Hammer (16.03.15)

 

Wybory na prezydenta czy do episkopatu? Kandydaci, nie wykorzystujcie Kościoła i nie licytujcie się wiarą

Bronisław Komorowski ma Mszy świętej w sanktuarium MB Fatimskiej na Krzeptówkach
Bronisław Komorowski ma Mszy świętej w sanktuarium MB Fatimskiej na Krzeptówkach Ks. Kazimierz Sowa/Facebook

Kampania wyborcza wchodzi w kolejny zakręt, więc kandydaci zaczynają się licytować, który z nich jest… lepszym katolikiem. Spotykają się z hierarchami, chętnie fotografują w sanktuariach, ale co z tego wynika?

W ostatnich dniach kampanii wyborczej okazji do sięgania po „kościelną” tematykę nie brakowało. A to prezydent podpisuje konwencję przeciwko przemocy, za co katoliccy publicyści chcą go ekskomunikować, a to deklaruje, że jest za życiem, a co za tym idzie – popiera in vitro… Dwaj główni kandydaci w wyścigu do prezydenckiego fotela robią wiele, aby zaskarbić sobie katolicki elektorat – w końcu żyjemy w Polsce, w kraju, w którym żyje nawet 35 milionów katolików (ponad 90 proc. społeczeństwa). Tyle tylko, że jest to bardzo instrumentalne i przedmiotowe traktowanie Kościoła.

Komorowski w kościele, z księdzem i papieżem
Bronisław Komorowski nigdy nie ukrywał, że jest katolikiem. Wręcz przeciwnie – zawsze chętnie podkreślał swoje przywiązanie do religii, tradycji, Kościoła. Nie inaczej jest w trakcie kampanii wyborczej, kiedy jego główny rywal – Andrzej Duda – kreowany jest przez swój sztab wyborczy na człowieka „prawdziwej” wiary (w opozycji do „waniliowego katolicyzmu” Komorowskiego).

To właśnie w odpowiedzi na takie zarzuty prof. Tomasz Nałęcz gorąco deklaruje, że „Komorowski jest człowiekiem głębokiej wiary” i szybko dodaje, że „będzie dziś na mszy”. ­ – Życzyłbym panu Kaczyńskiemu i panu Dudzie tylu spotkań z Ojcem Świętym, ile miał Bronisław Komorowski ­ stwierdził prezydencki doradca na antenie Radia Zet.

To akurat mało trafione życzenie, bo papieże, począwszy od Jana Pawła II, w imię szeroko pojętego ekumenizmu, chętnie spotykają się przedstawicielami różnych wyznań i religii. Po za tym to, w jakim stopniu kandydat nadaje się na prezydenta, lepiej chyba mierzyć ilością cennych inicjatyw, postulatów programowych albo propozycji ustaw, aniżeli spotkań z kościelnymi hierarchami…

Głowa państwa jednak od takich spotkań nie stroni. ­– Prezydent Bronisław Komorowski rozpoczął niedzielę od mszy świętej w sanktuarium MB Fatimskiej na Krzeptówkach. Miejsce o tyle ciekawe, że jest ulubionym ojca Rydzyka, kiedy tylko jest pod Tatrami. Jak widać, Kościół zawsze łączy, przynajmniej prawdziwych chrześcijan – skomentował na Facebooku ks. Kazimierz Sowa, który na profilu zamieścił także fotograficzną relację z tego wydarzenia.

Spotkanie Komorowskiego z ks. Sową (i jego bratem Markiem, marszałkiem województwa małopolskiego) wywołało zgorszenie redaktorów portalu portalu braci Karnowskich. – Czekamy na oburzenie wszystkich tych, którzy nie kryją swojej irytacji po każdym, choćby najmniejszym wyrazie sympatii ze strony duchowieństwa wobec kandydatów prawicy… ­– można było przeczytać. Czy jednak oni sami oburzają się na spotkania Andrzeja Dudy z biskupami?

Duda, „katolik intensywny” w Radiu Maryja
Kandydat PiS na prezydenta także chętnie ogrzewa się w cieple kościelnych hierarchów. Pod koniec lutego Andrzej Duda spotkał się z bp Wiesławem Meringiem, który w mediach głównego nurtu zaistniał jako gorący krytyk ks. Adama Bonieckiego (za niedostrzeganie w Nergalu satanisty) oraz… Bronisława Komorowskiego (za nieudzielenie wsparcia starającej się o miejsce na multipleksie Telewizji Trwam).

– Rozmowa dotyczyła problemów interesujących obie strony, a zwłaszcza zadań związanych ze zbliżającymi się bardzo ważnymi dla ojczyzny wyborami – tak spotkanie Dudy z bp. Meringiem relacjonował ks. Michał Krygier, kapelan hierarchy. Nie pamiętam, aby z taką samą zjadliwością, z jaką krytykowane jest każde spotkanie Komorowskiego z biskupem, został oceniony Andrzej Duda.

Kandydat PiS jest kreowany przez sztab wyborczy (a także samego Jarosława Kaczyńskiego) na „prawdziwego” katolika (w opozycji do „farbowanego” katolicyzmu Komorowskiego). Kilka dni temu Andrzej Duda gościł w „Rozmowach niedokończonych” (sztandarowej audycji w Radiu Maryja). W trakcie rozmowy do rozgłośni zadzwonił Jarosław Kaczyński, który tak chwalił kandydata PiS:

JAROSŁAW KACZYŃSKI

Andrzej jest człowiekiem zasad i bardzo głębokiej wiary. Mogę powiedzieć, że wywodzi się z bardzo katolickiej i porządnej rodziny

Kaczyński nazwał też Dudę „katolikiem, w dodatku intensywnym”.

Na początku lutego na oficjalnym facebookowym fanpage’u kandydata PiS pojawiła się fotografia Dudy z wyrwanym z kontekstu cytatem z Pisma Świętego. Fraza z Księgi Psalmów „Bóg miłuje prawo i sprawiedliwość” (Ps 33,5) miała zapewne posłużyć jako koronny argument na to, że Andrzej Duda jest jedynym słusznym kandydatem na prezydenta, bo popiera go już nie tylko Kościół w Polsce, ale i instancja najwyższa, czyli Wszechmocny.

Sama pewnie przeoczyłabym niezręczną fotografię, gdyby właśnie nie zakonnik, który poczuł się nie tylko zniesmaczony, ale i urażony taką formą instrumentalizacji Kościoła przez kandydata, na którego bądź co bądź, gotów, jest oddać swój głos. ­– To już przegięcie ­– skomentował duchowny, który jednak nie chce wypowiadać się publicznie z obawy przed… krytyką ze strony prawicy.

Jednym wolno więcej?
Wystąpienie Dudy w Radiu Maryja czy wcześniejsze spotkanie z bp Meringiem obeszło się bez większego echa w prawicowych portalach. Może jedynie poza faktem dostrzeżenia (jeśli nie w hurraoptymistycznym, to przynajmniej neutralnym tonie) powyższych wydarzeń. Ale czy ktokolwiek z prawej (ale i lewej!) strony komentujących zająknął się na temat tego, że jest to przedmiotowe traktowanie Kościoła i naruszanie rozdziału państwa i Kościoła?

Za to takie pytania, niezwykle dramatycznym tonem, postawił portal Niezalezna.pl, relacjonując udział ks. Mariusza Marciniaka w wyborczej agitacji dla Bronisława Komorowskiego. Prezydent wyjaśnił podczas wiecu, że obecny proboszcz parafii pw. Matki Bożej Pocieszenia i św. Stanisława Biskupa w Szamotułach był jego uczniem w Niższym Seminarium Duchownym w Niepokalanowie. Nieco zawstydzony kapłan potwierdził i dodał, że zawsze wspierał Komorowskiego, zarówno modlitwą, jak i dobrym słowem. ­– Co z rozdziałem Kościoła od państwa? ­– pyta Niezalezna.pl.

Wybory na prezydenta czy do episkopatu?
Licytacja głównych kandydatów na to, który z nich jest lepszym katolikiem, budzi niesmak. I to nie tylko ze strony lewicowych wyborców czy ateistów, którzy zawsze chętnie demonstrują swój dystans do Kościoła, ale także samych katolików, którzy czują pewien niesmak i dyskomfort z powodu takiego przedmiotowego traktowania wiary.

BŁAŻEJ STRZELCZYK

Nie widzę powodu, dla którego kandydaci na urząd prezydenta mieliby odwoływać się podczas kampanii do swoich sympatii bądź antypatii wobec Kościoła

– Polaryzacja i różnice między Polakami na tym tle są tak głębokie, że pojedyncze deklaracje kandydatów chyba nic nie zmieniają. Ciągle pozostaje w pamięci instrukcja abp Michalika, że katolik głosuje na katolika. Zatem wyborcy, którzy podczas podejmowania decyzji o tym, na kogo głosować, kierują się zdaniem Kościoła, pewnie mają już jasne i klarowne zdanie na temat swojego kandydata ­– ocenia w rozmowie z naTemat Błażej Strzelczyk.

Publicysta „Tygodnika Powszechnego” jednocześnie rozumie występ Dudy w Radiu Maryja, „bo elektorat prawicowy i katolicki najprawdopodobniej nie zna jeszcze kandydata wystawionego przez PiS”. Chodzi więc o to, zdaniem Strzelczyka, by słuchacze rozgłośni o. Rydzyka dowiedzieli się, który z kandydatów cieszy się wsparciem radia z Torunia. Dziennikarz dodaje, że trudno ocenić, na ile Bronisław Komorowski ma szanse na przekonanie elektoratu katolickiego i czy rzeczywiście kluczowe w tym jest spotkanie z papieżem.

– Jak pokazują badania CBOS, skoro wiara Polaków się prywatyzuje, to pewnie też następuje drastyczny rozdział praktyk religijnych i sympatii politycznych. To oczywiście ocena subiektywna, ale łatwo wyciągnąć taki wniosek, że przeciętny Polak mówi sobie: modlę się osobiście, nieszczególnie identyfikuję się ze społecznością Kościoła, bo przecież moja wiara jest prywatna, zatem też nie kieruję się tym, co który kandydat mówi o Kościele – uzupełnia Strzelczyk.

KS. WOJCIECH P. PEŁKA

Takie przytulanie się do Kościoła w kampanii wyborczej odbierane jest z dużą nieufnością. Pamiętamy przecież ślub byłego premiera w trakcie kampanii wyborczej. Odnoszę wrażenie, że niektóre środowiska kościelne niepotrzebnie włączają się do kampanii, udostępniając na przykład swoją antenę. W końcu wybieramy Prezydenta RP, a nie Przewodniczącego KEP

Oczywiście, zupełnie nie chodzi o to, by całkiem wykreślić temat Kościoła z kampanii prezydenckiej (czy szerzej – sfery publicznej). Problemem jest jednak licytowanie się na wiarę przy jednoczesnym podejmowaniu takich decyzji politycznych, które z katolickością nie mają wiele wspólnego…

naTemat.pl

Samorządowa instytucja zachęca: Wybierz Karola Wojtyłę i idź śmiało naprzód!

gaw
16.03.2015 20:04
A A A Drukuj
Warszawa, Wisłostrada. Billboard z wizerunkiem Jana Pawła II

Warszawa, Wisłostrada. Billboard z wizerunkiem Jana Pawła II (ADAM STĘPIEŃ)

Podlegające prezydent Hannie Gronkiewicz-Waltz Centrum Myśli Jana Pawła II postanowiło przypomnieć postać pochodzącego z Polski papieża w niecodziennej kampanii billboardowej. Na Facebooku przedstawiciele Centrum zachęcają do „manifestowania”, że chcemy kierować się wartościami głoszonymi w życiu przez Karola Wojtyłę.
Cezntrum Mysli Jana Pawła II zostało powołane do życia przez Radę Warszawy w 2005 roku, za rządów Lecha Kaczyńskiego. Hanna Gronkiewicz-Waltz utrzymała funkcjonowanie podległej jej jednostki, a na jej szefa mianowała polityka Platformy Norberta Szczepańskiego, przewodniczącego rady dzielnicy Wawer. Celem Centrum jest „badanie, dokumentowanie i upowszechnianie w nowatorski sposób nauczania Jana Pawła II” oraz „stworzenie miejsca spotkania osób zainspirowanych niezwykłym pontyfikatem Papieża – Polaka”.

Korzystając z nadchodzących wyborów prezydenckich, miejskie Centrum Myśli Jana Pawła II przygotowało niecodzienną kampanię. Warszawiaków z billboardów wita uśmiechnięty Karol Wojtyła – w piusce, ale w garniturze i pod krawatem. Plakat kolorystyką i nastrojem przypomina plakat wyborczy. Do kampanii politycznej nawiązuje też hasło na billboardzie: „Karol Wojtyła. Twój kandydat w codziennych wyborach”.

O co chodzi? Więcej dowiemy się z facebookowej strony Centrum. Do skoordynowania całej akcji stworzono profil „Twoje codzienne wybory”, a na nim dwa wydarzenia – „100 000 podpisów dla Karola Wojtyły!!!” i „#wybieramWOJTYŁĘ na zdjęcie w tle!”.

„Prawdziwe wybory są codziennie. Wybierz Karola Wojtyłę i śmiało idź naprzód. Wybieraj go codziennie. Nie tylko 2 kwietnia. To jest Kandydat, który Cię nie zawiedzie bez względu na to, jakie masz poglądy polityczne. Niczego nie obiecuje i nikomu się nie narzuca. Jest ponad politycznymi gierkami i nie uprawia marketingu. Głosi prawdę i dobro” – czytamy na profilu pierwszego z tych wydarzeń, którego twórcy liczą na zdobycie stu tysięcy uczestników do 2 kwietnia do godziny 21.37 (o tej godzinie papież zmarł 2 kwietnia 2005 roku). „Karol Wojtyła to Twój kandydat w codziennych wyborach? Zamanifestuj to, pokaż innym co jest dla Ciebie ważne!” – czytamy w drugim z wydarzeń.

Na plakatach z Karolem Wojtyłą oprócz logo będącego samorządową instytucją kultury Centrum Myśli Jana Pawła II pojawia się także herb Warszawy. Rzecznik ratusza Bartosz Milczarczyk przyznał, że nie słyszał o tej akcji, a Centrum Myśli Jana Pawła II przeprowadza ją samodzielnie w ramach swojego budżetu. Instytucja w budżecie Warszawy na 2015 rok ma zapisane 4 mln zł.

Zobacz także

warszawa.gazeta.pl

„Ideowy kameleon”. Czy Andrzej Duda w ciągu trzech dni zmienił zdanie w sprawie in vitro?

Wiktoria Beczek, 16.03.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (Gazeta.pl)

„Rozumiem małżonków, którzy z różnych przyczyn dzieci mieć nie mogą” i „Jestem absolutnie, zdecydowanie przeciwny tej metodzie w tej postaci, w jakiej realizowana jest ona dzisiaj”. Te dwie wypowiedzi Andrzeja Dudy padły w ciągu jednego tylko tygodnia – 9 i 12 marca.
Prowadząca Poranek Radia TOK FM Dominika Wielowieyska wytknęła Andrzejowi Dudzie „radykalną zmianę poglądów” w sprawie on vitro, która miała nastąpić „w ciągu tygodnia”. – Przypomnę wypowiedź Lecha Kaczyńskiego, który mówił, że Polska nie jest państwem wyznaniowym, mówił to w kontekście ustawy o in vitro, pytany, czy ją podpisze. Z tego punktu widzenia trochę dziwi, że Duda mieni się spadkobiercą idei Lecha Kaczyńskiego – skwitowała.
Wielowieyska w programie nawiązała też do sprawy członkostwa Dudy w Unii Wolności, po czym nazwała go „ideowym kameleonem”.

„Rozumiem tych rodziców…”

Kandydata PiS pytano o in vitro, dzień przed tym, jak projektem zajął się rząd i ostatecznie przyjął „liberalne” rozwiązanie w tej sprawie. Dziewiątego marca zaznaczył, że „generalnie” nie jest „zwolennikiem tego typu metod”. – One są metodami sztucznymi, a wszelka sztuczność nie ma nic wspólnego z naturą – ocenił.

– Niemniej rozumiem tych rodziców, małżonków, którzy z różnych przyczyn dzieci mieć nie mogą, powtarzam – nie mogą, na skutek różnych zakłóceń, natomiast bardzo tego pragną i szukają wszelkich możliwych rozwiązań po to, żeby jakoś poradzić sobie z tym niezwykle trudnym dla nich problemem – dodał.

Dopytywany, jaką formę ustawy regulującej in vitro by podpisał jako prezydent, Duda stwierdził wymijająco, że temat in vitro „jest specyficzny”. – Tak jak wiele podobnych tematów dotyczących kwestii budzących emocje w społeczeństwie także ten temat jest jak zwykle – bo to nie pierwszy raz – wyciągany w trudnym czasie dla PO, po to, by skierować emocje publiczne na boczne tory – powiedział kandydat PiS.

„W ogromnym stopniu oszustwo”

Już 12 marca, na konferencji prasowej we wsi Kłonówek-Kolonia, ton Andrzeja Dudy był znacznie bardziej radykalny. – Jestem absolutnie, zdecydowanie przeciwny tej metodzie w tej postaci, w jakiej realizowana jest ona dzisiaj. Jako człowiek wierzący jestem w ogóle przeciwny tej metodzie, bo uważam to za metodę nienaturalną i sprzeczną z nauką Kościoła – mówił.

Stwierdził również, że metoda in vitro to „w ogromnym stopniu oszustwo”. – Znam ludzi, którzy zapłacili dziesiątki tysięcy złotych za niby-terapię – bo to żadna terapia nie jest – i nic z tego nie wynikło. Poza tym, że stracili duże pieniądze i cały czas ich mamiono, żeby kolejny raz próbować. Powtarzam: to nie jest leczenie bezpłodności – dodał.

Zobacz także

TOK FM

Dziennikarz nie może być „zbyt wyrazisty”. Co się dzieje w RDC?

Eliza Michalik okazała się zbyt "wyrazista" dla RDC...
Eliza Michalik okazała się zbyt „wyrazista” dla RDC… Fot. Anna Wittenberg/ naTemat

Eliza Michalik rozstała się z RDC, bo była zbyt wyrazistą feministką i krytykowała Kościół. Gdzie jest granica posiadania własnych poglądów w publicznym medium?

Od ostatniej soboty słuchacze poranków w Radiu Dla Ciebie nie spotkają się już z Elizą Michalik. Autorka audycji „Bez pudru” (na antenie od jesieni 2013) rozstała się z rozgłośnią. A właściwie, nie tyle rozstała, bo za współpracę podziękowała jej rada programowa RDC.

Zbyt wyrazista Eliza…
Choć Michalik na początku nie chciała zdradzać powodów zakończenia współpracy, to dziś wiadomo już, że dziennikarka okazała się dla Jolanty Kaczmarek „zbyt wyrazista”, a współpraca z nią w publicznym radiu była „nieudanym eksperymentem”.

– W kraju, gdzie tak wielu dziennikarzy i mediów wyraża się pozytywnie o Kościele katolickim, w publicznym radiu nie ma miejsca na jego krytykę? Ja zresztą nie krytykuję Kościoła, ale patologie. A do studia zapraszałam obie strony sporu, także księży – podkreślała w rozmowie z „Wyborczą” Michalik.

To akurat prawda, że wielkim plusem „Bez pudru” była różnorodność zapraszanych gości. W jednym programie spotykały się katolickie publicystki i radykalne feministki, działacze LGBTQ i konserwatyści, przedstawiciele prawicy i lewicy. Do audycji Michalik przychodził również Dominik Zdort, który na Facebooku ubolewa (choć w sarkastycznym tonie) nad jej wyrzuceniem.

– Otóż i mnie spotkały represje ze strony tego katofaszystowskiego radia RDC. Przez wiele miesięcy byłym stałym gościem w porannych programach, a teraz już mnie nie zapraszają. Chlip, chlip… Łączę się w „bulu” z Elizą Michalik, Tomkiem Stawiszyńskim i innymi towarzyszami niedoli – napisał redaktor „Rz”.

…i nie tylko Eliza
Jolanta Kaczmarek, prezes Polskiego Radia RDC deklaruje, że rada nadzorcza nie wywierała nacisków na zarząd, by zwolnić Michalik. Po prostu umowa pomiędzy stronami została rozwiązana. Z kolei Wojciech Borowik z rady nadzorczej zapewniał „Wyborczą”, że nie ma zastrzeżeń do pracy dziennikarzy. „Generalnie”, bo na cenzurowanym są także Mike Urbaniak i Maciej Nowak (prowadzą audycję „Homolobby”) oraz Tomasz Stawiszyński, który do odcinka „Niedziela filozofów” o Janie Pawle II zaprosił prof. Tadeusza Bartosia. Aldona Machnowska-Góra podkreślała, że uwagi odnośnie programów Stawiszyńskiego nie należą do rzadkości, ale jeśli chodzi o szczegóły, to jedynym zarzutem jest fakt zwracania się dziennikarza do gościa na „ty”.

Na wezwania dziennikarzy na dywanik rady nadzorczej miała nie zgodzić się sama Wanat, która przyznała, że ponosi odpowiedzialność za audycje. Szefowa RDC nie pozwoliła na przesłuchiwania dziennikarzy i wywieranie na nich nacisków, więc rada programowa poskarżyła się na nią do rady nadzorczej. Ta jednak, po konsultacjach z prawnikami uznała, że rada nie może wzywać dziennikarzy na przesłuchania.

Co dalej z RDC?
Do momentu ukazania się tego tekstu Jolanta Kaczmarek, prezes Polskiego Radia RDC, nie odpowiedziała na pytania serwisu naTemat. Chcieliśmy wiedzieć, jakie (poza ogólnikowymi o rozwiązaniu współpracy) są oficjalne powody rozstania się z Elizą Michalik i gdzie jest granica „bycia wyrazistym”, jeśli pracuje się w publicznym medium. Zapytaliśmy ponadto o dalsze decyzje w sprawie budzących wątpliwości rady programów (i ich prowadzących) na antenie RDC.

Pewne jest natomiast to, że choć udział RDC w warszawskim rynku w ciągu ostatniego półrocza wyniósł niecały 1 proc. (dokładnie 0.9 proc.), to odkąd Wanat została szefową rozgłośni radio podniosło swoją słuchalność o całe 100 proc. (z wyniku 0,5 proc.). Wraz z Wanat (wcześniej szefową TOK FM), w Polskim Radiu RDC pojawił się Tomasz Kwaśniewski, Rafał Betlejewski, wspomniany Tomasz Stawiszyński, Mike Urbaniak, Andrzej Depko i Eliza Michalik. Skąd wiec zarzuty rady? – Nie wiem, z czego wynikają uwagi rady programowej radia. To pytanie do tego gremium, nie do mnie. Rada ma prawo mieć uwagi, bo od tego jest ­ – komentuje dla naTemat Wanat, zapytana o zarzuty formułowane przez radę programową.

Zapewnia jednak, że nadal będzie stawać w obronie wzywanych na dywanik autorów budzących wątpliwości rady programów.

EWA WANAT

Nie wiem, co będzie dalej z dziennikarzami, co do których rada formułuje uwagi. Ja nie zamierzam w najbliższym czasie podejmować żadnych znaczących decyzji personalnych. A rada programowa też nie zwalnia i nie zatrudnia

Co wolno dziennikarzowi?
W rozmowie z „Krytyką Polityczną” Michalik przypomina, że przecież rolą dziennikarza nie jest bycie podstawką od mikrofonu i grzeczne zadawanie pytań, bez wyrażania choćby cienia własnej opinii. ­– Czym różni się dziś krytykowanie Kościoła od krytykowania PZPR w czasach Polski Ludowej, skoro za jedno i drugie można wylecieć z roboty? – pyta dziennikarka, którą teraz fani będą mogli zobaczyć wyłącznie w programach w Superstacji.

Michalik zauważa ponadto, że prawicowi dziennikarze, którzy wiele mówią o wolności słowa i byciu niepokornymi, ale na temat jej zwolnienia z RDC głucho milczą. ­

ELIZA MICHALIK

Oni chyba myślą, że są nietykalni i im nikt w programy wchodzić nie będzie. A jak stanie się kiedyś inaczej i jakaś inna władza postanowi ich sekować, będą śmiertelnie oburzeni i zaczną uderzać w dzwon, że nie ma solidarności

W jej obronie stanął za to Artur Domosławski, który na łamach „Polityki”zaapelował, by stanąć w obronie wolności słowa dziennikarzy RDC. ­ – Bądźcie wyraziści w RDC. Bądźmy wyraziści, broniąc ich wyrazistości – wezwał.

Co więc wolno powiedzieć dziennikarzowi? Jakie są granice jego wyrazistości, jeśli pracuje w medium publicznym?

EWA WANAT

Granice wolności słowa wytycza przede wszystkim prawo, ale ono również nie jest doskonałe. Poza tym, wolność wypowiedzi właściwie nie powinna mieć żadnych granic. Dla mnie taką granicą jest wyłącznie to, co nazywamy mową nienawiści, nawoływanie do przemocy lub dyskryminacji czy na przykład negowanie Holocaustu

Znowu winny Kościół?
Po zwolnieniu Michalik z RDC nie brak komentarzy, że winę za całą sytuację ponosi… Kościół. Bo, jak mówi sama dziennikarka, piętnowała patologie w Kościele, krytykowała pedofilię i hierarchiczność. Stawiszyński jest na cenzurowanym, bo o Janie Pawle II rozmawia z prof. Bartosiem, a ten – jak wiadomo – również ma wyraziste poglądy na temat katolicyzmu.

W dodatku to nie pierwszy raz, kiedy RDC nagrabiło sobie u katolików. W okresie Bożego Narodzenia 2013 i 2014 Wanat zdecydowała, że w jej rozgłośni nie będą emitowane kolędy. Ta decyzja miała być alternatywą dla tych osób, które świąt nie obchodzą, ale są bombardowane kolędami przez praktycznie każdą rozgłośnię radiową. Oczywiście, autorzy poszczególnych audycji, jeśli mieli takie życzenie, mogli w nich emitować świąteczne piosenki.

Brak kolęd w RDC wywołał jednak oburzenie katolików, a Maciej Maciejowski, działacz PiS, w geście protestu opuścił radę programową. Zarzucał wtedy Wanat, że za jej szefostwa, RDC „stacza się w odmęty liberalno-lewicowej ideologii”.

Ewa Wanat w udzielonym kilka dni temu wywiadzie dla RacjonalistaTV tłumaczyła, że decyzja o nieemitowaniu kolęd nie była powodowana antyklerykalizmem czy chęcią dyskryminowania katolików. Za największe zagrożenie dla wolności słowa uznała zaś nie zapędy cenzorskie, ale komercjalizację, która sprawia, że większość tematów jest przedstawiana w mediach w pewien standardowy sposób – taka „papka” jest po prostu przystępna dla odbiorców.

RDC pod rządami Wanat trudno zarzucić surfowanie przemielonej, lekkostrawnej „papki”. Jest wyraziście, kontrowersyjnie i ostre pod względem światopoglądowym. Pytanie tylko, czy dla części odbiorców (oraz rady programowej), nie jest to zbyt pieprzna potrawa.

*
– Eliza Michalik miała z RDC podpisaną umowę o współpracę – jako firma jednoosobowa. Umowa została rozwiązana zgodnie z trybem zapisanym w umowie. Nie jest prawdą co podaje Pani Eliza Michalik. Strony umowy na prośbę Pani Elizy Michalik, która wynikała z jej obaw o wizerunek – zdecydowały o niekomunikowaniu decyzji o rozwiązaniu umowy. Jednak wobec informacji mediowych uważam, że wypowiedzi Pani Michalik dot. powodów rozwiązania umowy o współpracę są dalece idącą nadinterpretacją i w ocenie Zarządu próbą zbudowania wokół swojej osoby wizerunku osoby szykanowanej za poglądy. Zarząd podjął decyzję o niekontynuowaniu współpracy ze względu na styl prowadzenia audycji przez Panią Elizę Michalik, a nie za poglądy. W RDC poruszane są wszystkie tematy, które interesują słuchaczy – przysłała w odpowiedzi na pytania portalu naTemat Jolanta Kaczmarek.

– Zgodnie z przyjętą praktyką RDC o wszelkich zmianach informuje media w trybie ich wprowadzania. Nic mi nie wiadomo aby red. Tomasz Stawiszyński czy inni dziennikarze RDC otrzymali jakiekolwiek upomnienie – zapewnia Kaczmarek, odpowiadając na pytanie o wątpliwości odnośnie do programów innych dziennikarzy (m.in. Stawiszyńskiego).

naTemat.pl

Z czym kojarzy się Żyd? Prawicy winszujemy tupetu

16-03-2015
żyd żydzi jarmułka

 fot. SEBASTIAN KAHNERT/DPA  /  źródło: PAP

Niestety artykuł „Newsweeka” o Andrzeju Dudzie trafił w łapki ludzi, którym słowo „Żyd” nadal musi kojarzyć się strasznie, więc dopatrzyli się antysemickiego ataku.

„Julian Kornhauser, z pochodzenia Żyd, w jednym ze swoich wierszy rozliczał się z Polakami biorącymi udział w pogromie kieleckim, za co przez prawicowców został okrzyknięty polakożercą” – piszą Anna Szulc i Michał Krzymowski w artykule o Andrzeju Dudzie, opublikowanym dziś w „Newsweeku”. Zdanie dotyczy teścia kandydata PiS na prezydenta.

Wzmógł się na to niepokorny portal wpolityce.pl i odpalił kanonadę w swoim charakterystycznym stylu. „Teść Dudy to Żyd – alarmuje Newsweek. Czy Tomasza Lisa spotka ostracyzm za granie na antysemickich emocjach?” – pohukiwał w nagłówku Robert Mazurek, nazywając naszych dziennikarzy szmalcownikami. Z kolei Michał Karnowski bredził coś o „sięganiu do dziedzictwa nazistowskich ustaw norymberskich”. Nasza redakcja została przy okazji zalana lawiną maili z protestami, napisanymi w poetyce zadziwiająco jednorodnej, co nakazuje wątpić w spontaniczność akcji.

Dla człowieka pozbawionego rasowych uprzedzeń ogólnie znana informacja o pochodzeniu poety szczególnie wyczulonego na polski antysemityzm jest neutralna. Zwłaszcza, jeśli ów poeta był atakowany przez „prawdziwych Polaków” jako „polakożerca” – ktoś zdrowy na umyśle może się tu wyłącznie solidaryzować.

Historia trochę jak ze sztubackiego kawału o Jasiu, któremu wszystko kojarzyło się z dupą. Dla człowieka pozbawionego rasowych uprzedzeń ogólnie znana informacja o pochodzeniu poety szczególnie wyczulonego na polski antysemityzm jest neutralna. Zwłaszcza, jeśli ów poeta był atakowany przez „prawdziwych Polaków” jako „polakożerca” – ktoś zdrowy na umyśle może się tu wyłącznie solidaryzować. Niestety artykuł trafił w łapki ludzi, którym słowo „Żyd” nadal musi kojarzyć się strasznie, więc dopatrzyli się antysemickiego ataku. Karnowskiego i Mazurka można nawet zrozumieć. Gdyby w swoim tygodniku opublikowali tę informację, faktycznie graliby na antysemickich emocjach swych czytelników. Ale to już kłopot redakcji, która sobie takiego czytelnika wychowała. Tylko dlaczego wszystkich mierzą swoją miarą?

Głupio tłumaczyć rzeczy oczywiste. W informacji o środowisku rodzinnym Dudy (podobnie jak o jego nieujawnionym dotąd epizodzie w Unii Wolności) nie odnajdujemy niczego kompromitującego. Przeciwnie – akurat takie tradycje wyjątkowo sobie cenimy. Artykuł „Newsweeka” pokazuje coś innego: otóż kandydat PiS wykazuje nadzwyczajną łatwość w dopasowywaniu własnej tożsamości do okoliczności politycznych. Brakuje mu za to elementarnej odwagi. Nachalne powoływanie się na Lecha Kaczyńskiego to na prawicy łatwizna. Ale żeby wiarygodnie opowiedzieć o swej drodze, krzyżujących się tradycjach, chaotycznych poszukiwaniach, podjętych wyborach – to już trzeba posiadać polityczną pełnokrwistość i ogólnie pojęte „cojones”. Ulepiony marketingowo kandydat najwyraźniej nie posiada i swoje bogate dziedzictwo traktuje jako wstydliwy balast.

W informacji o środowisku rodzinnym Dudy (podobnie jak o jego nieujawnionym dotąd epizodzie w Unii Wolności) nie odnajdujemy niczego kompromitującego. Przeciwnie – akurat takie tradycje wyjątkowo sobie cenimy.

A w ślad za nim jego medialne cyngielki. „Cały tekst o Dudzie to klasyczne szukanie haków, a skoro nie ma ich pod ręką, to sięgnięto po teścia” – oburza się Mazurek. Pod tekstem zaś zachęta do kupienia „Resortowych dzieci”, czyli – jeśli kto nie pamięta – klasycznej już hakowni z teściami, zięciami, kuzynami, ojcami, wujami, dziadami i powinowatymi. Powinszować tupetu!

Newsweek.pl

Prawica oburzona zatrzymaniem człowieka z krzesłem. Internauci przypominają obławę na bezdomnego

WB, PAP, 16.03.2015
Hubert H. podczas jednej z ostatnich rozpraw. Na ogłoszenie wyroku nie przyszedł

Hubert H. podczas jednej z ostatnich rozpraw. Na ogłoszenie wyroku nie przyszedł (Fot. Tomasz Wawer / AG)

Policjanci z całego kraju przez kilka miesięcy próbowali złapać bezdomnego Huberta H., który w 2005 roku znieważył prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tę historię przypomnieli internauci po zatrzymaniu Marka M., człowieka, który miał usiłować napaść na prezydenta.
Marek M., działacz prawicowej młodzieżówki „Młodzi dla Polityki Realnej”, został zatrzymany przez policję za usiłowanie czynnej napaści na prezydenta. Miał ze sobą krzesło i krzyczał „gdzie jest szogun”.
W prokuraturze przedstawiono mu zarzuty publicznego znieważenia prezydenta słowami obelżywymi, usiłowanie dokonania czynnej napaści oraz podszywanie się pod swojego brata.

Czy prawica wie kogo broni? Kim jest człowiek z krzesłem >>>

Prawicowe media i organizacje oburzyły się tak surowym potraktowaniem Marka M. Internauci przypomnieli jednak jeszcze błahszą historię z czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego.

Pijany bezdomny z dworca

2005 rok. 31-letni wówczas Hubert H., pochodzący spod Leszna, był pijany, gdy na warszawskim Dworcu Centralnym wylegitymowała go policja. Z jego relacji wynikało, że trwało to długo i zniecierpliwiony zaczął złorzeczyć na polskie władze. Za pyskówkę z funkcjonariuszami mężczyzna został oskarżony o znieważenie głowy państwa.

Gdy H. nie pojawił się na pierwszej rozprawie, sędzia Anna Ptaszek poinformowała o zarządzeniu „poszukiwań ogólnokrajowych”. Policjanci z całego kraju zostali powiadomieni, że w razie natknięcia się na bezdomnego, należy go dostarczyć przed oblicze warszawskiego sądu.

Część prawników uważała, że oskarżenie Huberta H. to wyraz nadgorliwości policji. M.in. Zbigniew Ziobro bronił jednak oskarżenia.

„Wy kmioty Kaczyńskiego”

Po pół roku doszło do rozprawy w sądzie. Bezdomny zeznawał, że wraz z kolegą z Rosji szli zakupić alkohol, gdy wylegitymował ich policyjny patrol. – Wkurzyło mnie, że idzie człowiek wycięty lekko i nie może nawet spokojnie stać, tylko od razu pisanie – relacjonował oskarżony Hubert H. Dodał, że powodem jego oburzenia było szóste już tego dnia legitymowanie.

Policjanci twierdzili natomiast, że zareagowali na krzyki Huberta H., jego awanturowanie się. „Z ich relacji wynika, że Hubert H. puścił im długą wiązankę bluzgów. Zaczynała się od słów >>Wy kmioty Kaczyńskiego<<, kończyła >>p… taki kraj<<. Środek – ze względu na wulgarny język – sędzia Anna Ptaszek zabroniła wczoraj cytować. Stwierdzić można tyle, że obok słów powszechnie uznanych za obelżywe padały też takie: >>Kaczyński<< i >>kaczki<<. Nie padło słowo prezydent ani nawet imię głowy państwa” – pisała „Gazeta Wyborcza”.

Agresja też ze strony Kaczyńskich

Ostatecznie sąd umorzył sprawę, uznając, że „społeczna szkodliwość” jego występku była znikoma, a więcej szkód prezydentowi przyniósł rozgłos sprawy w mediach. Sędzia przypominała, że w debacie publicznej „język agresji jest obecny, także ze strony braci Kaczyńskich”.

Rozprawie przyglądała się Helsińska Fundacja Praw Człowieka, która zapewniła oskarżonemu obrońcę pro bono. Prokurator – zdaniem Fundacji – powinien był bowiem ocenić, czy sprawa zasygnalizowana przez policję musi trafić do sądu.

Zobacz także

TOK FM

Na umizgach do Radia Maryja Piechociński nic nie ugra: o. Rydzyk gra o wszystko i potrzebuje PiS

Michał Wilgocki, 16.03.2015
Janusz Piechociński, o. Tadeusz Rydzyk

Janusz Piechociński, o. Tadeusz Rydzyk (fot. Sławomir Kamiński)

Radio Maryja ma problemy, dlatego w roku wyborczym obstawia pewniaka. To zła wiadomość dla Janusza Piechocińskiego. Manewru z ubiegłego roku, kiedy ojciec dyrektor pomógł mu w wyborach do europarlamentu, już nie powtórzy. Do pełni łask wróciło PiS.
PSL obrało kierunek na Radio Maryja? Według „Rzeczpospolitej” Janusz Piechociński niedawno zaczął się regularnie spotykać z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Politycy partii anonimowo twierdzą, że to sposób na poszerzenie elektoratu, a dziś w tygodniku „wSieci” Piechociński przyznaje, że chodzi również o odcięcie się od Platformy Obywatelskiej.

– Koalicjant nie będzie mi mówił, z kim mam rozmawiać i z kim sympatyzować – powiedział Piechociński. Przyznał, że z ojcem Rydzykiem „sympatyzuje”.

Gra na Radio Maryja już raz się Piechocińskiemu opłaciła. Tuż przed ubiegłorocznymi wyborami do Parlamentu Europejskiego Telewizja Trwam wyemitowała krótką rozmowę z nim.

– Radio Maryja buduje poprzez przekaz i modlitwę odpowiedź na wyzwania czasu, który nadchodzi – chwalił rozgłośnię wicepremier. Także dzięki temu manewrowi na ostatniej prostej PSL udało się ukraść kilka głosów popieranej wtedy przez Radio Maryja Solidarnej Polsce. Partia Zbigniewa Ziobry nie przekroczyła progu wyborczego, a Piechociński wprowadził do PE czterech deputowanych.

Jednak to, co jeszcze rok temu okazało się strzałem w dziesiątkę, dziś jest raczej strzałem w stopę.

„Pokutę naznaczoną odprawiłem”

Ale tym razem Piechociński na umizgach do Radia Maryja nic nie ugra. W Toruniu mają nowego-starego faworyta. Jarosław Kaczyński swoje już odpokutował. Podpadł w ubiegłorocznych eurowyborach, kiedy kandydatom związanym z Radiem Maryja dał gorsze miejsca na listach.

Sprawy potoczyły się jednak – dość niespodziewanie – po myśli o. Rydzyka: jego faworyci zdobyli mandaty. Wtedy na linii Radio Maryja – PiS zrobiło się chłodno. Do rangi symbolu tego oziębienia urosło niedopuszczenie Kaczyńskiego do głosu podczas rocznicy urodzin Radia Maryja. Zamiast przemówienia prezesa PiS w świat poszedł obraz, na którym upokorzony klaszcze i śpiewa „Abba Ojcze”.

Po krótkiej demonstracji siły o. Rydzyk odpuścił. Andrzej Duda, kandydat PiS w wyborach prezydenckich, został zaproszony do sobotnich „Rozmów niedokończonych”, gdzie dostał niemal nieograniczony czas antenowy. W pierwszej części mówił ponad godzinę na połączonych antenach radia i telewizji, a później, już na antenie samego radia, opowiadał o swojej wizji prezydentury kolejne dwie godziny. O. Jan Król, ekonom stacji i prawa ręka ojca dyrektora, przerywał mu rzadko. Dzwonili słuchacze, ale głównie po to, żeby się licytować, które miasto popiera kandydata PiS.

Do rozmów przed godz. 23 włączył się również Jarosław Kaczyński, który zachwalał Dudę. A o. Rydzyk zadzwonił, by zaatakować Bronisława Komorowskiego za jego zachowanie w sprawie konwencji antyprzemocowej. Na co liczy Radio Maryja, udzielając tak otwartego poparcia politykowi PiS?

Gra o miejsca na listach do Sejmu

W wyborach, które dla o. Rydzyka były mniej istotne (europarlamentarnych i samorządowych), romansował z konkurentami PiS (PSL, Solidarną Polską, Ruchem Narodowym czy Prawicą RP). Teraz w kolejnych wyborach chce udowodnić, że z jego poparciem kandydat PiS może osiągnąć dobry wynik. A to będzie kartą przetargową w rozmowach o listach wyborczych do Sejmu.

Ojciec Rydzyk ma w tej chwili w Sejmie mocną reprezentację. Robi ona zamieszanie w każdej sytuacji, kiedy coś się dzieje nie po myśli toruńskich mediów.

Przykłady można mnożyć: kary KRRiT dla Telewizji Trwam, list Joanny Kluzik-Rostkowskiej w sprawie warsztatów organizowanych w liceach przez Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej czy odrzucenie przez kilka urzędów skarbowych deklaracji podatkowych z odpisem na fundację Lux Veritatis.

Za każdym razem grupa posłów zrzeszona w katolickich zespołach parlamentarnych podnosiła larum, zwoływała nadzwyczajne posiedzenia, wzywała do odpowiedzi przedstawicieli władz. Słowem – robiła dużo zamieszania, przy okazji przekonując, że w Polsce demokracja jest zagrożona.

Skuteczna grupa sejmowych lobbystów to sposób Radia Maryja na nadchodzące trudne lata. Toruńskie media, mimo wejścia na cyfrowy multipleks, notują od jakiegoś czasu regres. Telewizję Trwam w oglądalności prześciga konkurencyjna Telewizja Republika, a niedawno o. Rydzyk przyznał, że dramatycznie spadła wysokość ofiar na jego dzieła. Trwa walka o przetrwanie i zachowanie wpływów, w której to nie PiS potrzebuje Radia Maryja, ale odwrotnie.

Dlatego Janusz Piechociński, prowadząc kampanię, obstawił złego konia. W obecnej konfiguracji, choćby stanął na głowie, nie uzyska takiego poparcia z Torunia, jakie ma Andrzej Duda i PiS.

Zobacz także

wyborcza.pl

Prof. Król: PSL narusza polską rację stanu. Robią tak tylko szaleńcy w gatunku Korwin-Mikkego

Krzysztof Lepczyński, 16.03.2015
Marcin Król, filozof z Uniwersytetu Warszawskiego

Marcin Król, filozof z Uniwersytetu Warszawskiego (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

Przywódcy PSL, krytykując polską politykę zagraniczną na Wschodzie, naruszają polską rację stanu – pisze w „Dzienniku Gazecie Prawnej” prof. Marcin Król. „Nie czyni tego największa partia opozycyjna, czynią tylko szaleńcy w gatunku Korwin-Mikkego” – zaznacza filozof.
Prof. Marcin Król, filozof i historyk idei, pisze w „Dzienniku Gazecie Prawnej” o wypowiedziach uległych wobec Rosji polityków PSL, w tym Adama Jarubasa, kandydata PiS.„Już myślałem, że PSL przestało kombinować”

„Podważanie racji i sensu polskiej polityki wschodniej narusza obecnie polską rację stanu. Nie czyni tego największa partia opozycyjna, czynią tylko szaleńcy w gatunku Korwin-Mikkego. Z jakiego powodu PSL czy tylko jego ważni przedstawiciele dołączają się do głosów niezgodnych z polską racją stanu?” – pyta prof. Król.

Filozof zauważa, że PSL przed każdymi wyborami dystansuje się od partii, z którą jest w koalicji. A po zwycięstwie głównej partii znów się do niej zbliża (jak do SLD i PO). „Co innego jednak drobne gry i zabawy koalicyjne, a co innego racja stanu” – podkreśla prof. Król. I stwierdza, że „już miał wrażenie, że PSL wreszcie przestało kombinować. (…) Okazuje się, że nie całkiem”.

„Oczywiście nie należy nadawać tym zachowaniom przesadnego znaczenia. Jednak jeżeli chcemy rozumować w kategoriach racji stanu, to trzeba równocześnie mówić bardzo jasno, kto i kiedy odstępuje od polskiej racji stanu” – zaznacza Król. I wskazuje, że trudno o lepszy tego przykład niż „nieprzemyślane i, mam nadzieję, nie całkiem świadome” wypowiedzi przywódców PSL.

Cały felieton w „Dzienniku Gazecie Prawnej” >>>

Zobacz także

TOK FM

ka68

„Targ niewolników” w PiS? „Newsweek”: Europosłowie zatrudniają ludzi na fałszywych etatach. Kaczyński: Przypomniał mi się 68 rok

osi, MT, 16.03.2015
Joachim Brudziński i Jarosław Kaczyński w Sejmie

Joachim Brudziński i Jarosław Kaczyński w Sejmie (SŁAWOMIR KAMIŃSKI / AG)

– Żartowaliśmy, że [w PiS – red.] urządzono targ niewolników – tak o rzekomym fikcyjnym zatrudnianiu asystentów europosłów partii Jarosława Kaczyńskiego mówi jedna z osób pracujących w warszawskiej centrali PiS. „Unia nie wie, za co płaci” – twierdzi „Newsweek”.
Wszystko zaczęło się w październiku 2014 r., kiedy PiS szukało oszczędności. W warszawskiej centrali partii zapadła decyzja o likwidacji kilkudziesięciu etatów – pisze „Newsweek”.
Według gazety likwidacja ta jednak odbyła się tylko na papierze, bo PiS potrzebowało pracowników. Rozwiązaniem tego problemu miały się okazać pieniądze z Unii Europejskiej przeznaczone na wynagrodzenia dla asystentów europosłów.„Targ niewolników”Proceder miałby polegać na tym, że dana osoba zatrudniona jako asystent europosła dostawałaby pensję z unijnych pieniędzy jako asystent, a w rzeczywistości wykonywałaby zupełnie inne obowiązki. – Żartowaliśmy, że urządzono targ niewolników. (…) Deputowani i asystenci byli parowani przypadkowo, czasem nawet się nie znali – mówi „Newsweekowi” osoba z centrali PiS w Warszawie.

„Wśród europosłów, którzy przejęli pracowników partii, znaleźli się m.in. Andrzej Duda, Zbigniew Kuźmiuk, Tomasz Poręba i Ryszard Legutko” – twierdzi „Newsweek”.

Opiekunka matki Kaczyńskiego asystentką

Jako jeden z kilku przykładów tygodnik opisuje sprawę Natalii Grządziel pracującej oficjalnie jako asystentka Poręby. – Ten etat to dla niej finansowy bonus. Nie słyszałem, żeby cokolwiek robiła dla Poręby. A czym zajmuje się [w centrali – red.] na Nowogrodzkiej? Załatwia sprawy zlecane przez Joachima Brudzińskiego, a jak trzeba, to bierze kuferek z partyjnymi kosmetykami i maluje prezesa – mówi tygodnikowi „rozmówca z biura PiS”. Sama Grządziel, jak pisze gazeta, „nie jest zbyt rozmowna”.

„Newsweek” podaje, że na podobnych warunkach pracuje też m.in. osoba, która opiekowała się matką Jarosława Kaczyńskiego. „Jakie ma kompetencje, by być asystentką europosła?” – pyta „Newsweek”. Twierdzi, że Poręba, zatrudniający kobietę, nie odpowiada na to pytanie.

„Będziemy badać sprawę”

„Sprawa może się skończyć dla PiS konsekwencjami, bo proceder opłacania pracowników partii z pieniędzy europejskich jest nielegalny” – podaje „Newsweek”.

Informuje, że Martin Schulz, szef europarlamentu, „kilka dni temu zawiadomił Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych OLAF (…) o aferze asystenckiej w szeregach francuskiego Frontu Narodowego. Według doniesienia deputowani dowodzeni przez Marine Le Pen mieli zatrudniać asystentów, którzy w rzeczywistości pracowali dla partii”.

Czy podobny los spotka PiS? – Będziemy badać tę sprawę – zapowiada rzecznik prasowy europarlamentu Jaume Duch.

Kaczyński: Ja sobie przypomniałem 68 rok

Do artykułu odniósł się podczas konferencji prasowej Jarosław Kaczyński. Poproszony o komentarz stwierdził, że „Newsweek” posunął się za daleko w atakach na Andrzeja Dudę i pozostałych polityków PiS. – Ja sobie przypomniałem ’68 rok. Jestem z tego pokolenia, że pamiętam, byłem wtedy studentem – stwierdził.

– Wobec tego w ogóle nie warto tego komentować, bo to jest po prostu poniżej pewnego poziomu – powiedział Kaczyński. – Jeśli ktoś ma jakieś pretensje co do zatrudnienia, są odpowiednie instytucje Unii Europejskiej, niech się do nich zgłosi. Ale radziłbym się zgłosić w sprawie wszystkich partii, a nie tylko Prawa i Sprawiedliwości – dodał.

– Powrót do tego typu motywów w tzw. głównym nurcie, w tzw. poważnym tygodniku, to jest pokaz tego, że w Polsce można już wszystko – powiedział później. – To jest arcyskandal, ci panowie, którzy dzisiaj kierują „Newsweekiem”, powinni z polskiego życia publicznego zniknąć – stwierdził.

gazeta.pl

Kaczyński krytykuje Tuska i komentuje doniesienia ws. afery podsłuchowej

16.03.2015

Prezes Prawa i Sprawiedliwości w ostrych słowach krytykuje przewodniczącego Rady Europejskiej. – Działania Donalda Tuska są dalece niewystarczające – podkreślił na konferencji prasowej. Jarosław Kaczyński odniósł się również do kolejnych doniesień w sprawie afery podsłuchowej. – Dochodzą bardzo istotne i bulwersujące informacje – zaznaczył.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński /Jakub Kamiński   /PAP
Prezes PiS Jarosław Kaczyński
/Jakub Kamiński /PAP

Prezes PiS wskazywał, że Tusk będąc premierem dążył do tego, aby objąć wysokie stanowisko w Unii Europejskiej, a teraz chce je zachować na drugą kadencję. Kaczyński dodał, że Polską i Europą powinni rządzić ludzie, którzy realnie patrzą na rzeczywistość i mają „niski poziom lęku”.

Kaczyński zapowiedział też, że PiS będzie się domagać debaty w Sejmie ws. afery podsłuchowej. Według niego, w sprawie pojawiły się nowe informacje, a władza i media na ten temat milczą.

Według tygodników „Wprost” i „Do Rzeczy” podsłuchanych miało zostać 56 czołowych polityków PO, PSL i SLD. Mieli tak poinformować prokuraturę dwaj kelnerzy – Łukasz N. i Konrad L., którzy nagrywali polityków w warszawskich restauracjach.

„Bardzo istotne i bulwersujące informacje”

Kaczyński powiedział na konferencji prasowej, że afera podsłuchowa się rozwija, dochodzą „bardzo istotne i bulwersujące” informacje, „i cisza”.

Według prezesa PiS, „to jest stan, który pokazuje, że w Polsce jest wielka sfera ludzi, wielka część polityków, klasy politycznej, którzy są poza jakąkolwiek kontrolą, poza mechanizmami właściwymi dla państwa demokratycznego i praworządnego”.

W jego ocenie „istnieją bardzo poważne przesłanki, by sądzić, że ci, którzy rządzą, a także część opozycji, to ludzie, którzy w ogóle nie powinni w życiu publicznym uczestniczyć”. Kaczyński zaznaczył, że dotyczy to także życia gospodarczego.

Podkreślił, że stan, który bije w interesy polskich obywateli, nie może się utrzymywać dłużej. Zapowiedział, że PiS będzie się domagać debaty w Sejmie i „podjęcia wszelkich możliwych działań, by te kwestie zostały wyjaśnione”.

„Opinie dowie się, kto rządzi Polską”

Zdaniem Kaczyńskiego, wokół afery „powstało takie zamieszanie, taki bałagan, charakterystyczny dla tych rządów, że trudno jest cokolwiek oceniać”. – Jeśli dojdziemy do władzy, to z całą pewnością opinia publiczna dowie się, jak to naprawdę było i dowie się, kto Polską rządzi, jakie są rzeczywiste relacje między ludźmi, między gospodarką, między ludźmi wielkiego biznesu a ludźmi, którzy rządzą – zapowiedział prezes PiS.

Sprawę podsłuchiwania w dwóch warszawskich restauracjach kilkudziesięciu osób, m.in. polityków, ujawnił w ub.r. tygodnik „Wprost”. Jedną z nielegalnie podsłuchanych była rozmowa byłego ministra spraw wewnętrznych Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką; Sienkiewicz jest jednym z pokrzywdzonych w śledztwie ws. afery podsłuchowej. Zarzuty prokuratura postawiła czterem osobom: biznesmenom Markowi Falencie i Krzysztofowi Rybce oraz pracownikom restauracji, w których dokonywano nagrań.

Interia.pl

 

Wyborcza opera mydlana

Rafał Kalukin/MT, 16-03-2015

wyborcza telenowela rysunek piotr chatkowski NR 12/15

 fot. Piotr Chatkowski

Drogie konwencje, zero treści. Kampanii prezydenckiej nie traktują poważnie już ani kandydaci, ani wyborcy. Witamy w świecie nowoczesnej demokracji.

Najważniejsze to dobrze wypaść na widowiskowych konwencjach i zdążyć przed wieczornym serwisem informacyjnym. Nachalność i kuriozalność przekazów dnia nie ma granic.

Mniej poważni kandydaci kreują z kolei pseudowydarzenia. Rzucają prowokacyjnymi tekstami, cutyją bluzgi blogerów i robią szum wokół nieznacznych wachnięć w sondażach. W rezultacie treści w tej kampanii jest tyle, co kot napłakał. Rządzą za to sztucznie kreowane emocje.

 

Odcinek 2015. W rolach głównych…

Ostatnio pojawiło się sporo zmian w fabule. Tusk zszedł z pierwszego planu, teraz jest Ewa Kopacz. Z czołówki zniknęli też Miller i Kaczyński. Z tych, co to z nami na dobre i złe, ostał się więc tylko Komorowski. Pojawiła się za to radosna gromadka nowych bohaterów – energiczny Duda, zadająca szyku Ogórek, dziwaczny Jarubas.

Czytaj także: Sondaż: Poparcie dla Komorowskiego spada. Korzysta na tym Duda>>>

I choć zwycięzca jest znany, to nie o finał chodzi, ale o to, co wydarzy się w najbliższym odcinku. Ot, dokąd zawitają kandydackie świty. No i czym. Bronkobus to wystawny mercedes, zaś dudabus jest krajowym autosanem. I raz jeszcze okazało się, że Platforma to kosmopolityczni modernizatorzy, a PiS – zaściankowi patrioci.

Amerykanie już dawno odkryli, że kampania jest przede wszystkim spektaklem, a nie okazją do wciągnięcia wyborców w dyskusję. W Polsce jednak i ten triumfujący infotainment zmienił reguły gry.

Akcja rozgrywa się na powiatowych rynkach. W wyborach prezydenckich liczą się wielkie zbiorowości: uśmiech, przybicie piątki, autograf, focia i w drogę.

Przede wszystkim jednak możemy ocenić aktorski kunszt aktorów. O tym, jakie są polityczne talenty doktora Dudy, niewiele wiemy. O dorobku naukowym dr Ogórek i jej kwalifikacjach urzędnika państwowego – zgoła nic. Jarubas sprawnym marszałkiem województwa? Tak mówią… Nawet o jakości prezydentury Bronisława Komorowskiego trudno powiedzieć coś rozstrzygającego. Owszem, cieszy się wysokim poparciem. Skoro większość popiera, to pewnie ma rację.

 

Operowa papka

Amerykanie już dawno odkryli, że kampania jest przede wszystkim spektaklem, a nie okazją do wciągnięcia wyborców w dyskusję. W Polsce jednak i ten triumfujący infotainment zmienił reguły gry. Zaczęła liczyć się więc jedynie oprawa. Dostajemy kilkugodzinną pigułę skondensowanych emocji. Nikt już nie prezentuje programów. Musi być energicznie i żywiołowo. Forma wypłukuje treść, emocje usuwają rozum.

Czytaj także: Lewi asystenci PiS>>>

Dla kogo to? Sztabów w ogóle nie interesuje widz stacji informacyjnych. Ale na konwencjach są tłumy dziennikarzy, którzy jeszcze w czasie ich trwania ślą w internetową przestrzeń krótkie komunikaty. Trzeba ich oszołomić prostymi bodźcami, aby pisali: „porywająco”, „dynamicznie”, „mocny przekaz”. Sieć natychmiast powieli pierwsze impresje, tworząc klimat.

Nazajutrz gazety zdemaskują pozorność haseł i obietnic, ale to już bez znaczenia. Czytelnicy więdnących gazet to mniej więcej ta sama grupa, co widzowie stacji informacyjnych – wyborcy już ukształtowani. O nich się nie zabiega.

Zabiegać trzeba bowiem o mniejszość – tych, którzy nie mają ugruntowanych poglądów. Gdyby kandydat mógł wybrać pomiędzy zaproszeniem do telewizji śniadaniowej albo do programu Moniki Olejnik, to bez wahania wybrałby to pierwsze. Lepiej zadać szyku na Pudelku niż w popularnym politycznym serwisie.

Zabiegać trzeba o mniejszość – tych, którzy nie mają ugruntowanych poglądów.

Każdy ze sztabów stara się zdiagnozować te grupy w wielu wymiarach oraz dopasować pod tym kątem wizerunki kandydatów. To, co u kandydata pozytywne, należy wzmocnić. Co negatywne – zatuszować. Im kandydat mniej znany, tym większe możliwości kreacyjne. Nudny Duda tryska zatem przerysowaną energią. O wyciągniętej z kapelusza Ogórek partyjni koledzy mówią, że awansowała do pierwszej ligi europejskiej.

I tylko prezydenta Polacy doskonale znają, więc pole do popisu mniejsze. Co najwyżej można ugruntować wizerunek statecznego ojca narodu i baczyć na jego słynną skłonność do gaf. W kampanii Komorowskiego chodzi więc po prostu o to, aby stracić jak najmniej poparcia.

 

Nowy ład wyborczy

Propaganda rodem z PRL miała ambicje formowania odbiorcy i poniosła na tym polu klęskę. Marketing polityczny odwrotnie – dopasowuje wizerunki do społecznych oczekiwań.

Czytaj także: Sposoby PO na wygranie wyborów prezydenckich>>>

We współczesnych kampaniach sami możemy się bowiem przejrzeć niczym w lustrze. Gdy ankieter zapyta, czego oczekujemy od kandydatów, odpowiemy, że poważnej debaty o służbie zdrowia, emeryturach i miejscach pracy. Ale to najwyżej echo pragnienia, aby nas poważnie traktowano. Bliższe ciału są emocje generowane przez polityczną telenowelę.

Dominują więc rytualne zaczepki. Z kampanii negatywnej nie sposób przecież zrezygnować. Bohaterów naszej telenoweli czeka więc jeszcze niejedno zwarcie. Być może wypłyną nawet jakieś „kompromaty”. Lecz przestrzeni do wielkiego sporu – jak kiedyś w starciach Wałęsy z Kwaśniewskim albo Tuska z Kaczyńskim – w tym sezonie nie będzie. Wtedy bohaterowie reprezentowali jeszcze autentyczne zbiorowe tożsamości. Dziś są jedynie wizerunkami w politycznej telenoweli.

Newsweek.pl

Armand Hammer: ulubiony milioner Lenina

Witold Gadomski, 16.03.2015
Armand Hammer (z prawej) u Leonida Breżniewa (z lewej). Radziecki przywódca wielokrotnie przyjmował biznesmena na Kremlu, a ten w swej autobiografii określił genseka jako

Armand Hammer (z prawej) u Leonida Breżniewa (z lewej). Radziecki przywódca wielokrotnie przyjmował biznesmena na Kremlu, a ten w swej autobiografii określił genseka jako „człowieka wielkiego humanizmu i ogromnego ciepła”. Breżniew podarował przyjacielowi wypełnione… (Fot. Ria Novosti/East News)

Należy do najbardziej tajemniczych postaci minionego stulecia, poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, poczynając od Lenina, a na Gorbaczowie kończąc. Na przyjaźni i handlu z Sowietami zarobił grube miliony.
Znał też 11 prezydentów USA – od Herberta Hoovera (1929-33) po George’a Busha starszego (1989-93), a dwutygodnik „Forbes” umieszczał go w drugiej setce najbogatszych Amerykanów. Wspierał finansowo zarówno Demokratów, jak i Republikanów, utrzymując jednocześnie niepokojąco bliskie relacje z ZSRR. Zgromadził imponującą kolekcję odznaczeń, której ozdobą jest radziecki Order Przyjaźni Narodów, i 25 doktoratów honorowych, został nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Mimo wielu napisanych o nim książek oraz autobiografii w jego życiorysie jest mnóstwo luk. Przez dekady pomagał ZSRR, czerpiąc z tego profity, ale czy był agentem NKWD, a potem KGB? A może dostarczał CIA informacji o radzieckich przywódcach?Odeskie korzenieArmand Hammer przyszedł na świat w 1898 r. w Nowym Jorku, choć zdaniem niektórych biografów przyjechał tam z Odessy z rodzicami – Juliusem i Rose Robinsonami, którzy pochodzili z tego właśnie miasta. Kontrowersje wzbudzało też jego imię. Hammer twierdził, że dostał je po Armandzie Duvallu, bohaterze „Damy kameliowej” Aleksandra Dumasa syna, ulubionej lektury rodziców. Ale niektórzy wskazują na „arm and hammer”, ramię trzymające młot, będące symbolem założonej w 1876 r. w Newark Socjalistycznej Partii Pracy, której działaczem był Julius Hammer.Ten ostatni w Ameryce stał się przedsiębiorcą, właścicielem firmy Allied Drug and Chemical Company, której udziałowcem w 1917 r. został jego syn. Starszy Hammer być może ukończył studia medyczne – w każdym razie posługiwał się tytułem doktora. Armand również studiował medycynę i choć nigdy nie praktykował jako lekarz, to podobnie jak ojciec przed nazwiskiem dodawał skrót „dr”.W autobiografii Hammer pisze: W 1919 r. przeciętny dochód w USA wynosił ok. 625 dol. rocznie, a mój ponad milion netto . Edward Jay Epstein w „Tajnej historii Armanda Hammera” twierdzi, że firma Allied Drug and Chemical Company prosperowała słabo i unikała bankructwa dzięki kruczkom prawnym. Zapewne była też przykrywką dla działalności politycznej, o czym może świadczyć poufny list niejakiego Bannermana, agenta specjalnego Departamentu Stanu w Nowym Jorku, do jego szefa w Waszyngtonie: Przesyłam kopię raportu, który rzuca światło na przestępczą działalność Juliusa Hammera oraz jego działalność bolszewicką i związki z radykalnymi, niebezpiecznymi elementami, których głównym celem jest wywołanie rewolucji i obalenie rządu .

Znajomy Lenina

Wspólnikiem Hammerów stał się Abraham Heller, tak jak Julius działacz Socjalistycznej Partii Pracy, której lewe skrzydło utworzyło w 1919 r. Komunistyczną Partię Stanów Zjednoczonych. W 1907 r. w Stuttgarcie na siódmym kongresie II Międzynarodówki Julius poznał Włodzimierza Lenina i został jego admiratorem, a po rewolucji bolszewickiej przyłączył się do ruchu komunistycznego.

Lenin, Nadieżda Krupska i Inessa Armand: Trójkąt bolszewicki

W marcu 1919 r. Julius i Abraham Heller pomogli zakładać w Nowym Jorku Rosyjskie Biuro Sowietów reprezentujące po cichu interesy rządu bolszewickiego. Szefem Biura został niemiecki komunista Ludwig Martens, a zadanie tego bliskiego współpracownika Lwa Trockiego polegało na załatwianiu pożyczek i dostaw dla bolszewickiej Rosji. Zabiegi takie były nielegalne, jednak Martensowi udało się przez kilka lat omijać prawo i skłonić nawet duże banki amerykańskie do udzielania rządowi Lenina kredytów pod zastaw klejnotów zrabowanych rodzinie carskiej.

W 1920 r. już około tysiąca firm amerykańskich, w tym Allied Drug and Chemical Company, robiło interesy z bolszewikami. W 1921 r. po nalocie policji na lokal Rosyjskiego Biura Sowietów zostało ono zlikwidowane, a Martens – wydalony z USA.

Ponieważ Biuro miało zobowiązania m.in. wobec Allied Drug and Chemical Company, Martens zaproponował starszemu Hammerowi, by pojechał do Moskwy, gdzie odzyska dług, robiąc interesy z nowymi władzami. Jednak w 1921 r. Julius Hammer został aresztowany. Nie za politykę, lecz za przeprowadzenie nielegalnej aborcji, podczas której pacjentka zmarła. Starszy Hammer trafił do więzienia Sing Sing, a do Rosji pojechał Armand, który w autobiografii zapewnia, że wyruszył tam z misją humanitarną, by ratować ofiary epidemii tyfusu. Jest to dość to wątpliwe, skoro nie mógł się pochwalić praktyką lekarską, miał natomiast smykałkę do interesów i omijania przepisów zakazujących handlu z bolszewikami.

Koneksje i koncesje

Pierwsza transakcja Armanda polegała na dostarczeniu Rosji 27 tys. ton zboża w zamian za zrabowane przez bolszewików futra, biżuterię i kawior. Lenin, który liczył, że to będzie początek współpracy z amerykańskim biznesem, mawiał: „Kapitaliści sprzedadzą bolszewikom sznur, na którym kiedyś zawisną”. Zapewne uczyniłby wyjątek dla Hammerów. Młodszego przyjął na Kremlu i entuzjastycznie odnosił się do jego poczynań w Rosji.

24 maja 1922 r. w liście do Armanda Lenin pisał: Drogi towarzyszu Hammer! Proszę o wybaczenie. Byłem bardzo chory, ale teraz czuję się o wiele lepiej. Bardzo dziękuję za wasz prezent – bardzo miły list od amerykańskich towarzyszy i przyjaciół, którzy są w więzieniu. Załączam list polecający do towarzysza Zinowjewa lub innych towarzyszy w Piotrogrodzie, jeśli Zinowjewa nie znajdziecie. Przesyłam serdeczne życzenia, byście odnieśli wielki sukces przy waszej pierwszej koncesji. Ten sukces będzie bardzo ważny dla stosunków handlowych między Stanami Zjednoczonymi a Rosją Radziecką . Hammer opublikował ten list w „New York Timesie”, by zachęcić innych do robienia interesów z Moskwą.

Co zabiło Włodzimierza Lenina?

Ważniejszy jednak okazał się poufny list Lenina do Biura Politycznego partii, w którym czytamy: Towarzysz Stalin [sekretarz generalny partii] proszony jest o rozesłanie tej informacji do wszystkich członków KC. Udzielam A. Hammerowi i B. Mishelowi rekomendacji i proszę wszystkich członków KC o poparcie ich przedsięwzięć. To jest wąska ścieżka do świata amerykańskiego biznesu i musimy uczynić wszystko, co możliwe, by ją wykorzystać. Jeśli macie jakieś zastrzeżenia, wyjaśnijcie to z moim sekretariatem. Lenin.

Dzięki koneksjom ojca zaledwie 24-letni Armand Hammer stał się jednym z najważniejszych partnerów zagranicznych pogrążonego w kryzysie państwa bolszewickiego. 21 marca 1921 r. X Zjazd Rosyjskiej Partii Komunistycznej (bolszewików) uchwalił zaproponowaną przez Lenina Nową Politykę Ekonomiczną (NEP), zezwalającą na działalność firm prywatnych i udzielanie spółkom zagranicznym koncesji na otwieranie fabryk oraz eksploatację bogactw naturalnych. Hammer dostał koncesję na eksploatację azbestu na Uralu.

Potem na krótko wrócił do Ameryki i założył tam firmę Allied American Corporation (Alamerico). Poza nim udziałowcami zostały władze bolszewickie oraz osoby prywatne, w tym Averell Harriman, który w latach 1943-46 był ambasadorem USA w Moskwie. Następnie Hammer, wraz ze swym bratem Victorem, znów pojechał do Moskwy, by spędzić tam osiem lat. Otworzył pierwszą w ZSRR fabrykę ołówków i reprezentował 37 amerykańskich korporacji, w tym kilka banków i koncern Forda.

Prowadzona przez niego firma uczestniczyła w poufnych kontaktach handlowych między ZSRR a Niemcami, którym traktat wersalski zezwalał na utrzymywanie tylko stutysięcznej armii nieposiadającej na dodatek nowoczesnej broni. Dlatego Niemcy porozumiały się z Rosją bolszewicką i na jej terytorium budowały fabryki czołgów i samolotów oraz korzystały z radzieckich poligonów, a Allied American Corporation pośredniczyła w tych operacjach. Pieniądze szły przez przejęty przez Hammerów estoński Harju Bank, a porty Estonii i Łotwy wykorzystywano do potajemnego sprowadzania do ZSRR towarów z krajów niezezwalających na handel z Moskwą.

Sowiecka Rosja płaciła nie tylko złotem i surowcami, ale też dziełami sztuki zrabowanymi rodzinie carskiej i innym właścicielom. Armand Hammer dostał zgodę na zamienianie zysków swoich firm w ZSRR na dzieła sztuki i wywożenie ich do USA – taki właśnie był początek nowojorskiej Galerii Hammera. Kiedy w 1929 r. Stalin skończył z NEP-em i wyrzucił niepożądanych cudzoziemców, Hammerowie wrócili do Ameryki, a Armand powiesił sobie na ścianie portret Lenina z jego dedykacją „dla towarzysza Hammera”.

Agent wpływu

Nie przestał być użyteczny dla ZSRR. W 1932 r. prezydentem pogrążonych w Wielkim Kryzysie USA został demokrata Franklin Delano Roosevelt. Hammer, jeden ze sponsorów jego kampanii wyborczej, stał się częstym gościem w Białym Domu i zdaniem Edwarda Jaya Epsteina odegrał niemałą rolę przy tworzeniu ustawy „lend-lease”. W listopadzie 1940 r. Roosevelt zaprosił go, by omówić sprawę obejścia zakazu udzielania przez neutralne wówczas Stany pomocy wojskowej walczącym w Europie państwom. Wymyślili „lend-lease”, umowę pożyczki-dzierżawy, dzięki której Ameryka zaczęła dostarczać broń i materiały wojenne najpierw Brytyjczykom, a potem Sowietom, udając, że je pożycza.

Wcześniej, po zniesieniu w 1933 r. prohibicji, Hammer stał się producentem i dystrybutorem mocnych alkoholi, a sukces na tym polu zapewnił mu Amtorg, spółka, którą zakładał w maju 1924 r. i która pośredniczyła w sowieckich operacjach handlowych oraz służyła za przykrywkę dla radzieckich agentów. Przed nawiązaniem przez Waszyngton stosunków z Moskwą w 1933 r. działała też jako nieformalna ambasada radziecka.Jakim cudem mimo bliskich związków z Moskwą, a zapewne też z jej tajnymi służbami, Armand Hammer nie tylko bez przeszkód robił znakomite interesy, ale też zyskiwał coraz większe wpływy w politycznym establishmencie USA? Igor Atamanienko, autor skądinąd nierzetelnej książki „Nieśmiertelność czerwonej ekipy”, twierdzi, że grał na dwa fronty. W kwietniu 1932 r. wywiad amerykański przesłał brytyjskim kolegom list dotyczący działalności Hammera w ZSRR: Z krajów bałtyckich uzyskaliśmy informację, że Armand Julievich Hammer i Victor Julievich Hammer (brat Armanda) w dalszym ciągu prowadzą tajną sekretną misję dla rządu sowieckiego i w tym celu podróżują między Europą a USA. Często towarzyszy im Olga Vadina, prawdopodobnie agentka OGPU [poprzedniczki NKWD i KGB].Hammer był stale obserwowany przez FBI, a kiedy w ostatnich latach otwarto stare archiwa tej instytucji, okazało się, że w jego teczkach jest 61 280 dokumentów. 6 marca 1952 r. został wezwany na przesłuchanie do nowojorskiego FBI, ale śmierć kluczowych świadków oraz stosowanie bezprawnych metod zbierania informacji przeciw Hammerowi sprawiły, że sprawa została umorzona.NafciarzW 1956 r. sfinansował poszukiwanie ropy naftowej prowadzone przez niewielką firmę Occidental Petroleum Company (OPC) i kiedy ta dowierciła się do złóż, dokupił akcje spółki i został jej prezesem. W 1961 r. OPC odkryła największe złoża gazu w Kalifornii (wcześniej bezskutecznie szukał tam tego surowca koncern Texaco) i stała się potentatem. Hammer przekształcił ją w międzynarodową korporację zajmującą się eksploatacją nie tylko ropy i gazu, ale również węgla, produkcją nawozów sztucznych i innych chemikaliów. Kiedy na początku Hammer zainwestował w OPC, spółka warta była 34 tys. dol. Dziś jej wartość wynosi 75 mld dol., a ona sama działa w Wielkiej Brytanii, Arabii Saudyjskiej, Peru, Kolumbii, Libii, Maroku, Wenezueli, Turcji i Chinach.

Jeszcze w latach 50. korporacja kupiła koncesję na wydobywanie ropy w Libii. Hammer dał też kilka milionów dolarów łapówek urzędnikom rządu króla Idrisa, a samą koncesję pomagał mu załatwić wpływowy demokrata Albert Gore (ojciec późniejszego wiceprezydenta), który latami korzystał ze wsparcia multimilionera. (Sprawę tę media przypomniały, gdy w 2000 r. Gore junior ubiegał się o prezydenturę).

W 1969 r. w Libii nastąpił przewrót i jej nowy przywódca pułkownik Muammar Kaddafi zapowiedział politykę zbliżenia z krajami komunistycznymi. Gdy wielu się obawiało (i słusznie), że nowy rząd znacjonalizuje pola naftowe, Hammer zdołał wynegocjować korzystne porozumienie, zgadzając się, by część zysków z każdej wydobytej baryłki ropy szła do kasy państwowej. Znanemu z nienawiści do Izraela Kaddafiemu nie przeszkadzało żydowskie pochodzenie Hammera.

Po tej umowie inne kraje naftowe zaczęły się domagać od międzynarodowych korporacji większych udziałów w zyskach i w efekcie ceny poszły w górę, a rynek zaczął być sterowany przez OPEC, czyli kartel państw naftowych. W 1973 r., po wybuchu wojny arabsko-izraelskiej, OPEC ogłosił embargo na dostawy ropy do USA, by ukarać Waszyngton za poparcie Izraela. Ceny poszybowały w górę, nastąpił kryzys, ale interesy Hammera nie ucierpiały. Przeciwnie – im droższa była ropa, tym większe były jego zyski.

Przyjaciel Chruszczowa i Breżniewa

Na początku lat 60. w Moskwie wciąż rządził Nikita Chruszczow, któremu Hammer przedstawił pomysł budowy gazociągu z Syberii na Alaskę i dalej do USA, ale plany te zablokowała administracja prezydenta Johna F. Kennedy’ego. W 1964 r. Chruszczow został obalony przez Leonida Breżniewa, z którym Hammer dogadywał się równie dobrze jak niegdyś z Leninem. W autobiografii wspomina, że Breżniew był „człowiekiem wielkiego humanizmu i ogromnego ciepła”. Nawet przychylny Hammerowi „New York Times”, uznał wtedy, że przesadził z pochlebstwami.

Na początku lat 70. Hammer wywołał sensację, ogłaszając zawarcie z ZSRR umowy handlowej wartej 20 mld dol. Polegała ona na tym, że OPC dostarczała Sowietom nawozy fosforowe w zamian za surowce i mniej przetworzone produkty przemysłowe. Hammer współfinansował też budowę wielkich zakładów chemicznych i rafinerii w Dzierżyńsku i Lisiczańsku na Ukrainie Wschodniej oraz w Możejkach na Litwie. Za jego pieniądze rozbudowano porty w Tallinnie, Windawie i Kłajpedzie, a także zbudowano terminale do eksportu paliw płynnych.

Dlaczego Rosjanie tak bardzo kochają Breżniewa?

Breżniew podarował mu luksusowe mieszkanie w pobliżu Kremla i zabiegał w Waszyngtonie, by jego amerykański przyjaciel został ambasadorem USA w Moskwie. Mieszkanie pełne cennych obrazów rosyjskich malarzy i antycznych mebli po śmierci Hammera w 1990 r. przeszło na własność państwa. Gdy leciał do Moskwy, Hammer nie przechodził odprawy celnej – zawsze czekała na niego grupa urzędników, a potem rządową limuzyną jechał do swego mieszkania.

Umiał się dogadywać z każdą władzą, co było jedną z tajemnic jego sukcesu – więcej przyjaciół miał wśród demokratów, ale został skazany na więzienie w zawieszeniu za nielegalne finansowanie kampanii prezydenckiej republikanina Richarda Nixona. Gdy w 1980 r. wybory wygrał inny republikanin Ronald Reagan, uważany za antyradzieckiego jastrzębia, wydawało się, że dla Hammera nastały trudne czasy. Nic z tych rzeczy. 26 kwietnia 1981 r. Reagan zawiesił embargo na handel z ZSRR nałożone po sowieckiej inwazji na Afganistan w 1979 r. Tego samego dnia Hammer wylądował w Moskwie, a jeszcze z pokładu samolotu wysłał do Reagana depeszę, gratulując „odważnej decyzji”.

Negocjator

Hammerowi zależało na poprawie relacji Moskwy i Zachodu, co do chwili wkroczenia Sowietów do Afganistanu wydawało się bardzo realne. W latach 70. trwały debaty na temat redukcji głowic nuklearnych, przywódcy USA i ZSRR spotykali się regularnie, a Hammer stale prowadził poufne rozmowy z politykami różnych krajów. Nie wiadomo, czy robił to w charakterze czyjegoś wysłannika, czy załatwiał tylko swoje interesy, czy też może chciał odgrywać rolę negocjatora.

W 1981 r. w Ottawie uczestniczył w gali, którą kanadyjski premier Pierre Trudeau wydał na cześć Reagana. W Pekinie przyjął go Deng Xiaoping, ówczesny władca Chin, i podobno omawiali doświadczenia Hammera z epoki NEP. W Brazylii przyjmował go prezydent Joao Baptista Figueiredo, którego zachęcał do budowy gazociągu z Boliwii do Brazylii.

Hammer zabiegał też o wyjście wojsk radzieckich z Afganistanu, a jego plan miał polegać na stopniowym wycofywaniu się Sowietów, w zamian za co Pakistan i USA wstrzymałyby pomoc dla afgańskich mudżahedinów. Projekt omawiał z Breżniewem, który przekonywał go, że wbrew obawom Waszyngtonu ZSRR nie ma interesów strategicznych w regionie Zatoki Perskiej. Z taką informacją Hammer poleciał do prezydenta Pakistanu, głównego sponsora mudżahedinów.

W styczniu 1985 r. premier Izraela Szymon Peres oświadczył, że Hammer pośredniczył między Moskwą a Jerozolimą, starając się przywrócić zerwane w 1967 r. stosunki dyplomatyczne. Jak powiedział Peres, w tej sprawie „zwróciliśmy się do Kremla w 40. rocznicę zwycięstwa nad Niemcami, korzystając z pośrednictwa amerykańskiego Żyda Armanda Hammera, który był przyjacielem Lenina”.

Gdy 31 sierpnia 1981 r. w hotelu Century Plaza w Los Angeles Hammer odbierał nagrodę dla biznesmena roku, zebrało się ponad tysiąc polityków i przedsiębiorców. Występujący jako konferansjer aktor Bob Hope, znany z prawicowych i antykomunistycznych poglądów, nazwał Hammera „uosobieniem kapitalistycznego sukcesu”. Sala przyjęła to brawami, nie dostrzegając ironii. Hammer zmarł 10 grudnia 1990 r. Niemal równo rok później przestał istnieć Związek Radziecki.

W ”Ale Historia” czytaj też:

Gilles de Rais: marszałek Francji i seryjny morderca
Był francuskim bohaterem narodowym, towarzyszem broni Joanny d’Arc, sławnym wojownikiem, magnatem i dygnitarzem. Ale prowadził też drugie życie. Mroczne

Długi cień gułagu
„Gułag nadal istnieje w mentalności społeczeństwa rosyjskiego, w jego niewolniczych zachowaniach, w zgodzie na propagandę i kłamstwo, w obojętności na przestępstwa i zbrodnie, także te, których dopuszcza się państwo” – pisze Siergiej Kowaliow we wstępie do niezwykłego albumu „Gułag” fotografa i dziennikarza Tomasza Kiznego

Archipelag Gułag w obiektywie Tomasza Kiznego
Z okazji premiery albumu „Gułag” Tomasza Kiznego przygotowaliśmy wraz z magazynem „Ale Historia” i „Gazetą Wyborczą” interaktywny materiał o stalinowskim aparacie represji. Nałożone na mapę historyczne zdjęcia i kadry z radzieckich kronik pokazują skalę koszmaru przez który – jak szacują historycy – przeszło 15-18 mln osób

W kolejce do kolejki
Kiedy nad ranem „rzeźnia” zatrzymywała się na zakopiańskim peronie, zdarzało się, że całkiem sporo wykończonych podróżą narciarzy prosto z dworca PKP gnało na pobliski dworzec PKS, stamtąd zaś do Kuźnic, by zająć dobre miejsce w kolejce do kolejki na Kasprowy Wierch. I od razu poczuć smak najlepszej góry w PRL-u

„Piłsudski”: brat „Batorego”
Pasażerowie nie mieli wprost słów zachwytu, twierdząc, że „Piłsudski” płynął niczym łabędź po wielkich oceanach – pisał po jego trzecim rejsie dyrektor spółki Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe. Nie wszystko jednak poszło dobrze, a „Piłsudski” nie okazał się szczęśliwym statkiem jak jego bliźniak „Batory”

Wyborcza.pl

Polecamy książki. Zbrodnicze hitlerówki

Bartosz T. Wieliński, 16.03.2015
Członkinie kobiecych oddziałów pomocniczych służących w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau.

Członkinie kobiecych oddziałów pomocniczych służących w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. (Fot. USHMM)

Na podbitym Wschodzie pojawiło się pół miliona Niemek i Austriaczek, które wykonywały najróżniejsze zadania. Wiele z nich odznaczyło się wyjątkowym okrucieństwem.
25 sierpnia 1943 r. w Międzyrzecu Podlaskim pod Białą przez cały dzień słychać było krzyki i strzały. Niemcy likwidowali miejscowe getto i pędzili Żydów na rynek, a tych, którzy nie byli w stanie iść albo próbowali się ukryć – zabijali na miejscu. Na rynku wśród 11 tys. stłoczonych ludzi, z których wielu konało w nieznośnym upale, krążyła kobieta w płaszczu i czapce SS. Nazywała się Vera Wohlauf, była żoną dowódcy 3. kompanii 101. batalionu policyjnego. W dłoni trzymała pejcz i okładała nim czekających na transport do obozu śmierci w Treblince. Zdecydowała się dołączyć do podwładnych męża rankiem, gdy ruszali na akcję, ubrała się odpowiednio i bez słowa wpakowała do ciężarówki. Nie wiedziała, że jest w drugim miesiącu ciąży.Członkowie batalionu policyjnego czuli się trochę nieswojo, że żona ich dowódcy pokazuje im, jak mają traktować Żydów. No i czy kobieta powinna uczestniczyć w wywózce Żydów do obozu śmierci? Krążąca między przerażonymi ludźmi Wohlauf czuła się znakomicie. I dopiero później, gdy wyszło na jaw, że jest w ciąży, przełożeni męża się wściekli. Nie, nie dlatego, że przeszkadzała w akcji, lecz dlatego, że naraziła życie swego niemieckiego dziecka. Dodajmy, że tamtego dnia w Międzyrzecu Niemcy zamordowali lub wysłali do gazu setki żydowskich dzieci.Z takich historii składają się „Furie Hitlera”, książka Wendy Lower, amerykańskiej historyczki związanej z waszyngtońskim Muzeum Holocaustu, która od lat bada udział kobiet w zbrodniach III Rzeszy. W tej książce Lower stawia tezę, że choć Niemki nie nosiły mundurów, to jednak mają krew na rękach – tak jak ich ojcowie, mężowie czy bracia.To, że zbrodnie popełniali nie tylko mężczyźni, wiemy nie od dziś – po wojnie na szubienicach skończyły okrutne strażniczki obozowe Irma Grese czy Maria Mandl. Na karę śmierci skazana została Ilse Koch, żona komendanta Buchenwaldu i zarazem nadzorczyni tamtejszego obozu kobiecego, ale ostatecznie Amerykanie zamienili jej wyrok na dożywocie. Miała przydomek „Ilse-Abażur”, bo kazała wyrabiać abażury ze skóry więźniów. Herty Oberheuser, lekarki z obozu Ravensbrück, która przeprowadzała pseudomedyczne eksperymenty na więźniarkach, amerykański sędzia nie wysłał na szafot jak innych zbrodniczych lekarzy, lecz tylko skazał ją na 20 lat. Uwierzył lekarce, że przecież kobieta nie mogła być tak brutalna, jak twierdzili świadkowie. Oberheuser odsiedziała jedynie pięć lat, a później wróciła do zawodu, który wykonywała w zachodnich Niemczech. Wendy Lower przypuszcza, że wymienione wyżej zbrodniarki nie były wyjątkami. Przez front wschodni i jego zaplecze przewinęło się pół miliona Niemek i Austriaczek – sanitariuszek, telegrafistek, sekretarek, żon oficerów SS – a wiele z nich wzięło udział w zbrodniach, chociażby w charakterze „zaciekawionych obserwatorek”.Przez „Furie” przewijają się również takie postaci jak pielęgniarka Pauline Kneissler uczestnicząca w programie eutanazji ludzi nieuleczalnie chorych. Na początku wojny, jeżdżąc po niemieckich szpitalach, wyszukiwała pacjentów uznanych za „niewartych życia”, których następnie przewożono do ośrodka w zamku w Grafeneck i mordowano w komorze gazowej. – To nie jest takie złe. Śmierć od gazu nie boli – mówiła Kneissler, obejrzawszy przez judasza, jak tlenek węgla zabija pacjentów.

Lower pisze też o Josefine Krepp, sekretarce z wiedeńskiego gestapo, która wyszła za mąż za oficera SS. W 1942 r. wyjechała z nim na podbitą Ukrainę i niedługo po urodzeniu dziecka zobaczyła na targu kilka słaniających się z głodu żydowskich dziewcząt. Podwładnemu męża z miejsca poleciła je zastrzelić, a identyczny rozkaz wydała też wtedy, gdy do miasta przywieziono grupę Romów. Znajdowała wielką przyjemność w chłostaniu Żydów pejczem i fotografowaniu ich przerażonych twarzy; potrafiła zakatować na śmierć żydowskie dziecko na oczach jego matki.

Udział kobiet w zbrodniach III Rzeszy jest frapujący także dlatego, że Niemcy Hitlera starały się sprowadzić kobiety do roli matek i gospodyń domowych. Partia nazistowska już u swojego zarania sprzeciwiała się równouprawnieniu kobiet wprowadzonemu w czasach Republiki Weimarskiej. – Mężczyznom należy zostawić to, co należy do mężczyzn – mówił w 1933 r. Joseph Goebbels, główny propagandzista Hitlera. Führer twierdził wprawdzie, że kobieta toczy w domu taką samą walkę jak żołnierz na froncie, bo „każde dziecko, które wydaje na świat, to bitwa, bitwa toczona dla przetrwania narodu”. Ale gdy objął władzę, równouprawnienie się skończyło. Kobietom zabroniono udziału w polityce, uczennice zniechęcano do kontynuowania nauki po zdaniu matury. Protestów nie było, zresztą dla wielu niemieckich mieszczek równouprawnienie wydawało się czymś dziwnym.

W III Rzeszy dużą rolę odegrało tylko kilka kobiet, w tym żona Goebbelsa Magda, która w pewnym okresie nieoficjalnie pełniła funkcję pierwszej damy przy nieżonatym Hitlerze. Z uprzywilejowanej pozycji korzystały też reżyserka Leni Riefenstahl czy pilotka Hanna Reitsch, która jednak ze względu na płeć nie mogła należeć do Narodowo-Socjalistycznego Korpusu Lotniczego. Jednocześnie wiele tysięcy kobiet służących państwu niemieckiemu stało się zbrodniarkami, ale większość nigdy nie odpowiedziała za swe czyny.


„Furie Hitlera. Niemki na froncie wschodnim”
Wendy Lower, przeł. z angielskiego Barbara Gadomska
Czarne 2015

W ”Ale Historia” czytaj też:

Gilles de Rais: marszałek Francji i seryjny morderca
Był francuskim bohaterem narodowym, towarzyszem broni Joanny d’Arc, sławnym wojownikiem, magnatem i dygnitarzem. Ale prowadził też drugie życie. Mroczne

Długi cień gułagu
„Gułag nadal istnieje w mentalności społeczeństwa rosyjskiego, w jego niewolniczych zachowaniach, w zgodzie na propagandę i kłamstwo, w obojętności na przestępstwa i zbrodnie, także te, których dopuszcza się państwo” – pisze Siergiej Kowaliow we wstępie do niezwykłego albumu „Gułag” fotografa i dziennikarza Tomasza Kiznego

Archipelag Gułag w obiektywie Tomasza Kiznego
Z okazji premiery albumu „Gułag” Tomasza Kiznego przygotowaliśmy wraz z magazynem „Ale Historia” i „Gazetą Wyborczą” interaktywny materiał o stalinowskim aparacie represji. Nałożone na mapę historyczne zdjęcia i kadry z radzieckich kronik pokazują skalę koszmaru przez który – jak szacują historycy – przeszło 15-18 mln osób

Armand Hammer: ulubiony milioner Lenina
Należy do najbardziej tajemniczych postaci minionego stulecia, poznał osobiście wszystkich przywódców ZSRR, poczynając od Lenina, a na Gorbaczowie kończąc. Na przyjaźni i handlu z Sowietami zarobił grube miliony

W kolejce do kolejki
Kiedy nad ranem „rzeźnia” zatrzymywała się na zakopiańskim peronie, zdarzało się, że całkiem sporo wykończonych podróżą narciarzy prosto z dworca PKP gnało na pobliski dworzec PKS, stamtąd zaś do Kuźnic, by zająć dobre miejsce w kolejce do kolejki na Kasprowy Wierch. I od razu poczuć smak najlepszej góry w PRL-u

„Piłsudski”: brat „Batorego”
Pasażerowie nie mieli wprost słów zachwytu, twierdząc, że „Piłsudski” płynął niczym łabędź po wielkich oceanach – pisał po jego trzecim rejsie dyrektor spółki Gdynia-Ameryka Linie Żeglugowe. Nie wszystko jednak poszło dobrze, a „Piłsudski” nie okazał się szczęśliwym statkiem jak jego bliźniak „Batory”

wyborcza.pl/alehistoria

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: