10.05.2015 (2)

 

Broniła przed zarazą i bolszewikami. Procesja z patronką Warszawy Matką Bożą Łaskawą po 130 latach przerwy

Fot. Adrian Grycuk/wikipedia.org/CC BY-SA 3.0 pl
Fot. Adrian Grycuk/wikipedia.org/CC BY-SA 3.0 pl

Po 130 latach przerwy figura Matki Bożej Łaskawej – patronki Warszawy była wczoraj wieczorem niesiona w procesji ulicami stolicy.

W prowadzonym przez jezuitów sanktuarium na Starym Mieście odbyła się uroczysta Msza św. z udziałem licznie zgromadzonego duchowieństwa obu warszawskich diecezji oraz dużej rzeszy wiernych.

Liturgii przewodniczył rektor Collegium Bobolanum Papieskiego Wydziału Teologicznego w Warszawie ks. Tomasz Ortmann SJ, a homilię wygłosił były sekretarz kard. Stefana Wyszyńskiego, ks. prałat Bronisław Piasecki.

Nawiązując do symboliki obrazu i figury Matki Bożej Łaskawej podkreślił on, że Madonna z trzymającymi w swoich dłoniach zgiętymi strzałami to nie tylko historia z minionych stuleci.

Naszym największym zagrożeniem dzisiaj nie są jak to było kiedyś epidemie i pomór czy najazdy szwedzkie lub kozackie, ale manipulacje nad kodeksem etycznym

— mówił.

Doszliśmy do takiego punktu, w którym nie tylko nie ma odniesienia do prawdy Bożej, ale nawet nie ma jasnej definicji prawdy bo każdy ma swoją prawdę, stąd brak porozumienia

— zauważył kaznodzieja.

Stwierdził, że jeszcze groźniejszym niebezpieczeństwem są manipulacje nad kodem genetycznym.

Niewiele się oficjalnie o tym mówi, tymczasem badania, czyli cała „inżynieria genetyczna”, jest już bardzo mocno zaawansowana. Potrzeba zatem wielkiego wołania, wielkich suplikacji by Maryja po raz kolejny zaangażowała się w sprawy dzisiejszej Warszawy, sprawy naszej Ojczyzny i sprawy całej cywilizacji zachodniej

— zaapelował ks. Piasecki.

Dodał przy tym, że Najświętsza Maryja Panna nie przestała opiekować się polskim narodem.

Ona czeka będąc jak kiedy gotowa przyjść nam z pomocą, tylko my w przeciwieństwie do minionych pokoleń wciąż milczymy

— ubolewał kaznodzieja.

Uroczystości zwieńczył akt oddania mieszkańców stolicy i całej Polski opiece Najświętszej Maryi Pannie, Matce Bożej Łaskawej.

Obraz Matki Bożej Łaskawej jest pierwszym wizerunkiem maryjnym w naszym kraju zwieńczonym koroną. Symbol władzy królewskiej na skronie Najświętszej Maryi Panny nałożył w roku 1651 nuncjusz apostolski w Polsce abp Giovanni de Torres. Odbyło się to 66 lat wcześniej niż koronacją obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Zgodnie z bullą papieską święto „Mater Gratiarum Varsaviensis” miało być obchodzone w drugą niedzielę maja.

Wizerunek Najświętszej Maryi Panny pojawił się w stolicy z inicjatywy nuncjusza papieża Innocentego X, abp Jan de Torres, który przywiózł go z Rzymu w roku 1651 i ofiarował królowi Janowi Kazimierzowi, ten zaś przekazał go warszawskim pijarom. Obraz został uroczyście wprowadzony do świątyni 24 marca 1651 roku.

W czasie epidemii, która wybuchła w roku 1662 obraz noszono uroczyście w procesjach ulicami Warszawy prosząc Matkę Bożą Łaskawą, by powstrzymała zarazę i zagrodziła jej dostęp do stolicy. W dowód wdzięczności Maryi za wysłuchane prośby Rada Miasta wydała oficjalny dokument pt. „Ślubowanie Warszawy” – Votum Varsavić” na mocy którego ogłoszono Matkę Bożą Łaskawą Patronką Warszawy. Papieski dekret w tej sprawie datowany jest na rok 1968. Dwa lata później Stolica Apostolska zatwierdziła uroczyście tytuł obrazu Matki Bożej Łaskawej – Patronki Warszawy. Korony papieskie wizerunek otrzymał 7 października 1973 roku.

Największym cudem przypisywanym Matce Bożej Łaskawej jest zwycięstwo nad bolszewikami w roku 1920 r. W czasie Powstania Warszawskiego obraz ukrywany był w kościele św. Andrzeja Boboli przy ul. Rakowieckiej.

wPolityce.pl

 

 

Dzień Tuska w TVP1: cóż za heroizm i jakie wyrzeczenia – rano jogging, a wieczorem „jadę do Gosi”

fot. vod.tvp.pl/wPolityce.pl
fot. vod.tvp.pl/wPolityce.pl

Telewizyjne „Wiadomości” uczciły półrocze panowania Donalda Tuska na stanowisku szefa Rady Europejskiej uroczym materiałem. DziennikarkaTVP1 spędziła z byłym premier dzień, by pokazać jak piękny żywot wiedzie w Brukseli „król Europy”.

Relacja wywołała spore kontrowersje.

Okazuje się, że Tusk w nowym miejscu kontynuuje stare przyzwyczajenia i dwa razy w tygodniu uprawia jogging. Tylko czy Polska ma z niego jakikolwiek pożytek

— zastanawia się „Fakt”.

Przypomina mi to Łazienki czy alejki nad morzem w Sopocie

— mówi do kamery zdyszany poranną zaprawą szef Rady Europejskiej.

Potem, co odnotowuje gazeta, jedzie limuzyną do swego urzędowego gabinetu, który – jak się okazuje – nie wywołuje w Tusku zachwytu.

Jest mniejszy i dużo niższy, szczerze mówiąc, taki sobie

— skarży się Tusk reporterce TVP.

Nastaje pora lunchu…

Ulubione mielone ze stołówki w Alejach Ujazdowskich Tusk zamienił na sałatki

— zauważa „Fakt”.

W materiale „Wiadomości” wypowiada się kasjerka z unijnej stołówki. Zapewnia, że premier „zawsze bierze coś lekkiego”. Uwadze „Faktu” nie umknęło, że za pomidory, paprykę i sałatę z butelką wody Tusk zapłacił ledwie 8,5 euro, czyli ok. 35 zł.

Zarabiając 120 tys. zł miesięcznie, można sobie na to pozwolić

— komentuje gazeta.

Gdy w Brukseli wybija 19. Tusk wsiada do samochodu i jedzie do domu. Nie ma „zmiłuj się”!

Teraz jadę do Gosi, a w Brukseli mocno rozdziela się pracę od sfery prywatnej, więc do widzenia

— Tusk macha na pożegnanie redaktorom TVP.

Ależ wyczerpująca ta praca Tuska w Brukseli! I jakaż pełna poświęceń! Proponujemy TVP kontynuację tematu w postaci reality show „Dzień z Donaldem”. Coś w rodzaju programów z Kim Kardashian…

wPolityce.pl

Józef Piłsudski – Wierzył w Polskę i kochał Matkę Bożą

10.05.2015

Wiara w Polskę nigdy nie oznaczała dla Piłsudskiego (także dla Jana PawłaII) akceptowania wszystkich braków, problemów i bolączek polskości. Uznawał, że jego zadaniem, jest stała walka o godność Polaków

„Wtem zobaczyłam pewną duszę,która się rozłączała od ciała w strasznych mękach. O Jezu, kiedy mam to napisać, drżę cała na widok okropności, które świadczą przeciw niej… Widziałam, jak wychodziły z jakiejś otchłani błotnistej dusze małych dzieci i większych, jakie dziewięć lat; dusze te były wstrętne i obrzydliwe, podobne do najstraszniejszych potworów, do rozpadających się trupów, ale te trupy były żywe i głośno świadczyły przeciw duszy tej, którą widzę w skonaniu; a dusza, którą widzę w skonaniu, jest to dusza, która pełna była zaszczytów i oklasków światowych, a których końcem jest próżnia i grzech. Na koniec wyszła niewiasta, która trzymała jakoby w fartuchu łzy, i ta bardzo świadczyła przeciw niemu. O godzino straszna, w której widzieć trzeba wszystkie czyny swoje w całej nagości i [nędzy]; nie ginie z nich ani jeden, wiernie towarzyszyć nam będą na sąd Boży. Nie mam wyrazów ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje mi się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mąk piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą”1 – zanotowała św. Faustyna Kowalska 12 maja 1935 roku w dniu śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego.

Ocena polityka przez pryzmat wieczności dana jest nam nieczęsto. Zazwyczaj nawet najwięksi przywódcy (i dobrzy, i źli) oceniani są po tej stronie rzeczywistości raczej z perspektywy historii niż wieczności. Józef Piłsudski – w świetle powyższego zapisu polskiej mistyczki – jest wyjątkiem. Siostra Faustyna Kowalska miała wizję jego duszy oddzielonej od ciała. Według niej, choć Marszałka czekają ogromne cierpienia, identyczne z tymi, których doświadczają dusze w piekle, to jednak męki te nie będą wieczne. A zatem – co jest już wnioskiem narzucającym się per se – ostatecznie Marszałek zostanie zbawiony.

Choć scena opisująca cierpienia wybitnego polityka jest w istocie pretekstem do wypowiedzenia przez Jezusa Chrystusa prawd ogólnych poświęconych ocenie życia ludzkiego2, to nie sposób nie dostrzec w nich także jasnej oceny pobożności, wiary i stylu życia Józefa Piłsudskiego. Starając się dokonać – trzeba to powiedzieć – dość zuchwałej próby zrozumienia symboliki owej sceny, można zaryzykować twierdzenie, że kobieta niosąca łzy mogłaby oznaczać kolejne żony i kochanki, które swoimi życiowymi wyborami głęboko skrzywdził jeden z twórców polskiej niepodległości. Dzieci wychodzące z błota mogą być postrzegane jako konsekwencje wyborów politycznych i życiowych polityka, których on sam nie mógł (lub nie chciał) przewidzieć (choć jezuita o. Józef Warszawski, który wyraźnie nie przepadał za Piłsudskim, był zdania, że owe dzieci to młodzież, którą deprawowano w sanacyjnych szkołach, np. dzieci, których rodzice nakazywali im salutowanie po pacierzu przed fotografią „Dziadka”, lub absolwenci szkół bezbożnych, które założono na Żoliborzu za rządów Marszałka3). Niezależnie jednak od tego, jak oceniamy działalność Piłsudskiego – chodzi o ocenę nie tyle polityczną, ile eschatologiczną – nie powinna ona przesłaniać najważniejszego elementu przekazu polskiej mistyczki: mimo wszystko siostrze Faustynie „zdaje się”, że polityk będzie zbawiony. I to mimo ogromu zła, jakie dokonało się z jego powodu, i ogromu cierpień, z jakimi będzie musiał się zmierzyć.

Skąd ta konkluzja w widzeniu siostry Faustyny, tak radykalnie niezgodna z duchem opisu cierpień i zarzutów, jakie pojawiają się pod adresem Marszałka? Dzienniczek nie daje na to jasnej odpowiedzi. Być może powodem było nawrócenie na łożu śmierci (choć trudno ustalić, czy rzeczywiście do niego doszło, czy też ks. Władysław Korniłowicz nakładał już oleje święte na człowieka nieprzytomnego lub nawet martwego). Być może zadecydował trwający całe życie głęboki (choć całkowicie irracjonalny u człowieka w zasadzie niewierzącego i niepraktykującego) kult Matki Bożej Ostrobramskiej. A być może religijny niemal kult Ojczyzny, który w znaczącym stopniu zastępował Piłsudskiemu religię i któremu podporządkował wszystkie swoje decyzje, postanowienia i działania? Sugerowanie jakiejkolwiek odpowiedzi na to pytanie byłoby zuchwalstwem, lecz trudno nie zastanowić się nad tymi możliwościami, choćby po to, by pokazać duchową strukturę myślenia i działania Marszałka.

Fronda.pl

 

STAWISZYŃSKI: MONSTRUALNOŚĆ I FANTASMAGORIA

TOMASZ STAWISZYŃSKI, 10.05.2015

Te dwa pojęcia najpełniej oddają obraz społeczności Radia Maryja, jaki maluje Marcin Wójcik.

Marcin Wójcik pracując nad zbiorem reportaży W rodzinie ojca mego obficie korzystał z uprzywilejowanej pozycji, jaką dawał mu etat w „Gościu Niedzielnym”. I chociaż tygodnik ten nie należy do ścisłego medialnego kręgu toruńskiego oligarchy, cieszy się jednak u niego na tyle dużym zaufaniem, że dzięki legitymacji prasowej (i zaświadczeniu od proboszcza, rzecz jasna), Wójcik został bez problemu przyjęty na pierwszy rok studiów w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej.  I właśnie możliwość zajrzenia do pilnie strzeżonych komnat tego przybytku jest bodaj największą zaletą książki. Trzeba bowiem pamiętać, że wstęp tam mają wyłącznie wtajemniczeni, środowisko Radia Maryja słynie wszak z radykalnej hermetyczności. Na falach rozgłośni przekonani rozmawiają z przekonanymi, wolna dyskusja czy choćby obecność innego niż autoryzowany przez guru punktu widzenia praktycznie nie istnieją, ojciec Rydzyk natomiast i jego akolici, czyli ojcowie-prowadzący oraz znakomita większość skupionych wokół radia profesorów, z innymi niż własne mediami z zasady nie rozmawiają. Wójcik dostał więc bezprecedensową szansę, ale czy faktycznie w pełni ją wykorzystał?

 

Chociaż czyta się W rodzinie… wartko, chociaż zdania zdradzają niewątpliwy reporterski słuch i literacki talent autora – mam wątpliwości. W tej książce nie ma bowiem właściwie pozytywnych bohaterów, ba, nie ma nawet bohaterów jako tako zniuansowanych. Niemal wszyscy przypominają figury wyjęte z XIX-wiecznego „freak show”, albo raczej jakiegoś wczesnego utworu Stephena Kinga, sugestywnie przedstawiającego losy zamieszkujących małe miasteczko w stanie Maine religijnych fanatyków, którzy naprzemiennie (a czasem równocześnie) oddają się żarliwej modlitwie i kanibalizmowi. Nie przesadzam, galeria figur, którą prezentuje nam Wójcik, mieni się postaciami rodem z takiego właśnie imaginarium.

 

Od najmłodszych lat trawiony paranoją i resentymentem ojciec dyrektor; ociekający nacjonalistycznym, bogoojczyźnianym jadem ksiądz, który okazuje się utajonym gejem; rozmodlony i zasłuchany w Radiu Maryja mąż i tatuś, chętnie nadużywający przemocy, a któregoś dnia mordujący żonę kilkudziesięcioma ciosami noża; a wreszcie – last but not least – ksiądz Natanek, którego obecność w tej książce nie doczekała się moim zdaniem żadnego przekonującego uzasadnienia. Paradoksalnie, do najbardziej udanych należy tekst o prof. Krystynie Pawłowicz, dlatego między innymi, że jawi się w nim ona jako wielobarwna, złożona (choć i tragiczna) postać, nie zaś wyłącznie okrutnie eksploatowana przez media śmieszno-straszna dostarczycielka kolejnych wypowiedzi niebezpiecznie balansujących na wątłej granicy poczytalności.

 

I chociaż nie mam najmniejszych wątpliwości, że Tadeusz Rydzyk jest zręcznym i cynicznym manipulatorem, chociaż nie żywię żadnych złudzeń co do tego, że jego rzekome „zainteresowanie wykluczonymi” nie służy niczemu innemu, niż tylko magazynowaniu, podsycaniu i ukierunkowywaniu społecznego gniewu w imię własnych, egoistycznych interesów; chociaż więc jestem o tym wszystkim przekonany, oczekiwałbym jednak od takiej książki, żeby przynajmniej nadwerężyła ten mój – w jakimś stopniu z pewnością stereotypowy – obraz. Oczekiwałbym więc poznawczego wyzwania, wytknięcia zbyt prostych schematów, z pomocą których obsługujemy na co dzień rzeczywistość i budujemy sobie mniej lub bardziej uproszczone jej reprezentacje. Oczekiwałbym zwrócenia uwagi na przyrodzone człowiekowi mentalne wygodnictwo i skłonność do budowania czarno-białych podziałów tam, gdzie panuje wiele odcieni szarości.

 

Bez wątpienia najłatwiej jest uznać słuchaczy Radia Maryja en masse za rozmodlonych hipokrytów, na zewnątrz manifestujących miłość do „Boga i ojczyzny”, w duchu zaś ogarniętych nienawiścią, pogardą i żądzą mordu.

 

Łatwiej odmówić Radiu Maryja jakiejkolwiek pozytywnej społecznie roli i widzieć w nim tylko doskonale zorganizowaną sektę, zyskującą coraz większe wpływy w obrębie konserwatywnego i zamkniętego polskiego Kościoła (Wójcik daje do zrozumienia, że episkopat jest w większości Rydzykowi podporządkowany, a ci, którzy się z nim nie identyfikują i tak nic nie są w stanie zrobić). Łatwiej wreszcie w Rodzinie Radia Maryja widzieć wyłącznie zwartą, wrogą nowoczesności grupę, która po cichu szykuje się do rewolucji kulturalnej i przejęcia w Polsce władzy.

 

Nie mogąc w trakcie lektury W rodzinie ojca mego przezwyciężyć powyższych wątpliwości, zastanawiałem się zarazem przez cały czas – i właściwie do tej pory się zastanawiam: a co jeśli ten fantasmagoryczny, monstrualny obraz namalowany przez Wojcika jednak jest prawdziwy? Co jeśli nie ma w nim żadnej przesady, co jeśli jeden do jednego opisuje społeczno-polityczno-religijny fenomen toruńskiej rozgłośni?

 

Konsekwencje takiej ewentualności zdają mi się mimo wszystko na tyle mroczne i nieprawdopodobne, że wolę przyjąć wersję o nadmiernych uproszczeniach i czarno-białych kliszach obecnych w tej książce. I obym się nie pomylił.

 

 

Marcin Wójcik, W rodzinie ojca mego, Czarne, Wołowiec 2015

 

UNIWERSYTET TO NIE FIRMA!

MACIEJ GDULA, 09.05.2015

Gdy byłem studentem, starsze koleżanki i koledzy opowiadali, jak to kiedyś było na uniwersytecie. Profesorowie prowadzący seminaria jarali w salach, ale zanim przypalili, częstowali studentów. Dzisiaj tematem takich opowieści jest USOS. Starzy opowiadają, jak to dawniej po prostu przychodzili na zajęcia, siadali, podpisywali listę i byli uczestnikami seminarium. Można powiedzieć, że i w jednym, i w drugim wypadku, to wspominanie starych, dobrych czasów. Jest jednak jedna, fundamentalna różnica. My musieliśmy z paleniem przenieść się na korytarz, a od USOS-a uciec nie można.

 

USOS nie jest po prostu systemem elektronicznej obsługi studiów, ale jednocześnie symbolem i jednym z narzędzi głębokiej zmiany, jakiej dokonano w szkolnictwie wyższym na przestrzeni kilkunastu lat. Za pomocą szeregu posunięć studia zamieniono z niedomkniętego poszukiwania wiedzy w uporządkowany tok nauki – ze szczegółowym programem, liczbą punktów ECTS do zdobycia i deadline’ami.

 

Uniwersytet zmienił się też dla pracowników, którzy – za mniej więcej te same pieniądze – obciążani są kolejnymi obowiązkami wynikającymi z biurokracji. Piszą, żeby ciułać punkty i co rusz wysłuchują, że mają za mało grantów.

 

Obie strony – studenci i pracownicy – drapią się w głowę i zastanawiają, jak to się stało, że nagle znaleźli się na uniwersytecie, który coraz bardziej przypomina firmę.

 

Odpowiedź jest dość prosta – pozwoliliśmy na to. Jako kombatant organizowania nieudanych protestów przeciw reformie Kudryckiej doskonale pamiętam reakcje studentów i pracowników na kolejne zachęty do działania. Lekceważąco machali rękami i stwierdzali, że te reformy to wyłącznie retoryka, że wszystko da się oswoić. Dziś wielu z nich nie ma już złudzeń.

 

Na braku złudzeń się jednak nie kończy, bo świat akademicki zaczął się wreszcie organizować. Powodem jest nie tylko niezadowolenie z efektów wspomnianej reformy, lecz także trafne rozpoznanie, że fala zmian w edukacji wyższej wcale się nie skończyła. Sprawa likwidacji filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku uświadomiła wielu naukowcom i studentom, że kryzys demograficzny będzie wykorzystany, zgodnie z doktryną szoku, jako szansa na pchnięcie zmian jeszcze dalej. Ich kierunek jest dość oczywisty i polegać będzie na większej konsolidacji jednostek naukowych oraz przeznaczanych na nie kosztem mniejszych ośrodków naukowych pieniędzy. Poza tym orędownicy i obrońcy reform Kudryckiej coraz częściej przebąkują o konieczności komercjalizowania uczelni publicznych. Przeciw tym pomysłom i z propozycją korekty wcześniejszych reform występuje Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej.

 

O tym, że Uniwersytet nie śpi, świadczy też ostatni protest studentów na Uniwersytecie Warszawskim przeciwko zmianom w regulaminie studiów.

 

To naprawdę historyczne wydarzenie, bo podobnej mobilizacji nie było na UW chyba od strajku w 1989 roku. List protestacyjny poparło trzy tysiące osób, a na obrady Parlament Studentów UW, gdy debatował nad nowym regulaminem, przyszły ich dziesiątki.

 

Zmobilizował ich z pozoru niewinny zapis o zmianie definicji absolutorium. Sprawa ma nieco zawijasów, ale jej sens jest dość prosty. Jeśli ktoś zalicza wszystkie przedmioty i kończy program studiów, otrzymuje absolutorium. Żeby otrzymać dyplom, musi jeszcze złożyć i obronić pracę dyplomową. Jeśli nie zrobi tego w terminie, zostaje skreślony z listy studentów. Przez dwa lata od ukończenia studiów może jednak wznowić studia i obronić się bez nadrabiania różnic programowych. To wznowienie odbywało się dotąd na jeden dzień. Dokładnie ten, gdy student miał bronić swojej pracy. Od tej operacji wiele wydziałów pobierało opłatę. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zakwestionowało jednak tę praktykę. Tu właśnie dochodzimy do zmiany definicji absolutorium. Kiedyś był to program studiów minus przedstawienie pracy dyplomowej. Obecnie – program studiów minus seminarium dyplomowe, które obowiązkowo ma kończyć się złożeniem pracy. Chociaż UW zarzeka się, że nie chodzi o pieniądze, zmiana ta umożliwia bezdyskusyjne naliczanie opłat za powrót na studia, bo seminarium to przecież dodatkowe zajęcia, za które opłaty pobierać można.

 

Protestujący studenci podkreślają trzy wymiary tej sprawy. Po pierwsze proponowane zmiany w regulaminie stwarzają dodatkową presję na studentów, żeby pracę pisać w terminie, co nie zawsze jest łatwe, bo wiele osób pracuje. Poza tym nowe programy studiów często wymagają wytężonej nauki przez cały czas, aż do samego końca trwania zajęć, a potem jeszcze na czas sesji egzaminacyjnej. Na pisanie pracy zostaje po prostu niewiele czasu. Poza tym zdarza się przecież i tak, że trzeba przeprowadzić dodatkowe badania lub pojawiają się trudności w rozwiązaniu jakiegoś problemu naukowego – po prostu potrzeba więcej czasu na dokończenie pracy. Po drugie chodzi o opłaty, które niewątpliwie obciążą studentów, a nie wszyscy mają bogatych rodziców. Po trzecie wprowadzane zmiany zgodne są z logiką traktowania uniwersytetu jak firmy, gdzie efektywność mierzy się nie jakością pracy naukowej, ale wykonaniem planu przed deadlinem.

 

Na protesty nerwowo reaguje rektor Marcin Pałys. Senat UW przyjął już zapisy, ale potrzeba jeszcze zgody parlamentu studentów. Parlament odłożył głosowanie do poniedziałku 11 maja. Jeśli odrzuci proponowane zmiany, Senat będzie musiał przyjąć regulamin kwalifikowaną większością 2/3 głosów, a to może być trudne. Rektor wysłał do pracowników list, w którym przekonuje, że w kwestii absolutorium podtrzymany został zasadniczy stan prawny. Przy okazji obraźliwie wyraził się o pracownikach, którzy poparli protest studentów, sugerując, że nie bardzo wiedzieli, co podpisują. Przy dobrej woli można list JM Rektora uznać za niefortunny, bo nie przedstawia dokładnie sytuacji, w której odbywają się protesty i nie referuje stanowiska protestujących. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby znaleźli się też tacy, którzy list odbiorą jako manipulację mającą na celu wywarcie presji na parlament i zdemobilizowanie pracowników popierających protest.

 

Na pewno poniedziałek na UW będzie gorący. Od głosowania nie zależy po prostu kilka zapisów w regulaminie. Gra toczy się też o to, jaki będzie Uniwersytet w przyszłości.

 

Studenci na UW już pokazali, że nie ma powszechnej zgody na przekształcanie uczelni w firmę.

 

 

***

WIĘCEJ O PROTESTACH STUDENTÓW UW:

Borys Jastrzębski: Jak uchwalić studentom regulamin (bez ich udziału)

 

 

**Dziennik Opinii nr 129/2015 (913)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: