyła zapaleńców

Przyznaje on, że na Lubelszczyźnie ruchy kibicowskie nie są tak aktywne jak na Śląsku czy Pomorzu. Jego zdaniem miał na to wpływ niski poziom życia młodych ludzi, a co za tym idzie – emigracja po wejściu do Unii Europejskiej. – Po 2004 r., kiedy kolejne kraje otwierały przed nami swoje rynki pracy, sukcesywnie ubywało młodych zapaleńców, z którymi każda ekipa wiąże swoje nadzieje – twierdzi Qla.

Jednak sytuacja w Łęcznej jest według niego inna. Młodzi ludzie mają szansę na pracę w kopalni Bogdanka i tak chętnie nie opuszczają kraju. Tutaj powód mniejszej aktywności kibiców jest prozaiczny, czyli zakazy stadionowe. To kara orzekana przez sądy wobec chuliganów łamiących zasady bezpieczeństwa imprez masowych: biorących udział w bójkach, palących race czy niszczących stadiony. Zakaz połączony jest z obowiązkiem stawiania się w czasie trwania meczu na komisariacie. – Powodem destrukcji wielu ekip na Lubelszczyźnie były narastające represje związane z aktywnością kibicowską. Dość powiedzieć, że pod koniec pierwszej dekady tego stulecia Lubelskie wiodło prym w liczbie zakazów stadionowych w przeliczeniu na mieszkańca, a tylko w naszej ekipie zakazy w jednym czasie wyłapało blisko 150 osób.

Wszystko dobre, byle nie ekstraklasa

Qla nie ukrywa też, że tęskni za czasami, gdy Górnik grał w niższych ligach. Wtedy pseudokibice nie byli na świeczniku i mogli pozwolić sobie na więcej. – W niższych klasach nie ma wielkich pieniędzy, zagranicznych zawodników, był za to klimat, kumple, wyjazdy, awantury i sielski świat – opowiada. Najwyższa liga natomiast według fanatyka pozbawiona jest charakteru. Jest zbyt medialna, dużo jest obostrzeń i norm, a co za tym idzie – wojewodowie mogą z rzekomo błahych powodów zamykać stadiony.

Qla przekonuje, że w czasie gdy w ekstraklasie rozgrywany jest hitowy mecz, to gdzieś w innych rejonach Polski chuligani wracający z mniej ważnych spotkań piłkarskich „wykręcą sobie zgrabną awanturę” w asyście kilku policyjnych radiowozów. Skończy się co najwyżej na kilku mandatach, bo niższe ligi nie interesują już tak bardzo polityków. Czy zatem życzy swojemu klubowi, który walczy o utrzymanie w T-Mobile Ekstraklasie, spadku? – Pod względem sportowym każdy kibic chce, by jego klub grał o najwyższe cele. Pod względem kibicowskim życzyłbym sobie powrotu na zaplecze.

„Wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem”

Fanatyk Górnika opowiada też o działalności „Wschodniej Hordy”, czyli połączonych sił kibiców klubu z Łęcznej, Motoru Lublin i Chełmianki Chełm. Wspomina awantury, do których dochodziło na stadionach w Świdniku czy Lublinie, a także o bijatykach na przydrożnych parkingach, gdzie spotykali się m.in chuligani ze Stalowej Woli czy Rzeszowa. – „Wróg mojego przyjaciela jest moim wrogiem”. Poza tym jesteśmy zdania, że każda okazja do konfrontacji i sprawdzenia swoich umiejętności powinna być wykorzystana – twierdzi Qla.

Lubelska policja, tłumacząc się długim weekendem, od środy nie udzieliła nam informacji, które grupy kibicowskie mają w tym momencie najwięcej stadionowych zakazów, jak zabezpieczane są imprezy masowe i trasy przejazdu fanów piłki oraz ile w ostatnim czasie było incydentów związanych z działalnością chuliganów stadionowych.

Zobacz także

lublin.gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s