Piłsudski (12.05.2015)

 

Niemiecka prasa o zwycięstwie Dudy: „Triumf figuranta”, „Komorowskiemu brakowało espresso”

pap, pen, 12.05.2015
Wybory prezydenckie 2015. Wieczór wyborczy Andrzeja Dudy

Wybory prezydenckie 2015. Wieczór wyborczy Andrzeja Dudy (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Niemieccy komentatorzy analizują przyczyny zaskakującego sukcesu Andrzeja Dudy i równie niespodziewanej porażki Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich zwracając uwagę na pozbawioną werwy, czy wręcz arogancką kampanię urzędującej głowy państwa.
O „triumfie figuranta” pisze we wtorek „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „Duda, który był wykpiwany przed wyborami jako człowiek bez właściwości, wygrał zaskakująco wyraźnie pierwszą turę głosowania” – stwierdza korespondent gazety Konrad Schuller.

Wybory prezydenckie, w których jeszcze kilka dni temu chodziło o to, czy urzędujący prezydent Bronisław Komorowski – „człowiek z charyzmą nauczyciela szkoły średniej na krótko przed emeryturą” – wygra już w pierwszej turze, czy dopiero w drugiej, stały się w ciągu jednej nocy dla warszawskiego establishmentu „walką o przeżycie” – czytamy w „FAZ”.

Duda – pisze Schuller – wyciągnięty został „z kapelusza” przez Jarosława Kaczyńskiego, co było chwytem praktykowanym przez niego wiele razy. „Kaczyński, którego żywiołem jest zacięta walka przeciwko wszystkim możliwym wrogom narodu – Niemcom, Rosjanom, liberałom i gejom, gdy zbliżają się wybory, wycofuje się z pierwszej linii i robi miejsce innym, którzy nie tak bardzo straszą wyborców” – analizuje publicysta.

Zadaniem Dudy było „uśmiechać się i obiecywać Polakom wszystkie dobrodziejstwa Ziemi – od wyższych dodatków na dziecko, poprzez obniżenie wieku emerytalnego, aż do dentysty w każdej szkole” – tłumaczy Schuller.

Komorowskiemu brakowało espresso

Poszukując przyczyn sukcesu Dudy, komentator „FAZ” zwraca uwagę, że liberalny warszawski establishment oraz media nie potraktowały poważnie kandydata PiS. Komorowski sprawiał w kampanii wyborczej wrażenie jakby „brakowało mu rano decydującej filiżanki espresso”. Forsując mało atrakcyjne hasło „zgoda i bezpieczeństwo”, Komorowski liczył na to, że wyborcy poprą go jako przedstawiciela „racjonalnej” Polski przeciwko narodowokatolickim „radykałom” z PiS. Chwyt Kaczyńskiego, polegający na ukrywaniu w kampanii swojej „radykalnej” strony, pokrzyżował te plany – zauważa „FAZ”.

Zdaniem „Berliner Zeitung” „policzek wymierzony Komorowskiemu przez wyborców” jest m. in. wynikiem jego jednostronnej kampanii wyborczej skoncentrowanej na „zagrożeniach ze strony Rosji”.

Autor komentarza zwraca uwagę na ponad 20 proc. głosów oddanych na Pawła Kukiza i zauważa, że są to głosy młodzieży niezadowolonej i pracującej na śmieciowych umowach. Kukiz zaoferował forum osobom stawiającym prawidłowe pytania: o bezrobocie, brak bezpieczeństwa socjalnego i zastygły system dwóch partii, które zajmują się „sprawami drugorzędnymi”. Kukiz nie da odpowiedzi na te pytania – uważa „Berliner Zeitung”. Jeśli jednak uda mu się związać ze sobą wyborców na dłużej, to dni rządu Ewy Kopacz są policzone – przewiduje komentator gazety.

Prowadząc „niesłychanie arogancką kampanię wyborczą” Komorowski „sam sobie podstawił nogę” – pisze wydawana we Frankfurcie nad granicą z Polską „Maerkische Oderzeitung”. Najbardziej widocznym przejawem tej arogancji była nieobecność na debacie telewizyjnej kandydatów – uważa komentator. Ostrzeżeniem (dla Komorowskiego) są nie tylko głosy oddane na Dudę, ale także dobry wynik Kukiza, który można interpretować jako protest przeciwko rządowi.

Kosztowne obietnice Dudy

„Suedeutsche Zeitung” zamieszcza sylwetkę Dudy określając go mianem „niespodziewanego

zwycięzcy z kosztownymi obietnicami wyborczymi”. Zdaniem autora komentarza wielu potencjalnych wyborców Komorowskiego nie poszło na wybory ze względu na jego dużą przewagę w sondażach. 24 maja może być inaczej – przewiduje „SZ”, tłumacząc, że wielu Polaków boi się powrotu do władzy prezydenta z PiS.

„Prezydentura Lecha Kaczyńskiego nie była sukcesem” – ocenia niemiecki dziennikarz. Przypomina, że za jego kadencji Polska „była sparaliżowana” konfrontacją między prezydentem a rządem kierowanym wówczas przez Donalda Tuska. Brat (Lecha), Jarosław, jest też nastawiony na konfrontację, a Duda uważany jest za człowieka „z nadania Jarosława” – czytamy w „Sueddeutsche Zeitung”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Picasso pobił rekord. „Kobiety z Algieru” najdroższym obrazem w historii sztuki

luna, PAP, 12.05.2015
Obraz Pabla Picassa

Obraz Pabla Picassa „Kobiety z Algieru”. (Obraz Pabla Picassa „Kobiety z Algieru”.)

Obraz olejny Pabla Picassa „Kobiety z Algieru” został sprzedany w poniedziałek na aukcji w domu Christie’s w Nowym Jorku za rekordowe 179,4 mln dol. To najwyższa cena, jaką kiedykolwiek zapłacono na aukcji za dzieło sztuki.
Szacowano, że dzieło hiszpańskiego malarza z 1955 r. może osiągnąć cenę 140 mln dol., ale kilku oferentów licytujących przez telefon podbiło stawkę do 160 mln dol. Na koniec padło rekordowe 179,4 mln dol. – informuje agencja Reutera.

CNN podaje, że sprzedawca obrazu, który chciał pozostać anonimowy, kupił obraz prywatnie, nie wiadomo, za jaką kwotę. Wiadomo natomiast, że poprzednim razem obraz był wystawiany na aukcji w 1997 r. Wtedy sprzedano go za 31 mln dolarów.

Najbardziej znane dzieła Picassa są bardzo cenione przez kolekcjonerów sztuki. Kilka z nich znajduje się już w prywatnych rękach. W 2013 r. miliarder Steven Cohen kupił obraz „Sen” za 155 mln dolarów od prywatnego kolekcjonera, inwestora budowlanego Steve’a Wynna, który zbudował wiele znanych hoteli i kasyn w Las Vegas.

Dzieło „Kobiety z Algieru” to na dziś najdroższa praca w historii sztuki. Nigdy jeszcze nie zapłacono za obraz takich pieniędzy. Wcześniej rekordzistą był obraz irlandzkiego malarza Francisa Bacona z 1969 r – „Trzy studia do portretu Luciana Freuda”. W 2013 r. tryptyk został sprzedany na aukcji w domu Christie’s za 142 mln dol.

Przed nim rekord należał do innego słynnego obrazu, dzieła Edwarda Muncha „Krzyk”. Zostało sprzedane za 120 mln dol.

Wśród najdroższych dzieł sztuki są również znane rzeźby. Dzieło z brązu „Man Pointing” z 1947 r. najsłynniejszego szwajcarskiego rzeźbiarza Alberta Giacomettiego również zostało w poniedziałek sprzedane za rekordową sumę – 141,28 mln dol. Wcześniej oceniano, że może ono osiągnąć cenę 130 mln dol. Rzeźba znalazła nabywcę w ciągu zaledwie trzech minut od rozpoczęcia licytacji. Poprzedni rekord w rzeźbiarstwie również należy do dzieła Giacomettiego. W 2010 r. londyński dom Sotheby’s sprzedał odlew rzeźby „Idący człowiek I” z 1960 r. za 65 mln funtów (104 mln dol.).

Zobacz także

wyborcza.pl

PiłsudskiNiejedną

Dwie żony, dwie córki i inne. Życie uczuciowe Marszałka

Marta Grzywacz, 11.05.2015
Po lewej Jadwiga Piłsudska (1920-2014), młodsza córka, która jako siedemnastolatka zaczęła uprawiać szybownictwo. W 1942 r. została pilotem rozprowadzającym samoloty RAF z fabryk na lotniska bojowe. W 1944 r. wyszła za kapitana Marynarki Wojennej Andrzeja Jaraczewskiego, a po wojnie pracowała jako architekt w Wielkiej Brytanii. W 1990 r. wróciła do Polski. Po prawej Wanda Piłsudska (1918-2001), starsza córka, o której ojciec mówił czasem w żartach, że powinna być królową Polski. Po klęsce wrześniowej z matką i siostrą została ewakuowana do Wielkiej Brytanii, w Edynburgu skończyła medycynę, angażowała się w życie emigracyjne, pracowała jako psychiatra. Jesienią 1990 r. powróciła do Polski.

Po lewej Jadwiga Piłsudska (1920-2014), młodsza córka, która jako siedemnastolatka zaczęła uprawiać szybownictwo. W 1942 r. została pilotem rozprowadzającym samoloty RAF z fabryk na lotniska bojowe. W 1944 r. wyszła za kapitana Marynarki Wojennej Andrzeja Jaraczewskiego, a po wojnie… (Fot. Archiwum)

– Rodzice mnie o tyle dobrze wychowali, że mogę w ciągu kilku godzin prawić babom komplementy – chwalił się Józef Piłsudski, który w swoim życiu porzucił niejedną panią dla drugiej i lubił wdawać się w romanse. I mimo że nie miał dwóch przednich zębów, kobiety traciły dla niego głowę.
Ślub odbył się 21 października 1921 r. po cichu, za zamkniętymi drzwiami Belwederu, w obecności kilku zaufanych. Warszawski arcybiskup zgodził się, by nie dawać na zapowiedzi – zaledwie dwa miesiące wcześniej umarła pierwsza żona Marszałka, który nie pojawił się na pogrzebie, i lepiej było nie prowokować prasy. Przez lata żyli w trójkącie: Piłsudski, pierwsza żona Maria i Aleksandra Szczerbińska, z którą w 1920 r. miał już dwoje dzieci. Wydawać by się mogło, że teraz, po ślubie 54-letniego Marszałka z młodszą o 15 lat Aleksandrą, sprawy się unormują.

Synek mamusi

Maria z Billewiczów Piłsudska nie miała łatwego życia – jej mąż na skutek nieudanych inwestycji stracił prawie cały ich majątek, dwoje z dwanaściorga dzieci zmarło we wczesnym dzieciństwie, a czworo cierpiało na różne schorzenia psychiczne. Najmłodszy Kacper był kleptomanem, najstarsza Helena, o której nauczycielki mówiły „półidiotka” była niedorozwinięta umysłowo, Maria popadła w obłęd, a Bronisław, zanim najpewniej popełnił samobójstwo, zmagał się z katalepsją, zasypiał nawet w trakcie przemówień. Wielki socjolog Ludwik Krzywicki twierdził, że przyczyną problemów psychicznych w rodzinie Piłsudskich było prawdopodobnie bliskie pokrewieństwo rodziców przyszłego Marszałka. Na tym tle melancholia Józefa, w którą wpadał od czasu do czasu, wydawała się niewinną przypadłością.

Najbardziej lubiany, a przez to hołubiony i rozpieszczany mały Ziuk – jak go nazywano w rodzinie – był nadzieją matki, która widziała w nim przyszłego bojownika o wolność Polski. Pochodząca z jednego z najznamienitszych szlacheckich rodów Wileńszczyzny Maria, mimo kłopotów z pieniędzmi i zdrowiem, poświęcała wiele czasu edukacji patriotycznej dzieci, czytając im poematy wieszczów i ucząc historii. Józef darzył ją tak wielkim szacunkiem, że w późniejszych wystąpieniach wielokrotnie powoływał się na jej autorytet, twierdził, że to, kim jest, zawdzięcza matce, i nie krył, że w ważnych momentach życia zastanawiał się zawsze, jak ona postąpiłaby w podobnej sytuacji. Matka, a później córki to jedyne kobiety, które kochał bezwarunkowo do końca swoich dni.

Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego

Miła Leosia

Pierwsza, której złamał serce, to starsza od niego o sześć lat Leonarda Lewandowska. Poznali się na Syberii, w Kireńsku, gdzie Piłsudski trafił w 1887 r. jako zesłaniec skazany za udział w przygotowaniu zamachu na życie cara Aleksandra III. Wprawdzie jego rola sprowadziła się tylko do oprowadzania po Wilnie jednego z zamachowców, ale i tak miał spędzić pięć lat nad rzeką Leną, na północ od Irkucka.

W drodze na wschód 20-letni Piłsudski przetrwał morderczy marsz z Tomska do Irkucka, ale kiedy stanął po stronie zbuntowanych zesłańców, został tak skatowany, że ledwie przeżył. To wtedy żołdak ciosem kolbą wybił mu dwa przednie zęby, których brak zasłaniał odtąd gęstymi wąsami.

W Kireńsku w życie Ziuka wdarł się chaos, nie umiał o siebie zadbać, a codzienne sprawy go przerastały, ale to się zmieniło, kiedy w 1889 r. w domu państwa Landych, także polskich zesłańców, spotkał Leonardę, młodszą siostrę pani domu. Zakochani nie wzięli ślubu, ale szybko razem zamieszkali, co w środowisku zesłańców nie było ani wyjątkowe, ani szczególnie naganne. Znakomicie się rozumieli, planowali przyszłość, jednak po roku Lewandowska zakończyła odbywanie kary i wróciła do kraju.

Początkowo Piłsudski słał tęskne listy, ale już po paru tygodniach znalazł pocieszenie w towarzystwie dwóch młodych zesłanek, na których zrobił wielkie wrażenie, o czym nie omieszkał powiadomić „kochanej Leosi”. Jego zdaniem panna Gubarewa była w nim prawie zakochana, a on gdyby tylko chciał, byłaby zakochana na pewno. (…) rodzice mnie o tyle dobrze wychowali, że mogę w ciągu kilku godzin prawić babom komplementy (…). A kobiety, ach mój Boże, jakie one czułe są na komplementy! – pisał do Lewandowskiej, jednocześnie zapewniając :zbyt kocham swoją Olesię, bym się miał zajmować bałamuceniem facetek, jeżeli kogo i zbałamucę, to wierz mi, bez żadnej chęci osobliwej z mojej strony .

Ale w kolejnych listach pojawiła się nowa panna Lidia Łojko. I znowu beztrosko informował Leonardę, że: facetka miła, a oprócz tego przyzwyczajony jestem czuć kogokolwiek bliskiego koło siebie . Chwalił się nawet, że tak o niego dba, że nie może nawet dostać lekkiego kataru, by nie otrzymać srogiej wymówki .

Cztery miesiące później wysłał list, który miał być ostatni, a że „kochana Leosia” zażądała wyjaśnień, więc je otrzymała: Miła Leosiu! Detalicznie opisać Ci tego nie mogę. (…) Ja, kochając Ciebie, oddałem się drugiej osobie. (…) Zrozumiesz więc łatwo, że postąpiłem bardzo nieładnie. Stosunek ten był bardzo krótkim (…). Skończyło się na tym, żeśmy się rozeszli.

Leonarda wybaczyła mu zdradę, ale na nic się to zdało. Już mu na niej nie zależało i nigdy więcej się nie spotkali. W 1901 r., dwa lata po pierwszym ślubie Piłsudskiego, Lewandowska popełniła samobójstwo.

Wiele gada (mało robi)

Z listu gończego, który władze carskie wysłały za Piłsudskim jeszcze przed zesłaniem go na Sybir, wynika, że miał 175 cm wzrostu, włosy ciemnoblond, szare oczy, schodzące się nad nosem krzaczaste brwi, „zęby nie wszystkie” i brodawkę na prawym uchu. Uchodził za człowieka pewnego siebie, choć w opinii brata Bronisława był egoistą i megalomanem. W domu Ziuk nie wygląda, czy drugim starczy szynki, aby jemu było dosyć. (…) Ten Ziuk ma szalone szczęście, wszystko jemu na dobre wychodzi, a wszystko dlatego, że siebie stawia na pierwszym planie – skarżył się . W poufnej charakterystyce nauczyciel tak pisał o młodym Piłsudskim: Charakter posiada żywy, wykazujący dumę, ze znaczną ilością miłości własnej. A Bronisław dodawał jeszcze, że: wiele gada (mało robi), a durni wierzą mu i zachwycają się nim .

Te cechy dostrzeże później Aleksandra, która napisze we wspomnieniach, że na ludziach poznawał się bardzo szybko, a potem grał na ich emocjach jak na harfie. Jego natura narcyza domagała się wiecznego poklasku i miłości, ale żeby zyskać miłość, trzeba było uwodzić, w czym był mistrzem. Jednak jego pewność siebie i zdolność uwodzenia zostały wystawione na próbę, kiedy spotkał Marię Juszkiewicz.

Pani PP

Uchodziła za jedną z najpiękniejszych wilnianek, mówiono o niej Piękna Pani – PP, a ponieważ była działaczką Polskiej Partii Socjalistycznej, niektórzy nazywali ją złośliwie PPS bez S. Piłsudski poznał ją po powrocie z zesłania, kiedy zaczął współpracować z grupą wileńskich socjalistów; on miał 27 lat, ona – 29. Otwarta, towarzyska i bynajmniej nie pruderyjna Maria była po rozwodzie z urzędnikiem ministerialnym Marianem Juszkiewiczem, za którego wyszła w wieku 16 lat i po siedmiu latach go opuściła.

Budziła wśród mężczyzn duże zainteresowanie, ale sama szczególną atencją darzyła Romana Dmowskiego, z którym według endeckiego polityka Jędrzeja Giertycha miała romans. Wkrótce też do grona jej wielbicieli dołączył Piłsudski. Pokazywała się raz z jednym, raz z drugim, a Piłsudski i Dmowski rywalizowali o nią przez trzy lata. Maria ostatecznie wybrała Piłsudskiego, natomiast Dmowski nigdy się nie ożenił.

Przez pierwsze lata świetnie im się układało, Maria wspierała Piłsudskiego przy wydawaniu socjalistycznego pisma „Robotnik” i w końcu postanowili zalegalizować związek. Ponieważ narzeczona była rozwódką i ślub w Kościele katolickim nie wchodził w grę, Piłsudski zdecydował się na zmianę wyznania. 24 maja 1899 r. został luteraninem, a 15 lipca młodzi pobrali się w kościele ewangelicko-augsburskim w Paproci Dużej w Łomżyńskiem.

Stale śledzeni przez carską policję małżonkowie zamieszkali w Łodzi pod nazwiskiem Dąbrowscy i tam też zostali aresztowani. Marię zwolniono, ale Piłsudski trafił do doskonale strzeżonego X Pawilonu warszawskiej Cytadeli, gdzie zaczął symulować obłęd. W udawaniu strachu przed ludźmi w mundurach był tak przekonujący (szło mu tak dobrze, bo napatrzył się na obłęd w domu rodzinnym – mówili złośliwi), że przewieziono go do kliniki psychiatrycznej w Petersburgu, skąd zdołał zbiec. Przez parę kolejnych lat mieszkali z Marią na Polesiu, w Zakopanem i Londynie, aż w końcu osiedli w Krakowie.

Zdolna, błyskotliwa, oddana sprawie niepodległości i bardzo lubiana Maria prowadziła salon, w którym zbierała się ówczesna elita miasta. Często spotykano się też w kawiarniach, gdzie rozmowy przeciągały się do późna. Bywało, że Piłsudski towarzyszył żonie, a potem znudzony zostawiał ją i szedł do domu. Być może były to pierwsze symptomy niedopasowania czy znudzenia, dość, że kiedy w Królestwie Polskim wybuchła rewolucja (1905 r.), w ich małżeństwie zaczął się kryzys. Maria już nie angażowała się w działalność konspiracyjną i zostawała w domu, Piłsudski coraz częściej podróżował sam. Podczas jednego z wyjazdów, w 1906 r., spotkał kolejną kobietę życia.

Bombowa narzeczona

Aleksandra Szczerbińska, 24-letnia wówczas działaczka PPS, zajmowała się organizacją przerzutu i magazynowaniem broni, za co groziło jej co najmniej 10 lat katorgi. Pisała, że poznała Piłsudskiego kiedy wizytował magazyny, wśród kilku karabinów, między koszami z browningami, mauzerami i amunicją . (…) Odczułam na sobie wpływ jego osobowości, jakąś siłę niezwykłą, nieokreślony magnetyzm, którym promieniował przez całe życie . Była chyba nieco rozczarowana jego wyglądem, skoro pisała: Nie wiem, dlaczego zdawało mi się, że zobaczę człowieka wysokiego i mocno zbudowanego, gdy tymczasem stał przede mną mężczyzna średniego wzrostu, o szerokich barach, cienki w pasie .

Spędzali razem sporo czasu, podróżując, a Piłsudski uwodził Aleksandrę cytatami ze Słowackiego i opisami krajobrazów Syberii. W 1907 r. wyznał jej miłość.Pamiętam, jak to wyznanie mnie zdziwiło – pisała chyba nie całkiem szczerze w pamiętnikach.

W tamtym czasie Organizacja Bojowa PPS zdobywała fundusze na działalność konspiracyjną, napadając na urzędników i wojskowych, rabując banki, pociągi, urzędy gminy. W 1908 r. Organizacja Bojowa napadła na pociąg w Bezdanach niedaleko Wilna. Grupa, w której znalazło się czterech przyszłych premierów Polski, a przewodził Piłsudski, zrabowała 200 tys. rubli oraz kosztowności. Te ostatnie razem z Aleksandrą zakopali w lesie, natomiast paczki banknotów przymocowali do ciała i pojechali do Kijowa. Na wszelki wypadek, gdyby nas rewidowano, mieliśmy ze sobą cyjanek potasu – wspominała Szczerbińska.

Po akcji Piłsudski spędził z nią kilka dni, a potem wrócił do Marii. Miotając się między żoną a kochanką, pisał o „tragicznym trójkącie”. Był z jedną, słał listy do drugiej. Jechał z Aleksandrą, wracał do Marii. Moim dążeniem od początku jest, by to czy inne postanowienie było ułożone wspólnie, jako wynik woli trzech zainteresowanych stron – tłumaczył Aleksandrze . Chciał, żeby żona wniosła o rozwód, ale Maria nie zamierzała tego czynić.

Faktyczny koniec małżeństwa nastąpił jesienią 1908 r., po śmierci córki Marii, uwielbianej przez wszystkich 19-letniej Wandy Juszkiewiczówny. Piłsudski, który głęboko przeżył śmierć pasierbicy, nie miał odwagi prosić żony o rozwód, ale coraz rzadziej wracał do domu, a będąc w Krakowie, mieszkał w hotelu.

Przez długi czas – wspominała Aleksandra – nie zaznaliśmy nic z tego, co się uważa za podstawę szczęśliwego małżeństwa, nie mieliśmy ani domu, ani spokoju, ani bezpieczeństwa. Zamiast tego – ciągłą pracę, częstą biedę, niebezpieczeństwo i niepewność jutra. Miłość nasza przetrwała to wszystko i, co równie ważne, przeżyła później lata spokoju i zwycięstwa. Na razie jednak musieliśmy czekać. Pierwsza żona nie chciała dać rozwodu .

Śmierć i wesele

W 1917 r. Piłsudski został osadzony przez Niemców w twierdzy w Magdeburgu i tam właśnie dostał wiadomość, że 7 lutego 1918 r. Aleksandra urodziła ich córkę Wandę. Utrzymywał potem, że dzięki swoim zdolnościom telepatycznym w tym dniu nad ranem usłyszał płacz dziecka i zanotował datę.

Aleksandrze, pannie z dzieckiem, nie było łatwo, pracowała w suszarni warzyw, żyła w biedzie. Z Piłsudskim spotkali się dopiero w 1918 r. Półtora roku później urodziła się Jadwiga. Mimo to Maria nadal nie godziła się na rozwód i sytuację rodzinną naczelnika państwa rozwiązała dopiero jej śmierć w 1921 r. Piłsudski nie odwiedzał chorej żony, nie pojechał na jej pogrzeb (zastąpił go brat Jan), a dwa miesiące po śmierci żony wziął ślub z Aleksandrą.

Mieszkali w Belwederze, a kiedy w grudniu 1922 r. Piłsudski złożył urząd naczelnika państwa, przenieśli się do ufundowanej przez wojsko willi w Sulejówku, gdzie przeżyli – jak wspominała Aleksandra – najszczęśliwsze lata. Dnie nie różniły się wiele od siebie. Ja wstawałam wcześnie, bo dzieci budziły się koło ósmej, mąż spał do dziesiątej. O tej godzinie podawałam mu śniadanie do łóżka. (…) Nigdy nie okazywał złego humoru i nigdy nie rzucał złego słowa. Do obiadu siadaliśmy zawsze wspólnie całą rodziną i wtedy nie lubił obecności obcych osób. Przy stole prowadził zawsze wesołe rozmowy, opowiadał zabawne anegdoty albo epizody historyczne .

Aleksandra zajmowała się córkami, ogrodem, była sekretarką męża, który dużo pisał, czytał, stawiał pasjanse i rozpieszczał Wandę i Jadwigę.

Córki najukochańsze

Mogły wszystko. Co rusz któryś ze współpracowników wchodzących do gabinetu widział dziewczynki na kolanach ojca. Kiedyś, jadąc za granicę, obiecał, że przywiezie im odpowiedź na pytanie, jaki kolor ma Morze Czarne. Przywiózł certyfikat, że niebieska wstążka zanurzona w morskiej wodzie nie zmieniła koloru. Raz dostały w prezencie słoik konfitur, które ojciec kwieciście zachwalał. Kiedy go wreszcie otworzono, ze środka wyskoczył papierowy wąż. Chodził z dziećmi na spacery, w Belwederze urządził dla nich kino. Szczególnie lubił kreskówki Disneya oraz filmy z Flipem i Flapem – wspomni po latach Jadwiga.

Córki go uwielbiały. Tatusiu, tak cię kocham, że życie bym za Ciebie oddała – pisała Wanda. Zapytany, czy chciałby mieć syna, Piłsudski odpowiedział: Wiesz, że nie. Bo jakiż byłby los mego syna… Przecież więcej ode mnie wykonać by nie mógł. Państwo polskie już jest. A być całe życie takim Władysławem Mickiewiczem – synem Adama zawsze wyróżnianym i ściągającym na siebie uwagę tylko tym, że się jest synem wielkiego ojca – to przecież nie do pozazdroszczenia .

Mimo jego niewiary w zdolności kobiece Wanda została psychiatrą, a Jadwiga – architektem. Wydawać by się mogło, że pięćdziesięcioparoletni spełniony mężczyzna poświęci się rodzinie, ale Aleksandrę, która przeżyła z nim kilkanaście lat na kocią łapę, miała czekać jeszcze niejedna niespodzianka.

Piękna pani doktor

Eugenia Lewicka, młodsza o 30 lat od Piłsudskiego, była lekarką. Poznał ją wiosną 1924 r. na rodzinnych wakacjach w Druskiennikach. Nie wiadomo, kiedy narodziła się fascynacja, ale rok później do Druskiennik pojechał już sam „na leczenie”. Żonie mydlił oczy: Naradzają się nade mną, badają i postanawiają, p. Talheim i panna Lewicka. (…) Mówiono mi tutaj, że panna Lewicka w tym roku za mąż wychodzi, za kogo nie wiem – pisał w liście. Eugenia Lewicka zamążpójścia w tym momencie nie planowała.

Ponoć była typem kresowej, stepowej panny, o silnym charakterze, dużej odwadze cywilnej w wypowiadaniu swoich myśli i o naturalnym poczuciu humoru , ale Marszałka zachwyciła też energią życiową i nowoczesnym podejściem do medycyny. Lewicka uważała, że najlepszym lekarstwem jest ruch oraz świeże powietrze, więc urządziła w Druskiennikach zakład leczniczy, na który składały się: plaża, basen, boiska do gry w piłkę, korty tenisowe. Uprawiała sport i zachęcała do tego pacjentów.

Piłsudski wyrywał się do niej w wolnych chwilach, mówiono, że znacznie odmłodniał. Zaczął chodzić na przyjęcia, w których brała udział Lewicka, widziano go częściej w dobrym humorze. Zapewne pod jej wpływem kazał utworzyć na warszawskich Bielanach (w styczniu 1927 r.) Urząd Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego (później Akademia Wychowania Fizycznego).

Lewicka zamieszkała blisko Belwederu, a w grudniu 1930 r. jako lekarz towarzyszyła Marszałkowi w podróży na Maderę. O romansie huczała cała Warszawa, a Piłsudski zaczął odsuwać się od żony, pomieszkiwał w budynku Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Alejach Ujazdowskich, natomiast Aleksandra z córkami w Belwederze. Współcześni wspominają ją jako „smutną panią”, która z powodu Lewickiej była „struta, zmartwiona, na wpół przytomna”. Nie wiadomo, co wydarzyło się na Maderze, ale Lewicka wróciła sama, miesiąc przed czasem, a Piłsudski po powrocie już się z nią nie skontaktował. Przyczyny mogły być różne, Lewicka mogła zbyt mocno nalegać na uregulowanie ich sytuacji albo ktoś uknuł intrygę, jakoby została podstawiona przez obcy wywiad, albo rzeczywiście była szpiegiem. Piłsudski na takie sytuacje reagował ponoć alergicznie. Jego przyjaciele odnotowali, że odtąd starzał się w błyskawicznym tempie.

Kiedy Lewicka wróciła do kraju, odwiedziła ją Aleksandra Piłsudska, jednak nie wiemy, o czym rozmawiały, w pamiętnikach marszałkowa nie wspomina o Eugenii słowem. Niemniej jednak, trzy miesiące po powrocie Piłsudskiego z Madery, 27 czerwca 1931 r. znaleziono Lewicką nieprzytomną w budynku Urzędu Wychowania Fizycznego. Zmarła po dwóch dniach, nie odzyskawszy przytomności, a przyczyną było zatrucie środkami chemicznymi nieznanego pochodzenia. Dociekaniom nie było końca: czy to samobójstwo, czy też może zabójstwo?

Ostatni romans?

Ostatnie lata życia spędzał głównie w budynku GISZ, ale w 1995 r. odnaleziono kilka listów adresowanych do „kochanej Dzidzi”, czyli Jadwigi Burhardt, i podpisanych J. Piłsudski. Być może ich nadawcą był brat Jan Piłsudski, ale pewności nie ma. Jeśli był nim Józef, mogłoby to oznaczać, że romans z Jadwigą zaczął się dwa miesiące przed śmiercią Lewickiej i trwał niemal do śmierci Marszałka.

Ostatnie miesiące Józefa Piłsudskiego

Pani Burhardt, wdowa o 34 lata młodsza od Piłsudskiego, pracowała jako urzędniczka w Państwowych Zakładach Zbożowych, ponoć spotykali się regularnie w każdy piątek, a Piłsudski miał ją obsypywać prezentami. Ten romans budzi jednak wielkie wątpliwości, bo Piłsudski był już wówczas bardzo schorowany.

Korzystałam m.in. z publikacji Sławomira Kopera „Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej”.

W ”Ale Historia” czytaj:

Wojna polsko-bolszewicka: czy Lenin zawdzięcza coś Piłsudskiemu?
Zgadzam się z tezą krytyków Józefa Piłsudskiego z obozu białej Rosji, którzy zarzucali mu, że traktował bolszewików jako mniejsze zło niż białych. Sądził tak przynajmniej do 1920 r. – mówi profesor Andrzej Nowak

Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego
Od 5 grudnia 1867 do 12 maja 1935

Ostatnie miesiące Józefa Piłsudskiego
Odwracam głowę, na tarczy zegarka 8.45, koniec epoki związanej z życiem Wielkiego Człowieka – zanotował 12 maja 1935 r. rotmistrz Aleksander Hrynkiewicz, adiutant Marszałka

Trzynaście lat sanacji. Polityka polska po zamachu majowym
Po przejęciu władzy w maju 1926 r. Piłsudski mawiał, że to „rewolucja bez rewolucyjnych konsekwencji” albo „zalegalizowany zamach stanu” – i sporo w tym prawdy. Nie na zmianie ustroju opierała się bowiem dyktatura sanacyjna, tylko na charyzmie przywódcy, aparacie represji, opanowaniu administracji, kontroli środków przekazu

Dwie żony, dwie córki i inne. Życie uczuciowe Marszałka
– Rodzice mnie o tyle dobrze wychowali, że mogę w ciągu kilku godzin prawić babom komplementy – chwalił się Józef Piłsudski, który w swoim życiu porzucił niejedną panią dla drugiej i lubił wdawać się w romanse. I mimo że nie miał dwóch przednich zębów, kobiety traciły dla niego głowę

Dlaczego doszło do zamachu majowego?
Zamach przypominał wiosenną burzę: nastąpił nieoczekiwanie, miał gwałtowny charakter i przyniósł zasadniczą zmianę politycznej pogody

Socjalista i terrorysta: lata Piłsudskiego w PPS
Zanim Józef Piłsudski „wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość”, uczył swoich bojowców, jak podkładać bomby, i nawet sam uczestniczył w zuchwałym napadzie na pociąg wiozący grubą gotówkę

Wyborcza.pl

CałaEkipa

Wybory prezydenckie 2015. Cała ekipa Kukiza kiedyś w PO i u Dutkiewicza

Jacek Harłukowicz, 12.05.2015
Paweł Kukiz z rodziną podczas niedzielnego wieczoru wyborczego w Lubinie

Paweł Kukiz z rodziną podczas niedzielnego wieczoru wyborczego w Lubinie (KORNELIA GŁOWACKA-WOLF)

Sztab wyborczy poza Warszawą plus mała ekipa kilku samorządowców i zapaleńców. Efekt: 20-proc. poparcie Pawła Kukiza. Sztab wierzy: – Wejdziemy do Sejmu, kolejne wybory odbędą się według ordynacji większościowej w jednomandatowych okręgach wyborczych.
Lubin, miasteczko na Dolnym Śląsku. To tu jest kwatera główna operacji „Kukiz na prezydenta”. Od 2002 r. miastem niepodzielnie rządzi Robert Raczyński, w przeszłości związany z Partią Chrześcijańskich Demokratów, potem AWS, dziś bezpartyjny. Przez wiele lat należał do najbliższych współpracowników obecnego prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza, z którym tworzył stowarzyszenie Obywatelski Dolny Śląsk (ODŚ).

Zapowiadali m.in. „wymiecenie obecnej klasy politycznej”, postulowali oddanie Polski obywatelom. W tle plany, by Dutkiewicz walczył o prezydenturę kraju. Jako kandydat samorządów, a nie partyjnych koterii. ODŚ miał swoje lokalne sukcesy: w 2010 r. w środku wojny PO i PiS stowarzyszenie wprowadza do sejmiku województwa dziewięciu radnych. Są drugą siłą, bo PiS ma w nim tylko siedmiu.

Współpraca z Dutkiewiczem pękła rok temu. Dutkiewicz postawił wówczas na zbliżenie z PO. To obudziło jednak sprzeciw części jego współpracowników przywiązanych do idei odpartyjnienia Polski. W efekcie w ubiegłorocznych wyborach Dutkiewicz wystawił do sejmiku wspólną listę z PO. Raczyński pod szyldem Bezpartyjnych Samorządowców wprowadził do sejmiku czterech radnych.

Jednym z radnych został Paweł Kukiz. Żeby wystartować, melduje się we Wrocławiu, choć na co dzień jest mieszkańcem Opolszczyzny. Startując z ostatniego miejsca, zgarnia ponad 14 tys. głosów i w cuglach bierze mandat.

– Już wtedy Robert Raczyński opowiadał mi, że na nazwisku Kukiza chce zrealizować plan: najpierw wystawić go w wyborach prezydenckich, wziąć 15 proc., a potem walczyć o Sejm – opowiada „Wyborczej” Rafał Dutkiewicz.

Raczyński nie zaprzecza, że taka rozmowa się odbyła. Jednak, jak twierdzi, na pewno nie mówił o budowaniu partii. Twierdzi, że pomysł sięgnięcia po Kukiza narodził się podczas dyskusji toczonych w gronie b. współpracowników Dutkiewicza.

– Jego poglądy są zbieżne z naszymi, jego zapał w walce o JOW-y zaimponował nam – mówi Raczyński. Zapewnia też, że podczas rozmowy z Dutkiewiczem na pewno nie mówił o tworzeniu partii politycznej: – To nie jest nasz cel. Chcemy wejść do Sejmu jako ruch obywatelski. Przeprowadzić reformę ordynacji wyborczej i doprowadzić do rozwiązania parlamentu. Tak by nowe wybory mogły się odbyć już według ordynacji większościowej, w jednomandatowych okręgach wyborczych – zapowiada.

Kto utworzy ten ruch? Głównie ci, którzy sprawdzili się już w wyborach prezydenckich. A sztab Kukiza oparty był w większości na dolnośląskich samorządowcach, którzy w konflikcie Raczyński – Dutkiewicz stanęli przy tym pierwszym.

Szefem sztabu Kukiza był Patryk Hałaczkiewicz, bez powodzenia walczący w ostatnich wyborach samorządowych o fotel burmistrza Bielawy (odpadł w pierwszej turze, dostał 1,9 tys. głosów) i miejsce w sejmiku z listy Bezpartyjnych Samorządowców. Pierwsze skrzypce grali w nim inni Bezpartyjni: Damian Stawikowski, Tymoteusz Myrda i Patryk Wild. Pierwszy jest dziś wicestarostą lubińskim, dwaj kolejni – radnymi wojewódzkimi. Myrda to prywatnie syn lubińskiego starosty, a Wild wciąż zatrudniony jest jako wiceprezes wrocławskiego MPK, formalnie podlega więc Dutkiewiczowi. W przeszłości był członkiem PO, w latach 2006-08 nawet wicemarszałkiem województwa z ramienia Platformy. Odszedł po konflikcie z Grzegorzem Schetyną.

Hałaczkiewicz: – W większości wywodzimy się z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego. Jesteśmy wychowankami m.in. prof. Ryszarda Herbuta, dr. Andrzeja Ferensa i dr. Eugeniusza Młyńca z Instytutu Politologii.

Pytam Raczyńskiego, czy nie boi się, że w wyborach parlamentarnych nie uda im się powtórzyć sukcesu, choćby z powodu ograniczonych pieniędzy na kampanię. – Paweł już udowodnił, że zebranie pieniędzy na kampanię nie jest problemem. I że nie potrzeba na to milionów. Rachunki będą pewnie jeszcze spływać, ale już dziś mogę powiedzieć, że kampania prezydencka nie kosztowała nas więcej niż zebrane pół miliona. Oznacza to, że mieliśmy najniższy koszt uzyskania głosu ze wszystkich kandydatów. Ten model finansowania, a więc oparcie się na wpłatach sympatyków, będziemy chcieli powtórzyć w kampanii parlamentarnej.

Pierwsze przymiarki do tworzenia list wyborczych w jesiennych wyborach parlamentarnych już się rozpoczęły. Kto się na nich znajdzie? Na pewno Wild, Myrda i Stawikowski. Pewnie sam Kukiz i Raczyński. To wyłącznie Dolnoślązacy. – Mamy listę 70 tys. zaangażowanych w naszą kampanię wolontariuszy z całego kraju. To miejsca dla nich, więc będziemy mieli kim zapełnić listy – deklaruje Raczyński.

W to, że po świetnym wyniku w wyborach prezydenckich sukces przyjdzie też w tych parlamentarnych, nikt w obozie Kukiza nie wątpi. Przecież gdy w niedzielę ogłoszono wstępne wyniki, dał sygnał: – Idziemy całą armią po naszą Polskę! To dopiero początek!

Zobacz także

wyborcza.pl

 

takOgromny

Wybory prezydenckie 2015. Komorowski zdemobilizował elektorat

Rozmawiała Agnieszka Kublik, 12.05.2015
Bronisław Komorowski

Bronisław Komorowski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Na mój nos 50-60 proc. wyborców Kukiza zostanie w domu, a ci, co pójdą, zagłosują raczej na Dudę jako element zmiany – mówi politolog prof. Radosław Markowski*
AGNIESZKA KUBLIK: Przegrana Bronisława Komorowskiego w I turze to czerwona kartka dla niego i dla Platformy. Za co?

PROF. RADOSŁAW MARKOWSKI: Ktoś, kto jest urzędującym prezydentem czy premierem, musi się liczyć z tym, że ludzie są z czegoś niezadowoleni i że w trakcie kampanii maleje poparcie. Ale zjazd prezydenta z sześćdziesięciu kilku procent poparcia do trzydziestu to katastrofa. To się bardzo rzadko zdarza. A zdarza się wtedy, kiedy są fundamentalnie ważne powody.

Co się stało w ostatnich miesiącach, że połowa Polaków, która wierzyła w Komorowskiego, straciła do niego zaufanie?

– Nic takiego, co by jako prezydent zawalił. Zawalił jako kandydat. Jest katastrofalnym kandydatem. Po pierwsze, niepotrzebnie ostentacyjnie pokazywał, że nie będzie rozmawiał z innymi kandydatami. To z pewnością wielu zirytowało. Na pewno nie powinien rozmawiać z całą dziesiątką, bo zawsze prezydent jest jeden przeciwko dziesięciu. Ale mógł w jakieś inne formy ubrać tę odmowę. Po drugie, za bardzo pokazywał, że jest pewien wygranej. To razi ludzi, nawet jego zwolenników. Moja hipoteza jest taka, że w bardzo znacznym stopniu zwolennicy Komorowskiego i Platformy postanowili I turę wykorzystać na pokazanie mu żółtej kartki, jednak nie czerwonej. Czerwona może być w II turze.

Po trzecie, Komorowski próbował z rodakami rozmawiać o sprawach, które należą do prerogatyw prezydenta. Inni kandydaci mieli wolną wolę, hasali sobie po tematach dowolnie, po tych, które nie należą do prezydenta, a które bolą Polaków. I Polacy zrozumieli, że z jakiegoś powodu prezydent nie zajmuje się tymi sprawami, które ich bolą. To do nich dotarło i było rozczarowujące.

Komorowski nie wyczuł nastrojów Polaków?

– Cały jego sztab nie wyczuł. Sztab powinien robić systematycznie badania sprawdzające, co ludzie chcą słyszeć. I nawet jeśli to nie było w prerogatywach prezydenta, to głowa państwa ma inicjatywę ustawodawczą, ma różne formy, choćby wystąpienie i mówienie, upominanie rządu, że pewne sprawy są bolesne i trzeba je załatwiać, a w końcu wetowanie ustaw, które idą wbrew temu, co chcą ludzie.

I ta bardzo niska frekwencja – 47,93 proc. Gdyby nie Kukiz, który zmobilizował tych, co nie głosowali w 2010 i 2011 r., byłaby jeszcze niższa. Nie poszli wyborcy Platformy, nie poszli wyborcy Komorowskiego.

– Nie poszli ci, którzy są zadowoleni ze swojego życia, z tego, co robią, z zawodu, z sąsiadów, z innych. Przypisują to sobie, uważają, że świat zewnętrzny, w tym polityka, im ani nie przeszkodzi, ani nie pomoże. Natomiast ci, którzy z jakichś powodów, czasami obiektywnych, czasami subiektywnych, mają problemy na rynku pracy, z życiem, ze związaniem końca z końcem – upatrują przyczyn tego stanu rzeczy w zewnętrznych okolicznościach, a zwłaszcza w politycznych decyzjach.

Seymour Martin Lipset już w latach 60. w Stanach Zjednoczonych zauważył, że niska frekwencja znaczy, że ludzie są zadowoleni, nie kłopoczą się o to, żeby chodzić i głosować, bo wszystko jest OK.

Na II turę pójdą?

– Teraz przed nimi ten moment, kiedy zdecydują, czy chcą zmiany. Dojście do władzy PiS i w Pałacu Prezydenckim, i w parlamencie, to jest radykalna zmiana tego, z czym ludzie byli obeznani do tej pory. To byłby rewolucyjny wstrząs, także w stosunkach międzynarodowych, to nie ulega wątpliwości. Polacy muszą wejrzeć w siebie i zdecydować, czy rzeczywiście potrzeba nam aż tak gruntownej zmiany. Bo nie ulega wątpliwości, że jest wiele rzeczy do naprawienia, ale to raczej retusz i usprawnienia, a nie burzenie całego porządku.

Kukiz nie będzie głosował w II turze. Jego wyborcy też?

– W większości nie rozumiem tego, co mówi Paweł Kukiz. Ale akurat to, że nie ma wpływu na swój elektorat, rozumiem. Bo cokolwiek by im kazał, to oni i tak pewnie tego nie zrobią, więc woli ich nie instruować.

Na mojego nosa 50-60 proc. z nich zostanie w domu, a ci, co pójdą, to pewnie w jakiejś tam proporcji dwa do jednego czy trzy do dwóch zagłosują na Dudę jako element zmiany. Ale to jest bardzo nieprzewidywalny elektorat.

Poparli go młodzi i wykształceni. Czym ich uwiódł? Bo przecież nie JOW-ami.

– Nie. I dlatego nie rozumiem tej szybkiej reakcji prezydenta, że chce referendum w tej sprawie.

Błąd?

– Absolutnie. Bo o jakie JOW-y chodzi Kukizowi? Są jednomandatowe okręgi wyborcze, np. brytyjskiego typu. Jesteśmy parę dni po brytyjskich wyborach, ludzie wyszli na ulice, żeby protestować przeciwko kompletnie dysproporcjonalnej, spaczonej ordynacji. Np. jeden mandat Partii Niepodległości wymagał 3 mln 800 tys. głosów, a jeden mandat Szkockiej Partii Narodowej – 23 tys. To jest farsa, a nie demokracja, i Brytyjczycy to rozumieją. Być może Kukizowi chodzi o JOW-y typu francuskiego, z drugą turą. Wszędzie tam, gdzie na świecie były przygotowywane reformy instytucjonalne, a to jest konstytucyjna reforma, musi być to dobrze przygotowane.

Czyli Komorowski i jego sztab są po prostu w panice i stąd ten błąd?

– Nie wiem, czy są w panice. Gdybym miał okazję, tobym prezydentowi powiedział, że jestem przeciw JOW-om. Wyobraźmy sobie, że obowiązują JOW-y typu brytyjskiego. I że startuje nowa partia Kukiza. Kładę cały swój majątek, że wtedy Kukiz zdobyłby maksymalnie pięć mandatów. Bo JOW-y typu brytyjskiego powodują upartyjnienie, a nie odwrotnie. Umocniłyby PO i PiS.

To skąd te 20 proc. na Kukiza?

– To, co mnie straszliwie zaniepokoiło, zwłaszcza w powyborczych wypowiedziach Kukiza, to jego niesamowita agresja, złość, nazywanie kontrkandydatów, z którymi przed chwilą startował, zdrajcami.

Może to się podoba.

– Może. To się jednak nie podoba demokratycznym procedurom, w demokracji się takiego języka nie używa. Tym bardziej że Polska nie jest w jakiejś straszliwej zapaści gospodarczej, wręcz odwrotnie, ale jest sporo spraw do naprawienia. Z przerażeniem pomyślałem, co by było, gdyby Kukiz wygrał wybory prezydenckie. Kim by obsadził kancelarię? Kto by się zajmował polityką zagraniczną, kto by decydował o zbrojeniach, o bezpieczeństwie wewnętrznym? To jest niesłychanie niepokojące.

Elektorat lewicowy został w domu. W II turze zagłosuje?

– To ok. 20 proc., tylko ich nie widać, bo podaż polityczna jest tej jakości, że nie mogą głosować na swojego. W II turze mogą pójść na wybory.

Od tych, którzy w 2011 r. poparli SLD, Komorowski dostał teraz ponad dwa razy tyle głosów, ile Duda.

– No tak, więc jeśli na kogokolwiek mieliby głosować, to zdecydowanie bardziej na Komorowskiego.

Czy jest możliwy wariant z 2005 r., gdy Lech Kaczyński w I turze zdobył prawie 5 mln głosów, a w II ponad 8?

– Nie. Duda może liczyć na część wyborców Kukiza, mam większe wątpliwości co do elektoratu Korwin–Mikkego. Jest takie zjawisko w każdych wyborach, że tacy całkiem niezainteresowani wyborcy chcą w ostatniej chwili się podłączyć pod zwycięzcę, a to oznacza, że wiele będzie zależało od tego, co będą pokazywały kolejne sondaże.

Tylko kto tu jest zwycięzcą?

– Na pewno po I turze można powiedzieć, że nie wygrał Duda, tylko przegrał Komorowski. Duda dostał tyle, ile miał, te 27-28 proc. przy niskiej frekwencji dało mu ponad 30 proc. Jak wskazuje dynamika tej kampanii, wiele rzeczy może się zmienić, ale potencjalnie większe rezerwy wydaje się mieć Komorowski.

Przedwyborcze sondaże pokazywały kilkunastoprocentową przewagę Komorowskiego nad Dudą. Myliły się wszystkie czy coś w ostatnich dniach odwróciło tę proporcję?

– Oglądałem piątkowy wywiad prezydenta w TVN 24. To jest przykład tego, czego urzędujący prezydent nie może robić. Nie może sobie pozwolić wdawać się w pyskówki, przerywać i jednocześnie łypać okiem na publiczność, czy mu bije brawo. Komorowski nie był prezydencki. Wyszedł bardzo źle. Podejrzewam, że to była taka ostateczna demobilizacja jego elektoratu. Ludzie sobie powiedzieli: i tak będzie II tura, w I pokażę mu tę żółtą kartkę, niech wie, że jest daleki, daleki od doskonałości. Myślał, że ma 70 proc. poparcia, to pokażmy mu, żeby nie był taki zadufany. Ludzie nie lubią takiej pewności władzy, i to się prawdopodobnie stało. I teraz Komorowski ma problem z tymi, którzy są zirytowani tym, jak przegrał, jak roztrwonił ten kapitał.

To ich zmobilizuje?

– Są dwie hipotezy – albo rzeczywiście ludzie są rozczarowani i chcą rewolucji, albo wystarczy im pomachanie Komorowskiemu żółtą kartką i w II turze go poprą.

*Prof. Radosław Markowski, SWPS, Centrum Studiów nad Demokracją oraz Polskie Generalne Studium Wyborcze

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s