09.05.2015

 

astronomZzielonej Góry

Planeta podobna do Jowisza. Odkrycie naukowca z Zielonej Góry [ZDJĘCIA]

Artur Łukasiewicz, 08.05.2015
Bartosz Gauza i obserwatorium La Silla Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO) w Chile

Bartosz Gauza i obserwatorium La Silla Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO) w Chile (Arch. Bartosza Gauzy)

Bartosz Gauza, astronom z Zielonej Góry, odkrył ogromną planetę przypominającą Jowisza sprzed 4 mld lat. Udało się ją sfotografować, co jest wielką rzadkością
Bartosz Gauza pochodzi z Zielonej góry. Cztery lata temu obronił magisterkę w Instytucie Astronomii Uniwersytetu Zielonogórskiego. Promotorem jego pracy był prof. Andrzej Maciejewski, opiekunką dr Agnieszka Słowikowska. Po obronie dostał się na studia doktoranckie w Instytucie Astrofizyki Wysp Kanaryjskich (IAC) na Teneryfie.

– Świetnie się zapowiadał, samodzielny, dokładny. Jako jeden z niewielu dostał się do IAC, a miał konkurencję z całego świata – opowiada prof. Andrzej Maciejewski, dyrektor Instytutu Astronomii UZ.

Odkrycie gigantycznej egzoplanety – tak określa się planety spoza Układu Słonecznego – przez zespół naukowców z Teneryfy, Madrytu i Kartageny opublikowało amerykańskie czasopismo „The Astrophysical Journal”. Jako pierwszy autor figuruje Bartosz Gauza. Badacze nazwali planetę VHS 1256b.

– To gazowy olbrzym, podobnie jak największa planeta naszego Układu Słonecznego. Ma ona rozmiary zbliżone do Jowisza, natomiast jej masa jest około jedenastokrotnie większa – mówi Gauza. – Planeta krąży wokół gwiazdy znacznie chłodniejszej od Słońca, tak zwanego czerwonego karła, która ma o ok. 3000 st. C mniej od Słońca. Planeta orbituje w odległości 100 jednostek astronomicznych, czyli 100 razy dalej niż Ziemia od Słońca.

Wiek sfotografowanej przez astrofizyków planety oceniono na 150-300 mln lat. Jest więc bardzo młoda. Nasz Układ Słoneczny liczy sobie 4,6 mld lat. – Udało nam się też wyznaczyć odległość tego systemu od Słońca – 40 lat świetlnych, tj. odległość, jaką pokonuje światło w ciągu 40 lat. Taki dystans może wydać się niezmiernie duży, z astronomicznego punktu widzenia jest to jednak wciąż nasze bardzo bliskie sąsiedztwo – komentuje zielonogórski astrofizyk.

Planety nie pozują do zdjęć

– Dzięki stosunkowo niedużej odległości tego systemu od Słońca byliśmy w stanie po raz pierwszy uzyskać szczegółowe widmo. Planeta VHS 1256b ma intensywnie czerwony kolor oraz osobliwe cechy atmosfery, w której odnaleźliśmy ślady pary wodnej i metali alkalicznych. Nie znaleźliśmy metanu, któremu sprzyjają wysokie temperatury – podkreśla Victor Sánchez Béjar, astrofizyk z IAC i współautor pracy.

Planeta z temperaturą 1200 st. C jest stosunkowo gorąca i jasna. Udało się to zaobserwować przy pomocy teleskopu VISTA w Chile. Teleskop należy do Europejskiego Obserwatorium Południowego (ESO).

– Może odkrywanie planet dziś nie należy do sensacyjnych, jednak to Bartka Gauzy jest wyjątkowe z powodu zdjęć. Znamy ponad dwa tysiące planet, które krążą wokół innych gwiazd niż Słońce, ale sfotografowano zaledwie kilka – komentuje prof. Andrzej Maciejewski.

Dlaczego tak trudno zrobić zdjęcie planecie?

– Z kilku powodów. Są to bardzo ciemne obiekty, leżą blisko jasnych gwiazd. By je dostrzec na zdjęciu, musimy zebrać jak najwięcej docierającego do nas promieniowania. Uzyskać wysoki kontrast oraz wysoką rozdzielczość kątową obrazu – odpowiada Gauza. – Takie obserwacje są dziś możliwe przy wykorzystaniu teleskopów o dużej aperturze, czyli dużej powierzchni zwierciadła lub teleskopów operujących z przestrzeni kosmicznej, wyposażonych w czułe detektory. Ponadto ważne są cechy samej planety. W skrócie, we wczesnych etapach swojej ewolucji jest gorąca, a zatem jaśniejsza. Im leży dalej od nas, dociera mniej promieniowania. Im leży dalej od swojej gwiazdy, tym łatwiej odseparować jej światło od światła gwiazdy. Poza tym, ważny jest typ gwiazdy. Im jaśniejsza, tym trudniej dostrzec znacznie ciemniejszą planetę.

W kinie to jest fantastyka

Według prof. Maciejewskiego podobne odkrycia są fantastyczną promocją nauki. Uniwersytet Zielonogórski stara się o utworzenie kierunku inżynierii kosmicznej. – Zgłosiło się za mało chętnych, ale współpracujemy z uniwersytetem w Olsztynie, powinno być tylko lepiej. Na forach internetowych czytam, że ludzie nie dowierzają, by inżynieria kosmiczna była poważną ofertą. Tymczasem fakty są inne. Będą na to duże pieniądze – opowiada prof. Maciejewski.

– Jak młodzi astronomowie i astrofizycy mogą robić kariery naukowe? – pytam.

– Szukać szans w programach naukowych. Mamy w Zielonej Górze Holendra, stypendystę z programu Astronet 2. Dostaje z unijnego projektu dwa tysiące euro miesięcznie. Wcześniej studiował u nas Rosjanin. O ile wiem, w programie jest tylko jeden Polak. Ważne jest co innego. Z każdego ośrodka można pójść w świat. Rozwijać się. Oprócz Bartka Gauzy, z Uniwersytetu Zielonogórskiego karierę zrobił Szymon Kozłowski, dziś badacz na Uniwersytecie Warszawskim. Pokazują, że małe ośrodki nie są przeszkodą.

– Wyobraźnię kosmiczną zwykłych ludzi kształtują filmy, tak jak ostatnio „Interstellar”. W nim kosmonauci penetrują pozasłoneczne układy. Przekraczają barierę czasu, nie starzeją się.

– To czysta fantastyka. By przekroczyć nasz układ, potrzeba kilkudziesięciu lat. Nie da się za jednego życia odbyć podróży tam i z powrotem. Wierzmy nauce.

Bartosz Gauza zamierza obronić doktorat na Wyspach Kanaryjskich. – A potem? Być może zdobyć grant naukowy i dalej badać planety nie z naszego układu.

zielonagora.gazeta.pl

Szczątki gen. Błasika od soboty na Jasnej Górze

Wojciech Czuchnowski, agko, 08.05.2015
Urna z prochami gen. Andrzeja Błasika ze Smoleńska zostanie złożona na Jasnej Górze

Urna z prochami gen. Andrzeja Błasika ze Smoleńska zostanie złożona na Jasnej Górze (Fot. Wojciech Olkunik / AG)

Mimo że gen. Andrzej Błasik leży na Powązkach, dziś urna z jego szczątkami znalezionymi w Smoleńsku zostanie złożona na Jasnej Górze.
Na złożenie urny w Kaplicy Pamięci Narodu zgodę wydał przeor klasztoru o. Marian Waligóra. Szczątki zostaną tam pochowane w asyście honorowej Wojska Polskiego. O obecność wojska zwróciła się do szefa MON Ewa Błasik, wdowa po generale, który w dniu katastrofy smoleńskiej był Dowódcą Sił Powietrznych.Grób gen. Błasika jest na warszawskich Powązkach w kwaterze ofiar tej tragedii, oficjalny pogrzeb odbył się 28 kwietnia 2010 r. Skąd zatem urna, która dziś będzie złożona w sanktuarium?

Znajdują się w niej szczątki ludzkie, które 2 września 2010 r. znaleźli na miejscu katastrofy uczestnicy Rajdu Katyńskiego. Po przyjeździe do Polski przekazali je prokuraturze, a ta zidentyfikowała je jako fragmenty ciała gen. Błasika. Jak pisze w liście do MON Ewa Błasik, pod koniec kwietnia 2015 r. śledczy zakończyli badanie szczątków i teraz można je pochować.

Nie wiadomo, kto oprócz rodziny i przedstawicieli wojska weźmie udział w uroczystości. Jej głównymi organizatorami są uczestnicy Rajdu Katyńskiego. Niedawno bronili rosyjskich motocyklistów z proputinowskiej grupy Nocne Wilki, którym polskie władze zabroniły przejazdu przez nasz kraj. Szef Rajdu jest jednocześnie przewodniczącym komitetu wyborczego Grzegorza Brauna, faszyzującego kandydata na prezydenta.

W PiS informacja o złożeniu szczątków wywołała zdziwienie. Jak nam powiedziano, można się spodziewać, że na pochówku urny zjawi się Jarosław Kaczyński, ale nie jest to informacja pewna.

Od momentu ujawnienia (w czerwcu 2010 r.) stenogramów z kabiny prezydenckiego tupolewa trwa spór o to, czy gen. Błasik był obecny w kokpicie podczas podejścia do tragicznego lądowania zakończonego zderzeniem z ziemią.

Dwie pierwsze ekspertyzy (rosyjskiego MAK i Laboratorium Kryminalistycznego Policji) wskazywały, że to jego głos został nagrany w kabinie pilotów. Ekspertyza krakowskiego Instytutu im. prof. Sehna stwierdzała, że nie można tego na pewno ustalić. Ostatnia ekspertyza nagrań z kabiny, ujawniona w kwietniu 2015 r., wskazuje na obecność generała, oraz na to, że mógł on ingerować w pracę pilotów i wywierać na nich presję, by lądowali mimo złych warunków.

Zobacz także

wyborcza.pl

Maleńczuk dla dziennik.pl: Polskim Kościołem rządzi grupa ciężkich dewiantów

Anna Sobańda | 2015-05-08

Maciej Maleńczuk w swojej najnowszej książce, napisanej wspólnie z Barbarą Burdzy, „Ćpałem, chlałem i przetrwałem” opisuje swoje przygody z narkotykami i alkoholem. W rozmowie z dziennik.pl, muzyk zdradził także, dlaczego nienawidzi kleru, co jego zdaniem odróżnia dziewczyny od bab i dlaczego uparł się, że będzie nosił na szyi swastykę.

reklama

 

Anna Sobańda: Twoja książka nosi tytuł „Ćpałem, chlałem i przetrwałem”, a ja zastanawiam się, jak to możliwe, że po tym wszystkim, co wypiłeś i przyćpałeś, udało ci się przetrwać.

Maciej Maleńczuk: Po pierwsze ja zawsze miałem idee fixe, że chcę być artystą muzykiem i tylko chwilowo gram na ulicy. A że wszyscy koledzy, jakich miałem, byli ćpaczami, nie miałem oporów, żeby sobie z nimi trzepnąć w kanał. Ale następnego dnia, gdy oni poszukiwali kolejnej działki, ja wracałem do swoich spraw, czyli do grania na gitarze. Nie do końca rozumiałem tylko, dlaczego jest mi tak jakoś dziwnie. Nie kojarzyłem złego samopoczucia z tym, że dwa dni temu dałem sobie w kanał. A heroina zaczyna cię rąbać właśnie dopiero po dwóch dniach. Do tego czasu zdążyłem zapomnieć, że brałem. Myślałem, że mam grypę, objawy były podobne. Moi koledzy nie chcieli tak się czuć i nie dopuszczali do kaca. Wielokrotnie mówiłem im: przecież musicie mieć kace, musicie mieć zejścia. Ale nie słuchali. Przytoczę tu dowcip, który bardzo lubię. Spotykają się Jimmi Hendrix z Milesem Davisem. I Davis mówi do palącego blanta Hendrixa: Sorry stary, muszę iść do toalety podać sobie działkę heroiny. Kiedy wraca, Jimmi się go pyta: Miles, jak ty tak bierzesz tę heroinę, to ty się nie boisz, że się uzależnisz? A Miles mu na to: Jak to, biorę heroinę 15 lat i jeszcze żadnego uzależnienia nie zauważyłem. (śmiech)

Czyli żeby się nie uzależnić, trzeba dopuszczać do kaca?

Tak, w tej kwestii zgadzam się z Kubą Sienkiewiczem, który twierdzi, że jeśli ktoś ostro chlał i się zapuścił, to nieetyczne jest podawanie mu leków czy kroplówek. Jego psim obowiązkiem jest znieść tego kaca. Nieetyczne jest zabijanie tego ostatniego działania narkotyku następną działką. To nie fair wobec samego narkotyku, który sam Pan Bóg dał nam po to, żebyśmy się dobrze czuli. To jest nie fair wobec przyrody.

W książce piszesz też o swoich początkowych doświadczeniach z narkotykami. Próbowałeś smażyć proszek „Ixi” na patelni, wąchałeś Butapren, wstrzykiwałeś sobie adrenalinę znalezioną w torbie pewnego lekarza. Skąd to silne parcie na to, żeby się naćpać?

To był hipizm, to były lata siedemdziesiąte. Ja jestem ukształtowany jeszcze na latach sześćdziesiątych, czyli na Jimmim Hendrixie, Janis Joplin itd. I za tymi wszystkimi artystami szły opowieści o tym, że oni brali narkotyki. Bez obciachu występowali naćpani.

Czyli etos rockmana?

Uważałem, że chcąc być prawdziwym hipisem i prawdziwym artystą muzykiem, trzeba ćpać. Byłem o tym przekonany od dziecka, poszukiwałem tej psychodelii i ją sobie znalazłem.

Zdarzało się, że w poszukiwaniu psychodelii mocno ryzykowałeś. Można odnieść wrażenie, że wstrzykiwałeś sobie wszystko, co ci w ręce wpadło.

Wiesz co, wszyscy moi koledzy robili to samo – eksperymentowali, znajdywali jakieś tabletki. Czasem nie wiadomo było nawet, co to jest, a próbowali podawać to sobie w kanał. Byliśmy nieodpowiedzialni.

Więc jednak w tym przetrwaniu było też trochę szczęścia.

Być może. Nigdy nie zapomnę, jak podałem sobie dwie ampułki adrenaliny dożylnie. A przecież ją podaje się domięśniowo. Prawdopodobnie byłem bliski śmierci. Wiesz, może do pewnego stopnia my chcieliśmy się zabić. Rzeczywistość była wtedy taka sobie. Nie było skąd wziąć kasy, a inflacja była na poziomie 600%. Cokolwiek zarobiłeś jednego dnia, drugiego dnia nie było nic warte. Żyło się z dnia na dzień, więc dla nas znalezienie dobrego towaru było wydarzeniem. Póki grałem na ulicy, nie miałem takich myśli, wystarczyło się napić. Ale później przychodziła zima, nie było grania i nie było zarabiania, ale niezależnie od temperatury na zewnątrz, nikt z nas nie siedział na chacie. Stało się więc na rogu, czekało na kumpla, takiego samego rozbitka jak ty. Może on coś przyniesie albo chociaż będzie miał jakiś pomysł. I najczęściej w końcu ktoś ten pomysł przynosił. To była miła odmiana. Mieliśmy więc już plan, że jedziemy zrobić towar do grzania. Nikt się właściwie nie zastanawiał, czy to jest zdrowe. Dla nas było zdrowsze, niż stanie dalej na tym rogu.

Heroinę nazywasz świetnym narkotykiem, o alkoholu mówisz, że to syf i bagno. Skąd takie różne odczucia?

Picie jest wpisane w genotyp Polaka, w tym kraju trzeba byłoby się zaszyć, żeby nie pić. Co prawda nie mam genetycznie wbitego alkoholu, bo moi rodzice nie byli alkoholikami, musiałem nad tym nałogiem trochę popracować. Dużo łatwiej wchodziły mi narkotyki, choć moi rodzice nie byli też narkomanami. Nie każdemu jednak heroina dobrze wchodzi. Bardzo wiele osób po pierwszych próbach źle się czuje. A ja te pierwsze razy z heroiną wspominam bardzo dobrze. Chociaż to niezwykle szkodliwy narkotyk – taka prawdziwa heroina robiona z maku to jest zew zmarłych. Czasami odczuwałem to na zejściu, kiedy narkotyk jeszcze działał, a organizm już odmawiał posłuszeństwa. Miałem wówczas wrażenie, że z ziemi wysuwają się czarne macki i mnie ciągną. Wszyscy ci, którzy się od tego wykończyli, wyciągali do mnie ręce i wołali „chodź do nas”. Patrzyłem i widziałem, że to jest całkiem niezłe towarzystwo (śmiech).

Jako hippis powinieneś jednak cenić sobie wolność, a trudno mówić o wolności, gdy jest się uzależnionym.

Hipizm tak naprawdę to palenie trawki, chodzenie na koncerty, zapuszczanie włosów i tańczenie w deszczu. A to nie ja. Zawsze byłem tym czarniejszym hippisem. Lubiłem mocniejsze dragi, spotkania, o których wolałbym nigdy nikomu nie opowiadać, lubiłem ciemne sprawki. Ale to nigdy nie było żadne złodziejstwo czy przestępstwa. Aż tak źle nie było.

W którym momencie poczułeś, że czas odsunąć te mocniejsze dragi?

Przy tych cięższych dragach miałem kilka zejść, umierałem. Te przedawkowania skłoniły mnie, żeby całkowicie odsunąć heroinę.

Swoje przygody z narkotykami zaczynałeś dość wcześnie. Podejrzewam, że rodzice niewiele o nich wiedzieli. Nie boisz się, jak zareaguję po przeczytaniu o twoich początkach z ćpaniem?

Mama pewnie będzie przerażona, ale to są moje sprawy. Wiesz, ja mam pięćdziesiąt parę lat, co się będę przejmował rodzicami, całe życie musiałbym się tym przejmować. Mam czasem takie sny, że ląduję w podstawówce i myślę sobie: „Kiedy ja skończę tę 8 klasę? Przecież mam już 50 lat i ciągle jestem w szkole”. To jest sen, którego nienawidzę. Kiedy ja w końcu przestanę być sztorcowany przez matkę, żonę, kochankę czy kogoś, kto jest wyżej ode mnie? Kiedy w końcu ludzie przestaną mi nad głową kłapać, jak mam żyć w moim wieku? To jest śmieszne.

Lubimy oceniać innych.

To pewne. Zastanawiam się czasem, skąd się bierze taki żarliwy katolicyzm. To padanie na twarz przed obrazami, modlenie się kilka razy dziennie, pokazywanie wszystkim, jaki to ja wierzący jestem. Wiesz skąd? Z tego syfu, który ci ludzie narobili wokół siebie – otacza ich taki gnój, że nie pozostaje nic innego, jak paść na twarz i błagać Pana Boga o przebaczenie za to, co uczynili z tej krainy.

>>>Czytaj także: Maleńczuk: Polacy są faszystami. Fascynuje mnie zło przeciętnego katolika

Jesteś za duży, żeby martwić się o to, co powiedzą rodzice, ale nie boisz się tego, jak na twoją książkę zareagują córki?

One są z kolei za małe. Poza tym moje córki wiedzą, jaka jest moja przeszłość. Ja tego przed nimi nie ukrywam. Przecież ja w domu nie jestem narkomanem, w domu jestem tatusiem, który kocha swoje dzieci. Chciałbym, żeby to wszyscy wiedzieli. Bałbym się dużo bardziej, gdybym pisał o tym, jak wyglądało moje dzieciństwo. Nie chciałem też sprzedawać swoich sytuacji męsko-damskich.

A spotkałeś się z zarzutem, że twoja książka promuje narkotyki? W końcu piszesz, że do dziś miło wspominasz przygody z heroiną.

Książka jest momentami tak krwista, że nie wyobrażam sobie, że może być przez kogoś odebrana jako promocja. Poza tym, to jest moje życie i żaden cenzor nie ma prawa w to ingerować.

Wielokrotnie mówiłeś, że kochasz Polskę, ale naród już niekoniecznie.

Bo to jest tak, jak z Krakowem – całkiem niezłe miasteczko, tylko mieszkańcy skurwysyny.

Trochę chyba kokietujesz, bo czytając książkę miałam wrażenie, że ty lubisz ludzi. Często doszukujesz się w nich fajnych, pozytywnych cech.

Lubię się doszukiwać fajnych cech w ludziach, którzy mnie nie lubią. Na przykład w ojcu mojej niegdysiejszej dziewczyny, który mnie nie lubił i uważał, że jestem fatalną partią dla jego córki. Ale podobało mi się w nim to, że nie był hipokrytą. Mnie nie trzeba lubić, żebym kogoś szanował. Nie trzeba włazić mi do dupy, żebym komuś podał rękę. Zawsze miałem bardzo ostrożny stosunek do dupowłazów.

Ale jesteś też dobrym obserwatorem. Takie odniosłam wrażenie po tym, jak opisywałeś swój pobyt w więzieniu i zakładzie psychiatrycznym.

Kiedy lądowałem w trudnych sytuacjach, takich jak wojsko, więzienie czy psychiatryk, włączała mi się zimna obserwacja zjawiska. W sumie najtrudniejszą sytuacją było wojsko. A kiedy wylądowałem po tej wojskowej „manianie” w więzieniu, byłem szczęśliwy, że jestem w jakimś spokojnym miejscu, że wreszcie mogę sobie jakoś ten dzień ułożyć, że nie będzie mnie atakował jakiś kolejny major, który będzie mi na siłę wlewał zupę do gardła i tak dalej. Że mogę sobie spokojnie wziąć książkę i nikt nie będzie się do mnie przypierdalał. Więzienie było dla mnie do pewnego stopnia wybawieniem od tej kretyńskiej, całkowicie wariackiej sytuacji w wojsku. Tam wszystko stało na głowie, dom wariatów.

Do więzienia trafiłeś, odmawiając służby wojskowej. Co chciałeś w ten sposób zamanifestować?

Manifestowałem tym swoją wolność, przynależność do grupy opozycyjnej i przede wszystkim, ponieważ to były czasy solidarnościowe, chciałem dokonać jakiegoś bohaterskiego czynu.

A gdyby dziś Polska stanęła w obliczu konfliktu zbrojnego z Rosją, co być zrobił?

Dzisiaj bym poszedł do wojska. Przede wszystkim jestem już stary, więc mogę zginąć. Nawet zastanawiałem się, czy dla PR-u nie zgłosić się do tych durnych rezerw, ale tam nie ma miejsca. W ogóle uważam, że do wojska powinno się powoływać mężczyzn 50+, a nie 20+, bo wiesz, „old soldiers never die”. A tymczasem na wojny wysyła się młodych ludzi. Na Ukrainie zginęło nawet 40-50 tys. ludzi i to samych młodych. Ja widziałem domy zawalone trupami w mundurach. Mimo to, ci młodzi zgłaszali się do wojska masowo. Muszę przyznać, że podziwiam bratni ukraiński naród za tę odwagę. Cały świat się od nich odwrócił, a oni na tym chujowym sprzęcie, z jednym granatem u paska, gotowi byli walczyć z rosyjską machiną wojenną. Rosjanie zaś wykopali sobie wielki dół i już się z Ukraińcami nie dogadają nigdy.

Znany jesteś z tego, że lubisz drażnić społeczeństwo. Co ci to daje?

To jest moja druga natura. W moim przypadku zrobienie skandalu to jest powiedzenie paru słów prawdy. Choćby tak jak w tej książce. Poza tym czasem robię prowokacje dla prowokacji, że jest to jakiś rodzaj punk rocka. Bo artysta, który wychodzi na scenę i mówi „kocham was”, łże jak pies. Kiedy jestem w jakimś programie telewizyjnym i muszę łgać, maksymalnie mnie to irytuje.

Ale oglądając twoje wywiady, można odnieść wrażenie, że przybierasz wówczas różne maski.

Tego się nauczyłem. Potrafię z każdym rozmawiać inaczej. Jak będę rozmawiał z kryminalistą, to będę rozmawiał językiem grypsującym, a jak będę rozmawiał z intelektualistą, to wyciągnę Dostojewskiego. Dam sobie radę.

To cenna umiejętność.

Tak, ale trzeba też trochę przeczytać, żeby tak potrafić.

Nazwałeś siebie kiedyś antyfeministą. Czy to też była jedna z twoich prowokacji?

Do pewnego stopnia feminizm wyssałem z mlekiem matki. Ale moje zdanie o kobietach zmieniło się z wiekiem, dodam jeszcze, że z wiekiem kobiet. (śmiech) Rozróżniam baby od dziewczyn. Dziewczyna tak, baba nie, są to dwie różne osoby i dobrze o tym wiecie, dziewczęta. Czasami przemieniacie się w baby i wtedy jesteście nie do wytrzymania.

A faceci to tacy święci?

Nie, mamy to samo, ale jednak wydaje mi się, że w takich długotrwałych związkach małżeńskich 80% awantur domowych wywołują kobiety. Znając pewne słabości męża, wbijają szpilę dotąd, aż on w końcu straci panowanie nad sobą, pierdolnie czymś, porozbija wszystko wokół albo kogoś uderzy. Wtedy jest możliwość wezwania policji, dojebania mu już tak konkretnie. W tym jesteście mistrzyniami.

Widzę, że w tym temacie nie dojdziemy do porozumienia. Powiedz zatem, co myślisz o gender?

Mi to w ogóle nie przeszkadza, niech sobie każdy śpi z kim chce. Znam sporo homoseksualistów, którzy są fajnymi i inteligentnymi ludźmi. Dopóki się mnie nie czepiają, nie chcę nikomu zaglądać pod kołdrę. Gorzej, jak zaczynają się z tym obnosić. To mi się trochę mniej podoba. Tajemnice alkowy nie powinny nigdy wychodzić poza alkowę.

A w kwestii gender, podoba mi się pomysł edukacji seksualnej w szkołach. Pamiętam bowiem, jak sam poznałem sprawy seksu, a poznałem je na podwórku w najobrzydliwszy sposób, w jaki się tylko da, i wolałbym, żeby ktoś przy zdrowych zmysłach inaczej mi to uświadomił. Z pewnością jakiś rodzaj wychowania seksualnego jest Polakom absolutnie potrzebny. Czy jest to w stanie zrobić pani Środa, nie wiem. Z pewnością jednak nie powinien być to ksiądz, który pierdoli coś o tłoku w rurze wydechowej, bo to znowu jest obrzydliwe.

Czyli księża i edukacja seksualna to nie jest dobry pomysł?

W ogóle księża nie powinni mieć nic wspólnego z edukacją jakąkolwiek. Ja nienawidzę kleru. Mam z tym bardzo wielki problem. To, co się dzieje w polskim Kościele katolickim, to jest wielki dramat. Ksiądz Isakowicz-Zaleski, którego bardzo cenię, powiedział wprost: w polskim Kościele rządzi homoseksualna mafia. Te rzeczy, które znaleziono na plikach u księdza Wesołowskiego i innych księży, wołają o pomstę do nieba, bo tam jest męczenie ludzi. To już nie jest seks, to są taśmy grozy. Możemy spokojnie uznać, że polskim Kościołem rządzi grupa ciężkich dewiantów, ludzi podłych do szpiku kości. To jest obrzydliwe i trudno mi uwierzyć, że ktoś taki jest normalnym człowiekiem. Tacy ludzie nadają się do leczenia.

Może te dewiacje są winą celibatu?

Ja mam wrażenie, że tam żadnego celibatu nie ma, tylko jest jedno wielkie ruchanie na zakrystiach.

OK, widzę, że masz duży problem z klerem, ale czy z samą religią także?

Dużo mniej. Nie mam problemu z Panem Bogiem, być może Pan Bóg ma jakiś problem ze mną. Uważam, że Pan Bóg nazywa się Lucyfer i mieszka tutaj na ziemi. Jestem jedynym zbuntowanym, który postanowił się przeciwstawić tej hipokryzji. Trudno mnie więc nazwać ateistą.

Pachnie mi to „Mistrzem i Małgorzatą”.

Niech ci będzie, mój Lucyfer jest Wolandem.

To zmieńmy temat z religii na politykę. Twierdzisz, że kibicujesz Kukizowi. Dlaczego?

Zapiszę się do jego partii, jak tak dalej pójdzie. W wyborach prezydenckich nie będę na niego głosował, ale uważam, że taki człowiek jak Kukiz powinien być w polskim parlamencie. To artysta pełną gębą, w pewnym okresie wokalnie nikt nie potrafił wyciągnąć tego co on. Poza tym stawiam tezę, że nie będzie kradł. Chociaż on mi się wydaje trochę skinheadem i z tym się akurat pogodzić nie mogę. Wiem jednak, że w jego przypadku jest to postawa artystyczna.

Dlaczego zatem nie będziesz na niego głosował w wyborach prezydenckich?

Bo to zmarnowany głos. Ja nie jestem tak sfrustrowany jak wyborcy Korwin-Mikkego, do pewnego stopnia uważam, że PO daje pewną stabilność temu krajowi. PiS tej stabilności nam nie dawał. Chociaż kiedy dochodziło do afer zegarkowych itd., zauważyłem, że władza PO kisi się sama w sobie. Wtedy mówiłem, że Polsce należą się jeszcze raz rządy Kaczyńskiego, żebyśmy sobie przypomnieli, jak to było. No ale Duda nie wygra, Jarosław się nie doczeka.

Sądzisz, że Jarosław Kaczyński nie ma już szans na władzę?

Oczywiście, Jarosław już nigdy niczego nie wygra. Ów genialny strateg przegra swoją partię szachów. Myślę, że to jest dla niego dramat, on przez to spać nie może. Wszyscy politycy, poza tym że walczyli o te swoje stołki, mieli rodziny, kochanki, zażywali narkotyki, bawili się. A on nic, tylko siedział i pisał swoje kolejne elaboraty, rozgrywał kolejne partie szachów. Zawsze miał tylko kota, nigdy nie miał dziewczyny, nikt go nigdy nie widział, żeby się bawił, był wyluzowany. Tak mu bardzo na tym wszystkim zależało.

A czy w środowisku artystycznym też są takie podziały?

Polska jest chyba jedynym krajem na świecie, gdzie istnieje katolicki heavy metal i gdzie istnieje prawicowe science fiction, czyli Ziemkiewicze i inni. Tylko w Polsce gra się Biblię do satanistycznych dźwięków gitary elektrycznej. Bardzo wielu wykonawców muzycznych chodzi do kościoła, krzyżyki eksponują na szyi itd. Nawet Muniek Staszczyk ma takie zapędy, Kora jakieś Matki Boskie malowała, jest jakaś moda na ten katolicyzm. Ja mam wrażenie, że jestem ostatnim satanistą w tym kraju.

Jest jeszcze Nergal.

No ponoć tak, ale jego satanizm jest moim zdaniem przedszkolny, a mój nie, mój jest mądrzejszy. Ja po prostu uważam Lucyfera za mądrego Boga, za postać symbolizującą inteligencję.

Lubisz też zabawę niebezpiecznymi symbolami. Ostatnio nosiłeś na szyi swastykę, a swoją płytę nazwałeś „Tęczowa swasta”.

Przypominam za prokuratorem białostockim, który w ten sposób uniewinnił grupę skinheadów malujących swastyki na kościelnych murach, że swastyka to starohinduski symbol szczęścia. Ja rozumiem, że ci łysi chłopcy w wojskowych butach to są buddyści, którzy wszędzie wyrysowują znaki szczęścia. (śmiech)
Moim zdaniem jest coś takiego jak nazi Poland. Niech się 40-latkowie hajlujący pod pomnikiem Dmowskiego uderzą w pierś. Z drugiej strony jest to środowisko genderowe, ultralewicowe, które właśnie krzyczy, że od dzisiaj mężczyźni mają sikać na siedząco, bo się chlapie, i chodzić w sukienkach, bo tak wygodnej. Jedni i drudzy tę swastykę czczą, ale z różnych punktów widzenia. Dlatego wymyśliłem sobie ten termin „tęczowa swasta”, żeby te środowiska pogodzić.

Ale znów prowokujesz, bo jednak żyjemy w kraju, w którym takie symbole budzą silne emocje. Słyszałeś zapewne o ostatniej aferze z Michałem Witkowskim, który pojawił się na pokazie mody z symbolem SS na czapce.

Tak, słyszałem. Swasta to swasta, a SS nie ma nic wspólnego ze starohinduskimi znakami szczęścia. To są klasyczne faszystowskie runy. Swastyka zaś, oprócz tego biednego epizodu, w którym Hitler jej nazistowską gębę przylepił, przez tysiące lat była fajnym, pozytywnym znakiem, który rysowały dzieci w piaskownicy i który przynosił ludziom szczęście. I ani Hitler, ani polskie środowiska prawicowe mi tej swastyki nie odbiorą. Będę ją nosił i nic mi się nie stanie.

A jesteś odporny na krytykę? Artyści bowiem mają z tym często duży problem.

Już się uodporniłem, ale na początku nie szło mi dobrze. Uwierz mi jednak, że po piosenkach o Władimirze, Rosjanach i po tej książce, mam całe mnóstwo objawów sympatii. Ludzie mi machają, uśmiechają się. Nie zawsze tak było. Jak byłem w „Idolu”, pluli mi pod nogi. A teraz, chyba przez tę moją szczerość, lubią mnie. Mam dobry PR w społeczeństwie.

Ale paparazzich nie lubisz?

Nienawidzę. Uważam to za nowy rodzaj ubecji, za normalne, regularne śledzenie i donoszenie. Czegoś takiego nie toleruję. I uprzedzam, że jak ktoś się będzie na mnie czaił z aparatem w krzakach, to będę go gonił do upadłego. Goniłem już niejednego i muszę powiedzieć, że nie macie chłopaki kondycji. (śmiech)

Czujesz się celebrytą?

Niestety tak, chociaż nie chciałem tego. Mam jednak poparcie w twórczości – wydałem 30 płyt i kilka książek, napisałem ponad 500 tekstów. Do kogokolwiek zadzwonię, wszyscy chcą ze mną grać. Wszyscy wiedzą, że ze mną będzie ciekawie. (śmiech) Na pewno nie będzie czegoś takiego jak u Edyty Górniak, która od wielu lat nie jest w stanie nagrać kilkunastu piosenek.

Grywasz zamknięte koncerty, a dla kogo byś nigdy nie wystąpił?

Nie zagrałbym dla żadnej zasranej parafii, chociaż wykonywałem muzykę religijną. Nie zagrałbym też dla żadnej partii politycznej. Ja wypełniam każdą salę, nie muszę więc brać takich zleceń z dupy. Wystarczy, że powiesi się kilka plakatów i ludzie przychodzą, bo chcą zobaczyć Maleńczuka. Nie znają się, niektórzy śpią, inni czują się obrażeni, większość nigdy nie miała w domu mojej płyty, ale z jakiejś przyczyny chcą zapłacić za bilet. Najczęściej na koniec grzecznie wstają i robią owacje na stojąco.

Czy pan Maleńczuk boi się starości?

Zdecydowanie tak. Nie lubię patrzeć na siebie w lustrze z rana, nie lubię tego, że mam już 53 lata. Nie robiłem sobie żadnych operacji plastycznych, ale to nie znaczy, że sobie nie zrobię. Jeśli ktoś kiedyś wynajdzie pigułkę, która przywraca młodość, to ją połknę. Uważam, że starość się Panu Bogu nie udała. Trzymam się wiec pazurami tej młodości, która już bezpowrotnie odeszła. Być może to kwestia próżności, a może tacy są artyści.

Czyli w starości przeraża cię zmiana wyglądu?

Tak, bo ja się umysłowo nie starzeję, ja cały czas się uczę. Mój umysł pracuje jak u Bartoszewskiego, do samego końca, do ostatniej kropli krwi.

Maciej Maleńczuk –  polski wokalista i gitarzysta rockowy, poeta, kompozytor. We wczesnej fazie swojej twórczości określany mianem „barda Krakowa”. Uważany za jednego z najbardziej awangardowych i kontrowersyjnych polskich artystów muzycznych. Na rynku właśnie ukazała się jego najnowsza książka „Ćpałem, chlałem i przetrwałem, napisana wspólnie z Barbarą Burdzy.

dziennik.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s