Argyll (17.05.2015)

 

Rodzina, honor, ojczyzna

Agnieszka Kublik, 16.05.2015
Wybory Prezydenckie 2015. Paweł Kukiz podczas wieczoru wyborczego - po ogłoszeniu wyników

Wybory Prezydenckie 2015. Paweł Kukiz podczas wieczoru wyborczego – po ogłoszeniu wyników (Fot. Kornelia Głowacka-Wolf / Agencja Gazeta)

Stoi Kukiz, pokazuje żonę i córki i mówi: „To są moje kobiety”, „To jest moja rodzina”. A one się uśmiechają. W tym obrazku jest cała tęsknota młodych. Z prof. Wojciechem Łukowskim rozmawia Agnieszka Kublik.

Diagnoza prof. Janusza Czapińskiego: Słonko wyżej, Kukiz bliżej

Agnieszka Kublik: „To nie jest demokracja, tu rządzi partiokracja, złodziejka i stagnacja, trzeba chamom zabrać złoty róg”.

Prof. Wojciech Łukowski: Kto to?

Kukiz.

– Na koncercie pewnie byśmy uznali, że to fajna piosenka. Ale teraz interpretujemy to jako hasło wyborcze. Trochę populistyczne, ale rzeczywiście żyjemy w partiokracji.

Jednak mnie bardziej interesuje nie to, co mówi Kukiz, tylko dlaczego w ogóle słuchamy Kukiza. Jaka mentalność, jakie wychowanie, jaki rodzaj doświadczenia życiowego stoi za fascynacją nim.

Chodzi o bunt.

– W Kukizie ulokowały swój bunt 20-latki. A na ich doświadczenie pokoleniowe składa się pięć elementów. Po pierwsze, próba budowy jakiejś spójnej alternatywy dla ogromnego zamieszania w sferze symbolicznej opowieści o przeszłości. One szukają odpowiedzi na pytanie, czyimi spadkobiercami jesteśmy, jakie tradycje kontynuujemy. Okazuje się – to ogromna konfuzja dla PiS – że wcale nie układają swojej opowieści wokół zamachu smoleńskiego, niewypowiedzianej wojny z Rosją, daniny krwi i tak dalej. Dla tych młodych kluczowym doświadczeniem jest walka z systemem. To ją uosabiają tak czczeni „żołnierze wyklęci”. Chodzi o to, że po wojnie nie złożyli broni. Wielu młodych znajduje w tej postawie coś, co oddaje ich stosunek do teraźniejszości. Nieprzypadkowo Kukiz nosi koszulkę Narodowych Sił Zbrojnych.

Konserwatywne wartości i patriotyczna wspólnota – to nic nowego. To oferta PiS.

– Ale PiS, nie konkretnego polityka, który by to ucieleśniał. Kukiz w koszulce NSZ opowiadający o ojcu, który nie zrobił kariery, bo nie chciał się zapisać do PZPR, i o domu pełnym patriotycznych książek i opowieści pasuje idealnie.

Tu wchodzi drugi element: tęsknota za klasyczną rodziną. Młodzi fani Kukiza są dosyć konserwatywni obyczajowo. Nie oczekują związku, w którym obie strony dokładnie symetrycznie się rozwijają , realizują, emancypują. Chcą bardziej tradycyjnej rodziny, w której dość czytelny jest podział ról: mężczyzna zarabia, kobieta organizuje dom i życie rodzinne. A tu proszę: stoi Kukiz, były alkoholik – to też element swojskości – na scenie w Lubinie, pokazuje żonę i córki i mówi: „To są moje kobiety”, „To jest moja rodzina”. A one stoją z nim i się uśmiechają. W tym obrazku jest cała trudna do zrealizowania tęsknota młodych.

Marzę, żeby móc wybrać

Trudna? W małych konserwatywnych miasteczkach?

– Bardzo trudna. Bo lokalne społeczności, z których pochodzi większość wyborców Kukiza, są rozbite. Mamy słabo wykształconych mężczyzn i ambitne kobiety z dyplomami. A raczej nie mamy, bo one wyjeżdżają do większych miast. Nie chodzi o to, że trudno założyć rodzinę, bo dwie połówki się nie mogą znaleźć. Trudno założyć rodzinę, bo pozmieniały się role społeczne i struktura demograficzna.

A co z wykluczeniem, brakiem szans? Na Kukiza mieli głosować prekariusze.

– To trzeci element. Większość młodych mieszkańców małych i średnich miast stoi przed dylematem: jeśli zostaną, będą wegetować poniżej aspiracji, jeśli wyjadą, zarobią na chleb, ale z aspiracji też nic nie wyjdzie. Bo wylądują w najniższych klasach społecznych, w pracy poniżej kwalifikacji.

Większość tych, którzy głosowali na Kukiza, ma co najmniej maturę. Wielu licencjat albo dyplom magistra.

– To po czwarte – szanse, jakie oferuje im otoczenie, nijak mają się do ich aspiracji. Coś umiem, coś wiem, mógłbym się postarać, najwyżej przegram. Ale nie, ja nawet nie mogę się postarać, bo lepsze miejsca pracy są zarezerwowane dla tych, którzy funkcjonują w ukrytej machinie partyjnej.

Tak dochodzimy do elementu piątego: kompletnej hermetyczności lokalnego rynku pracy. Żeby dostać taką posadę, która daje przyzwoity dochód, stwarza szanse życiowe, na przykład w urzędzie, szkole, w miejscowej firmie, ale nie przy taśmie, tylko w biurze – trzeba należeć do układu, mieć jakiś kontakt. Najlepiej partyjny. Kiedy Kukiz woła: „Partiokracja!”, młodzi nie myślą tylko o Sejmie, ale też, a może przede wszystkim, o lokalnych układach, które na co dzień odczuwają na własnej skórze.

Może byliby mniej rozgoryczeni, gdyby mieli to, czego oczekują od państwa: bezpłatnej opieki zdrowotnej, żłobków, przedszkoli, szkół, opieki społecznej. I tak dalej.

– Tego wszystkiego też zapewne pragną. Ale najbardziej – uczciwości i autentyczności.

To rewolucja socjalno-konserwatywna.

– Jeśli rewolucja, to na poziomie oczekiwań. Zresztą nieuchronna, bo zawsze i wszędzie mniej więcej po 20-25 latach pojawiają się nowe oczekiwania. Oni próbują wymyślić Polskę na nowo. Pytanie, czy partie i ich liderzy potrafią zrozumieć, czego oczekują młodzi, a potem przełożyć to na program. A chyba nie potrafią, jeśli prezydent Komorowski mówi, że to, co się dzieje, to opóźniony ból transformacji. To kompletnie nietrafiona diagnoza! Owszem, młode pokolenie nie uznaje jej za pozytywny punkt odniesienia, interpretuje ją jako zdradę – ale przede wszystkim transformacja to dla nich akt historyczny.

Czego chcą 20-latki?

– Czegoś, co jest bardzo emocjonalne, ale trudno to wyartykułować. To się w ogromnym stopniu sprowadza do autentyczności i uczciwości. Musimy czuć, że ten ktoś nowy, kogo wyślemy do Sejmu – na przykład Kukiz – musi być prawdziwy, kiedy mówi o zmianie. A treść tej zmiany, zredukowana na początek do zręcznego hasła, musi trafiać w aktualne nastroje. Weźmy dwóch buntowników, którym udało się wejść do Sejmu, Andrzeja Leppera i Janusza Palikota. Kiedy Lepper wołał, że „Balcerowicz musi odejść”, podsumowywał to, co bolało ówczesnych rewolucjonistów. Podobnie Palikot krzyczący o zrośnięciu się Kościoła i państwa. U Kukiza tą esencją jest otwarcie państwa na ludzi. Nadzieja, że będzie bardziej obywatelskie, że ludziom będzie łatwiej organizować się w polityce, a istniejące partie przestaną być tak hierarchiczne, zorientowane na przywódców.

Ale te ukochane JOW-y Kukiza wzmacniają właśnie duże partie i zasiedziałych liderów.

– Ale młodzi nie oczekują planu ułożonego od a do zet. Ważne, żeby ten, kto proponuje zmianę, wypadał wiarygodnie. A Kukiz wypada. Oglądałem na YouToubie jego spotkanie na uniwersytecie w Kielcach. Trafnie opisywał mechanizmy polityczne, wyjaśniał, że jeśli ktoś zostaje wybrany bezpośrednio, to trudniej mu skakać z ugrupowania do ugrupowania.

A czym to się różni od języka politycznych wyjadaczy? Tym porwał młodych?

– Porwał, bo nie próbował uwodzić, tylko rzetelnie rozmawiał. Kiedy mu zadawano durne pytanie, to mówił wprost: „Panie, to durne pytanie!”. Wstaje jeden student: „Jestem cybernetykiem, no i chciałem zapytać: czy pana polityka będzie etyczna? Czy pana polityka będzie moralna?”. A Kukiz na to: „Wie pan co, ja sobie to zapiszę, wie pan, bo ja nie zrozumiałem tego pytania. Może spotkamy się później na papierosie i pan mi wyjaśni, o co chodzi, bo nie chcę tutaj ludziom zabierać czasu”. Sala w śmiech – z cybernetyka, bo wszyscy czują, że się chciał popisać.

Próbowałem wyobrazić sobie na tej sali Komorowskiego albo Dudę. Żaden nie potrafiłby tak po prostu rozmawiać.

Komorowski, Duda – niczego nie rozumiecie. My też

Przepytaliśmy kilkunastu wyborców Kukiza i wielu mówi, że nie interesują ich JOW-y, konserwatywny światopogląd ani miłość do ojczyzny. Głosowali na niego, bo jest przeciw. Mniejsza o to, przeciwko czemu, ważne, że jest.

– Ja bym się upierał, że jednak chodzi o tę mieszankę wzniosłych uczuć wobec przeszłości i niskich wobec tu i teraz. Trochę ślepej miłości do Polski i poczucie kompletnej blokady życiowych szans w tej Polsce.

Jakbym słyszała Dudę. Albo Kaczyńskiego.

– Kukiz to wie. Bardzo dobrze czuje, że dla jego wiarygodności największym zagrożeniem jest zbliżenie do PiS. Dlatego jeśli wejdzie do Sejmu, nie będzie się układał z Kaczyńskim. Zresztą nie będzie się układał z nikim. Tak zdefiniował świat, że jakakolwiek próba wejścia w jakikolwiek alians z którąś z obecnych partii byłaby zdradą.

Zabieganie o głosy po Kukizie nie ma sensu?

– To żałosne. Jedyne, co ma sens, to uczciwie powiedzieć: tak, coś zaniedbaliśmy, coś pękło, musimy to przemyśleć i zastanowić się nad sobą.

Gdyby teraz Komorowski upomniał się o magistrów, którzy pracują na śmieciówkach…

– …to niczego by nie zmieniło. Ludzie wyczuliby, że to koniunkturalne.

Na kogo zagłosują kukizowcy sami z siebie, bez przekonywania? Na Dudę, który też próbuje być antysystemowy?

– Oni raczej nie pójdą na drugą turę. Nie pociąga ich ani Duda, ani Komorowski. Myślą tak: „Niech się bawią, Polska przetrwa. A ja zaryzykuję, za każdym razem głosuję z zaciśniętymi zębami, tym razem nie chcę”.

Ale myślę, że teraz zadecyduje inny typ wyborcy. Mówię o tych, którzy nie widzieli nikogo dla siebie, ale są za pewną stabilnością. Oni pomyślą: „Dobrze, Komorowski robi błędy, popełnia gafę za gafą, ale jest przewidywalny. Wokół Polski, wokół naszych granic dzieje się tyle, że to bezcenne”.

Dlaczego 3 mln ludzi wybrały Kukiza: Bo tutaj jest, jak jest

Prof. Wojciech Łukowski – socjolog, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Zajmuje się socjologią społeczności lokalnych, podziałami społeczno-politycznymi.

Magazyn Świąteczny to coś więcej – więcej wyjątkowych tematów, niezwykłych ludzi, najważniejszych wydarzeń, ciekawych komentarzy, smacznych wątków i intrygujących odkryć. Daj się wciągnąć w ich przestrzeń nie tylko od święta!

Czytaj w Magazynie Świątecznym:

Dlaczego 3 mln ludzi wybrały Kukiza
Kukiz? Jaki tam z niego prezydent. Ja go nawet za bardzo nie lubię. Ale tych Komorowskich, Millerów, Dudów nie lubię jeszcze bardziej

Komorowski, Duda – niczego nie rozumiecie. My też
Odklejeni od życia i wyzuci z wrażliwości na cudzy niedostatek przegapiliśmy oznaki tego buntu

Podsłuch rządzi strachem
Cele dla dronów – również osoby do zabicia – wyznacza się na podstawie analizy metadanych telekomunikacyjnych, które tak nieskutecznie analizuje NSA. To jest po prostu rzeźnia! Z Williamem Binneyem rozmawiają Ewa Siedlecka i Katarzyna Szymielewicz

Futbol, czyli przemoc
Zawodowi amerykańscy futboliści mają trwale uszkodzone mózgi i sieją przemoc. Czy Amerykanie zdelegalizują swój narodowy sport?

Diabeł umiera, niech żyją Jankesi. Kuba wkracza w rok 1989
Kubańczycy oglądają amerykańskie seriale, słuchają opowieści krewnych z Miami. Dobrze wiedzą, czym pachnie kapitalizm. Ale i tak nie mogą się go doczekać. Marek Markowski rozmawia z dziennikarzem i publicystą Maciejem Stasińskim

Janusz Głowacki. Świat pęka
Jak nam się wszystko pokręciło, pojebało, pokotłowało, gdzie podziały się wartości, czy służą tylko do gry w dyplomatycznym kasynie? Z Januszem Głowackim rozmawia Paweł Smoleński

Noc żywych muzeów. Miasto ściąga kołdrę z głowy
Night-time economy to ważny dział gospodarki. Na Wyspach np. zapewnia co dziesiąte stanowisko pracy. Z powszechnego upodobania do życia po zmroku korzysta także Noc Muzeów. Do czego nam służy?

Wyborcza.pl

Agacie Dudzie nie w smak była PIS-owska kariera męża. Dlaczego zmieniła zdanie?

17-05-2015
ZOBACZ ZDJĘCIA »WARSZAWA PIS KONWENCJA WYBORCZA ANDRZEJ DUDA

Kandydat PiS na prezydenta RP Andrzej Duda wraz z żoną Agatą podczas konwencji wyborczej w Warszawie  /  fot. Jakub Kamiński  /  źródło: PAP

Przez wiele lat Agata Duda, żona kandydata na prezydenta RP, unikała polityki. Tajemnicą poliszynela było, że nie po drodze jest jej z prawicą. I że nie w smak jej PiS-owska kariera męża. Co stało się, że zmieniła zdanie?

Faktor X

Wyborcze spotkanie Andrzeja Dudy w Ogrodach Domu Polonii w Warszawie, dwa dni przed I turą wyborów prezydenckich. Kinga Duda, córka Andrzeja, ogłasza, że współczesna Polska nie jest Polską jej marzeń. – Większość moich znajomych to nie są wyborcy Prawa i Sprawiedliwości – zastrzega. – Ale wiem, że na pewno część z nich w tych wyborach postawi na Andrzeja Dudę, mojego tatę.

W gazetach i w sieci napiszą później, że przemówienie Kingi Dudy, ale także nieoczekiwane zaangażowanie się w kampanię prezydencką jej matki było strzałem w dziesiątkę. Ruchem marketingowo genialnym. Ociepleniem wizerunku kandydata. Nabiciem mu poparcia. Prawicowe media już wcześniej zauważą, że pani Dudowa i panna Dudówna to Faktor X, broń, której należało użyć wcześniej.

W materiałach wyborczych PiS przeczytamy:

„Jak odpoczywać – to jedno z niewielu pytań, na które Andrzej Duda i jego żona Agata mają zupełnie różne odpowiedzi. On uwielbia jeździć na nartach. (…) Żona z kolei lubi ciepłe kraje i dalsze wyjazdy.”

Czy rzeczywiście państwo Dudowie różnią się w tak niewielu kwestiach?

– To zawsze była szczególna para – wspomina koleżanka Agaty i Andrzeja Dudów z czasów szkolnych. – Na pierwszy rzut oka kompletnie do siebie nie pasowali. Ona poważna, refleksyjna, małomówna. „Dudek”, bo tak go nazywaliśmy, gadatliwy i ruchliwy. Nie wiem, co ją w nim uwiodło. Może uśmiech? Zawsze rozdawał uśmiechy.

Materiały wyborcze podpowiedzą nam, że Agata Duda i Andrzej Duda pobrali się w 1994 roku. Że ich córka Kinga pojawiła się na świecie rok później, jeszcze przed magisterium Andrzeja, wówczas studenta prawa na UJ.

W 2005 r. Andrzej Duda obronił doktorat. W tym samym roku zaczął współpracować z klubem PiS. W 2006 r. został zastępcą ówczesnego ministra sprawiedliwości, Zbigniewa Ziobry.

– Agacie się to kompletnie nie podobało. Chciała w domu mieć naukowca. Bała się polityki od czasu, gdy Juliana Korhausera (jej ojca, znanego poetę – przyp. red.) internowano w stanie wojennym – wspomina dawna znajoma Dudów. – Konszachty Dudy z Ziobrą bardzo nie były w smak także jej tacie. Kornahauser miał i nadal ma alergię na prawicowe polowania na czarownice.

To wtedy Agata w ramach domowego protestu zaczęła ostentacyjnie wystawiać mężowi przed drzwi worki ze śmieciami, gdy wracał z partyjnych posiadówek.

– Oficjalnie, wszystko było cacy. Konserwatywna rodzina, w której to mężczyzna realizuje się jako samiec alfa, a żona się nie wtrąca – opowiada nam krakowski działacz PiS nr 1. – Tak naprawdę wszyscy wiedzieli, że Agata ma mocny charakter i że należy na nią uważać.

Działacz PiS nr 2: – Śmialiśmy, że Andrzej ma w domu piątą kolumnę. Wszyscy wiedzieli, że Agacie bliżej w poglądach do ojca niż do teściów (Jan Tadeusz i Janina Dudowie, profesorowie na AGH– przyp. red).

Działacz PiS nr 1: – A potem jeszcze objawił się ten brat ekolog (dr Jakub Kornhauser, literaturoznawca z UJ – przyp. red). Proszę sobie wyobrazić, co Andrzej, agitujący za porządną, katolicką rodziną, musiał czuć, gdy dowiedział się, że szwagier zbiera podpisy dla Grodzkiej.

To właśnie Jakub Kornhauser niedawno na łamach „Newsweeka” przyznał, że jego siostra Agata, podobnie jak jej rodzice, ma poglądy umiarkowane. I że z Dudami Kornhauserowie nie otrzymują zażyłych kontaktów.

Działacz nr 2: – Jak prezes Kaczyński ogłosił, że wystawiamy Dudę na prezydenta, pierwsze co mi przyszło do głowy, że Agatę trzeba będzie ukryć w jakiejś mysiej dziurze.

Działacz PiS nr 3: – I nagle Agata zaczęła się pojawiać, tu i tam. Wprost nie mogłem uwierzyć, jak ją zobaczyłem w lutym, w pierwszym rzędzie z Kaczyńskim.

Newsweek.pl

17 maja 2015

„Do Rzeczy”: kulisy rządu Tuska na taśmie Bieńkowskiej i Wojtunika

Ponadto w nowym „Do Rzeczy”: o co chodzi w tych wyborach, tajemnice sukcesu Andrzeja Dudy, jakie cele stawia sobie Paweł Kukiz i co powinien zrobić przed wyborami parlamentarnymi, dlaczego wyborcy wybrali Dudę i Kukiza, telewizja vs. Internet w kampanii wyborczej i jak uzależnia kokaina.  

Taśmy z nagranymi rozmowami polityków, ujawnione w ubiegłym roku, wywołały w kraju polityczną burzę. Według nieoficjalnych informacji podsłuchana wówczas miała też zostać rozmowa ówczesnej wicepremier i minister infrastruktury Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem. Dotarliśmy do tego nagrania. To zapis spotkania w restauracji Sowa i Przyjaciele, do którego doszło 5 czerwca 2014 r. W rozmowie pada sugestia dotycząca tego, że policja na zlecenie ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza miała podpalić budkę przed ambasadą – można się domyślać, że chodzi o dewastację, do której doszło przed Ambasadą Federacji Rosyjskiej w Warszawie podczas Marszu Niepodległości w 2013 r. Szef CBA i wicepremier rozmawiali także o nieprawidłowościach przy finansowaniu kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej, zakupie pociągów Pendolino i podejrzanych umowach na doradztwo zawieranych przez KGHM. Szczegóły i fragmenty nagrania – w najnowszym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”.

Na łamach „Do Rzeczy” także o kampanii prezydenckiej. Nie udało się zwyciężyć po aferze Rywina. Jeśli chcemy wygrać teraz, to musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego przegraliśmy w 2007 r.? – pisze w „Do Rzeczy” Andrzej Nowak. O co chodzi w tych wyborach? Jaka jest ich waga? Najlepiej na te pytania odpowiada jeden z najbardziej zainteresowanych: „Te wybory to coś znacznie poważniejszego niż tylko kwestia lepiej lub gorzej przeprowadzonej kampanii marketingowej. Stawką jest pytanie o to, czy Polacy są podmiotem czy przedmiotem władzy we własnym kraju”. To słowa Andrzeja Dudy z rozmowy dla dwumiesięcznika „Arcana”. Nie mniej wymowny jest komentarz, jaki jeszcze zwięźlej sformułował Adam Michnik po ogłoszeniu wyników I tury wyborów prezydenckich: „Nie oddajmy Polski gówniarzom”. Nowak przypomina, że szansa na zmianę w Polsce była 10-12 lat temu, po aferze Rywina. Jednak przegraliśmy. Właściciele III RP okazali się silniejsi. Wygrali – już w jesiennych, przedterminowych wyborach parlamentarnych 2007 r., w skutecznym działaniu przemysłu pogardy i nienawiści, jaki udało im się wedle wzorów mistrza Urbana rozbudować – pisze publicysta „Do Rzeczy”. Dlaczego? Rozrachunek zacząć trzeba od własnych błędów. Najważniejszy sprowadza się do stwierdzenia: mamy rację, i to wystarczy. Jeśli ją rzeczywiście mamy, to na pewno na poziomie oceny moralnej, ale nie na płaszczyźnie oceny politycznej. Polityka w systemie demokratycznym jest sztuką przekonywania współobywateli (…) – podkreśla. Więcej – w najnowszym wydaniu tygodnika.

O wyborach mówi również Jarosław Sellin. Podkreśla, że był pewien sukcesu kandydata Prawa i Sprawiedliwości. Byłem pewien, że ciężka praca Andrzeja Dudy – a był to najbardziej pracowity kandydat tej kampanii – i jego zalety przyniosą dobry efekt. Marzyłem, że taka będzie kolejność – podkreśla. I dodaje, że PiS wcale nie chowa w tej kampanii prezesa Kaczyńskiego. Wszyscy parlamentarzyści PiS tworzą rozszerzony sztab wyborczy Andrzeja Dudy. Niektórzy są zaangażowani w działania centralne, a wszyscy w działania regionalne – mówi. Zwraca uwagę, że trzeba też wyciągnąć wnioski z sukcesu Pawła Kukiza. Jego 20 proc. to nie jest przypadek ani efekt zmyślnej socjotechniki – mówi. Cała rozmowa – w nowym „Do Rzeczy”.

Na łamach „Do Rzeczy” także rozmowa z Pawłem Kukizem. Nie jestem tak dobrym aktorem, bym był w stanie takie emocje udawać. To były prawdziwa radość i uśmiech zwycięstwa. Dla kogoś, kto tak jak ja startował z niczego, tak duże zaufanie ludzi to już zwycięstwo – mówi Kukiz Kamili Baranowskiej. Jego plan na polityczną przyszłość to zmiana konstytucji na obywatelską i zlikwidowanie magdalenkowego układu, który jest usankcjonowany w obowiązującej konstytucji Aleksandra Kwaśniewskiego. Drogi ku niemu są bardzo różne. Jedną z dróg był mój start w wyborach prezydenckich, kolejną jest start w wyborach parlamentarnych i zdobycie takiej liczby mandatów, jaka pozwoli mieć zasadniczy wpływ na kształt naszego państwa – mówi Kukiz. Cała rozmowa – w poniedziałek w „Do Rzeczy”.

Gdy za kilka dni się dowiemy, kto będzie gospodarzem Belwederu przez kolejne pięć lat, tematem numer jeden dla polskiej polityki staną się na kilka miesięcy Paweł Kukiz i byt polityczny, którego utworzenie już zapowiedział Kukiz nie będzie pierwszym politykiem, który na sile potencjału uzyskanego w wyborach prezydenckich stworzył własną formację. Ale idąc tą drogą, Kukiz będzie się musiał dobrze zastanowić, dobierając tenorów do swojego politycznego chóru. Stworzenie atrakcyjnej dla wyborców listy kilkuset kandydatów do obu izb parlamentu (to chce zrobić Kukiz w ciągu najbliższych trzech miesięcy) będzie trudniejsze niż start w wyborach prezydenckich. Jak to zrobić, żeby spektakularny skok z kwietnia już we wrześniu nie zamienił się w równie gwałtowny zjazd w dół – o tym w „Do Rzeczy” pisze Antoni Dudek.

Polscy „oburzeni” okazali się tymi, którzy od tęczowych sztandarów wolą polskie flagi. Establishment może już tylko liczyć na skłócenie ruchu Kukiza z PiS – to z kolei komentarz Piotra Semki. Publicysta „Do Rzeczy” pisze, że ostatnie dni to nasza mała polska antyestablishmentowa rewolucja. Warto troskliwie zbierać jej nieliczne ślady. Polacy zobaczyli przerażone twarze Andrzeja Wajdy, Misia Kamińskiego czy gwiazd TVN. Zachowajmy te pamiątki z wyborczej nocy, bo ci, którym zatrzęsła się na chwilę polityczna ziemia pod nogami, będą dbać, aby nigdy ich nie przypominano – pisze Semka. I dodaje, że na PO mści się budowana latami legitymacja do sprawowania władzy oparta na strachu przed PiS. Jak każda nadużywana propaganda, i ta w końcu przestała działać. Cały komentarz – w nowym „Do Rzeczy”.

Wybory komentuje też Rafał A. Ziemkiewicz. Wyborca korzystający z Internetu nie potrzebuje komentarzy Beaty Tadli lub Justyny Pochanke. Za pomocą jednego kliknięcia może dotrzeć do filmu ze spotkania prezydenta i na własne oczy zobaczyć, jak ten wygłasza ośmieszający go monolog o specjalistach od kur  – pisze publicysta. Jemu osobiście w komentarzach po I turze wyborów zabrakło wniosku najoczywistszego. Przekonanie PO, że prezydent Bronisław Komorowski miażdżąco wygra już w I turze, okazało się błędne, ponieważ nie uwzględniało postępujących od lat zmian w sposobie komunikowania się – podkreśla Ziemkiewicz. I dodaje, że zaglądanie wyborcom w dowody osobiste musi doprowadzić do wniosku, że poparcie III RP traci głównie wśród ludzi młodych. To z kolei każe wiązać przyczynę odwracania się od Platformy z umowami śmieciowymi czy zablokowaniem perspektyw awansu. Jednak bardziej owocna byłaby próba skorelowania preferencji wyborczych z odpowiedzią na pytanie: Skąd czerpiesz wiedzę o świecie, z telewizji czy Internetu? Dlaczego – o tym w najnowszym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”.

Na łamach „Do Rzeczy” także o tym, że biały krystaliczny proszek, który dodaje sił i energii, od paru lat jest drugim najpopularniejszym narkotykiem w Europie. Większą popularnością niż kokaina cieszy się tylko marihuana. Tajemnicą poliszynela jest, że białą „kreskę” lubią od czasu do czasu wciągnąć przedstawiciele polskich elit biznesowych, politycznych czy medialnych. Kokaina króluje na salonach. Tymczasem z badań wynika, że jest to niemal najbardziej uzależniająca i szkodliwa dla zdrowia oraz pod względem społecznym substancja na świecie. W tym niechlubnym rankingu wyprzedza ją jedynie heroina. Najnowsze eksperymenty dowodzą, że wystarczy jedna „kreska”, by się uzależnić. Szczegóły – w najnowszym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”.

Nowy numer „Do Rzeczy” w sprzedaży od poniedziałku, 18 maja 2015. E-wydanie będzie dostępne u dystrybutorów prasy elektronicznej. Tygodnik „Do Rzeczy” to tytuł kierowany przez Pawła Lisickiego. Jest pismem konserwatywno-liberalnym. Na łamach tygodnika publikują m.in. Piotr Semka, Rafał A. Ziemkiewicz, Cezary Gmyz, Waldemar Łysiak, Jan Pospieszalski, Krzysztof Rybiński i Jadwiga Staniszkis.

DoRzeczy.pl

Sienkiewicz: Sprawcy zamieszek to ideowe dzieci PiS

Wtorek, 12 listopada 2013

„Nikt nie zdejmie ze mnie odpowiedzialności politycznej za wydarzenia w Warszawie, ale konsekwencje wobec mnie może wyciągnąć tylko premier. Mieliśmy do czynienia z incydentami, które trzeba wyjaśnić. Jeśli się okaże, że ktoś za późno reagował, trzeba będzie wyciągać wnioski, także personalne” – mówi w Kontrwywiadzie RMF FM szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz. „Sprawcy zamieszek to środowisko narodowców poprzerastane bandyterką stadionową. To margines kibolski i bandycki. Przypominam, że to opozycja mówiła o nich, że to są szczerzy polscy patrioci. Ci ludzie to ideowe dzieci PiS” – komentuje.

BARTŁOMIEJ SIENKIEWICZ W KONTRWYWIADZIE RMF FM

    • Konrad Piasecki: Wstydził się pan wczoraj za tempo działań i skuteczność swoich podwładnych?

Bartłomiej Sienkiewicz:Nie. Tam mieliśmy do czynienia z incydentami, które trzeba sobie wyjaśnić, i trwają analizy, czy był odpowiedni czas reakcji w niektórych incydentach.

Rozumiem, że trzeba analizować, ale to gołym okiem było widać, że policja reagowała zbyt ospale.

Czy ospale, to nie wiem. Właściwie w  półtorej godziny manifestacja 20 tysięcy ludzi rozwiązana i rozpuszczona – to wydaje się w miarę dobrym efektem. Natomiast przy takiej interwencji, takiej rozległości, takiej ilości osób na pewno dochodziło do incydentów, które trzeba dokładnie zbadać. Jeśli się okaże, że tam ktoś czegoś nie dopełnił czy za późno reagował, trzeba będzie pewnie wyciągać wnioski, także personalne. Ale jest za wcześnie, żeby tutaj dokonywać jednoznacznej oceny. Mieliśmy do czynienia z dużą manifestacją, z nieprawdopodobnie agresywnymi ludźmi w tej manifestacji, więc takie incydenty się na pewno zdarzały i zdarzać będą.

Jeśli się okaże, że tam ktoś czegoś nie dopełnił czy za późno reagował, trzeba będzie wyciągać wnioski, także personalne

Tylko jak sprawnie działające służby, sprawnie działająca policja może dopuścić do ataku na budynek ambasady? To jest coś, co w cywilizowanym świecie nie powinno mieć miejsca – zarówno oczywiście ze strony demonstrantów czy zadymiarzy, jak i policji, która powinna wkroczyć szybciej i lepiej.

To jest coś w ogóle poza standardem. Od 24 lat niepodległego państwa, kilkudziesięciu czy kilkuset manifestacji, jakie odbywały się przez ten czas pod ambasadami, w tym także pod ambasadą Federacji Rosyjskiej… pierwszy raz w historii niepodległej mamy do czynienia z atakiem na placówkę dyplomatyczną obcego państwa, tego nikt wcześniej nie przerabiał.

I gdzie wtedy była policja, panie ministrze?

Policja była przy głównym wejściu i je zabezpieczała. Zresztą zareagowano dość szybko. Atak nastąpił od tyłu ambasady i był skierowany przede wszystkim na tą budkę zewnętrzną należącą do ochrony, ale niestety doszło także do fizycznej agresji na terenie placówki dyplomatycznej. Z tym, że manifestantów od ogrodzenia dzieliły cztery metry – nawet gdyby tam był szpaler, to te petardy i ognie przelatywałyby tak czy inaczej. Nikt nie byłby w stanie powstrzymać ludzi, którzy przekroczyli wszelkie normy cywilizacyjne i zaczęli rzucać przedmiotami na teren placówki dyplomatycznej.

Będzie mnie pan przekonywał, że dobrze działająca policja nie jest w stanie zapobiec tego typu incydentowi?

Nie, panie redaktorze. Jak już powiedziałem, trwają analizy. Musimy mieć absolutną pewność, co się tak naprawdę stało: minuta po minucie, obraz po obrazie. To są olbrzymie siły i trzeba też mieć świadomość, że nie zawsze są w stanie reagować w sposób właściwy. Jeśli ta reakcja była niewłaściwa, to na pewno będą konsekwencje. Natomiast to jest incydent w ogóle poza skalą. Do tej pory nigdy czegoś takiego nie mieliśmy w Polsce. Organizatorzy zapewniali, że mają 600 ochroniarzy, którzy oddzielą manifestantów od ambasady i tak rzeczywiście było na ulicy Belwederskiej. Natomiast na tyłach ambasady było ich 10 – z wszelkimi tego typu konsekwencjami.

Nikt nie byłby w stanie powstrzymać ludzi, którzy przekroczyli wszelkie normy cywilizacyjne

Pan mówił parę dni temu: „Jestem odpowiedzialny za to, żeby to święto przebiegło bez zakłóceń i żeby policja była tam, gdzie powinna być”. Nie było jej.

Nikt nie zdejmie ze mnie odpowiedzialności politycznej za wczorajsze wydarzenia. To jest oczywiste, ponieważ o tym decyduje konstytucja: minister spraw wewnętrznych jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo wewnętrzne. Mieliśmy do czynienia z paroma incydentami o dramatycznym przebiegu i ta odpowiedzialność oczywiście na mnie ciąży. Nie wycofuję się z niej w najmniejszym stopniu. Niemniej muszę mieć tak naprawdę pewność, co się stało.

A jeśliby pan wyciągał konsekwencje, to wobec swoich podwładnych czy wobec siebie?

Wobec mnie konsekwencje wyciąga premier – to jest pierwsza sprawa…

No zawsze może się pan podać do dymisji w poczuciu źle wykonanego zadania.

Druga sprawa – nie mam poczucia, że zadanie zostało źle wykonane – w tym sensie, że całość tej manifestacji… To policja wnioskowała o jej rozwiązanie – od momentu rozwiązania tej manifestacji do zakończenia minął stosunkowo krótki okres czasu. I prawdę mówiąc, te incydenty – jeśli chodzi o wymiar poza ambasadą, bo to jest coś poza standardem, to jest coś nadzwyczajnego – miały i tak przebieg spokojniejszy niż w poprzednich latach i o bardziej ograniczonym zasięgu. Co nie zmienia faktu, że został zakłócony porządek publiczny. Zresztą mówiłem na samym początku: jeśli manifestanci będą zachowywać się spokojnie jak związkowcy, to nie będzie problemu. Jeśli nie – będą interwencje policji. Mamy 60 zatrzymanych, w tym także sprawców zasadniczych incydentów: zarówno podpalenia na pl. Zbawiciela, jak i incydentów wokół ambasady.

Szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz /RMF FM
Szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz
/RMF FM

Macie osoby, o których wiecie, że podpalały ambasadę, podpaliły tęczę na pl. Zbawiciela, zaatakowały squat?

W tej chwili trwają z nimi czynności. Po ataku na sam squat zostało zatrzymanych siedem osób. Została zatrzymana jedna osoba podejrzewana o podpalenie na placu Zbawiciela i trzy osoby, co do których istnieje podejrzenie, że to właśnie one dokonywały agresji na terenie ambasady.

A czy macie przeciwko nim jakieś twarde dowody?

O tym będzie decydować prokuratura. Przypomnę, że to jest taki ciąg technologiczny, gdzie to dokumentujemy, przekazujemy do prokuratury i prokuratura decyduje o tym, czy dowody są właściwe.

A zamierzacie wystąpić przeciwko organizatorom marszu z jakimiś krokami prawnymi?

Z krokami prawnymi na pewno wystąpi miasto. Organizator ponosi wszelką odpowiedzialność – w świetle prawa polskiego – za wczorajsze wydarzenia. I to on nie stanął na wysokości zadania pod każdym względem. A oprócz tego jest oczywiste, że taki organizator nie spełnia warunków przyznawania mu w przyszłości podobnych imprez. Aczkolwiek prawnie jest to niezwykle skomplikowane.

No właśnie, ile razy jeszcze Marsz Niepodległości musi przekształcić się w taką zadymę jak to, co działo się wczoraj w Warszawie, coś czego się wstydzimy?

Szczególnie bolesne, bo w 2011 roku sam o tym pisałem z wewnętrzną emocją…

Dzisiaj, gdy pan mógł coś zrobić, nie udało się…

…że jest grupa osób, która jest w stanie zepsuć święto 37 milionom Polaków. To coś zupełnie niebywałego.

Trzeba zmienić prawo o zgromadzeniach?

Byłbym w tej sprawie ostrożny. Ono było zmienione rok temu, to jedna sprawa. Poza tym, idąc tą ścieżką, możemy doprowadzić do sytuacji, w której w ogóle zakażemy manifestacji. To jest jednak demokracja. Władze państwowe i policja nie są od tego, co ludzie mają w głowach. Naszą rzeczą jest właściwa reakcja na incydenty. I na tym się skupmy.

To jest demokracja, ale to jest też recydywa.

To jest recydywa. Nie mamy w tej chwili prawnej możliwości odmawiania organizatorom w wyniku recydywy. Poza tym w przyszłym roku ktoś powoła na 11 listopada „stowarzyszenie słowików” i zarejestruje je, a w manifestacji będą brać udział ci sami ludzie. Więc to nie jest taka prosta rzecz.

Porozmawiał pan o tym wszystkim z premierem?

Tak, rozmawiałem, myślę, że jeszcze dziś będę rozmawiał.

Zadeklarował pan gotowość odejścia?

Proszę wybaczyć, ale rozmowy między mną a premierem nie są do publicznego komentowania.

Czyta pan i słyszy głosy tych, którzy mówią, że po 11 listopada Sienkiewicz jest numerem 1 na liście ministrów do „zrekonstruowania”?

To jest naturalne w takich sytuacjach. Zresztą opozycja w takiej sprawie zawsze się tak zachowuje. Te głosy mnie bardzo nie dziwią.

Krytykuje pana niedawny kolega z rządu, Jarosław Gowin, atakuje PiS. Wszyscy się mylą? Jeden Sienkiewicz ma rację?

Lepiej, żeby PiS milczał, bo tak naprawdę wczoraj na ulicy to były jego ideowe dzieci

Lepiej, żeby PiS milczał, bo tak naprawdę wczoraj na ulicy to były jego ideowe dzieci. To przecież od PiS-u słyszeliśmy jeszcze jakiś czas temu wypowiedzi, że to są ludzie, którzy są po prostu szczerymi, polskimi patriotami.

A skąd pan wie, co to za ludzie? Przecież nie wie pan niczego o tych, którzy atakowali. Chyba, że pan coś wie.

Mamy zatrzymanych trochę osób. Trwają z nimi czynności, jak to się mówi w żargonie policyjnym. A poza tym, panie redaktorze, no bez hipokryzji. Przecież mamy do czynienia z bardzo jednoznacznym środowiskiem – środowiskiem narodowców poprzerastanych bandyterką stadionową. I te środowiska są nie do rozdzielenia. Mówię to od samego początku. Mamy problem z pewnym marginesem w Polsce, który jest określany kibolskim, a który jest bardzo często marginesem bandyckim.

Dlaczego za ten margines obciąża pan odpowiedzialnością opozycję, a nie siły policyjne, które nie potrafią nad nimi zapanować?

Przypominam panu, że to opozycja mówiła, że to są tak naprawdę szczerzy, polscy patrioci.

I będzie mnie pan przekonywał, że gdyby nie Jarosław Kaczyński, to wczoraj byłoby spokojnie.

Nie, to jest jakby osobna historia, ponieważ to z Jarosławem Kaczyńskim miało niewiele wspólnego, natomiast faktem jest, że mamy od trzech lat problem z tym marginesem społecznym. I to jest to samo środowisko, które działa w Chorzowie, i na plaży, i w Białymstoku, i w Poznaniu, i na Śląsku i w Warszawie na Legii. To jest dokładnie to samo środowisko.

Ale to policja i służby specjalne są od tego, żeby nad nimi zapanować.

Tak, tylko kiedy mówiłem, że jest pewien problem i trzeba coś z tym zrobić, to się nagle okazuje, że oskarżono mnie o to, że chcę urządzać prowokację.

Bo pan miał po nich iść i ich złapać, a tymczasem oni wczoraj szaleli na ulicach Warszawy.

No nie szaleli, ponieważ tak naprawdę zostali zepchnięci przez policjantów i ta manifestacja została w przeciągu półtorej godziny rozładowana. Mamy 60 zatrzymanych. Państwo jednak normalnie działa i w sytuacji, gdy ktoś łamie prawo, to go zatrzymuje. Powiedziałem: nie wszystkie incydenty przebiegały należycie, być może trzeba zbadać to do końca, ale to wymaga jeszcze chwili czasu.

Bartłomiej Sienkieiwcz w Kontrwywiadzie RMF FM /RMF FM
Bartłomiej Sienkieiwcz w Kontrwywiadzie RMF FM
/RMF FM

Artykuł pochodzi z kategorii: Kontrwywiad

RMF FM

rmf24.pl

 

Wybory prezydenckie 2015. Do klatki „za in vitro”? Akcja młodzieżówki PO pod Pałacem Prezydenckim

em, 17.05.2015
Happening młodzieżówki PO na Krakowskim Przedmieściu

Happening młodzieżówki PO na Krakowskim Przedmieściu (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Działacze PO protestowali w niedzielę na Krakowskim Przedmieściu, siedząc w klatce. To reakcja na wpis europosła PiS Janusza Wojciechowskiego, który na Twitterze stwierdził, że dla prezydenta Bronisława Komorowskiego zalecana jest klatka.
Podłużna klatka stanęła na Krakowskim Przedmieściu naprzeciwko Pałacu Prezydenckiego około południa. Kilkanaścioro działaczy PO usiadło w środku, trzymając kartki z napisami m.in.: „za in vitro”, „za to, że mam własne zdanie”, „za to, że nie słucham Radia Maryja” i „za to, że nie kupuję ściemy PiS-u”. Protestujący mieli też plakaty ze zdjęciem Andrzeja Dudy i wpisem europosła PiS Janusza Wojciechowskiego.

W piątek Wojciechowski – europoseł i bliski współpracownik Dudy – napisał na Twitterze: „Według standardów UE dla kur zalecany jest wolny spacer (ang. free-walking hen), a nie klatka. Odwrotnie dla prezydenta Komorowskiego”. Po kilku godzinach przeprosił i tłumaczył, że słowa o klatce miały się odnosić do „złotej klatki”, jaką jest Pałac Prezydencki.

Szef sztabu Bronisława Komorowskiego Robert Tyszkiewicz określił wpis jako „skandaliczny”. – To dobra okazja, by zapytać Andrzeja Dudę, czy ma już przygotowane klatki także dla tych, którzy nie wierzą w zamach smoleński, nie podzielają poglądów ojca dyrektora, czy dla tych, którzy mają dzieci z in vitro – komentował.

Zobacz także

warszawa.gazeta.pl

Tygodnik „Do Rzeczy” dotarł do rozmowy Bieńkowskiej i Wojtunika?

17.05.2015

Tygodnik „Do Rzeczy” twierdzi, że dotarł do nagrania rozmowy Elżbiety Bieńkowskiej z Pawłem Wojtunikiem. Jej tematem jest rzekomo incydent sprzed prawie dwóch lat, kiedy w czasie Marszu Niepodległości doszło do podpalenia budki przy rosyjskiej ambasadzie. Ówczesny szef CBA ma sugerować, że stały za tym polskie służby. Jeśli te informacje się potwierdzą, może dojść do międzynarodowego skandalu.

Elżbieta Bieńkowska

Foto: AFP Elżbieta Bieńkowska

Publikacja rozmowy Wojtunika z Bieńkowską została zablokowana? „Chodzi o gigantyczną korupcję”

W internecie pojawiła się okładka tygodnika, który jutro trafi do kiosków. Widnieje na niej twarz Bartłomieja Sienkiewicza. „Czy były szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz kazał podpalić budkę przed ambasadą Rosji? Tak sugeruje szef CBA Paweł Wojtunik w rozmowie z ówczesną wicepremier Elżbieta Bieńkowską” -czytamy poniżej.

Sensacyjną treść nagrania ma ujawniać w tekście „Tajemnica spalonej budki” Cezary Gmyz. Na Twitterze pojawiają się komentarze, że jeśli informacja o prowokacji polskich służb się potwierdzi, dojdzie do międzynarodowego skandalu.

Podczas zorganizowanego w Warszawie przez środowiska narodowe 11 listopada 2013 r. Marszu Niepodległości doszło do burd, m.in. w pobliżu budynku ambasady rosyjskiej, która spłonęła. Po 11 listopada za „absolutnie skandaliczne” wydarzenia pod ambasadą rosyjską w trakcie Marszu Niepodległości Rosję przeprosił prezydent Bronisław Komorowski. Głębokie ubolewanie w związku z incydentami wyraziło też MSZ.

Afera taśmowa

W czerwcu ubiegłego roku tygodnik „Wprost” ujawnił nagrania podsłuchanych rozmów m.in. Sienkiewicza z Belką z lipca 2013 r. Szef MSW rozmawiał z Belką o wsparciu przez NBP budżetu państwa kilka miesięcy przed wyborami, które może wygrać PiS; Belka w zamian za wsparcie stawiał warunek dymisji ówczesnego ministra finansów Jacka Rostowskiego oraz noweli ustawy o banku centralnym. W listopadzie Rostowskiego zdymisjonowano; w maju 2014 r. do Rady Ministrów wpłynął projekt założeń nowelizacji ustawy o NBP.

Potem wyciekły kolejne nagrania. „Wprost” informował też o istnieniu zapisu rozmowy ówczesnej wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej i szefowej resortu infrastruktury z Pawłem Wojtunikiem, szefem CBA. Jeszcze w grudniu 2014 roku roku prokurator prowadząca śledztwo mówiła portalowi tvn24.pl, że nagranie to istniało, ale nie udało się go odnaleźć. Jeden z podejrzanych w aferze podsłuchowej „wskazał takie szczegóły rozmowy, które mógł poznać jedynie wtedy, kiedy słyszał jej treść” – twierdziła.

30 lipca zeszłego roku wszczęto śledztwo w sprawie domniemanego „przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych: prezesa Rady Ministrów, ministra spraw wewnętrznych i prezesa Narodowego Banku Polskiego, polegającego na naruszeniu niezależności NBP poprzez zawarcie w lipcu 2013 r. przez prezesa Rady Ministrów z prezesem NBP nieformalnego porozumienia, za pośrednictwem ministra spraw wewnętrznych, na mocy którego, w zamian za odwołanie z funkcji ministra finansów oraz wprowadzenie regulacji prawnych zmniejszających rolę Rady Polityki Pieniężnej, prezes NBP miałby się zobowiązać do finansowania w przyszłości deficytu budżetowego poprzez wykupywanie obligacji przez NBP”.

Podstawą śledztwa jest art. 231 kodeksu karnego, który stanowi, że funkcjonariusz publiczny, który przekraczając swoje uprawnienia lub niedopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Ówczesny Premier Donald Tusk po ujawnieniu nagrań mówił, że pierwsza analiza wypowiedzi Sienkiewicza i Belki „nie wskazuje na przekroczenie prawa”, choć styl rozmowy był – jego zdaniem – „dość bulwersujący”. – Niezależnie od tego, w jak paskudny sposób wyrażali swoje opinie i oceny, to raczej rozmawiali o tym, jak pomóc państwu polskiemu, a nie jak zaszkodzić – dodał wówczas premier. Zapewniał, że nie wysyłał Sienkiewicza do Belki.

W lutym Telewizja Republika podała, że dotarła do informacji z systemu meldunków operacyjnych – wewnętrznej bazy CBA gromadzącej meldunki z całego kraju – oraz do korespondencji, jaką z funkcjonariuszami CBA prowadził biznesmen Marek Falenta. Falenta jest jednym z czterech oskarżonych w tzw. aferze podsłuchowej; chodzi o podsłuchiwanie w dwóch warszawskich restauracjach kilkudziesięciu osób, m.in. polityków.

Śledztwo ws. podsłuchów prowadzi Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga. Prokuratura pod koniec czerwca ub.r. postawiła zarzuty Falencie i Krzysztofowi Rybce oraz Łukaszowi N. i Konradowi L. – pracownikom restauracji, w których dokonywano podsłuchów. Falenta nie przyznał się do tych zarzutów i zapewniał, że jest niewinny.

W połowie grudnia 2014 r. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga umorzyła inne śledztwo – dotyczące rozmowy b. ministra transportu Sławomira Nowaka z b. wiceministrem finansów Andrzejem Parafianowiczem. Wszczęto je w sprawie przekroczenia uprawnień przez b. wiceministra finansów poprzez podjęcie niezgodnych z prawem działań w celu udaremnienia kontroli skarbowej w firmie żony Nowaka.

We wrześniu 2014 r. jeden z wątków umorzyła Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Było to śledztwo w sprawie podsłuchanej nielegalnie rozmowy ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką. Prokuratura uznała, że żaden z funkcjonariuszy publicznych nie przekroczył uprawnień, nie miało też miejsca niedopełnienie obowiązków.

Onet.pl

 

Dlaczego nie zagłosuję na Andrzeja Dudę

Andrzej Duda przedstawia się jako kandydat nowocześniejszy od staroświeckiego wujka Komorowskiego.

Jak się ta nowoczesność objawia?

Tak jak na zdjęciach z Zembrzyc. Andrzej Duda klęczy przed jakąś zadziwiającą panią, przedstawiającą się jako mistyczka, a ta – wyciągając z foliowego zawiniątka mazidło, które sama uznaje za święte – smaruje mu nim czoło. Najwyraźniej kandydat na urząd Prezydenta RP również uznaje je za święte, bo nie tylko nie protestuje, ale przed tą panią z zadowoleniem klęczy.

Klęczeć przez paniami nie grzech, ale istnieje obawa, że jeśli Andrzej Duda zostanie prezydentem, każe klęczeć i mnie. A ja na to ochoty nie mam.

Zdjęcie jest z zeszłego roku. Andrzej Duda przyjechał do Zembrzyc, by syryjska mistyczka Myrna Nazzour pobłogosławiła go przed wyborami do parlamentu europejskiego.

– To było dla mnie wielkie przeżycie jako człowieka wierzącego – mówił wówczas człowiek, który za kilka dni może stać się głową państwa. – Myrna Nazzour jest obdarzona wielkim darem od Boga. To zaszczyt, że mogłem się z nią spotkać.

No to tyle w temacie nowoczesnej Polski, którą Duda chce nam zbudować. Nie wiem, jak wy, ale ja w takim razie chcę jeszcze pożyć w tej staroświeckiej – bez mistyczek i świętości wyciąganych z folii.

naTemat.pl

Czy Jarosław Gowin będzie kandydatem PiSu na premiera?

17.05.2015

To może być dla nas, dla Platformy, dosyć niebezpieczne.

Nie ma, co ukrywać. Eksperyment z Andrzejem Dudą wyjątkowo się Jarosławowi Kaczyńskiemu udał. Wyborcy bardzo skutecznie uwierzyli, że Duda jest kandydatem autonomicznym. Nie technicznym. Jakby oderwanym od PiSu i jego prezesa. Tak jest nawet, jeśli Andrzej Duda nie osiągnie ostatecznego sukcesu. Nie zostanie prezydentem. A co dopiero, jeśli nim zostanie!

Ten sukces może prezesa zachęcić do kontynuowania tej operacji. Do dalszego trzymania Antoniego Macierewicza w piwnicy, bez prawa wychodzenia do toalety oraz do wskazania już teraz, zaraz po wyborach, dudopodobnego kandydata na premiera.

Taki eksperyment już zresztą raz – i to z sukcesem – został przez PiS przeprowadzony. Został przeprowadzony w przypadku Kazimierza Marcinkiewicza – niepisoidalnego i bardzo popularnego pisowskiego premiera. Premiera, który – gdy PRowo nie był już potrzebny – został natychmiast zastąpiony przez Jarosława Kaczyńskiego.

Kto więc może być kandydatem PiSu na premiera? Takim kandydatem do wyborów, którego następnie zastąpi Jarosław Kaczyński? Ja mam dwie kandydatury. Pierwsza – dla prezesa korzystniejsza, ale mniej przekonująca – to Jacek Sasin. Polityk sprawny, dobry medialnie i przez kontekst współpracy z Lechem Kaczyńskim – podobnie jak Andrzej Duda – wierny. Tyle, że – dla elektoratu – mniej przekonujący.

Jest jednak inny, dużo bardziej nie pisowski i przekonujący dla opinii publicznej kandydat. To Jarosław Gowin. Były minister sprawiedliwości Donalda Tuska, uczestnik papierowego zjednoczenia prawicy pod egidą Jarosława Kaczyńskiego. Gowin ma jeszcze jeden wielki atut. On wciąż naprawdę wierzy we własną wobec PiSu autonomię więc będzie w tej roli bardzo przekonujący. Będzie w nią wierzył. Przynajmniej do października. Do ogłoszenia wyniku wyborów parlamentarnych. Do momentu, gdy zastąpi go Jarosław Kaczyński.

I na koniec. To może być dla nas, dla Platformy, dosyć niebezpieczne.

Tu polityka zaczyna swój dzień: www.300polityka.pl

Poznań 2.0 – najważniejsi w jednym miejscu – bo informacja nie musi być nudna

http://miastopoznaj.pl/

Wielkopolski Portal Osób Niepełnosprawnych – www.pion.pl

www.facebook.com/flibicki

salon24.pl

Podsumowanie kampanii wyborczej: „Komorowski stracił swój atut”. „Duda plastikowy” [U OLEJNIK]

ks, 17.05.2015
Bronisław Komorowski | Andrzej Duda

Bronisław Komorowski | Andrzej Duda (Fot. Agencja Gazeta)

Wybory prezydenckie 2015. Goście Moniki Olejnik ocenili końcówkę kampanii wyborczej obu kandydatów. – Komorowski stracił swój najważniejszy atut – przewidywalność – ocenił Jarosław Gowin. – Kampania Andrzeja Dudy jest plastikowa. Obiecuje złote góry – powiedział Tomasz Nałęcz.

Pierwszy tematem poruszonym w programie 7 Dzień Tygodnia Moniki Olejnik był spot dzieci Bronisława Komorowskiego. Pozytywnie oceniła go m.in. Iwona Śledzińska-Katarasińska z PO: – To odpowiedź na to konsekwentne działanie PiS, żeby Bronisława Komorowskiego wyrzucić poza nawias rzeczywistości. Pokazać go jako człowieka wyobcowanego, który nie wie, nie umie, nie zna ludzi – powiedziała. Inni stwierdzili jednak, że nawet dobry spot niewiele pomoże w wygranej.

„Komorowski to prezydent sytych, a Duda – zbuntowanych”

– Spot jest dobry, ale to nie pomoże – ocenił Jarosław Gowin z Polski Razem. – Komorowski definiuje siebie jako prezydenta sytych i pewnych siebie, a Duda – zbuntowanych – dodał. Z kolei Stanisław Żelichowski z PSL oświadczył, że będzie głosował na Komorowskiego. – Prezydentura jest jak frak: na jednym wisi, na innym leży dobrze. Na prezydencie leży dobrze – dodał.

Krytycznie do kampanii Komorowskiego odniósł się Jacek Sasin z PiS. – Prezydent w kampanii się miota od ściany do ściany. Chciałbym, żeby to była merytoryczna kampania żebyśmy rozwiązywali realne problemy. Bo istnieją realne problemy, których ani PO i PSL nie rozwiązało tylko pogłębiło – powiedział. Krytycznie odniósł się też do spacerów wyborczych Komorowskiego: – Jak prezydent wyjdzie z pałacu do ludzi, to jest bezradny. Potrzebuje suflerki, żeby mówiła mu co ma robić – dodał.

„Komorowski stracił swój najważniejszy atut – przewidywalność”

Z kolei Jarosław Gowin zarzucił Komorowskiemu, że stracił swój najważniejszy atut: – Jego zaletą była przewidywalność. Prochu nie wymyśli, ale nie narobi głupot. Ale pokazał, ze w sytuacji stresu jest skłonny do robienia głupot. Świadczy o tym ogłoszenie referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych.

– JOW-y to głupota? – zapytała Olejnik. Na co Gowin odpowiedział, że on jest za JOW-ami, ale bez zmiany Konstytucji ich wprowadzenie jest niemożliwe. – Referendum jest bez sensu bez zmiany Konstytucji. To próba oszukania wyborców Pawła Kukiza – wtórował mu Sasin.

Przeciwko wprowadzeniu jednomandatowych okręgów wyborczych opowiedział się Żelichowski: – Muzyk rockowy może wymyślać różne rzeczy. Ale my, w polityce, musimy myśleć parę ruchów do przodu. JOW to tragedia dla Polski – powiedział. Tego zdania jest też Gawkowski: – JOW to głupota i niszczenie demokracji – rzucił.

 

„Kampania Dudy merytoryczna”. „Chyba plastikowa”

Goście ocenili też kampanię wyborczą Andrzeja Dudy. Sasin stwierdził, że jest najbardziej merytoryczna. – Mówi o prawdziwych problemach, które należy rozwiązać – powiedział. Oponował Tomasz Nałęcz z Kancelarii Prezydenta. – Kampania Andrzeja Dudy jest plastikowa. Obiecuje złote góry, byle rybka połknęła haczyk. A przyszły premier Kaczyński schował się głęboko, żeby potem powiedzieć: Ja nic nie obiecywałem! – mówił. – Każdy głupi umie wszystko obiecać, ale proszę powiedzieć skąd na to weźmie – dodał.

– Andrzej to mówi, niech pan zacznie słuchać – zaprotestował Sasin.

– Tak, obłoży podatkami banki. To metoda na Janosika. A Janosik to był zbójnik! – odpowiedział mu Nałęcz.

„Przewalutowanie kredytu we frankach? Urocze”

– Czekamy na kolejne miliardy złotych, które Duda wyjmie z kieszeni podatników – wtórowała Nałęczowi Iwona Śledzińska-Katarasińska z PO. Tymi słowami odniosła się do propozycji Dudy, by kredyty we frankach szwajcarskich mogłyby być przewalutowane według kursu z dnia, w którym były brane. – PiS chce, żeby banki spłacały frankowiczów. W porządku, ale już wydały kilkadziesiąt miliardów na spłacanie długów SKOK – dodała posłanka.

– To urocza propozycja, żeby frankowicze spłacali swój kredyt w kursie po 2 złote – ironizowała Olejnik.

gazeta.pl

 

Sąd doliczył się 88 kochanków księżnej Margaret Argyll

Ana Brzezińska, 16.05.2015
Margaret Campbell, Księżna Argyll, 1932 r.

Margaret Campbell, Księżna Argyll, 1932 r. (COLLECTION OF THE NATIONAL PORTRAIT GALLERY, LONDON)

Na jednym ze zdjęć naga, przystrojona potrójnym sznurem pereł księżna uprawia seks oralny z mężczyzną, którego głowa pozostaje poza kadrem. Na kolejnym widać innego mężczyznę, który masturbuje się w wysadzanej srebrem łazience pięknej gospodyni
W 1963 roku Anglia z zapartym tchem śledziła sprawę o unieważnienie małżeństwa księcia i księżnej Argyll. Proces w Edynburgu trwał cztery lata i był najdłuższym oraz najdroższym rozwodem w historii kraju. Odczytanie wyroku sądu trwało ponad trzy godziny. Na 160 stronach skrupulatnie opisano przyczyny i okoliczności zakończenia związku małżeńskiego Iana Douglasa Campbella, 11. księcia Argyll, i Margaret, jego trzeciej żony – seksualnej skandalistki, która zrujnowała dobre samopoczucie szlachetnie urodzonych Brytyjczyków.Powiedzieć, że proces ujawnił rysy na wizerunku książęcej pary, to nic nie powiedzieć. On – pijak, narkoman i utracjusz; ona – nimfomanka. A że nie była to wówczas jedyna tego typu sprawa na Wyspach – sekretarz stanu John Profumo w tym samym czasie przyznał się do romansu z prostytutką – moralny postument, z którego klasa wyższa dumnie patrzyła na lud, na oczach milionów obracał się w ruinę. Bohaterowie eposów rycerskich stali się gwiazdami porno na miarę swoich czasów. A księżna Argyll była ich ikoną. Jednak jej historia to nie tylko opowieść o spektakularnym upadku arystokracji, lecz przede wszystkim mroczna baśń o kobiecej seksualności i cenie, którą nawet najbardziej uprzywilejowane przedstawicielki społeczeństwa płacą za prawo do przyjemności.Księżna i książę Argyll w Szkocji, 1952 r. Fot. KEYSTONE-FRANCEGiełda nazwisk

Głównym dowodem w sprawie Campbell kontra Campbell były wykradzione przez zazdrosnego męża z szuflady księżnej intymne zapiski i zdjęcia wykonane aparatem Polaroid 95B. 13 fotografii wykonanych w mieszkaniu Margaret w Mayfair nie pozostawiało wątpliwości co do jej poczynań. Na zdjęciach uwieczniono nagą, przystrojoną potrójnym sznurem pereł księżną uprawiającą seks oralny z mężczyzną, którego głowa pozostaje poza kadrem. Na pozostałych zdjęciach widać innego mężczyznę, który masturbuje się w wysadzanej srebrem łazience pięknej gospodyni. Odbitki opisano męskim charakterem pisma: „Myślę o Tobie”, „Skończyłem”. Później tych kilka wymownych, pośpiesznie skreślonych słów stanie się przedmiotem badań grafologów i dowodem w sprawie rozwodowej.

P.D. James: Nie chciałam łatki dzielnej kobiety, która tyra na całą rodzinę i ma męża schizofrenika

Jak łatwo się domyślić, książę Argyll ze wzburzeniem przyjął fotografie żony i niezwłocznie zażądał rozwodu. Sam miał już w tym czasie sporo na sumieniu. Dwie poprzednie małżonki zgodnie oskarżały go o ograbienie ich z pokaźnej części ich majątku. Ponadto okazało się, że książę jest alkoholikiem i narkomanem. Paradoksalnie, rozwód z Margaret przyniósł więcej szkód jemu niż jej (m.in. wykluczono go z klubu dżentelmenów), co nie przeszkodziło mu wkrótce zawrzeć czwartego i ostatniego związku małżeńskiego. Zmarł w 1973 roku, dziesięć lat po głośnym rozwodzie, który zapewnił mu kontrowersyjne, lecz pewne miejsce na kartach historii.

Podczas ogłaszania wyroku potępienie z ust sędziego dotknęło przede wszystkim panią Campbell. „To krańcowo rozwiązła kobieta, której nie satysfakcjonują normalne stosunki płciowe, przez co musi podejmować ohydne czynności seksualne” – grzmiał na chwałę obyczajów lord Wheatley. Podczas postępowania sądowego doliczono się 88 kochanków księżnej. Największe zainteresowanie budziła rzecz jasna tożsamość bohaterów erotycznych fotografii z londyńskiego mieszkania Margaret. Pytanie: „Kim jest mężczyzna bez głowy?”, wraz z sędzią Wheatleyem zadawały sobie dziesiątki dziennikarzy, polityków i bywalców brytyjskich rautów. Giełda nazwisk była imponująca. Głównymi podejrzanymi byli ówczesny minister obrony Duncan Sandys, aktor Douglas Fairbanks, amerykański biznesmen John Cohane, rzecznik Savoy Hotel Peter Combe i brat niemieckiego uczonego, dyplomata Sigismund von Braun. Do śmierci w 1993 roku księżna Argyll nie wyjawiła, kim był zaspokojony przez nią oralnie dżentelmen ze zdjęcia. Dopiero seria śledztw wykazała, że „mężczyzną bez głowy” był minister Duncan Sandys, zięć Winstona Churchilla, zaś masturbujący się anonim w apartamencie Margaret to gwiazdor Hollywood i małżonek Joan Crawford Douglas Fairbanks jr. Obaj panowie nigdy nie przyznali się do stosunków seksualnych z księżną.

Księżna z rodziną, 1951 r. Fot. EXPRESS

Pudel i trzy sznury pereł

Zanim w 1951 roku za sprawą powtórnego małżeństwa Margaret zyskała tytuł książęcy, zamek i miejsce w Narodowej Galerii Portretów, przeszła długą i krętą drogę przez anglosaskie salony. Urodziła się w 1912 roku w Szkocji. Jej ojciec George Whigham był tekstylnym potentatem, któremu opłacanie czesnego córki w prywatnej nowojorskiej szkole dla dziewcząt Hewitt (notabene do dziś słynącej z kindersztuby) nie spędzało snu z powiek. W 1930 roku, po powrocie do Anglii (oraz pierwszej skrobance w wieku 15 lat), Ethel Margaret debiutowała na dworze w Londynie. Smukła sylwetka, wielkie, zielone oczy i subtelna karnacja błyskawicznie zaskarbiły jej uznanie socjety i zapewniły opinię najpiękniejszej debiutantki roku.

Uroda Margaret przez wiele lat była w towarzystwie tematem numer jeden, zwłaszcza że towarzyszyło jej nieskazitelne wyczucie stylu. Przyszłą księżną Argyll ubierał między innymi sir Norman Bishop Hartnell, projektant kreacji królowej Elżbiety II, Marleny Dietrich i Elizabeth Taylor. I chociaż sama Margaret nonszalancko twierdziła, że w życiu liczą się jedynie „pudel i trzy sznury pereł”, nie przeszkodziło jej to bić rekordów w liczbie klejnotów naszywanych na jedwabne suknie szyte specjalnie dla niej.

Donna Tartt: Dandyska w rozmiarze XS z Pulitzerem na koncie

Po zerwanych zaręczynach z ostatnim hrabią Warwick, Charlesem Guyem Fulkem Greville’em, Ethel Margaret Whigham zwróciła uwagę na amerykańskiego golfistę i bywalca salonów Charlesa Sweeneya. Czarujący i przystojny kompan możnych przedwojennej Europy uchodził za jedną z najweselszych i najlepszych partii w Londynie. Ślub popularnej pary był wydarzeniem roku 1933. Obserwowało go kilka tysięcy gapiów. Żeby wszyscy mogli się napatrzeć, w Londynie na trzy godziny wstrzymano ruch samochodowy.

Przez 14 lat związku z przystojnym golfistą pani Sweeney urodziła trójkę dzieci (w tym jedno martwe) i stała się ozdobą królewskich bankietów oraz charytatywnych bali. Jako niezwykle silna osobowość towarzyska stała się (obok Benita Mussoliniego) jedną z bohaterek piosenki Cole’a Portera „You’re the Top”. Aż nadszedł dzień, który – wedle wielu oburzonych jej późniejszymi poczynaniami – na zawsze odmienił jej życie.

Nie, nie było to romantyczne spotkanie z nieznajomym, który zawrócił jej w głowie. Zresztą Margaret, którą podziwiamy na portretach z młodości, lat dojrzałych i późnej starości, oprócz onieśmielającej elegancji i chłodnej gracji łączy jedno – w jej spojrzeniu próżno szukać tendencji do łatwych zawrotów głowy. Jej wzrok jest podejrzanie nowoczesny, ironiczny i dociekliwy. Głębokiego spojrzenia księżnej Argyll nie otacza dyplomatyczna mgła, która pozwalałaby wątpić w jej intencje lub pewność własnych potrzeb. Być może to jedna z przyczyn, dla których obserwatorom jej życia tak łatwo było kierować pod jej adresem kategoryczne sądy.

Pewnego popołudnia 1943 roku księżna, zmierzając na zabieg pedikiuru w salonie kosmetycznym przy Bond Street, wpadła do 12-metrowego szybu windy. Na skutek wypadku zdarła sobie paznokcie, stłukła kolana i doznała urazu głowy. Według psychologów i niektórych osób z jej bliskiego otoczenia wypadek spowodował u Margaret tymczasowe zaburzenia węchu i smaku, a także trwały i niepohamowany wzrost popędu seksualnego. „Chodzić do łóżka wcześnie i często” – mawiała od tej pory księżna pytana o zasady, którymi kieruje się w życiu. To, czy upadek – nomen omen – z dużej wysokości leżał u podstaw erotycznych potrzeb Margaret, jest czystą spekulacją. Z pewnością nie były nią jednak pogarda i gniew, które spotykały księżną za folgowanie instynktom.

Księżna z pudlem, 1975 r. Fot. IAN TYAS

 

Kochankowie księżnej ArgyllSzeregi jej kochanków zasilało wiele znakomitości: książę Kentu George, książę Ali Chan (przyszły mąż Rity Hayworth), rajdowiec Glen Kidston, baron William Maxwell Aitken, aktor Bob Hope, Maurice Chevalier, kurator Metropolitan Museum of Art Theodore Rousseau, Joseph Thomas z Lehman Brothers, spokrewniony z Jacqueline Kennedy Joseph Slatton, a także anonimowi członkowie rodziny królewskiej oraz liczni mieszkańcy wioski Inveraray położonej nieopodal zamku księcia Argyll, w którym para mieszkała ponad dziesięć lat. Mimo że w 1975 roku Margaret Campbell zdecydowała się opublikować autobiografię „Forget Not” (Nie zapomnieć), o wielu swoich podbojach dyskretnie milczała.Mężczyźni natomiast chętnie dzielili się wiedzą o jej upodobaniach, jak chociażby 17-letni Michael Thornton, który wyznał, że księżna zwykła zapraszać do siebie młodzieńców na drinka i gorącą kąpiel, a gdy ci zmierzali do wanny, wkraczała do łazienki i bez zbędnych ceregieli przechodziła do kluczowej części spotkania. O sobie mawiała, że jest niezwykle próżna. Słynne jest jej powiedzenie: „Nikt już nie ma klasy. Wszyscy zrobili się starzy i grubi”.Ostatnia żona Chaplina. Kiedy się pobrali, miała 18 lat, on – 54Jak łatwo się domyślić, mroczna baśń o upadłej księżnej może mieć tylko jedno zakończenie. Margaret Campbell, księżna Argyll, zmarła w nędzy i osamotnieniu w 1993 roku w przytułku Pimlico w Londynie. Wcześniej przez wiele lat doświadczała stopniowej degradacji materialnej i społecznej, najpierw zmuszona do tego, by za opłatą udostępniać swój dom zwiedzającym, następnie do przeprowadzki do hotelu, aż wreszcie do zajęcia skromnego pokoju z wąskim jednoosobowym łóżkiem. Spoczęła w mogile obok swego pierwszego męża Charlesa Sweeneya.

Dwa lata później Thomas Ades i Philip Hensher napisali „Powder Her Face”, operę kameralną opartą na życiorysie rozwiązłej księżnej. Opera szybko stała się jednym z najgłośniejszych i najczęściej grywanych spektakli na światowych scenach. Jej najbardziej rozpoznawalnym momentem jest muzyczne ukazanie fellatio, od którego zaczął się konflikt Margaret Campbell nie tylko z jej ówczesnym mężem, lecz z całym zachodnim społeczeństwem, dla którego jedynym akceptowalnym wytłumaczeniem fenomenu kobiecego pożądania mógł być upadek na dno 12-metrowego szybu windy.

Opera „Powder Her Face” Thomasa Adesa oparta na życiu księżnej Argyll jest obecnie wystawiana w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej.

ZOBACZ TAKŻE

WysokieObcasy.pl

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: