Duda (16.05.2015)

 

Młodzi i stary

Socjologowie zgodnie wskazują, że jedna z głównych linii podziału stratyfikacyjnego w Polsce przebiega między pokoleniami. A więc już w mniejszym stopniu między klasami społecznymi, regionami, miastem i wsią itp., ale w coraz większym stopniu – między młodymi, wchodzącymi w wiek zawodowy – a całą resztą.

Przy niewątpliwych sukcesach ekonomicznych Polski jako całości – owoce sukcesu rozkładają się nierówno. Młodzi muszą swą niepewnością, poczuciem niestabilności i ryzyka, płacić niewspółmiernie dużo za ogólny sukces. I będzie to się pogłębiało, wraz ze starzeniem się społeczeństwa – coraz mniejsza procentowo liczba młodych będzie musiała płacić za zabezpieczenie starych – i z koniecznością zmierzenia się wreszcie z problemami środowiska. To dług, pozostawiony przyszłym pokoleniom przez dzisiejsze.

Obecne wybory są dobitnym, szokującym wręcz uderzeniem pięścią w stół przez młode pokolenie. I nie chodzi tu nawet o absolutny niedostatek – młodzi dziś mają dostęp do rzeczy, o jakich nawet względnie zamożnym nie śniło się przed dwiema dekadami, ale o typowe zjawisko aspiracji rozbudzonych ponad możliwości ich zaspokojenia bez jakiejś fundamentalnej redystrybucji międzypokoleniowej. Oto społeczne tło wyborów prezydenckich AD 2015.

I na tym tle jest jedna rzecz prawdziwie zdumiewająca. Jeśli ogniskiem społecznego protestu, który zaowocował zdumiewającymi wynikami pierwszej tury, jest właśnie bunt młodych, z niezwykłym sukcesem pełnego dezynwoltury, brawurowego Kukiza, to jak mogą oni głosować na kandydata, który:

• Jest produktem partii anachronicznej, konserwatywnej, zaściankowej i anty-wolnościowej;
• W sprawach obyczajowo-moralnych jest kopią aktualnego stanowiska Episkopatu, jakie by ono nie było (a jest najbardziej wsteczne z kościołów rzymsko-katolickich na świecie) ;
• W całym swym życiu zawodowym był karykaturalnym wręcz wcieleniem ideału potulnego, posłusznego urzędnika, nierobiącego klopotu swym przełożonym, nawet gdy domagali się wykonywania przez niego realizacji zadań nieetycznych (wniosek do TK w sprawie SKOK);
• Jest tworem partii, której główną postawą wobec Europy i w ogóle świata zewnętrznego jest stałe naburmuszenie, nieufność, niechęć i nadzwyczajna skłonność do wyszukiwania powodów do obrażania się.

To są wszystko elementy syndromu, mającego w polskim społeczeństwie jakieś tam wzięcie – pewno właśnie na poziomie tych 30 procent. Dorzućmy do tego jeszcze religię smoleńską i parę innych paranoi. Każdy z nas zna takich ludzi, choć niektórzy z nas starają się ich unikać na tyle, na ile się da.

Kukiz – rozumiem. Ale gdzie Kukiz a gdzie Duda? Zwłaszcza, gdy jego rywalem jest teraz człowiek, który gdy odwaga była naprawdę droga, umiał ryzykować swą wolnością a może i życiem, wpisując się w tradycję młodzieńczej, romantycznej dzielności? Przy Komorowskim Duda jest bardzo stary, zawsze takim był.

naTemat.pl

Sprawdzamy gospodarcze postulaty Andrzeja Dudy. Fakty czy mity?

Piotr Skwirowski, Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński, 14.05.2015
Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta RP chce wycofać wprowadzone przez koalicję PO-PSL podwyższenie wieku emerytalnego, abyśmy znów mogli pracować do 60. (kobiety) lub 65. (mężczyźni) roku życia. Nic nie mówi jednak o konsekwencjach swojego pomysłu.

Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta RP chce wycofać wprowadzone przez koalicję PO-PSL podwyższenie wieku emerytalnego, abyśmy znów mogli pracować do 60. (kobiety) lub 65. (mężczyźni) roku życia. Nic nie mówi jednak o konsekwencjach swojego pomysłu. (KUBA ATYS)

Kandydaci na prezydenta w trakcie kampanii wyborczej często składają obietnice swoim wyborcom. Andrzej Duda mówił m.in. o podatkach, sieciach handlowych, wieku emerytalnym. Posługuje się faktami czy to, co mówi, to są mity?
Podatki

Teza Andrzeja Dudy: Ta władza nie obniżyła VAT, choć obiecała, że podwyżka będzie tylko przejściowa

Piotr Skwirowski: Z początkiem 2011 r. rząd zaproponował podwyżkę VAT. Przejściowo, na trzy lata. Podstawowa stawka tego podatku poszła w górę z 22 do 23 proc. Na niektóre towary pierwszej potrzeby stawka VAT spadła jednak z 7 do 5 proc. Rząd uznał, że podwyżka jest niezbędna, bo z powodu potężnego światowego kryzysu gospodarczego także nasza gospodarka spowolniła (ale jako jedna z nielicznych uniknęła recesji), co przełożyło się na spadek dochodów budżetu państwa z podatków.

Ponadto Komisja Europejska naciskała na Polskę w sprawie ograniczenia zbyt wysokiego jak na standardy unijne deficytu sektora finansów publicznych (podobne kłopoty z deficytem miała większość krajów UE). Dzięki wyższemu VAT budżet dostawał dodatkowo 5-6 mld zł rocznie.

Faktycznie, po trzech latach rząd uznał, że sytuacja wciąż nie pozwala na powrót do niższego VAT, i zdecydował się na przedłużenie okresu obowiązywania wyższego VAT o kolejne trzy lata. Stawki mają spaść do dawnego poziomu dopiero z początkiem 2017 r.

W ostatnią środę Komisja Europejska rekomendowała zdjęcie z Polski procedury nadmiernego deficytu. – W tej sytuacji obniżka VAT w 2017 r. jest już przesądzona – cieszył się Jacek Rostowski, były minister finansów, dziś doradca ekonomiczny rządu.

Teza Andrzeja Dudy: Komorowski podpisał 13 ustaw podnoszących 21 podatków

Piotr Skwirowski: Rzeczywiście, np. VAT wzrósł. Niemal co roku rosła też akcyza na papierosy. Raz w górę poszła również akcyza na wyroby spirytusowe. Podwyżką podatków jest także utrzymujące się zamrożenie skali podatkowej i innych limitów podatku od dochodów osobistych. Tu jednak po prostu nie ma w ustawie podatkowej mechanizmu waloryzacji skali i tych limitów, podwyżka odbywa się więc niejako z automatu. W PIT mieliśmy za to podwyżki limitów ulgi na dzieci. To przełożyło się na obniżki podatków płaconych przez rodziny wychowujące dzieci.

Trudno powiedzieć, co Andrzej Duda ma na myśli, mówiąc o 21 podatkach. Trudno nam się aż tylu w Polsce doliczyć.

Teza Andrzeja Dudy: Rocznie mamy w Polsce 50 mld strat na podatkach

Piotr Skwirowski: To prawda, że mamy problem z nadużyciami, a właściwie z przestępstwami związanymi z VAT. Wyłudzeniami tego podatku na wielką skalę zajęły się zorganizowane, często międzynarodowe, grupy przestępcze. Przede wszystkim z tego powodu luka w VAT, czyli różnica między tym, co hipotetycznie powinno wpływać z tego podatku do budżetu, a tym, co faktycznie wpływa, przekracza 40 mld zł rocznie. To ogromna kwota, ale i tak w tym roku według szacunków ekspertów podatkowych będzie mniejsza niż w latach poprzednich. To dlatego, że rząd zaczął energiczniej walczyć z wyłudzeniami VAT.

Zdaniem ekspertów tegoroczne zmniejszenie się luki podatkowej w Polsce to zasługa przede wszystkim wprowadzenia mechanizmu odwróconego VAT (kupujący, a nie sprzedający, odprowadza podatek do urzędu) i solidarnej odpowiedzialności kontrahentów za zapłatę podatku przy sprzedaży niektórych towarów, m.in. prętów stalowych, paliwa i złota. Ale luka w VAT to bolączka wszystkich państw w Europie. Polska nie jest tu wyjątkiem. Wyłudzenia ułatwia po prostu konstrukcja VAT.

Sieci handlowe

Andrzej Duda: Wielkie zagraniczne sieci handlowe wyprowadzają z Polski rocznie ok. 100 mld zł

Piotr Miączyński: Równie dobrze można powiedzieć, że 200 mld zł. Albo 300 mld. Nie wiem, skąd się wzięła ta kwota. Cały nasz rynek spożywczy wart jest 239,1 mld zł. A zachodnie sieci nie kontrolują go przecież w całości.

Owszem, sieci płacą stosunkowo mało podatków. W ostatnich latach dziesięć firm handlowych o największych przychodach płaciło ponad 600 mln zł podatku dochodowego rocznie.

Czy sieci nie są w stanie zapłacić więcej? Przychody ze sprzedaży mają w końcu imponujące: sam właściciel Biedronki w minionym roku – około 35,9 mld zł. Poszczególne sieci nie chcą ujawniać, ile płacą CIT. Niektóre nie płacą go w ogóle (wspomniana Biedronka akurat płaci).

Tyle że na naszym rynku trwa wojna cenowa. Żywność mamy obecnie najtańszą w Unii. Zarabia się bardzo trudno. Sieci raczej wydają pieniądze na inwestycje w nowe sklepy, licząc na to, że za jakiś czas uda się je odzyskać.

Pocieszenie? Sieci systematycznie płacą więcej podatków. W 2004 r. – dane MF – 30 największych sieci handlowych zapłaciło 232 mln zł podatku dochodowego, obecnie – niemal trzy razy więcej.

Sieci nie korzystają też ze specjalnych ulg podatkowych. Mogły to robić tylko przez krótki okres. Czy stosują techniki optymalizacji podatkowej? Jeśli nawet, to jest to niezwykle trudne do sprawdzenia. Sieci badała już Najwyższa Izba Kontroli wraz z urzędnikami skarbowymi. Nie stwierdzili transferu zysków poprzez „optymalizację podatkową”. Oczywiście sztuczek podatkowych jest wiele. Nie wszystkie urzędnicy skarbowi mają rozpracowane, nie wszystkie potrafią udowodnić.

Dlatego wspomniane przez Andrzeja Dudę 100 mld zł jest bardzo trudne do udowodnienia.

Wiek emerytalny

Andrzej Duda: Trzeba cofnąć „reformę 67” (wiek emerytalny), bo to złamana obietnica Tuska i Komorowskiego

Leszek Kostrzewski: Bronisław Komorowski w czasie poprzedniej kampanii prezydenckiej rzeczywiście wyraźnie dystansował się wobec podwyższania wieku emerytalnego. Ostatecznie poparł jednak projekt rządu. Podobno przekonało go to, że reforma będzie rozłożona w czasie (kobiety do 67 lat będą musiały pracować od 2040 r., panowie – od 2020 r.). Reforma zakłada też możliwość odejścia na wcześniejszą emeryturę, tzw. częściową (prawo do niej będą miały 62-letnie kobiety i 65-letni mężczyźni).

Andrzej Duda chce wycofać wprowadzone przez koalicję PO-PSL podwyższenie wieku emerytalnego, abyśmy znów mogli pracować do 60. (kobiety) lub 65. (mężczyźni) roku życia. Nic nie mówi jednak o konsekwencjach swojego pomysłu. Nic dziwnego, oznacza on bowiem obniżki emerytur. W obecnym systemie wysokość świadczenia zależy od długości życia na emeryturze. Zebrane składki po prostu dzieli się przez statystyczną dalszą długość życia. Polacy wcześniej przechodzący na emerytury – jak chce kandydat PiS na prezydenta – będą więc krócej pracować (czyli odłożą mniej pieniędzy) i dłużej żyć z emerytury (czyli mniejszy kapitał rozłoży się na więcej miesięcy).

Dla 40-letniej Polki zarabiającej średnią krajową praca do 60. roku życia zamiast do 67. spowoduje obniżkę emerytury o blisko 40 proc. Pracując do 60. roku życia, taka kobieta dostanie 2060 zł emerytury brutto zamiast 3400 zł, czyli blisko o ponad 1300 zł mniej. Dla mężczyzn praca do 65. roku życia zamiast do wieku 67 lat spowoduje spadek emerytury o blisko 17 proc.

Zmiany proponowane przez Andrzeja Dudę oznaczałaby, że emerytury byłyby dużo niższe, ale jednocześnie więcej osób miałoby do nich prawo. W każdym kolejnym roku liczba emerytów rosłaby o dodatkowe 30-40 tys. osób i w konsekwencji rosłyby wydatki państwa. A przecież już dziś na emerytury w ZUS brakuje kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie.

Zobacz także

wyborcza.biz

Putin strzelił osiem bramek w pokazowym meczu hokeja na lodzie

mc, ap, 16.05.2015
Władimir Putin strzelał gole po asystach byłych graczy amerykańskiej ligi NHL.

Władimir Putin strzelał gole po asystach byłych graczy amerykańskiej ligi NHL. (Alexei Nikolsky / AP / AP)

Spotkanie w Soczi zakończyło się zwycięstwem drużyny prezydenta Rosji 18 do 6
Władimir Putin strzelał gole po asystach byłych graczy amerykańskiej ligi NHL. W meczu zagrali m.in. Pawieł Bure i Walerij Kamienski. Trzy z pozostałych bramek dla zwycięskiej drużyny strzelił minister obrony Rosji Siergiej Szojgu.

Mecz odbył się w sobotę w hali w Soczi, gdzie w 2014 r. odbywały się zimowe igrzyska olimpijskie. Zorganizowano go krótko przed półfinałem hokejowych mistrzostw świata, w których Rosjanie mierzą się z Amerykanami.

Podczas 15-letnich rządów 62-letni prezydent często zdradzał zamiłowanie do sportu. Najbardziej znana jest jego pasja do dżudo. Putin jest też zapalonym pływakiem. Z gry w hokeja na lodzie do niedawna słynął przede wszystkim prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka.

wyborcza.pl

 

Szef SLD w Poznaniu: Miller powinien usunąć się w cień, jak kiedyś Rakowski i Jaruzelski

Seweryn Lipoński, PAP, 16.05.2015
Leszek Miller i Tomasz Lewandowski

Leszek Miller i Tomasz Lewandowski (Fot. Piotr Skórnicki / Agencja Gazeta)

– To gest rozpaczy. Jeśli teraz nic się nie zmieni, to jesienią lewicy nie będzie w parlamencie – przestrzega Tomasz Lewandowski, przewodniczący SLD w Poznaniu. Z grupą kilkudziesięciu działaczy podpisał się pod listem wzywającym Leszka Millera do dymisji.
„Panie Przewodniczący, dla dobra SLD i wszystkich środowisk lewicy w Polsce domagamy się ustąpienia Pana z funkcji przewodniczącego SLD oraz zwołania Rady Krajowej SLD na dzień 30 maja br.” – czytamy w liście. Podczas sobotniego zarządu partii przedstawił go Marek Balt, szef SLD na Śląsku.

– To apel osób, które mimo niskich notowań SLD w różnych częściach kraju zdobyły poparcie wyborców. W kierownictwie nie widać refleksji i chęci do zmian – wyjaśnia Lewandowski. Oprócz niego pod listem podpisali się m.in. prezydent Częstochowy Krzysztof Matyjaszczyk i prezydent Będzina Łukasz.

„Czy kogoś tam totalnie porąbało???” i „To było szaleństwo”

Lider poznańskiej lewicy od dłuższego czasu sceptycznie patrzył na działania centrali swojej partii. Kiedy w styczniu zmarł Józef Oleksy, a w tym samym dniu ogłoszono, że kandydatką na prezydenta Polski będzie Magdalena Ogórek, Lewandowski na Facebooku pytał: „Czy kogoś tam już totalnie porąbało???”.

Ale bomba wybuchła w niedzielę wieczorem. Kandydatka popierana przez SLD zdobyła zaledwie 2,4 proc. głosów. Rozżalony Lewandowski nie przebierał w słowach: – To było szaleństwo. Wchodząc do lokalu chciałem oddać nieważny głos. Ostatecznie lojalność wobec partii zwyciężyła, zagłosowałem na Ogórek, ale czułem się, jakby ktoś dał mi w twarz. To nie była moja kandydatka.

Podobnie wypowiadali się młodzi działacze SLD z innych miast. Efektem jest właśnie ich apel do Leszka Millera.

– Jeśli nic się nie zmieni, to jesienią po wyborach lewicy w ogóle nie będzie w parlamencie. Ktoś, kto cieszy się z poparcia rzędu 5-8 proc., jest niespełna rozumu. Powinniśmy walczyć o 20-25 proc., żeby mieć na coś wpływ, a nie tylko być podnóżkiem – mówi ostro Lewandowski.

Jego zdaniem nie powinno się skończyć na zmianach personalnych: – Konieczne jest nowe otwarcie na lewicy i zmiana programu. Mamy w Polsce całe pola nierówności w dostępie do mieszkań, szkół, pracy, służby zdrowia i wielu innych. To dziwne, że SLD w tych sprawach nie grzmi, tylko zajmuje się np. sprawami światopoglądowymi.

Lewandowski znów w wyborach na prezydenta Poznania czy do Sejmu?

Czy takie zaangażowanie Lewandowskiego w krajowe sprawy SLD spowoduje, że zmieni plany na przyszłość? Dotąd zaprzeczał, jakoby chciał startować w wyborach parlamentarnych.

Dziś 36-letni Lewandowski potwierdza „Wyborczej”, że nadal nie ma takich planów, bo interesuje go głównie samorząd. I to na poznańskich sprawach chce się skupić. W niedawnych wyborach na prezydenta Poznania zajął czwarte miejsce z 16,6 proc. poparcia. Jest szefem klubu SLD w radzie miasta, który ostatnio rozmawia z PO o potencjalnym porozumieniu i czymś w rodzaju luźnej koalicji.

– Mam nadzieję, że premier Miller pójdzie po rozum do głowy. Powinien zachować się tak, jak kiedyś premier Rakowski i generał Jaruzelski, którzy usunęli się w cień. Bez tego nie mogłaby powstać lewica Millera i Kwaśniewskiego. Mam do Millera ogromny szacunek za to, co zrobił, gdy SLD rządził. Ale dziś potrzebna jest inna lewica niż kilkanaście lat temu – kończy Lewandowski.

poznan.gazeta.pl

 

Osiem dni do drugiej tury. Wady i zalety kampanii

Prof. Radosław Markowski, SWPS, kierownik Polskiego Generalnego Studium Wyborczego (PGSW), 16.05.2015
Zostało osiem dni do drugiej tury. Kampania trwa

Zostało osiem dni do drugiej tury. Kampania trwa (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta / AGENCJA GAZETA)

Usunięcie w cień Kaczyńskiego, spot z dziećmi, formalna pompa i nieuzasadnione aspiracje – oto pozytywne i negatywne aspekty kampanii wyborczych Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudy.
Bronisław Komorowski

Negatywy kampanii Komorowskiego to ciągle zbyt dużo formalnej pompy. Za mało wymiaru międzynarodowego, a przecież prezydent może się pochwalić sukcesami swoimi i Polski – kraju w UE coraz ważniejszego. To istotne, bo sceptycyzm kontrkandydata i źle skrywana chęć „orbanizacji” naszej polityki unijnej są widoczne.

Brak reakcji sztabu na potok „konfabulacji statystycznej” Andrzeja Dudy to kardynalny błąd – wszak to kopalnia możliwości spokojnych sprostowań, ukazujących jego „kompetencje”. Nie wiadomo, dlaczego z tego nie korzystają.

Pozytywy to ważny pomysł mobilizacji telefonicznej – sztab zrozumiał, że to nie elektorat Kukiza zadecyduje o ostatecznym wyniku, a miliony tych, którzy jeszcze dwa miesiące temu darzyli prezydenta zaufaniem, a którzy pod wpływem zręcznej kampanii kontrkandydata przestali mu ufać. Kampania prezydenta zadaje tym zdemobilizowanym kluczowe pytanie: A co takiego w ostatnich dwóch miesiącach jako prezydent spaprałem?

Pozytywem jest też krótki spot dzieci prezydenta – pokazały one, że rodzina nie musi występować w jednokolorowych mundurkach i wygłaszać przygotowanych przez sztab komunałów, a można pokusić się o uwagę o występujących czasami rozbieżnościach opinii; wszak to normalne między pokoleniami.

Andrzej Duda

Negatywy kampanii Dudy to głównie rozbudzenie tysięcy nieuzasadnionych aspiracji. Sprzyja to w kampanii, lecz zemści się, jeśli Duda będzie musiał za rok, dwa z nich się tłumaczyć. To zabieg uderzający w świadomość ekonomiczną Polaków. Obietnice szybko rosną z 200 do 300 mld zł, a więc – obrazowo – po rozbiciu budżetu kraju przed pierwszą turą w ostatnich dniach załatwił budżet włoski i szybkim krokiem zmierza do rozchwiania budżetu wielkości niemieckiego. Dziś wiemy, że w dzieło to zaangażowano najciężej pracującą grupę Polaków, powszechnie szanowanych związkowców, zresztą wszystkich politycznych orientacji. Słusznie, wszak rozmontowanie budżetu niemieckiego bez związkowców raczej się nie uda.

Pozytywy Niesamowita konsekwencja przekazu, nawet odnośnie do nierealizowalnych polityk, jak obniżenie wieku emerytalnego.

Co więcej, kontrola przebiegu kampanii – usunięcie z oczu Polaków Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry – jest niezwykle konsekwentna, choć migawki świadczą, iż mają się dobrze. Konsekwencja ta jednak może zasiać niepokój – całkowite zniknięcie Antoniego Macierewicza nie tylko zresztą zwolenników napawa trwogą, sam się niepokoję, czy nie wylądował w jakiejś „klatce”.

No właśnie, „klatka” jako miejsce pobytu robi karierę dzięki osobnikowi z otoczenia Dudy, który miał prawnie pomagać Polakom. Szybko stracił tym zainteresowanie i zaproponował prezydentowi pobyt w klatce. Naiwni komentatorzy poważnie ostrzegli, że to błąd, gdyż zniechęca elektorat centrowy, a przecież nie o to chodzi. To dobrze zaplanowane przez sztab próby straszenia otoczenia, co najlepiej widać po postawie kierownictwa TVP. Telewizja publiczna pokazała w czwartek program pana Pospieszalskiego, którego nie wyemitowałaby w trakcie kampanii nie tylko BBC, ale i telewizje wielu naszych wschodnich sąsiadów.

To działa i w zamyśle sztabu ma działać – oni się już boją.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Andrzej Duda: bilion złotych będzie kołem napędowym dla gospodarki

10.12.2013
– Zakładamy, że bilion złotych będzie takim kołem napędowym dla polskiej gospodarki – mówił w Kontrwywiadzie RMF FM polityk PiS Andrzej Duda. Chodzi o ostatnią deklarację Jarosława Kaczyńskiego, który zapowiedział, że PiS wie, jak „uruchomić bilion złotych”.
Andrzej Duda Andrzej Duda (

)

Pytany, skąd PiS weźmie te pieniądze Duda przypomniał o 300 miliardach, które będą do wykorzystania z funduszy unijnych oraz o stu miliardach nadpłynności w sektorze bankowym. Na uwagę, że to jednak wciąż za mało zauważył, że „są możliwości pożyczek„. Podkreślił także, że gdy PiS dojdzie do władzy „weźmie w swoje ręce odpowiedzialność za losy kraju”.

– Z otwartą przyłbicą staniemy przed obywatelami, przed wyborcami i powiedziemy im: tak, to my teraz będziemy się sprawami krajowymi zajmowali i państwo w związku z tym nas będziecie z tego rozliczać – zapowiedział Duda.

Polityk zarzucił także PO, że „ciągnie garściami pieniądze publiczne”. – Polskie spółki, które były podwykonawcami autostrad nie otrzymały swoich wynagrodzeń, a pieniądze zostały wyprowadzone za granicę. To były gigantyczne pieniądze i uszczelnienie systemu przyniesie tutaj ogromne zyski dla Polski – przekonywał Duda.

wp.pl

7 mld zł Dudy z sufitu

Przemysław Jedlecki, Bartłomiej Kuraś, 16.05.2015
Andrzej Duda na piątkowym wiecu wyborczym w Dąbrowie  Górniczej

Andrzej Duda na piątkowym wiecu wyborczym w Dąbrowie Górniczej (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta / AGENCJA GAZETA)

Na wiecach w Dąbrowie Górniczej i Chrzanowie Andrzej Duda grzmiał, że polski budżet ma 7 mld zł rocznie z polskich kopalń. I porównał tę kwotę z czystym zyskiem budżetu z sektora bankowego.
Spotkanie w Dąbrowie Górniczej zorganizowano przed Pałacem Kultury Zagłębia w centrum miasta. Na placu zebrało się kilkaset osób. Zanim polityk się tu zjawił, można było posłuchać skocznych piosenek śpiewanych przez emerytowanego górnika. „Krzyża wiary nie wolno nam oddać” – rozległy się słowa.Przetrenowano też śpiew urodzinowych życzeń, ponieważ Andrzej Duda w sobotę kończy 43 lata. Drugi raz odśpiewano je na koniec przemówienia kandydata.

Bogu chwała

Ewa Malik, zagłębiowska posłanka PiS, zanim jeszcze Duda przyjechał, bardzo go komplementowała. – Bogu chwała za takiego kandydata. Tak mądrego, inteligentnego, odważnego i kulturalnego. Taki kandydat zdarza się raz na 100 lat – mówiła. – Oczywiście nic nie ujmując Jarosławowi Kaczyńskiemu – zreflektowała się.

Sam Duda był witany owacjami. – Andrzej Duda, Andrzej Duda, zwyciężymy, zwyciężymy! – niosło się po placu.

– Jesteśmy na ostatnim odcinku. Decyduje się, kto będzie prezydentem, kto będzie głową państwa polskiego – zagrzewał Duda.

Część wygłaszanego w całości bez kartki wystąpienia Duda poświęcił sprawom międzynarodowym. Wypomniał Europie, że po 1945 r. zostawiła Polskę po drugiej stronie żelaznej kurtyny.

– Dziś mamy prawo mówić w Unii Europejskiej twardym głosem. Czas skończyć z płynięciem głównym nurtem, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Musimy odzyskać siłę – przekonywał.

Zapowiedział utworzenie Narodowej Rady Rozwoju, do której powoła ekspertów, naukowców, przedsiębiorców i przedstawicieli związków zawodowych. – Chodzi o wspólną pracę nad naprawą gospodarki i systemu podatkowego, tak by stał się przyjazny dla obywateli i przedsiębiorców, tak by tworzenie miejsc pracy było inwestycją, a nie kosztem – mówił.

Dekarbonizacja sprzeczna z interesem Polski

Duda zaatakował prezydenta Komorowskiego za podpisanie ustaw podnoszących podatki. – Zachowuje się tak, jakby był prezydentem rządzącej partii, a nie ludzi, którzy go wybrali – oceniał. Straszył, że jeżeli w Polsce nic się nie zmieni, to za granicę będą wyjeżdżać kolejne pokolenia, aż kraj się wyludni. – I wtedy nikt nas już nie będzie musiał atakować – mówił.

Na koniec wspomniał o górnictwie. – Słyszę, że polskie kopalnie są nierentowne. A one przynoszą do budżetu 7 mld zł rocznie, podczas gdy sektor bankowy – tylko 4 mld zł. Nie wolno pozwolić na likwidację kopalń. Dekarbonizacja jest sprzeczna z interesem Polski. Mamy go na 200 lat, to gwarantuje nam suwerenność. To kwestia być albo nie być polskiego państwa – dodał Duda.

Nie wiadomo, na czym Duda opiera rachunek, że polski budżet ma na czysto 7 mld zł z kopalń. A właśnie to zasugerował, porównując tę liczbę z rekordowym w historii branży bankowej czteromiliardowym podatkiem dochodowym w 2013 r.

Kwotę 7 mld zł Duda wziął prawdopodobnie z wyliczeń związkowców podanych w czasie strajków w Jastrzębskiej Spółce Węglowej na początku tego roku. Twierdzili oni, że tyle w 2013 r. wyniosły daniny publicznoprawne górnictwa, z tego 2 mld zł z VAT (ale płaconego przez nabywców węgla), a także CIT i opłaty samorządowe. Związkowcy i Duda nie biorą jednak pod uwagę dopłat państwa do tej branży. Według wyliczeń Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych roczne wsparcie z budżetu, głównie na emerytury górnicze, wynosi 5,5 mld zł. Do banków budżet nie dokłada.

Wiec w Chrzanowie

Dudabus zajechał na chrzanowski rynek kwadrans po godzinie 15. – Od Krakowa tęczy blask… Oj, czekała na niego długi czas! – huknęła kapela ludowa. Kandydata przywitały gromkie oklaski. I znów skandowanie: – Andrzej Duda! Andrzej Duda! To się uda!

Ale niewielkiego chrzanowskiego rynku nie udało się wypełnić nawet w połowie. Przyszło tylko kilkaset osób. Może dlatego, że w pierwszej turze wyborów prezydent Komorowski uzyskał tu o sześć punktów procentowych lepszy wynik od Dudy. Wśród tłumu był m.in. popierany przez PiS burmistrz Chrzanowa Marek Niechwiej, który nie chce zrezygnować ze stanowiska, choć policja przyłapała go, jak w ostatnią niedzielę lutego wjechał samochodem w płot, mając 1,4 promila alkoholu we krwi.

– Te wybory dają szansę na zapoczątkowanie zmian, które zmienią Polskę na lepsze. Nie będziecie pracowali do śmierci. Trzeba przywrócić poprzedni wiek emerytalny. Jeżeli zostanę wybrany, to zrobię wszystko, by obniżyć wiek emerytalny – mówił Duda. Obiecywał mniejsze podatki, więcej pracy, lepszą infrastrukturę, komunikację drogową i internetową.

– Ciepła woda w kranie leci tylko cieniusieńkim strumyczkiem – krytykował obecne rządy. – Nie można ograniczać wydobycia węgla kamiennego, tak ważnego dla was! Nie wolno dać zamknąć kopalni w pobliskich Brzeszczach! Tym rządowym niby-specom mówię, że kopalnie przynoszą 7 mld dochodu rocznie – powtórzył.

Zebrani bili brawo. Klaskała nawet służba porządkowa „Solidarności”, która zabezpieczała wiec. Następnie na scenę wyszedł ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który na wiec przyjechał z niepełnosprawnymi dziećmi, podopiecznymi prowadzonej przez niego Fundacji im. Brata Alberta.

– Głosowałem na pana Kukiza, którego zmarły ostatnio ojciec był wspaniałym Kresowiakiem. Środowiska kresowe wystosowały do pana Andrzeja Dudy list z prośbą o wsparcie. Mam nadzieję, że pan odpowie zgodnie z naszymi oczekiwaniami i będziemy mogli głosować na pana – mówił Isakowicz–Zaleski.

Na zakończenie wiecu kapela zaintonowała: „Oto jest dzień, który dał nam Pan! Weselmy się i radujmy się!”. A gdy dudabus odjeżdżał: „Oj, czekała Kasia na swojego Jasia, aż powróci z wojny!”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Duda ma przyklejony uśmiech, a Komorowski nie robi nic

16.05.2015

W udzielonym „Faktowi” wywiadzie politolog Jadwiga Staniszkis opowiada o wadach i zaletach obu kandydatów
Duda ma przyklejony uśmiech, a Komorowski nie robi nicDuda ma przyklejony uśmiech, a Komorowski nie robi nic

Duda? Ma przylepiony do twarzy uśmiech i za dużo mówi. Komorowski? Nic nie robi? PO i PiS? Pasożytują na państwie. Prof. Jadwiga Staniszkis znana jest ze swoich ostrych i często radykalnych sądów. Teraz dla „Faktu” skomentowała toczącą się II turę kampanii wyborczej.

Fakt: Na placu boju zostało dwóch kandydatów, a pani nie podoba się żaden?
Prof. Jadwiga Staniszkis: Staram się być niezależna, zostawiam więc sobie prawo krytyki także Andrzeja Dudy, choć będę na niego głosować. Chciałabym, żeby wygrał, ale też wyłapuję jego słabe punkty.

Jakie są największe wady Komorowskiego?
Jako prezydent zrobił bardzo mało. Wydawało się, że w centrum jego zainteresowania są armia i zbrojenia, a teraz wszyscy zwracają uwagę na słabość strukturalną armii, zbyt wielu dowódców, zbyt mało i słabo wyszkolonych żołnierzy. Brak strategii wydawania wielkich pieniędzy na zbrojenia. Komorowski chwali się również wprowadzeniem rozwiązań dlarodzin – padło oczywiście wiele haseł o pomocy dla rodzin, ale właściwe zmiany wprowadził tak naprawdę Władysław Kosiniak-Kamysz jako minister pracy, a nie prezydent. W sferze międzynarodowej Komorowski jest użytecznym prezydentem, ale nie jest szanowany. I to są poważne wady.

Andrzej Duda byłby lepszy?
Sądzę, że tak, ale trudno to ocenić. Zbyt mało o nim jeszcze wiemy. Dudę – jak większość inteligentów i wykładowców – charakteryzuje gadulstwo, taka pusta mowa. Przylepiony uśmiech. Obiecuje rzeczy, które są poza zasięgiem prezydenta i które wymagają także zwycięstwa parlamentarnego. Bardzo dobrze, że podpisał porozumienie z „Solidarnością”, ale mimo wszystko jest człowiekiem establishmentu i nie do końca zdaje sobie sprawę z prawdziwych problemów, z którymi boryka się społeczeństwo. Duda jest trochę zbyt mało konkretny. Nie ma tej pasji, tej wściekłości, którą w tej sytuacji powinno się mieć. Na razie i on, i jego sztab są za powolni w reagowaniu na nowe sytuacje. Nie nawiązał np. natychmiast kontaktu z Pawłem Kukizem i pozwolił, by to Komorowski przejął inicjatywę.

Kibicowała pani Kukizowi, by osiągnął jak najlepszy wynik, ale też mówi pani, że gdyby został prezydentem, to by to panią przeraziło.
Oczywiście, że tak! Kukiz jest takim katalizatorem niezadowolenia. Jeżeli jego ruch przekształci się w partię, może być dobrym koalicjantem dla PiS, ale też sensowną siłą wymuszającą radykalne zmiany. Zarówno PO, jak i PiS pasożytują na państwie i są zżerane w dużej mierze przez wewnętrzny aparat partyjny, który traktuje wszystko jak własne folwarki. Kukiz jest tym impulsem, rodzajem emocji, która wzbudza nadzieję, że zmiana jest możliwa. I że to źle działające, rozrośnięte państwo i nieruchawe partie da się naruszyć. Ale gdyby został prezydentem, byłabym zaniepokojona, bo nie jest jeszcze gotowy do tej roli. Nie sądzę też, by to było jego ambicją.

Czy te 20 procent Kukiza ma szansę się zamienić w realną siłę polityczną?
Kukiz jest otoczony ludźmi, którzy wywodzą się z samorządów i mają polityczne ambicje. Myślę, że do jesiennych wyborów stworzą jakiś bardziej trwały byt. Dużo też zależy od tego, jak dalece Kukiz jest elastyczny w sprawie JOW-ów i czy zdaje sobie sprawę, że ich wprowadzenie oznacza ewolucję do systemu dwupartyjnego, co skutkowałoby tym, że jego partia nie dostałaby się do Sejmu.

Wynik wyborów wielu zaskoczył, a panią?
Rezultat Dudy nie był zaskoczeniem. Jest mniej więcej równy poparciu PiS. Niski wynik i porażka Komorowskiego była szokiem, bo to było o połowę mniej niż się wszyscy spodziewali. Błędem Komorowskiego było to, że nie stanął do debaty. Kiedy wszyscy kandydaci prezentowali swoje poglądy, człowiek się zastanawiał, co by odpowiedział prezydent i przychodziło do głowy tylko takie „huhuhu i hahaha”. To, że go nie było, zadziałało na jego niekorzyść.

Kto wygra w drugiej turze?
Przed nami jeszcze konferencja Polska Wielki Projekt, gdzie Duda będzie obecny. Będą debaty obu kandydatów, do których Duda musi się bardzo dobrze przygotować, szczególnie w sprawach międzynarodowych. Nie może się zdać na swoje gadulstwo. Musi proponować konkrety.

Fakt.pl

 

Kukiz koalicjantem PiS? Staniszkis: to możliwe, Polsce potrzebny „katalizator niezadowolenia”

Jadwiga Staniszkis zapewnia, że Paweł Kukiz może zostać koalicjantem Prawa i Sprawiedliwości, ale musi być bardziej elastyczny ws. JOW.
Jadwiga Staniszkis zapewnia, że Paweł Kukiz może zostać koalicjantem Prawa i Sprawiedliwości, ale musi być bardziej elastyczny ws. JOW. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Paweł Kukiz nie został prezydentem, ale to z pewnością nie koniec jego kariery politycznej. Jadwiga Staniszkis przekonuje, że z tak wysokim poparciem, jaki udało mu się zyskać ma duże szanse, by w październikowych wyborach wejść do sejmu i stać się koalicjantem PiS. Pod warunkiem, że jego ruch przekształci się w partię.

– Kukiz jest otoczony ludźmi, którzy wywodzą się z samorządów i mają polityczne ambicje. Myślę, że do jesiennych wyborów stworzą jakiś bardziej trwały byt – mówi Staniszkis w rozmowie z „Faktem”. Były lider zespołu Piersi musi jednak zdać sobie sprawę, że jego karierę polityczną mogą ostatecznie pogrzebać JOW-y, o które od lat tak aktywnie walczy. Ich wprowadzenie oznacza bowiem szybką ewolucję do systemu dwupartyjnego.

Paweł Kukiz jest potrzebny w polityce
Staniszkis od początku kibicowała Pawłowi Kukizowi, aby osiągnął jak najlepszy wynik. Przyznaje jednak, że gdyby został prezydentem, czułaby się zaniepokojona, bo zwyczajnie nie jest na to gotowy. Niemniej jednak, na polskiej scenie politycznej brakuje takich ludzi jak on. Zdaniem socjolog, jest potrzebny jako „katalizator niezadowolenia”.

– Stwarza nadzieje, że to źle działające, rozrośnięte państwo i nieruchawe partie da się naruszyć – mówi Staniszkis. Paweł Kukiz zdobył w wyborach 3 miejsce i imponujące 20,5 procent poparcia. Sam nie ukrywa, że zamierza stworzyć oddolny ruch obywatelski i z taką inicjatywą „ruszyć na sejm”. Na razie trwają ustalenia personalne i programowe. O szczegółach mamy dowiedzieć się za kilka tygodni.

Źródło: fakt.pl

naTemat.pl

Komorowski, Duda – niczego nie rozumiecie. My też

Marek Beylin*, 16.05.2015

RYS. MARCIN WICHA

Odklejeni od życia i wyzuci z wrażliwości na cudzy niedostatek przegapiliśmy oznaki tego buntu.
Nienazwanym wprost bohaterem tych wyborów jest państwo wraz z polityką społeczną. Państwo, którego nie ma tam, gdzie być powinno, i nazbyt władcze oraz aroganckie w relacjach z ludźmi.***W dużej mierze dlatego Bronisław Komorowski, zanim przegrał I turę wyborów, błyskawicznie stracił poparcie z ponad 60 do 33 procent. Był silny, gdy jeszcze przed kampanią wyborczą uosabiał państwo rozważne i spokojne jak jego prezydentura. Gdy jednak wdał się w kampanię niemrawo, długo niemal w niej nie uczestnicząc, co tłumaczył większościowym poparciem oraz tym, że o jego dorobku świadczy cała kadencja, swą nieobecnością zaczął uosabiać nieobecność państwa w społeczeństwie.Taki przekaz wzmocniła dodatkowo nieobecność rządu i Platformy w kampanii. Pomysł, że Komorowski nie potrzebuje wsparcia obozu rządowego w mobilizacji wyborców, a nawet powinien się od niego dystansować, okazał się fatalny, nie było bowiem komu wiarygodnie mówić o polityce społecznej. Teraz to się zmienia, prezydent wraz z ministrem pracy stworzyli projekt pracy dla młodych. Jednak wcześniej uwagi Komorowskiego o trudnej sytuacji młodszych pokoleń czy o tym, by poprawić reformę emerytalną, spotykały się z milczeniem rządu. Gorzej, pamiętnym wydarzeniem było sabotowanie przez resort finansów prezydenckiego projektu prawa podatkowego, zwłaszcza zapisu wzmacniającego sytuację podatnika wobec fiskusa. Co podważyło sprawczość prezydenta i ukazało państwo jako biurokratyczny twór przeciwny sprawiedliwemu prawu. A przede wszystkim stworzyło wrażenie, że władza nie interesuje się obywatelami.

Urna z naftaliną

Owszem, Komorowski wykazywał energię i kompetencje, mówiąc o polityce zagranicznej i obronnej. Tyle że wybory, nawet w czasie zewnętrznych kryzysów, wygrywa się polityką wewnętrzną. Albo przegrywa przez jej niedostatek.

Toteż hasło prezydenta „Spokój i bezpieczeństwo”, odwołujące się do globalnej sytuacji Polski, brzmiało niemal szyderczo, gdy odczytywano je jako diagnozę stanu społeczeństwa. Bo duża część Polaków nie czuje się bezpiecznie i nie żyje w spokoju; ta rzesza wyborców uważa też, że formułki o zgodzie i „Polsce racjonalnej” jedynie przyklepują ich złą sytuację życiową. W Polsce nastał bowiem czas gorączki.

Przed laty Platforma odnosiła sukcesy, bo Donald Tusk trafnie rozpoznał nastroje: po zamęcie, jaki wniósł PiS, po państwie, które straszyło i groziło, Polacy chcieli spokoju. To społeczne wyciszenie opierało się na modernizacji, unijnych pieniądzach i przekonaniu, że wielka część społeczeństwa ma lepszą przyszłość. Wystarczy czekać.

***

Dziś czas czekania minął, wielu uznało, że polityka rozmija się z ich aspiracjami. A są wśród nich i ci, którzy przez ostatnie lata skorzystali na rozwoju Polski, lecz ten sukces i bogacenie się kraju rozbudziły ich oczekiwania, i ci, zwłaszcza młodsi, skazani na życie w ustawicznej niepewności, na dorywcze prace za marne pieniądze oraz pozbawieni rozmaitych praw.

Czyli prekariusze, nasi półobywatele.

Jak żyć w mieście za dwa tysiące złotych miesięcznie? Trzeba dawać sobie radę, szukać lepszej pracy – to częsta odpowiedź polityków, pokazująca, jak są odklejeni od życia i wyzuci z wrażliwości na cudzy niedostatek. Zwłaszcza że lepszej pracy dla młodych jest w Polsce bardzo mało. Miliony 20-latków i 30-latków funkcjonują w poczuciu zagrożenia. Uganiają się za pracą, na ogół krótkoterminową, za dodatkowymi zarobkami, bo tam, gdzie pracują, zarabiają najczęściej marnie. Tak żyjąc, nie tylko nie zyskują poczucia bezpieczeństwa, lecz także tracą szansę na własny rozwój i na to, że kiedyś będzie im dana stabilizacja. Choć niemało z nich to ludzie wykształceni, znający języki i obyci ze światem.

1600 brutto i potęga PiS-owskiej propagandy

A ponieważ ci młodzi rzadko znajdują pracę etatową, nie mają wielu uprawnień. Nie chroni ich kodeks pracy, więc łatwo ich wyzyskiwać i oszukiwać. Nie mają płatnych urlopów, także macierzyńskich, brakuje im często ubezpieczeń zdrowotnych. To obywatele drugiej kategorii, którzy tracą nadzieję, że staną się obywatelami równoprawnymi.

Jasne, prekariusze są różni, w dużych miastach łatwiej im o pracę, a niektórzy prowadzą niestabilne życie z wyboru, uważając to za część wolności. Ale w mniejszych ośrodkach to nie wybór, lecz przymus niewolny od upokorzeń. Dlatego tak wielu 20- i 30-latków, zwłaszcza z mniejszych miast, zagłosowało na Pawła Kukiza.

I, u diabła, nie chodzi im o JOW-y, mają gdzieś sposób przeprowadzania wyborów. Latami ignorowani przez wszystkie partie i rządy, mało słyszalni, rozpaczliwie szukają reprezentacji własnych interesów. Walczą o uznanie i chcą zyskać poczucie sprawczości. Na razie okazali je, masowo pokazując władzy palec.

Wszak Kukiz jest kandydatem ich gniewu, a nie politycznego wyboru. Nie sądzę, by widzieli w nim trwałego reprezentanta ich interesów, on sam przecież się nimi nie interesuje.

***

Mądrość polityczna – nie tylko wyborczy interes – nakazywałaby władzy i partiom poszukanie rzeczników prekariuszy, by uobecnić ich interesy w polityce i państwowych decyzjach. Trzeba przecież dostosować politykę społeczną do ich sytuacji. Zresztą pewne decyzje łatwo przeprowadzić.

Można choćby objąć wszystkich zatrudnionych kodeksem pracy czy wprowadzić powszechne i poniżej pewnego poziomu dochodów darmowe ubezpieczenia zdrowotne.

Trudniejszy jest problem karygodnie niskich śmieciowych płac: nie da się za nie godnie żyć. Tyle że z tym problemem boryka się cała Europa i Stany Zjednoczone.

Co robić? Na krótką metę nikt nie wie. Ale niech przynajmniej rząd zaprzęgnie ekspertów oraz przedstawicieli prekariuszy do stworzenia planów długofalowych. Dotąd nikt się tym nie zajął.

A to ważne, bo jeśli ci młodzi gniewni nie znajdą reprezentantów w ramach systemu, poszukają ich na ekstremach, przy których Kukiz to mięczak. I poszukają szybko.Przegapiliśmy oznaki tego buntu. Nie dostrzegli go politycy ani media. Sam, choć nieraz pisałem o możliwym buncie młodych, nie myślałem, że nastąpi już teraz.Ale przeoczyliśmy coś jeszcze: narastające rozczarowanie wśród tych, którym jakoś się wiedzie. Wścieka ich biurokratyzacja państwa i pycha rządzących na wszystkich szczeblach, wielu chce więcej wolności i praw, choćby dla mniejszości, wielu pragnie mądrzejszej modernizacji, jeszcze inni lepszego traktowania kultury. Wszyscy oni sądzą, że powinni żyć w lepszej demokracji, a rządzący te oczekiwania lekceważą.To są często wyborcy PO; nie głosują na PiS czy Kukiza, raczej nie idą na wybory.W tych wyborach ujawniła się pełzająca rewolucja demokratycznych oczekiwań wobec państwa. Nic dziwnego. Od ponad dwóch dekad Polską rządzą niepowstrzymane procesy demokratyzacji. Teraz tylko przyspieszyły – na miarę cywilizacyjnego rozwoju kraju.

Na taką rewolucję oczekiwań demokratyczni politycy powinni odpowiedzieć programami naprawy i zmiany. To lepsza recepta na PiS czy Kukiza niż nawet trafne straszenie nimi bądź ich ośmieszanie.

Bo cóż z tego, że uważam Kukiza za nadętego ignoranta o megakonserwatywnych ciągotach, skoro gniewna i pełna rozpaczy fantazja wyborców przydała mu pociągające oblicze romantycznego watażki atakującego zjełczały system.

I cóż z tego, że wiem, jak niebezpieczny byłby Andrzej Duda jako prezydent? Stałby się wice-Kaczyńskim, uległym wobec szefa PiS. Moglibyśmy na pięć lat zapomnieć o in vitro czy wszelkich ustawach liberalizujących obyczaje. Wzrosłaby rola Kościoła w państwie. A do sensownej polityki europejskiej wdarłyby się prezydencko-pisowskie huki i groźby wpędzające nas w słabość i śmieszność.

A jeśli zważyć, że sukces w wyborach prezydenckich to przedsionek do wygranej w parlamentarnych, jest się czego bać. Bo Jarosław Kaczyński chce – i wykłada to dobitnie – odwrócić procesy demokratyzacji w Polsce. Akurat sytuacją młodych prekariuszy PiS nigdy się nie interesował i najpewniej, gdyby wygrał, też się nimi nie zajmie. Nie ma na to wyobraźni ani kadr. Zresztą młodzi z miast kojarzą się w PiS raczej z niebezpiecznie liberalnym stylem życia. Należy im się nie tyle wsparcie, ile dyscyplina.

To byłyby w ogóle rządy dyscyplinujące. Kobiety – rodzić dzieci w rodzinach. Kazania biskupów – codziennym drogowskazem. Geje – nie wyłazić na ulice. Europa – na kolana przed wielkim narodem. Kultura – bogoojczyźniana i głosząca chwałę Polaków. Kto wie, może duma narodowa nakaże odesłanie Oscara Ameryce. Przecież, jak głosił PiS, „Ida” nas szkaluje.

Powtórzę: cóż z tego, że to wiem, bo wszystko to deklaruje PiS, skoro Duda o takiej wizji Polski jedynie napomykał, więc niespecjalnie ludzi nastraszył, a Kaczyński był w tej kampanii niemal nieobecny? Jak widać, straszenie PiS, nawet najprawdziwsze, nie wystarcza, by wygrać wybory. Rządzący, w tym prezydent, muszą najpierw udowodnić, że wiedzą, po co chcą sprawować władzę. Jakie cele i wartości będą im przyświecać w Polsce, w której coraz silniejszy głos mają zbuntowani młodzi ludzie pragnący lepszego życia.

***

Na razie koniunktura wzmacnia Dudę i PiS. Ale żaden trend nie jest koniecznością. Tyle że zmienić ten bieg rzeczy może jedynie projekt demokratycznej przebudowy demokracji. Dziś, gdy dotychczasowa lewica legła w gruzach, a nowa się jeszcze nie narodziła, tylko PO mogłaby podjąć się takiego dzieła.

Czy jednak zechce i potrafi? Tu jest klucz do zwycięstwa bądź przegranej.

Marek Beylin

Publicysta i pisarz, wydał ostatnio „Spokojnie, to tylko rewolucja” i „Ferwor. Życie Aliny Szapocznikow”.

Czytaj w Magazynie Świątecznym:

Dlaczego 3 mln ludzi wybrały Kukiza
Kukiz? Jaki tam z niego prezydent. Ja go nawet za bardzo nie lubię. Ale tych Komorowskich, Millerów, Dudów nie lubię jeszcze bardziej

Komorowski, Duda – niczego nie rozumiecie. My też
Odklejeni od życia i wyzuci z wrażliwości na cudzy niedostatek przegapiliśmy oznaki tego buntu

Podsłuch rządzi strachem
Cele dla dronów – również osoby do zabicia – wyznacza się na podstawie analizy metadanych telekomunikacyjnych, które tak nieskutecznie analizuje NSA. To jest po prostu rzeźnia! Z Williamem Binneyem rozmawiają Ewa Siedlecka i Katarzyna Szymielewicz

Futbol, czyli przemoc
Zawodowi amerykańscy futboliści mają trwale uszkodzone mózgi i sieją przemoc. Czy Amerykanie zdelegalizują swój narodowy sport?

Diabeł umiera, niech żyją Jankesi. Kuba wkracza w rok 1989
Kubańczycy oglądają amerykańskie seriale, słuchają opowieści krewnych z Miami. Dobrze wiedzą, czym pachnie kapitalizm. Ale i tak nie mogą się go doczekać. Marek Markowski rozmawia z dziennikarzem i publicystą Maciejem Stasińskim

Janusz Głowacki. Świat pęka
Jak nam się wszystko pokręciło, pojebało, pokotłowało, gdzie podziały się wartości, czy służą tylko do gry w dyplomatycznym kasynie? Z Januszem Głowackim rozmawia Paweł Smoleński

Noc żywych muzeów. Miasto ściąga kołdrę z głowy
Night-time economy to ważny dział gospodarki. Na Wyspach np. zapewnia co dziesiąte stanowisko pracy. Z powszechnego upodobania do życia po zmroku korzysta także Noc Muzeów. Do czego nam służy?

wyborcza.pl

Wybory prezydenckie 2015. Akcja „Telefon do przyjaciela”. „Dzień dobry, tu mówi Bronisław Komorowski”

jagor, PAP, 16.05.2015
Prezydent Bronisław Komorowski w sztabie podczas akcji

Prezydent Bronisław Komorowski w sztabie podczas akcji „Telefon do przyjaciela” (FOT. KUBA ATYS)

Wybory prezydenckie 2015. Prezydent Bronisław Komorowski zainaugurował w warszawskim biurze sztabu akcję „Telefon do przyjaciela”. Chodzi o to, żeby jak najwięcej wyborców poszło na głosowanie w II turze; będziemy do nich apelowali poprzez ich przyjaciół – wyjaśnił Komorowski.

Akcja polega na tym, by popierające Bronisława Komorowskiego osoby wykonały jak najwięcej telefonów, pisały SMS-y i maile do znajomych, z prośbą, by wzięli udział w II turze wyborów, przekazali apel dalej i zagłosowali na urzędującego prezydenta.

– Zadzwonimy do naszych znajomych, przyjaciół z prośbą o aktywność. Po pierwsze: głosowanie w niedzielę 24 maja, a po drugie – z prośbą o głosowanie na mnie, na kandydata zgody i bezpieczeństwa, kandydata polskiej wolności – mówił Komorowski.

 

– Będziemy dzwonili, prosząc, aby wykonali jak największą ilość telefonów, wysłali jak najwięcej SMS-ów, maili, z prośbą, aby także ich znajomi, a potem znajomi ich znajomych również włączyli się do tej akcji – dodał prezydent.Jak podkreślił, każdy ma znajomych, przyjaciół i „chodzi o to, żeby jak największa część poszła i głosowała”. – Chodzi głównie o osoby, które do tej pory stały z boku. Do nich będziemy apelowali poprzez ich przyjaciół – mówił Komorowski.Aktorki Magdalena Boczarska i Anna Czartoryska-NiemczyckaPrezydenta w akcji wsparły aktorki: Magdalena Boczarska i Anna Czartoryska-Niemczycka.- Prezydent Komorowski przez pięć lat wykonywał dla Polski ciężką pracę, więc mam nadzieję, że teraz będziemy mogły się odwdzięczyć – powiedziała Boczarska. – Miejmy nadzieję, że nasza kobieca siła perswazji i nieodparty urok osobisty przekona nawet najbardziej opornych – dodała.Czartoryska zwrócił uwagę, że udział w wyborach to nie tylko obowiązek, ale i przywilej. – Na pewno będę wszystkich znajomych namawiać, przypominać im, że wybory to ważny dzień i warto brać w nich udział – powiedziała.

„Dzwonię z serdeczną prośbą o przyjacielską pomoc”

Komorowski w siedzibie swego sztabu, w obecności mediów, wykonał kilka telefonów do swoich znajomych. – Dzień dobry, tu mówi Bronisław Komorowski. Dzwonię z serdeczną prośbą o przyjacielską pomoc. Proszę o wykonanie jak największej ilości telefonów, wysłanie SMS-ów z prośbą do przyjaciół, znajomych, żeby poszli do głosowania 24 maja i zechcieli oddać głos na mnie – zachęcał.

Szef sztabu Komorowskiego Robert Tyszkiewicz tłumaczył w rozmowie z dziennikarzami, że apel kierowany jest do wyborców prezydenta z pierwszej tury. – Musimy do tych, którzy w pierwszej turze zagłosowali na Bronisława Komorowskiego, zwrócić się z serdecznym apelem – włączcie się do kampanii, przekonujcie znajomych, przyjaciół, rodzinę, by poszli zagłosować 24 maja.

Jak zauważył, bardzo wiele osób zostało podczas I tury w domu i do nich trzeba się zwrócić.

Zobacz także

TOK FM

 

Młodzi działacze SLD wzywają Leszka Millera do dymisji

Agata Nowakowska, 16.05.2015
Leszek Miller

Leszek Miller (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

50 działaczy SLD młodszego pokolenia wzywa Leszka Millera do dymisji. Ich list w tej sprawie przedstawił podczas sobotniego posiedzenia zarządu SLD Marek Balt, baron Sojuszu ze Śląska.

„Panie Przewodniczący, dla dobra SLD i wszystkich środowisk lewicy w Polsce domagamy się ustąpienia Pana z funkcji przewodniczącego SLD oraz zwołania Rady Krajowej SLD na dzień 30 maja br.”

Pod powyższym listem podpisali się m.in.: Matyjaszczyk, Komoniewski, Balt, prezydent Głogowa Rafael Rokaszewicz, szef klubu radnych SLD w radzie Poznania Tomasz Lewandowski oraz szefowa Forum Równych Szans i Praw Kobiet SLD w Polsce Monika Pniakowska.

Według naszych informacji Miller odmówił i zaproponował okrągły stół lewicy pod patronatem szefa OPZZ Jana Guza. – My się na to nie zgodzimy, nie usiądziemy do żadnego stołu z Millerem – mówi „Wyborczej” Wojciech Filemonowicz z nowej lewicowej inicjatywy Wolność i Równość.

wedługNaszych
wyborcza.pl

 

Europoseł PiS o zamykaniu Komorowskiego w klatce. Duda komentuje: „Wojciechowski jest szefem zespołu ochrony zwierząt…”

WB
16.05.2015 , aktualizacja: 16.05.2015 15:01
A A A Drukuj
Andrzej Duda | Wpis Janusza Wojciechowskiego

Andrzej Duda | Wpis Janusza Wojciechowskiego (fot. Łukasz Krajewski / Agencja Gazeta)

„Według standardów UE, dla kur zalecany jest wolny spacer, a nie klatka. Odwrotnie dla prezydenta Komorowskiego” – napisał na Twitterze europoseł PiS i współpracownik Andrzeja Dudy Janusz Wojciechowski. O wpis pytali Dudę dziennikarze podczas konferencji prasowej.

Janusz Wojciechowski po pierwszej turze wyborów zaczął kierować punktem pomocy prawnej, tzw. „Dudapomocą”, którą kandydat PiS na urząd prezydenta otworzył w Warszawie, w miejscu wcześniejszego Muzeum Komorowskiego i Bronkomarketu.

Wpis na Twitterze o zamykaniu Bronisława Komorowskiego wzbudził wiele kontrowersji.

Niedługo później Wojciechowski zamieścił wyjaśnienie: „Przepraszam, miałem na myśli Pałac Prezydencki, jako ‚złotą klatkę’, w której Pan Prezydent czuje się lepiej, niż na ulicy. Mea culpa!” – tłumaczył.

 

Dziennikarze zapytali Dudę o wpis współpracownika podczas konferencji prasowej z szefem „Solidarności” Piotrem Dudą i szefem OPZZ Janem Guzem. Początkowo stwierdził, że wpisu nie zna i nie wie, co Wojciechowski miał na myśli.Dopytywany mówił: – Pan Janusz Wojciechowski jest szefem zespołu ochrony zwierząt w PE i rozumiem, że wypowiadał się w sprawie klatek dla kur również w obronie ich życia, ich zdrowia i tego, w jakich warunkach są przechowywane, hodowane.Spytany o to, jak by się czuł, gdyby ktoś w ten sposób napisał o nim, odparł, że „człowiek, który jest w polityce od wielu lat, jest uodporniony na tego rodzaju uwagi”.

Zobacz także

TOK FM

Krzysztof Łoziński: Kłamczoholizm

97935314 97935314

2015-05-15.

Motto:
„Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne,
to byśmy nigdy niczego nie mieli”
Jarosław Kaczyński

Polska ma dwa generalne problemy społeczne. Na nizinach społecznych alkoholizm, a na wyżynach politycznych kłamczoholizm. Czym jest kłamczoholizm? Uzależnieniem kłamczucha od kłamstwa, niczym pijaka od wódki. Można bez trudu zaobserwować grupę polityków, głównie z PiS i jego odpadów, którzy tak często kłamią, że już nie potrafią tego nie robić. Kłamią nawet zupełnie niepotrzebnie, kontrują kłamstwem nawet takie wypowiedzi przeciwników, które skuteczniej można by skontrować faktami (prawdziwymi). Na kłamczoholików, takich jak Jarosław Kaczyński, Jacek Kurski czy Zbigniew Ziobro nie działają nawet takie kuracje odwykowe jak liczne przegrane procesy o kłamstwa.

Charakterystyczny jest zresztą stosunek kłamczoholików do związanych z kłamstwem wpadek. Najlepiej sformułował to sam Jarosław Kaczyński w Sokołowie Podlaskim w 2013 roku: „Wycofamy przepisy o ochronie dóbr niematerialnych. Michnik mógł wytaczać procesy i wygrywał, Gudzowaty mógł wytaczać procesy i wygrywał. Jak wszyscy zobaczą, że można o nich mówić ostro, to może się uspokoją” (źródło: Newsweek nr 29/2013). A więc, by nie przegrywać procesów o kłamstwa, nie trzeba nie kłamać, tylko zmienić prawo tak, by udowodnienie kłamstwa nie powodowało przegrania procesu. Oczywiście kłamczoholicy uważają, że oni nie kłamią, a procesy przegrywają, bo prawo jest złe i ci, na których nakłamali są źli.

Postaram się przedstawić poniżej główne metody i przykłady notorycznego nałogowego kłamstwa. Zaczniemy od nawiązania do poprzedniego akapitu. W oczach kłamczoholika on sam nigdy nie jest winien. Winien jest ten, kto go na kłamstwie złapał. I tu pojawia się pierwszy rodzaj kłamstwa:

 

Kłamstwo odwracające

Andrzej Duda zaczął kampanię wyborczą od niefortunnego tekstu, iż należy poważnie rozważyć wysłanie polskich wojsk na Ukrainę. Myślę, że trochę palnął bez zastanowienia zaskoczony pytaniem. Oczywiście rzucili się na niego inni politycy i dziennikarze. Duda mógł się z tego wycofać mówiąc po prostu, że trochę niefortunnie się wyraził, ale chodziło mu o to, że każdą opcje można rozważać, co nie znaczy, że akceptować. No tak, ale nie byłby wtedy wiernym synem swojej partii, w której przecież kłamstwo jest orężem głównym i niemal jedynym. A więc Duda zamiast tego zaczął kłamać, najpierw że wcale tego nie powiedział. No, ale leciało niemal na okrągło we wszystkich telewizjach, więc trzeba było wymyślić coś innego. Wymyślił więc z niejakim Mastalerkiem, że on to powiedział „w języku dyplomatycznym” (o którym to języku Duda ma pojęcie jak krowa o Kilimandżaro), a w tym języku rzekomo, to co powiedział, oznacza zupełnie co innego, niż powiedział. Wypadło to blado, więc Duda zaczął grozić pani premier sądem, za to, że o jego wypowiedzi powiedziała prawdę. Grożenie sądem jest dosyć częstą formą kłamstwa odwracającego. Złapał mnie na kłamstwie, więc go pod sąd, by postronni myśleli, że skoro go pozywam, to znaczy, że to on kłamie (ale w rzeczywistości wcale sprawy do sądu się nie wnosi, bo by się przegrało).

Podobną metodę zastosowano, gdy wydały się przekręty z kilometrówkami trzech posłów PiS. Natychmiast oskarżono o nadużycia na tym tle Radosława Sikorskiego, czyli tego, kto ich ścigał. Oskarżenie nie miało żadnych podstaw w faktach, ale bębniły o tym przez tygodnie wszystkie media. Gdy w końcu prokuratura nie znalazła żadnych dowodów na jakąkolwiek nieprawidłowość w rozliczeniu Sikorskiego, można było o tym przeczytać tylko w niektórych telewizjach na pasku przez jeden dzień. I w ten oto sposób skutecznie odwrócono uwagę od oczywistego kantu trzech posłów PiS, oskarżając o to samo kompletnie niewinnego człowieka. W dodatku pomówienie o to, że dopuścił się przekrętów zostało rozkolportowane niezwykle szeroko, a ostateczne stwierdzenie, że żadnego przekrętu nie było, mało kto zauważył.

Gdy wydała się afera SKOK-ów i tego, że senator PiS wyprowadził ze SKOK-ów na swoje prywatne konto olbrzymią sumę pieniędzy, politycy PiS zaczęli twierdzić, że ze SKOK-ami powiązany jest Bronisław Komorowski. Powód: był obecny na premierze filmu, na której byli też dwaj działacze SKOK-ów i zrobiono mu z nimi zdjęcie. To nie szkodzi, że zdjęcia z prezydentem przy różnych okazjach robiło sobie bardzo wielu ludzi, których on najczęściej w ogóle nie znał, że byli tam też liczni politycy PiS, że z pieniędzy SKOK-ów finansowano sporo przedsięwzięć właśnie PiS, w tym niemal całą prasową szczujnię PiS-u, że senator Bierecki był jednym z najbliższych ludzi Jarosława Kaczyńskiego – winien Komorowski i już. Typowe kłamstwo odwracające. I wsparte przez drugie: pojawił się argument, że PiS ma aferę SKOK-ów, a PO ma aferę Amber Gold. A to, że politycy PO nie mieli z aferą Amber Gold nic wspólnego? Nie szkodzi, PiS kłamał że mieli, to mieli. Argumentacja: dlaczego tak było, skoro wcale nie było? Bo my kłamaliśmy, że było! Tak zwany dowód z siebie samego: dowodem na prawdziwość mojego kłamstwa jest moje wcześniejsze kłamstwo.

Jakiś czas temu politycy PiS zaczęli kłamać, że rząd chce prywatyzować lasy państwowe. Kompletne kłamstwo wzięte z sufitu. Nikt tego nie planował, nie powstał żaden projekt ustawy, czy choćby rozporządzenia, nikt nawet nad takim projektem nie pracował, nie podjęto w tym kierunku żadnych działań, nikt z rządu ani partii rządzącej czegoś takiego nie zapowiadał. Kompletnie zmyślona banialuka.

Mimo to, a może celowo, działacze PiS zaczęli zbierać podpisy pod wnioskiem o referendum przeciw prywatyzacji lasów państwowych. Istne curiosum. To tak jakby wnioskować o referendum przeciw przenoszeniu Sahary na Antarktydę. Ponieważ powstała oparta na fikcji histeria, PO zgłosiła w Sejmie poprawkę do Konstytucji, mówiącą, że lasy państwowe nie mogą być prywatyzowane. Jest dokładnie odwrotnie, niż PiS twierdzi. Nie ma projektu prywatyzacji lasów, jest projekt poprawki do konstytucji, by tego zabronić. Nawiasem mówiąc można by uchwalić parę równie absurdalnych poprawek przeciw urojeniom, np.: „nie będzie przeniesienia Wawelu do Gdańska”, „Kasprowy nie może być wyższy niż Rysy”, „nie skieruje się koryta Wisły przez Wrocław”…

Ponieważ Bronisław Komorowski nie sprzeciwił się poprawce, mówiącej, że lasy państwowe nie będą prywatyzowane, PiS twierdzi, że Komorowski popiera ich prywatyzację. Dlaczego popiera prywatyzację? Bo nie sprzeciwił się zakazowi prywatyzacji. Ptak jest nielotem, bo lata, a ryba się utopi, bo pływa, ot co. PiS kłamie => winien Komorowski.

Co więcej, winą Bronisława Komorowskiego, prezydenta, ma być to, że na temat prywatyzacji lasów (której wcale nie miało być) oraz sześciolatków do szkoły, obniżenia wieku emerytalnego, itd., nie odbyły się referenda. Rzecz w tym, że o odbyciu, lub nie, referendum decyduje Sejm, a nie prezydent. Prezydent nie ma tu nic do rzeczy. Może być inicjatorem referendum, ale nie może go zakazać. Według kłamstwa PiS-u, „prezydent zlekceważył miliony podpisów obywateli”. Tym czasem prezydent w ogóle się tym nie zajmował, nie jego kompetencja.

A swoją drogą to czemu miałby takie pomysły popierać? Referendum przeciw projektowi, którego nie było? Referendum za tym, by polskie dzieci były gorzej wykształcone? Referendum za tym, by polscy emeryci dostawali głodowe emerytury, a pracujący mniej zarabiali (bo taki były by skutki cofnięcia tej reformy emerytalnej)? Miałby popierać tak głupie pomysły?

Ale kłamstwo działa. Mój znajomy wrócił z USA i mówi, że całe „Jackowo”, czyli Polonia, jest przekonane, by nie głosować na Komorowskiego, „bo będzie sprzedawał lasy”. Amerykańska Polonia słucha niestety głównie Radia Maryja, obficie wspomaganego przez SKOK-i i senatora Bieleckiego. Podobnie było u mnie na wsi. U fryzjera w Wydminach zbierano podpisy o referendum przeciw prywatyzacji lasów i straszono wiejskie kobiety, że nie będą mogły chodzić na grzyby.

Dalej poszedł jeszcze poseł PiS Krzysztof Szczerski, który na spotkaniach przedwyborczych na rzecz Andrzeja Dudy głosił, iż „prywatyzować będą rzeki, by trzeba było płacić prywatnym właścicielom za wodę”. Z kolei Antoni Macierewicz na takich spotkaniach mówił: „Komorowski powiedział sędziom – dobrze, że fałszujecie wybory, róbcie tak dalej”.

Agitatorzy PiS-owscy w terenie głosili też, że na rynek „rzucono znikające długopisy”, których pismo po 4 godzinach znika (wszystkie te wypowiedzi wyemitowała telewizja TVN24). O co chodzi? Właśnie o kłamstwo odwracające. Gdy PiS przegrywa wybory, za każdym razem głosi, że były sfałszowane, choć nie ma na to żadnych dowodów. Woli więc na wszelki wypadek, nie wiedząc jaki będzie wynik, zawczasu robić atmosferę fałszerstwa, a nuż się przyda.

Metoda nie jest nowa. Zastosował ją Zbigniew Ziobro, gdy wydało się, że będąc ministrem sprawiedliwości powołał do ministerstwa prokurator Krystynę Bartnik, która w stanie wojennym oskarżała opozycjonistów, między innymi mnie. Prokurator Bartnik została negatywnie zweryfikowana za rządów Tadeusza Mazowieckiego i usunięto ją z prokuratury. Przywrócił ją do prokuratury minister Aleksander Będkowski z PSL. Gdy Ziobrze wytknięto tę nominację, natychmiast skłamał, że „to wina Mazowieckiego i grubej kreski”.

Gdy później doszła do władzy PO i powołano na ministra sprawiedliwości prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego, Ziobro natychmiast walnął kłamstwem, że w 1968 roku Ćwiąkalski „robił karierę w PZPR podczas gdy Ludwik Dorn był w areszcie bity przez milicję”. Ćwiąkalski nie „robił kariery” w PZPR, a Dorn miał wówczas 13 lat, chodził do szkoły, nikt go nie bił i w żadnym anclu nie siedział.

Coś mi to wszystko przypomina; Gdy w PRL władza narozrabiała, zawsze winne były ofiary. Milicjant bez powodu strzelał do Narożnika, aresztowano Narożniaka, a nie milicjanta. Tak samo w IV RP. Zaszczuta przez nagonkę Kaczyńskiego i Ziobry Barbara Blida popełniła samobójstwo, Kaczyński i Ziobro „są prześladowani (Trybunał Stanu)”, bo „walczyli z przestępczością” (Ziobro w TVP 2, 4 maja 2015). Jak Ziobrę postawią przed Trybunałem Stanu, to z winy Blidy i ofiar aresztów wydobywczych.

I jeszcze gdzieś to widziałem. Był taki satyryczny film „Sędzia z Teksasu”. Sędziemu zabrakło 5 dolarów do puli w pokerze => zastrzelił przypadkowego faceta i skazał na 5 dolarów grzywny „za leżenie w miejscu publicznym”. Módlmy się, by PiS nie doszedł do władzy, bo jak im zabraknie do puli…

„Odnowa moralna” i „wzmożenie moralne”

PiS jest swego rodzaju fenomenem na polskiej scenie politycznej – pierwszą od czasów PZPR partią, której cała propaganda oparta jest na kłamstwie, konfabulacji, insynuacji, oszczerstwie. Mimo pozorów spontaniczności, PiS-owskie kłamstwo jest świadome, starannie przemyślane i rozpisanie na role. Całe działanie tej partii oparte jest na złych emocjach, zawiści, kompleksach, zainteresowaniu innym człowiekiem tylko po to, by mu zaszkodzić, znaleźć na niego haka, zgnoić, poniżyć, skompromitować, zabrać (jeśli się czegoś dorobił). Żeruje na najniższych ludzkich instynktach, przede wszystkim zawiści, myśleniu, że ważniejsze od tego, bym ja miał, jest to, by inny nie miał. Dla małych zakompleksionych ludzików, kompletnych miernot, nieudaczników, nie ma większego szczęścia niż oczernienie, oplucie kogoś, komu do pięt nie dorastają. Stąd rozpuszczanie plotek, zbieranie „haków” i cała zorganizowana „szczujnia”, począwszy od gazetek, które niczym innym się nie zajmują, poprzez całą armię sterowanych internetowych trolli.

Ile razy PiS przystępuje do jakiejś wyjątkowo krętackiej akcji, ogłasza „odnowę moralną” lub „wzmożenie moralne”. Szef partii Jarosław Kaczyński przedstawiany jest jako kryształ, niemalże wzorzec uczciwości, jednocześnie człowiek żyjący skromnie, niemalże asceta, który o żadnych korzyściach własnych nie myśli.

Zacznijmy od uczciwości krystalicznej. Pytam: czy człowiek, który notorycznie kłamie, po prostu łże jak PiS, jest człowiekiem uczciwym? Czy człowiek, który kolportuje swój w dużym stopniu zmyślony życiorys, jest człowiekiem uczciwym?

Można też zapytać, czy człowiek żyjący w wygodnej willi otoczony licznym dworem, u którego sprząta pani lipnie zatrudniona jako asystentka europosła (co niedawno opisał Newsweek), człowiek wszędzie wożony limuzyną, człowiek któremu partia i klub parlamentarny robią liczne podarki zatajone w jego oświadczeniu majątkowym, od których nie płaci podatków, a kreujący się na skromnego ascetę, jest człowiekiem uczciwym?

A czy jest wielkim patriotą? Moim zdaniem patriotyzm zaczyna się od płacenia podatków, uznawania demokratycznie wybranych władz państwa, uznawania wyniku wyborów, nie tylko wtedy, gdy jest dla niego korzystny. Moim zdaniem taka „uczciwość inaczej” to po prostu rozwiązanie słynnego problemu: co by tu robić, by nic nie robić i jeszcze zarobić.

„Odnowa moralna” zarządzona w IV RP objawiła się w aresztach wydobywczych, samobójstwie Barbary Blidy, dorabianiu przestępstw do z góry wybranych osób, notorycznym kłamstwie i obelgach rzucanych wprost z trybuny sejmowej na lekarzy („pokaż lekarzu, co masz w garażu”), pielęgniarki, inteligentów („lumpeninteligenci”) i elity intelektualne („łże-elity”).

Jakoś nigdy nie słyszałem, by człowiek naprawdę porządny ogłaszał swoją „wzmożoną moralność”. Wygrałem natomiast kiedyś proces z niejakim Stanisławem R., który pisał, gdzie tylko mógł „Stanisław R. nigdy nie kłamie”. Wygrałem, bo udowodniłem, że kłamie nałogowo. To jest tak, jak z garbatym. Człowiek, który nie jest garbaty, nie głosi przy każdej okazji: „nie jestem garbaty” i nie ogłasza „wzmożenia wyprostowanej sylwetki”. Nie ma takiej potrzeby. Tak samo człowiek uczciwy nie ma potrzeby ogłaszania moralnych „odnów” ani „wzmożeń”. Taką potrzebę mają tylko krętacze.

 

Kłamstwa życiorysowe

To takie ludzkie i zrozumiałe, że każdy chciałby mieć piękny życiorys. Gdy się jest politykiem, to wręcz pożądane. Dość powszechnie życiorysy się troszeczkę naciąga, coś przemilcza, coś uwypukla… Wszystko jest do wytrzymania, dokąd nasz życiorys nie zamienia się w całkiem cudzy. U kłamczoholika rzecz ma się następująco. Zaczyna się od drobnych korekt, ale co roku życiorys pięknieje, przybywają nowe „fakty”, praca w biurze zarządu zamienia się w pracę w zarządzie, podoficer w oficera, tata biuralista w tatę legionistę, itd. Po paru latach w życiorysie pojawiają się czyny, o których słyszało się w telewizji, czytanie parokrotne podziemnej prasy zamienia się najpierw w kolportowanie tejże, później w wydawanie tejże, a paniczny strach przed udziałem w podziemiu z czasem staje się byciem przywódcą tegoż.

Jarosław Kaczyński rzeczywiście był współpracownikiem KOR, a ściślej Zofii Romaszewskiej. Rzeczywiście brał udział w tworzeniu tak zwanego Raportu Madryckiego. Zofia Romaszewska przyznała po latach, że pracował w filii UW w Białymstoku i „dostarczał cennych informacji o tym, co działo się na tym terenie”. Inna sprawa, że „na tym terenie” niewiele się działo, ale tego fragmentu życiorysu Kaczyńskiego nikt poważny nie kwestionuje. Cuda zaczęły dziać się później. Według oficjalnego życiorysu Prezesa, zamieszczonego swego czasu na stronie PiS, w czasie strajków sierpnia 1980 roku, Jarosław Kaczyński „zakładał Solidarność”. Gdzie ją „zakładał”? Zagadka. I co to znaczy „zakładał”? To znaczy, że co konkretnie robił? Brał udział w strajku? Nie, a przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Zresztą, gdzie, w którym? To pierwsza tajemnicza wersja. Gorzej, że nie jedyna.

Druga wersja pojawia się w wywiadzie udzielonym przez Jadwigę Kaczyńską Newsweekowi. Według tej wersji, Jarosław Kaczyński był przez cały lipiec i sierpień 1980 roku aresztowany w Pałacu Mostowskich (KS MO w Warszawie) i został zwolniony dopiero po podpisaniu porozumień rządu z MKS w Gdańsku. Jest to z całą pewnością nieprawda. Jednym z postulatów MKS w Gdańsku było zwolnienie osób zatrzymanych w związku z pomocą strajkującym. Była sporządzona lista tych osób, Kaczyńskiego na niej nie ma. Zresztą dlaczego miałby być zatrzymany? SB w ogóle nim się nie interesowała (teczkę założono mu dopiero w 1982 roku, i to z innego powodu).

Jest i wersja trzecia. Tym razem z życiorysu w Encyklopedii Solidarności. Był na krótko zatrzymany 28 sierpnia (czyli tuż przed końcem strajków) we Wrocławiu. Trudno to sprawdzić, może był, może nie. A tym bardziej nie wiadomo, czy z powodów politycznych. Milicja w tym czasie starała się zablokować łączność między dużymi ośrodkami strajkowymi. Mogli zatrzymać do wyjaśnienia przyjezdnego, tylko dlatego, że był z Warszawy. To możliwe. Wysoce wątpliwa wydaje mi się dalsza część tej wersji. Kaczyński ponoć był „czymś w rodzaju łącznika między strajkującymi załogami”. Według mnie, uczestnika wydarzeń tamtego czasu, jest to zupełnie nieprawdopodobne. Po pierwsze nie przypominam sobie istnienia takich „łączników”. Po co? Nie było takiej potrzeby. Tym bardziej, jeśli już komuś powierzono by taką misję, to raczej nie Jarosławowi Kaczyńskiemu, który był w środowisku ówczesnej opozycji kompletnie nieznaną postacią. Jeśli już, to wysłano by Lecha, który skromnie, bo skromnie, ale w opozycji na Wybrzeżu działał. Lecha tam znano, Jarosława – wysoce wątpię.

Jeszcze by uszło, gdyby nie wersja czwarta wygenerowana przez biuro PiS na ul. Nowogrodzkiej w Warszawie: Jarosław Kaczyński w sierpniu 1980 roku „prowadził punkt informacyjny dla strajkujących załóg na ul. Bednarskiej w Warszawie”. No to już kłamstwo szerokotorowe. Taki punkt rzeczywiście istniał, ale już po zakończeniu strajków, we wrześniu. Doskonale go pamiętam, bo w drukarni Teatru Wielkiego powielałem na użytek tego punktu setki egzemplarzy statutu Solidarności. W dodatku punkt ten prowadziła Katarzyna Zon, a nie Kaczyński. Kaczyński mógł tam być, bo było tam wielu ludzi, ale na pewno nie „prowadził” tego punktu podczas strajków sierpnia. Punkt ten istniał krótko, przestał być potrzebny gdy tworząca się Solidarność zaczęła mieć własne lokale.

No i co o tym myśleć? Co myśleć o człowieku, który nie potrafi w sposób jasny i zrozumiały powiedzieć co robił w krótkim, ale ważnym okresie czasu? Dla mnie jest to niezrozumiałe. Ja potrafię dokładnie powiedzieć co wówczas robiłem, gdzie byłem i kto to może potwierdzić. A tym bardziej nie mam czterech wersji życiorysu, w dodatku sprzecznych ze sobą. Nie byłem jednocześnie we Wrocławiu, w Pałacu Mostowskich i na Bednarskiej.

Powstała Solidarność. Po latach Jarosław Kaczyński nagle palnął, że na zebraniu 17 września 1980 roku, to on, wbrew Wałęsie, zadecydował o powstaniu jednego związku Solidarność, a nie kilku związków regionalnych (publiczna wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego 17 września 2011 roku po godz. 12, transmitowana przez radio). Ręce i szczęka opadają do podłogi i to z szelestem.

Wałęsa był wówczas niekwestionowanym przywódcą ogromnego ruchu, a Jarosław Kaczyński kompletnie nieznaną postacią. I ten nikomu niemal nie znany osobnik „zadecydował wbrew Wałęsie” o powstaniu Solidarności. Zapewne też wcześniej zadecydował wbrew konklawe o wyborze Karola Wojtyły. Przez imaginację pojechał chłop na koronację. Szkoda prądu na dyskusję z tą brednią.

Jarosław Kaczyński pojawił się w Regionie Mazowsze jako pracownik biurowy (być może wolontariusz) w Ośrodku Badań Społecznych przy Zarządzie Regionu, którym kierował Antoni Macierewicz. Podkreślam, Kaczyński nie był pracownikiem biura Zarządu Regionu, lecz Ośrodka doradczego przy zarządzie. Podczas wyborów parlamentarnych w 2007 roku, Kaczyński podawał, że był „doradcą Zarządu Regionu”. Natychmiast po wyborach ta informacja zniknęła ze strony PiS. I tak z pracownika biurowego jednego z ciał doradczych, stał się doradcą Zarządu Regionu. To tak, jakby urzędnik dziekanatu jednego wydziałów głosił po latach, że był doradcą rektora.

Dodam od siebie: byłem na wszystkich 62 zebraniach Zarządu Regionu Mazowsze w latach 1980-81, – Kaczyńskiego nie przypominam sobie na żadnym. Na liście doradców zarządu nie figurował.

Nastał stan wojenny. Co robił Kaczyński nie wiadomo, prawdopodobnie nic. Gdy w czasie przedwyborczej debaty telewizyjnej z Donaldem Tuskiem został zapytany przez Tuska: „Co pan robił w stanie wojennym?”, zamilkł. Nic nie odpowiedział i był wyraźnie zagubiony.

Ja jednak wiem, że coś robił, uczestniczył w zakładaniu Komitetu Helsińskiego, ale Komitet Helsiński to wszak „łże-elity”, „wykształciuchy” i „lumpeninteligenci”, wiec kłopot, o tym się nie mówi. Tak jak o udziale w Okrągłym Stole, bo to wszak była „zdrada okrągłego stołu”, wedle obecnej wersji.

Ale czas mijał. Przyszły kolejne wybory i Kaczyński w kolejnym życiorysie był już „członkiem i doradcą władz krajowych podziemnej Solidarności”. Encyklopedia Solidarności podaje kolejną wersję: był członkiem i doradcą „w składzie sekretariatu Krajowej Komisji Wykonawczej”. Kaczyński podawał też, że był „sekretarzem podziemnej KKW”. Wszystkie te same funkcje przypisywał też sobie Lech Kaczyński.

No to ustalmy fakty.

22 kwietnia 1982 Zbigniew Bujak, Bogdan Lis, Władysław FrasyniukWładysław Hardek powołali Tymczasową Komisję Koordynacyjną NSZZ „Solidarność”. Działała ona w niezmienionym składzie do 25 października 1987 roku. Jak widać żadnego z Kaczyńskich w niej nie było. Tak więc żaden z Kaczyńskich w żadnych podziemnych władzach Solidarności przez pierwsze 6 lat podziemia nie uczestniczył.

Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” została powołana 25 października 1987 roku. W skład KKW weszli: Lech Wałęsa (przewodniczący), Zbigniew Bujak, Jerzy Dłużniewski, Władysław Frasyniuk, Stefan Jurczak, Bogdan Lis, Andrzej Milczanowski, Janusz Pałubicki, Stanisław Węglarz; następnie dokooptowano Jana Andrzeja Górnego (15 XI 1987), Antoniego Stawikowskiego i Antoniego Tokarczuka (5 XII 1987), Stefanię Hejmanowską, Henryka Sienkiewicza, Grażynę Staniszewską (9 IV 1988), Zbigniewa Romaszewskiego (25 IX 1988). Jak widać nie było w niej ani jednego Kaczyńskiego.

Osobna kwestia, to nadużyciem jest nazywanie tego ciała „podziemną Solidarnością”. Solidarność nadal była teoretycznie nielegalna, ale KKW działała już całkiem jawnie, nikt jej nie ścigał, nikogo nie aresztowano, miała publicznie znaną siedzibę w Gdańsku, na zebrania żadna SB-cja nie wpadała. W połowie sierpnia 1988 roku władze rozpoczęły z Solidarnością rozmowy, które zakończyły się obradami Okrągłego Stołu od 6 lutego do 4 kwietnia 1989 roku. Sierpień 1988 roku można uznać za definitywny koniec okresu przejściowego między podziemiem a pełną jawnością i uznawaniem (jeszcze nieformalnym) przez władze.

Jedno można na pewno ustalić: żaden z Kaczyńskich nie był „członkiem władz krajowych podziemnej Solidarności” nawet przez sekundę. Nie był nawet członkiem władz tego okresu przejściowego: październik 87 – sierpień 88.

A co z tym sekretariatem i „sekretarzem”, do której to funkcji przyznawali się obaj Kaczyńscy? Faktycznie, od listopada 1987 roku istniał sekretariat KKW i pracowali w nim Kaczyńscy. Czy mogą jednak na tej podstawie podawać się za „członków władz krajowych”?

Sprawę jednoznacznie określa statut NSZZ „Solidarność”. Rozdział IV, paragraf 17 statutu określa jednoznacznie władze związku. Są to: Zjazd Delegatów, Komisja Krajowa, Komisja Rewizyjna. Koniec, więcej nie ma. Sekretariat nie był władzą, a jego pracownicy nie byli członkami władz.

Jarosław Kaczyński uczestniczył w zebraniach KKW jako „sekretarz” nie będący członkiem KKW (gdyby był kobietą pisano by „sekretarka”) od jesieni 1988 roku, czyli pół roku po wyjściu Solidarności z podziemia, po spotkaniu Wałęsy Kiszczakiem, po rozmowach w Magdalence, po powołaniu rządu Rakowskiego. Ogłaszanie się na tej postawie „sekretarzem podziemnej KKW”, to czyste nadużycie, zwłaszcza że sugeruje funkcję sekretarza zarządu, czyli drugiej osoby w zarządzie po prezesie. A tu faktycznie tylko „sekretarz” a nie „sekretarka” ze względu wyłącznie na płeć.

Muszę przyznać, że Lech Kaczyński uprawiał życiorysowej mitomanii znacznie mniej, ale później, po jego śmierci, nadrobił za niego jego brat. Nie znalazłem ani jednej wzmianki autorstwa Lecha Kaczyńskiego, w której przypisywał by sobie istotną rolę w strajku w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku. Wręcz przeciwnie, na początku lat 90, w prywatnej rozmowie powiedział mi, iż żałuje, że nie brał w tym poważniejszego udziału. Nie chcę rozstrzygać, ile czasu i kiedy Lech Kaczyński w stoczni był. Są na ten temat rozbieżne relacje, a dokumenty nie są jednoznaczne. Pozostańmy przy tym, co jest jednoznaczne.

Na liście doradców MKS Lech Kaczyński nie figuruje. Adam Borowski powiedział mi, że Lech Kaczyński „był doradcą, ale Mazowiecki nie zgodził się na wpisanie go na listę doradców”. Dla mnie jest to jednoznaczne: nie ma go na liście doradców, to doradcą nie był. Muszę tak kategorycznie rozstrzygać, bo dziś bardzo wielu ludzi, którzy kompletnie nic nie robili, podaje się za doradców Solidarności. To jest pojęcie wysoce niejasne i mgliste. Jeden z prawicowych posłów, pod koniec dekady Jaruzelskiego, przychodził do nas do domu, pił herbatkę i mówił do mojej żony: „niech Krzysiek uważa, bo to co robi jest bardzo niebezpieczne”. Niedawno słyszałem, że był „doradcą podziemnej Solidarności”. No właśnie takim był doradcą.

Pomińmy powszechnie znany incydent w czasie obchodów rocznicy strajku w stoczni, gdy Jarosław Kaczyński wygadywał ewidentne kłamstwa na temat roli swojego brata w tym strajku. Zajmijmy się kłamstwami poważniejszymi.

Wedle najnowszej wersji kłamstwa życiorysowego, która go dotyczy, Lech Kaczyński był „autorem 21 postulatów” strajkowych i „autorem tekstu porozumień sierpniowych”. Myślę, że głosząc te kłamstwa Jarosław Kaczyński pobił absolutny rekord świata.

21 postulatów strajkowych sformułowała w nocy z 3 na 4 dzień strajku specjalna komisja wyłoniona z członków komitetu strajkowego. Nie było w niej (ani w komitecie) Lecha Kaczyńskiego. Komisja była potrzebna, bo w zakresie postulatów panował kompletny chaos. Domagano się na przykład wystąpienia z Układu Warszawskiego, głoszono: „precz ze Związkiem Radzieckim”. Takie postulaty groziły natychmiastową inwazją milicji i końcem strajku.

Odpowiedź na pytanie, kto był autorem 21 postulatów, jest następująca: bardzo wielu strajkujących zgłaszało postulaty, a komisja jedynie dokonała wyboru i uporządkowania. Żadna jedna osoba nie była „autorem tekstu 21 postulatów”. Żadne źródła z tamtych dni nie potwierdzają obecności w tym czasie w stoczni Lecha Kaczyńskiego.

Podobnie jest z autorstwem tekstu porozumień kończących strajk. Żadna jedna osoba takim autorem nie była. Tekst porozumień był negocjowany punkt po punkcie z delegacją rządową. Jeśli w ogóle mówić o autorstwie tego tekstu, to autorami byli zbiorowo wszyscy uczestnicy tych negocjacji, a tych dokumenty wyliczają jednoznacznie:

Po stronie strajkujących: Lech Wałęsa, Andrzej Kołodziej, Bogdan Lis, Lech Będkowski, Wojciech Gruszewski, Andrzej Gwiazda, Stefan Izdebski, Jerzy Kwiecik, Zdzisław Kobyliński, Henryka Krzywonos, Stefan Lewandowski, Anna Pieńkowska, Józef Przybylski, Jerzy Sikorski, Lech Sobieszek, Tadeusz Stanny, Anna Walentynowicz, Florian Wiśniewski.

Po stronie rządowej: Mieczysław Jagielski, Zbigniew Zieliński, Tadeusz Fiszbach, Jerzy Kołodziejski.

Koniec, nikt więcej. Jak łatwo zauważyć, Lecha Kaczyńskiego tu nie ma.

Kłamstwa o stanie Polski

Kłamstwa o stanie polskiej gospodarki i poziomie życia Polaków są jednym z głównych elementów propagandy PiS. Ostatnio, 12 maja, Andrzej Duda wypalił w Polsat News, że „PO likwiduje przemysł, nie dając nic w zamian”. Gdy kilka miesięcy temu podałem prawdziwe dane statystyczne o polskiej gospodarce, cała PiS-owska szczujnia internetowa dostała furii, a jeden z trolli dostał nawet takiego zapału, że wypisywał swoje brednie pod kolejnymi moimi artykułami, choć były na inny temat. Ale trudno, podam te dane raz jeszcze, niech szczujnia wyje, niech trolle trzeszczą. Niech tam.

Według kłamstw PiS-owskiej propagandy, stan polskiej gospodarki jest fatalny, Polska „nie ma przemysłu”, rolnictwo wymaga „defeudalizacji”, a wspomniany Andrzej Duda parę dni temu kłamał, że „ostatnio sytuacja na polskiej wsi znacznie się pogorszyła” (w rzeczywistości żadne inne środowisko nie skorzystało tak bardzo na przemianach jak wieś i rolnicy).

Więc jak to jest z tą gospodarką? Według danych z CIA Word Factbook, raportów Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, PKB Polski w dolarach z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej wynosił w 1990 roku 172 mld USD. W 2014 roku wynosił 941 mld USD (552 mld USD po oficjalnym kursie wymiany, bez uwzględnienia siły nabywczej), w tym produkcja przemysłowa 301 mld USD, a więc znacznie więcej, niż cały produkt krajowy w 1990 roku, kiedy to według PiS przemysł był, a obecnie go „niema”.

PiS bazuje tu na archaicznym wyobrażeniu o przemyśle, który jest, gdy dymią kominy i huczą turbiny, a stal się leje i moc truchleje. Tymczasem przewaga przemysłu ciężkiego i wydobywczego jest charakterystyczna dla gospodarek zacofanych. Tacy ludzie jak Jurek Zelnik, który mało się nie popłakał powtarzając w telewizji „Polska nie ma przemysłu, Polska nie ma przemysłu…”, nie rozumieją, że dzisiejszy przemysł jest inny, że dominują w nim mniejsze firmy o ogromnej rentowności, elektronika, mechanika precyzyjna lub takie, jak stocznia jachtowa w Olecku produkująca luksusowe jachty, które w metrach są małe, ale pieniądzach ogromne. Zelnik jest aktorem i się na tym nie zna, ale powtarza kłamstwa za swoja partią. Specjalistką od gospodarki w PiS jest Beata Szydło, etnograf, i to, co o gospodarce plecie, to rzeczywiście ekonomiczny folklor.

Jeśli chodzi o produkt krajowy per capita (na obywatela), wyrażony w tych samych jednostkach (dolarach z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej), to w 1990 roku wynosił on 5976 USD, a w 2013 roku 23257 USD (źródła: Newsweek nr 44/2014, Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy).

Jednym słowem, jakby Kaczyński i Duda nie kłamali, jakby szczujnia nie wyła, a trolle nie zawodziły, polska gospodarka nie tylko nie kona, nie tylko się nie wali, ale ma się bardzo dobrze, najlepiej w naszej najnowszej historii, i porządnie się rozwija.

Przy okazji dodam, że wspomniane źródła klasyfikują polską gospodarkę na 21. miejscu w świecie i 6. w Europie.

A co z tą PO, co „likwiduje przemysł”? Dwie rzeczy, które najszybciej rosły za rządów PO, to produkcja przemysłowa i eksport. Malało Dudzie: szarych komórek.

Chciałbym jeszcze wspomnieć o dwóch bardzo istotnych kłamstwach PiS z pogranicza polityki społecznej i gospodarki.

PiS i jego kandydat Andrzej Duda głoszą, że cofną reformę emerytalną i obniżą wiek emerytalny. Jest to pomysł niezwykle niebezpieczny i wykraczający poza zwykłą ekonomiczno – społeczną głupotę. To jest głupota na granicy zbrodni.

To, co jest tu przemilczane, jest akurat najważniejsze. Gdyby ten zamiar wykonano, za 10-15 lat zacznie drastycznie brakować pieniędzy na emerytury. Budżet ZUS się po prostu zawali. W konsekwencji, aby do tego nie dopuścić, trzeba będzie, i to już niedługo, robić dwie rzeczy: obniżać emerytury (za 15-20 lat do poziomu głodowego – 200, 300 złotych), oraz podnosić składki na ZUS, czyli obniżać płace netto, i to znacznie.

Tego oczywiście ani Kaczyński, ani Duda, nie mówią. I podkreślam, to nie są prognozy, to wynika z matematyki. Dziś na jednego emeryta pracuje dwóch zatrudnionych, wówczas (bez tej reformy) będzie 4 emerytów na jednego pracującego. Ludzie, którzy za 18-20 lat wejdą na rynek pracy już się urodzili. Wiadomo ilu ich jest i więcej nie będzie. Nie da się dorobić dzieci do roczników, które już są.

Kłamczoholik nie liczy się z konsekwencjami swoich kłamstw. Można okłamać ludzi, zrobić referendum i przegłosować matematykę. Ale pieniędzy od tego nie przybędzie. Najbardziej podstawową prawdą ekonomiczną jest to, że pieniądze i dobrobyt biorą się z pracy. Z nieba nie spadną. Przegłosować można wszystko, że 2+2=7, czemu nie. Ale jak realnie weźmiemy dwie dwuzłotówki, to siedem złotych nie będzie, mimo głosowania. Ci panowie myślą tak: niech się ludzie cieszą, że przegłosowali, z gołą d… zostaną dopiero później, a wcześniej na nas zagłosują.

Kaczyńskiego i Dudę nie obchodzi to, że emeryci mogą głodować, że całe społeczeństwo może zbiednieć. Oni chcą tylko dorwać się do władzy, a że bieda przyjdzie za kilka lat… Za kilka lat to może będzie już rządził kto inny. Nie ich kłopot. Ale nasz, obywateli, kłopot.

Drugi oparty na kłamstwie niebezpieczny pomysł to plany PiS wobec służby zdrowia. Kaczyński głosi, że zlikwiduje NFZ i będzie służbę zdrowia finansował z budżetu, ale tylko państwową, prywatną nie. Co to oznacza w praktyce? W praktyce oznacza likwidację niemal 90 procent placówek służby zdrowia.

W tej chwili niemal wszystkie gabinety lekarzy rodzinnych, placówki podstawowej opieki zdrowotnej, są prywatne. Funkcjonują, bo istnieje NFZ i pacjent w nich nie płaci. Według pomysłu PiS w takim powiecie, jak mój powiat Giżycko, znikną prawie wszystkie ośrodki zdrowia. Starych ludzi ze wsi nie stać na płacenie po 100 zł za wizytę, gdy nie będzie NFZ, a państwowe są tylko 2 szpitale w Giżycku, zresztą fatalne, na wsiach nic.

To już nie są żarty. To już nie jest zwykła kaczystowska głupota, to jest pomysł na zbrodnię. A wszystko oparte jest na latami powtarzanym kłamstwie, że prywatna służba zdrowia jest dla bogatych i trzeba ją zlikwidować. Wiadomo najskuteczniejszym lekiem na ból głowy jest amputacja. Nie będzie kolejek do lekarzy… i lekarzy. Pacjentów też będzie mniej, bo wymrą.

Jak to się robi w polskiej polityce

O kłamczoholizmie w polskiej polityce mógłbym jeszcze długo. Ilość tego kłamstwa jest taka, że można by o nim napisać grubą naszpikowaną faktami książkę i jeszcze by się wszystkiego nie ogarnęło.

Skąd się to wzięło? Z koncepcji walki politycznej polegającej na tym, by o przeciwniku mówić zawsze tylko źle, niezależnie od prawdy. Ale mówić zawsze tylko źle nie kłamiąc się nie da. Więc lepszy jest ten, kto bardziej brutalnie kłamie, jest bardziej chamski, bardziej bezczelny i to on najszybciej w takiej partii awansuje. A dalej już idzie. Ludzie żyjący środowisku, w którym ciągle się kłamie, po pewnym czasie mają w głowach głównie fałszywe informacje o wszystkim, co ich otacza. Żyją w matriksie, w fałszywej rzeczywistości i nie odróżniają jej od prawdziwej. Nie wiedzą już, że kłamią. Uważają swoje kłamstwa za prawdę, a jeśli twarde zderzenia z rzeczywistością są bolesne, to znaczy, że świat jest zły, a my cierpimy, my szlachetni. Wierzymy w prawa fałszywej ekonomii, fałszywej fizyki, w fałszywą historię, a jeśli to się nie sprawdza, to źli są ci, którzy mówią, że jesteśmy w błędzie. PiS i jego zwolennicy, to nie tylko kłamiący politycy, to też cała masa okłamanych ludzi, tak już okłamanych, że tych co mówią prawdę chcą niemal zabić.

To smutne niestety. Walka z plagą alkoholizmu jest trudna, a z plagą kłamczoholizmu może być beznadziejna. Oczywiście kłamczoholizm występuje nie tylko w PiS-ie, ale tylko w tej partii przybrał rozmiary plagi. Rolnik z pobliskiej wsi, zwolennik PiS, ma co roku coraz droższy samochód i mówi, że biednieje, dostaje potężne dopłaty z Unii i twierdzi, że Unia go okrada. Matrix, proszę państwa, matrix. Ale jest skuteczny, co widać po wynikach Dudy.

studioopinii.pl

Co będzie, gdy wróci PiS

Witold Gadomski, 15.05.2015

FOT. JACEK MARCZEWSKI

Jeśli PiS dojdzie do władzy, to w dużej mierze z winy polującej na posady PO-wskiej „rodziny Polipów”. Ale rodzina PiS-owska będzie równie zachłanna.
Sukces Andrzeja Dudy w I turze wyborów prezydenckich sprawia, że realny staje się scenariusz przejęcia przez Prawo i Sprawiedliwość pełnej władzy wykonawczej w Polsce. Jeśli Duda zostanie prezydentem, jego wygrana uskrzydli partię, z której się wywodzi, i zapewni sukces w wyborach parlamentarnych. PO nie pokazuje, że ma pomysł na wyjście z impasu, w jakim znalazła się 10 maja, po ośmiu latach rządów nie ma ani wizji, którą mogłaby porwać wyborców, ani silnego przywództwa.Wygrana Dudy sprawi, że Platformie wypadnie z ręki ostatnia karta atutowa, którą wielokrotnie się posługiwała – straszenie PiS-em i przypominanie złego okresu rządów koalicji kierowanej przez Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli większość wyborców poprze 24 maja Dudę, to będzie znaczyło, że nadzieje na zmiany przeważają nad obawami przed powrotem nieprzyjemnych praktyk „rządu IV RP”.Wróżba, nie prognozaAni ośrodki opinii publicznej, ani poważni socjologowie nie zaobserwowali skali protestu przeciwko dotychczasowemu układowi politycznemu, jaki ujawnił się w czasie I tury wyborów prezydenckich. Nie przewidzieli ani wyjątkowo niskiej frekwencji, ani porażki Bronisława Komorowskiego, ani – zwłaszcza – wyniku Pawła Kukiza. Weszliśmy bowiem w okres ruchów tektonicznych w społeczeństwie i polityce, więc prognozy oparte na prostej ekstrapolacji trendu się nie sprawdzają. Jaki porządek ukształtuje się z tych ruchów, dowiemy się za kilka miesięcy, a jeszcze dokładniej – za kilka lat. Na razie możemy raczej wróżyć, niż prognozować, jakie będą wyniki wyborów i kto będzie rządził Polską pod koniec 2015 roku i w latach przyszłych. No i jakie będą to rządy.Przewidując przyszłość Polski, bawię się we wróżbitę, a moja wróżba nie jest oparta na metodologii naukowej, lecz tylko na intuicji.Dylematy lidera PiSPlotki o politycznej śmierci Jarosława Kaczyńskiego okazały się mocno przesadzone. Jeśli PO szybko się nie pozbiera po ewentualnej porażce w wyborach prezydenckich, nie wyłoni nowego, sprawnego kierownictwa, nie rozliczy się z ośmiu lat rządów, które miały swoje blaski i cienie, nie przedstawi wiarygodnej korekty swego programu, jesienią może ponieść klęskę o rozmiarach większych, niż przewidywały to dotychczasowe sondaże.Może, choć nie musi, dać to PiS-owi (wraz z prawicowymi „przystawkami”) pełnię władzy.

PiS wyprzedza PO lub depcze jej po piętach. Różne wyniki sondaży

Dla Kaczyńskiego byłaby to sytuacja komfortowa, której nie miał w latach 2005-07, gdy musiał współrządzić z LPR i Samoobroną. W podobnej jak wówczas sytuacji PiS może się jednak znaleźć, jeśli Paweł Kukiz powtórzy jesienią swój wynik z 10 maja.

Nie sposób dziś przewidzieć, czym będzie jego partia, czy w ogóle powstanie, jaki będzie miała program. Kim będą jej działacze, posłowie, kandydaci na ministrów? Czy będzie nową Samoobroną – jak przewidują niektórzy komentatorzy polityczni – czy raczej przypominać będzie Ruch Palikota i na ile będzie trwała. Jeśli więc PiS nie wygra wyborów samodzielnie i utworzy z Kukizem koalicję (a rockman na razie wcale się do tego nie pali), to może okazać się ona równie nietrwała jak ta z lat 2005-07.

Jeszcze trudniejsza może być koalicja z KORWiN-em, o ile ugrupowanie to dostanie się do Sejmu. Janusz Korwin-Mikke jest na tyle ekscentryczny, że może zerwać z potencjalnym sojusznikiem z błahego powodu.

Wizja współpracy z wicepremierami: Kukizem i Korwin-Mikkem, to zapewne koszmar, który śni się Jarosławowi Kaczyńskiemu.

W piękniejszych snach lider PiS rządzi samodzielnie, mając za wsparcie prezydenta Andrzeja Dudę. Jeśli ten sen się ziści, Kaczyński stanie przed innym dylematem: powrócić do projektu IV RP czy też próbować rządzić i naprawiać Polskę w sposób niewywołujący nieustannych napięć społecznych i politycznych.

Wybierze raczej restytucję IV RP.

Kilkanaście miesięcy sprawowania urzędu premiera nauczyło lidera PiS, że dokonywanie skutecznych (to znaczy takich, które dadzą zamierzone efekty) zmian w państwie jest zadaniem znacznie trudniejszym, niż się wydaje laikom.

Są tego dwie główne przyczyny. Pierwszą jest obowiązująca konstytucja, system prawa, instytucje kontrolne i równoważące siłę rządu (Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, NIK, KNF, Rada Polityki Pieniężnej itd.). Drugą – inercja urzędników i struktur państwa. Kaczyński przed kilku laty skarżył się, że gdy był premierem, wielu urzędników, zwłaszcza terenowych, w tym działaczy PiS, działało wbrew woli rządu, ale za to zgodnie z lokalnymi interesami.

Jest mało prawdopodobne, by lider PiS pogodził się z tym, co nazywa imposybilizmem (czyli niemocą) państwa. Zechce go przełamać, mając intencje czasami szlachetne (indolencja wymiaru sprawiedliwości jest dla każdego dostrzegalna i męcząca), a czasami kierując się resentymentami. Wie z doświadczenia, że próby popędzania instytucji państwowych poprzez naginanie prawa prowadzą do napięć, ale raczej tego nie uniknie, zwłaszcza że zdaje sobie sprawę, iż jego kariera polityczna z przyczyn naturalnych nie będzie trwała długo.

Kto zapłaci za zamach

W pierwszej kolejności Jarosław Kaczyński załatwi sprawę smoleńską. Może położyć kres sporom lub dolać do nich paliwa. Jeśli uzna, że nie zdoła naprawić instytucji i obyczajów w tak podzielonym kraju, może powiedzieć: „Zapewne nie doszłoby do katastrofy, gdybyśmy wspólnie bardziej dbali o państwo, zamiast rywalizować o to, kto lepiej wypadnie na cmentarzu w Katyniu”. Takie posunięcie nie dość, że zasypałoby społeczne podziały, które ujawniły się w kwietniu 2010 roku, ale też mogłoby otworzyć drogę do współpracy – niekoniecznie w koalicji – PiS i PO.

Wątpliwe, by brat prezydenta Lecha Kaczyńskiego był zdolny do takiej wielkoduszności. Bardziej prawdopodobny jest wariant w duchu IV RP: Jarosław Kaczyński zleca prokuraturze – wcześniej poddanej ponownie kontroli Ministerstwa Sprawiedliwości – sporządzenie aktu oskarżenia przeciwko osobom, które uznaje za winne katastrofy. Donald Tusk będzie bezpieczny w Brukseli, ale informacja o tym, że został wezwany na przesłuchanie w charakterze podejrzanego, przez wiele dni rozgrzewa opinię publiczną.

Zamach smoleński zamrożony w sondażach – w spisek na życie Lecha Kaczyńskiego wierzy 22 proc. Polaków

Panika w „rodzinie Polipów”

Im dłużej jakaś ekipa rządzi, tym mocniej oplata struktury państwa siecią powiązań partyjnych i towarzyskich. Profesor Antoni Kamiński, cytując Charlesa Dickensa, nazwał te nieformalne powiązania „rodziną Polipów”. Wyborcy Pawła Kukiza to w dużej mierze ci, którym „rodzina Polipów” najbardziej zalazła za skórę (choć pewnie niektórzy z nich do niej chętnie by dołączyli).

Przykład 24-letniej stażystki, która została wiceprezesem elektrociepłowni, gdyż była narzeczoną działacza PSL, zbulwersował wyborców na kilka dni przed I turą wyborów. „Rodzinę Polipów” z Platformy Obywatelskiej i PSL wielokrotnie opisywała „Wyborcza”.

Dojście do władzy PiS będzie oznaczało dla „rodziny” trzęsienie ziemi. Wprawdzie większość synekur (czyli dobrych posad danych po znajomości) jest w gestii samorządów, a te wciąż będą kontrolowane przez PO i PSL lub lokalne układy, ale stanowiska w spółkach skarbu państwa, rozmaitych funduszach i instytucjach kontrolowanych przez rząd będą dostępne dla… „Polipów” z PiS.

Może tu chodzić o tysiące miejsc pracy. PiS i PO (nie wspomnę już o PSL czy SLD) z podobnym apetytem rzucają się na intratne posady, jeśli mają takie możliwości. W latach 2005-07 sztandarowym przykładem działania „Polipów” był Krzysztof Skóra, lokalny działacz PiS, który został prezesem jednej z największych i najważniejszych spółek kontrolowanych przez skarb państwa – KGHM. Za rządów Platformy media opisywały przypadek byłego ministra skarbu państwa Aleksandra Grada, który brał grubą kasę za kierowanie spółką odpowiedzialną za zbudowanie w Polsce elektrowni jądrowej, ale głównym jego zadaniem było wydawanie pieniędzy na nieużyteczne ekspertyzy.

Politycy doją KGHM. Dorabiał tu syn Millera, żona Hofmana. Teraz czas PO

Jeśli PiS dojdzie do władzy, to w dużej mierze z winy PO-wskiej „rodziny Polipów”. Ale rodzina PiS-owska będzie równie zachłanna na posady.

PiS przejmie szybko kontrolę nad kilkoma ważnymi instytucjami. W przyszłym roku mija sześcioletnia kadencja prezesa NBP i Rady Polityki Pieniężnej. Jeśli PiS będzie rządził samodzielnie, nowe kierownictwo w 100 procentach będzie się składało z ludzi zatwierdzonych przez Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę. Może to oznaczać poważne ograniczenie samodzielności banku centralnego.

Niemal jednocześnie skończy się kadencja przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego. Obecne kierownictwo KNF jest skonfliktowane z PiS, który nie chciał, by Komisja objęła kontrolą SKOK-i i zakwestionowała działania twórcy kas – Grzegorza Biereckiego. Nowe kierownictwo KNF będzie znacznie przychylniej podchodzić do biznesowych inicjatyw PiS.

Do wzięcia będzie ZUS, ważna instytucja, która zatrudnia w całej Polsce kilkadziesiąt tysięcy osób. Funkcja prezesa pozostaje nieobsadzona.

Kadencja szefa NIK skończy się dopiero w 2020 roku. PO i poprzednie rządy czasami tolerowały na tym stanowisku osoby z przeciwnych obozów. Być może tak będzie i tym razem.

PiS-owskie media

Jarosław Kaczyński przywiązuje bardzo dużą wagę do kontroli mediów. Jest zdania, że winę za jego liczne porażki wyborcze ponoszą nieżyczliwe mu gazety i telewizje. Jedną z pierwszych ustaw przyjętych po zwycięstwie PiS w 2005 roku była nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji uchwalona w nadzwyczajnym trybie 16 grudnia 2005 roku. Nowelizacja oddawała władzę nad mediami publicznymi – radiem (wraz z kilkunastu spółkami regionalnymi) i telewizją – w ręce rządzącej koalicji. Rządowi Marcinkiewicza, a potem Kaczyńskiego, sprzyjała wówczas w połowie należąca do skarbu państwa „Rzeczpospolita”.

W ostatnich latach sprzyjający PiS koncern medialny finansowały SKOK-i. Jest jasne, że w przypadku zwycięstwa PiS publiczne media zostaną bardzo szybko opanowane przez dziennikarzy kibicujących partii Kaczyńskiego. Reklamy spółek skarbu państwa zostaną zabrane mediom „antyrządowym” i wzmocnią te, które sprzyjać będą PiS.

W środowisku dziennikarskim jeszcze mocniej pogłębią się podziały polityczne, co osłabi wiarygodność mediów i ich funkcję kontrolną.

Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski: Zamach na media był. Gdy rządził PiS

Niezrealizowane obietnice

Każda ekipa szykująca się do objęcia władzy składa wyborcom obietnice, których nie będzie w stanie dotrzymać. Nie inaczej jest z Andrzejem Dudą i działaczami PiS.

Obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku dochodowego, wysokie zasiłki dla rodzin – to wszystko, jak łatwo policzyć, gdyby zostało wdrożone, zrujnowałoby finanse publiczne. Duda zapowiedział, że zaproponuje obniżenie wieku emerytalnego, i będzie musiał taki projekt przedstawić, by nie stracić twarzy. Zapewne będzie on przewidywał możliwość przechodzenia na emeryturę pod warunkiem odpowiednio długiego stażu pracy, np. 45 lat. Dla przyszłych emerytów będzie to równoznaczne z pozostawieniem dotychczasowych przepisów.

Gołosłowne są też zapowiedzi „repolonizacji” banków i reindustrializacji. Rząd nie ma w swym ręku instrumentów, by pomysły te wprowadzić w życie. Nie ma w budżecie rezerw – dziesiątków miliardów złotych – na wykup banków z rąk zagranicznych inwestorów. Na szczęście, bo przejęte przez rząd banki finansowałyby projekty wygodne dla polityków, a niekoniecznie efektywne. Mogłoby się skończyć kryzysem bankowym.

Reindustrializacja to hasło modne – także w Unii – ale nikt nie ma pomysłu, jak zamienić je na politykę gospodarczą. Andrzej Duda na jednym ze spotkań wyborczych obiecywał odbudowę (za publiczne pieniądze) stoczni w Szczecinie. Państwo już raz taką stocznię zbudowało. Nosiła nazwę Stocznia Szczecińska Nowa i mimo władowania w nią miliardów budżetowych pieniędzy zbankrutowała. Pomysł uruchomienia państwowej Stoczni Szczecińskiej Jeszcze Nowszej, jak wiele innych pomysłów PiS i Dudy, raczej nie będzie realizowany. Z korzyścią dla naszych kieszeni.PiS, jeśli stworzy jesienią rząd, stanie przed kilkoma trudnymi i naglącymi problemami. Trzy z nich pojawią się jeszcze w tym roku:* Górnictwo generuje coraz większe straty. Nie da się utrzymać w tej branży 100 tysięcy miejsc pracy i dotychczasowego poziomu wydobycia węgla. Spółkom węglowym – tak jak na początku 2015 roku – zacznie brakować pieniędzy na wypłaty. Rząd będzie musiał albo się zgodzić, by spółki obniżyły zatrudnienie o kilkadziesiąt tysięcy górników i zamknęły część nierentownych kopalń, albo dotować górnictwo, drenując budżet i idąc na starcie z Komisją Europejską, która działanie takie uzna za sprzeczne z prawem unijnym.* Polska wciąż jest objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu, choć jest szansa, że w przyszłym roku zostanie ona zdjęta. Pod warunkiem że uda się odpowiednio obniżyć deficyt finansów publicznych. Jeśli nawet w niewielkim stopniu będą realizowane obietnice PiS i Dudy, dziura w budżecie się poszerzy i będą nam grozić unijne kary – łącznie ze wstrzymaniem części funduszy.* Jesienią trzeba będzie stworzyć budżet na rok przyszły. Będzie zawierał jakieś korekty w porównaniu z projektem budżetu pozostawionym przez obecny rząd. Ale pole manewru jest bardzo wąskie.Na dłuższą metę rząd PiS, chroniony przez prezydenta Dudę, będzie albo kontynuował z niewielkimi zmianami dotychczasową politykę gospodarczą – tak jak działo się w latach 2005-07, albo też będzie próbował „polityki niekonwencjonalnej”.”Politykę niekonwencjonalną” prowadzi od pięciu lat węgierski rząd Viktora Orbana, który – do czasu, gdy zbliżył się do Rosji – był dla polityków wzorem. Orban przejął pieniądze z prywatnych funduszy emerytalnych, narzucił specjalne podatki na sektory zdominowane przez kapitał zagraniczny (sieci handlowe, banki, telekomunikacja), podwyższył VAT, odmówił przedłużenia umowy kredytowej z MFW. Węgry wielokrotnie naruszały przepisy unijne, a Orban, będąc przed paroma miesiącami w Warszawie, stwierdził, że Unia jest strukturą tak niesprawną, że nie gwarantuje swym członkom bezpieczeństwa politycznego i gospodarczego. Dlatego związał się politycznie i gospodarczo z Rosją.W Polsce pisze się niewiele o bardzo liberalnych (w sensie rynkowym) reformach Orbana: liniowym 16-procentowym podatku od dochodów osobistych, ograniczeniu zasiłków socjalnych, uzależnieniu zasiłku dla bezrobotnych od podjęcia robót publicznych. Ta mieszanka narodowej i liberalnej polityki gospodarczej przyniosła na Węgrzech niezłe efekty – dość szybki, choć nie wiadomo na ile trwały, wzrost gospodarczy i obniżenie zadłużenia.

Orban górą, Unia ma kłopot

Czy podobną politykę będzie prowadził rząd Kaczyńskiego? Być może. Wątpliwe, by powierzył zarządzanie gospodarką osobie niemającej doświadczenia, np. pani Szydło, która obecnie odpowiada za program gospodarczy partii. Raczej wynajmie fachowca z branży finansowej, który będzie rozumiał realia gospodarki.

Poza głównym nurtem

Najbardziej niepokojące są zapowiedzi Dudy i innych polityków PiS znaczącej korekty polityki zagranicznej. Hasłem partii Kaczyńskiego jest odejście od „polityki głównego nurtu” Unii.

Sytuacja międzynarodowa w ostatnim roku się skomplikowała. Nie chodzi tylko o kryzys ukraiński i agresywne poczynania Putina, których ofiarą może się stać też Polska. Chaos w Syrii, Iraku i Libii oraz napływ imigrantów z Afryki do Europy Południowej angażują Stany Zjednoczone i największe państwa europejskie. Nie mogą sobie one pozwolić na prowadzenie polityki izolacji Rosji. Nasi południowi sąsiedzi – Czesi, Słowacy, Węgrzy – też są zainteresowani utrzymaniem dobrych relacji z Rosją. Unia stoi w obliczu dwu poważnych kryzysów – niewypłacalności Grecji i wyjścia z Unii Wielkiej Brytanii.

Polska nie ma przesadnie dużych atutów w polityce międzynarodowej. Jesteśmy ósmą pod względem PKB gospodarką w UE i szóstym krajem pod względem liczby ludności. W polityce obronnej liczymy na Sojusz Północnoatlantycki oraz na nasze dobre stosunki z krajami Unii, zwłaszcza z Niemcami. Rosja nie zaryzykuje ostrego konfliktu z Niemcami z uwagi na ich potencjał gospodarczy.

W ostatnich latach zyskaliśmy w Europie dobrą opinię. Jesteśmy chwaleni za przewidywalność polityki zagranicznej, stabilność rządów i dobre wyniki gospodarcze. Takie pochwały nie muszą się przekładać na konkretne korzyści. PiS jest nawet zdania, że Polska więcej osiągnie, jeśli będzie sprawiała Unii kłopoty. To dość kontrowersyjna teza.

Polityka, którą proponują Andrzej Duda i Jarosław Kaczyński, ma być bardziej „ambitna” i jeśli trzeba, konfrontacyjna wobec Brukseli, Berlina i oczywiście Moskwy. W latach 2005-07 rządy PiS nie odniosły dużych sukcesów międzynarodowych. Zresztą konfrontacyjna postawa Jarosława Kaczyńskiego sprowadzała się często do retoryki. Kaczyński, choć niechętnie, zaakceptował traktat lizboński, a także politykę klimatyczną Unii Europejskiej, opowiadał się nawet za głębszą integracją, włącznie z utworzeniem europejskiej armii. Oznaczałoby to wzmocnienie struktur ponadnarodowych.

Gdy Duda mówi o tym, że „Polska nie powinna płynąć w głównym nurcie polityki europejskiej”, można odnieść wrażenie, że jego mentorem był lord Palmerston, XIX-wieczny minister spraw zagranicznych Anglii. Mawiał on, że „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. Autorem podobnego bon motu był rosyjski car Aleksander III: „Rosja ma dwoje przyjaciół: swoją armię i swoją flotę”.

I Palmerston, i car prowadzili politykę mocarstwową, bo mogli sobie na to pozwolić. Dla europejskiego kraju średniej wielkości, a w skali globalnej kraju małego, jakim jest Polska, bezpieczniej jest płynąć w głównym nurcie.

Czytaj w Magazynie Świątecznym:

Dlaczego 3 mln ludzi wybrały Kukiza
Kukiz? Jaki tam z niego prezydent. Ja go nawet za bardzo nie lubię. Ale tych Komorowskich, Millerów, Dudów nie lubię jeszcze bardziej

Komorowski, Duda – niczego nie rozumiecie. My też
Odklejeni od życia i wyzuci z wrażliwości na cudzy niedostatek przegapiliśmy oznaki tego buntu

Podsłuch rządzi strachem
Cele dla dronów – również osoby do zabicia – wyznacza się na podstawie analizy metadanych telekomunikacyjnych, które tak nieskutecznie analizuje NSA. To jest po prostu rzeźnia! Z Williamem Binneyem rozmawiają Ewa Siedlecka i Katarzyna Szymielewicz

Futbol, czyli przemoc
Zawodowi amerykańscy futboliści mają trwale uszkodzone mózgi i sieją przemoc. Czy Amerykanie zdelegalizują swój narodowy sport?

Diabeł umiera, niech żyją Jankesi. Kuba wkracza w rok 1989
Kubańczycy oglądają amerykańskie seriale, słuchają opowieści krewnych z Miami. Dobrze wiedzą, czym pachnie kapitalizm. Ale i tak nie mogą się go doczekać. Marek Markowski rozmawia z dziennikarzem i publicystą Maciejem Stasińskim

Janusz Głowacki. Świat pęka
Jak nam się wszystko pokręciło, pojebało, pokotłowało, gdzie podziały się wartości, czy służą tylko do gry w dyplomatycznym kasynie? Z Januszem Głowackim rozmawia Paweł Smoleński

Noc żywych muzeów. Miasto ściąga kołdrę z głowy
Night-time economy to ważny dział gospodarki. Na Wyspach np. zapewnia co dziesiąte stanowisko pracy. Z powszechnego upodobania do życia po zmroku korzysta także Noc Muzeów. Do czego nam służy?

wyborcza.pl

7 mld zł Dudy z sufitu

Przemysław Jedlecki, Bartłomiej Kuraś, 16.05.2015
Andrzej Duda na piątkowym wiecu wyborczym w Dąbrowie  Górniczej

Andrzej Duda na piątkowym wiecu wyborczym w Dąbrowie Górniczej (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta / AGENCJA GAZETA)

Na wiecach w Dąbrowie Górniczej i Chrzanowie Andrzej Duda grzmiał, że polski budżet ma 7 mld zł rocznie z polskich kopalń. I porównał tę kwotę z czystym zyskiem budżetu z sektora bankowego.
Spotkanie w Dąbrowie Górniczej zorganizowano przed Pałacem Kultury Zagłębia w centrum miasta. Na placu zebrało się kilkaset osób. Zanim polityk się tu zjawił, można było posłuchać skocznych piosenek śpiewanych przez emerytowanego górnika. „Krzyża wiary nie wolno nam oddać” – rozległy się słowa.Przetrenowano też śpiew urodzinowych życzeń, ponieważ Andrzej Duda w sobotę kończy 43 lata. Drugi raz odśpiewano je na koniec przemówienia kandydata.

7mld zł

Bogu chwała
Ewa Malik, zagłębiowska posłanka PiS, zanim jeszcze Duda przyjechał, bardzo go komplementowała. – Bogu chwała za takiego kandydata. Tak mądrego, inteligentnego, odważnego i kulturalnego. Taki kandydat zdarza się raz na 100 lat – mówiła. – Oczywiście nic nie ujmując Jarosławowi Kaczyńskiemu – zreflektowała się.Sam Duda był witany owacjami. – Andrzej Duda, Andrzej Duda, zwyciężymy, zwyciężymy! – niosło się po placu.- Jesteśmy na ostatnim odcinku. Decyduje się, kto będzie prezydentem, kto będzie głową państwa polskiego – zagrzewał Duda.Część wygłaszanego w całości bez kartki wystąpienia Duda poświęcił sprawom międzynarodowym. Wypomniał Europie, że po 1945 r. zostawiła Polskę po drugiej stronie żelaznej kurtyny.- Dziś mamy prawo mówić w Unii Europejskiej twardym głosem. Czas skończyć z płynięciem głównym nurtem, jeśli chodzi o politykę zagraniczną. Musimy odzyskać siłę – przekonywał.Zapowiedział utworzenie Narodowej Rady Rozwoju, do której powoła ekspertów, naukowców, przedsiębiorców i przedstawicieli związków zawodowych. – Chodzi o wspólną pracę nad naprawą gospodarki i systemu podatkowego, tak by stał się przyjazny dla obywateli i przedsiębiorców, tak by tworzenie miejsc pracy było inwestycją, a nie kosztem – mówił.Dekarbonizacja sprzeczna z interesem PolskiDuda zaatakował prezydenta Komorowskiego za podpisanie ustaw podnoszących podatki. – Zachowuje się tak, jakby był prezydentem rządzącej partii, a nie ludzi, którzy go wybrali – oceniał. Straszył, że jeżeli w Polsce nic się nie zmieni, to za granicę będą wyjeżdżać kolejne pokolenia, aż kraj się wyludni. – I wtedy nikt nas już nie będzie musiał atakować – mówił.

Na koniec wspomniał o górnictwie. – Słyszę, że polskie kopalnie są nierentowne. A one przynoszą do budżetu 7 mld zł rocznie, podczas gdy sektor bankowy – tylko 4 mld zł. Nie wolno pozwolić na likwidację kopalń. Dekarbonizacja jest sprzeczna z interesem Polski. Mamy go na 200 lat, to gwarantuje nam suwerenność. To kwestia być albo nie być polskiego państwa – dodał Duda.

Nie wiadomo, na czym Duda opiera rachunek, że polski budżet ma na czysto 7 mld zł z kopalń. A właśnie to zasugerował, porównując tę liczbę z rekordowym w historii branży bankowej czteromiliardowym podatkiem dochodowym w 2013 r.

Kwotę 7 mld zł Duda wziął prawdopodobnie z wyliczeń związkowców podanych w czasie strajków w Jastrzębskiej Spółce Węglowej na początku tego roku. Twierdzili oni, że tyle w 2013 r. wyniosły daniny publicznoprawne górnictwa, z tego 2 mld zł z VAT (ale płaconego przez nabywców węgla), a także CIT i opłaty samorządowe. Związkowcy i Duda nie biorą jednak pod uwagę dopłat państwa do tej branży. Według wyliczeń Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych roczne wsparcie z budżetu, głównie na emerytury górnicze, wynosi 5,5 mld zł. Do banków budżet nie dokłada.

Wiec w Chrzanowie

Dudabus zajechał na chrzanowski rynek kwadrans po godzinie 15. – Od Krakowa tęczy blask… Oj, czekała na niego długi czas! – huknęła kapela ludowa. Kandydata przywitały gromkie oklaski. I znów skandowanie: – Andrzej Duda! Andrzej Duda! To się uda!

Ale niewielkiego chrzanowskiego rynku nie udało się wypełnić nawet w połowie. Przyszło tylko kilkaset osób. Może dlatego, że w pierwszej turze wyborów prezydent Komorowski uzyskał tu o sześć punktów procentowych lepszy wynik od Dudy. Wśród tłumu był m.in. popierany przez PiS burmistrz Chrzanowa Marek Niechwiej, który nie chce zrezygnować ze stanowiska, choć policja przyłapała go, jak w ostatnią niedzielę lutego wjechał samochodem w płot, mając 1,4 promila alkoholu we krwi.

– Te wybory dają szansę na zapoczątkowanie zmian, które zmienią Polskę na lepsze. Nie będziecie pracowali do śmierci. Trzeba przywrócić poprzedni wiek emerytalny. Jeżeli zostanę wybrany, to zrobię wszystko, by obniżyć wiek emerytalny – mówił Duda. Obiecywał mniejsze podatki, więcej pracy, lepszą infrastrukturę, komunikację drogową i internetową.

– Ciepła woda w kranie leci tylko cieniusieńkim strumyczkiem – krytykował obecne rządy. – Nie można ograniczać wydobycia węgla kamiennego, tak ważnego dla was! Nie wolno dać zamknąć kopalni w pobliskich Brzeszczach! Tym rządowym niby-specom mówię, że kopalnie przynoszą 7 mld dochodu rocznie – powtórzył.

Zebrani bili brawo. Klaskała nawet służba porządkowa „Solidarności”, która zabezpieczała wiec. Następnie na scenę wyszedł ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który na wiec przyjechał z niepełnosprawnymi dziećmi, podopiecznymi prowadzonej przez niego Fundacji im. Brata Alberta.

– Głosowałem na pana Kukiza, którego zmarły ostatnio ojciec był wspaniałym Kresowiakiem. Środowiska kresowe wystosowały do pana Andrzeja Dudy list z prośbą o wsparcie. Mam nadzieję, że pan odpowie zgodnie z naszymi oczekiwaniami i będziemy mogli głosować na pana – mówił Isakowicz–Zaleski.

Na zakończenie wiecu kapela zaintonowała: „Oto jest dzień, który dał nam Pan! Weselmy się i radujmy się!”. A gdy dudabus odjeżdżał: „Oj, czekała Kasia na swojego Jasia, aż powróci z wojny!”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,17926924,7_mld_zl_Dudy_z_sufitu.html#ixzz3aIDVSiKQ

 

Duda jeszcze nie doszedł do władzy, a jego ludzie już chcą wsadzać. „Klatka dla Komorowskiego”

Andrzej Duda
Andrzej Duda Fot. Materiały prasowe Andrzeja Dudy

Leszek Balcerowicz powiedział w piątek, że Polskę „trzeba osłonić przed powrotem reżimu” PiSowskiego. Przypomniał, że Andrzej Duda był prawą ręką Zbigniewa Ziobry „z najgorszego okresu PiS”. I choć sam kandydat Jarosława Kaczyńskiego wystrzega się wypowiedzi, które brzmieć mogłyby groźnie w uszach elektoratu, to jeden z jego najbliższych współpracowników wygadał się na Twitterze.

Janusz Wojciechowski to od kilku lat jeden z najbliższych współpracowników Jarosława Kaczyńskiego. Teraz także bardzo bliski współpracownik „młodego Kaczyńskiego”, jak Leszek Balcerowicz nazwał Andrzeja Dudę. Wojciechowski ma pokierować prezydenckim biurem pomocy prawnej, gdy Duda wygra za tydzień wybory prezydenckie.

Na Twitterze Janusz Wojciechowski napisał, że Bronisława Komorowskiego należałoby zamknąć w klatce.

Reakcja komentujących była jednoznaczna. Parę cytatów: „Zwykły cham z Pana. Ot pisowska kultura”; „jak można w ten sposób odnosić się do Prezydenta RP…dno”; „nazwanie pana chamem byłoby kurtuazją…”

Kariera Andrzeja Dudy jest ściśle związana ze Zbigniewem Ziobrą. W 2005 roku Duda był, jak napisał Newsweek, mało znanym pracownikiem naukowym na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Tam znalazł go Zbigniew Ziobro. Duda pracował nad ustawą lustracyjną, potem został prawą ręką Ziobry w ministerstwie sprawiedliwości. Duda pracował w resorcie, gdy Ziobrze zarzucano skrajne upolitycznienie prokuratury i w czasie, gdy zginęła Barbara Blida. Odpowiadał za legislację, współpracę międzynarodową i informatyzację sądów i prokuratur. Po śmierci Blidy nie złożył rezygnacji.

LESZEK BALCEROWICZ

źródło: TVN24
„NIE DOPUŚCIĆ DO POWROTU REŻIMU”

Andrzej Duda to zastępca Ziobry z najgorszego okresu PiS. Polska nie powinna być wystawiona na ryzyko powrotu reżimu, w którym mieliśmy upolitycznienie prokuratorów, gdzie panował strach. Ludzie zadecydują czy Andrzej Duda, który jest młodszym Kaczyńskim, będzie prezydentem Polski. Uważam, że Polska nie zasługuje na tak wielkie ryzyko jak prezydent Duda.

Niewykluczone, że takich jak Wojciechowskiego opinii politycy PiS wyrażaliby więcej przed II turą, gdyby partia nie ukryła tych najbardziej kontrowersyjnych przed mediami. Jak napisał ASZdziennik: Efekt Dudy. PiS podwoił straże przed schronem, w którym trzyma Macierewicza, Pawłowicz i Błaszczaka.

naTemat.pl

Balcerowicz ostrzega przed powrotem reżimu. „Polska nie zasługuje na tak wielkie ryzyko, jakim jest Duda”

Leszek Balcerowicz nazwał Andrzeja Dudę "młodym Kaczyńskim".
Leszek Balcerowicz nazwał Andrzeja Dudę „młodym Kaczyńskim”. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

– Andrzej Duda to młodszy Kaczyński i zastępca Zbigniewa Ziobry z najgorszego okresu Prawa i Sprawiedliwości. Uważam, że Polska nie zasługuje na tak wielkie ryzyko, jakie niesie ze sobą ewentualne zwycięstwo Dudy w wyborach prezydenckich – mówi Leszek Balcerowicz.

Były szef Narodowego Banku Polskiego o swoich obawach mówił w programie „Piaskiem po oczach” na antenie TVN 24. Zwrócił uwagę, że Andrzej Duda jako prezydent III RP może państwu wyrządzić więcej złego niż dobrego. Zdaniem Balcerowicza bowiem kandydat PiS w wyborach prezydenckich to symbol reżimy, w którym upolityczniono nawet prokuratorów. – Polski nie stać na ‚hamulcowego’ blokującego wprowadzanie w kraju reform – argumentował ekonomista.

Balcerowicz zwrócił przy tym uwagę, że przedstawiony przez Andrzeja Dudę program bardzo obciąża budżet. Wskazał, że spełnienie postulatów wyborczych polityka oznaczałoby dodatkowe wydatki w wysokości 100 mld złotych. Zaznaczył jednocześnie, że jak dotąd nikt nie rozliczył Dudy z takich obietnic.

– Nie bronię Platformy Obywatelskiej. W tej chwili priorytetem jest obrona Polski przed powrotem reżimu – skwitował Balcerowicz.

PiS jest do Balcerowicza nastawione równie sceptycznie. Kilka dni temu pisaliśmy o tym, że szefując sztabowi wyborczemu Andrzeja Dudy Beata Szydło zakwestionowała zasługi Leszka Balcerowicza i jego ekipy, która przeprowadziła nasz kraj przez transformację gospodarczą. Szydło stwierdziła mianowicie, że to właśnie Balcerowicz odpowiada za problemy dzisiejszej Polski.

– To dlatego między innymi musimy dzisiaj myśleć o odbudowie polskiego przemysłu. To jego pomysłom zawdzięczamy, że jesteśmy tanią siłą roboczą, że młodzi ludzie w związku z tym wyjeżdżają za granicę bo w Polsce nie widzą dla siebie przyszłości. Polski nie stać na kolejny plan Balcerowicza – przekonywała Szydło.

Źródło: TVN 24

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: