09.05.2015 (4)

 

„Czy czeka nas bunt studentów? O proteście na polskich uniwersytetach”

Kacper Van WALLENDAEL

09.05.2015

Student III roku prawa w ramach studiów międzywydziałowych w Kolegium MISH Uniwersytetu Warszawskiego. W latach 2010-2012 wiceprzewodniczący Młodzieżowej Rady Miejskiej w Łodzi. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”.

WSZYSTKIE TEKSTY AUTORA

 „Uniwersytet to nie firma, a księgowość nie jest królową nauk” — mówił podczas inauguracji roku akademickiego 2013/14 rektor Uniwersytetu Warszawskiego prof. Marcin Pałys. Z tymi samymi słowami na ustach niemal dokładnie półtora roku później studenci ogłosili protest przeciwko działaniom władz rektorskich.

Zrzut ekranu 2015-05-09 (godz. 12.41.07)Włodarze uczelni zaproponowali nowelizację regulaminu studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Przedstawiony Parlamentowi Studentów projekt obejmował szereg zmian, które spotkały się z wyraźnym sprzeciwem posłanek i posłów, a także zaproszonych gości. Tych ostatnich, rzecz jasna, była garstka — ot, kilka osób przychodzących na otwarte posiedzenia gremiów, w których nie zasiadają, żeby zabrać głos. Biorąc pod uwagę, że średnia frekwencja w wyborach do organów samorządu studenckiego na UW wynosi 6,73% (sic!), taką postawę można nazwać wręcz ekstremalnym aktywizmem, który nie zwiastuje buntu w środowisku studenckim.

Kiedy 3 marca 2015 r. prorektor ds. studentów i jakości kształcenia prof. dr hab. Marta Kicińska-Habior przybyła na posiedzenie Parlamentu Studentów, by zebrać uwagi parlamentarzystów i odpowiedzieć na ich pytania, gości było niewielu więcej niż poprzednim razem. Dało się jednak zauważyć zmiany: zazwyczaj otwarta dla wszystkich sala obrad została podzielona taśmami na sektory — dla posłanek i posłów, dla gości oraz dla szeroko rozumianej władzy wykonawczej. Ten ostatni sektor zgodnie zajęli przedstawiciele Zarządu Samorządu Studentów, Samorządu Doktorantów — i sama rektor Kicińska-Habior. Nie sposób było nie dostrzec symboliki tego podziału.

Cała akcja protestacyjna zaczęła się jednak przed zaplanowanym na 20 kwietnia VI posiedzeniem obecnej kadencji Parlamentu Studentów UW.

Członkowie Koła Naukowego Socjologii Publicznej stworzyli — jak to zwykle bywa w obecnych czasach — wydarzenie na Facebooku. Jego tytuł brzmiał:„Nie chcemy pisać dyplomów na akord! Protest przeciwko wprowadzeniu opłat za późniejsze złożenie pracy dyplomowej”.

Jak się okazało, zmiany wprowadzone w projekcie przez władze rektorskie nie były wystarczające. Studenci, którzy do ostatniego dnia studiów nie oddadzą pracy dyplomowej, mają według starego regulaminu studiów dwa lata, by złożyć pracę. Wznawiają się wówczas na dzień obrony, przystępują do egzaminu i otrzymują dyplom. Nie ponoszą w związku z tym żadnych opłat — Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zmusiło w ubiegłym roku uczelnie do zniesienia płatnych konsultacji, uznając tę praktykę za nielegalną. Uniwersytet proponuje jednak zmiany, które spowodują konieczność powtarzania przez znajdujących się w tej sytuacji studentów ostatniego cyklu seminarium dyplomowego, a to wiąże się z opłatą. Mimo ustalenia limitu na poziomie 1/5 opłaty za powtarzanie roku studiów oznacza to kwotę nawet 1,4 tys. złotych (w przypadku Wydziału Prawa i Administracji).

Zrzut ekranu 2015-05-09 (godz. 12.57.38)„Pokolenie klikaczy” nie poprzestało wyłącznie na „wzięciu udziału” w wydarzeniu na Facebooku. Co prawda spośród zdeklarowanych internetowo 2 tysięcy studentów na posiedzenie Parlamentu przyszło około stu, lecz nadal czyni to akcję największym protestem warszawskich żaków od lat. Organizatorzy nie zadowolili się tym, że udało im się doprowadzić do przesunięcia głosowania na kolejne spotkanie. Powstała akcja „Uniwersytet Zaangażowany” [LINK] i jej strona internetowa pod wiele mówiącym adresem www.uwtoniefirma.org. Przeciwnicy inicjatywy wskazują, że kwoty nie są wysokie (zależą od tego, o ile się spóźnimy, a zatem oddanie pracy miesiąc po terminie oznacza zaledwie 1/12 możliwej opłaty), a ich celem jest zdyscyplinowanie tzw. „wiecznych studentów”. Dlaczego zatem ta pozornie błaha kwestia budzi tak duże emocje?

Studenci i świeżo upieczeni absolwenci mają najwyraźniej dość traktowania ich jako klientów instytucji świadczącej usługi edukacyjne. Taka wizja uczelni w ostatnich latach stała się szczególnie powszechna. Początkowo związana była z wyrastającymi jak grzyby po deszczu prywatnymi szkołami wyższymi, których reputacja w większości pozostawiała wiele do życzenia. Od pewnego czasu możemy jednak zaobserwować przeciwną tendencję — kolejne uczelnie niepubliczne tracą akredytacje, zmniejsza się liczba studentów płacących za naukę. Przynajmniej kilka prywatnych placówek rywalizuje coraz skuteczniej z państwowymi uniwersytetami, walcząc z wizerunkiem „fabryki dyplomów”. Ta ostatnia łatka przypinana jest jednak nierzadko szkołom z tradycjami. Trudno tego uniknąć, gdy Uniwersytet Warszawski — jedna z najlepszych uczelni w kraju — mieści w swoich murach ponad 50 tysięcy żaków.

Wyjście po raz ostatni przez bramę uniwersytetu coraz rzadziej oznacza wejście w świetlaną przyszłość. Choć wyższe wykształcenie nadal wpływa pozytywnie na sytuację na rynku pracy (bez względu na ukończony kierunek), to dyskusja nad rzekomą bezużytecznością kształcenia uniwersyteckiego powraca nieustannie. Apele o dostosowanie programów nauczania do potrzeb rynku pracy zdają się płynąć prawie zewsząd, lecz brak prognozowania tych potrzeb w perspektywie kilkudziesięciu lat. Nie każdy zresztą odnajduje się w wizji uczelni, która pełni funkcję służalczą wobec systemu ekonomicznego z jego zaletami i wadami. Właśnie przeciwko temu zdawał się występować prof. Marcin Pałys, kiedy mówił, że uniwersytet to miejsce, w którym tworzą się nowe idee. W jaki sposób niewielka zmiana w regulaminie studiów na UW miałaby stanowić zaprzedanie tej myśli?

Protestujący studenci, a także przyklaskujący ich postulatom pracownicy naukowi (w tej chwili pod listem poparcia pojawiło się ponad pięćdziesiąt podpisów profesorów, doktorów habilitowanych i doktorów) podkreślają, że „to właśnie Uniwersytet powinien w dzisiejszej rzeczywistości odgrywać rolę bezpiecznej przystani dla wszystkich tych młodych ludzi, dla których intelektualne borykanie się z tym światem stanowi (choćby przez krótki okres) autentyczną pasję”. Przytaczane przez organizatorów dane wskazują, że to właśnie najlepsi studenci najczęściej oddają prace po terminie. Jakże inna to wizja od tej, którą próbują przekazać nam media! Wszak artykuł na temat akcji, opublikowany przez TVN24, nosił przez pewien czas tytuł „Wieczni studenci nie chcą płacić”…

Zrzut ekranu 2015-05-09 (godz. 12.41.07)Najzdolniejsi przedstawiciele społeczności akademickiej chcą pisać przemyślane, dopracowane rozprawy dyplomowe. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że rozwiązaniem może być nauka lepszego planowania pracy, ale to tylko złudzenie. Studia w Polsce są przeładowane zajęciami aż do końca ostatniego roku magisterium. Niewielkie fundusze przeznaczane na stypendia, ponadto rozdzielane według sztywnych, archaicznych kryteriów, powodują, że studenci zmuszeni są do podjęcia pracy — nierzadko niemającej nic wspólnego z pożądanymi przez ich późniejszych pracodawców „praktycznymi kompetencjami zawodowymi”. Istnieją również studenci-rodzice — zjawisko, o którym do niedawna w ogóle się nie mówiło. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej dzięki staraniom Niezależnego Zrzeszenia Studentów ogłosiło niedawno projekt „Maluch na Uczelni”, który ma wspierać tworzenie żłobków i klubów dziecięcych przy szkołach wyższych. Pozostaje jednak obawa, że minie sporo czasu, zanim uczelnie zaczną być dumne z tego, że były w stanie wykształcić rzetelnie studentkę lub studenta, którzy jednocześnie pracowali i opiekowali się dzieckiem.

Kto może stanowić największą przeszkodę dla studenckich strajków?

Paradoksalnie, twórczy bunt żaków może zostać stłumiony przez ich własne środowisko.Od dawna nie istnieje bowiem coś takiego jak „społeczność akademicka” czy „kultura studencka”.

Wśród półtora miliona polskich studentów są uczestnicy studiów dziennych, wieczorowych i zaocznych; adepci socjologii, informatyki, chemii, polonistyki i gender studies; przyszli prawnicy i przyszłe przedszkolanki. Są ci, którzy zgłębiają jednocześnie dwie czy trzy dziedziny i studiowanie zajmuje im cały ich czas, z krótkimi przerwami na sen i jedzenie. Z drugiej strony mamy osoby, które przychodzą na uczelnię na kilkoro zajęć w tygodniu, jeśli w ogóle. Nie brakuje osób zatrudnionych na umowach śmieciowych, dorabiających w barach szybkiej obsługi, lecz obok nich wyrastają studenci-przedsiębiorcy czy ci, których przed ukończeniem studiów rekrutują instytucje finansowe.

Zrzut ekranu 2015-05-09 (godz. 12.41.07)Czy my, studentki i studenci, mamy wspólne interesy, których chcemy bronić? W 2011 roku nasza społeczność, jeśli takowa istnieje, bez żadnego strajku dopuściła do wprowadzenia opłat za drugi kierunek studiów. I choć to sprzeciw studentów doprowadził sprawę przed Trybunał Konstytucyjny, który orzekł o niezgodności przepisów z ustawą zasadniczą, nie okupowaliśmy wówczas budynków rządowych. Gdy dziś na 50-tysięcznym Uniwersytecie Warszawskim organizowany jest protest, obecność na Facebooku deklaruje 2 tysiące osób, a w rzeczywistości pojawia się stu demonstrantów. Przyjmując poprawkę na tego rodzaju internetowy „aktywizm”, pozostaje nam czekać na chwilę, gdy 50 tysięcy ludzi będzie zdolne choćby do kliknięcia „wezmę udział”, a fizycznie obecnych będzie ponad tysiąc osób.

A w skali kraju? Ta proporcja oznacza półtora miliona uczestników wirtualnych i 75 tysięcy rzeczywistych. Przy takim zorganizowanym proteście nie musielibyśmy nawet palić opon. Wystarczyłoby przyjść — trzeba tylko mieć po co.

Kacper Van Wallendael 

wszystkoconajważniejsze.pl

wszystkoCoNajważniejsze

„Humanistyka, wędrówka po szlakach słów”

 Tadeusz SŁAWEK

Jeden z najwybitniejszych polskich literaturoznawców, znawca historii literatury brytyjskiej i amerykańskiej, eseista, tłumacz, myśliciel, były rektor Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Najnowsza polityko-techno-biurokratyczna nagonka na nauki humanistyczne w sposób widowiskowy daje przyzwolenie na dalsze pogarszanie poziomu myślenia i mówienia w sferze publicznej.

1.

Historycy i filozofowie wydają się być zgodni: gdzieś na początku XVII wieku świat przeobraża się gwałtownie, a wstrząsy tej zmiany są niczym trzęsienie niwelujące dotychczasowa konstrukcję świata. Wolter nie mylił się, wybierając trzęsienie ziemi pustoszące Lizbonę za kanwę swej słynnej powiastki – oto świat, którego ludzki wysiłek w harmonijnej współpracy z Boskim Planem wypiętrzył ład miejski, ekonomiczny i społeczny, rozpadł się w gruzy uśmiercając 90 tysięcy ludzi.

Ale ta eksplozja zniszczenia z 1755 roku to już tylko końcowe wydarzenie, wielki finał procesu, który zaczął się jakieś 150 lat wcześniej. Gdy nauka pod wodzą Galileusza ruszała w stronę nieznanych kontynentów i planet, gdy Kartezjusz przekonywał ludzkie indywiduum o sile jego rozumu, gdy wielcy podróżnicy pokonywali oceany, Bóg jeszcze stał po ich stronie. W połowie XVIII wieku Bóg zrezygnował z miejsca w tym porządku i przestał być jego gwarantem. To, że wielka tragedia Lizbony dokonuje się 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych, zapowiada późniejszą o pół wieku diagnozę Hölderlina mówiącą o tym, że przyszliśmy za późno, bowiem bogowie opuścili już ten świat.

2.

Zaczynamy od tego przypomnienia z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że jeśli uznajemy współczesność za przedłużenie – być może krytyczne, ale jednak przedłużenie – Oświecenia, wówczas musimy uznać, że myślenie o naszej rzeczywistości odbywa się drogą superracjonalnych kategorii usuwających w cień to, co nie mieści się w ich zasięgu. Durs Grünbein powie, że „drogi nauk przyrodniczych i sztuk rozchodzą się w przyspieszonym tempie, te pierwsze biegną prosto i jednostajnie, te drugie kluczą – kreślą elipsy i spirale”, a momentem owego rozejścia się szlaków był wykład, jaki w 1588 roku Galileusz wygłosił w murach Accademia Fiorentina, z inżynierskim chłodem objaśniając geometryczną konstrukcję piekła.

Od teraz wszystko ma swoją racjonalną budowę zapewniającą trwałość i użyteczność projektu, a zadaniem myślenia jest dotarcie do owego logicznego i bezpiecznego schematu, który wyczerpująco, rozwiewając wszelką tajemniczość powie nam, czym jest dany przedmiot i czemu ma służyć. Teraz wszystko jest już po „coś”, a owo „coś” jest podziwu godnym dziełem ludzkiej nie tylko myśli, ale i ręki.

3.

Drugi powód jest innej natury i czerpię go z następującego dylematu: jeżeli jesteśmy superracjonalni w swym stanowisku wobec świata, dlaczego świat ów jest często nie tylko mało racjonalny, ale wręcz tragicznie irracjonalny w swym dzianiu się? Skąd w nas pragnienie i etyczne zobowiązanie (być może utopistyczne) tego, by świat zmieniać na lepsze? Drugi powód owego początkowego historycznego przypomnienia dotyczy więc swoistej immunologii racjonalnego świata: posłużywszy się rozumem dla odrzucenia rzeczy niebezpiecznie irracjonalnych, teraz musimy tymże samym rozumem ostrzec się przed działaniem samego rozumu. Mądre zdanie Terry Eagletona wesprze nas w tym sądzie: „Ważne jest tu również to, że kiedy rozum staje się za bardzo dominujący, kalkulujący i instrumentalny, okazuje się zbyt płytką glebą, aby mógł na niej rozkwitać rozumny rodzaj wiary”.

Gdy nie bez racji opisujemy dzisiejszy świat przymiotnikiem „postsekularny”, tym ważniejsze staje się to, by wiara, łagodząc radykalizm niektórych przedstawicieli Oświecenia, splatała się z rozumem węzłem, w którym żadna ze stron nie bierze góry. Chodzi także o to, by zapobiec pokusie prostego przeciwstawienia sobie tych dwóch trybów myślenia, trywialnego i wulgarnego opozycjonowania względem siebie przyrodoznawstwa i humanistyki. Wszak gdy mówimy o dwóch różnych drogach, stawką nie jest uprzywilejowywanie którejkolwiek z nich, lecz wskazanie na ich wzajemne splecenie. Nie polega ono na aroganckim i często nieusprawiedliwionym zapożyczaniu terminów i ich stosowaniu w dziedzinach dla nich nie przeznaczonych; splecenie owo dotyczy czegoś znacznie głębszego, samego nerwu myślenia, które nie potrafię nazwać inaczej jak kulturą przejawiającą się w każdym ruchu myśli i w każdej słownej frazie, w której myśl owa szuka wyrazu. Mówiąc śmielej: chodzi o myślenie i wypowiadanie się wynikające z bycia polegającego na o-byciu wśród myśli i słów.

4.

Można więc najprościej powiedzieć, że rola refleksji humanistycznej mozolnie poruszającej się labiryntowym szlakiem polega na nieustannym uczeniu się i przypominaniu o wadze słowa jako niezbędnego warunku szacunku dla myślenia i słuchaczy będących myślenia świadkami. Pamiętny wykład Galileusza, chociaż inżynierski w swym charakterze, wywodził się z ducha owego o-bycia, o którym wspomnieliśmy przed chwilą. Na wstępie Galileusz zastrzega w przepraszającym tonie: „Niech uszy nawykłe do słuchania bogatych, wybornych dźwięków czystej toskańszczyzny wybaczą nam, gdyby je oto uraziły pewne zaczerpnięte z greki czy łaciny wyrażenia przynależne sztuce, jaką się tutaj posługujemy; do tego bowiem zmusza nas materia, o której mamy mówić”.

Tadeusz Sławek

Tekst ukazał się na stronach Instytutu Obywatelskiego

wszystkoconajwazniejsze.pl

 

Marek Krajewski

WYWIAD GAZETA.PL

09.05.2015

Marek Krajewski: Patrzyłem na leżące ciało beznamiętnym okiem fachowca

Mistrz polskiego kryminału razem z Jerzym Kaweckim, słynnym medykiem sądowym, wziął na warsztat dwanaście prawdziwych zbrodni
Łukasz Knap

Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)

Muszę pisać jedną książkę rocznie, inaczej czytelnicy o mnie zapomną. Zwolnię po sześćdziesiątce – mówi autor serii o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim. Póki co, na szczęście dla miłośników rodzimych kryminałów, nie zwalnia tempa. Właśnie zmierzył się z krwawą historią współczesnej Polski i razem ze specjalistą medycyny sądowej Jerzym Kaweckim napisał „Umarli mają głos. Prawdziwe historie” – książkę nawiązującą do zbrodni popełnionych w naszym kraju od lat 70. do dziś. Nam opowiada o pierwszej sekcji zwłok, w której uczestniczył, zdradza, czego boi się naprawdę, i ujawnia, że w gruncie rzeczy jest pedantyczny i śmiertelnie nudny.

Ile razy był pan w prosektorium?

– Kilka razy. Dokładnie nie liczyłem. Natomiast dobrze pamiętam pierwszą wizytę w prosektorium w 2004 roku. Wtedy poznałem Jerzego Kaweckiego, medyka sądowego, z którym napisałem książkę „Umarli mają głos”. Poszedłem tam, bo odczuwałem niedostatek wiadomości medyczno-sądowych. Ten niedostatek dostrzegali czytelnicy, w tym mój szwagier, który był wtedy prokuratorem, i właśnie on zapoznał mnie z Jerzym. Tak wszystko się zaczęło.

 

Czy wizyta w prosektorium zmieniła pana spojrzenie na śmierć? Albo życie?

– Nie, w najmniejszym stopniu. To było doświadczenie profesjonalisty.

Serio? Wątek śmierci jest jednym z głównych wątków pana twórczości. Trudno mi uwierzyć, że prawdziwa sekcja zwłok nie zrobiła na panu żadnego wrażenia.

– Było to ważne doświadczenie, ale nie czułem przerażenia ani strachu. Kiedy pierwszy raz zjawiłem się na sekcji zwłok w zakładzie medycyny sądowej Akademii Medycznej we Wrocławiu, miałem konkretny cel. Było nim zobaczenie na własne oczy, jak wygląda człowiek po śmierci, jaki kolor ma ludzki tłuszcz, jaki kolor ma zakrzepła krew, czy rzeczywiście jest wiśniowa, czy może inna. Chciałem sprawdzić, jak wyglądają opony mózgowe, śledziona, wątroba, i rozwikłać inne kwestie anatomiczne. Dlaczego mnie to interesowało? Jako miłośnik kryminału i szczegółu musiałem wiedzieć, co opisuję, żeby być wiarygodnym. Po prostu.

Patrzyłem na ciało leżące na stole beznamiętnym okiem fachowca, który ma coś wiernie opisać. Mizeria ludzkiej śmierci dotarła do mnie dzień później. Wtedy zacząłem się zastanawiać, jaki smutny jest los człowieka, który kiedyś był pełen życia, a teraz jest tylko formą materii.

Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)

Pana obowiązkiem jako pisarza jest opisanie emocji. Mam wrażenie, że w pana książkach, w ostatniej również, opisy martwego ciała są najbogatsze. Pański styl świadczy o tym, że tematy przemocy i śmierci poruszają pana bardziej niż cokolwiek innego.

– Po pierwsze, moim obowiązkiem nie jest opisanie emocji, ale dostarczenie czytelnikowi rozrywki. Moje powieści to literatura popularna, która ma ludziom skrócić czas, nudne popołudnie bądź podróż. Natomiast co do pana uwagi, że opisy śmierci są najbogatsze, cieszę się, że tak pan to odbiera, bo zawsze dbam o kwestie warsztatowe. Pozostaje mi tylko dziękować za ukryty komplement.

Rozrywka rozrywką. Nie wydaje się panu, że kryminał jako gatunek jest wypowiedzią interpretującą świat?

– Moim zdaniem nie. Powieść kryminalna ma dostarczyć przyjemności. Jeżeli ktoś chce włączyć do tej literatury jakąś diagnozę społeczną, to jego prawo. Moja ostatnia książka należy raczej do literatury faktu, ale na ogół piszę kryminały retro i moim celem nie jest nic innego, tylko rozrywka. Uważam, że nadinterpretacją jest dopisywanie kryminałowi, na przykład skandynawskiemu, ambitną diagnozę społeczną. Znam wypowiedzi literaturoznawców, którzy twierdzą, że kryminał zastępuje dawną powieść realistyczną, że świat przegląda się w kryminałach jak w lustrze. O ile literatura głównego nurtu może posługiwać się deformacją, fantasmagorią, narracyjnymi nadużyciami, to literatura kryminalna nie może tego robić, musi być fabułą. Na końcu zawsze musi być wiadomo, kto zabił. Ktoś może ignorować tę regułę, wolna droga, ale ja tego nigdy nie zrobię.

Tytuł pana nowej książki to „Umarli mają głos”. Czy to znaczy, że umarli mają coś do powiedzenia?

– Potrafią wskazać człowieka, który uczynił im krzywdę. Książka porusza zagadnienia z zakresu medycyny sądowej, której celem na końcu jest znalezienie i skazanie sprawcy na więzienie za krzywdę, jaką wyrządził innemu człowiekowi. Rozumienie języka umarłych i śladów, jakie zostawiają sprawcy na ich ciele, jest domeną Jerzego Kaweckiego.

Na ile w „Umarli mają głos” posługuję się pan faktami, a na ile fikcją?

– Ta granica została wyznaczona przez niechęć do narażania cudzych dóbr osobistych na szwank. Zmieniliśmy z Jerzym miejsca zdarzeń, nazwiska, czasem motywacje sprawców. Na przykład jest opowieść o chłopcach zmiażdżonych przez samochód, który wypadł z drogi. Jest scena, w której cała wieś chce zlinczować sprawców – nic takiego się nie wydarzyło, ale dodałem tę scenę dla dramatyzmu, zwiększyłem też rolę ojca jednego z zamordowanych chłopców. Wymieszałem fikcję z prawdziwymi sytuacjami, które wydarzyły się w innym miejscu. Natomiast sama ekspertyza, poszukiwanie śladów przez Jerzego Kaweckiego – to wszystko jest prawdziwe. Prawdziwy jest trup, prawdziwe są okoliczności, rany, śmierć i morderca.

Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)

Wcześniej posługiwał się pan wyłącznie fikcją. Po co panu fakty?

– Głównym nurtem mojej prozy jest kryminał retro, ale ten gatunek ma swoje odnogi – czasem powieść współczesna, czasem literatura faktu. To są przygody, które pozwalają mi doskonalić pióro. Wielu moich czytelników reagowało niechętnie, kiedy słyszeli moją odpowiedź na pytanie, czy to, co piszę, jest prawdą. Zawsze odpowiadałem, że wszystko w mojej powieściach jest zmyślone, i wtedy często słyszałem zawód w głosie czytelników, zwłaszcza mężczyzn. Według wielu badań czytelnictwa książki historyczne czytają przede wszystkim mężczyźni. Uznałem, że warto spróbować połączyć kryminał z prawdą.

Współpraca z Jerzym Kaweckim otworzyła mi oczy, że rzeczywistość jest ciekawa. Wcześniej uważałem, że jest nieciekawa. Ludzie wiele razy proponowali mi opisanie ich wspomnień. Kilka razy wysłuchałem ich historii, ale były strasznie nudne i przewidywalne. Tymczasem gdy Jerzy zaczął opowiadać mi o śląskim nekrofilu, powiedziałem mu: „Mów dalej!”. Wpadliśmy wtedy na pomysł wspólnego napisania książki.

Jak wygląda pańska przyjaźń z Jerzym Kaweckim, człowiekiem, który jak pan napisał, wie wszystko o dziwnych trupach?

– W moich powieściach jest wiele makabry, szczegółowych opisów zwłok i zbrodni. Kto może o nich wiedzieć więcej niż medyk sądowy? Jerzy, od kiedy się poznaliśmy, jest moim ekspertem, z którym konsultuję wszelkie fragmenty medyczno-sądowe. On je koryguje, używając swojego medycznego żargonu, który w literaturze pięknej jest nie do utrzymania. Nie da się napisać, że były osełkowane rany, które były podbiegnięte krwią, bo to język właściwy dla raportu, a nie dla literatury. Gdy pracowaliśmy nad książką, Jerzy przychodził do mnie co sobotę o 7.30 rano, rozmawialiśmy przez kilka godzin, ja wszystko nagrywałem, korzystałem z akt sądowych, protokołów. Z tych źródeł powstała nasza książka.

Jakim człowiekiem jest Jerzy Kawecki?

– Jest bezgranicznie oddany swojej pasji, którą jest jego zawód. To człowiek, który widzi głęboki sens w dochodzeniu do prawdy, w szukaniu śladów zbrodni. Na co dzień jest bardzo uprzejmy, kulturalny, łagodny, ale występując na sali sądowej, zamienia się w lwa. Niejednokrotnie zapędzał w kozi róg innych ekspertów, kiedy on coś robi, musi to być perfekcyjne. Jako kolega jest bardzo życzliwy. Gdy do niego dzwonię, zawsze udziela mi cierpliwie szczegółowych informacji. W sytuacjach towarzyskich bywa lekko roztargniony, nawet się spóźnia. Żyje sprawami swojego zawodu, co w wyraźny sposób odbija się także w jego hobby, czyli majsterkowaniu.

A jakim człowiekiem jest Marek Krajewski?

– Ja nigdy się nie spóźniam. Zawsze dotrzymuję słowa, jestem skrupulatny, pedantyczny i śmiertelnie nudny. Moi bliscy coś o tym wiedzą. Mam skłonność do prawienia morałów. Moje dzieci, gdy były małe, często słyszały po wywiadówkach długie kazania. Jestem człowiekiem, który dba o szczegóły, także w życiu codziennym. Gdy jadę w trasę literacką, nie używam GPS-a, bo wcześniej dokładnie projektuję trasę, łącznie ze zdjęciami, gdzie mam skręcić. Wszystko mam zaplanowane w smartfonie. Jestem straszliwym gadżeciarzem, uwielbiam nowe technologie. Trochę jestem człowiekiem z czasu zaprzeszłego, jako filolog klasyczny poświęciłem dużą część swojego życia zamierzchłej przeszłości, antycznej Grecji i Rzymowi. Potem zdecydowałem się zostać zawodowym pisarzem.

Na dzisiejsze spotkanie też się pan jakoś specjalnie przygotował?

– Znałem wcześniej miejsce, w którym się spotkaliśmy (Cafe Kulturalna w Warszawie – przyp. red.). Ale dla pewności przyjechałem tu pół godziny wcześniej, barman upewnił mnie, że jestem we właściwym miejscu.

Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski i Jerzy Kawecki (fot. Wojciech Karliński)

Najprostsze analizy psychologiczne osób skrupulatnych dowodzą, że ktoś, kto chce uporządkować swoje życie w najdrobniejszym szczególe, boi się panicznie, że coś wymknie mu się spod kontroli. Pan się czegoś boi?

– Jedyna rzecz, której się boję, to szerszenie. Nie lubię w ogóle owadów i insektów. Poza tym żadnych wielkich lęków nie mam, jestem raczej odporny psychicznie. Moje zorganizowanie jest bardzo ważną cechą, bez której nie umiałbym funkcjonować. Gdy pracowałem na uczelni, już wieczorem szykowałem ubranie na drugi dzień do pracy. Nie lubię niespodzianek. Odpowiada mi świat, w którym wszystko jest do bólu przewidywalne. Staram się przewidzieć wszystkie sytuacje, które mogą mnie spotkać. Jest mi bliska filozofia stoicka w wydaniu Marka Aureliusza i Seneki. Kieruję się zasadą uprzedzania nieszczęść, wyobrażam sobie wszystko, co może nastąpić. W ten sposób unikam rozczarowań.

Z tego by wynikało, że decyzja o porzuceniu uczelni i rozpoczęciu kariery pisarskiej musiała być drobiazgowo przemyślana. A to był jednak skok na głęboką wodą – pracownik uniwersytetu, który rzuca uniwersytet na rzecz pisania kryminałów.

– Przez pewien czas prowadziłem podwójny żywot autora kryminałów i pracownika naukowego. Mogłem tak żyć, bo zewsząd spotykała mnie życzliwość. Tylko raz pewna starsza pani profesor zarzuciła mi, że to haniebne, że ktoś, kto powinien nieść święty ogień starożytności, zniża się do tak haniebnego gatunku, jakim jest kryminał. Odpowiedziałem jej, żeby pozwoliła mi uprawiać moje hobby. Poza tym koledzy z wydziału odnosili się z życzliwością do moich prób literackich.

Nie żałuje pan odejścia z uczelni?

– Oczywiście, że żałuję. Ta praca dawała mi ogromną satysfakcję, uwielbiałem nauczać, byłem chyba nie najgorszym nauczycielem. Nigdy nie zapomnę błysku zrozumienia na twarzach studentów, gdy tłumaczyłem im zawiłości zmian fonetycznych w łacinie. Z nostalgią myślę o dawnych latach i z przyjemnością przyjmuję zaproszenia na spotkania ze studentami, nawet bez honorariów. Lubię świat akademicki, grzeczne formy zwracania się do siebie, nie lubię szybko przechodzić na „ty”.

Ale najwidoczniej uniwersytet nie dawał panu tego, co daje życie pisarza. Co daje panu pisanie?

– Czas. Prowadzenie obu działalności sprawiało, że nie miałem czasu na nic. To było bardzo trudne – prowadzić zajęcia przez cały rok akademicki, pisać artykuły, a po egzaminach zamykać się w mojej literackiej samotni poza Wrocławiem, gdzie przez dwa miesiące pisałem powieść. Nie miałem wtedy urlopu, a chciałem pracować i odpoczywać jednocześnie, bo to warunek dobrej i efektywnej pracy. Musiałem z czegoś zrezygnować – albo uczelnia, albo literatura. Kiedy zrozumiałem, że mogę żyć z pisania, zrezygnowałem z uczelni. Ale to była dramatyczna decyzja, podjąłem ją z bólem.

Lubi pan pisać?

– Bardzo. Moja praca sprawia mi ogromną przyjemność. Lubię to, że jestem sam sobie szefem. Nie mam nad sobą żadnego humorzastego przełożonego, który mi cokolwiek narzuca. Mam dominujący charakter, lubię sam podejmować decyzje i wyznaczać cele. Uprawiam wolny zawód. Oczywiście jestem uzależniony od wydawców i od czytelników, którzy kupują moje książki. Muszę spełniać ich oczekiwania. Poza tym muszę walczyć sam ze sobą, przełamywać wewnętrzny opór, że coś poszło nie tak lub że przez cały dzień nie napisałem jednego dobrego zdania. Z drugiej strony mam na koncie czternaście książek i pisanie idzie mi coraz łatwiej. Może nawet za łatwo, bo być może czasem sam siebie powtarzam lub kopiuję swoje pomysły. Ale lubię ten rytuał – wstaję o siódmej rano, pracuję cztery lub pięć godzin, potem czytam na głos. Słyszę, jak słowa grają ze sobą, wsłuchuję się w melodię zdań. Wtedy mam wrażenie, że coś dobrego robię dla swoich czytelników. Oni są dla mnie najważniejsi.

Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)Marek Krajewski (fot. Wojciech Karliński)

Spełnił pan nieosiągalne marzenie wielu polskich pisarzy – utrzymuje się pan z pisania. To jest przywilej nielicznych autorów w Polsce. Jakie jest teraz pana marzenie?

– Mam 49 lat, przez kolejne jedenaście lat będę pisał kryminały. Do sześćdziesiątki. Później chcę pisać inne książki, niekoniecznie kryminały, może prozę realistyczną, z tradycyjną narracją, punktami kulminacyjnymi i suspensem. Chcę też napisać powieść, której akcja będzie rozgrywać się na uniwersytecie w latach 90., kiedy zaczynałem swoją pracę.

A nie kusi pana napisanie kryminału historycznego? Jako filolog klasyczny z pewnością znalazłby pan wiele punktów zaczepienia dla powieści, której akcja rozgrywałaby się w starożytności.

– Marzę o napisaniu powieści historycznej, której akcja rozgrywałaby się w czasach starożytnego Rzymu. To jest świat, w którym jestem głęboko zakorzeniony, który dobrze poznałem, czytając teksty źródłowe w oryginale. Historia Rzymu jest fascynująca, zwłaszcza burzliwy okres końca Republiki i początków Cesarstwa, gdy działali Cezar czy Cyceron. Bardzo interesują mnie też czasy dojrzałego Cesarstwa. Z tym wiąże się oczywiście pewne niebezpieczeństwo, bo wchodzę na teren zagospodarowany przez innych pisarzy, na przykład świetnego Stevena Saylora. Ale po jedenastu latach będę mógł na tyle swobodnie poczynać swoim czasem, że nie będę skrępowany obowiązkiem produkowania książki raz do roku, tak jak muszę robić to teraz.

Co to znaczy, że pan musi?

– Bo to moja praca, muszę mieć za co utrzymać moją rodzinę. Z roku na rok będzie więcej moich książek na rynku. Po sześćdziesiątce będę mógł pisać z mniejszą częstotliwością, raz na kilka lat. Wtedy będę miał czas, żeby zwiedzić Europę, spędzić rok we Włoszech i w Anglii. Wiele już widziałem, ale chciałbym wsiąknąć w język i kulturę tych krajów, a to wymaga czasu.

Dwa lata temu wydawca zaprosił mnie na targi do Nowego Jorku i tam zobaczyłem ogromny plakat Michaela Connelly’ego. To gwiazda literacka. Każda jego książka sprzedaje się w nakładach milionowych, ale i tak co roku wydaje książkę. Zapytałem mojego wydawcy, dlaczego to robi, przecież mógłby zrobić sobie przerwę. A on mówi mi, że w tej branży, jak nie napisze się książki co rok, to się wypada, bo inni wypełnią tę lukę. W Polsce zaczyna się dziać podobnie. Muszę pisać jedną książkę rocznie, inaczej czytelnicy o mnie zapomną. Gdy zrealizuję swój cel, przyjdzie czas na dłuższe podróże.

Często jeździ pan do Włoch?

– Chciałbym częściej. Pamiętam wyprawę do Mantui, gdzie byłem nominowany do nagrody literackiej. To było dokładnie 15 lutego, we Wrocławiu był potworny mróz, a tam szesnaście stopni, ludzie chodzili w marynarkach. Słońce świeciło, a ja siedziałem na rynku i zobaczyłem na budynku łaciński napis, fragment z bukolik Wergiliusza, o tym, że urodził się w Mantui. To jest mój świat, dobrze się w nim czuję.

No i włoska kuchnia. Do dziś pamiętam pizzę, którą zjadłem w miejscowości Goito niedaleko Mantui. W składnikach były półsurowe białe kiełbaski zanurzone w musie z dyni. Niebywała kombinacja. Albo pierożki z dynią. Jestem człowiekiem raczej mięsożernym, ale we Włoszech dania wegetariańskie bywają kulinarnym ekscesem, w dobrym znaczeniu tego słowa.

Jest pan przesądny?

– Nie, dlaczego?

No bo ta okrągła liczba – będzie pan pisał kryminały do sześćdziesiątki. To dość arbitralna decyzja, starożytni Rzymianie też byli przesądni

– To wynika z prostego rachunku matematycznego. Dwadzieścia pięć książek na rynku pozwala żyć pisarzowi bez sztywnych zobowiązań. Daje wolność.

A nie chciałby pan poeksperymentować i napisać powieści z niewyjaśnioną sprawą morderstwa?

– Nie jestem typem ryzykanta, wiem, czego oczekują moi czytelnicy. Czytelnicy kryminałów oczekują rozwiązania sprawy. Nienapisanie, kto zabił, jest błędem. Mogą sobie na to pozwolić autorzy, którzy nie dbają o czytelników, lub ci, którzy chcą uczynić z kryminału gatunek wysoko artystyczny. Są tacy, którzy mają takie pretensje. Ja do nich nie należę. Nie jestem eksperymentatorem. O nie, na pewno.

fot. materiały prasowefot. materiały prasowe

 

Książki Marka Krajewskiego są dostępne jako e-booki w Publio.pl

 

Marek Krajewski (ur. 4 września 1966 we Wrocławiu). Pisarz, filolog klasyczny, specjalista w zakresie językoznawstwa łacińskiego. Pracował jako bibliotekarz, sprzedawca, magazynier. Wykładał w Instytucie Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Od 2007 zawodowo trudni się pisarstwem. Jest autorem 14 książek, w tym popularnego cyklu o Eberhardzie Mocku, pracowniku wrocławskiego Prezydium Policji. Na serię wydawaną od 1999 składa się sześć tomów: „Śmierć w Breslau”, „Koniec świata w Breslau”, „Widma w mieście Breslau”, „Festung Breslau”, „Dżuma w Breslau” oraz „Głowa Minotaura”. W 2008, wspólnie z Mariuszem Czubajem rozpoczął nowy cykl kryminału, którego akcja dzieje się w czasach współczesnych w Gdańsku, a bohaterem jest nadkomisarz Jarosław Pater. Do tej pory ukazały się dwa tomy: „Aleja samobójców” i „Róże cmentarne”. Jego książki zostały przetłumaczone na 18 języków. Jest laureatem Paszportu „Polityki”.

Łukasz Knap. Krytyk filmowy, kulturoznawca. Doktorant w Instytucie Kultury Polskiej UW. Publikuje m.in. w „Kinie”, „Wysokich Obcasach”, „Dwutygodniku”, „Tygodniku Powszechnym”. Wyróżniony w Konkursie dla Młodych Krytyków Filmowych im. Krzysztofa Mętraka.

weekend.gazeta.pl

Ochrona nie dała rady. Kontrowersyjny baner zdjęło pięć kobiet

Kacper Sulowski, 09.05.2015
Skandal na meczu rugby w Lublinie

Skandal na meczu rugby w Lublinie (JAKUB ORZECHOWSKI)

„Lwów odzyskamy, Banderowców ubijemy” – baner z takim napisem wywiesili kibole na trybunie Areny Lublin podczas meczu Polska – Ukraina w rugby. Ochrona nie interweniowała, bo kibole zagrozili, że będą się bronić. W końcu baner zdjęło pięć zdenerwowanych kibicek.
Po piętnastu latach przerwy polska reprezentacja rugby znów wystąpiła w Lublinie. W sobotę o godz. 18 rozpoczął się mecz Polska-Ukraina w ramach Pucharu Narodów. Spotkanie nie przejdzie do historii jako jedno z przyjemniejszych, nie tylko ze względu na przegraną Polaków, ale i przykry incydent, do którego doszło na trybunach.Na oczach całej Polski

Mecz na stadionie oglądało kilka tysięcy osób. Transmitowała go też telewizja. Chwilę po rozpoczęciu spotkania na jednej z trybun grupa kiboli zawiesiła baner z napisem „Lwów odzyskamy, Banderowców ubijemy” w języku polskim i ukraińskim.

Na meczu był m. in. Krzysztof Komorski, zastępca prezydenta Lublina. – Baner zawierał hasła skrajnie prawicowe i nawoływał do agresji. Nie możemy sobie na to pozwolić, dlatego trzeba było interweniować – mówił tuż po zakończeniu spotkania.

Ochrona nie podjęła się jednak wejścia na sektor, w którym zawisł baner, bo grupa kibiców zachowywała się agresywnie. – Chcieliśmy za wszelką cenę uniknąć siłowego rozwiązania – dodaje Komorski .

Pięć dzielnych dziewczyn

Wtedy z pomocą przyszła grupa pięciu kobiet oglądających spotkanie z przeciwległej trybuny. – Weszłyśmy na ich sektor i zdjęłyśmy te banery. Ci, którzy je powiesili byli na tyle zszokowani, że nie wiedzieli co zrobić – mówi Małgorzata, animatorka kultury z Lublina.

Mecz skończył się wynikiem 20-17 dla Ukrainy.

Zobacz także

lublin.gazeta.pl

Anglik oddał torebkę dziewczynie, którą poznał na wakacjach. Szukał jej przez 40 lat

ro, 09.05.2015
57-letni Will Connor - dzisiaj, jako policjant, i 40 lat temu, gdy poznał Dabby

57-letni Will Connor – dzisiaj, jako policjant, i 40 lat temu, gdy poznał Dabby (Strona DailyMirror)

40 lat temu pewien 17-latek w czasie wakacji w Barry Island w Walii poznał dziewczynę. Nie zobaczył jej już nigdy, ale miał coś, co stale mu o niej przypominało – torebkę, którą zostawiła na siedzeniu jego samochodu. Po czterech dekadach zwrócił ją właścicielce.
Tym 17-latkiem był dziś już 57-letni Will Connor, który – jak podaje portal Walesonline.co.uk – ostatnie cztery dekady spędził na poszukiwaniu tajemniczej „Dabby”. Teraz dzięki mediom społecznościowym wreszcie się to udało. – Zamknąłem 40-letni rozdział mojego życia – kwituje Connor, były policjant z Twyford w hrabstwie Berkshire w Anglii.„Nie chciałem wydać tych pieniędzy. To byłoby złe”

W 1975 roku wraz ze swoim najlepszym przyjacielem postanowił pojechać na wycieczkę. Spakowali namiot do nowego samochodu Willa i, licząc na przygody, wybrali Barry Island. – Myślę, że przede wszystkim mieliśmy nadzieję, że poznamy jakieś dziewczyny – wspomina Connor.

I poznali je, choć dopiero ostatniego dnia swojej wyprawy. – Spędziliśmy z nimi cały dzień i podrzuciliśmy je do ich obozowiska. Kiedy wracaliśmy do naszego, zorientowałem się, że jedna z nich zostawiła na moim tylnym siedzeniu małą torebkę w kwiatki. W środku były trzy funty i klucz – opowiada 57-latek.

Zawrócili od razu, ale nie znaleźli już nowych znajomych. – Powiedziały nam, że wyjeżdżają o świcie, więc o godz. 5 rano czatowaliśmy przy wyjeździe z kempingu. Słuchaliśmy jedynej kasety, którą miałem w aucie, i naprawdę mieliśmy już dość. Czekaliśmy godzinami, ale ich nie zobaczyliśmy.

W końcu pojechali do domu. – Nie mieliśmy dużo pieniędzy, brakowało nam benzyny, ale nie chciałem wydawać trzech funtów tej dziewczyny. Czułem, że to byłoby złe – tłumaczy Connor.

„Cześć, to ja”

Po powrocie Will zdecydował, że torebka musi wrócić do właścicielki. Cytowany przez Walesonline.co.uk dodaje, że dziewczyna powiedziała mu, gdzie mieszka. – Więc wysłałem klucz pocztą. Ale dwa tygodnie później przesyłka do mnie wróciła.

Pojechał więc do Walii, aby znaleźć „Dabby”, ale i to się nie udało. – Pat pytał mnie czasami, dlaczego po prostu nie wyrzucę tej torebki. Ale nie mogłem się na to zdobyć – dodaje Connor. Co więcej, nie tylko nie wydał pieniędzy, lecz także je zainwestował. Trzy funty zamieniły się w ponad 42.

W zeszłym tygodniu postanowił poszukać tajemniczej dziewczyny na Facebooku. Miał szczęście – znalazł grupę zrzeszającą mieszkańców jej miasta. Jej członkowie pomogli mu ją znaleźć w 24 godziny.

„Dabby”, która naprawdę nazywa się Karen Owen, napisała od razu: „Cześć, to ja, Dabby. To było moje szkolne przezwisko i moi najbliżsi przyjaciele nadal mnie tak nazywają”.

Dodała, że nawet przez chwilę nie myślała, że torebka została skradziona.

Zobacz także

wyborcza.pl

Ruskie, rusoczki kochane

Waldemar Kuczyński*, 08.05.2015
1944, rosyjscy żołnierze z mieszkańcami Wilna

1944, rosyjscy żołnierze z mieszkańcami Wilna (Fot. EAST NEWS)

Krążył dowcip: „Dzisiaj kluski, jutro kluski, Polska nasza, a rząd ruski”, ale było oczywiste, że żyjemy nie pod nową okupacją, lecz w Polsce
W ciszę spokojnego kaliskiego przedmieścia wplótł się dźwięk niepasujący do zimowej pory, jakby pomruk burzy. Słyszałem, jak dorośli mówią, że „frunt idzie i Nimcy bydum uciekać”…Dla mnie – pięciolatka – zima skończyła się w styczniu 1945. W mroźny, śnieżny dzień zaczęły świstać kule. W babcinym biedadomku nie było się gdzie schować, ale niewielką piwnicę mieli Kopeccy, zaprzyjaźnieni z dziadkami niemieccy przesiedleńcy z Besarabii. Przez okienko widziałem niemieckich żołnierzy w długich zimowych płaszczach uciekających przez pole przed kimś, kogo nie było. Niektórzy padali, także jakby nie wiadomo dlaczego. Nad ranem pola opustoszały, było cicho jak zwykle. Pobiegłem na drogę. Była pusta, ale zza wzniesienia dochodził coraz głośniejszy pomruk i nagle zaczął wyłaniać się wąż ciężarówek i czołgów. Mama porwała mnie za rękę przerażona, że to jeszcze Niemcy, i chciała uciekać. Na wieżach czołgów ukazały się gwiazdy, a na pancerzach siedzieli gęsto żołnierze zupełnie inni od tych, których oglądała przez pięć lat. Na przedmieścia Kalisza do mojego dziecinnego świata wjeżdżała Armia Czerwona.Na jednym czołgu czy ciężarówce grał harmonista. Nie pamiętam co. Może to była „Katiusza”, „Lili Marleen” frontu wschodniego. Było jak w socrealistycznym wojennym landszafcie, aż zastanawiam się, czy czegoś nie upiększam. Ale i bez tej melodii chwila była piękna. Mama, to już murowana prawda, na widok czerwonych gwiazd krzyczała na cały głos: „Ruskie! Rusoczki kochane!”, i machała im rękami. Skończył się szwabski koszmar, można go było wyrzucić z siebie, choćby w takim radosnym spazmie powitania. Ci żołnierze nieśli wolność, bo wtedy jeszcze dla takich prostych ludzi jak moja mama wolność oznaczała jedno: wolność od Niemców.

Dopiero potem okazało się, że będzie inaczej, lecz nigdy nie słyszałem w domu, że po Niemcach nastała Rosja. Krążył dowcip: „Dzisiaj kluski, jutro kluski, Polska nasza, a rząd ruski”, ale było oczywiste, że żyjemy nie pod nową okupacją, lecz w Polsce.

***

Moje pierwsze zetknięcie z żołnierzami rosyjskimi było słodkie. Radiotelegrafiści nadający z babcinego domku tajemnicze komunikaty dali mi kilka tabliczek czekolady, pewno amerykańskiej. Jeden komunikat utkwił mi w pamięci: „Ja karta, ja karta, prijom, prijom, prijom”. Nie było w nim nic niezwykłego, telegrafista oznaczony kryptonimem „karta”, czyli „mapa”, kogoś wywoływał. Może ten ktoś podał dane, gdzie ma walnąć haubica postawiona koło domu dziadków. Jak grzmotnęła, to szyby poleciały z okien. Zostało po niej kilka dużych łusek, które służyły mnie i memu koledze „Jutkowi” za czołgowe działa. Wieżycą było opatrzone w drewniane drzwi czoło ziemianki, w której przechowywano zimą kartofle, buraki, marchew. Armata strzelała w kierunku miasta, może gdzieś jeszcze bronili się Niemcy, ale nie zawzięli się na Kalisz jak w 1914 roku, gdy – jako pierwsze zdobyczne miasto – całkiem je spalili.

23 stycznia gród nad Prosną był w rękach rosyjskich, praktycznie nieposzkodowany. Najbardziej widoczną raną była wieża kościoła św. Józefa, której szczyt zmiótł armatni pocisk, może ten wystrzelony spod babcinego domu? To by nawet nadało szczególny sens pracy dziadka Ignacego przy odbudowie tej wieży, o czym zaświadczało jedno ze zdjęć rodzinnych. Pamiętam też wypaloną kamienicę w śródmieściu. W jej piwnicach myszkowaliśmy, szukając poniemieckiej broni, co było jednym z najbardziej podniecających zajęć chłopców czasu powojnia.

***

Z rodzinnego domu Niemcy wysiedlili nas w 1942 roku. Po niemieckich kolonistach dom zajęto na kwatery dla żołnierzy rosyjskich, ale było jasne, że do rozwalonego przez wojnę i śmierć Taty gniazda wracamy. To znaczy jasne było dla Mamy, bo moją ojczyzną był babciny kąt Kalisza: Ulica, Wiatrak, Kamienica, „Jutek” i inne dzieciaki. Nawet nie wiedziałem, że to nie u babci jest nasz prawdziwy dom, i zapowiedź przeprowadzki była dla mnie dramatem. Pamiętam czas przenosin na odległe od wiatraka przedmieście i pożegnanie z „Jutkiem”, bo płynęło dużo chłopięcych łez.

Ale to było później. Na razie fronty ucichły, ale ślady wojny ciągle były wokół. Ciężarówka załadowana istną piramidą granatów moździerzowych tkwiła długo na drodze wiodącej ku rzece. Wybuch mógł zmieść ze dwa sąsiednie domy, a jednak rodacy zaryzykowali i nie tykając arsenału, odkręcili wszystkie koła. Pamiętam ulicę sąsiadującą z babcinym domkiem zawaloną niemieckimi ciężarówkami i wozami bojowymi pozostawionymi zapewne z braku paliwa. Kilka uciekających pancerek pochłonęła Prosna i parę lat później, chroniąc się z chłopakami pod drzewem, patrzyliśmy, jak wojsko wysadza je w powietrze, a nad nami z gwizdem przelatuje kawał blachy ważącej ze sto kilo. Gdyby w nas wyrżnął, byłaby rąbanka.

Wojna długo zbierała ofiary. Głośna była masakra uczniów szkoły podstawowej w podkaliskiej wsi, którzy za pomocą młotka i dłuta chcieli rozebrać minę przeciwpancerną. Moi koledzy spod wiatraka rzucali o bruk granatem od ciężkiego moździerza, bo nie dawał się rozkręcić. Na szczęście tylko pękł, wyleciał z niego proszek i srebrna rurka. Podpalili ten proszek, pojawił się wielki płomień, a za chwilę rurka, pewno zapalnik, eksplodowała, kalecząc ich aluminiowymi odłamkami. Jeden miał pończochy, bo wtedy chłopcy nosili pończochy, zamienione w sitko, a drugi z rykiem leciał do domu, bo w mocno krwawiącym koniuszku nosa tkwił kawałek srebrnej blaszki. Długo sobie z jego nosa kpiliśmy.

***

Właściwie to wojna trwała nadal, z AK-owską partyzantką. Niejeden raz, gdy z chłopakami „latałem po ulicy”, widziałem, jak ciągną ku lasom w Brzezinach – później znanym tylko z dużej ilości grzybów – kolumny samochodów z wojskiem i wracają nieźle pokiereszowane przez „bandy”, o czym świadczyły bandaże rannych.

Na ulicy było niespokojnie, grasowały podejrzane grupki, czasami ktoś strzelał. Noce bywały pełne lęku, zwykle na serio, czasem na wyrost. Pamiętam odwiedziny tajemniczego potwora „mojo”. Załomotał ktoś w drzwi, a przerażona mama w odpowiedzi na pytanie, kto tam, usłyszała „mojo”, co ją jeszcze bardziej przeraziło. Brzmiało złowieszczo, nieludzko, tajemniczo. Nic się nie stało, „mojo” sobie poszedł, a prawda, do której doszedłem, dopiero pisząc te wspomnienia, była całkiem bezpieczna. Zabłąkany pijak na matczyne pytanie odpowiedział po kalisku „no jo!”, czyli „no ja”, a ona zaspana usłyszała „mojo”.

***

No i byli wyzwoliciele, armia naznaczona latami wojennych okropieństw, których doświadczała i które robiła. Otarliśmy się o różnych Rosjan. Ja o tych z czekoladą, Marta, córka Kopeckich, o bestie. Pamiętam, jak wnoszą ją do babcinego domku nieprzytomną, z długimi czarnymi warkoczami ciągnącymi się po ziemi. Wobec pięciolatka dorośli milczeli. Ale był też rosyjski kapitan wielkiej ogłady, który przed podobnym losem ratował jej mamę, gdy nocą w koszuli, tylnym oknem uciekała boso do pobliskiej komendantury. Pod domem stał pijany sołdat, domagając się otwarcia drzwi, i walił w powietrze z automatu. Dostał od tego kapitana chłodzącą chucie kurację: kilka godzin pod grubą warstwą śniegu i okiem wartownika.

Ulica przeżyła zbrodnię. Zamordowano właścicielkę jedynej w sąsiedztwie willi. Pewnego razu byłem z mamą w jej mieszkaniu i dotąd mam w oczach wyniosłą, budzącą lęk damę w sąsiedztwie mruczącej maszyny, podobno uspokajającej nerwy. Zaciekawiła mnie ta maszyna, ale kiedy się do niej zbliżyłem, zostałem przez damę skarcony. Maszyna nie pomogła jej zapanować nad niebezpieczną szczerością uczuć. Powiadano na ulicy, że źle traktuje kwaterujących u niej żołnierzy rosyjskich, że nawet wydziela im wodę, że ruscy mówili: „Jeszcze się, suka, swojej wody napije”. Parę dni po ich wyjeździe sąsiadów zaniepokoił wyjący pies; właścicielkę znaleźli martwą w przydomowej studni.

***

Wróciliśmy do pustego domu. Szaber, dziś słowo zapomniane, to było sezonowe określenie na zabieranie, trudno to nazywać okradaniem, mienia zostawionego przez mieszkańców, głównie przez Niemców. Tłumy jechały z centralnej Polski na zachód. Jedni, by tam się osiedlić, inni na szaber tego, czego nie zabrali rosyjscy maruderzy i „trofiejnyje otriady”, czyli oddziały zajmujące zdobycz wojenną. Nasze mieszkanie podobno ogołociła krewna, sąsiadka służąca u niemieckich osadników, w krótkiej przerwie między ich wyjazdem a zakwaterowaniem Rosjan. Miała sposobność, bo Niemcy zostawili dom w porządku, zamknęli go, a klucze dali służącej, by oddała właścicielom, jak wrócą.

Zastaliśmy zwały słomy ugniecionej przez śpiących na niej żołnierzy, krzesło, szafę, a za nią baterię butelek po wódce z moczem sołdatów. Dotarcia do nieco odległej sławojki nikt by już od utrudzonych wojną nie wymagał. W końcu była zima. Stopniowo sposobami, „rewindykacjami”, a także handlem z ruskimi, zamieniała mama pusty dom w gospodarstwo domowe. Sporo mebli zdobyła za dobrze wyglądający, ale zepsuty zegarek. Parę dni później poszkodowany przyszedł nie tyle z reklamacją, ile z wyrzutem: „Choziajka, ty mienia oduraczyła”, ale było w tym bardziej uznanie za spryt handlowy ładnej Polki niż złość. Z babcinego domu nadeszła część sypialni, którą ukochany brat zrobił dla niej w prezencie ślubnym. Skądś przywędrował wygodny fotel obity purpurowym pluszem. Zjawiały się garnki, łyżki, talerze, tace, filiżanki, dziś zabytki rodzinne nie tyle przez wartość, ile skrystalizowany w nich czas. Było też kilka pękatych kieliszków na długich zielonych nóżkach, które uwiodły mnie wtedy tajemniczym urokiem. Kilkadziesiąt lat później znalazłem takie na półce hipermarketu pod Paryżem. Odzyskałem kawałek pomostu z dzieciństwem i mam je – w kredensie za szkłem, bardzo uważając, by znów się nie potłukły.

***Polska – pierwszy w drodze na Zachód kraj nietknięty przez socjalizm – choć wynędzniała, jawiła się rosyjskim żołnierzom jako kraj dostatku. Kobieta mieszkająca z synem w dwóch pokojach na 50 metrach kwadratowych, już jako tako urządzonych, to było pogranicze burżujstwa. „Powiedz – zapytał raz kolegę Iwan – co byś jadł, gdybyś był tak bogaty? Jadłbym słoninę i na tę słoninę jeszcze kładłbym słoninę”. To brzmiało jak dowcip, ale śmieszne nie było, bo Rosjanom w drodze na Zachód towarzyszył nie tylko lęk przed śmiercią, ale też burczenie w brzuchu z głodu.Iwan, prosty, poczciwy Rosjanin, jeździł ciężarówką GAZ (skrót od Gorkowskij Awtomobilnyj Zawod, Gorkowskie Zakłady Samochodowe) i zalecał się do mamy, trzeba powiedzieć, że całkiem jak należy. Miałem z tego korzyści, czasami woził mnie tym GAZ–em, co było dużą frajdą. Jak dobrze pociągnę nosem, to wciąż czuję zapach szoferki, przesycony benzyną, kurzem, machorką, niemytymi ciałami i niepranymi kufajkami.

Gorzej znosiłem energiczne całusy maminego zalotnika. Przypomniałem je sobie w dorosłości, oglądając namiętne obcałowywanie przez towarzysza Breżniewa sekretarzy bratnich partii. Konkury Iwana omal nie skończyły się wojną między Armią Czerwoną a dywizją kościuszkowską. Był bowiem inny kandydat do ręki, porucznik, kościuszkowiec. Zwał się Piotr Broszko, po lwowsku gadał, był postawny, elegancki, nerwus. Nosił czarne wąsiki, miał pełno złotych zębów i nienawidził ruskich. Pewno miał za co. Za co nienawidził Żydów, trudno powiedzieć, ale opowiadał, jak to się załatwiali z tymi, którzy nie potrafili zaśpiewać hymnu lub powiedzieć „Ojcze nasz”. Dla parolatka żyjącego w oparze wojny te opowieści były obojętne. Dużo czasu minęło, nim dotarł do mnie rzeczywisty ich sens. Był to jeden ze śladów polskich polowań na Żydów pod koniec wojny i tuż po niej.

Broszko szybko wziął nad czerwonoarmistą górę. Gdy tamten nie rezygnował, przyszedł z pepeszą, władował ją pod pierzynę – spało się wtedy pod pierzynami – i powiedział: „Jeśli sobie nie pójdzie, wypruję bebechy z sukinsyna”. Na szczęście demonstracja siły wystarczyła, ale z konkurów Broszce nic nie wyszło, choć chciał się żenić.

***

Rosjanie z wyzwolicieli szybko zmienili się w dopust boży – przestępstwa, grabienie, małe prywatne i wielkie państwowe, wywózki całych fabryk, szczególnie na ziemiach zachodnich. Szeptana opinia publiczna szybko to skomentowała. Na paczce papierosów Triumf jeden z kominów fabrycznych nie dymił – popularny dowcip wyjaśniał nazwę papierosów, że „tu ruski Iwan ukradł maszynę fabryczną”, w skrócie „triumf”.

Wkrótce po przeprowadzce na Częstochowską mama zaczęła pracę jako przędzarka w Kaliskich Zakładach Włókienniczych i zapisała się do PPS, by uniknąć natręctwa agitatorów pepeerowskich i podejrzeń, że jest klasowo obca i niechętna władzy ludowej. Była żoną kupca, czyli kapitalisty, a od władzy ludowej już wiało strachem. Ulica szybko dostrzegła, że przed „kumunistami” z PPR-u trzeba się mieć na baczności. Peperowiec, peperówka to były obelgi. Potem z latami rosła nienawiść. Miała podstawę, brutalny wyzysk pracowników i rolników w czasach sześciolatki. Dopiero w roku 1956 Władysław Gomułka, polityk, którego ludzie przez kilka lat uwielbiali niemal jak Piłsudskiego, nadał Polsce Ludowej pewną wiarygodność i osłabił złe do niej uczucia.

Na przestrzeni jakichś trzech kilometrów wszyscy dobrze się znali, każdy o każdym wiedział wszystko. Także o tym, kto się zapisał do partii albo do UB i trzeba na niego uważać. Nie było ich wielu, najbardziej zapamiętałem syna jednego z gospodarzy, niezbyt rozgarniętego, który wstąpił do ZWM, co ulica komentowała, że „głupek Bunifacy się do kumunistów zapisoł”. Większość sąsiadów wybrała siedzenie cicho, niektórzy – jak mama – za schowek uznali PPS. PSL to był wybór walki, nie pamiętam PSL-owca z ulicy, choć mieszkało na niej wtedy jeszcze wielu rolników. Może miał coś wspólnego z PSL-em mąż owej zamordowanej właścicielki willi, choć sąsiedzi wiązali go z AK, co brzmiało jeszcze gorzej. Jakiś czas później, widząc go kręcącego się po ogrodzie w ciemnych okularach, mawiano, „że się ukrywa”. To jedyny z ulicy przejaw sprzeciwu wobec nowych porządków, który zapamiętałem. Po zlikwidowaniu PPS i powstaniu PZPR mamę wykreślili za bierność, w ramach antypepeesowskiej czystki.

Dobrze pamiętam pierwszą wypłatę mamy. Dzień takiej radości z przyniesionych pieniędzy, z jaką się nigdy potem nie zetknąłem. Mama była odurzona plikiem banknotów, które rozłożyła jak talię kart po wejściu do babcinego domku, gdzie na nią czekałem. W matczynym przeliczeniu na możliwość zakupów, a umiała dobrze liczyć domowy budżet, musiało to być bardzo dużo w porównaniu z wojną. Wyglądało jak zwiastun bardziej dostatniego czasu, jednostkowe świadectwo szybkiej poprawy warunków życia w pierwszych latach po wojnie, widoczne też w statystykach. Musiało być szczególnie mocno odczuwane przez pokolenie moich rodziców pamiętające wielką biedę po zakończeniu I wojny światowej. Parę lat później przyszły rozczarowania, ale teraz była „ciocia UNRRA”, paczki z Ameryki, dokarmianie wymizerowanej wojną ludności Europy zapasami zrobionymi dla amerykańskich żołnierzy.

* Waldemar Kuczyński – ur. w 1939 r., ekonomista, publicysta, polityk działacz opozycji w PRL, szef zespołu doradców premiera Tadeusza Mazowieckiego, były minister przekształceń własnościowych.


Nowość: książka Magdaleny Grzebałkowskiej „1945. Wojna i pokój

 

A poza tym w Magazynie Świątecznym:

Obywatel Kaliban się nudzi
Filozofii zwyczajnie nie rozumie. Jeśli sztuka, to tylko ta, którą lubi. Nauka to dlań pusta zabawa. Chyba że daje szybki efekt, najlepiej produkt. Barbara Skarga o człowieku epoki bezwstydu

Ruskie, rusoczki kochane
Krążył dowcip: „Dzisiaj kluski, jutro kluski, Polska nasza, a rząd ruski”, ale było oczywiste, że żyjemy nie pod nową okupacją, lecz w Polsce. Waldemar Kuczyński wspomina swoje wyzwolenie w 1945 r.

Andrzej Stasiuk: iPhone’em świata nie zbawisz
Jaka demokracja?! Tu o najzwyklejszy egoizm idzie. O święty spokój, a nie o demokrację. O „daj mi zarabiać i kupować i odpierdol się ode mnie”. Z Andrzejem Stasiukiem rozmawia Dorota Wodecka

Niezastąpiona panna U.
Podróże bez wizy? Zapomnij. Studia za granicą? Nie dla ciebie. Rosną ceny, Pendolino nie przyspieszy. Niemożliwe? Możliwe. Wystarczy, że zabraknie Unii Europejskiej – pisze Róża Thun

Avengers. Superbohaterowie jak bogowie
„Avengers: Czas Ultrona” już w kinach. W pierwszy weekend wyświetlania w Ameryce zarobiło 187,7 miliona dolarów. Lepsza była tylko pierwsza część. Skąd ten sukces?

Wino, głodówka i seks. Rozmowa z Jerzym Vetulanim
Starzejesz się tak, jak żyjesz – mówi słynny neurobiolog i jeden z założycieli Piwnicy pod Baranami Jerzy Vetulani. Rozmowa Martyny Harland

Siemianówka pod Słowiańskiem wstaje z ruin
Człowiek idzie przez Siemianówkę, patrzy na ściany jak rzeszoto, na drogę, z której sterczą jak muchomory niewybuchy moździerzy, i myśli: „Jak ja to, k…, przeżyłem?”. Reportaż Igora T. Miecika

Artyści i mordercy [UGREŠIĆ]
Po co pisarze i malarze, skoro szumowiny odkryły artystów w samych sobie?

Hipokrates zagląda do Excela
Żeby ocalić 500 mln ludzi, wystarczą proste antybiotyki i szczepionki. Cztery leki, których roczny koszt na osobę wynosi 0,4 dolara

Wyborcza.pl

Dzień Zwycięstwa – opium dla narodu

Wacław Radziwinowicz, Moskwa, 09.05.2015
Wacław Radziwinowicz

Wacław Radziwinowicz (Fot. Agencja Gazeta)

CO DZIŚ W ROSJI PISZCZY. Władimira Putina i jego ludzi w szkołach uczyli, że „religia to opium dla ludu”, a to jest złe. Dawne lekcje w zapomnienie nie poszły. Zmienił się tylko wektor. „Opium” okazało się przydatne, więc dobre. Można nim lud znieczulić na spadek stopy życiowej, zmobilizować.
Oto, co o dzisiejszym święcie pisze Aleksandr Prochanow, pisarz, prawosławny stalinista, który w putinowskiej Rosji jest kreowany jeśli nie na proroka, to na jednego z głównych państwowych kaznodziei:”Dziś zwycięstwo dla nas jest wielkim świętem religijnym, dziełem ozdobionym religijnymi wyobrażeniami o świecie, jego losach i wartościach. Wojna święta, zwycięstwo święte, naród-zwycięzca w tej wojnie, jest narodem świętym, on jest oświecony świętymi sakramentami i świętymi postępkami. Ta świętość spoczęła na wszystkich – i na szeregowym i na generalissimusie.Świętym był cały naród-zwycięzca. I samo zwycięstwo stanowi dziś wielką, cudotwórczą ikonę. W niej zawarta jest cała ideologia, wszystkie symbole i sensy naszego dzisiejszego państwa. I państwo podchodzi do tego wodopoju, by pić z niego wodę żywą.

Broń, która dziś płynie dziś przez Plac Czerwony, potężne czołgi, rakiety, baterie przeciwlotnicze niesie w sobie pamięć o świętej broni zwycięstwa, o pepeszach, czołgach T-34. Broń rosyjska święta jest”.

10-latki w wojskowych furażerkach patrzą na czołgi

Byłem przed godz. 9 czasu polskiego na ulicy Twerskiej, na której ustawiały się przed defiladą wozy pancerne, czołgi, rakiety i inne sprzęty do zabijania. Trzy dziewczynki, na oko 10-letnie, ubrane w modne dziś wojskowe furażerki z oczami rozpromienionymi od tych „świętości”, co przed nimi ze zgrzytem gąsienic przepłynęły śpiewały: – „Wed’ od tajgi do britanskich morej Krasnaja Armia wsiech silniej” („Przecież od tajgi do mórz brytyjskich Armia Czerwona jest silniejsza od wszystkich”).

I tym my tu żyjemy w ostatnich dniach. Przede wszystkim „Armatą”, supernowoczesnym niezniszczalnym czołgiem, który „nie ma odpowiedników w świecie całym”. To cudo akurat na generalnej próbie parady rozkraczyło się przed samą trybuną. Ale ten fakt telewizor kremlowski przemilczał.

Opium „religijnego święta zwycięstwa” sprawia, że nie zwracamy uwagi na witryny sklepów i restauracji na tej samej Twerskiej. A w nich, co krok widomy znak kryzysu – wielki napis „Na sprzedaż”, „Do wynajęcia”.

Śmiertelność Rosjan gwałtownie rośnie

Kilka dni temu Federalna Służba Statystyki Państwowej podała, że w pierwszym kwartale tego roku umarło o 5 proc. Rosjan więcej niż w trzech pierwszych miesiącach 2014 r.

O tym telewizor też oczywiście nie mówi, a demografowie nie potrafią lub nie chcą odpowiedzieć, skąd ten makabryczny wzrost śmiertelności.

Co ciekawe, podskoczyła przede wszystkim liczba zgonów spowodowanych chorobami dróg oddechowych. Rosjanie częściej umierają na grypę, zapalenie płuc. Być może dlatego, że w kryzysie i w wyniku sankcji wprowadzonych przez Kreml na import z Unii Europejskiej spadło spożycie owoców i warzyw. Bardzo podrożały też lekarstwa.

Trener reprezentacji Rosji oszukany

„Opium dla ludu” okazuje się przydatne także tam, gdzie różni ważniacy chcieliby ukryć swoje drobne szwindle.

W piątek okazało się, że Fabio Capello, Włocha trenującego futbolową reprezentację Rosji, oszukali przy wypłacie gaży. Dali mu przewidziane kontraktem 7 mln euro, ale na ruble przeliczyli je po pradawnym niskim kursie, a nie dzisiejszym – wysokim.

Selekcjoner domaga się uczciwej wypłaty. Na to Nikołaj Tołstych, prezes Rosyjskiego Związku Futbolowego odpalił mu, że w przeddzień 70. rocznicy zwycięstwa nie godzi się rozmawiać o tak przyziemnej materii, jak pieniądze i złożył trenerowi życzenia świąteczne.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s