Gowin (14.04.15)

 

Żakowski o aferze ujawnionej przez TOK FM. Sprawa wygląda grubo, może dobić PO. Arłukowicz do dymisji

Krzysztof Lepczyński, 14.04.2015
Jacek Żakowski

Jacek Żakowski (Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta)

„Sprawa wygląda grubo” – pisze o ujawnionej przez Radio TOK FM „aferze lekowej” Jacek Żakowski na blogu w serwisie Polityka.pl. Jego zdaniem sprzeczny z przepisami eksport leków za granicę to rzecz większa niż afery hazardowa i dopalaczowa. Publicysta domaga się dymisji Bartosza Arłukowicza, ministra zdrowia. I ostrzega, że wszystko może się skończyć ogromnymi problemami Ewy Kopacz.
Jacek Żakowski pisze na swoim blogu w serwisie Polityka.pl o „aferze lekowej” ujawnionej przez Michała Janczurę z Radia TOK FM. „Jemu należy się Grand Press, urzędnikom – prokurator, a ministrowi – dymisja” – zaznacza publicysta.Sejm pracuje nad zmianami. Bez końca

Na czym polega afera? Według ustaleń Radia TOK FM Ministerstwo Zdrowia zezwala hurtowniom farmaceutycznym nie stosować jednego z przepisów ustawy refundacyjnej. Dzięki temu wywóz leków z Polski jest dla hurtowni o wiele bardziej opłacalny niż dostarczanie ich do polskich aptek. Zdaniem wielu ekspertów interpretacja MZ jest sprzeczna z przepisami. A efekt? W polskich aptekach po prostu brakuje niektórych leków.

Żakowski zauważa, że na proceder, który trwa od lat, minister Bartosz Arłukowicz zareagować musiał. I zareagował – w Sejmie trwają prace nad poprawkami, które zahamują eksport. „Trwają i trwają, i skończyć się za cholerę nie mogą, bo – jak nam tłumaczą urzędnicy oraz politycy – wciąż pojawiają się jakieś bardzo poważne przeszkody” – pisze publicysta.

„Sprawa wygląda grubo”

Żakowski streszcza istotę afery. Zaznacza, że prawo w zasadzie uniemożliwia eksport leków z wyższą niż 5-proc. marża. „Gdyby ustawa była respektowana, reeksport lekarstw by się hurtowniom nie opłacał” – pisze. Ale, dzięki urzędnikom, się opłaca.

„Sprawa wygląda grubo. Zwłaszcza że ministerstwo popełnia dramatyczny polityczny błąd, próbując bagatelizować problem” – zaznacza Żakowski. I bezlitośnie krytykuje sposób, w jaki bronią się urzędnicy. Tłumaczą bowiem, że po zmianie interpretacji na właściwą hurtownie by zbankrutowały. Sami hurtownicy zwracają uwagę, że wysokie kary zniszczą ich biznes.

„Sytuacja jest gorsza niż w przypadku afery hazardowej”

„Jak ktoś takie wypowiedzi czyta i krew go nie zalewa, to znaczy, że nie żyje. Jeśli urzędnicy nie rozumieją, że mają reprezentować interes ogółu, a nie szemranych biznesów, to znaczy, że dawno powinni zmienić pracę. A jak ktoś ma czelność straszyć nas, że padnie jego „lewy” biznes, to znaczy, że sytuacja jest gorsza niż w przypadku afery hazardowej lub dopalaczowej i potrzebne są przynajmniej równie radykalne działania” – podkreśla Żakowski.

I wskazuje, że jeśli Kopacz nie zrobi „wejścia smoka” w resorcie zdrowia, wszystko spadnie na nią i całą Platformę. „I może ją dobić” – kwituje Żakowski.

Cały wpis na stronach Polityka.pl >>>

Zobacz także

TOK FM

Leków brakuje, a resort pozwala lepiej zarabiać tym, którzy wywożą je z kraju. „Trzeba być frajerem, żeby tu sprzedawać”

Michał Janczura, 14.04.2015
W aptekach brakuje niektórych leków

W aptekach brakuje niektórych leków (Przemysław Skrzydło / AG)

Ministerstwo Zdrowia zezwala hurtowniom farmaceutycznym nie stosować jednego z przepisów ustawy refundacyjnej – wynika z dokumentów, do których dotarło TOK FM. Dzięki temu wywóz leków z Polski jest dla hurtowni o wiele bardziej opłacalny niż dostarczanie ich do polskich aptek. Zdaniem wielu ekspertów interpretacja MZ jest sprzeczna z przepisami. A efekt? W polskich aptekach po prostu brakuje niektórych leków.
Przedstawiamy dziś pierwszą część ustaleń dziennikarskiego śledztwa dotyczącego sprzedaży leków w Polsce i ich wywozu za granicę. Kolejne ustalenia już niebawem w TOK FM i na tokfm.pl.– Trzeba być frajerem, żeby sprzedawać nowoczesne leki w kraju – mówi nam jeden z hurtowników. Nasz rozmówca pokazuje wyliczenie: na sprzedaży opakowania popularnej insuliny w aptece w kraju można zarobić kilka złotych. Wywożąc ten sam lek kilka kilometrów za granicę i sprzedając tam – nawet kilkaset.

Rachunek wydaje się prosty, a efekty, niestety, są już dobrze znane: od lat w aptekach są problemy z dostaniem kilkudziesięciu nowoczesnych leków, a farmaceuci jednym tchem wymieniają substancje, które są momentami po prostu nie do dostania: insulina, leki stosowane w onkologii, leki przeciwzakrzepowe. Taką samą listę dostajemy w niemal każdej aptece.

Przepis a interpretacja

Leki w Polsce są w wielu przypadkach zdecydowanie tańsze niż na Zachodzie, stąd ich wywóz stał się dla wielu podmiotów złotym biznesem, wartym miliony złotych. I ten eksport jest jak najbardziej w Polsce legalny. Więc w czym problem? W eksporcie leków znajdujących się na liście refundacyjnej. A wszystko rozbija się o przepisy i ich interpretację. Z jednej strony Ministerstwo od lat publicznie zapowiadało zmiany w ustawie farmaceutycznej, które mają ukrócić wywóz najbardziej potrzebnych leków, ale z drugiej strony, „po cichu”, tak interpretuje niektóre przepisy, że hurtownicy dostarczający leki do polskich aptek są w znacznie gorszej sytuacji niż ci wywożący je z kraju.

Dlaczego „po cichu”? Kontrowersyjnych interpretacji ministerstwo nigdy nie opublikowało. Znane były jedynie tym hurtowniom, które zwróciły się z zapytaniem do resortu.

Przyjrzyjmy się więc przepisom

Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości – hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.

I tu tkwi sedno problemu – gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia – Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak – na początku 2012 roku – w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych – wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie. Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego.

– Nie rozumiem tej interpretacji przepisów – komentuje mecenas Paulina Kieszkowska-Knapik. – Prawo jasno to wszystko reguluje. Nieważne, czy przepisy o sztywnych marżach są sensowne. Jeżeli są w ustawie, to powinno się je stosować do wszystkich – dodaje. Przedstawiciele stowarzyszenia eksporterów równoległych, które zrzesza kilka hurtowni wywożących leki z Polski, podkreślają, że to, co robią, jest zgodne z prawem i jest czymś normalnym w Europie. Bronią oczywiście interpretacji ministerstwa i przyznają, że gdyby zrównać marże na leki wywożone z tymi krajowymi, to przestałoby się to opłacać.

Zdanie dyrektora ważniejsze niż ustawa?

O analizę przepisów poprosiliśmy kilku prawników. Wszyscy są zgodni co do jednego: nigdzie w przepisach nie ma słowa o tym, by 5-procentowe marże nie dotyczyły leków refundowanych, wywożonych z kraju.

Zaznaczmy, że za naruszenie 5-procentowych marż grożą ogromne kary, ale musiałoby je nakładać Ministerstwo Zdrowia. Trudno sobie jednak wyobrazić, by resort karał za coś, na co „po cichu” zezwalał przedsiębiorcom. Pytaliśmy w ministerstwie, ile kar nałożyło. Ani jednej – czytamy w odpowiedzi.

Resort idzie w zaparte i broni swoich interpretacji, ale od wysokiego rangą urzędnika w ministerstwie słyszymy, że „mleko się rozlało” już kilka lat temu i teraz trzeba sobie z tym radzić. Każdy sobie z tego zdaje sprawę, bo zmiana interpretacji wymagałaby ściągania wielomilionowych kar z hurtowników, a w konsekwencji doprowadziłaby do ich bankructwa.

Dokładna instrukcja z ministerstwa

W pismach, do których dotarliśmy, urzędnicy ministerstwa instruują hurtowników, co zrobić, by uniknąć ewentualnych problemów przy wywożeniu leków i późniejszym rozliczaniu. Np. napisać na fakturze, że określona ilość leków jest przeznaczona na wywóz. Problem w tym, że przepisy tej kwestii też nigdzie nie regulują. – Jak ja sobie napiszę na fakturze, że chcę płacić mniejszy podatek, to będzie to miało jakieś znaczenie? Przecież takie dopiski na fakturze nie mogą mieć mocy prawnej – mówi Paulina Kieszkowska-Knapik. Warto dodać, że wicedyrektor departamentu z MZ instruował hurtowników, by z takich samych adnotacji korzystali, sprzedając leki również pomiędzy hurtowniami na terenie Polski.

Ale to nie wszystko – z tej interpretacji zaczęli korzystać także aptekarze. Dotarliśmy do faktury sprzedaży leku z hurtowni do apteki z dopiskiem „leki przeznaczone na wywóz” – to znaczy, że hurtownia mogła narzucić znacznie wyższą marżę na sprzedaż leków takiej aptece. Czyli więcej zarobić. Sprawa wyszła na jaw tylko dlatego, że apteka brała udział także w nielegalnym obrocie lekami i już jest zamknięta. Kto, gdzie i jak używa sformułowania „leki przeznaczone na wywóz” – tego nie wiadomo.

Cicha zgoda i złoty biznes

Osoba, która współpracowała z ministerstwem przy tworzeniu ustawy refundacyjnej, twierdzi, że najgorsze w tej sytuacji jest rządzenie poprzez wydawanie opinii, interpretacji i komunikatów. – Zdanie urzędnika może zmienić zupełnie sens ustawy. Tylko z tą ustawą refundacyjną działo się tak wiele razy od momentu, gdy tylko ją uchwalono – mówi nasz informator. Dodaje, że w wielu przypadkach interpretacje są wręcz sprzeczne z ustawą.

Prawnicy od lat zwracają uwagę, że takie metody są niedopuszczalne, a mecenas Łukasz Sławatyniec przypomina, że ministerstwo ma zawsze możliwość zmiany przepisów, tak by nowelizacja ustawy zawierała już rozstrzygnięcia tego, co wywołuje problemy w interpretacji. Niestety, mimo wielu nowelizacji ustawy refundacyjnej i ustawy farmaceutycznej o eksporcie leków refundowanych nie napisano ani słowa. To oznacza, że od trzech lat jedyną podstawą prawną tego eksportu są opinie z ministerstwa.

Jak to działa i dlaczego się opłaca? Załóżmy, że lek został wpisany na listę leków refundowanych i ministerstwo wynegocjowało z firmą cenę 100 złotych. Z taką ceną opakowanie dostaje się do obrotu. Hurtownik – jeżeli chce sprzedać ten lek do polskiej apteki – musi naliczyć sobie 5-procentową marżę. Nie może być ona ani mniejsza, ani większa. Za złamanie tego przepisu musiałby zapłacić wartość faktury i sporą część swojego rocznego dochodu. Jeżeli jednak ta sama hurtownia, ten sam lek zakupiony u tego samego producenta zechce wywieźć z kraju, to może nałożyć dowolną marżę i zarobić wielokrotnie więcej.

Efekt? Hurtownie nakładają marże nawet kilkadziesiąt razy wyższe od tych, które obowiązują w obrocie na terenie Polski, a i tak bez problemu znajdują nabywców np. w Niemczech czy krajach skandynawskich. Dotarliśmy do zamówienia jednej z zagranicznych hurtowni, która jasno pokazuje, które leki są pożądane na Zachodzie i jaka jest skala zamówień.

Co na to ministerstwo?

W żadnym z pism, do których dotarliśmy, nie ma wzmianki o podstawie prawnej, na której decyzja dyrektorów by się opierała, a tam, gdzie rzekomo jest – resort podaje tylko ustawę refundacyjną. Pytanie w tej sprawie zadała szefowa łódzkiej izby aptekarskiej. We wniosku złożonym w ministerstwie wprost zapytała o podstawę prawną, ale w wiadomości zwrotnej, którą otrzymała, ministerstwo ogólnikowo odpowiedziało, że taką podstawą jest ustawa.

Zapytaliśmy też o sprawę wiceministra Igora Radziewicza-Winnickiego. Ten problemu nie widzi, bo – jego zdaniem – jest wyraźna różnica między lekami na liście refundacyjnej a lekami faktycznie zrefundowanymi. Czyli: jeżeli państwo do jakiegoś leku nie dopłaciło, to ustawa refundacyjna nie powinna mieć do niego zastosowania. Ale gdyby zgodzić się z Radziewiczem-Winnickim, to oznaczałoby, że w hurtowniach i aptekach w Polsce też nie trzeba bezwzględnie stosować sztywnych marż. Ale to nie wszystko – pojawia się kolejny absurd, ponieważ… dotarliśmy do opinii wydanej przez urzędników ministerstwa, którzy twierdzą, że sztywne marże muszą być stosowane w Polsce – bez względu na to, czy państwo do leku dopłaca czy nie. Czyli że wiceminister racji nie ma.

Kolejny argument ministerstwa dotyczy prawa Unii Europejskiej. – Nie możemy stawiać podmiotów funkcjonujących po dwóch różnych stronach granicy na różnych warunkach – mówi Igor Radziewicz-Winnicki. Tyle że obecnie przez chaos interpretacyjny właśnie mamy do czynienia z sytuacją, że przedsiębiorcy mają różne warunki. Ten sprzedający na polski rynek może zarobić 5 procent (a jeżeli złamie przepis, grożą mu olbrzymie kary), a ten eksportujący nawet dwieście czy trzysta procent. – Unia Europejska zabrania dyskryminować, ale nie mówi, że mamy kogoś faworyzować – punktuje Paulina Kieszkowska-Knapik i dodaje, że tak się dziś właśnie dzieje.

Nikt nie wie, ile to jest warte

Już w 2013 roku pisaliśmy o tym, jaka jest skala wywozu leków z Polski. Od tamtej chwili nikt nie sprawdzał, jak wygląda sytuacja. Nikt nie dysponuje też rzetelnymi informacjami na temat skali legalnego i nielegalnego wywozu leków. Wiadomo jednak, że jest to biznes wyjątkowo opłacalny. Mówi się, że rocznie wyjeżdżają leki warte miliardy złotych.

Sprawą udało nam się zainteresować parlamentarzystów z komisji zdrowia z różnych opcji politycznych. Wszyscy jednym głosem przyznają, że o istnieniu takich interpretacji nie słyszeli. Twierdzą, że muszą sprawę przeanalizować, by móc się nią zająć.

Zobacz także

TOK FM

PO składa zawiadomienie do PKW w sprawie kampanii Dudy. „Z całą stanowczością zostało złamane prawo wyborcze”

kospa, 14.04.2015
PO składa zawiadomienie do PKW w sprawie kampanii Dudy. Chodzi o dodatek do

PO składa zawiadomienie do PKW w sprawie kampanii Dudy. Chodzi o dodatek do „Super Expressu” w rocznicę katastrofy smoleńskiej (Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta)

– Moim zdaniem złamania przepisu dokonała zarówno Kasa Stefczyka, jak i komitet wyborczy pana Andrzeja Dudy – mówił podczas konferencji prasowej senator PO Łukasz Abgarowicz. Platforma złożyła do PKW zawiadomienie w związku z dodatkiem do „Super Expressu”, którego bohaterem jest kandydat PiS na prezydenta. Sztabowi Dudy zarzuca podwójne finansowanie, a tłumaczeniom PiS nie wierzy.
Chodzi o promujący Andrzeja Dudę dodatek do „Super Expressu” wydany 10 kwietnia, a więc w piątą rocznicę katastrofy smoleńskiej. Napisaliśmy o tym w sobotę. „Partnerem” dodatku, czyli sponsorem, była Kasa Stefczyka.Obok tekstu o testamencie polityczno-historycznym Lecha Kaczyńskiego i wspomnienia o Przemysławie Gosiewskim zamieszczono komentarz Andrzeja Sosnowskiego, prezesa SKOK-u Stefczyka. Czytamy w nim: „Dziś, pięć lat po tamtych wydarzeniach, Polacy wciąż czekają na ludzi, którzy poprowadzą nas w kierunku odbudowy silniejszej Polski”.

W tym samym dodatku opublikowany został obszerny fragment wystąpienia Dudy, które kandydat PiS na prezydenta wygłosił podczas lutowej konwencji. Tekst opatrzono zdjęciem Dudy z Lechem Kaczyńskim.

PO zastanawia się, dlaczego prywatna firma sponsoruje kandydata…

Wczoraj podczas konferencji prasowej europoseł PO Adam Szejnefeld mówił: – Chcielibyśmy się dowiedzieć, czy Andrzej Duda – albo jego sztab – potwierdziłby bądź zaprzeczył, iż kasy czy ta kasa, która jest sponsorem i jest tutaj podpisana pod tym tekstem (w „Super Expressie” – PAP) sponsoruje prezydencką kampanię wyborczą Andrzeja Dudy? Czy koszty tej kampanii są wliczone w kampanię kandydata zgodnie z przepisami PKW i ustawy sejmowej?

Szejnfeld zastanawiał się, dlaczego – jeśli okazałoby się to prawdą – prywatne przedsiębiorstwo, jakim jest SKOK Stefczyka, „sponsoruje jednego z kandydatów i to w sposób zakamuflowany, niebezpośredni”. – Jeśli tą firmą jest jeden ze SKOK-ów, należący do tej grupy SKOK-ów, wobec której mamy tyle niejasności, a propos ich działalności pod względem zgodności z prawem, to mnożą się znaki zapytania, które podają w wątpliwość jasność, transparentność, czytelność kontaktów między Andrzejem Dudą a władzami Krajowej Kasy SKOK – mówił.

Z kolei senator PO Łukasz Abgarowicz przypomniał zaangażowanie Dudy w prace nad wnioskiem z 2009 r. ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego do TK ws. ustawy o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych.

…i składa zawiadomienie do PKW. Po nie wierzy w tłumaczenia PiS

Dzisiaj Abgarowicz i poseł PO Mariusz Witczak zapowiedzieli, że składają do PKW zawiadomienie w sprawie kampanii Dudy. Chodzi o „możliwość podwójnego finansowania kampanii wyborczej”. – Według naszej oceny zachodzi tutaj jasna kolizja, m.in. z artykułami kodeksu wyborczego 506 i 507 – wymieniał Witczak.

– W naszym przekonaniu z całą stanowczością zostało złamane prawo wyborcze – dodał Abgarowicz. – Moim zdaniem złamania przepisu dokonała zarówno Kasa Stefczyka, jak i komitet wyborczy pana Dudy.

Senator PO przypomniał, że komitet wyborczy może „przyjmować nieodpłatną pomoc wyłącznie przy rozwieszaniu plakatów i roznoszeniu ulotek”. – Nawet nieodpłatna pomoc innego rodzaju musi być wyceniona – zaznaczył.

PO nie wierzy, że zarówno komitet wyborczy kandydata PiS, jak i sam Duda nie wiedzieli o dodatku. – Ta publikacja jest skorelowana z całą kampanią budowania mitu następcy prezydenta Lecha Kaczyńskiego, mitu kandydata, który ma kontynuować tę misję – mówił Abgarowicz. – Jesteśmy przekonani, że odbyło się to za wiedzą i kandydata, i samego sztabu.

PiS „nie miał pojęcia” o dodatku, Kasa Stefczyka zdumiona podejrzeniami

Już wczoraj PiS zaprzeczył, jakoby SKOK Stefczyka finansował kampanię Dudy. – Nie mamy wpływu na to, co się ukazuje w gazecie ani jakiego partnera gazeta sobie do tego dobiera. Nie mieliśmy pojęcia, że coś takiego ukaże się w „Super Expressie” – przekonywał zastępca rzecznika PiS Krzysztof Łapiński w rozmowie z PAP.

Wypowiedzi posłów ze zdumieniem przyjęła również Kasa Stefczyka, która stwierdziła w komunikacie, że jako partner dodatku nie miała żadnego wpływu na treści w nim zawarte. Według Kasy dodatek został przygotowany przez dziennikarzy pisma i stanowił integralną część wydania gazety.

Zobacz także

wyborcza.pl

Czarny rynek PRL-u

Adam Leszczyński, 13.04.2015
W Polsce Ludowej stale brakowało mięsa, które powszechnie kupowało się bezpośrednio od chłopów (na zdjęciu: sprzedaż świniaka na wsi w 1964 r.)

W Polsce Ludowej stale brakowało mięsa, które powszechnie kupowało się bezpośrednio od chłopów (na zdjęciu: sprzedaż świniaka na wsi w 1964 r.) (Fot. Wojtek Laski / EAST NEWS)

Pokątny handel, zwany czarnym rynkiem, nie zaczął się w Polsce ani za PRL-u, ani podczas okupacji, lecz znacznie wcześniej. Po raz pierwszy rozkwitł w czasie I wojny światowej, gdy Rosjanie wprowadzili prohibicję, a Niemcy – kartki. Z prof. Jerzym Kochanowskim* rozmawia Adam Leszczyński.
Adam Leszczyński: W 1954 r. pani Stefania Husiatyńska z Warszawy razem z 11 wspólnikami „otrzymywała z Anglii i USA przesyłki nylonowe, które spieniężali, a następnie przekazywali pieniądze rodzinom zamieszkałym na terenie Polski, wskazanym przez mocodawców z USA” – czytamy w partyjnym opracowaniu o walce z warszawskim „podziemiem gospodarczym”. Zanim pani Husiatyńska wpadła w 1957 r., zdążyła obrócić towarami wartymi 36,5 mln zł, a średnia pensja wynosiła wtedy 1,5 tys. Czy w Polsce Ludowej dawało się zbić fortunę na czarnym rynku?prof. Jerzy Kochanowski: Tak. A mając układy z władzą, można było działać w ten sposób całkiem długo. Pani Stefania nie stanowiła wyjątku, podobnych historii znam sporo, jako że wykorzystywanie układów z Polakami mieszkającymi za granicą niezwykle sprzyjało wymyślaniu wszelakich czarnorynkowych sposobów zarabiania pieniędzy.

Kto handlował na czarnym rynku?

– Wszyscy ci, którzy mieli stosowne predyspozycje psychiczne i okazje. Już w czasie wojny pisarka Sabina Sebyłowa zauważyła, że ludzie dzielą się na tych, którzy mają żyłkę do handlu, i tych, którzy jej nie mają. W mojej książce o czarnym rynku w Polsce Ludowej opisuję przypadek nauczyciela, który budował dom jednorodzinny i w pewnym momencie stanął przed problemem zainstalowania ogrzewania. Znajomi mówili mu, żeby zrobił to, co wszyscy inni, czyli kupił od złodzieja kocioł, rury i kaloryfery, które rzecz jasna były bardzo trudne do nabycia w sklepie. Ale on chciał być uczciwy.

Dobrze wiedział, że złodziej ukradnie mu piec, rury i kaloryfery z państwowej budowy.

– Tak. Postanowił więc zbudować piec kaflowy, bo uznał, że tylko wtedy zachowa się moralnie.

Ilu nie miało takich skrupułów?

– Myślę, że większość. W każdym razie ja, kiedy sprzedawałem dolary w latach 80. czy kupowałem od chłopa ćwiartkę świniaka, nie miałem żadnych wyrzutów sumienia.

Czy czarny rynek zaczął się w Polsce podczas okupacji czy też istniał już wcześniej?

– Czarny rynek istniał tu zawsze, tylko miał różne odcienie i nasilenia. Na terenach polskich rozkwitł po raz pierwszy podczas I wojny światowej, gdy Rosjanie w 1914 r. ogłosili ścisłą prohibicję, a Niemcy w 1915 r. wprowadzili reglamentację i odcięli miasta od zaopatrzenia ze wsi. W czasie II wojny handlarze musieli już tylko dopracować metody przewozu i korupcji stosowane podczas I wojny.

Czy czarny rynek zawsze polega na uzupełnianiu niedoborów, czyli handlowaniu tylko tymi towarami, których brakuje w sklepach?

– Często tak się dzieje, choć nie zawsze. Na przykład w PRL-u i innych krajach bloku wschodniego czarnorynkowa cena benzyny była często niższa od oficjalnej. W Polsce działo się tak aż do końca lat 70. Na lewo odsprzedawano taniej paliwo zaoszczędzone w przedsiębiorstwach państwowych, ponieważ jeżeli nie zużyło się całego przydziału benzyny, to lepiej było ją nielegalnie sprzedać, a nawet wylać, niż rozliczać. Bo jeśli się okazało, że ktoś zużył mniej paliwa, to następnym razem mógł się spodziewać obniżenia przydziału.

Czarny rynek istniał także w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy niedoborów wprawdzie nie było, ale chodziło o uniknięcie podatków. Żeby sprzedać legalnie mięso, należało zwierzę sprowadzić do miasta, zabić w rzeźni mającej odpowiednie pozwolenia, mięso zbadać i ostemplować. To kosztowało niemało, bo miasta zarabiały na rzeźniach, i dlatego rozwinął się rynek przemytu mięsa ze wsi do miast z pominięciem oficjalnych kanałów dystrybucji. Takim przemytem trudnili się masowo kolejarze. Przed wojną istniał też przemyt przez granice, przede wszystkim z powodu ogromnych różnic w cenach, szczególnie artykułów przemysłowych.

W „Rodzinnej Europie” Czesław Miłosz opisywał wycieczkę kajakową, którą zorganizował z kolegami do Francji i Szwajcarii. Kajaki kupili w Czechosłowacji, bo sprzęt sportowy był tam dwa razy tańszy niż w Polsce.

– Z Niemiec przed wojną przemycano absolutnie wszystko, a przemyt był świetnie zorganizowany. Podczas II wojny Organizacja Todt, zajmująca się budową obiektów dla niemieckiego wojska, stała się jednym wielkim biurem handlu pokątnego. Natomiast w Polsce Ludowej w tej dziedzinie nikt już niczego nie musiał odkrywać, zresztą na czarnym rynku działali często ci sami ludzie, którzy zajmowali się nim przed wojną i w czasie okupacji. W czasie okupacji mój dziadek handlował złotem na placu Napoleona w samym sercu Warszawy, a tuż po wojnie robił to samo, tyle że na placu Szembeka na Pradze. Był płotką w tym świetnie zorganizowanym biznesie mającym nawet fundusze alimentacyjny i opiekuńczy, na które składano się po procencie czy dwóch od transakcji. Kiedy dziadek wpadł, w ciągu jednego dnia został wykupiony z siedziby Gestapo w alei Szucha, wystarczyło, że babka zgłosiła się do jednego z jego kolegów.

Jakie były podstawowe metody działania na czarnym rynku w PRL-u?

– Trochę to zależało od tego, czym się handlowało. Inaczej działał cinkciarz nielegalnie wymieniający walutę (ale też z zasady zajmujący się każdym dochodowym przekrętem), inaczej baba z cielęciną odwiedzająca mieszkania i biura, inaczej ajent stacji benzynowej sprzedający na lewo kanister paliwa. Handlarze szukali luk w prawie, by znaleźć sobie punkt zaczepienia czy możliwość wytłumaczenia. Na przykład cinkciarze nieraz mieli konto w banku, przed którym działali, handlujący mięsem starali się nieraz o zaświadczenia o legalnym uboju świniaka… Dobrze było mieć wsparcie u miejscowego kacyka partyjnego, milicjanta czy urzędnika i naturalnie kluczowa okazywała się umiejętność trafienia w odpowiedni produkt w odpowiednim czasie. Zawsze jednak chodziło o to, by kupić taniej i sprzedać drożej, bo przecież handel czarnorynkowy to zwyczajny handel, tyle że poza granicami prawa. I rządzi się podobnymi prawami.

Podwójne życie dolarów

Czy Polacy mają jakąś szczególną żyłkę do przemytu i handlu?

– Na pewno czujemy się do tego predysponowani, ale przecież większość społeczeństw może o sobie powiedzieć to samo. W czasach komunizmu obywatele Jugosławii gonili nas pod każdym względem. Handel czarnorynkowy ułatwiał tradycyjny u nas brak poszanowania państwa i prawa, wyraźny zwłaszcza na ziemiach byłych zaborów austriackiego i rosyjskiego. Człowiek czuł się lojalny wobec rodziny, potem wobec swojej grupy społecznej, a na bardzo dalekim końcu wobec państwa.

Najbardziej chodliwe towary w PRL-u?– Przede wszystkim artykuły luksusowe i przemysłowe, których brakowało. W latach 40. świetnie szły tekstylia, biżuteria czy zegarki, bo Polska była krajem pozbawionym dobrych zegarków i czarnorynkowi potentaci sprowadzali je tysiącami np. z Wiednia. Przed sklepem Jubiler w Al. Jerozolimskich w Warszawie stali handlarze oferujący nieco tańsze zegarki od wystawionych w witrynach, a w Szwajcarii niektóre firmy produkowały nawet zegarki o skomplikowanych nazwach i pięknych werkach na Europę Wschodnią, bo widziały tu rynek zbytu. Sprowadzano wszystko, co nie było dostępne i dawało odrobinę poczucia luksusu, zwłaszcza że przemysł państwowy oferował towary brzydkie, marnej jakości, a często też drogie. W latach 50. Polki potrafiły wydać całą pensję na ładne buty zagraniczne. Potem na czarnym rynku doskonale sprzedawały się m.in. nylonowe płaszcze, dobre swetry, no i naturalnie dżinsy. W latach 70. i 80. doszedł sprzęt elektroniczny, a potem komputery.

Mój pierwszy komputer kupiłem w 1987 r. na giełdzie przy ul. Grzybowskiej w Warszawie. Wystawiony był na gazecie rozłożonej na chodniku. Czy były towary, którymi na czarnym rynku handlowano stale, przez cały okres Polski Ludowej?

– Stale handlowano złotem i walutą, które uważano za pewną lokatę kapitału dającą się przechować poza zasięgiem państwa. Pamiętano też o doświadczeniach okupacyjnych, o tym, że złota dwudziestodolarówka mogła uratować życie. Złoto można było zakopać, przemycić przy wyjeździe za granicę w pierwszych latach powojennych. Po rabunkowej wymianie pieniędzy w październiku 1950 r. ludzie mieli uzasadnione przekonanie, że władza w każdej chwili może zabrać – wszak wtedy w ciągu jednego dnia wielu straciło dwie trzecie swoich oszczędności. Dewizy grały rolę kapitału obiegowego – jeżeli udało się wyjechać na Zachód, to mając je, można było zahandlować. Można też było zdeponować je w państwowym banku, który płacił dobry procent. Od pewnego momentu PRL stał się jedynym krajem w bloku socjalistycznym, w którym obywatel mógł przynieść dewizy do banku, a jeżeli nie potrafił udowodnić, skąd je ma, to podlegały pewnej karencji: przez rok czy dwa lata nie można ich było ruszyć. Od 1976 r. do początku lat 80. pod tym względem panowała już pełna wolność – teoretycznie można było wpłacić do banku milion dolarów i urzędnik nie powinien się interesować, skąd ma się tyle pieniędzy. Po reformie w 1976 r. obywatele zdeponowali w bankach naprawdę duże pieniądze, a przy wpłaceniu odpowiednio dużej kwoty dawało się żyć z odsetek. Bo jeśli z odsetek zbierało się 30 dol. miesięcznie, to w praktyce miało się już drugą pensję. Wówczas średnia płaca stanowiła równowartość 20-30 dol.

Tajemnice szczecińskiego półświatka

Można było zainwestować w taki lub inny sposób, np. pojechać na Węgry, kupić forinty i zamienić je w Wiedniu na dolary. Nie bez powodu forint był wtedy nazywany „dolarem karpackim”, był walutą cenioną i poszukiwaną i miał dużo korzystniejszy kurs czarnorynkowy niż np. złoty.

Skąd ludzie wiedzieli, co się w danym momencie opłaca?

– Z informacjami na ten temat było tak jak z dowcipami: po prostu się rozchodziły. Socjolog Jan Węgleński, prowadzący na początku lat 60. badania nad handlem turystycznym, opisuje przypadek pani, która poszła do krakowskich Sukiennic kupić kapę. Sprzedawczyni zapytała ją: „Na Związek Radziecki czy na Bułgarię?”. Po prostu istnieje pewna wiedza społeczna, która zmienia się wraz z okolicznościami. Kiedy w 1955 r. Polska podpisała z Czechosłowacją konwencję turystyczną zezwalającą na turystykę bez paszportów, a tylko na podstawie przepustek w pasie 18 km od granicy, natychmiast zmieniły się techniki przemytu. Wcześniej przemyt przez zieloną granicę uprawiany zwykle przez górali oznaczał ryzykowanie życia, a po wprowadzeniu konwencji sytuacja zmieniła się diametralnie. Ktoś z Rzymu czy Wiednia przywoził towar w rejon granicy czechosłowacko-polskiej. Potem dzielono go na plecaki turystów, którzy przynosili tę kontrabandę góralowi w Zakopanem i otrzymywali w zamian zapłatę w postaci drobnego procentu z zysku. Żołnierze Wojsk Ochrony Pogranicza natychmiast się zorientowali, że coś się dzieje, bo towaru z przemytu jest tyle samo lub więcej, a przemytnicy zniknęli. Aż znaleziono turystę mającego w plecaku 5 kg złota.

Złoto sprowadzało się z zagranicy?

– Ze Wschodu przemycano je w postaci bardzo prostego wyrobu mającego znaczenie raczej czysto kruszcowe niż estetyczne. Co ciekawe, do ZSRR przemycano z Zachodu carskie złote monety, ulubione radzieckich ciułaczy. Monety państw nieistniejących można było bez przeszkód wybijać, carskie „świnki” [monety pięciorublowe] czy dziesięciorublówki produkowano więc masowo. Złota moneta ma większą wartość niż to samo złoto w postaci biżuterii czy złomu. Pierścionek trzeba zważyć, często jest wątpliwej jakości, a moneta ma ustalone parametry.

W pana książce znajduje się statystyka, z której wynika, że w Toruniu w połowie lat 50. blisko połowa członków PZPR handlowała pokątnie.

– Oczywiście było im łatwiej i część tych ludzi dorabiała sobie takim handlem czy dzięki przekrętom innego rodzaju. W czasie czystki w szeregach partii w 1957 r. powstała nawet specjalna komisja ds. przestępstw gospodarczych wśród aparatu partyjnego. Rodziny się dzieliły, stosując zasadę: „Ty zapisujesz się do PZPR i mnie kryjesz, a ja robię interesy i odpalam ci dolę”. Znalazłem wiele listów prywatnych, z których można się dowiedzieć o istnieniu takich właśnie spółek. Na prowincji czarny rynek często tolerowano – sekretarzowi powiatowemu PZPR zależało przecież, żeby towary były dostępne jak nie w sklepie, to na lewo, bo wtedy mniej musiał się martwić o spokój społeczny. I wiedział, że jak nie przymknie oka na czarny rynek, to na jego terenie nie będzie dobrego zaopatrzenia. Raz na jakiś czas milicja zatrzymywała jakiegoś handlarza, ale potem był szybko zwalniany. Czasem zatrzymany słyszał nawet słowa typu: „Wybacz, stary, ale musiałem to zrobić”. W książce opisuję przykłady, jak to sekretarz powiatowy partii prosi milicjantów, by wypuścili zatrzymanego dopiero co spekulanta, bo za chwilę ludzie zaczną się buntować.

Jak władza ludowa zwalczała czarny rynek?

– Za Bieruta powstała pierwsza Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, która działała do 1954 r. Teoretycznie mogła wszystko: od szukania trefnych towarów do sądzenia i zamykania spekulantów. Okazało się jednak, że potem powstała sprawnie działająca prokuratura, która zajęła się m.in. spekulacją, i komisję zlikwidowano. Następne komisje działały pod innymi nazwami w latach 1957-59 oraz 1981-87 i wydaje mi się, że duża część społeczeństwa szczerze je popierała. Wielu nie było stać, by płacić za kiełbasę dwa razy tyle co w sklepie, wielu sądziło, że handlarze ściągają towar z rynku i jak się ich poskromi, to więcej będzie go w sklepach. Nie była to prawda, ale ludzie często tak myśleli. W latach 60. po tzw. aferze mięsnej [oskarżeni, w tym dyrektorzy handlu uspołecznionego mięsem, odpowiadali za kradzież towaru, podmienianie go i fałszowanie faktur], w której nawet zapadł i został wykonany wyrok śmierci, do władz przychodziły listy ze skargami. Obywatele pisali: „Zamknęliście tych wszystkich aferzystów mięsnych, a towaru dalej nie ma”.

Zjeść w PRL

W 1985 r. władze nie zniosły kartek na mięso, chociaż były do tego gotowe – jednak się przestraszyły. Najwięcej mięsa, czyli 4,5 kg miesięcznie, przydzielano robotnikom (a np. górnicy dostawali jeszcze więcej), którzy przed wprowadzeniem kartek tyle go nie konsumowali. Inteligenci z kolei mogli kupić w sklepie 2,5 kg, a wcześniej spożywali przeciętnie 4 kg mięsa. Robotnik przyzwyczaił się do życia na kartki i tego, że państwo zapewnia mu – lepiej lub gorzej – dostępność taniego mięsa. Bał się, że zniesienie kartek wywoła podwyżkę cen. Jak się czyta postulaty strajkowe z lat 1980-81, to w większości pojawia się żądanie wprowadzenia kartek na mięso jako narzędzia sprawiedliwości społecznej. Ale w latach 80. bywało też tak, że w niektórych województwach ceny czarnorynkowe okazywały się niższe od oficjalnych.

Czy można oszacować, jak duża część gospodarki znajdowała się w szarej strefie?

– Raz próbowano to zrobić. Podczas odwilży 1956 r. powołana została rada ekonomiczna mająca doradzać rządowi, która oszacowała, że szara strefa odpowiada za powstanie 8-9 proc. PKB.

To bardzo dużo. A za Gierka czy Jaruzelskiego szara strefa była jeszcze większa.

– Tak. W epoce Gomułki zaprzestano jednak takich badań, bo wygodniej było się nie zajmować tym problemem. Myślę, że w niektórych okresach przynajmniej połowa rynku mięsa czy benzyny znajdowała się w szarej strefie – w latach 60. stwierdzono na przykład, że w Polsce samochody spalają dużo więcej benzyny, niż zostało sprzedane na stacjach CPN.

Jak po 1989 r. zmienił się czarny rynek?

– Handel mięsem przeszedł do strefy oficjalnej, natomiast rozkwitł nielegalny handel alkoholem, który przybrał skalę masową oraz międzynarodową do tego stopnia, że w latach 90. spirytus importowano nielegalnie za pomocą cystern. Myślę, że dziś przemyt ma zupełnie inną formę i to raczej Polacy są odbiorcami kontrabandy, np. papierosów ze Wschodu. Ale też wszystko się bardzo sprofesjonalizowało i czarny rynek nie kojarzy się już z babą na targu. Kiedy w PRL-u rozwijaliśmy strategie pokątnej sprzedaży mięsa i wódki, na Zachodzie pracowano nad nielegalnymi metodami omijania podatków czy wyrafinowanego handlu ludźmi i narkotykami.

Przeszłość jednak czasami się przydaje – w zeszłym roku Unia Europejska próbowała wprowadzić ograniczenia na polskie wędzonki i wtedy nasi producenci zwrócili się do IPN-u. Chcieli, by historycy wynaleźli w archiwach przypadki działalności nielegalnych producentów wędzonki w czasach PRL-u. Mając takie informacje, zamierzali udowodnić w Brukseli, że produkcja wędzonek ma u nas wieloletnią tradycję, którą należy kontynuować.

*prof. Jerzy Kochanowski jest historykiem dziejów najnowszych, wykłada na UW, opublikował m.in. „Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce 1944-1989”, Warszawa 2010

W ”Ale Historia czytaj też:

Rugi pruskie
Między 1885 a 1886 r. ze wschodnich prowincji Niemiec Prusacy wysiedlili około 30 tys. poddanych cara Aleksandra III i cesarza Franciszka Józefa I, Polaków i Żydów. Kanclerzowi Bismarckowi chodziło o powstrzymanie żywiołu polskiego w Rzeszy, ale niewiele zdziałał

Seryjni mordercy (4). 964 ofiary zbója z Frassberga
W drugiej połowie XVI w. okropieństwa popełniane przez seryjnych morderców tłumaczono sobie jako skutek paktowania z diabłem. Christman Gnipperteinga mógł być pierwszym zwyrodnialcem, którego zbrodni nie wiązano z działaniem szatana

Icchak „Antek” Cukierman: człowiek, który zrobił więcej, niż było możliwe
„W latach Zagłady byłem jak cyrkowiec idący po cienkiej linie i niespadający na arenę” – napisał we wspomnieniach Icchak Cukierman, jeden z dowódców Żydowskiej Organizacji Bojowej w warszawskim getcie

Most Brookliński: jak powstawał jeden z symboli Nowego Jorku
Budowano go przez 14 lat prawie bez użycia maszyn. Powstała najdłuższa wówczas przeprawa na świecie, ale to przedsięwzięcie kosztowało życie i zdrowie setek robotników. Niewielu chciało pracować dłużej niż miesiąc

Tajemnica „Anody”
Wydawałoby się, że o historii Jana Rodowicza ps. „Anoda”, jednego z największych bohaterów konspiracji akowskiej w Warszawie, nic nowego nie da się już napisać. A jednak tę książkę przeczytałem z wielkim zainteresowaniem

Wyborcza.pl

Kłamstwo polityczne

Katarzyna Kolenda-Zaleska, „Fakty” Tvn, 14.04.2015
Jarosław Gowin

Jarosław Gowin (Fot. Patryk Ogorzałek / Agencja Gazeta)

Kłamstwo przychodzi politykom tak łatwo jak kliknięcie w klawiaturę komputera
Jeden pan na Twitterze napisał, że Platforma skierowała do dalszych prac w komisji sejmowej projekt SLD wprowadzający aborcję na życzenie do 12. tygodnia. No cóż. Niewiedza jest stanem błogosławionym, ale może czasem warto sprawdzić, jak było naprawdę. Bo ów pan po prostu napisał kłamstwo. Ten właśnie projekt SLD został odrzucony.Nie warto by było się tym wpisem zajmować, gdyby nie to, że ową wiadomość ignoranta posłał dalej w świat poseł Jarosław Gowin (Polska Razem – sojusznik PiS). I to jest już naprawdę oburzające. Przecież pan poseł był na sali podczas głosowania, wie dokładnie, które projekty przeszły, a które zostały odrzucone. Po co więc kolportuje kłamstwo? Przecież nie z niewiedzy – to by go jako posła dyskwalifikowało. Więc celowo? Ale czy to go nie dyskwalifikuje jako człowieka?Posła Gowina zawsze ceniłam – choć nie zawsze się z nim zgadzałam – za deklarowane przywiązanie do wartości moralnych i wierność własnym poglądom. Tym większe jest rozczarowanie, że w imię niskich pobudek dowalenia PO pan poseł wyrzuca do kosza swoje ideały. Wydawało się, że to jeden z tych polityków, którzy zachowali jeszcze jakiś kręgosłup i potrafią oddzielić partyjną podległość od rzeczywistości. Niestety. A może od początku to wszystko to było oszustwo?

Polityka robi z ludźmi straszne rzeczy. Kłamstwo przychodzi politykom tak łatwo jak kliknięcie w klawiaturę komputera. Zwłaszcza że pan poseł jest teraz w partii, która na sztandarach ma słowo „prawda” wypisane wszystkimi możliwymi czcionkami.

Może zresztą pan poseł ma jakieś wyjaśnienie kolportowania kłamstwa?

Biedny obywatel patrzy na tę naszą polityczną elitę. Coraz częściej widzi cynizm i obłudę, a coraz rzadziej prawość. Widzi, że znaczenie ma wyłącznie dobro partii. Trudno w takiej sytuacji wymagać od obywatela zaufania do polityków i polityki, a to przenosi się dalej – na brak zaufania do państwa. Co zresztą jest podsycane przez różnej maści polityków. W ten sposób nie da się budować nowoczesnego państwa. I jest to wina elit, a nie społeczeństwa.

Biedny obywatel patrzy też na obchody piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej – i co widzi? Podwójne obchody, polityków robiących wszystko, by się tylko nie spotkać. Co to w ogóle jest do diaska? To są elity!? Takiego zachowania nie usprawiedliwia nawet najgorętszy spór polityczny, nie tłumaczą go nawet najbardziej głębokie podziały, bo jest coś takiego jak dobro wyższe. A w tym wypadku jest to pamięć o ofiarach tamtej tragedii. Na jeden dzień, ten szczególny dzień, można by zawiesić spory. Jednak by to zrobić, trzeba mieć w sobie wielkość, a nie małość.

Zobacz także

wyborcza.pl

Episkopat krytykuje Komorowskiego za ratyfikację konwencji. „To ludzkie błędy są źródłem przemocy, a nie religia”

Rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Józef Kloch krytycznie skomentował decyzję prezydenta Bronisława Komorowskiego o zakończeniu procesu ratyfikacyjnego tzw. konwencji antyprzemocowej.
Rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Józef Kloch krytycznie skomentował decyzję prezydenta Bronisława Komorowskiego o zakończeniu procesu ratyfikacyjnego tzw. konwencji antyprzemocowej. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

Kończąc proces ratyfikacyjny tzw. konwencji antyprzemocowej prezydent Bronisław Komorowski rozsierdził polskich hierarchów. – Polskie prawo zupełnie wystarcza i nie jest potrzebna konwencja. Nie wnosi nic nowego. Mało tego, są w konwencji pewne sformułowania, na które nie można się zgodzić – stwierdza w specjalnym oświadczeniu rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ks. Józef Kloch.

Bo konwencja popsuje statystyki?
Przedstawiciel polskiego Kościoła podkreśla, że hierarchom najbardziej nie odpowiada fakt sformułowania przez ekspertów Rady Europy treści konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej tak, iż jako źródła negatywnych zjawisk przedstawione są religia i tradycja.

– To ludzkie błędy są źródłem przemocy, słabość ludzi, a nie tradycja czy religia – mówi ks. Józef Kloch. Rzecznik episkopatu przytacza też ulubiony na prawicy argument, według którego statystyki dotyczące przemocy domowej w krajach, które dawno temu przyjęły konwencję jest znacznie wyższy niż w Polsce. To prawda, ale hierarchowie i politycy prawicy nie biorą pod uwagę faktu, iż wyższe statystyki w Skandynawii czy nad Sekwaną biorą się stąd, iż lepsza ochrona prawna po prostu zachęca ofiary przemocy do składania zawiadomień. W Polsce wiele maltretowanych w domu osób wciąż milczy na ten temat.

Komorowski poparł „genderyzm”
– Wprowadza konwencja też pojęcia, które budzą wielki niepokój, jak na przykład „płeć społeczna”, „niestandardowe role kobiety i mężczyzny” – wylicza jednak dalej ks. Józef Kloch. Przypomnijmy, że to rzekome zagrożenie wynikające z tzw. konwencji antyprzemocowej kilka miesięcy temu w specyficzny sposób komentował już sam przewodniczący KEP.

– Niektórym rodzicom podoba się uczenie chłopców, że winni po sobie sprzątać, a nie czekać, aż zrobią to za nich dziewczynki – mówił w jednym z wywiadów abp Stanisław Gądecki. W ten właśnie sposób hierarcha ostrzegał przed „lansowaną pod płaszczykiem programu równościowego ideologią genderyzmu„.

– Znalazłem wystarczająco dużo powodów, aby ocenić, że wpływ konwencji Rady Europy na polskie prawodawstwo jest już, i będzie w przyszłości absolutnie pozytywny – stwierdził jednak w poniedziałek prezydent Bronisław Komorowski, który zakończył proces ratyfikacyjny kontrowersyjnego aktu Rady Europy w Polsce.

Źródło: Episkopat.pl

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: