Lis (13.04.15)

 

964 ofiary zbója z Frassberga

Sebastian Duda, 13.04.2015
XVII-wieczna rycina z Garnierem jako wilkołakiem, z prawej - okładka książki Caspara Herbera z 1581 r. opisującej zbrodnie Gnipperteingi

XVII-wieczna rycina z Garnierem jako wilkołakiem, z prawej – okładka książki Caspara Herbera z 1581 r. opisującej zbrodnie Gnipperteingi (Fot. Archiwum)

W drugiej połowie XVI w. okropieństwa popełniane przez seryjnych morderców tłumaczono sobie jako skutek paktowania z diabłem. Christman Gnipperteinga mógł być pierwszym zwyrodnialcem, którego zbrodni nie wiązano z działaniem szatana.
W ostatnim tygodniu maja 1581 r. w miasteczku Bergkessel, które historycy identyfikują dziś ze znanym centrum winiarskim Bernkastel-Kues położonym niedaleko Cochem nad Mozelą, zjawiła się młoda kobieta. Z początku nie wzbudziła zainteresowania, była podobna do kobiet z okolicznych wiosek wykłócających się z przekupkami na targu o ceny warzyw czy naczyń. Jednak w pewnym momencie na widok dzieci bawiących się przy rynsztokach nieznajoma zalała się łzami i padła na kolana. Lament wspartej na kamieniu przy bramie jednego z domostw przyciągnął ciekawskich, którzy usłyszeli jej żarliwą modlitwę: „Boże wszechmogący! Ty, który znasz wszystko, wiesz także o przysiędze, którą złożyłam, że nie mogę tego wyjawić nikomu z ludzi. Dlatego będę zanosić się płaczem nad moim losem – tu, przy tym kamieniu – nad moim nieszczęściem, które muszę znosić od siedmiu lat i o czym zaświadczyć mogę tylko moim ciałem i krwią”.

Ludzie próbowali ją pocieszać, pytali o powód żalu, ale nie chciała go wyjawić. Mówiła, że przysięgła przed Bogiem zachować swą gorzką tajemnicę. W końcu zaniepokojeni mieszczanie zaciągnęli kobietę przed oblicze burmistrza Bergkessel, a ten próbował ją uspokoić. Stwierdził, że jeśli tajemnica dotyczy kwestii życia bądź śmierci, to powinna ją czym prędzej wyjawić. Tak bowiem naucza Pismo Święte. Słowa burmistrza potwierdzili wezwani duchowni i kobieta zgodziła się mówić.

Seryjni mordercy [CZ. I]: Gilles de Rais: marszałek Francji i seryjny morderca

W niewoli zbója

Była córką bednarza w mieście Popert (dziś Boppard). Siedem lat wcześniej wyprawiła się do mieszkającego w Trewirze brata, ale po drodze napadł ją rozbójnik, który zabił służących, a jej związał ręce i zawlókł ją w odludne miejsce, do przestronnej pieczary urządzonej jak mieszkanie. W półmroku na skalnych ścianach mogła dostrzec zwierzęce skóry i wymyślne tapiserie, nie brakowało kufrów, stołów i krzeseł. Bandzior rzucił skrępowaną na posłanie i zgwałcił, tłumiąc krzyki ofiary grubymi łapskami, którymi zasłaniał jej usta.

Kiedy skończył, oświadczył płaczącej kobiecie, że nie zabił jej tylko dlatego, że mu się bardzo spodobała, i daruje jej życie, jeśli zgodzi się zostać jego służącą oraz kochanką i złoży przysięgę wierności. Przerażona zgodziła się i wzywając imienia Bożego, przyrzekła, że nigdy nie zdradzi gwałciciela. Odtąd przez siedem lat nie opuszczała jaskini.

Mężczyzna przedstawił się jako Christman, czyli dosłownie „człowiek Chrystusowy”. Pilnował jej jak oka w głowie, a przed wyruszeniem na rozbój za każdym razem przykuwał ją łańcuchem do skalnej ściany. W takiej pozycji czekała wiele godzin, a czasem nawet kilka dni, aż wróci z łupami, uwolni ją i każe ugotować strawę. W ciągu siedmiu lat porwana urodziła sześcioro dzieci. Musiała patrzeć, jak zaraz po narodzinach Christman dusi swoje potomstwo, a następnie – nie pozwalając matce pogrzebać dzieci – wiesza ciała na drągach mocowanych na zewnątrz pieczary. Gdy wiatr poruszał truchłami, bandyta się zaśmiewał, mówiąc przy tym: „Tańcz, moje drogie dziecko, tańcz! Twój ojciec Gnipperteinga dobry ci taniec urządził”. Bo – jak wyjaśniła kobieta – takie właśnie nazwisko nosił jej dręczyciel.

Schwytany i osądzony

Kobieta nie bardzo chciała powiedzieć, w którym dokładnie miejscu znajduje się kryjówka Gnipperteingi. Rządcy Bergkessel postanowili jednak wysłać ją tam z powrotem w okolice zwane Frassbergiem, gdzie znajdowało się wiele nieczynnych kopalni – burmistrz przypuszczał, że właśnie w jednej ze starych sztolni bandyta urządził sobie w pieczarze mieszkanie, o którym wspominała córka bednarza. Była to świetna baza do dokonywania napadów, bo wprawdzie pod koniec XVI w. Frassberg stanowił bezludną okolicę, ale krzyżowały się tam szlaki z nadreńskich miast do Trewiru, Metzu i Lotaryngii. Od lat w napadach ginęli tam ludzie, a poszukiwania sprawców nie przynosiły rezultatów.

Córkę bednarza namówiono, by powróciła do jaskini z workiem grochu – upuszczane ziarnka miały doprowadzić odsiecz do siedliska bandyty. 27 maja 1581 r. trzydziestu uzbrojonych po zęby mężczyzn trafiło w pobliże kryjówki. W tym czasie kobieta, która nieco wcześniej dotarła do pieczary, próbowała ukołysać oprawcę, iskając mu wszy z czupryny. Gdy Gnipperteinga zasnął, na znak dany przez kobietę do jaskini wtargnęli uzbrojeni mężczyźni, rzucili się na zbója, obili go, wykręcili mu ręce i skuli go łańcuchami. Kobieta znów zaczęła szlochać, a Gnipperteinga, spojrzawszy na nią z nienawiścią, rzucił: „Ty dziwko wiarołomna! Gdybym tylko wiedział, że mnie zdradzisz, zadusiłbym cię, ścierwo, dawno temu”.

W pieczarze znaleziono liczne łupy, w tym beczki wina, połcie suszonego i solonego mięsa, zbroje, pistolety, armaty, a w jednym z kufrów – biżuterię i złote monety. Jego zawartość wyceniono na ponad 70 tys. guldenów, czyli sumę odpowiadającą mniej więcej rocznym obrotom targu w Bergkessel. W jaskini znajdował się także sporządzony przez Gnipperteingę spis morderstw z opisem łupów i najcenniejszych skradzionych przedmiotów (morderca zaczął spis od pierwszego zabójstwa popełnionego 13 lat wcześniej, w 1568 r.). Wynikało z niego, że w tym czasie zamordował 964 osoby, co bandzior w trakcie procesu w Bergkessel potwierdził i nadmienił jeszcze, że po tysięcznym zabójstwie zamierzał zaprzestać krwawego procederu.

W trakcie przesłuchań nie zdołano wyjaśnić, czy jedynym motywem Gnipperteingi była chciwość, ustalono natomiast, że pochodził on z miejscowości Kerpen (ok. 40 km na południowy zachód od Kolonii), a jego rodzice najpewniej również trudnili się rabunkami i rozbojami. Być może Gnipperteinga wychował się w wędrownej szajce przestępców.

17 czerwca 1581 r. został skazany na śmierć. Nie zarzucono mu – co nie było wówczas zbyt typowe w postępowaniach karnych – kanibalizmu i kontaktów z demonami. Łamanie kołem ciągnęło się przez kolejnych dziewięć dni, a skazańca codziennie pojono wzmacniającą miksturą, by za prędko nie umarł. 26 czerwca 1581 r. Gnipperteinga wyzionął ducha, a jego poćwiartowane szczątki rozrzucono po okolicznych lasach zwierzętom na pożarcie.

Seryjni mordercy [CZ. II]: Wilkołak z Bedburga

Prawda czy bajka?

Wielu współczesnych historyków powątpiewa, czy ta historia wydarzyła się naprawdę. Większość informacji o zbrodniach Gnipperteingi oraz o jego procesie pochodzi z pamfletu niejakiego Caspara Herbera zatytułowanego „Erschröckliche newe Zeytung. Von eine Mörder Christman genandt”, czyli „Straszne nowe wiadomości o mordercy nazywającym się Christman”, opublikowanego w Moguncji na początku lata 1581 r. Czyli niedługo po domniemanej egzekucji.

Jednak literacki motyw zbója mieszkającego w jaskini i wykorzystującego seksualnie pojmane kobiety przewija się przez różne dokumenty i opowieści datowane wcześniej. Podobne historie można znaleźć w średniowiecznych sagach skandynawskich, a wydaje się, że już w XIV w. były one charakterystyczne dla folkloru różnych regionów niemieckich. W Dolnej Saksonii opowiadano np. o niejakim Lippoldzie, a nawet wskazywano pieczarę, w której podobno się ukrywał.

Z kolei przekazy XVII-wieczne wspominają o „Czarnym Fryderyku”, który ponoć prowadził zbrodniczą działalność w okolicach Legnicy. Miał porywać dziewczęta do swej kryjówki. Jeszcze inne źródła wspominają o złodzieju Vietingu z Meklemburgii oraz o braciach Dannielu i Görtemicheelu, którzy mieli więzić w jaskini i przez wiele lat wykorzystywać seksualnie nieznaną z imienia kobietę. Zniewolonej udało się zbiec po siedmiu latach. We wszystkich wymienionych wersjach tej historii kobieta doprowadza strażników do siedliska bandytów, wysypując na drodze ziarnka grochu lub zbóż.

W kontekście opowieści Caspara Herbera o Gnipperteindze najbardziej zastanawiająca jest północnoniemiecka historia o złodzieju Papedöne, o którym w 1578 r. w Szlezwiku–Holsztynie także ukazał się pamflet. Mężczyzna ten co prawda nie przetrzymywał kobiet w jaskini, ale związał się z niewiastą, która go zdradzała, i kiedy Papedöne to odkrył, postanowił się zemścić – mianowicie udusił dwóch ich synów, a ciała zawiesił na gałęzi. Gdy kobieta wróciła, zobaczyła, jak Papedöne popycha kołyszące się na wietrze ciała, śpiewając przy tym: „So danzet, so danzet, my levesten Söhne, Dat danzen hat macket ju Vater Papedöne” („Tak zatem tańczcie, moi synkowie, wasz tatuś Papedöne sprawił wam ten taniec”). Jak pamiętamy, ten sam motyw występuje w relacji Caspara Herbera opisującej zbrodnie Gnipperteingi. Czy zatem jego historia jest tylko kolejną wersją baśniowych opowieści o okrutnych złodziejach-zabójcach?

Seryjni mordercy [CZ. III]: „Peter Niers: najgorszy zabójca doby reformacji”

Mnich z Saint-Bonnot

Joy Wiltenburg specjalizująca się w badaniu zbrodni popełnianych w XVI w. uważa, że Christman Gnipperteinga to bez wątpienia postać historyczna. Jej zdaniem w tamtym stuleciu nie tylko w Niemczech, lecz także w innych krajach daje się zauważyć wyraźny wzrost przestępczości spowodowany ciągnącymi się przez lata wojnami religijnymi i związaną z nimi demoralizacją. Ponadto dzięki wynalezieniu druku po Europie krążyły najrozmaitsze przekazy na temat morderców, które cieszyły się wielką popularnością niczym współczesne nam kryminały. Z czasem, dla zysku i sławy, autorzy tych relacji zaczęli je ubarwiać mniej lub bardziej wiarygodnymi wstawkami. Nie znaczy to jednak – sądzi Joy Wiltenburg – że ich opowieści (nawet jeśli poszczególne motywy powtarzano w różnych kontekstach geograficznych i społecznych) zostały wyssane z palca.

Na szczególną uwagę zasługuje motyw samotnego zbrodniarza i jego kryjówki. Jeden z pierwszych znanych przekazów na temat tego typu mordercy pojawił się w 1573 r. Była to szeroko komentowana w ówczesnej Europie opowieść o „mnichu z Saint-Bonnot” a chodziło o zakonnika Gilles’a Garniera, eremitę mieszkającego w pustelni nieopodal miasta Dole, ówczesnej stolicy francuskiej prowincji Franche–Comté. Garnierowi z czasem najwyraźniej znudziło się pustelnicze życie, bo zaczął się oglądać za kobietami i najpewniej na początku 1572 r. ożenił się, a małżonkę zabrał do eremu.

Kiedy wkrótce w okolicach Dole zaczęły ginąć dzieci, władze miasta ogłosiły, że to sprawka demona i jego ziemskich współpracowników, co odpowiadało duchowi epoki. Poreformacyjne spory religijne wzmogły zainteresowanie diabłem i jego sprawkami, znacznie częściej niż w poprzednim stuleciu pojawiały się więc oskarżenia o opętanie i czary. Wspomnijmy w tym miejscu, iż wielu przestępców i zabójców wierzyło, że kontakty z szatanem i wykonywanie jego poleceń mogą im przynieść niemałe sukcesy.

Zapewne tak mógł myśleć też Gilles Garnier. Po ślubie szybko stało się dla niego jasne, że trudno mu będzie utrzymać małżonkę, która coraz częściej narzekała na biedę piszczącą w pustelni i kłóciła się z mężem, zarzucając mu mnisze nieudacznictwo. Co się działo dalej, były mnich wyznał już na torturach.

Późną jesienią 1572 r. został aresztowany i osądzony w Dole. Niektórzy świadkowie przysięgali przed sądem, że widzieli byłego eremitę leżącego z zabitym dzieckiem przy leśnym gościńcu nieopodal Dole. Oskarżenia szybko zaczęły się mnożyć i w końcu torturowany Garnier przyznał się do zabicia kilkorga dzieci.

Jak zeznał, pierwszą ofiarą była dziesięcioletnia dziewczynka, którą w październiku 1572 r. zwabił do winnicy nieopodal Dole, udusił, a następnie rozebrał i przystąpił do wyrywania zębami mięsa z jej ud i ramion. Na koniec wyszarpał kawał mięsa z ciała dziecka i przyniósł je do domu, a żona przyrządziła kilka posiłków, nie wiedząc, co gotuje. Garnier zapewnił ją, że wszedł w intratny interes z rzeźnikiem z Dole. Miał mu on oddawać skóry, z których były mnich i jego żona mieli wykonywać kaftany w zamian za mięso. Wprawdzie skóry będą gotowe do szycia dopiero zimą, ale już jesienią rzeźnik zobowiązał się do regularnego wydawania zaliczki w postaci połci mięsa. Żona przyjęła te słowa za dobrą monetę, choć potem zeznała przed sądem, że odkąd wyszła za mąż za Garniera, niewolił ją i nie pozwalał jej opuszczać eremu.

Po pewnym czasie Garnier zaatakował na skraju lasu dziewięcioletnią dziewczynkę, którą mocno pogryzł i poranił, ale jej krzyki zaalarmowały ludzi przypadkowo przebywających w lesie. Widząc, co się święci, porzucił ofiarę i zbiegł, ale dziecka nie udało się uratować i zmarło po kilku dniach. W listopadzie zabił dziesięcioletniego chłopca, a następnie zjadł mięso wycięte z brzucha i ud. Jedną z nóg odrąbał, podsmalił na ogniu i zaniósł żonie do domu. Kolejną ofiarą miała być dwunastoletnia dziewczynka, ale nie zachowały się szczegółowe informacje o tym mordzie.

Garnier nie był sądzony przez inkwizycję, co oznacza, że nie przyznał się (przynajmniej przed torturami) do paktowania z diabłem. Sędziowie trybunału świeckiego w Dole nie potrafili sobie wyobrazić, że takie zbrodnie mogły zostać popełnione bez diabelskiej inspiracji, i na torturach pytali zabójcę, czy rozmawiał z diabłem. Po pewnym czasie przyznał, że próbował zawrzeć z nim układ i że po jednej z licznych kłótni z żoną poszedł do lasu, gdzie spotkał złego ducha. Ten ofiarował mu maść, dzięki której Gilles mógł się przemieniać w wilka, co miało mu ułatwić polowanie na dzikie zwierzęta. Ale diabeł zwiódł Garniera – zdawało mu się, że upolował sarnę bądź jelenia, a w rzeczywistości mordował dzieci, z czego długo miał nie zdawać sobie sprawy. Tym tłumaczeniom sędziowie dali wiarę. 18 stycznia 1573 r. Gilles Garnier został spalony na stosie za „wilkołactwo” i „czarownictwo”.

Polowanie na czarownice

Wzorzec Gnipperteingi

Zdaniem Joy Wiltenburg tłumaczenie działań seryjnych morderców jako skutku paktowania z diabłem jest charakterystyczne dla II połowy XVI w. Nie istniały jeszcze psychologiczne pojęcia osobowości „socjopatycznych” czy „zdegenerowanych”, więc potworność zbrodni tłumaczono wpływem szatana. Do takich konstatacji dokładano krążące od średniowiecza opowieści o ludziach zmieniających się w wilki, kanibalizmie (nie tak znów rzadkim podczas epidemii głodu) czy porywaniu dzieci. Proces byłego mnicha pokazał, jak takie i podobne im tropy prowadziły do manipulacji w akcie oskarżenia. Garnier najpewniej dopuścił się strasznych zbrodni, ale by go skazać, sędziowie musieli przypisać jego czynom demoniczną inspirację.

W przypadku procesu Gnipperteingi stało się inaczej, co według Wiltenburg dowodzi, że był postacią historyczną i rzeczywiście dopuścił się wielu morderstw. Liczba 964 ofiar może być przesadzona, ale istotne jest to, że w jego zabójstwach sędziowie nie dopatrzyli się wpływów diabła. Nikt nie oskarżał go o czary. Byłby zatem pierwszym seryjnym mordercą, którego zbrodniom przypisano wyłącznie ludzkie motywy (dopiero w XVII w. zaczęły się pojawiać ludowe opowieści o paktującym z diabłem Gnipperteindze). Jak twierdzi Joy Wiltenburg, XVI w. był epoką, w której pojawił się w środowiskach przestępczych wzorzec seryjnego mordercy. Przypadki Garniera i Gnipperteingi wskazują, że za seriami łupieżczych mordów nie musiały stać gangsterskie szajki. Procederem tym trudnili się także przestępcy stroniący od ludzi, którym do szczęścia potrzebne były mordy i zniewolone kobiety do uprawiania seksu.

Korzystałem m.in. z książek: Joy Wiltenburg, „Crime and Culture in Early Modern Germany”, Waszyngton 2012; Monika Spicker-Beck, „Räuber, Mordbrenner, umschweifendes Gesind. Zur Kriminalität im 16 Jahrhundert”, Fryburg 1995

W ”Ale Historia czytaj też:

Rugi pruskie
Między 1885 a 1886 r. ze wschodnich prowincji Niemiec Prusacy wysiedlili około 30 tys. poddanych cara Aleksandra III i cesarza Franciszka Józefa I, Polaków i Żydów. Kanclerzowi Bismarckowi chodziło o powstrzymanie żywiołu polskiego w Rzeszy, ale niewiele zdziałał

Czarny rynek PRL-u
Pokątny handel, zwany czarnym rynkiem, nie zaczął się w Polsce ani za PRL-u, ani podczas okupacji, lecz znacznie wcześniej. Po raz pierwszy rozkwitł w czasie I wojny światowej, gdy Rosjanie wprowadzili prohibicję, a Niemcy – kartki. Z prof. Jerzym Kochanowskim rozmawia Adam Leszczyński

Icchak „Antek” Cukierman: człowiek, który zrobił więcej, niż było możliwe
„W latach Zagłady byłem jak cyrkowiec idący po cienkiej linie i niespadający na arenę” – napisał we wspomnieniach Icchak Cukierman, jeden z dowódców Żydowskiej Organizacji Bojowej w warszawskim getcie

Most Brookliński: jak powstawał jeden z symboli Nowego Jorku
Budowano go przez 14 lat prawie bez użycia maszyn. Powstała najdłuższa wówczas przeprawa na świecie, ale to przedsięwzięcie kosztowało życie i zdrowie setek robotników. Niewielu chciało pracować dłużej niż miesiąc

Tajemnica „Anody”
Wydawałoby się, że o historii Jana Rodowicza ps. „Anoda”, jednego z największych bohaterów konspiracji akowskiej w Warszawie, nic nowego nie da się już napisać. A jednak tę książkę przeczytałem z wielkim zainteresowaniem

wyborcza.pl

Nigdy nie jest za późno [ARCHIWALNY WYWIAD Z GÜNTEREM GRASSEM]

Rozmawiała Anna Rubinowicz, 13.04.2015
W poniedziałek rano zmarł Günter Grass, jeden z najwybitniejszych niemieckich pisarzy XX wieku, laureat Literackiej Nagrody Nobla. Na zdjęciu: Günter Grass w Gdańsku, 2007 rok

W poniedziałek rano zmarł Günter Grass, jeden z najwybitniejszych niemieckich pisarzy XX wieku, laureat Literackiej Nagrody Nobla. Na zdjęciu: Günter Grass w Gdańsku, 2007 rok (Fot. Rafa Malko / AG)

Gdybyśmy chcieli zgłaszać roszczenia terytorialne w zależności od tego, gdzie byli Słowianie i Germanie przed dwoma tysiącami lat, to wylądujemy w sytuacji takiej jak na Bałkanach albo na Bliskim Wschodzie – mówił Günter Grass* w rozmowie z Anną Rubinowicz
Archiwalny wywiad z Günterem Grassem, pierwotnie opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 6 lipca 2002 r. Günter Grass zmarł 13 kwietnia. Miał 87 lat. Anna Rubinowicz: Bundestag dyskutuje w tych dniach o utworzeniu Centrum przeciw Wypędzeniom, które miałoby być muzeum przymusowych przesiedleń w Europie w XX w. Kiedy dwa lata temu szefowa Związku Wypędzonych Erika Steinbach wystąpiła z tym pomysłem, powszechnie go zignorowano. Dziś jednak zdaje się panować powszechna zgoda co do samej idei, spór dotyczy natomiast treści i lokalizacji muzeum – w Berlinie, jak chce Związek Wypędzonych oraz CDU/CSU, czy też może we Wrocławiu, jak proponuje poseł SPD Markus Meckel oraz polscy publicyści Adam Michnik i Adam Krzemiński. A co Pan sądzi o tym pomyśle?Günter Grass: Kiedy Michnik i Krzemiński opublikowali swój apel, ich pomysł od razu przypadł mi do gustu i napisałem do kanclerza Schrödera list z prośbą o poparcie ich inicjatywy. Bardzo dobrze, że Polska – kraj, który od Niemców i Rosjan doznał wypędzeń, ale który również sam wypędził Niemców – chce się zmierzyć z tym tematem. Jednak trzeba to widzieć szerzej niż tylko w kontekście polsko-niemieckim.

Wiek XX był istotnie stuleciem wypędzeń. Zaczęło się bardzo wcześnie, od sporów między Grekami a Turkami, od masakry Ormian dokonanej przez Turków, przy czym Turcy po dziś dzień nie chcą tego tak traktować. Ciągiem dalszym były wydarzenia w czasie II wojny światowej. Te zbrodnie rozpoczęli Niemcy i potem spadły one na nich z powrotem. Podkreślam jednak, że każde wypędzenie jest bezprawiem. Tylko że nie możemy teraz prowadzić rozliczeń, lecz jako Niemcy musimy przyznać, że to my zaczęliśmy i ta krzywda potem do nas wróciła.

Dobrze, że chce się to udokumentować i uważam Wrocław za dobrą lokalizację, ale centrum musi być ogólnoeuropejskie, bo nie jest to sprawa wyłącznie polska lub niemiecka, lecz europejska. Widzimy, co się dzieje na Bałkanach – to kontynuacja tego pseudorozwiązywania problemów, jakim są czystki etniczne. Kraje, które tego dokonały, potem cierpią. Wielu Polaków mówiło mi, że Polska jako państwo wielonarodowościowe z Niemcami, Ukraińcami, Żydami i innymi mniejszościami była kulturalnie o wiele ciekawsza niż jako społeczeństwo jednolite. Wypędzenia prowadzą do nudnego uproszczenia. To, co ważne, rodzi się z przemieszania i zderzenia różnorodności.

Takie centrum musi to wszystko przedstawić, pokazać długofalowe skutki wypędzenia mniejszości. Tu dygresja o wielkim osiągnięciu Niemiec, jakim była integracja przybyszów – po wojnie było ponad 12 mln wypędzonych Niemców, głównie z Polski i Czechosłowacji. Na szczęście nie popełniliśmy błędu, jakim byłoby trzymanie ich w obozach dla uchodźców. Moi rodzice, którzy zostali wypędzeni z Gdańska, dostali nakaz zakwaterowania w zachodnich Niemczech, u nadreńskiego chłopa. Gospodarzom, bigoteryjnym katolikom, wcale się to nie podobało. Tej strasznej zimy z 1945 na 1946 rok, kiedy nie było czym palić w piecu, moi rodzice mieszkali w komórce przy oborze, w której normalnie gotowało się strawę dla bydła; wszyscy w jednej izbie, na gołej ziemi. Na skargi słyszeli tylko: „Wynoście się, skąd przyszliście”. A jednak umieszczenie ich tam było słuszną decyzją, bo trzymanie uchodźców w obozach zakonserwowałoby resentymenty – obserwujemy to dziś na Bliskim Wschodzie, gdzie państwa arabskie i Izraelczycy popełnili błąd, nie integrując palestyńskich uchodźców w społeczeństwach innych państw arabskich. Centrum dokumentacyjne o losach wypędzonych, jeśli któregoś dnia powstanie we Wrocławiu, musi opowiadać także o tym – o politycznych skutkach błędnego obchodzenia się z uchodźcami.

Historia stworzyła fakty, które są nieodwracalne. Niemcy wywołali wojnę, prowadzili ją w sposób zbrodniczy i stracili swe prowincje wschodnie. Hitler zawarł ze Stalinem pakt, który antycypował przesunięcie Polski na zachód. Polska też przeżyła wypędzenia i dobrze wiem, jak trudno było Polakom z Grodna, Wilna czy ze Lwowa osiedlić się w Gdańsku, Szczecinie, we Wrocławiu czy na Śląsku, jak niepewnie się tam czuli. Podobnie czuli się moi krewni – latami żyli na walizkach, bo kanclerz Adenauer obiecywał im, że któregoś dnia wrócą w strony rodzinne. Te wszystkie kłamstwa i resentymenty zbudowane po obu stronach – także po stronie polskiej – trzeba udokumentować. I oczywiście zbrodnie – niemieckie, ale i polskie. Bo podczas wypędzeń popełniano zbrodnie zarówno w Czechosłowacji, jak i w Polsce. Dziś dzieli nas od tego dystans wielu dziesięcioleci i powinniśmy skorzystać z tej wolności i poinformować o tym pokolenia, które później przyszły na świat. Ale nie po to, aby budzić resentymenty, nie po to, by dokonywać rozliczeń, kto popełnił więcej bezprawia. To jesteśmy winni ofiarom po obu stronach – czcić ich pamięć i mówić o tych wydarzeniach.

Skąd wziął się w Niemczech ten renesans zainteresowania historią wypędzenia? Widać go po debacie w Bundestagu, po wielkim sukcesie czytelniczym Pańskiej nowej książki „Pełzając rakiem”, poświęconej zatopieniu statku „Wilhelm Gustloff” z niemieckimi uchodźcami w 1945 r., widać po popularności telewizyjnych seriali dokumentalnych i cyklu artykułów „Spiegla” o wypędzeniu.

– Pomówmy o mojej książce. Ten materiał miałem „na warsztacie” od dziesięcioleci. „Gustloff” po raz pierwszy pojawia się w „Psich latach”, potem raz jeszcze w „Szczurzycy”. Ale jakoś bałem się tego tematu i nie miałem pomysłu, jak uchwycić go literacko. Spodobał mi się dopiero – oczywisty przecież – chwyt, aby to Tulla Pokriefke z „Kota i myszy” i „Psich lat”, która rzekomo zginęła na „Gustloffie”, przeżyła katastrofę.

Reakcja czytelników pokazuje, że miałem rację, pisząc tę książkę. Na spotkania autorskie przychodzą wszystkie trzy pokolenia, które pojawiają się w książce: Tulla Pokriefke, teraz po siedemdziesiątce, jej syn Paul, urodzony podczas katastrofy statku, i jego syn Konrad, zwolennik skrajnej prawicy. Oni wszyscy przychodzą na odczyty i wszyscy kupują książkę, choć kierują się różnymi motywami. Najstarsi chcą usłyszeć swą historię, o której się do tej pory nie mówiło. Średnie pokolenie, które bało się o to pytać rodziców, choć coś przeczuwało. I najmłodsi, którzy w ogóle nic o tym nie wiedzą, i w książce szukają informacji.

Co tak Pana przez lata onieśmielało w temacie wypędzenia? Czy był to strach przed własnym bólem?

– Wiedziałem, że są organizacje wypędzonych, że grozi mi, że zostanę opacznie zrozumiany. Z biegiem lat w Polsce rosła jednak gotowość do odrzucenia nacjonalistycznej tezy o odzyskaniu w 1945 r. „odwiecznie polskich” ziem na zachodzie, teza propagowana nie tylko przez komunistycznych nacjonalistów, ale i przez Kościół katolicki. Była tak samo głupia jak stanowisko niemieckich nacjonalistów. Gdybyśmy bowiem chcieli zgłaszać roszczenia terytorialne w zależności od tego, gdzie byli Słowianie i Germanie przed dwoma tysiącami lat, to wylądujemy w sytuacji takiej jak na Bałkanach albo na Bliskim Wschodzie.

W 1970 r. razem z Siegfriedem Lenzem, pisarzem pochodzącym z Prus Wschodnich, towarzyszyliśmy Willy’emu Brandtowi podczas podpisania traktatu uznającego granicę na Odrze i Nysie Łużyckiej. Była to dla mnie bardzo ważna data i bardzo bolesne przeżycie, bo głowa zaakceptowała tę linię graniczną, ale uczucia nie. Kwestia winy i odpowiedzialności za to, że straciliśmy te ziemie, jest jednak oczywista, co nie znaczy, że my, Niemcy, mielibyśmy zrezygnować z kulturalnej spuścizny tych regionów. Powinniśmy za to razem z Polakami traktować to jako coś wspólnego. To szansa, jaka dziś przed nami stoi. Jesteśmy to winni młodemu pokoleniu.

W książce krytykuje Pan swoje pokolenie za tę nieśmiałość, za milczenie o cierpieniach własnego narodu.

– Tak, bo sam zadałem sobie pytanie: „dlaczego nie napisałeś o tym wcześniej?”. Bo powinienem był to zrobić wcześniej. Ale kiedy zabrałem się do pisania, wiedziałem, że czas dojrzał do tego, że także po polskiej stronie są ludzie, którzy nie zrozumieją tej książki opacznie, lecz którzy mówią: „Tak, musimy się przyznać do tego, co czyniliśmy z przesadną brutalnością. Nie możemy zapominać, że podczas wysiedleń zginęły setki tysięcy ludzi. Tego nie można przemilczać. To był brutalny akt, który miał swoje przyczyny”.

Czy rzeczywiście wypędzenia były latami przemilczane w Niemczech?

– W Niemczech zachodnich nie było zakazu pisania o tym, ale pozostawiono ten temat organizacjom wypędzonych.

Dlaczego niemiecka lewica oddała ten temat?

– Lewica w Niemczech skupiała się nie bez przyczyny na niemieckiej winie. To był nasz temat. Po części sami go odkryliśmy, po części został nam zadany z zewnątrz, zresztą słusznie. To wszystko było słuszne, ale zbyt jednostronne. O wypędzeniu wspomniałem już w „Blaszanym bębenku”, także o okrucieństwach armii radzieckiej. Ale do tej pory nie stało się to wielkim tematem moich książek. Teraz mogę to nadrobić, bo na szczęście żyję dostatecznie długo. Nigdy nie jest za późno, by o tym pisać.

Ale temat wypędzeń wraca teraz nie tylko w literaturze czy debacie historycznej lub jako problem etyczny, lecz również jako postulat polityczny. Trwa ostry spór między Niemcami a Czechami o dekrety Benesza w kontekście rozszerzenia Unii Europejskiej, dyskusja zahacza też już o Polskę.– Czy to może kogoś dziwić? Nacjonaliści są wszędzie, także w Polsce. Ja mogę na to tylko odpowiedzieć, że jeśli Niemcy sudeccy lub pani Steinbach jako przedstawicielka organizacji wypędzonych uważają za stosowne żądać materialnego zadośćuczynienia od Polski lub byłej Czechosłowacji, to jest to zaproszenie, aby Polska i Czechy otworzyły rachunek zniszczeń wojennych. Ten rachunek będzie straszny. Jeśli teraz zaczniemy wystawiać sobie rachunki, to nigdy się to nie skończy.Problem polega jednak na tym, że mówią o tym także politycy najwyższego szczebla w Niemczech.

– O, przepraszam – obecny rząd federalny sprzeciwia się temu zdecydowanie i mogę tylko mieć nadzieję, że ten rząd pozostanie u władzy po wyborach, bo nie mogę gwarantować, co przyjdzie do głowy panu Stoiberowi, gdyby został kanclerzem. Nieodpowiedzialne obietnice, jakie składa on Niemcom sudeckim, to coś okropnego, ale ze strony kanclerza Schrödera ani Zielonych nigdy nie padło ani słowo sugerujące takie roszczenia.

Zupełnie inną sprawą jest to, czy uchylić dekrety Benesza. Można to zrobić, jasne, ale nie wolno wiązać z tym żadnych warunków. Jak się zresztą okazuje, w Polsce dekrety sankcjonujące wypędzenia zostały uchylone, choć nikt o tym nie wiedział ani w Polsce, ani w Niemczech. Dawno już trzeba było to ogłosić. I powiedzieć też Czechom: „Przyjaciele, myśmy uchylili te przepisy i to ani na jotę nie zmienia historycznych faktów”.

Życzyłbym sobie w tej debacie, która ma już zasięg europejski, aby Polacy się do niej włączyli, korygując argumentację Czechów. Czesi przeciągają strunę z powodu kampanii wyborczej, a Polska tylko się temu przygląda. Polacy mogliby np. spytać Czechów: „Czemu nie anulujecie dekretów Benesza?”. Owszem, były przyczyny, które doprowadziły do ich uchwalenia, gdyż obywatele czechosłowaccy pochodzenia niemieckiego nie zachowywali się lojalnie i dlatego zostali wydaleni. To fakt. Konrad Henlein [przywódca faszystowskiej Partii Niemców Sudeckich – red.] i jego ludzie występowali przeciwko państwu czechosłowackiemu. I to miało swoje przyczyny – postępowanie przedwojennej Czechosłowacji z mniejszościami było dalekie od doskonałości, zarówno jeśli chodzi o Niemców, jak i Węgrów. Także w Polsce nie traktowano Niemców wzorowo. Ale to nie wystarcza, by wyjaśnić późniejsze postępowanie Niemców wobec tych krajów. O faktach trzeba mówić jasno, bo inaczej wpadniemy znowu w pułapkę ideologii i zakłamania.

W związku z Pana książką wiele mówiło się w Niemczech o łamaniu tabu.

– W Niemczech zachodnich wypędzenia nie były tabu, ale we wschodnich tak. Wypędzonych nazywano eufemistycznie przesiedleńcami, tak jak w komunistycznej Polsce repatriantami. To język orwellowski – oczywiście oni wszyscy byli wypędzeni, wygnani z Wilna czy ze Lwowa, musieli wszystko zostawić, zostali wyrwani z korzeniami ze stron rodzinnych. W każdym życiorysie pozostawia to ślady. Nie wolno tego bagatelizować, mówiąc o przesiedleniach.

W Niemczech zachodnich nie było tabu, było wypieranie z pamięci. Poza tym ofiary nie chciały o tym mówić. Tak było z moimi rodzicami. Ból był za wielki. Byli też zbyt zajęci organizowaniem życia na nowo. Musieli zaczynać wszystko od początku. Niemcy z zachodu mieli przynajmniej domek albo krewnych, u których można było zamieszkać, jeśli straciło się dach nad głową pod bombami, podczas gdy wypędzeni nie mieli absolutnie nic. I tych 12 mln wypędzonych wyjaśnia, skąd się wziął niemiecki cud gospodarczy w latach 50.

Pomówmy o dzisiejszych Niemczech. Środowiskami politycznymi wstrząsnęła ostatnio debata wokół partii liberalnej FDP i wykorzystywania przez jej polityków antysemickich haseł w kampanii wyborczej. Wiceprzewodniczący FDP Jürgen Möllemann poparł pośrednio samobójcze zamachy palestyńskie w Izraelu, atakował premiera Szarona i niemieckiego prezentera telewizyjnego pochodzenia żydowskiego Friedmana, twierdząc, że to oni swoją polityką bądź zachowaniem wywołują w Niemczech antysemityzm. Afera trwała kilka tygodni, zanim szef FDP Guido Westerwelle przeciwstawił się swemu zastępcy. O co chodzi Möllemannowi?

– Poświęcanie mu zbyt wiele uwagi i czasu to dla niego zbytni honor. Möllemann nawet nie jest antysemitą, on to robi z czystego wyrachowania. Aby osiągnąć cel, który sobie i FDP wyznaczył – 18 proc. w wyborach do Bundestagu, chce zdobyć dla FDP głosy nowych niemieckich obywateli wyznania muzułmańskiego, wykorzystując ich rozzłoszczenie na politykę izraelską i solidarność z Palestyńczykami. To okropne, jak Möllemann wykorzystuje do swoich celów cierpienia i Palestyńczyków, i Izraelczyków. Ale to nie jest antysemityzm, lecz nieodpowiedzialna polityka. Czysty populizm.

Czy publiczność Möllemanna ogranicza się naprawdę do tej stosunkowo niewielkiej grupy muzułmańskich wyborców?

– To 700 tys. potencjalnych wyborców.

Ale czy Möllemann nie odpowiada też na podskórne nastroje, resentymenty w niemieckim społeczeństwie?

– Na pewno tak. We wszystkich krajach europejskich istnieje podskórny antysemityzm, który można obudzić nieodpowiedzialną gadaniną. W skrajnym przypadku można nawet doprowadzić do przemocy.

Chciałbym od razu parę słów powiedzieć o innej sprawie, o której też dużo się mówi ostatnio – nowej książce Martina Walsera „Śmierć krytyka” [właśnie ukazała się w Niemczech, ale już przed drukiem gazeta „FAZ” oskarżyła Walsera o antysemicki atak na popularnego krytyka literackiego pochodzenia żydowskiego Marcela Reicha-Ranickiego – red.]. Mój kolega po piórze Martin Walser, z którym często bardzo różnimy się w poglądach, nie jest antysemitą! Kampania przeciwko niemu, rozpętana przez „FAZ”, jest zniesławieniem. W całym dziele literackim Walsera ani też w przytaczanych przez „FAZ” cytatach z nowej książki nie znajdzie pani żadnej antysemickiej tezy. To wszystko zostało nadinterpretowane na siłę. To wstrętna kampania „FAZ” i Schirrmachera [Frank Schirrmacher, szef działu kultury tej gazety, autor ataku na Walsera – red.]. Nie mam pojęcia dlaczego. Może chciał, aby wzrósł nakład gazety? To ten sam Schirrmacher, który nie mógł się nachwalić dawnego przemówienia Walsera, które istotnie budziło wątpliwości.

Ale to przemówienie wygłoszone przez Walsera jesienią 1998 r. z okazji otrzymania Pokojowej Nagrody Niemieckich Księgarzy rozpętało debatę z ówczesnym przewodniczącym Centralnej Rady Żydów w Niemczech Ignatzem Bubisem.

– Ono też nie było antysemickie.

A zawarte w nim postulaty dotyczące obchodzenia się z nazistowską przeszłością Niemiec…

– Walser i wtedy, i teraz popełnił błąd, że nie napisał esejów na te tematy. Zamiast wygłaszać przemówienie, powinien był napisać esej o niedopuszczalnym wykorzystywaniu Auschwitz do aktualnej polityki, czyli o „przemyśle Auschwitz”. Są przykłady na wykorzystywanie Auschwitz jako „moralnej maczugi”, jak to nazwał. Kiedy brak argumentów w dyskusji, sięga się po Auschwitz. Niemców często szantażowano za pomocą Auschwitz – skoro macie to na sumieniu, nie powinniście się odzywać na taki czy inny temat.

Naturalnie, że czujemy się skrępowani, ja też czuję się skrępowany, aby np. tak skrytykować kiepskiego dziennikarza, jakim jest Michel Friedman, jak na to zasłużył. Ponieważ Friedman jest Żydem, zdarza się, że taka krytyka zostanie uznana za antysemityzm.Walser powinien był też napisać esej o tym, że niemiecka krytyka literacka jest w kiepskim stanie. I Marcel Reich-Ranicki jest za to współodpowiedzialny. Doprowadził do strywializowania krytyki. Wy w Polsce też macie z nim swoje doświadczenia, gdy w latach 50. był zwolennikiem realizmu socjalistycznego.Ach, to nie miało szczególnego znaczenia i tyle czasu już upłynęło…

– Tak, upłynęło dużo czasu, ale jego kategorie krytyczne w zasadzie się nie zmieniły. Odpadł socjalizm, ale jego uproszczony pogląd na literaturę się nie zmienił. Moje zarzuty nie mają nic wspólnego z tym, że jest Żydem. Chodzi o to, że jest słabym krytykiem literackim. O tym należało napisać esej, a nie powieść. Ja swego czasu napisałem taki esej pt. „O rzeczach wtórnych z punktu widzenia spraw pierwotnych” [„Über das Sekundäre aus primärer Sicht”], którego jednak nikt nie dostrzegł. To, co wtórne, a więc krytyka, wynosi się ponad to, co jest najpierw, a więc ponad dzieło. Nikogo już nie ciekawi, jakie nowe obrazy namalował malarz, tylko jak wystawiono je w muzeum. To nie książka jest ciekawa, ale to, co piszą o niej gazety.

Chciałabym wrócić jeszcze do przemówienia Walsera z 1998 r., w którym nie tylko mówił o wykorzystywaniu Auschwitz do walki politycznej, ale także postawił tezę, że Niemcy są zmęczeni nieustannym przypominaniem o nazistowskich zbrodniach i winie.

– Walser postulował „powrót do normalności”. Można tego pragnąć, bardzo proszę, ale rzeczywistość jest inna. Wielu myślało – choć ja nie – że w 1990 r., w roku zjednoczenia Niemiec, skończy się też okres powojenny i Niemcy będą normalnym państwem w Europie. Że przeszłość jest przeszłością, historią. Ale jak tylko nadeszło zjednoczenie, dogoniła nas np. sprawa odszkodowań dla robotników przymusowych. Młode pokolenie, które nie ma nic wspólnego z nazizmem, widzi, że tych 12 lat nazizmu – tylko 12 lat! – wciąż wpływa na teraźniejszość. Dlatego nie można mówić o „odzyskaniu normalności”.

Zresztą pojęcie normalności uważam w ogóle za wątpliwe. Nawet Polska nie odzyskała normalności. Każdy kraj jest obciążony hipotekami przeszłości. Można je przez jakiś czas przemilczać, wypierać – któregoś dnia wypływają na powierzchnię. W Niemczech z wyjątkową siłą.

Dlatego teza Walsera była wątpliwa, ale powtarzam, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy widzieć w nim antysemitę. Przeciwnie, Walser w tak ogromnym stopniu zdaje sobie sprawę z niemieckiej winy, że chciałby się od niej uwolnić. Ja też czasem żywiłem takie pragnienie – na Boga, to przecież dozwolone! Ach, jakże chętnie napisałbym jakąś kompletnie nieobciążoną książkę! Ale to niemożliwe. Najpóźniej w trzecim zdaniu ląduję z powrotem w historii.

Wielu Niemców, także niemiecka lewica, próbuje jednak przynajmniej zdefiniować normalność. Kanclerz Schröder dyskutuje z Walserem o tym, czym jest dziś dla Niemców naród i patriotyzm.

– No, ale z kim Schröder miałby dyskutować o narodzie? Oczywiście, że powinien rozmawiać z Walserem, bo Walser ma romantyczne pojęcie narodu. I kanclerz może zdefiniować swoje zdanie w opozycji do niego.

My, Niemcy, musimy wreszcie dorosnąć, musimy stać się narodem. To jesteśmy winni Europejczykom. Jeśli nie odrobimy swoich prac domowych i wciąż będziemy się wahać między federalizmem, skłaniającym się do regionalnych separatyzmów, z jednej strony a przesadnym nacjonalizmem z drugiej, to wciąż będzie panowała niepokojąca sytuacja.

Niemcy i Włosi to dwa spóźnione narody w Europie. Oba mają ogromną potrzebę nadrobienia zaległości. Nie życzę sobie jednak, aby – tak jak to się dzieje we Włoszech pod rządami Berlusconiego – ktoś znowu podyktował nam odgórnie definicję narodu. To musi powstać oddolnie. Trzeba się odwołać do wczesnego niemieckiego oświecenia, do Herdera i ukutego przez niego pojęcia Kulturnation – narodu opartego na wspólnocie kultury.

Jednocześnie jestem żarliwym zwolennikiem niemieckiego federalizmu. Naszą siłą jest różnorodność. Państwo centralistyczne w Niemczech zawsze źle się kończyło. Tylko że federalizm jest czymś innym niż separatyzm. Jestem jednak pewien, że istnieje wspólne dla wszystkich Niemców pojęcie narodu, które uwzględnia federalizm i kulturalną rozmaitość.

Co to ma wspólnego z „niemiecką kulturą wiodącą” – hasłem propagowanym przez chadecję podczas debaty o integracji imigrantów?

– To są nonsensy, do jakich prowadzi oddanie tego pola prawicy. Po wojnie lewica miała po dziurki w nosie niemieckiego nacjonalizmu, wolała uważać się za kosmopolitów czy Europejczyków, a nierozwiązane niemieckie problemy przenosiła do Europy, która oczywiście nie była w stanie ich rozwiązać. Teraz widać, że to porażka lewicy. Z korzeni europejskiego oświecenia musimy w Niemczech wyprowadzić takie pojęcie narodu, któremu nie grozi ani separatyzm, ani nacjonalizm.

Czy widzi Pan teraz w Niemczech takie zagrożenia?

– One istnieją zawsze i dlatego trzeba się jakoś opowiedzieć. Jürgenowi Habermasowi [wybitny niemiecki filozof współczesny – red.] zawdzięczamy wspaniałe pojęcie „patriotyzmu konstytucyjnego”. W tym sensie jestem niemieckim patriotą [ustawa zasadnicza z 1949 r. – red.]. To najlepsza konstytucja, jaką kiedykolwiek mieliśmy w Niemczech.

12 lat temu był Pan przeciwnikiem zjednoczenia Niemiec. Jak ocenia Pan je dzisiaj?

– Cóż, muszę się pogodzić ze złym wynikiem. Zdarzyły się rzeczy, których nie da się już naprawić. 90 proc. Niemiec wschodnich należy do Niemców z zachodu. To będzie trwać przez pokolenia wskutek dziedziczenia. To straszne zjawisko, z którego następstw chyba nikt jeszcze nie zdaje sobie sprawy. Wynikło to z polityki ustanowionego przez Helmuta Kohla Urzędu Powierniczego [który prywatyzował NRD-owski majątek państwowy – red.].

Lekceważenie wschodnioniemieckich biografii przez Niemców z zachodu, którzy wszystko wiedzą lepiej i tylko by innych pouczali, zostawiło takie rany, że w niektórych dziedzinach przepaść między wschodem a zachodem jest większa niż przed zjednoczeniem. Trzeba to dostrzegać, choć, niestety, nie da się tego cofnąć.

Straciliśmy też szansę na to, co właściwie nakazywała ustawa zasadnicza, aby w przypadku zjednoczenia uchwalić nową konstytucję. Nigdy do tego nie doszło. Gdyby ferować surowe wyroki, można by więc powiedzieć, że zjednoczenie Niemiec opiera się na naruszeniu konstytucji.To, czego usiłowano uniknąć pospieszną unią walutową w 1990 r., czyli wprowadzeniem marki zachodnioniemieckiej w NRD, dzieje się teraz – wtedy chciano uniknąć exodusu Niemców z NRD, a teraz całe regiony wyludniają się, bo stare fabryki padły i brak pracy.Latami występowałem przeciwko tym błędom i nikt mnie w Niemczech nie słuchał, za to od kilku lat dostaję zaproszenia do Korei Południowej, bo Koreańczycy nie chcą powtórzyć niemieckich błędów.

A Pańskie obawy przed nowym niemieckim kolosem, który zdusi Europę?

– Tu jestem spokojny. Groźba niemieckiego centralizmu w Europie nie istnieje.

Jak ocenia Pan zmianę roli Niemiec w świecie, w Europie w ostatnich latach, najbardziej widoczną w udziale Bundeswehry w międzynarodowych operacjach zbrojnych w Kosowie, Macedonii i Afganistanie? Decyzję o tym podejmował rząd Schrödera po bardzo burzliwych debatach społecznych.

– Nie jestem pacyfistą, a to, że Zieloni tak otwarcie debatowali o problemie Kosowa, uważam za ich wielkie osiągnięcie. W Kosowie interwencja międzynarodowa była konieczna. Trzeba było nawet interweniować wcześniej, zanim doszło do masakr w Bośni – w Tuzli i Srebrenicy. Ale wtedy nic nie zrobiono. W Kosowie błąd polegał na tym, że należało interweniować pod dowództwem europejskim, a nie amerykańskim. Amerykanie nie mają pojęcia o Bałkanach, a w dodatku za wydarzenia w tym regionie całą odpowiedzialność ponosi Europa. Co skłoniło mądrego przecież ministra Genschera do uznania niepodległości Chorwacji?! Od tego zaczęła się erozja na Bałkanach.

Natomiast co do Afganistanu jestem innego zdania – na terroryzm nie można odpowiadać wojną. Potrzebne są koordynacja policji i tajnych służb. Ale tego, co najważniejsze, nikt nie chce słuchać. Willy Brandt i Olof Palme już w latach 70., w czasie konfliktu Wschód – Zachód, prognozowali, że następny konflikt będzie się rozgrywał między Północą a Południem. Wskazywali na niesprawiedliwe traktowanie krajów Trzeciego Świata przez bogate narody, przedstawili propozycje nowego światowego systemu gospodarczego, który dałby im te same szanse ekonomiczne co bogatym krajom, zalecali umorzenie długów najuboższym. Nikt nie wziął sobie tego do serca. Nie ma się więc co dziwić, że w tych krajach z rozczarowania rodzi się wściekłość, nienawiść, a z nienawiści wyrasta terroryzm. Nikt nie robi nic, aby usunąć podłoże terroryzmu.

22 września w Niemczech odbędą się wybory. Według sondaży będzie to koniec koalicji SPD – Zieloni zaledwie po jednej kadencji. Przedtem przez 16 lat rządziła koalicja centroprawicowa, która teraz ma szansę wrócić do władzy. Czy niemieckie społeczeństwo jest tak konserwatywne, że koncepcje lewicy nie mają szans?

– Nie wiem, czym się skończą wybory, ale istotnie wygląda to źle. Mam jednak nadzieję, że społeczeństwo zdaje sobie sprawę z konsekwencji, jeśli rządy obejmie ktoś taki jak Stoiber – człowiek zaprzyjaźniony z Haiderem, człowiek, który wspierał Berlusconiego w kampanii wyborczej, który latami funkcjonował w podejrzanej symbiozie z potentatem medialnym Leo Kirchem i bawarskim bankiem landowym, który jest pod kontrolą państwa, a więc CSU, i który finansował Kircha.

Ale to europejski trend – coraz więcej państw zachodnioeuropejskich ma rządy centroprawicowe z udziałem populistów – zaczęło się od Austrii, potem Włochy, teraz dosięgło to starych demokracji, takich jak Dania, Norwegia i Holandia, a nawet Francja. Istnieje więc niebezpieczeństwo, że Niemcy będą kolejnym ogniwem tego ciągu.

Skąd to się bierze?

– Demokratyczne rządy w Europie nie miały dość odwagi, aby to, co grozi Europie wskutek błędnej polityki Zachodu wobec Trzeciego Świata, a więc presję migracyjną na Europę, ukształtować w sposób demokratyczny i humanitarny. Zamiast tego lewicowe rządy dopasowywały się do haseł skrajnej prawicy, ale nie zrobiły tego wiarygodnie. Ludzie woleli „wersje oryginalne” – Le Pena czy Haidera, którzy w demagogiczny sposób bezpośrednio odwołują się do strachu i emocji. Stoiber też próbuje włączyć problematykę imigracji do kampanii wyborczej, w nieodpowiedzialny sposób idzie na rękę Niemcom sudeckim, żyje z resentymentów. Resentymenty istnieją w każdym społeczeństwie. Polityk może na nie reagować rozsądnie, wyjaśniając i uspokajając społeczeństwo, ale może też postępować demagogicznie i wykorzystywać resentymenty. To rozstrzygnie o wyniku wyborów w Niemczech.

*Günter Grass (ur. w 1927 r. w Gdańsku) – pisarz niemiecki, laureat literackiej Nagrody Nobla w 1999 r. Autor m.in. „Blaszanego bębenka”, „Kota i myszy”, „Psich lat”, „Z dziennika Ślimaka”, „Turbota” „Wróżb kumaka”, „Rozległego pola”, „Mojego wieku”

Zobacz także

wyborcza.pl

Tomasz Lis jest w szpitalu po maratonie w Holandii. Dzisiejszy program w TVP odwołany

MT, 13.04.2015

„Tomasz Lis na żywo” (Fot. TVP 2)

Dzisiejsze wydanie programu „Tomasz Lis na żywo” zostało odwołane. Nie chodzi jednak o najnowszą, kontrowersyjną okładkę „Newsweeka”, ale o problemy ze zdrowiem dziennikarza. Miały one nastąpić podczas maratonu w Holandii.
Dzisiejsze wydanie programu „Tomasz Lis na żywo” zostało odwołane. Jak dowiedzieliśmy się nieoficjalnie w TVP, Tomasz Lis miał problemy zdrowotne podczas maratonu w Holandii i trafił do szpitala. Portal 300polityka podaje, że dziennikarz zasłabł po biegu.
Informację o odwołaniu programu potwierdził wydawca dziennikarza.

Wcześniej pojawiły się podejrzenia, że program „Tomasz Lis na żywo” może być odwołany w związku z kontrowersyjną okładką tygodnika „Newsweek”, na której zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego opatrzono napisem „Zamachowiec”.

Zobacz także

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s