08.05.2015

 

Szczątki generała Błasika spoczną na Jasnej Górze. Uroczystości pogrzebowe w sobotę

Fot. MON.gov.pl
Fot. MON.gov.pl

W sobotę 9 maja w Częstochowie odbędzie się pogrzeb szczątków gen. pilota Andrzeja Błasika, który zginął w Smoleńsku. Prochy Dowódcy Sił Powietrznych zostaną złożone w Kaplicy Pamięci Narodu na Jasnej Górze.

O uroczystościach pogrzebowych na swojej stronie informuje organizacja Rajd Katyński, który pisuje przy okazji, jak doszło do odnalezienia szczątków.

Zanim polscy archeolodzy otrzymali zgodę na przeprowadzenie ograniczonych i kontrolowanych — w ramach działań prokuratury rosyjskiej – prac (13-27 października 2010 r.), w miejscu Katastrofy Smoleńskiej zatrzymał się Rajd Katyński. 2 września – pięć miesięcy po Katastrofie – na nieogrodzonym terenie, w błocie, pod stopami – motocykliści znaleźli szczątki człowieka. Z największą starannością złożyliśmy je w pudełku, które zostało owinięte biało-czerwoną flagą. Przywiezione do Polski zostały przekazane Prokuraturze Garnizonowej w Gdyni i zidentyfikowane. Są to szczątki Dowódcy Sił Powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej generała pilota Andrzeja Błasika

— pisze Rajd Katyński, informując o uroczystościach pogrzebowych na Jasnej Górze.

Nasza obecność i modlitwa niech stanie się wyrazem hołdu złożonego Generałowi i wsparciem dla jego rodziny – dzieci i małżonki niezłomnie stającej w obronie prawdy i dobrego imienia Ofiar Katastrofy Smoleńskiej

— pisze Rajd Katyński.

Dodaje, że „Urna z Prochami Generała zostanie uroczyście przewieziona w Honorowej Asyście Motocyklowej z Krakowa na Jasną Górę”.

wrp

CZYTAJ TAKŻE: Pamiątki po gen. pilocie Andrzeju Błasiku na Jasnej Górze. Ewa Błasik: mąż byłby dumny, że jego mundur znajdzie tu miejsce

wPolityce.pl

Wybory prezydenckie 2015. Kukiz pozywa dziennikarza TVN. Czy sąd odpowie jeszcze dziś?

mkd, 08.05.2015
Paweł Kukiz

Paweł Kukiz (MIECZYSŁAW MICHALAK)

Wybory 2015. Paweł Kukiz złożył przeciwko Tomaszowi Sianeckiemu, dziennikarzowi TVN, pozew w trybie wyborczym – poinformował na Facebooku sztab kandydata.

Kukiz chce, by Sianecki przeprosił go na antenie TVN24 i na stronie internetowej programu „Szkło kontaktowe” poprzez publikację banera z treścią przeprosin. Chodzi o informację, że ze względu na chorobę ojca muzyk wycofuje się z udziału w wyborach. Pełnomocnik Kukiza w pozwie pisze, że stwierdzenie to jest nieprawdziwe i miało na celu zdyskredytowanie kandydata w opinii wyborców. – Zrobił to po to, aby u części naszych – nie moich, a naszych wyborców, wzbudzić wątpliwość i skłonić do pozostania w domu. Ewentualnie by zachęcić ich do głosowania na innego kandydata – napisał na Facebooku Paweł Kukiz (pisownia oryginalna).

Prawnik sztabu podkreślił, że informacja podana przez Sianeckiego może skutkować gorszym wynikiem wyborczym Kukiza. Kandydat potwierdził przy okazji, że nie zamierza rezygnować z kandydowania: „Dziś chciałbym Was zapewnić – nie ma już drogi odwrotu. Nie cofam się i nie cofnę. Nie rezygnuję i nie zrezygnuję. Kandyduję na Prezydenta Polski i żadna osobista sytuacja tego nie zmienia”.

Sztab Kukiza w rozmowie z portalem Gazeta.pl potwierdził informacje zamieszczone w serwisie społecznościowym. Patryk Hałaczkiewicz powiedział, że jeśli TVN24 przeprosi Pawła Kukiza, pozew zostanie wycofany. Sztabowiec przyznał, że choć pozew został złożony w trybie wyborczym, to nie spodziewa się, że zostanie rozpatrzony jeszcze dziś.

gazeta.pl

Jacek Żakowski, Tomasz Lis i 5 powodów, aby nie głosować na „sarnę z krzesłem na głowie”

mcia/Tok FM, 08-05-2015

ZOBACZ ZDJĘCIA »w nadchodzących wyborach głosuję na sarnę z krzesłem na glowie

 fot. w nadchodzących wyborach głosuję na sarnę z krzesłem na glowie  /  źródło: Facebook

Publicyści przekonują do głosowania w pierwszej turze wyborów.

W ostatniej audycji „Poranek Radia Tok Fm” przed pierwszą turą wyborów publicyści dyskutowali o wykorzystanych i zmarnowanych szansach kandydatów. Audycje zakończyli apelem do wyborców, aby poszli na niedzielne głosowanie.

Jacek Żakowski podał cztery argumenty, które mają przekonać do wybrania się na pierwszą turę wyborów:

Po pierwsze: głosuj! Bo jak nie głosujesz, oddajesz swój głos, ale nie wiesz komu.

Po drugie: nie oddawaj głosu nieważnego! Bo każdy głos nieważny, to większa awantura o to, że wybory zostały sfałszowane. „Sarenka z krzesłem na głowie” jest fantastycznym pomysłem, ale niestety nikt jej nie policzy. Gdyby miała szansę wygrać te wybory, to rzeczywiście czegoś by nauczyła klasę polityczną, ale nie będzie policzona.

Facebook

Po trzecie: nie czekaj z prawdziwym wyborem do drugiej tury, bo wynik pierwszej tury będzie miał duży wpływ na wynik drugiej tury. Głosując z myślą, że teraz coś komuś pokażemy, a potem zagłosujemy, możemy się strasznie naciąć.

Po czwarte: bądź poważny, bo czasy są poważne! Nie głosuj na złość, nie głosuj dla żartu, nie dawaj nikomu nauczki. To nie sondaż tym razem, to wybory!

Tomasz Lis dodał jeszcze punkt piąty: masz dzieci, które być może nie wiedzą czy pójdą głosować, masz rodziców, którzy nie są zmęczeni – pomóż im wywiązać się z tego obowiązku. Jacek Żakowski sprostował „Ale nie namawiasz Tomku do tego, by zabrać wnuczkowi dowód?” „Nie, przekonaj wnuczka, aby poszedł głosować poważnie. Zabierz mamę i tatę do lokalu wyborczego!” – apelował redaktor naczelny „Newsweeka”.

Newsweek.pl

Ludzie rezygnują z pracy w komisjach wyborczych. „Mają dość oskarżeń o fałszerstwa”

TOMASZ MACIEJEWSKI, 07.05.2015
Komisja wyborcza w SP 53

Komisja wyborcza w SP 53 (ŁUKASZ WĘGRZYN)

Kilka dni przez wyborami 50 członków obwodowych komisji wyborczych w Szczecinie zrezygnowało. – Ludzie mają dość oskarżeń o fałszerstwa i tego całego zamieszania – mówi przewodnicząca jednej z OKW w Śródmieściu, która przy głosowaniach pracowała przez kilkanaście lat. – Akcja „długopisy” to ostatni przykład
Podczas wyborów prezydenckich w naszym mieście pracować będzie 200 obwodowych komisji. To blisko 1600 ludzi. 50 z nich właśnie zrezygnowało. O tym, że członkowie komisji rezygnują, informowało w czwartek Radio Szczecin.- Jak zabraknie nam ludzi z listy rezerwowej, to błagamy znajomych i z tego korzystamy – tłumaczyła w czwartek na antenie Radia Szczecin Anna Bartczak, szefowa biura rady miasta, koordynująca organizację wyborów w Szczecinie.

Tłumaczą się chorobą, wyjazdem…

OKW powołuje prezydent (wójt, burmistrz). W komisjach zasiada 7-9 osób, w tym jedna „wskazana przez wójta spośród pracowników samorządowych gminy lub gminnych jednostek organizacyjnych” (art. 182, par. 2 Kodeksu wyborczego). W praktyce to urzędnicy, nauczyciele ze szkół, w których odbywają się głosowania. Pozostałych członków wskazują komitety wyborcze. Jeśli kandydatów do komisji jest więcej niż miejsc, odbywa się losowanie składu. Ale przed niedzielnymi wyborami są niedobory. W czwartek o godz. 14 Bartczak potwierdziła mailowo, że zrezygnowało już 50 osób. Tłumaczą się chorobą, względami osobistymi, nieplanowanym wcześniej wyjazdem. Ale prawdziwe powody mogą być inne.

… ale przyczyny są inne

– Ludzie mają dość oskarżeń o fałszerstwa i tego całego zamieszania – mówi przewodnicząca jednej z OKW w Śródmieściu, która przy głosowaniach pracowała przez kilkanaście lat. – Akcja „długopisy” to ostatni przykład.

Chodzi o inicjatywę prawicowego blogera Pawła Rybickiego, pod hasłem „Weź swój długopis na wybory!”. Radzi on, żeby wypełniając kartę do głosowania, nie używać długopisów znajdujących się w lokalu wyborczym. Bo po kilku godzinach tusz może zniknąć! Temat podchwycił Ruch Kontroli Wyborów, utworzony przez tzw. antysystemowe ugrupowania – KORWiN, narodowców, zwolenników Grzegorza Brauna i Pawła Kukiza. RKW organizuje swoich mężów zaufania w komisjach, zapowiada robienie zdjęć protokołów wyborczych itd.

– Bałagan przy wyborach samorządowych zrobił dużo szkody. Podważył zaufanie do komisji, choć to nie ludzie nawalili, a elektroniczny system zliczania głosów – przypomina, prosząca o anonimowość, przewodnicząca.

Przyznaje też, że zasiadający w komisjach narzekali na wysokość diety i czas pracy. Za 300-380 zł mieli pracować kilkanaście godzin, a niektórzy kończyli dopiero po czterech dniach.

Przy wyborach prezydenckich zryczałtowana dieta dla szeregowego członka OKW to 160 zł. Przewodniczący otrzyma 200 zł, jego zastępca 180.

– Ale te wybory są prostsze, podczas samorządowych głosuje się na radę gminy, powiatu, sejmik województwa, na wójta, burmistrza. Teraz jest tylko jedna kartka. Komisje mają mniej pracy – komentuje Maria Trela, dyrektor poznańskiej delegatury Krajowego Biura Wyborczego.

„Wszystkie komisje będą pracować”

Okręgowej KW nr 45 w Poznaniu podlega 588 obwodowych komisji. Rezygnacje są, ale…

– Pojedyncze przypadki, jak przy każdych wyborach – zapewnia Trela.

Podobnie jest we Wrocławiu (306 komisji w mieście, 689 w regionie) i Koszalinie, gdzie Okręgowa Komisja Wyborcza nadzoruje 430 obwodowych.

– Tylko dwie, trzy gminy zgłosiły zmiany w komisjach, powołano nowych członków – informuje Elżbieta Radomska, dyrektor tamtejszej delegatury KBW.

Czy 50 rezygnacji w Szczecinie oznacza problemy? Dyrektor Bartczak zapewnia, że nie. Wszystkie komisje będą pracować. W sumie powołano do nich 1585 osób. Jakie warunki muszą spełniać? Wystarczy zamieszkiwać w danej gminie (stały rejestr wyborców) i przejść krótkie szkolenie, z technicznych aspektów głosowania wynikających z Kodeksu wyborczego (co sprawdzać, gdzie stawiać pieczątki, co w protokole wpisać).

W niedzielę lokale wyborcze będą otwarte od godz. 7 do 21.

gazeta.pl

Najbardziej niezwykła bitwa II wojny światowej. Niemcy walczyli z SS ramię w ramię z Amerykanami

wah, 08.05.2015
Zamek Itter, 10.07.1979

Zamek Itter, 10.07.1979 (fot. wikipedia.org/Steve J. Morgan)

70 lat temu doszło do jednej z najbardziej niezwykłych potyczek II wojny światowej. W Itter, w austriackich Alpach, Niemcy walczyli wspólnie z Amerykanami o wyzwolenie francuskich więźniów ze średniowiecznego zamku.
Najbardziej niezwykłe w bitwie o zamek Itter jest to, że Amerykanie nie zrobili z tej historii wysokobudżetowego hollywoodzkiego hitu. Jej scenerią jest tyrolski zamek, zbudowany w średniowieczu, ale służący od 1943 roku jako więzienie dla francuskich wysokich rangą francuskich więźniów politycznych. W zamku więzieni są m.in. dwaj byli premierzy Francji Edouard Daladier i Paul Reynaud, byli szefowie sztabu generałowie Maxime Weygand i Paul Gamelin, a także starsza siostra generała Charlesa de Gaulle’a Marie-Agnes Cailliau.Chronią ich nie tylko grube średniowieczne mury, ale także dwa rzędy drutu kolczastego oraz reflektory „tak jasne, że nawet w nocy zamek był oświetlony jakby to był dzień”, jak wspominał mieszkający w mieście u stóp zamku Hans Fuchs.Trafiają na oddział Niemców… tyle że nie są to naziści

Sytuacja staje się napięta na początku maja 1945, gdy wartownicy zamku dezerterują i uciekają z zamku. Dla francuskich VIP-ów nie oznacza to jednak wyzwolenia, a wręcz przeciwnie. W lasach i miasteczkach wokół zamku wciąż przebywają setki żołnierzy Waffen SS i Gestapo. Jeśli francuscy politycy wpadliby w ich ręce, mogliby nie doczekać wyzwolenia przez Amerykanów.

Dlatego nocą 4 maja, pięć dni po samobójstwie Hitlera, Francuzi wysyłają dwóch spośród swoich współwięźniów na rowerach zostawionych przez wartowników. Cel? Znalezienie pomocy. Zamiast na Amerykanów trafiają jednak na oddział Niemców… Tyle że nie są to wojska nazistowskie! Jest to grupa żołnierzy dowodzona przez majora Josefa Gangla, odznaczonego oficera Wehrmachtu. Gangl już wcześniej zbuntował się przeciwko nazistom i obecnie walczy wspólnie z austriacką opozycją. Gangl zgadza się chronić francuskich więźniów, ale wie, że w dwa tuziny osób nie mają szans przeciwko nazistowskim wojskom.

Gangl robi więc z prześcieradła dużą białą flagę i zbliża się z nią do najbliższych pozycji Amerykanów. Tam spotyka kapitana Jacka Lee, dowodzącego 23. Batalionem Czołgów 12. Dywizji Zmechanizowanej US Armu. Lee zgadza się oddelegować trzy czołgi Sherman i niewielki oddział amerykańskich żołnierzy do obrony zamku. Sam staje na czele stworzonej przez Francuzów, Niemców i Amerykanów misji.

Atak SS i jeden zabity

Rankiem 5 maja czołgi Sherman stoją już u bram zamku, a żołnierze są na swoich pozycjach. Wtedy dochodzi do ataku 17. Dywizji Pancernej Waffen SS, która została wysłana, by zdobyć twierdzę i stracić więźniów. Wymiana ognia maszynowego trwa pięć godzin.

– Widać było tylko dym i pył – mówił Fuchs, który oglądał starcie ze swojego domu. W jego wyniku jeden czołg Sherman został zupełnie zniszczony. Amerykanie i niemieccy żołnierze Gangla obronili jednak zamek, a Amerykanie wzięli 100 żołnierzy Waffen SS jako jeńców. Wkrótce przyjechały po nich ciężarówki.

Jedyną ofiarą śmiertelną był Josef Gangl. Zginął od kuli snajpera. Został pochowany dzień później, a w mieście u stóp zamku znajduje się dzisiaj ulica jego imienia.

„Gdyby Niemcy zdobyli zamek i zabili francuskich więźniów, historia powojennej Francji mogłaby wyglądać inaczej” – pisze w książce „Ostatnia bitwa” amerykański historyk Stephen Harding. „Ci ludzie sformułowali politykę swojego państwa i wprowadzili Francję w XXI wiek. Gdyby zginęli, kto wie, co by się stało?”.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Rosja zbroi się ponad stan

Wacław Radziwinowicz (Moskwa), 08.05.2015
Jutro na wielkiej defiladzie w 70. rocznicę kapitulacji Niemiec hitlerowskich Rosja zaprezentuje światu potęgę militarną, na którą pozwolić sobie nie może.
Przygotowaniom do parady towarzyszy bardzo głośna kampania propagandowa. Rosjanie dowiadują się, jak zwykle przed defiladami w kolejne rocznice zwycięstwa, że 9 maja po raz pierwszy zostaną zaprezentowane nowoczesne typy broni, które „nie mają odpowiedników na całym świecie”.Tym razem wisienką na paradnym torcie mają być dwie maszyny pancerne na nowej platformie Armata – czołg T-14 „Armata” i ciężki wóz bojowy piechoty.Ten pierwszy według wojskowych i kremlowskich propagandystów jest rewelacją, czołgiem niemającym sobie równych na świecie. Maszynę dla lepszego teatralnego efektu otaczano tajemnicą. Na trwające trzy miesiące próby defilady na podmoskiewskim poligonie Ałabino jej wieżyczkę osłaniano pokrowcami z brezentu. Kiedy „Armata” w poniedziałek po raz pierwszy wyjechała na próbę defilady już w Moskwie, roznegliżowana, „Komsomolskaja Prawda” pisała o tłumach szpiegów ze wszystkich stron świata namiętnie fotografujących dzieło zakładów Uralwagonzawod im. Feliksa Dzierżyńskiego w Niżnym Tagile.Przewagę T-14 nad innymi czołgami ma dawać mocne gładkolufowe działo, kamery telewizyjne pozwalające czołgistom widzieć wszystko, co się dzieje wokół maszyny, a przede wszystkim to, że załoga nie siedzi w wieży, lecz w chroniącej przed pociskami bezpiecznej kapsule. Absolutną nowością ma być też system aktywnej obrony czołgu, czyli wyrzutnie pocisków niszczących nadlatujące rakiety wroga.

Szumnie zapowiadana rewelacja skompromitowała się jednak na wczorajszej już ostatniej generalnej próbie defilady. Jeden z 24 czołgów T-14 raptem rozkraczył się na placu Czerwonym przed samą trybuną. Stojącą maszynę musiały omijać inne czołgi, wozy pancerne, działa samobieżne. Potem ciężki gąsienicowy wóz techniczny próbował zholować T-14 z placu, ale tylko buksował. Czołg uruchomił w końcu doświadczony kierowca fabryczny z Uralwagonzawodu i „Armata” zjechała z placu, pełznąc powolutku. Widać zawiodła transmisja napędu. Takie kłopoty z T-14 pojawiały się już wcześniej w czasie prób w Ałabino, gdzie też wysiadła transmisja w dwóch czołgach tego typu.

Po wpadce „Armaty” na próbie generalnej obserwatorzy tacy jak ekspert wojskowy Aleksandr Golc orzekli, że „najlepszy czołg na świecie” to atrapa „częściowo wykonana z tektury”.

Rusłan Puchow, dyrektor Moskiewskiego Centrum Analizy Strategii i Technologii, w rozmowie z „Wyborczą” zapewnił, że czołg rzeczywiście istnieje. – Jego konstruktorzy wzięli to, co najlepsze, z różnych maszyn na świecie. Coś podpatrzyli, coś wyszpiegowali i połączyli to w całość. Brali choćby z Merkawy 4, najnowszego czołgu armii Izraela. Ale T-14 to jeszcze nie jest maszyna gotowa do tego, by rozpocząć jej seryjną produkcję, raczej prototyp, który trzeba będzie jeszcze długo i za duże pieniądze dopracowywać. A tych pieniędzy Rosji zaczyna brakować – ocenia ekspert.

Centrum kierowane przez Puchowa opracowało i właśnie opublikowało przyjętą z wielkim zainteresowaniem na świecie analizę problemów w realizacji państwowego programu przezbrojenia armii Federacji Rosyjskiej. Dokument dowodzi, że Rosji nawet w czasie naftowej prosperity nie stać było na realizację ambitnych planów wzmocnienia armii, a w gnębiącym kraj kryzysie stały się one zupełnie nierealne.

Rosja buduje harmonogram wyposażania swych sił zbrojnych tak jak Związek Radziecki – konstruując plany 10-letnie. Pierwszy putinowski na lata 2001-10 był skromny. Zakładał, że armia dostanie broń za 2,5 biliona rubli (wtedy 88,65 mld dol.). Szybko okazał się on fikcją.

Na Kremlu w pośpiechu zmontowano więc kolejny – tym razem na lata 2006-15. To już miało być 5 bilionów w rublach, czyli 173 mld w dolarach. I znowu klapa.

Wojna 2008 r. z Gruzją, choć zwycięska, pokazała, że armia Rosji jest wyposażona fatalnie. Putin poszedł więc na całość i podpisał kolejny plan na lata 2011-20. Tym razem siłom zbrojnym obiecano 20 bilionów rubli (cztery lata temu było to 674, dziś po spadku wartości pieniądza rosyjskiego – 397 mld dol.).

Wojskom naziemnym obiecano m.in. wyposażenie 10 brygad rakiet Iskander, dziewięciu brygad rakiet przeciwlotniczych S-300 oraz 2,3 tys. czołgów, w tym przed wszystkim nowoczesnych T-14. Siły powietrzne miały dostać 1,1 tys. helikopterów i 600 samolotów, w tym „myśliwców piątej generacji” T-50.

Realizacja tych ambitnych planów, którymi Moskwa wystraszyła świat, buksuje. Przestarzały przemysł obronny nie radzi sobie z zadaniami, a ceny różnych rodzajów broni, wyznaczane przez państwowych planistów, okazują się drastycznie zaniżone. Nawet wtedy, kiedy ropa na światowych rynkach była droga, a petrodolary do budżetu Rosji płynęły rzeką, ministerstwo obrony raz za razem ogłaszało, że przesuwa dostawy obiecanych broni dla armii na kolejny rok, dwa, trzy…

Teraz, kiedy kraj gnębi kryzys, władze tną wszystkie wydatki budżetowe o 10 proc. Jedynie budżet obronny nie jest redukowany. Ale inflacja już zżarła trzecią część ogromnych sum przewidzianych na projekt przezbrojenia armii.

Tylko po to, by nadgonić bardzo spóźnioną realizację planu na lata 2011–20, Moskwa, jak w swym raporcie wyliczyli eksperci Centrum Analizy Strategii i Technologii, musiałaby teraz co roku wydawać na obronę 6 trylionów dolarów, czyli 8,5 proc. swego PKB, a więc dwa razy więcej, niż przeznacza na nią z wielkim wysiłkiem dziś.

Myśliwiec T-50 miał trafić do armii już w tym roku. Dziś jednak istnieją tylko cztery prototypy tej maszyny, w tym jedna jest częściowo spalona. T-14 „Armata” zgodnie z planami na obecną 10-latkę miał być produkowany seryjnie już w 2015 r. Teraz wojskowi domagają się jednak, by prototyp czołgu był testowany jeszcze przez co najmniej dwa lata. I dopiero wtedy, kiedy konstruktorzy doprowadzą go do ładu, będzie można zacząć rozmawiać o cenie maszyny.

– PKB kraju musiałby się szybko podwoić, by Rosję było stać na zrealizowanie obietnic władzy zapowiadającej, że w 2020 r. 70 proc. tego, czym dysponuje armia, będzie bronią nowoczesną. A to w warunkach kryzysu i recesji jest absolutnie nierealne. Na takie wydatki więc nas nie stać, budżet obronny trzeba ciąć i zmieniać strukturę wydatków – ocenia Puchow.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Flaczki wyborcze

Monika Olejnik, „Kropka nad i” TVN 24, „Gość Radia Zet”, 08.05.2015
Janusz Korwin-Mikke | Paweł Kukiz

Janusz Korwin-Mikke | Paweł Kukiz (AG)

No i zakończył się związek partnerski między Pawłem Kukizem a Januszem Korwin-Mikkem. A miało być tak pięknie. Panowie antysystemowi mieli rozwalić system. Choć każdy na swój sposób z niego korzysta.
Korwin-Mikke czerpie przywileje z KRUS. A antysystemowyKukiz posila się systemem rockand-rollowym i już systemowy prezes Kaczyński wyciąga do niego ręce. Kukiz, Korwin i narodowiec Kowalski razem chcieli stworzyć Ku–Klux-Klan, ale chyba do tego nie dojdzie.Kukiz już raz rzucił Korwin-Mikkego, kiedy ten powiedział, że należy strzelać do górników. Napisał na Fejsie: „Wiele przetrzymam, ale przykro mi, nie jest mi po drodze z Ku-Klux–Klanem ani z tymi, którzy chcą strzelać do górników, a związkowców kłaść na Powązki, bo w tym nie ma ani Boga, ani honoru, ani ojczyzny”. Kukiz cierpiał z powodu rozłąki, no ale doszedł do wniosku, że we trzech raźniej.Spotkał się z Korwin-Mikkem w restauracji Lotos na flaczkach i panowie ustalili, jak będą sobie oddawać głosy. Zapomniał jednak, że Korwin–Mikkemu nie można ufać, że to człowiek raptowny, impulsywny, a na dodatek brydżysta i mistrz składania kostki Rubika.Korwin-Mikke rozłożył Kukiza na łopatki podczas debaty telewizyjnej, kiedy zaczął kpić z jego JOW-ów. Nie było to spontaniczne, Korwin-Mikke zaczerpnął przykład z polityków PiS, którzy swego czasu poruszali się po studiach z tablicami.

To zabolało Pawła Kukiza. Napisał na Fejsie: „Przecierpiałem pańskie opinie na temat niepełnosprawnych, przymknąłem oczy na pański stosunek do kobiet, starałem się załagodzić pańskie instynkty strzeleckie na Śląsku, ale przesadził pan, pan jest nieobliczalny. Zachował się pan prawie jak Ruscy 17 września 1939 r.”.

To niesamowite, że można się układać z człowiekiem, który mówi, że gdyby miał dziecko z downem, toby je odseparował od reszty dzieci, żeby rozwijały się normalnie.

Ale powodzenie Pawła Kukiza nie opuszcza. Prezes Kaczyński marzy o tym, by przytulić byłego wokalistę Aya RL i byłego lidera Piersi. Jest w stanie wybaczyć mu wszystko, nawet to, że ten chce wyrzucić religię ze szkół, zalegalizować prostytucję i – co najważniejsze – atakuje świętość PiS, czyli Antoniego Macierewicza.

Skończyła się telenowela Kukiz i Korwin. W gazetach tytuły: „Koniec, zerwali ze sobą”, „Jeden drugiego rzucił”, „Koniec związku” – można odnieść wrażenie, że to o księciu Harrym, bo w końcu Korwin-Mikke chciałby monarchii w Polsce.

Jak to jedna debata telewizyjna zakończyła piękny romans. Wszystko jednak przed nami.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Wybory prezydenckie 2015. Plaga słabych kandydatów. Kto chce zagrać w rosyjską ruletkę?

Dominika Wielowieyska, 08.05.2015
Janusz Palikot, Andrzej Duda, Bronisław Komorowski

Janusz Palikot, Andrzej Duda, Bronisław Komorowski (fot. MAŁGORZATA KUJAWKA, MAREK PODMOKŁY, PRZEMEK WIERZCHOWSKI)

W ostatnim dniu kampanii wyborczej przedstawiamy czytelnikom kandydatów na prezydenta, siedmiu szerzej, czterech niszowych – skrótowo.
Nieszczęściem tych wyborów jest jakość większości kandydatów. I nie chodzi wcale o to, że do tego wyścigu stają ludzie, którzy nie mają żadnego zaplecza ani szans na przyzwoity wynik. Nie chodzi nawet o to, że wielu startuje tylko po to, aby stać się rozpoznawalnymi i budować jakieś zaplecze przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi. Wielu polityków tak robi, chce, by ich poglądy i przekonania mogły zaistnieć w debacie publicznej. I jest to naturalne w demokracji.Problem w tym, że zdecydowana większość kandydatów kompletnie nie nadaje się do pełnienia tej funkcji. Nie ma doświadczenia politycznego ani państwowego. Głosi poglądy skrajne albo wręcz oszalałe. Nie będzie w stanie reprezentować Polski w świecie. I w poprzednich wyborach zdarzały się takie indywidua, ale tym razem jest to plaga.
WSZYSTKO O KANDYDATACH NA PREZYDENTAGrzegorz Braun ma obsesje antysemickie i bredzi coś o wysyłaniu Polaków na strzelnicę. Kandydat narodowców Marian Kowalski głosi, że na Ukrainie rządzi banderowski reżim. Zestaw poglądów Korwin-Mikkego znamy od lat: profilaktyczne bicie żony, pozbawienie kobiet praw wyborczych, a teraz trzeba dorzucić wiernopoddańcze deklaracje pod adresem Władimira Putina.

Paweł Tanajno chce rządzić krajem z pomocą referendów i – co więcej – znieść zasadę, że wynik jest ważny, jeśli weźmie w nim udział co najmniej 50 proc. uprawnionych obywateli. Skończyłoby się to kompletnym chaosem i rozkładem państwa, bo to prosta droga do przyjmowania sprzecznych ze sobą rozwiązań.

Paweł Kukiz chce obalać system partyjny i jest w tym zbliżony do gorącego orędownika referendów. Jedynym punktem jego programu są jednomandatowe okręgi wyborcze. JOW-y mamy już w wyborach do Senatu i utrwaliły one dominację dwóch największych partii PO i PiS w wyższej Izbie Parlamentu, ale Kukiz udaje, że tego nie wie.

Jacek Wilk to może najmniej zwariowany polityk z całego towarzystwa niszowych kandydatów, ale jest jedynie niezbyt wyrazistą kopią Korwin-Mikkego, z którym wcześniej był w jednej partii.

Adam Jarubas udawał, że nie wiedział, że w pogromie kieleckim zginęli Żydzi, choć właśnie w Kielcach urzęduje jako marszałek województwa świętokrzyskiego. Biedak nie ma też pojęcia, co robi i jak funkcjonuje rząd, np. Ministerstwo Gospodarki, za które odpowiada lider jego partii wicepremier Janusz Piechociński. Magdalena Ogórek nie ma, niestety, zdania w wielu sprawach, powtarza jedynie wyuczone formułki.

Wielu z tej gromady boi się konfrontacji z dziennikarzami. Jak można więc zakładać, że potrafią się skonfrontować z trudnymi decyzjami politycznymi, które przyszłoby im podejmować w Pałacu Prezydenckim?

Na placu boju pozostaje Janusz Palikot, Andrzej Duda i prezydent Bronisław Komorowski. Palikot ma akurat doświadczenie polityczne i potrafi przekonująco przedstawiać swoje poglądy. Ale jego główne dokonania to rozwalenie swojego własnego ugrupowania, wątpliwa gospodarka partyjnymi finansami i częste wolty polityczne, w trakcie których zgubił zdecydowaną większość swoich zwolenników.

Duda jest najpoważniejszym kontrkandydatem urzędującego prezydenta. Nie jest to polityk radykalny, nigdy nie był w pierwszym szeregu zwolenników teorii zamachu smoleńskiego, zdarzało mu się wypowiadać poglądy racjonalne, ma za sobą pracę urzędniczą w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Często zarzuca mu się, że jest politykiem drugiego szeregu, a w wyborach prezydenckich powinien stanąć do walki sam Jarosław Kaczyński jako lider PiS. I wtedy wybory te miałyby swoją wagę. Ale chyba nie na tym polega główny problem, bo gdy pięć lat temu w wyborach startował Bronisław Komorowski, to też nie był liderem Platformy Obywatelskiej.

Problemem Dudy jest to, że jest politykiem słabym, który nie potrafił się postawić swoim przełożonym, gdy zmuszali go do decyzji sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem czy przyzwoitością. Chodzi przede wszystkim o podpisanie się pod projektem ustawy o in vitro, która zamierza karać lekarzy więzieniem za zastosowanie tej metody. Chodzi o to, że podpisał wniosek o ułaskawienie w trybie nadzwyczajnym wspólnika zięcia prezydenta Kaczyńskiego, choć skazany wyłudził pieniądze z PFRON. Chodzi wreszcie o przygotowanie szkodliwego wniosku do Trybunału Konstytucyjnego w sprawie SKOK-ów. Był to efekt lobbingu wpływowego biznesmena Grzegorza Biereckiego, który z pomocą PiS skutecznie dbał o swoje interesy finansowe.

Te wydarzenia są istotne przy ocenie predyspozycji Andrzeja Dudy do pełnienia najwyższej funkcji w państwie.

I jest Bronisław Komorowski, który ma za sobą pięć lat pełnienia tego urzędu. Jest politykiem centrowym z lekkim przechyłem konserwatywnym, choć ostatnimi czasy pilnie zabiegał o głosy lewicowego elektoratu. Dokładnie wiadomo, czego się po nim spodziewać i jaki jest styl jego prezydentury. Zdarzały mu się gafy, nie wygłasza porywających przemówień, ale też nie można mu odmówić doświadczenia i wiedzy.

Wyborcy muszą ocenić, czy ta nudna przewidywalność im się podoba, czy raczej preferują rosyjską ruletkę. Muszą też wiedzieć, że oddanie głosu nieważnego czy odmowa udziału w głosowaniu to wybór tej drugiej, jakże emocjonującej opcji.

Latarnik Wyborczy podpowie

W opracowaniu sylwetek kandydatów skorzystaliśmy z ich odpowiedzi na pytania Latarnika Wyborczego. To internetowa aplikacja pozwalająca wyborcom na porównanie swoich poglądów z poglądami kandydatów. Stworzyło ją Centrum Edukacji Obywatelskiej z Grupą Etendard.

Każdy może sprawdzić, do kogo mu najbliżej – wejdź na Latarnik.wyborcza.pl

 

 

 

 

Zobacz także

wyborcza.pl

 

NiebędzieżadnejdrugiejTury

Nie będzie żadnej drugiej tury

Gdy już ogłoszone zostaną wyniki w niedzielę wieczorem i okaże się, że nie będzie żadnej drugiej tury – usłyszymy od razu od przegranych i ich mediów, że cudy nad urną, że oszustwa, że stronnicze media, że dziennikarze znów niedobrze traktowali kandydata PiS. Nie szkodzi, to taki folklor.

Na czym opieram swoje przewidywanie, że Bronislaw Komorowski wygra już w pierwszej turze? Na bardzo prostym rachunku: liczbę ludzi głęboko sfrustrowanych, naiwnych ktorzy chętnie przyjmą każdą bzdurę i każdą obietnicę bez pokrycia, rozczarowanych demokracją lub nigdy jej nie lubiących, wreszcie – po prostu i zwyczajnie niemądrych, oceniam na nie więcej niż jakieś 25 procent. (Czynię tak, bo lubię mój naród, w innych krajach jest ich więcej). To za mało, by zablokować zwycięstwo Komorowskiego już w pierwszej turze.

Gdyby Kaczyński i Miller nie stchórzyli – sytuacja bylaby inna, bo mielibyśmy do czynienia z autentycznym starciem silnych osobowości, reprezentujących wiarygodnie trzy rożne wizje polityki. W sytuacji, w której mamy do czynienia z rywalizacją między prawdziwym politykiem, o dużym stażu i życiorysowo potwierdzoną dzielnością a trzecioligowym działaczem, wyciagniętym przez Jarosława trochę dla żartu a troche, by nie wzmacniać drugiej ligi partyjnej, zaś w tle – grono groźnych dziwolągów lub osób równie bezbarwnych jak Andrzej Duda, o żadnej poważnej rywalizacji politycznej mowy byc nie może. Jedyne, co może Komorowskiemu zaszkodzić, to upowszechnienie się gestu zgrywy, ale mam nadzieję, że w sumie niewielki procent wyborców zachowa sie tak mizernie. Myślę, że wyborcy raczej udzielą reprymendy liderom PiS, SLD I PSL, którzy tak podle zadrwili sobie z polskiej demokracji, wysyłając pacynki (w tym kandydatkę Diora) do boju wyborczego o urząd, reprezentujący majestat państwa.

“Udał nam się Duda” – mlasnął z ukontentowaniem Jaroslaw Kaczyński w niedawnym wywiadzie prasowym. Ten protekcjonalny ton, pasujący lepiej do przechwałki właściciela nowego pieska, który “udał się” swojemu panu, nieźle wskazuje na podmiotowość kandydata Andrzeja Dudy nawet we własnej partii.

A co, jeśli się okaże, że pierwszy w życiu pomyliłem się i że druga tura jednak będzie? Ujrzymy konfrontację między politykiem, mającym to, co się nazywa “gravitas”, czyli pewną wagę osobowości, a kandydatem, którego jedyne społecznie rozpoznawalne zetknięcie z wielką polityką polegalo na nie wyjaśnionym przez niego do dzisiaj uwikłaniu w największy przekręt w demokratycznej Rzeczypospolitej. Przygotowany przez prezydenckiego ministra Andrzeja Dudę wniosek do TK, napisany na podstawie bryku dostarczonego mu przez szefów SKOK-ów, odraczający kontrolę finansową nad patologiczną instytucją, pozwolił na wprowadzenie milionów do prywatnych kieszeni kilku pazernych misiów z Gdańska. Jedynym pozytywnym skutkiem drugiej tury będzie więc to, że Andrzej Duda, lekceważący dotychczas wezwania sejmowej podkomisji do złożenia wyjaśnień, będzie o to dopytywany.

Przypomnę jeden ciekawy szczegół, na wypadek gdyby pamięć zawiodla. Oto smaczny cytacik z orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 2012 roku:

„Pierwotny wniosek Prezydenta (30 listopada 2009 r.) ujmował zarzuty dotyczące ustawy o skok z 2009 r. w trzech częściach. Dwie pierwsze części dotyczyły całości ustawy i przedstawiały zarzuty o charakterze proceduralnym oraz zarzuty dotyczące wprowadzenia przez ustawodawcę określonych mechanizmów. W trzeciej części wnioskodawca alternatywnie wobec żądania stwierdzenia niezgodności całej ustawy wymienił poszczególne artykuły, zgrupowane w 9 punktach zaskarżenia, które w jego opinii naruszają szereg przepisów konstytucyjnych”.

Wyjaśnienie dla nie-prawników. Przygotowany przez Andrzeja Dudę wniosek, o którym mówi ten cytat, a złożony w Trybunale formalnie przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego , domagał się był unieważnienia całejustawy o SKOK-ach – czyli kontynuowania prawa do wolnej amerykanki, a dopiero na wypadek nieuwzględnienia tego ekstrawaganckiego żądania, idącego najbardziej na rękę władcy SKOK-ów, wymienił w 9 punktach przepisy do rozpatrzenia. Czas, jaki Trybunał musiał temu poświęcić, był na wagę złota. No, powiedzmy, kilkudziesięciu milionów.

Ciekawe, co dziś kandydat odpowie na pytanie o ocenę tamtego ruchu. Bo chyba nie: “Moje stanowisko jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu”, ta odpowiedź tu nie pasuje, to będzie do pytania o in vitro.

naTemat.pl

 

Wybory prezydenckie 2015. Prof. Markowski: Druga tura będzie żółtą kartką dla Komorowskiego

Rozmawiała Agnieszka Kublik, 08.05.2015
– Najważniejsze jest, czy już w I turze te tysiące zadowolonych z siebie i swoich osiągnięć przedstawicieli klasy średniej zechcą się zmobilizować i mimo zastrzeżeń wesprą Komorowskiego – mówi prof. Radosław Markowski, politolog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej.
AGNIESZKA KUBLIK: O czym jest ta kampania prezydencka?PROF. RADOSŁAW MARKOWSKI: No właśnie. Na pewno było to kreowanie nowej celebrytki. Zapewne antysemicka nisza usłyszała to, co chciała, z ust dzielnego „zerowego” (sondażowo, rzecz jasna) kandydata, że w rozwoju naszej ojczyzny przeszkadzają nam Żydzi. Naiwni usłyszeli ponownie, że instytucjonalne zbawienie Polski to jednomandatowe okręgi wyborcze, od których odchodzi cały świat. W końcu wynik Korwina potwierdzi nam to, co wiemy: że jest ok. 500 tys. Polaków, którzy kobietę widzą ciągle w roli okołokuchennej.Niestety, nie usłyszeliśmy niczego ważnego na temat strategicznych celów Polski na XXI wiek.Bardzo pan rozczarowany. Czym najbardziej?– Kandydaci, partie, media… Ale największe zaskoczenie to łatwość, z jaką półprawdy, konfabulacje, niepotwierdzone fakty i dane, a nawet wręcz kompletne bzdury, przedostają się do opinii publicznej. W wielu przypadkach to wina słabo przygotowanych dziennikarzy. Wypowiedzi jawnie naruszające konstytucję powinny zostać napiętnowane, a jeśli kandydat kontynuuje swój np. chory ksenofobiczny wywód na antenie, dziennikarz powinien potrafić mu przerwać i wyprosić go ze studia.Wiele osób mówi, że to płytka kampania. Agnieszka Holland: „Brakuje treści, charyzmy i przede wszystkim myśli o przyszłości Polski i Polaków. Trzeciorzędny teatr zamiast prawdziwych wyborów”.

– Na kampanię i to, co robią kandydaci, można spojrzeć inaczej. To, co mówią, świadczy o tym, jaki mają obraz nas jako społeczeństwa. Czy nas szanują, czy też uważają, że jesteśmy mało obeznanymi ze światem przygłupami. Słuchając większości kandydatów, mam wrażenie, że polska klasa polityczna ma nas za dość głupkowatych typów, którym można opowiadać niestworzone rzeczy i zyskiwać poparcie. A ponieważ większość rodaków jednak wie, kim ma być prezydent i czego realistycznie można od niego oczekiwać, to nie dziwota, że kolejne rzesze obywateli zniechęcają się do demokratycznego procesu politycznego. I do polityków w szczególności.

Jarosław Kaczyński liczy na powtórkę z wyborów w 2005 r. – w I turze Lech Kaczyński przegrał z Donaldem Tuskiem, w II – wygrał. Między turami Kaczyński przekonał ponad 3 mln wyborów, a Tusk – dwa razy mniej.

– Wtedy obaj kandydaci mieli zbliżone notowania. Dzisiaj jest inaczej. Poparcie dwóch głównych kandydatów różni się o 20-25 punktów procentowych. Badania CBOS na temat pewności głosowania, alternatywnych kandydatur oraz głosowania w II turze wskazują na bardzo wielkie podobieństwo do 2010 r., kiedy Jarosław Kaczyński przegrał z Komorowskim w II turze – 52,3 do 46,4 proc. Ale podobieństwo nie jest na tyle bliskie, by wykluczać zwycięstwo Komorowskiego w I turze.

To możliwe? Ma ok. 40 proc.

– Nie jestem pewien, czy będzie II tura. 10 maja Polacy muszą sobie odpowiedzieć na fundamentalne pytanie – skoro wszystko wskazuje na to, że niezależnie od tury zwycięzcą wyborów prezydenckich będzie Komorowski (uważa tak wg CBOS 66 proc., a nawet większość elektoratu PiS i Dudy), i skoro nie są to wybory parlamentarne, gdzie wiele podmiotów politycznych może się uważać za zwycięskie, bo przekracza próg i zapewnia sobie obecność w parlamencie – to po co ciągnąć tę niezbyt udaną kampanię o dwa tygodnie dłużej?

Chodzi zwłaszcza o elektoraty tych partii i kandydatów, którzy ewidentnie nic nie zwojują, a ich partie i tak szykują się do wyborów parlamentarnych, jak PSL czy SLD.

Komorowski ma dość zdeterminowany własny elektorat, ale w jego przypadku najważniejsze będzie, czy już w I turze te tysiące zadowolonych z siebie i swoich osiągnięć przedstawicieli nowej klasy średniej zechcą się zmobilizować i mimo wielu zastrzeżeń, które do niego mają, jednak go wesprzeć. Czy też z powodów weekendowych albo strategicznych wykorzystają I turę, by pokazać urzędującemu prezydentowi żółtą kartkę i zasygnalizować mu, że mógłby lepiej się starać, i dopiero w II turze na niego zagłosują. Jeśli zaś chodzi o wsparcie spoza własnego obozu, to Komorowski znajdzie go głównie wśród niezdecydowanych, elektoratu SLD, a – jak wskazują ostatnie badania – całkiem też pokaźnej część elektoratu Kukiza.

Jego wyborcy nie zagłosują na Dudę?

– Drugie preferencje jego elektoratu wskazują lekką przewagę w preferencji Dudy niż Komorowskiego, ale to różnica niewielka i pewnie nieistotna, zważywszy na liczby w badaniach, na których operujemy.

Kukiz mobilizuje najmłodszych i zgarnia ten osierocony elektorat po – głównie – Samoobronie, ale też po Palikocie. Badania wskazują, że nie jest to elektorat nadzwyczajnie zdeterminowany, by rzeczywiście zagłosować, co jest cechą ludzi młodych. Ale zarówno jego ostateczny wynik, jak i zdolność do utrzymania go do wyborów parlamentarnych to wielkie wyzwania dla takich kandydatów, którzy nie mają zaplecza organizacyjnego, a swe sukcesy zawdzięczają trafnemu odczytywaniu frustracji zdecydowanej mniejszości nieuczestniczącej do tej pory w życiu publicznym.

Dlaczego Kukiz podoba się wyborcom bardziej niż np. J.K.M. czy Magdalena Ogórek?

– Poczekajmy do niedzieli na wyniki. Wszyscy teraz koncentrują się na jednym telefonicznym sondażu TNS, w którym Kukiz uzyskał 11 proc. Przecież poprzednie pokazywały, iż poparcie jest takie samo lub niższe niż J.K.M. czy Ogórek. Ale załóżmy, że osiągnie wynik dwucyfrowy, co będzie oznaczało, że w Polsce jest ok. 1,5 mln osób, które poważnie sądzą, iż Kukiz nadaje się na światowe salony polityczne, że będzie rozmawiał o zawiłościach gospodarczych i cywilizacyjnych tego świata z Angelą Merkel, Hollande’em czy Obamą jak równy z równym. A na dodatek – jak przyjdzie co do czego – to przekona Putina, że postępuje niegodnie. Obsadzi kilkadziesiąt poważnych stanowisk w urzędzie prezydenckim. Ostatnio z Korwinem ma coś na pieńku, więc nawet na jego polityczne talenty nie będzie mógł liczyć, a byli koledzy z zespołu Aya RL chyba mają inne plany życiowe. Rzadko, ale tym razem muszę przyznać, że wyobraźnia polityczna mnie zawodzi, gdy myślę o personalnej kompozycji tej jednej z najważniejszych instytucji politycznych kraju, gdyby miał ją układać pan Kukiz.

Nowy parlament może być najbardziej konserwatywny po 1989 r. – bo bez lewicy.

– Poczekajmy, do wyborów parlamentarnych prawie pół roku, wiele może się wydarzyć, zwłaszcza na lewicy, a personalnie w szczególności.

Kaczyński liczy na to, że nie tylko wygra jesienne wybory, ale też że dostanie tyle, by samodzielnie rządzić. Jeśli nie, to nie wyklucza dogadania się z Kukizem i J.K.M., jeśli przeskoczą 5-procentowy próg wyborczy.

– Widocznie ma dostęp do jakiejś tajemnej wiedzy, z której mnie nie jest dane czerpać mądrość. Jeśli źródło i „eksperci” ci sami, co w ostatnich ośmiu wyborach, to raczej mu się nie sprawdzi. Jeśli rzeczywiście miałby się spełnić scenariusz z dwoma nowymi partiami chętnymi do nawiązania współpracy z PiS, to nie można wykluczyć, iż uzbiera się z tego parlamentarna większość.

Ale zanim to nastąpi, Polacy będą wiedzieli już, kto jest prezydentem Polski na kolejnych pięć lat, i będą się musieli poważnie zastanowić, czy chcą je przeżyć w kraju rządzonym przez podzieloną egzekutywę. Koalicja Kaczyński-Kukiz-Korwin do złudzenia będzie przypominała tę z lat 2005-07. A Polacy wspominają ją – bądźmy litościwi – różnie.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: