Newsweek (12.04.15)

 

Katastrofa smoleńska. Sienkiewicz: Niech ręka boska broni uczniów przed podręcznikami pisanymi przez Macierewicza

past
12.04.2015 , aktualizacja: 12.04.2015 21:37
A A A Drukuj
Były szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz

Były szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz (Fot. Sawomir Kamiski / Agencja Gazeta)

Katastrofa smoleńska. – W tej sprawie najpierw powinny być ewentualne wyroki, a później konsekwencje polityczne – powiedział w TVN24 Bartłomiej Sienkiewicz, były szef MSW. Polityk odniósł się też do pomysłu Jarosława Kaczyńskiego, który chciałby, aby w szkołach nauczano teorii zespołu Macierewicza.

Chcesz zadać swoje pytanie kandydatom na prezydenta? Jeśli tak, dołączdo akcji Gazeta.pl i MamPrawoWiedziec.pl. To Twój Głos. Pytaj.
Bartłomiej Sienkiewicz skomentował wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, który 10 kwietnia stwierdził, że „prawda, którą odkrywa Macierewicz, musi znaleźć się w państwowych dokumentach i podręcznikach szkolnych„. – Niech ręka boska broni polskie dzieci przed nauczaniem, które będzie pisane przez Kaczyńskiego i Macierewicza – mówił Bartłomiej Sienkiewicz w „Faktach po Faktach”. – Mam jeszcze córkę uczącą się w szkole. Nie życzyłbym jej tego – dodał były szef MSW.

Według Sienkiewicza jest za wcześnie na konsekwencje polityczne dot. katastrofy

Sienkiewicz odniósł się do kwestii zniecierpliwienia rodzin ofiar i opinii publicznej wobec przedłużającego się śledztwa i braku ewentualnych konsekwencji. – Żeby rozmawiać na poziomie konsekwencji, musimy mieć ustalenia dotyczące elementarnych faktów. Prokuratura musi określić winę – powiedział były szef MSW. – Najpierw powinny być ewentualne wyroki, a później konsekwencje polityczne – dodał.

Polityk stwierdził, że zanim nie skończy się śledztwo prokuratury, nie można mówić, że czyjeś działania przyczyniły się do katastrofy. – To, czy któryś z polityków nie dopełnił obowiązków, czy czyjeś działania mogły być elementem tej tragedii, możemy orzekać wtedy, kiedy stan faktyczny będzie wyjaśniony czarno na białym w świetle polskiego prawa – stwierdził Sienkiewicz. – Póki nie ma orzeczenia prokuratury, wszystkie fakty są na stole – stwierdził.

Sienkiewicz apeluje do dziennikarzy: Uszanujmy wdowy, nie grajmy emocjami

– W telewizjach i stacjach radiowych jest forma przepytywania gości z tego, co mówią rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej. – powiedział Sienkiewicz. – W naszej kulturze jest tak, że wdowa, człowiek zrozpaczony po śmierci bliskiego, ma prawo powiedzieć wszystko, natomiast nie zawsze należy to komentować – ocenił Sienkiewicz. – Uszanujmy ten dobry zwyczaj, nie gramy emocjami jako formą przepytywania – apelował.

– To wy, dziennikarze, jesteście odpowiedzialni za taką atmosferę, jaka jest wokół katastrofy smoleńskiej – powiedział Sienkiewicz, cytując artykuł dziennikarza „Gazety Wyborczej” Pawła Wrońskiego . – Dokumentacja katastrofy jest absolutnie pełna i wiadomo, dlaczego ona się zdarzyła – stwierdził.

Zobacz także

 TOK FM

Andrzej Duda: Przemoc domowa jest niedopuszczalna. Ale ratyfikacja konwencji to bardzo zła decyzja

olg, PAP, 12.04.2015
Andrzej Duda

Andrzej Duda (FRANCISZEK MAZUR)

Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda uważa, że ratyfikacja konwencji dotyczącej przemocy wobec kobiet to „bardzo zła decyzja”. – Ta konwencja jest pełna pojęć niedookreślonych, które są nowe w polskim systemie prawnym i pozwalają na dosyć swobodną wykładnię ich treści – mówił.

Chcesz zadać swoje pytanie kandydatom na prezydenta? Jeśli tak, dołącz do akcji Gazeta.pl i MamPrawoWiedziec.pl. To Twój Głos. Pytaj.
– Apelowałem już wcześniej do pana prezydenta Komorowskiego, by nie ratyfikował tej konwencji. Jeżeli tak się stanie, będzie to bardzo zła decyzja – powiedział Andrzej Duda.

Duda: Za dużo niedookreślonych pojęć

Prezydent Bronisław Komorowski zapowiedział w niedzielę, że „bardzo szybko” podejmie decyzję ws. konwencji Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Ocenił, że konwencja jest zgodna z Konstytucją RP, co kwestionowali jej przeciwnicy.

– Ta konwencja jest pełna pojęć niedookreślonych, które są nowe w polskim systemie prawnym i pozwalają na dosyć swobodną wykładnię ich treści, np. płeć społeczno-kulturowa czy stereotypowe role kobiet i mężczyzn wynikające z tradycji i kultury, które zgodnie z przepisami tej konwencji należy wykorzeniać – powiedział Duda.

Podkreślił, że jest absolutnie przeciwny przemocy domowej. – Przemoc domowa jest niedopuszczalna. Ale trzeba pamiętać, że nie w każdej rodzinie jest przemoc. Większość rodzin to normalne, kochające się rodziny – mówił Duda.

– Trzeba tworzyć przepisy, które pozwalają na walkę z taką przemocą, karanie jej sprawców, ochronę ofiar, ale takie przepisy w polskim prawie już są. Jeśli jest potrzeba, można je poprawić, nie trzeba ratyfikować konwencji, która wprowadza treści sprzeczne z naszą tradycją i obce wzorce ideologiczne i kulturowe – zaznaczył.

Komorowski: Nie chodzi o język, tylko o treść

Prezydent Komorowski, informując, że szybko podejmie decyzję ws. konwencji, powiedział: – Nie obawiam się złych skutków użycia niedoskonałego języka pojęciowego, który rzeczywiście nie w pełni przystaje do polskiej specyfiki. Ale przecież tu nie chodzi o użyty język pojęć, tylko o to, czy będziemy, czy nie będziemy w międzynarodowym froncie zwalczania patologicznego zjawiska znęcania się na kobietami, nad dziećmi z bardzo różnych powodów. Nie chodzi o język, chodzi o treść tej konwencji.

Konwencja Rady Europy została uchwalona w 2011 r. w Stambule. Ma ona chronić kobiety przed wszelkimi formami przemocy oraz dyskryminacji; oparta jest na idei, że istnieje związek przemocy z nierównym traktowaniem, a walka ze stereotypami i dyskryminacją sprawia, że przeciwdziałanie przemocy jest skuteczniejsze.

Polska podpisała ją w grudniu 2012 r. W kwietniu 2014 r. rząd podjął uchwałę ws. przedłożenia jej do ratyfikacji i przyjął projekt odpowiedniej ustawy. Sejm uchwalił ją w lutym, a Komorowski podpisał ją 14 marca. Zapowiadał wtedy, że podejmie decyzję o ratyfikacji „bez niepotrzebnej zwłoki”, po zbadaniu strony prawnej.

PiS chce rozliczać prezydenta z obietnic

PiS zapowiedział dziś „szerszą ofensywę” mającą rozliczać prezydenta Bronisława Komorowskiego z obietnic sprzed 5 lat i z jego prezydentury.

– Mam nadzieję, że prezydent przypomni Polakom, jak w 2010 r. mówił w czasie swojej kampanii wyborczej, że nie jest zwolennikiem obligatoryjnego podniesienia wieku emerytalnego. I przypomni Polakom zapewnienia swojego partyjnego kolegi Donalda Tuska z kampanii 2011 r., że nie ma zamiaru podnoszenia wielu emerytalnego, a kiedy PO wygrała, tak się stało i prezydent Komorowski podpisał ustawę mimo społecznych protestów i wniosków o referendum – powiedział Duda.

– W czasie swojej prezydentury Bronisław Komorowski podpisał 13 ustaw skutkujących podniesieniem w sumie 21 podatków, a przede wszystkim VAT-u, który uderzył po kieszeni wszystkich Polaków, zwłaszcza najbiedniejszych. W 2010 r. pan prezydent podpisał ustawę umożliwiającą odbieranie dzieci rodzicom z powodu trudnej sytuacji materialnej – mówił kandydat PiS na prezydenta.

– Jeżeli mówimy dziś o bezpieczeństwie, to trzeba patrzeć, jak żyje się polskim rodzinom, czy ludzie mają pracę i jakie mają wynagrodzenia – dodał.

Prezydent Komorowski na środę zapowiedział podsumowanie 5-letniej kadencji. Rzecznik PiS Marcin Mastalerek mówił dziennikarzom, że Andrzej Duda „odpowie na wystąpienie Komorowskiego”.

Duda uczestniczył dziś w uroczystościach Święta Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach, spotka się także z mieszkańcami Gorlic, Grybowa, Nowego Sącza i Limanowej.

Zobacz także

TOK FM

Wybory prezydenckie 2015. Prezydent Komorowski zapowiedział, że „bardzo szybko” podpisze konwencję antyprzemocową

klep, PAP, 12.04.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,130517,17742329,video.html?embed=0&autoplay=1
Wybory prezydenckie 2015. Prezydent Bronisław Komorowski zapowiedział w Łodzi, że „bardzo szybko” podpisze konwencję antyprzemocową. Zaznaczył, że dokument jest zgodny z polską konstytucją.

Chcesz zadać pytanie kandydatom na prezydenta? Jeśli tak, dołącz do akcji Gazeta.pl i MamPrawoWiedziec.pl. To Twój Głos. Pytaj.
Bronisław Komorowski pytany był podczas niedzielnego spotkania z kobietami w Łodzi o decyzję dotyczącą ratyfikowania konwencji. – Nie obawiam się złych skutków użycia niedoskonałego języka pojęciowego. Nie chodzi o język, chodzi o treść tej konwencji. Decyzja będzie podjęta bardzo szybko – zaznaczył.„Konwencja i ustawa jest absolutnie zgodna z konstytucją”

– Zbadałem – konwencja i ustawa jest absolutnie zgodna z konstytucją. Zbadałem – jest dobry wpływ, tzn. rozwiązania, które pochodzą z faktu podpisania przez Polskę konwencji przeciw przemocy, są rozwiązaniami służącymi prawu polskiemu, bo to dotyczy m.in. kwestii ścigania gwałtu z urzędu, a nie tylko na wniosek pokrzywdzonej. To jest także kwestia usuwania awanturujących się z mieszkania, a nie jego ofiar – powiedział Komorowski.

Zobacz nowy spot Komorowskiego. „Pierwszy dobry w tej kampanii” >>>

Przypomniał, że te regulacje wchodzą w życie ze względu na podpisanie przez państwo polskie konwencji, która ma być teraz ratyfikowana. Jego zdaniem nie ma żadnego powodu, dla którego konwencja nie miałaby podlegać pełnej ratyfikacji.

„Zastrzeżenia dotyczą języka pojęciowego”

– Zastrzeżenia, które słyszałem i słyszę, które też staram się zrozumieć w pełni, dotyczą języka użytego do napisania tej konwencji, która ma wymiar nie czysto polski, tylko jest podpisana przez wiele państw różniących się między sobą. Zastrzeżenia dotyczą języka pojęciowego. Dotyczą również tego, że konwencja w stopniu niedoskonałym podkreśla te źródła przemocy wobec kobiet, które są akurat w Polsce typowe – powiedział Komorowski. Dodał, że w Polsce niewątpliwie nadużycie alkoholu, pijaństwo jest w wielu przypadkach źródłem przemocy wobec kobiet, a w innych krajach, np. muzułmańskich, pewnie przyczyny są inne.

„Nie chodzi o język, chodzi o treść tej konwencji”

– Ale to są wątpliwości dotyczące języka, natomiast jeśli się wniknie w treść i fakt, że konwencja ma być sposobem na zamanifestowanie solidarności świata z ofiarami maltretowanymi w rodzinach, to nie znalazłem żadnego powodu, dla którego konwencja nie miałaby podlegać ratyfikacji pełnej. I informuję, że w najbliższym czasie – nie przeciągając sprawy w związku z kalendarzem wyborczym – zamierzam podjąć decyzję w tej sprawie – zapowiedział.

– Nie obawiam się złych skutków użycia niedoskonałego języka pojęciowego, który rzeczywiście nie w pełni przystaje do polskiej specyfiki. Ale przecież tu nie chodzi o użyty język pojęć, tylko o to, czy będziemy, czy nie będziemy w międzynarodowym froncie zwalczania patologicznego zjawiska znęcania się nad kobietami, nad dziećmi z bardzo różnych powodów. Nie chodzi o język, chodzi o treść tej konwencji – zakończył Komorowski.

Niezręczność

W Łodzi Bronisław Komorowski gościł na debacie z udziałem kobiet. Jak podaje portal 300polityka.pl, podczas spotkania doszło do małego zgrzytu. Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi, miała zauważyć, że w mieście na 100 mężczyzn przypada aż 120 kobiet. „Prawdziwe eldorado dla nas” – miał odpowiedzieć Komorowski. Wywołał tym salwę śmiechu i oklaski, jednak komentatorzy na Twitterze byli mniej pobłażliwi.Prof. Krystyna Iglicka-Okólska z Polski Razem z oburzeniem wskazywała, że tak duża liczba kobiet w Łodzi to pamiątka po czasach gospodarczej świetności miasta, które dawno już minęły. Michał Kolanko z 300polityka.pl napisał natomiast o „totalnym braku dyscypliny przekazu”.Podczas wizyty w Łodzi doszło do jeszcze jednego incydentu. Zabytkowy tramwaj, którym jechał prezydent, wykoleił się. Nikomu jednak nic się nie stało i sytuacja została opanowana.Najważniejszym elementem spotkania w Łodzi była jednak deklaracja prezydenta ratyfikacji konwencji antyprzemocowej. – W najbliższym czasie zamierzam podjąć decyzję w tej sprawie – powiedział.

Zobacz także

TOK FM

Nad Smoleńskiem gen. Błasik nie wydał polecenia: „Panowie, kończyć tę zabawę, na drugi krąg, odchodzimy!”. A powinien

Rozmawiała Agnieszka Kublik, 12.04.2015
Andrzej Błasik

Andrzej Błasik (Fot. Wojciech Surdziel / AG)

– Chęć wykonania zadania przeważyła nad przepisami, zdrowym rozsądkiem. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że załoga bardzo chciała wylądować. Ale mam też głębokie przekonanie, że nie chciała tego zrobić za wszelką cenę. Piloci nie byli samobójcami – mówi płk Piotr Łukaszewicz, b. dowódca oddziału szkolenia lotniczego dowództwa sił powietrznych.
Agnieszka Kublik: Biegli wojskowej prokuratury inaczej niż dotąd interpretują zachowanie gen. Andrzeja Błasika w kokpicie w ostatnich minutach lotu tupolewa. Zarzucają mu, że był bierny, nie kazał załodze lecieć na lotnisko zapasowe, akceptował schodzenie poniżej minimów w gęstej mgle.Płk Piotr Łukaszewicz: Już wtedy, gdy pojawiły się pierwsze informacje na ten temat, powiedziałem, że jeżeli są one prawdziwe, to Andrzej – który był moim kolegą od czasu studiów w Dęblinie, z którym później wielokrotnie spotykałem się na niwie zawodowej – nie zrobił tego, co powinien był w tej konkretnej sytuacji. Nie wydał polecenia załodze: „Panowie, kończyć tę zabawę, na drugi krąg, odchodzimy!”.Pan by to zrobił na jego miejscu?

– Nie byłem na jego miejscu. Ale uważam, analizując to, co zdarzyło się w Smoleńsku, że tak powinno się zrobić.

Na pokładzie samolotu dowódcą jest pierwszy pilot, nie dowódca sił powietrznych. Gen. Błasik nie mógł załodze wydawać rozkazów.

– Formalnie to dowódca załogi tupolewa był przełożonym wszystkich osób obecnych na pokładzie, bez względu na posiadany stopień i zajmowane stanowisko służbowe. Ale w tamtej konkretnej sytuacji, warunkach meteorologicznych przełożony załogi, doświadczony instruktor pilot, jeżeli już przebywał w kabinie i widział, że nie ma warunków na bezpieczne lądowanie, powinien zareagować i wydać polecenie przerwania zniżania i przejścia na drugi krąg. Bo lecieć na wysokości 100 metrów, nie widzieć ziemi i nie odchodzić na drugi krąg oznaczało, że załoga nie przestrzega procedur. W tamtym miejscu, czasie i panujących warunkach tylko taką ingerencję przełożonego w pracę załogi uznałbym za zasadną.

Gen. Błasik nie reaguje. O 8:40:11 mówi: „Po-my-sły”. Pomysły na co, jak pan to rozumie?

– Nie wiem – na wylądowanie, na wykonanie próbnego podejścia, na sposób odejścia na lotnisko zapasowe? A może na decyzję dowódcy załogi o przerwaniu podejścia? To tylko przypuszczenia.

Po chwili, o 8:40:22, generał mówi: „Zmieścisz się śmiało”. Nie brzmi jak pomysł na odchodzenie na drugi krąg, ale raczej jak na lądowanie. Bo potem nie mówi nic, co by świadczyło, że nie akceptuje zniżania poniżej 100 metrów.

– To możliwe, ale to tylko spekulacja. Nigdy nie słyszałem stwierdzenia „zmieścisz się” w odniesieniu do możliwości lądowania. Równie dobrze to mogły być słowa skierowane do kolejnej osoby wchodzącej do zatłoczonej kabiny pilotów.

Nieco wcześniej, o 8:35:49, gen. Błasik mówi: „Faktem jest, że my musimy to robić do skutku”.

– Być może dlatego chęć wykonania zadania przeważyła nad przepisami, zdrowym rozsądkiem, a w tragicznej konsekwencji – nad bezpieczeństwem lotu.

Nie mam najmniejszych wątpliwości, że załoga bardzo chciała wykonać to zadanie. Ale mam też głębokie przekonanie, że nie chciała tego zrobić za wszelką cenę. Piloci nie byli samobójcami. Podobnie jak przełożeni pilotów, którym równie mocno zależało, aby samolot wylądował. Bezpiecznie wylądował. Tylko że nie stworzyli załodze nawet minimum komfortu pracy. Piloci powinni byli wyrzucić wszystkich z kokpitu, bo zamienił się w jakiś klub dyskusyjny! To było karygodne i stanowiło naruszenie zasad bezpieczeństwa. W czasie startu i lądowania kabina musi być „sterylna”, bo załoga musi mieć optymalne warunki do podejmowania racjonalnych decyzji w dynamicznie zmieniającej się sytuacji.

Załoga próbowała wyprosić gości – bezskutecznie.

– Załodze na pewno zabrakło umiejętności dyplomatycznych, czyli powiedzenia generałowi czegoś w rodzaju „spadaj”, tak by nie poczuł się urażony. Ale generał nie wyszedł. Co gorsza, obserwował, jak załoga rozpoczyna zniżanie dopiero na ósmym kilometrze, choć powinna już od dziesiątego. Widział, jak samolot cały czas był wyżej, niż powinien, że zniżał się o wiele za szybko, że parametry lotu daleko wykraczały poza zakres ustabilizowanego podejścia. Dopuszczenie do tak znaczących odchyleń parametrów na ścieżce zniżania powinno było spowodować natychmiastowe przerwanie zniżania, nawet bez czekania do wysokości 100 metrów. Bezwzględnie trzeba było odejść na drugi krąg. Na szóstym kilometrze przed progiem pasa pilot był przekonany, że jest na czwartym i że jest za wysoko, więc samolot bez mała nurkował.

O 8:40:49 drugi pilot mówi: „Dochodź wolniej”. Czyli?

– Obniż prędkość zniżania.

W wersji komisji rządowej pierwszy pilot wydaje komendę „odchodzimy” po minięciu wysokości 100 m. Z na nowo odsłuchanych taśm wynika, że to nie pierwszy pilot, ale drugi mówi, i to nie słowo „odchodzimy”, ale „dochodź wolniej”. Pierwsze i jedyne „odchodzimy” mówi drugi pilot o 8:40:50 (w uwagach biegli napisali „intonacja przypuszczenia lub pytania”). I to już po tym, gdy sześć razy było słychać „terrain ahead” i pięć razy „pull up”. Czyli jak było: odchodzili na drugi krąg czy nie?

– Odchodzili, tylko później, niż zasugerował to drugi pilot. Wiemy, że po wypowiedzeniu słowa „odchodzimy” samolot nie przerwał zniżania. Fizycznie manewr odejścia na drugi krąg rozpoczął się z chwilą wyłączenia przez dowódcę załogi autopilota. Został on wyłączony poprzez pociągnięcie sterów do siebie, co jest uznawane za wyłączenie awaryjne, obroty silników zostały zwiększone poprzez manualne przestawienie dźwigni sterowania silnikami, a samolot rozpoczął wznoszenie. To wydarzyło się już po uderzeniu samolotu w pierwsze drzewa i zapewne po dostrzeżeniu przez załogę ziemi. Dopiero wtedy dowódca załogi rozpoczął realne przechodzenie na drugi krąg. Niestety, za nisko i za późno. Samolot nie miał szans, nabór wysokości przez samolot był niewystarczający, by przelecieć nad wznoszącym się terenem i nad rosnącymi na nim drzewami.

Jednakże nie uważam, że załoga świadomie doprowadziła do katastrofy. Moim zdaniem bezpośrednią przyczyną była utrata orientacji przestrzennej, czyli brak świadomości załogi co do rzeczywistego położenia samolotu względem ziemi i pasa.

Jak do tego doszło?

– W ostatniej fazie lotu trzech członków załogi – dowódca, drugi pilot i nawigator – posługiwało się różnymi wysokościami. Dowódca załogi miał przed sobą wysokościomierz barometryczny, ale w trakcie podejścia zmienił ciśnienie, ustawiając tym samym wysokość o 163 metry wyższą niż rzeczywista. Nawigator czytał wysokość z radiowysokościomierza, czyli aktualną odległość od powierzchni terenu, nad którym przelatywał samolot.

Jedynie drugi pilot czytał wysokość barometryczną odniesioną do poziomu lotniska (czyli prawidłową), ale nie pilotował samolotu. Na wysokości 100 metrów – decyzyjnej i krytycznej dla bezpieczeństwa lotu – wartości odczytane przez drugiego pilota i nawigatora pokryły się, co mogło błędnie upewnić dowódcę o prawidłowej pozycji na ścieżce zniżania. Tymczasem samolot nadal zniżał się z prędkością dwukrotnie większą niż dopuszczalna na tym etapie lotu.

Po kolejnych czterech sekundach nawigator ponownie odczytał wysokość 100 metrów z radiowysokościomierza, prawdopodobnie podtrzymując błędne przekonanie dowódcy, że samolot znajduje się w locie poziomym. W locie w ekstremalnie trudnych warunkach atmosferycznych, próbując znaleźć szansę na wylądowanie, dowódca załogi miał przekonanie, że samolot leci na większej wysokości, niż był faktycznie, że jest dwa kilometry bliżej pasa, niż był w rzeczywistości, nie miał czasu na bieżące analizowanie sytuacji, a za plecami – tłumek obserwatorów dyszących mu w kark. Trudno o lepsze warunki do popełnienia pomyłki i na tym właśnie polega utrata orientacji przestrzennej. Historia lotnictwa zna wiele katastrof wywołanych tym czynnikiem.

Przecież 7 kwietnia dowódca załogi jako drugi pilot lądował na tym samym lotnisku.

– Ale tamtego dnia podchodził z przeciwnego kierunku, lądował przy pięknej pogodzie, bez najmniejszych problemów, z odległości dziesięciu kilometrów widział pas startowy, więc nie zwracał uwagi na dane potrzebne mu przy podejściu do lądowania przyrządowego. Lot z widzialnością ziemi, horyzontu jest czymś innym, łatwiejszym, niż lot, w którym informacje o położeniu samolotu względem ziemi i lotniska czerpie się wyłącznie ze wskazań przyrządów. To dwie różne kategorie i nie można ich porównywać.

Odsłuchiwałem taśmy z kokpitu. To, co usłyszałem, to było najbardziej wstrząsające słuchowisko mojego życia. Bezduszny zapis nieuchronnie nadciągającej tragedii, której można było zapobiec niemal do samego końca. Wiele usłyszałem w głosach zapisanych po przekroczeniu punktu bez powrotu. Było w nich przerażenie, była niezgoda na nadchodzącą śmierć, na to, co nieuchronne; był strach, była wściekłość. Tylko zaskoczenia nie usłyszałem. Załoga do samego końca była świadoma tego, co się dzieje z samolotem. Była świadoma, dlaczego tak się dzieje. Ci ludzie wiedzieli, że giną, i wiedzieli, dlaczego giną.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

„Kaczyński siedział i powtarzał, że zabili mu brata”. „Newsweek” o tym, jak powstawał „posmoleński mesjanizm”

"Newsweek" analizuje, w jaki sposób PiS wykorzystuje katastrofę smoleńską.
„Newsweek” analizuje, w jaki sposób PiS wykorzystuje katastrofę smoleńską. Fot. „Newsweek”; 16/2015

Obowiązująca w środowisku Prawa i Sprawiedliwości teoria, iż katastrofa smoleńska była efektem zamachu została wprowadzona już na pierwszym spotkaniu liderów tej partii, na którym Jarosława Kaczyńskiego namaszczono wówczas na kandydata w wyborach prezydenckich. Tak twierdzi na łamach najnowszego „Newsweeka” Cezary Michalski, który ujawnia, że już wtedy prezes PiS co chwila powtarzał: „zabili mi brata”.

Tej mocnej tezy nie pomogły mu zmienić kolejne ustalenia ekspertów badających przyczyny katastrofy smoleńskiej, ani stenogramy z czarnych skrzynek, które przedstawiają szczegóły ostatnich minut przed tragedią. Jak analizuje Cezary Michalski, po tylu latach Jarosława Kaczyńskiego oraz Prawa i Sprawiedliwości nie stać już na porzucenie spiskowych teorii, które rozgrzewają wciąż emocje wokół wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Zdaniem publicysty „Newsweeka”, „Smoleńsk stał się politycznym odrodzeniem” dla byłego premiera i jego ugrupowania.

Cezary Michalski zwraca uwagę, że skupianie uwagi na rzekomym poszukiwaniu prawdy o katastrofie smoleńskiej służy Jarosławowi Kaczyńskiemu nie tylko do mobilizowania twardego elektoratu, ale także zacierania w pamięci Polaków tego, jak wyglądały rządy Lecha Kaczyńskiego i PiS.

CEZARY MICHALSKI

publicysta „Newsweeka”

Pomagają w tym Kaczyńskiemu, wspierają go w tej specyficznej terapii nadworni intelektualiści, poeci i publicyści. Przekonują jego i siebie, że w Polsce – pogrążonej od lat w wojnie PiS-PO – istniał i istnieje jeden tylko przemysł pogardy, skierowany przeciwko Lechowi Kaczyńskiemu. Że PiS i w ogóle prawica były w tym sporze łagodne jak baranek prowadzony na rzeź, że z ust politycznych liderów, publicystów, intelektualistów i poetów związanych z PiS nie padły nigdy słowa o „łże-elitach”, „łajdakach”, „niezdolnych do myślenia lemingach”, o rządzonej przez konkurentów politycznych Polsce jako „rosyjsko-niemieckim kondominium”.

Publicysta „Newsweeka” przekonuje, że do dziś PiS czerpie ze scenariusza, który na potrzeby wyborów prezydenckich z 2010 roku stworzyli ówcześnie spin doctorzy Jarosława Kaczyńskiego, czyli Michał Kamiński, Paweł Kowal i Adam Bielan. To ich Cezary Michalski wskazuje jako twórców „posmoleńskiego mesjanizmu”. I sugeruje, iż zjawisko to zostało wykreowane w tak dogłębnie pragmatycznych okolicznościach, które przypominały popularny serial „House of Cards”.

naTemat.pl

„Część mediów dzieli rodziny”. Nowacka i Wassermann udzieliły „Newsweekowi” wspólnego wywiadu o Smoleńsku

Barbara Nowacka i Małgorzata Wassermann udzieliły "Newsweekowi" wspólnego wywiadu na temat katastrofy smoleńskiej.
Barbara Nowacka i Małgorzata Wassermann udzieliły „Newsweekowi” wspólnego wywiadu na temat katastrofy smoleńskiej. Fot. Sławomir Kamiński; Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

– Bliskich 96 osób, które zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem, jest znacznie więcej, w sumie jakieś kilkaset osób. Niektórzy bardzo się zaprzyjaźnili. Ewa Kochanowska, wdowa po rzeczniku praw obywatelskich, kiedyś powiedziała, że 10 kwietnia 2010 r. straciła męża, ale zyskała nową rodzinę – mówi „Newsweekowi” Małgorzata Wassermann w wywiadzie udzielonym wspólnie Barbarą Nowacką.

Rozmowa ta przypomina o zapomnianym w politycznych emocjach wymiarze katastrofy smoleńskiej. Pokazuje, iż tragiczne wydarzenie z 10 kwietnia 2010 roku może nie tylko dzielić, ale łączy ponad podziałami. – Nasi rodzice podobnie rozumieli swoją rolę jako obywateli. Mama widziała głęboki sens w działaniu dla kraju, rozumiała to jako swój obowiązek. Z tego, co wiem, twój ojciec, chociaż często się z nim nie zgadzałam, myślał tak samo. I wydaje mi się, że my też, Małgosiu, mamy potrzebę udzielania się w sprawach dla nas ważnych – stwierdza Barbara Nowacka.

W rozmowie z „Newsweekiem” córka zmarłej pod Smoleńskiej Izabeli Jarugi-Nowackiej przyznaje jednak, że „część mediów dzieli rodziny smoleńskie na te właściwe i te niewłaściwe„. – Nazywa się nas sektą smoleńską, wyśmiewa, wytyka palcami. Mogę zrozumieć, że niektórzy nie chcą do nas dołączyć, bo boją się stygmatyzacji – żali się Małgorzata Wassermann, córka Zbigniewa Wassermanna. – Jak wchodzę na prawicowe strony internetowe, to widzę, że pod naszym adresem też lecą epitety: że jesteśmy zdrajcami, rosyjskimi agentami, zamykamy oczy na prawdę, nie chcemy wyjaśnienia przyczyn katastrofy – odpowiada Nowacka.

Wbrew pozorom, córki ofiar katastrofy smoleńskiej pochodzące z zupełnie innych obozów politycznych okazują się łączyć wątpliwości dotyczące pracy polskich prokuratorów wciąż prowadzących śledztwo w sprawie przyczyn tego, co wydarzyło się pod Smoleńskiem. – Też mam wątpliwości co do pracy naszej prokuratury. Z roku na rok coraz większe. Na początku ufałam, że sprawa zostanie rzetelnie wyjaśniona, nie zależało mi na pośpiechu. Ale kiedy parę dni temu media ujawniły nowe odczyty nagrań z kokpitu pilotów, trochę się przeraziłam – wyznaje Nowacka.

Małgorzata Wassermann przypomina natomiast, iż nie od zawsze wspierała Antoniego Macierewicza w poszukiwaniu alternatywnych teorii na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej. Przekonuje, że „głęboko ufała rządowi” jeszcze w momencie, gdy publikowano raport komisji pracującej pod kierownictwem ówczesnego szefa MSWiA Jerzego Millera. – Nie krytykowałam raportu z góry, wierzyłam, że jest rzetelny. Zaczęłam go krytykować dopiero wtedy, gdy go przeanalizowałam i zauważyłam, że eksperci komisji Millera nie wykonali żadnych badań – stwierdza.

naTemat.pl

Katastrofa smoleńska. „Newsweek” pokaże niepublikowane zdjęcia z pokładu tupolewa

klep, 12.04.2015
Okładka

Okładka „Newsweeka” (Youtube)

Katastrofa smoleńska. „Newsweek” zapowiada w najnowszym numerze publikację nowych zdjęć z pokładu samolotu Tu-154M, który przed pięcioma laty rozbił się pod Smoleńskiem.

Chcesz zadać swoje pytanie kandydatom na prezydenta? Jeśli tak, dołącz do akcji Gazeta.pl i MamPrawoWiedziec.pl. To Twój Głos. Pytaj.
Fotografie, które ujawni „Newsweek” mają pochodzić z akt śledztwa smoleńskiego. Według tygodnika autorem zdjęć była „ta sama osoba, która zrobiła ostatnie zdjęcie Lecha Kaczyńskiego idącego między fotelami”.
michałOlech

Wszystkiemu towarzyszy okładka najnowszego numeru „Newsweeka”, na której widnieje Jarosław Kaczyński z podpisem „Zamachowiec”. „Po katastrofie smoleńskiej Jarosław Kaczyński z rozmysłem niszczył jedność Polaków i instytucje państwa” – czytamy.Za tę okładkę na Tomasza Lisa, redaktora naczelnego „Newsweeka”, na Twitterze posypały się gromy.

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: