Zoll (04.05.2015)

 

A konkretnie?

Kandydat prezydencki Andrzej Duda właśnie zapowiedział, że jako Prezydent zainicjuje zmianę Konstytucji, tak by wzmocnić suwerenność.

Suwerenność – to brzmi zawsze dobrze, zwłaszcza, gdy zrobi się przy tym odpowiednio srogą minę. Ale przydałoby sie jeszcze powiedzieć, na czym polegają obecne defekty Konstytucji w zakresie niepełnego strzeżenia polskiej suwerenności, i jakie konkretnie zmiany miałyby te przykre usterki wyeliminować.

Przypomnę zatem koledze-prawnikowi Andrzejowi Dudzie, że Konstytucja RP mówi, że Rzeczpospolita “strzeże niepodleglości i nienaruszalności swojego terytorium” (Art. 5), że jej siły zbrojne “służą ochronie niepodleglości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnieniu bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic” (Art, 26), że można ograniczać prawa obywatelskie dla ochrony bezpieczeństwa państwa (art 31), że obowiązkiem obywateli jest obrona Ojczyzny (art. 85), że kompetencje organów państwowych “niektórych sprawach” (a nie generalnie!) można przenieść na organizację międzynarodową tylko przez specjalną większość 2/3 Sejmu i Senatu , przy czym na dodatek Sejm może zarządzić w tej sprawie referendum (art. 90), że Prezydent stoi na straży „suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium” (Art 126), że jednym z wyraźnie określonych zadań Rady Ministrów jest “zapewnienie bezpieczeństwa zewnętrznego państwa” (Art. 146), że w razie zewnętrznego zagrożenia państwa lub zbrojnej napaści na terytorium RP Prezydent może wprowadzić stan wojenny (art. 239)… Dosyć?

Dla Andrzeja Dudy najwyraźniej nie dosyć. Warto więc, by czym prędzej go dopytać, jakie jeszcze proponuje wprowadzić przepisy konstytucyjne, by tę naszą suwerennośżć wzmocnić. W przeciwnym razie można by bowiem uznać, że po prostu chlapie na lewo i prawo, rzucając atrakcyjne hasełka bez zrozumienia, o czym mówi.

Chyba że… No tak, chyba że kandydatowi Dudzie chodzi również o suwerenność gospodarczą. Na przykład o to, by kasy krajowe, zobowiązane do ochrony interesow materialnych swych członków, nie mogły samodzielnie lub przez stowarzyszone agendy wyprowadzać kapitału za granicę, np. do Luksemburga. Tylko czy Grzegorz Bierecki, który już raz ministrowi prezydenckiemu Andrzejowi Dudzie podyktowal odpowiedni tekst do Trybunału Konstytucyjnego, co dalo czas na gigantyczny przekręt, pozwoli na taką śmiałość kandydatowi Dudzie? Zawsze może przecież przykręcić kurek z pieniędzmi dla mediów, robiących Andrzejowi Dudzie kampanię.

naTemat.pl

Komorowski napisał prawie dwa razy mniej ustaw niż Kaczyński

04.05.2015

 

Komorowski na inauguracji VII kadencji Sejmu 8 listopada 2011 r. Fot. Wojciech Grzędziński/KPRP

Od 1995 r. z inicjatywy głowy państwa uchwalono 62 ustawy. MamPrawoWiedziec.pl analizuje, jak przez ostatnie 20 lat prezydenci tworzyli prawo.

Rekordową liczbę projektów złożył Lech Kaczyński – 48 przez niepełnych 5 lat kadencji (2005–2010). Bronisław Komorowski – 27. Najrzadziej z inicjatywy ustawodawczej korzystał Aleksander Kwaśniewski – podczas pierwszej kadencji (1995–2000) wniósł 19 projektów ustaw, a 23 podczas drugiej (2000–2005).

Najmniej projektów w obecnym Sejmie

Zgodnie z art. 118 konstytucji prezydent ma prawo do inicjatywy ustawodawczej – może wnosić do Sejmu projekty ustaw.

Prezydenckie projekty podlegają tej samej procedurze, co inicjatywy rządu, posłów czy obywateli. Pierwsze czytanie odbywa się najczęściej w komisji zajmującej się danym tematem, kolejne dwa podczas posiedzeń plenarnych, później projekt przechodzi do Senatu i ostatecznie wraca do prezydenta do podpisu.

W obecnej kadencji Sejmu prezydent korzystał z prawa do składania projektów ustaw najrzadziej ze wszystkich uprawnionych (oprócz prezydenta są to posłowie, rząd i obywatele) – tylko 20 razy. Największa aktywność legislacyjna Komorowskiego przypadła na środek jego kadencji, czyli 2013 r., w którym wniósł 8 projektów ustaw. Najmniej projektów napisał rok wcześniej – tylko 2.

Jak powiedział prezydent, jego aktywność w tym zakresie wynikała z podziału zadań między nim a rządzącą koalicją PO-PSL.

Czego dotyczą ustawy Komorowskiego?

Komorowski raczej chciał poprawiać już istniejące przepisy, niż tworzyć nowe akty prawne. Wśród prezydenckich inicjatyw są tylko 3 projekty nowych ustaw: o budowie zabezpieczeń przeciwpowodziowych, o nasiennictwie oraz o Trybunale Konstytucyjnym.

Niektóre inicjatywy wynikały z bieżących wydarzeń. W odpowiedzi na dewastację Warszawy i zamieszki pod ambasadą rosyjską podczas Marszu Niepodległości w 2013 r. prezydent zgłosił inicjatywę zmiany prawa o zgromadzeniach, wprowadzającą zakaz zasłaniania twarzy i zmieniania wyglądu podczas demonstracji. Ustawa czeka na drugie czytanie.

Była to druga interwencja prezydenta w prawo o zgromadzeniach związana z Marszem Niepodległości – rok wcześniej projekt Komorowskiego dotyczył obowiązku zgłoszenia przez organizatorów zgromadzenia, że będą w nim uczestniczyć zamaskowane osoby.

Prezydent zaproponował również zmiany w kodeksie wyborczym. Projekt ustawy odpowiadał na niesprawność Państwowej Komisji Wyborczej i oskarżenia o nieprawidłowości podczas wyborów samorządowych jesienią 2014 r. Prezydencki projekt zakłada m.in. wprowadzenie przezroczystych urn i monitoringu w lokalach wyborczych. Obecnie pracuje nad nim komisja nadzwyczajna do spraw zmian w kodyfikacjach.

W związku z tzw. aferą orzełkową, czyli brakiem godła na oficjalnych strojach reprezentacji Polski w mistrzostwach piłki nożnej EURO 2012, z inicjatywy prezydenta uchwalono zmiany w prawie, wymuszające obecność godła lub flagi na narodowych strojach sportowych. Zmiany weszły w życie w czerwcu 2012 r.

Prezydent złożył 5 projektów regulujących sprawy wymiaru sprawiedliwości, m.in. 2 dotyczące funkcjonowania sądów powszechnych, Trybunału Konstytucyjnego, podniesienia wieku emerytalnego sędziów Sądu Najwyższego oraz skrócenia postępowania przed sądem administracyjnym.

Uchwalona została ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego sędziów Sądu Najwyższego. Od sierpnia 2014 r. sędziowie ustawowo przechodzą w stan spoczynku w wieku 75 lat. Na podpis prezydenta czeka prezydencki projekt zmian w ustawie o sądzie administracyjnym, która ma m.in. uprościć wyznaczanie pełnomocników z urzędu i rozszerzyć zakres zwolnień z obowiązku uiszczenia kosztów sądowych.

Komorowski proponował też projekty dotyczące spraw bezpieczeństwa i obronności, m.in. prezydent od 2 listopada 2011 r. otrzymał prawo do ogłoszenia stanu wyjątkowego w sytuacji zagrożenia w cyberprzestrzeni. W nowej ustawie doprecyzował zasady funkcjonowania państwa w czasie wojny. Ustawa o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej została uchwalona w marcu 2015 r.

Z bezpieczeństwem są związane także projekt regulacji w finansowaniu tarczy antyrakietowej oraz 2 wspomniane wcześniej projekty zmian w ustawie o zgromadzeniach.

Prezydent przedłożył 2 ustawy orderowe. Jedna przedłużyła do końca 2012 r. czas nadawania orderów za walkę z terroryzmem w latach 2002–2007, druga dotyczy nadawania odznaczenia „Gwiazda” za nienaganną służbę podczas misji zagranicznych. Sejm przyjął oba projekty jednogłośnie.

Komorowski był też inicjatorem prawa, które ułatwia kontynuowanie pracy zawodowej na emeryturze (przepisy weszły w życie w październiku 2011 r.), oraz projektów dotyczących ochrony krajobrazu czy tworzenia szlaków turystycznych i ścieżek rowerowych na wałach przeciwpowodziowych.

216 dni – tyle średnio trwa przyjęcie prezydenckiego projektu

Nie wszystkie projekty napisane w kancelarii Komorowskiego zostały przyjęte i wprowadzone w życie. Z 27 inicjatyw Sejm uchwalił 14 ustaw. 1 projektu nie zdążył przyjąć Sejm poprzedniej kadencji. Prace toczą się nad 12 projektami, z których 6 zostało zgłoszonych w ostatnim półroczu.

Prezydencka propozycja zmian w konstytucji związanych z członkostwem w Unii Europejskiej nie została uchwalona przed końcem VI kadencji Sejmu (2007–2011), a Komorowski nie złożył jej ponownie w kolejnej kadencji. Czas pracy nad prezydenckim projektem od dnia jego złożenia do dnia podpisania wynosi średnio 216 dni. Niektóre ustawy – np. dotyczące przyznania orderów – są uchwalane w trybie ekspresowym.

Opozycyjny PiS 3 razy złożył wniosek o odrzucenie projektu prezydenckiego w pierwszym czytaniu, wyrażając w ten sposób całkowitą dezaprobatę dla projektów ustaw: o nasiennictwie, regulującej handel GMO w Polsce, o tworzeniu sądów rejonowych w oparciu o liczbę mieszkańców w rejonie oraz o podniesieniu wieku emerytalnego dla sędziów Sądu Najwyższego. Za każdym razem sejmowa większość PO-PSL odrzucała wnioski PiS, a ustawy wchodziły w życie.

Partie przychylne dla „swoich” prezydentów

Decyzje posłów w sprawach prezydenckich projektów, a przede wszystkim czas, w jakim posłowie rozpatrują projekty, są mocno związane z relacjami między głową państwa a parlamentem. Od 20 lat nie zdarzyło się, by Sejm odrzucił projekt prezydenta, który ma poparcie większości rządzącej. W ogóle posłowie rzadko mówili zdecydowane „nie” dla prezydenckich propozycji: sejmowa większość AWS-UW odrzuciła jeden projekt Aleksandra Kwaśniewskiego, a koalicja PO-PSL – 5 ustaw Lecha Kaczyńskiego.

Znacznie częściej zdarza się przeciąganie prac nad aktem prawnym. Sejm VI kadencji (2007–2011, koalicja PO-PSL) nie zdążył podjąć decyzji w sprawie ponad połowy projektów Kaczyńskiego, podczas gdy wcześniej, w V kadencji (2005–2007, większość PiS-LPR-Samoobrona; koalicja powstała w 2006 r.) udało się rozpatrzyć 17 z 23 propozycji tego samego prezydenta. Gdy prace kończył Sejm III kadencji (1997–2001, koalicja AWS-UW funkcjonującą do 2000 r.) w komisjach wciąż czekało 9 z 15 inicjatyw legislacyjnych Kwaśniewskiego.

Gdy władzę sprawowało SLD z PSL, lewicowy prezydent nie doczekał się rozstrzygnięcia 2 z 10 (1993–1997, II kadencja Sejmu) oraz 6 z 17 (2001–2005, IV kadencja Sejmu) projektów.

Komorowski nie miał dotychczas okazji zmierzyć się z większością sejmową inną niż PO-PSL, która raczej uchwala jego projekty, a w najgorszym wypadku zatrzymuje je na etapie prac w komisjach.

Losy prezydenckich projektów zależą od tego, kto akurat ma większość w parlamencie i z reguły prezydenci nie pozostają dłużni wobec przychylnych sobie posłów – jeśli wetują ustawy, to w zdecydowanej większości te przyjęte przez parlamenty zdominowane przez inną partię.

Anna Ścisłowska, Magdalena Wnuk, Andrzej Wojewoda serwis.MamPrawoWiedziec.pl

TOK FM

 

Nigdzie nie jest napisane, że Polska ma być krajem świeckim

04.05.2015

„Myślę, że naszą podstawową wadą jako społeczeństwa jest brak tolerancji lub jej złe rozumienie” – o relacjach państwo–Kościół mówi były prezes Trybunału Konstytucyjnego.

Jarosław Kuisz: Paweł Borecki w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” przedstawił smutny obraz naszej Konstytucji z 1997 r. Podał całą listę przykładów świadczących o tym, że zasada równouprawnienia Kościołów i związków wyznaniowych nie jest na co dzień respektowana. Czy pana zdaniem rzeczywiście konstytucyjna zasada równości jest dziś naruszana?

Andrzej Zoll: Przy zasadzie równości trzeba zawsze zbadać warunki, w jakich funkcjonują podmioty, które mają z tej zasady korzystać. Nie można twierdzić – jak czyni to Paweł Borecki – że zasada równości jest naruszana, bo na przykład na współpracę z różnymi związkami wyznaniowymi przeznaczane są w budżecie różne kwoty. To byłoby zupełnym nieporozumieniem. Te sumy mogą być zróżnicowane, chociaż oczywiście rozkład pieniędzy powinien opierać się na obiektywnym kryterium.

Jakim?

Na przykład liczbie wyznawców poszczególnych grup wyznaniowych. Per capita wysokość tego wsparcia mogłaby być równa – wtedy zachowalibyśmy pewną zasadę równości.

Paweł Borecki jako przykład „pokrętnej interpretacji” zasady równości podaje jedno z orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. W kontrowersyjnej jego zdaniem decyzji Trybunał zinterpretował równouprawnienie jako proces. A zatem o równouprawnieniu związków wyznaniowych tu i teraz nie ma mowy, albowiem wymaga ono czasu.

Możliwe, że ta myśl Trybunału nie została właściwie zrozumiana. Chodzić tu może o pewną zasadę, a nie regułę konstytucyjną, która ma zastosowanie od razu w momencie wejścia w życie Konstytucji i jednoznacznie określa model postępowania.

Rozumiem, że pan profesor przyjmowałby dwa kryteria jednocześnie. Z jednej strony, przychylając się do decyzji Trybunału, uznajemy, że równouprawnienie to proces, który realizuje się w czasie, a z drugiej, wprowadzamy też hierarchizowanie wyznań zależnie od liczby wyznawców, tak?

Nie chciałbym mówić o „hierarchizowaniu wyznań”. Wszystkie wyznania są w tym sensie równouprawnione, że każde ma pełną swobodę głoszenia swoich prawd wiary i uprawiania kultu. Tutaj nie ma żadnych ograniczeń, a równouprawnienie ma charakter reguły, która musi być absolutnie przestrzegana.

Inną kwestią jest na przykład wspieranie finansowe poszczególnych związków wyznaniowych. Z punktu widzenia wkładu władz państwowych chodzi o stworzenie warunków, w których większa aktywność niektórych wyznań – wynikająca chociażby z większej liczby wyznawców danego Kościoła czy związku wyznaniowego – pozwala na przyznanie takiemu podmiotowi większych środków. Nie da się przecież porównać działalności charytatywnej i oświatowej Kościoła katolickiego oraz, dajmy na to, Kościoła Zielonoświątkowego, który przez pana Boreckiego został wymieniony. To są – również ze względu na liczbę wyznawców – nieporównywalne wielkości. Stąd również i wsparcie państwa może – a nawet powinno – być różne, oczywiście, bez naruszenia zasady równości.

Nadal pozostaje margines niejasności co do tego, czy „ilość przejdzie w jakość”.

Wie pan, nie brałbym pod uwagę tylko ilości, ale i aktywność. Weźmy na przykład Katolicki Uniwersytet Lubelski. To poważna uczelnia kształcąca młodzież i mającą wszelkie uprawnienia państwowe do nadawania stopni naukowych. To, że jest subwencjonowana przez państwo – mamy zresztą ustawę o finansowaniu KUL – nie wydaje mi się czymś złym. Jeżeli Kościół prawosławny by utrzymywał i rozwijał podobną uczelnię, również domagałbym się wkładu państwa.

Pytanie, czy powstanie tego typu konkurencyjnych uczelni jest w ogóle możliwe…

Problem nie tkwi w możliwości sfinansowania przez państwo tego typu inicjatyw, ale w fakcie, że wiele związków wyznaniowych jest zbyt słabych, żeby tego typu inicjatywy unieść na swoich barkach.

Czy po 25 latach wolności nie dorośliśmy jednak do tego, żeby pozwolić sobie na więcej faktycznego równouprawnienia pomiędzy wyznaniami? Niezależnie od liczby wyznawców?

Jak pan to rozumie? Jeżelibyśmy zaczęli na siłę wspierać słabsze związki wyznaniowe, aby wzmocnić je w relacjach z Kościołem katolickim, można by powiedzieć, że naruszamy równouprawnienie, bo stosujemy pewną dyskryminację jednych związków, a uprzywilejowanie innych. Takie rozwiązanie zupełnie mi nie odpowiada. Są pewne realia społeczne, historyczne, które nie mogą być przy ocenie równouprawnienia pominięte.

Czyli równouprawnienie niezmiennie powinno być zależne od społeczno-historycznego kontekstu?

Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości.

A jak wobec tego odnieść się do uwag Pawła Boreckiego na temat prób wywierania przez Kościół katolicki wpływu na procedury ustawodawcze?

Kościół katolicki – jeżeli mowa jest o jego hierarchii, o Episkopacie – nie jest bez grzechu. To absolutnie przyznaję.

Jakie to grzechy?

No właśnie tego typu wpływy, jak domaganie się niepodpisywania takiej czy innej ustawy, jak zagrożenie parlamentarzystom, że poparcie danego aktu prawnego równa się ekskomunice – to są kroki, które uważam za niedopuszczalne. Oczywiście każdy z katolików wie – a w każdym razie powinien wiedzieć – jakie są dogmaty tej religii. W związku z tym jeżeli jest np. parlamentarzystą i ma do czynienia z projektem ustawy, która byłaby niezgodna z jego sumieniem, to wie, jak się powinien zachować.

Z drugiej strony, pewną wskazówkę dla parlamentarzystów zawarł w encyklice „Evangelium Vitae” Jan Paweł II. Papież odnosił się do sytuacji, w których parlamentarzysta, ze względu na swoje przekonania, nie jest do końca usatysfakcjonowany jakimś rozwiązaniem projektowanym w ustawie, ale jednocześnie wie, że to rozwiązanie znacznie lepsze niż dotychczasowe. W takim przypadku powinien się za tym lepszym rozwiązaniem opowiedzieć.

Zgadzam się z panem Boreckim, kiedy mówi o regulacjach dotyczących zapłodnienia in vitro. Ta ustawa nic na nikim nie wymusza. Ci, którzy zgodnie z nauką Kościoła procedurę sztucznego zapłodnienia odrzucają, mogą z niej nie korzystać. Należy jednak w kontekście in vitro wyraźnie podkreślić jedno: można dyskutować od kiedy mamy do czynienia z człowiekiem, a kiedy jeszcze z człowiekiem do czynienia nie mamy…

…to jest sednem tej dyskusji…

…ale niewątpliwie zarodek ludzki jest początkiem życia człowieka. Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku z 2011 r. stwierdził, że zarodek ludzki – obojętnie jak powstały, również np. w drodze klonowania – jest posiadaczem godności ludzkiej. To bardzo ważne stwierdzenie. Jeżelibyśmy pozostawili zarodek ludzki bez ochrony prawnej, to proszę sobie wyobrazić, co może się stać i co zresztą dzisiaj jest w Polsce dopuszczalne – tworzenie chimer, hybryd. Wszystko jest możliwe. Jest wolna amerykanka, ta rzecz jest zupełnie nieuregulowana.

Państwo nie powinno zakazywać ‎procedury in vitro, ale powinno spełniać swój podstawowy obowiązek, tzn. chronić życie ‎ludzkie. Jeśli dopuścimy prawo do selekcji zarodków, łatwo je będzie rozszerzać, a to budzi ‎dramatyczne skojarzenia.‎

Paweł Borecki określa obecną społeczną naukę polskiego Kościoła mianem „zdrady papieża przez ‎hierarchię”, choćby ze względu na przypisywanie sobie przez hierarchów roli politycznej.‎

„Zdrada” jest zbyt mocnym słowem, ale hierarchia kościelna przeżywa kryzys. Polski ‎Kościół zdał się na polskiego papieża i nie wykształcił autorytetu, który po jego śmierci ‎mógłby nieść ten ciężar na swoich barkach. Upolitycznienie jest bardzo widoczne i bez ‎wątpienia ma na nie wpływ działalność rozgłośni Radio Maryja. Boleję nad tym, bo Kościół płaci za to wysoką cenę, a ja uważam ‎się za członka Kościoła.‎

Refleksję na temat problemu upolitycznienia Kościoła katolickiego można odnaleźć już w gorących sporach z początku lat ‎90. Wydaje się jednak, że pomimo upływu lat stoimy w miejscu. Bezpośrednie angażowanie się duchownych w politykę – po stronie konkretnych partii – jest postrzegane jako niefortunne przez wielu katolików. Czy nikt nie wyciąga wniosków z błędów popełnionych po 1989 r.?‎

Ludzie stojący na czele diecezji są ułomni jak my wszyscy i popełniają błędy.‎

Ale można się dziwić, że w zasadzie od 25 lat toczymy tę samą ‎dyskusję.‎

Nie tylko w sprawach Kościoła toczymy od 25 lat tę samą dyskusję.‎

To prawda, ale – jak twierdzi Paweł Borecki – w sprawach wyznaniowych sytuacja się pogarsza. Polska nie jest państwem ‎świeckim i ma z neutralnością światopoglądową wielki problem.

Tutaj zupełnie się z panem Boreckim nie zgadzam. Nigdzie nie jest napisane, a w każdym razie nie wynika to z Konstytucji, że Polska ma być krajem świeckim. Takie stwierdzenie to nadużycie. Polska ma być krajem, w którym wszystkie wyznania cieszą się w równym stopniu pewnymi wolnościami, a władza państwowa jest wobec nich bezstronna. To nie znaczy, że mamy być państwem świeckim, szczególnie w znaczeniu państwa wrogiego religii. Nasz ustawodawca wybrał zupełnie inny model.

A czy w całym tym sporze w istocie Polakom nie chodzi po prostu o to, żeby młode państwo stanęło wreszcie na własnych nogach? Żeby uniezależniło się od struktur silnego Kościoła?

Cały wywiad dostępny jest na kulturaliberalna.pl

Cały Temat Tygodnia poświęcony rozdziałowi państwa od Kościoła znajdą Państwo TUTAJ

prof. Andrzej Zoll

prawnik i sędzia, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, były przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej oraz były Rzecznik Praw Obywatelskich. Profesor zwyczajny na Uniwersytecie Jagiellońskim.

dr Jarosław Kuisz

redaktor naczelny „Kultury Liberalnej”.

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: