Podkarpacie (13.04.15)

 

Katastrofa smoleńska. Wielowieyska: „Zaryzykujmy międzynarodową komisję”. Siemoniak: „Ją też zakwestionują”

Krzysztof Lepczyński, 13.04.2015
Szef MON - Tomasz Siemoniak

Szef MON – Tomasz Siemoniak (Fot. Sławomir Kamiński/ Agencja Gazeta)

– Może wykazać wobec drugiej strony minimum dobrej woli i zaryzykować międzynarodową komisję? – pytała o katastrofę smoleńską Dominika Wielowieyska Tomasza Siemoniaka w Poranku Radia TOK FM. – Za dużo słów padło i doszliśmy do punktu, w którym później kwestionowane będą także ustalenia komisji międzynarodowej – nie pozostawił złudzeń wicepremier.
– Czy powinna powstać komisja złożona z międzynarodowych ekspertów, aby skonfrontować swoje ustalenia z tym, co przygotowali polscy eksperci? – pytała w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska Tomasza Siemoniaka, wicepremiera i szefa MON. – Nie widzę potrzeby, żeby dublować prace polskich organów państwowych. Ufajmy im – podkreślił gość.

Wielowieyska do dziennikarzy: Nie wiesz, co się stało? Posłuchaj ekspertów, a nie kolesiów od zgniecionych parówek >>>

Wielowieyska nie ustępowała. Wskazywała, że problemem jest nie tylko sama katastrofa, ale i głęboki podział polityczny, który po niej nastąpił. – Może wykazać wobec drugiej strony minimum dobrej woli i, aby w jakiś sposób próbować szukać pojednania, może warto zaryzykować międzynarodową komisję? – zastanawiała się.

– Ma pani rację, sprawa katastrofy jest w centrum polskiego sporu politycznego i nie sadzę, by cokolwiek w najbliższym czasie mogło to zmienić – przyznał Siemoniak. – Za dużo słów padło i doszliśmy do punktu, w którym później kwestionowane będą także ustalenia komisji międzynarodowej – zaznaczył wicepremier.

„Emocje powinny być uspokajane”

– Ci, którzy chcą wierzyć w zamach, będą wierzyć. Ale może warto zawalczyć o tych na granicy? Wykonać gest pojednawczy? Grzegorz Schetyna w jednej z wypowiedzi powiedział: „to jest możliwe, gdy prokuratura zamknie śledztwo” – mówiła dalej Wielowieyska.

– Wszystko pewnie jest możliwe – odparł wymijająco Siemoniak. – Najważniejsza jest pamięć o ofiarach. A poszukiwanie nowych wątków i emocji nie jest w tej sprawie właściwe. Po pięciu latach te emocje powinny być uspokajane. Niestety, mamy kampanię wyborczą. Ale nic nie zapowiada, żeby w najbliższych latach ktokolwiek mógł przekonać tych wierzących w fantastyczne teorie – stwierdził minister.

„Rosjanie nie wyjdą nam naprzeciw”

– Rosja ma złą wolę w sprawie wraku i czarnych skrzynek? Robi nam na złość? – dopytywała prowadząca Poranek Radia TOK FM. – Na pewno nie ma dobrej woli. Dostrzega, że ta sprawa jest elementem budowania emocji w Polsce. I wykorzystuje to. Powinniśmy to przyjąć jako pewien stały, niedobry element i umieć sobie z tym radzić. Nie można się spodziewać, że Rosjanie wyjdą nam naprzeciw – przyznał Siemoniak.

– Ta decyzja nie jest w płaszczyźnie procesowej, ale moralnej – mówił o zwrocie wraku Siemoniak. – Ten wrak należy do Polski i powinien do Polski wrócić. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Rosjanie nie dostrzegają w tym wszystkim kategorii moralnej – zakończył.

Zobacz także

TOK FM

Katastrofa smoleńska. Wielowieyska do dziennikarzy: Nie wiesz, co się stało? Posłuchaj ekspertów, a nie kolesiów od zgniecionych parówek

Krzysztof Lepczyński, 13.04.2015
Dominika Wielowieyska

Dominika Wielowieyska (MICHAŁ ŁEPECKI)

Katastrofa smoleńska. – Absurdalne teorie dotyczące Smoleńska to także zasługa dziennikarzy, którzy powtarzają bezmyślnie „nie wiem, co się stało” – mówiła w Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska. – Nie wiesz, to przeczytaj, zastanów się – apelowała przede wszystkim do Bogdana Rymanowskiego, który wyznał: „Jestem w grupie ludzi, którzy wciąż nie wiedzą, co się stało”.
Dominika Wielowieyska była w Poranku Radia TOK FM wyraźnie poirytowana rozmową Bogdana Rymanowskiego z TVN24 opublikowaną w weekendowym „Plus Minus”, dodatku do „Rzeczpospolitej”. „Sprzeciwiam się myśleniu, że są tacy, którzy wierzą w zamach i są w „sekcie smoleńskiej”, i tacy, którzy nie wierzą i są w „sekcie antysmoleńskiej”. To jest sprawa wyłącznie rozumu i wiedzy. Dzisiaj jestem w grupie ludzi, którzy wciąż nie wiedzą, co się stało” – stwierdził dziennikarz.„Rymanowski musi użyć rozumu”

– Dwa niezależne zespoły ekspertów opisały dokładnie, co się stało w Smoleńsku – podkreśliła Wielowieyska. Dalej odniosła się do ujawnionych nowych stenogramów z kokpitu tupolewa, które na nowo roznieciły dyskusję na temat przebiegu lotu. – Nie stenogramy są kluczowe, ale przede wszystkim rejestratory lotu, które od początku były w Polsce. One pokazują jasno, jakie bezhołowie panowało w kokpicie, brak procedur, bałagan, nieumiejętność i złe decyzje podejmowane przez pilotów. Dla wszystkich racjonalnie myślących to oczywiste. I jeśli Rymanowski tego nie rozumie, musi się zmusić do użycia rozumu. I wtedy zrozumie – zaznaczyła.

Publicystka podkreślała, że odmienną kwestią jest prawo do krytyki instytucji państwowych za błędy, które popełniły. Włącznie z tymi, które doprowadziły do samej katastrofy smoleńskiej. – Ale oczekuję od dziennikarzy, publicystów i innych postaci życia publicznego, że użyją swojego rozumu. Żeby nie mącić ludziom w głowach, nie opowiadać macierewiczowskich głupot. Dokładnie wiadomo, co stało się w Smoleńsku, niezależnie od zastrzeżeń do prokuratury i wielu państwowych instytucji – podkreśliła.

„Walkę o Smoleńsk wygrają zdeterminowani”

Wielowieyska zgodziła się z dzisiejszym komentarzem Tomasza Lisa w „Newsweeku”, który napisał, że to Jarosław Kaczyński dokonał zamachu, tyle że na polskim społeczeństwie. Prowadząca Poranek Radia TOK FM zwróciła też uwagę na tekst Piotra Gursztyna w „Do Rzeczy”, poświęcony Smoleńskowi i politycznym grom wokół katastrofy.

„W szerszym kontekście walkę o Smoleńsk wygra strona bardziej zdeterminowana. Bardzo wolno, milimetr po milimetrze, to ona dyktuje narrację, na razie zasiała zwątpienie i nieufność do wersji oficjalnej. To dużo, zważywszy na to, jak mało miała możliwości głoszenia swojej wersji” – pisze Gursztyn.

„Nie słuchaj kolesiów od zgniecionych parówek”

– Ale to, że się udało te absurdalne teorie wprowadzić do debaty publicznej, to także zasługa dziennikarzy, którzy powtarzają bezmyślnie „nie wiem, co się stało w Smoleńsku” – mówiła Wielowieyska. – Nie wiesz, to przeczytaj, zastanów się, wysłuchaj dokładnie, co powiedzieli specjaliści, nie jacyś kolesie, którzy posługiwali się zgniecionymi parówkami i puszkami, którzy twierdzili, że nie było brzozy, a potem się okazało, że była. Trzeba się opierać na ekspertyzach poważnych ludzi. I tacy zasiadali w obu zespołach. Ważne, żeby to powtarzać, bo doszliśmy do paranoicznej sytuacji – zakończyła Wielowieyska.

Zobacz także

TOK FM

„A właśnie, że pójdę na egzekucję. I jeszcze kawałek sznura po wisielcach przywiozę. Powieszę w pokoju, na szczęście”

Dorota Karaś, 04.04.2015
Maria Borkowska-Flisek

Maria Borkowska-Flisek (ŁUKASZ GŁOWALA)

Lekcje religii dla 13-letniej Marii kończą się, kiedy w ręce matki wpada szkolny zeszyt dziewczynki. Katechetka kazała zapisać w nim dzieciom zdanie: „Żydzi zabijają, kradną i oszukują”.
4 lipca 1946 r. Olga Borkowska i jej starsza siostra Halina stoją naprzeciw siebie w pokoju poniemieckiego domu we Wrzeszczu i głośno się kłócą.- A właśnie, że pójdę na egzekucję – upiera się Halina. – I jeszcze kawałek sznura po wisielcach przywiozę. Powieszę w pokoju, na szczęście.- Nigdy tego nie zrozumiem – Olga kiwa głową zrezygnowana.

Tego dnia w Gdańsku na szubienicach ma zawisnąć 11 członków załogi obozu koncentracyjnego Stutthof. Gazety piszą o egzekucji od kilku dni. Zakłady pracy ogłaszają 4 lipca dniem wolnym od pracy i zapewniają pracownikom transport na miejsce kaźni. Pokryte plandeką ciężarówki, kursujące jako miejskie autobusy, są tego dnia wyładowane do granic możliwości. W jednej z nich podróżuje 13-letnia Maria Borkowska, córka Olgi.

Kilkanaście miesięcy wcześniej Halina razem z córką Walą uciekły z transportu więźniów ewakuowanych przez Niemców z obozu w bydgoskim Fordonie. Zamieszkały w Gdańsku. Później dołączyły do nich Olga i Maria, które wojnę przeżyły w Rosji.

Woreczek

20 kwietnia 1946 r. pociąg, którym Olga Borkowska, jej 13-letnia córka Maria i kuzyn Mieczysław wracają z Rosji, zatrzymuje się na granicy z Polską. Zesłańcy wyładowują lichy dobytek na stacji Kamienna Góra. Maria przyciska do piersi woreczek schowany pod ubraniem. Na torach wiodących do kraju stoją dwa rodzaje wagonów. Na jednych białą farbą namalowano literę „P”, na drugich „Ż”. Do pierwszych mają wsiadać Polacy, do drugich – Żydzi.

– Z tego podziału nic dobrego dla nas nie wyniknie – decyduje Olga. Bierze za rękę Marię, chwyta za tobołki i wsiada do pociągu z literą „P”.

Pasażerowie tak oznaczonych wagonów mogą wybrać kierunek podróży. Żydzi kierowani są do konkretnych miast, najczęściej na Dolnym Śląsku. Tam czekają mieszkania opuszczone przez Niemców.

Trzy ciotki Marii również przeżyły wojnę. Dwie starsze siostry Olgi jeszcze w latach 20. wyszły za mąż za rosyjskich Żydów i wyjechały do Moskwy, skąd pochodzili ich rodzice. Trzecia – ta która uciekła z niemieckiego transportu – zaraz po wojnie przyjechała z córką do Gdańska. Z jej warszawskiego domu po powstaniu nie został kamień na kamieniu. To dlatego Olga, Maria i jej kuzyn wsiadają teraz w pociąg jadący nad morze.

– W kołchozie w Rosji chodziłam do szkoły, miałam koleżanki – mówi 82-letnia Maria. – Tam spędziłam dzieciństwo. Kiedy wyjeżdżaliśmy do Polski, pokłóciłam się z kuzynem. Nie chciał, żebym zabrała ze sobą naczynia dla lalek, które zrobiłam z gliny. Zapakowałam je do woreczka i schowałam pod ubranie. Mama dopiero w pociągu do Gdańska zapytała się, co to za garb mam na piersi.

Bańka z masłem

Olga zostaje na gdańskim dworcu z tobołkami i blaszaną bańką napełnioną stopionym masłem. Wiezie ją z Rosji, bo w Polsce ponoć panuje głód. Maria z woreczkiem na szyi i jej kuzyn ruszają szukać mieszkania ciotki. Mają kartkę z adresem: „Wrzeszcz, ul. Mierosławskiego”. Idą przez ruiny w centrum, wzdłuż długiej alei – niedawno Hitlerstrasse, obecnie marszałka Rokossowskiego. Im bliżej Wrzeszcza, tym więcej niezburzonych kamienic. Zanim trafią na miejsce, błądzą. Pytają ludzi o drogę. „Nie znajut” – odpowiadają jedni. Inni nie znają jeszcze nowych nazw ulic.

Drzwi domku przy Mierosławskiego otwiera młoda Niemka.

– Kto tam? – z góry dobiega głos ciotki.

– My – Maria nie jest w stanie wykrztusić nic więcej.

Kobieta w drzwiach odsuwa się i wpuszcza nędznie ubranych przybyszów do środka. Niemka nazywa się Hilda Neumann. Od czasów przedwojennych mieszka w połowie domku we Wrzeszczu razem ze swoją matką, zwaną przez pozostałych mieszkańców Uma. W drugiej części żyje synowa Umy, której mąż zginął w Gdańsku w czasie wojny, i jej dwie córeczki.

Kuzyn rusza z powrotem w stronę Gdańska, po Olgę i ich dobytek. W trójkę zamieszkują w pokoju na piętrze. Przy domu jest ogródek, w którym niemieckie i polskie kobiety wspólnie hodują warzywa. Hilda niańczy małą Anulkę, córeczkę kuzynki Marii Borkowskiej, która urodziła się już w Gdańsku. Na ścianie domku przy Mierosławskiego wisi haftowany obrazek z gdańskim Żurawiem. Prawdziwy Żuraw przestał istnieć – w miejscu, gdzie podnosił się średniowieczny dźwig, zieje wąska wyrwa w murze.

W komórce, przerobionej później na kuchnię, domownicy trzymają zapasy.

– Oczy na wierzch nam wylazły, kiedy pierwszy raz zobaczyłyśmy płaty boczku, pęta kiełbasy i ciastka katarzynki – opowiada dziś Maria. – Ciotka zatrudniła się w milicji jako tłumaczka rosyjskiego. Miała duże przydziały żywnościowe. A my z bańką z masłem do Gdańska się pchałyśmy.

MacaUma i Hilda wkrótce opuszczą Gdańsk. Wrócą do Niemiec. Ciotka z córką i jej nową rodziną wyjadą do Warszawy. Kuzyn Marii dostanie zgodę na podróż do USA – mieszka tam jego ciotka, która przeżyła wojnę. W domku przy Mierosławskiego Olga i Maria zostają same.Maria chodzi do Szkoły Powszechnej nr 18 przy alei Roosevelta (dzisiejszej Hallera). Maszeruje na skróty przez potok Strzyża, przez który ktoś przerzucił metalową ramę łóżka. Trzęsie się ze strachu, kiedy ma wejść na prowizoryczny mostek. W klasie brakuje mebli, uczniowie przynoszą stoły i krzesełka z domów. Angielskiego uczy gdańszczanka, panna Chlebowska. Ma niemiecki akcent. Maria namawia koleżanki, żeby robiły kulki z papieru, maczały je w atramencie i rzucały w anglistkę.

– Borkowska, ty jesteś ale pierwszy numer – denerwuje się nauczycielka.

W klasie razem w ławkach siedzą dzieci przedwojennych gdańszczan, repatriantów z Kresów, przybysze z Polski centralnej i ci, którzy po wojnie wrócili z rodzinami z zesłania w Rosji. Nauczyciele rozdają uczniom zabawki z paczek z UNRRA. Maria przynosi do domu turystyczne szachy i jojo.

Olga dostaje pracę w Komitecie Żydowskim. Organizacja pomaga finansowo Żydom, którzy znaleźli się w Gdańsku. Część z nich mieszka w kibucu przy ulicy Saperów 17 we Wrzeszczu.

– Będziesz chodzić na religię – decyduje matka Marii. – Inaczej dzieci w szkole będą ci dokuczać.

Lekcje religii dla Marii kończą się, kiedy w ręce Olgi wpada szkolny zeszyt córki. Katechetka kazała zapisać w nim dzieciom zdanie: „Żydzi zabijają, kradną i oszukują”.

– Pewnego razu w czasie rekolekcji koleżanki ze szkoły przestały się ze mną bawić – przypomina sobie Maria. – Dziwne to było, bo ja byłam dobrą uczennicą, w klasie mnie lubili. Zaczęła wtedy krążyć w Gdańsku plotka, że Żydzi mordują polskie niemowlęta na macę. Kilka dni później zobaczyłam, jak pod mój dom podchodzi grupka dziewczyn. Proboszcz powiedział im, że z tą macą to nieprawda i mają mnie przeprosić.

Na święta Pesach mama Marii przynosi macę z Komitetu Żydowskiego. Dziewczynka częstuje nią szkolne koleżanki. Zajadają ze smakiem.

Jest rok 1946. W lipcu w Kielcach ucieka z domu ośmioletni polski chłopiec Henio Błaszczyk. Mieszkańcy Kielc mordują 37 Żydów, bo po mieście rozchodzi się plotka, że żydowscy mieszkańcy jednego z domów przetrzymywali polskiego chłopca, by dokonać na nim mordu rytualnego. Henio wraca do domu cały i zdrowy.

Synagoga

Rok 1926. Olga, z domu Minc, i Stanisław Borkowski biorą ślub w warszawskiej synagodze. Rodzina Borkowskich pochodzi z Łomży. Mincowie zamieszkali w Polsce po ukazie cara zabraniającym mieszkańcom pochodzenia żydowskiego prowadzenia handlu w dużym miastach. Z Moskwy przeprowadzili się do Warszawy. Babka Marii – Ewa Borkowska – mieszkała przy ulicy Krochmalnej, jej sąsiadem był Isaac Singer. Oprócz Stanisława miała jeszcze pięciu synów, wszyscy skończyli wyższe szkoły. Ojciec Marii, inżynier mechanik po Politechnice Warszawskiej, wystąpił z gminy żydowskiej jeszcze przed wybuchem wojny.

Prawnuki Olgi i Stanisława zaglądają do gdańskiej synagogi w czasie świąt Chanuka albo Purim. Maria też tam bywa, ale nie dla uczczenia świąt. – Przyjemnie jest się spotkać, pogadać z ludźmi. Wiem, że z tej strony nie padnie żadne słowo, które mnie zaboli – mówi.

Listy

Po wojnie Olga Borkowska wysyła z Gdańska paczki do rosyjskiego łagru. Śle też listy do polskiego premiera Józefa Cyrankiewicza. Pyta w nich o swojego męża Stanisława, który w 1943 r. został skazany na 25 lat więzienia za działalność szpiegowską na rzecz Polski (karę zmniejszono później do dziesięciu lat).

Rodzina Borkowskich zostaje zesłana do Rosji w czerwcu 1940 r., ze Lwowa.

– Mama zdążyła zabrać z domu tylko parę rzeczy, elegancki szlafrok, futro – choć to było lato – i mój nocnik – wspomina Maria Borkowska-Flisek.

Trafiają do Marijskiej Republiki Autonomicznej, potem – do kołchozu w rejon Kujbyszewa. Ambasada Polska proponuje Stanisławowi Borkowskiemu funkcję dyrektora Domu Inwalidów i Sierot Polskich. Ojciec Marii kieruje też Związkiem Polskich Patriotów. 11 listopada 1943 r. organizuje wieczór patriotyczny. Maria recytuje na nim wierszyk „Zosia Samosia”.

Kilkanaście dni później Borkowski zostaje wezwany do siedziby powiatu po odbiór paszportu. W nocy w domu, w którym zostały Olga z córką i kuzynem, NKWD przeprowadza rewizję. Maria więcej nie zobaczy ojca.

W kołchozie dziewczynka chodzi do szkoły, jest pierwszą uczennicą w klasie. Lekcje odrabia przy lampce zrobionej z butelki z naftą i korka. Lampa kopci niemiłosiernie – rano, kiedy dziewczynka wstaje, dziurki w nosie ma czarne od sadzy.Na listy, które Olga Borkowska wysyła po wojnie do polskich instytucji z prośbą o zwolnienie męża, przychodzi tylko jedna odpowiedź: wyrok i kara więzienia są wewnętrzną sprawą Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Czasem listonosz przynosi kartkę z łagru. W ocenzurowanych listach Stanisław zapewnia, że czuje się dobrze. Prosi Olgę, żeby opiekowała się Marią.- Ciągle mam te listy, ale od wielu lat ich nie czytałam – mówi 82-letnia Maria. – Zbyt dużo wzruszeń.

Marii datę śmierci ojca udaje się ustalić w 1956 r., w trakcie odwilży. Stanisław Borkowski miał wyjść z więzienia w 1953 r. Umiera w łagrze w marcu 1952 r., rok przed końcem wyroku.

Egzekucja

4 lipca 1946 r. w Gdańsku jest słonecznie i gorąco. Maria Borkowska wybiera się na plażę do Sopotu. W drodze powrotnej wsiada do ciężarówki wypełnionej tłumem ludzi podążających na publiczną egzekucję, która odbywa się na placu przy ulicy Pohulanka. Samochód zatrzymuje się przy Jaśkowej Dolinie, ale dziewczyna nie jest w stanie przecisnąć się do wyjścia. Zaczyna płakać, ktoś wali ręką w plandekę. Pasażerowie ścieśniają się jeszcze bardziej i Marii udaje się wyskoczyć na ulicę.

Egzekucji na Pohulance przygląda się około 200 tys. osób. Ludzie nie mieszczą się na placu, wchodzą na drzewa i dachy niższych budynków. Milicja i wojsko obawiają się linczu. Jedna ze skazanych na śmierć Niemek tuż przed śmiercią krzyczy ponoć: „Heil Hitler”. Kiedy umiera ostatni skazaniec, ludzie rzucają się na zwłoki, odcinają kawałki sznura, wyrywają guziki i kawałki odzieży. Egzekucja w Gdańsku będzie jedną z ostatnich wykonywanych w Polsce z udziałem tłumu. Władze postanawiają zakazać publicznego wykonywania wyroku śmierci, ze względu na niebezpieczeństwo zamieszek.

– Nie pamiętam, czy ciotka przyniosła do domu kawałek wisielczego sznura – mówi Maria Borkowska-Flisek. – Wiem, że moja matka nie mogła tej nienawiści zrozumieć. Polacy, którzy przeżyli wojnę pod niemiecką okupacją, mieli zupełnie inny stosunek do Niemców niż my, zesłani do Rosji.

Maria Borkowska-Flisek

Urodziła się 1.11.1933 r. w Częstochowie. Jest absolwentką I LO w Gdańsku i Wydziału Łączności Politechniki Gdańskiej. Pracowała jako konstruktor i technolog. Brała udział w strajkach w roku 1980, przewodniczyła komisji zakładowej NSZZ „Solidarność” w Gdańskich Zakładach Teleelektronicznych Telkom-Telmor. W stanie wojennym została wyrzucona z pracy. Na emeryturze zajęła się organizacją wystaw i akcji plastycznych. W 2005 r. została uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi.

NIEZWYKŁA KOLEKCJA – 54 TYS. POCZTÓWEK ZE 140 KRAJÓW. WŚRÓD NICH – GDAŃSK

trojmiasto.gazeta.pl

 

Most Brookliński: jak powstawał jeden z symboli Nowego Jorku

Marta Grzywacz, 13.04.2015
Zanim wybudowano most łączący rolniczą miejscowość Brooklyn z Manhattanem, rocznie 15 mln ludzi przeprawiało się promami z jednej strony East River na drugą. Most na zdjęciu z 1907 r.

Zanim wybudowano most łączący rolniczą miejscowość Brooklyn z Manhattanem, rocznie 15 mln ludzi przeprawiało się promami z jednej strony East River na drugą. Most na zdjęciu z 1907 r. (Fot. Wikipedia)

Budowano go przez 14 lat prawie bez użycia maszyn. Powstała najdłuższa wówczas przeprawa na świecie, ale to przedsięwzięcie kosztowało życie i zdrowie setek robotników. Niewielu chciało pracować dłużej niż miesiąc.
Pewnego zimowego poranka 1852 r. 46-letni John Roebling, inżynier niemieckiego pochodzenia, został uwięziony na promie, który utknął w skutych lodem wodach East River. To wtedy postanowił sobie, że zbuduje most, który wreszcie połączy miejscowość Brooklyn z nowojorską dzielnicą Manhattan. Co dzień tysiące ludzi wsiadało na promy i ściśnięci jak sardynki zmierzali z Brooklynu do pracy w Nowym Jorku z nadzieją, że rzeka nie będzie zbyt kapryśna i dotrą na czas. Z powodu wichur lub kry lodowej ich nadzieje często okazywały się płonne.Jednak budowa przeprawy nad East River dla pojazdów szynowych, powozów i pieszych była zadaniem wyjątkowo trudnym. Most musiałby mieć ponad 1,5 km długości, czyli być niemal dwa razy dłuższy niż jakikolwiek inny na świecie. Musiałby być niezwykle wytrzymały i tak wysoki, by mogły pod nim przepływać statki. John Roebling podjął to wyzwanie.Człowiek od lin i staliKiedy w 1831 r. John Roebling przyjechał do Stanów, miał 25 lat i rzetelne wykształcenie w zakresie architektury, budowy mostów i hydrauliki zdobyte na politechnice berlińskiej, ale zajął się rolnictwem w osadzie Saxonburg, którą założył wraz z innymi imigrantami z Niemiec. Kiepsko mu to szło, więc wrócił do inżynierii i rozpoczął pracę przy zbrojeniu kanałów i dróg wodnych.

Właśnie wtedy wymyślił niezwykle mocną linę plecioną z wiązek drutu – był perfekcjonistą i denerwowało go, że producenci żelaznych kabli nie trzymają standardów, a ich produkty zrywają się albo niszczeją zbyt szybko. Założył warsztat, w którym zaczął wytwarzać liny ze stali, znacznie mocniejsze i trwalsze niż żelazne, a jego firma wkrótce stała się żyłą złota. Pojawiły się też pierwsze zlecenia na budowę mostów i akweduktów. W 1863 r. Roebling miał na swoim koncie pięć akweduktów i pięć mostów, w tym cztery wiszące podtrzymywane przez superwytrzymałe stalowe liny jego pomysłu.

Dwa lata później, po śmierci żony i zamordowaniu prezydenta Abrahama Lincolna, konstruktor popadł w depresję. Pocieszenie znajdował w seansach spirytystycznych, podczas których czekał na wiadomości z zaświatów, a jedyną nicią łączącą go z rzeczywistością były plany zbudowania mostu z Brooklynu na Manhattan.

Mosty świata

Plan Roeblinga

Długi na 1825 m i szeroki na 26 m most miał wisieć na wysokości 40 m nad taflą wody podtrzymywany przez cztery kable o średnicy 40 cm. Każdy z nich miał się składać z 5434 ocynkowanych stalowych drutów ułożonych równolegle względem siebie w 19 splecionych wiązkach. Kable przewieszone przez dwa pylony – podpory będące wysokimi wieżami w stylu neogotyckim – byłyby przytwierdzone po obu stronach rzeki do potężnych kamiennych bloków kotwiących. 3,5 m nad pomostem drogowym Roebling zaprojektował deptak dla pieszych o szerokości prawie 5 m – rozwiązanie wówczas nowatorskie. Tę część – pisał – nazwałem podwyższoną promenadą, ponieważ pozwoli ona ludziom – starym i młodym – przechadzać się po moście podczas pogodnych dni, podziwiać piękne widoki i oddychać czystym powietrzem . Nie miał wątpliwości, że most Brookliński stanie się jednym z największych osiągnięć inżynieryjnych XIX w.

Jaki ojciec, taki syn

Projekt wydawał się tak trudny do realizacji, że władze blokowały rozpoczęcie budowy, więc by pokonać machinę biurokratyczną, Roebling zabrał grupę niedowiarków na wycieczkę po innych swoich mostach i w końcu osiągnął cel. 21 czerwca 1869 r. Kongres USA powołał towarzystwo do budowy mostu Brooklińskiego i mianował Johna Roeblinga głównym inżynierem. Tydzień później konstruktor wybrał się na rekonesans, by obejrzeć miejsce posadowienia jednej z wież. Towarzyszył mu syn Washington, także inżynier, którego ojciec posłał na politechnikę w Troy w stanie Nowy Jork i którego traktował jak powiernika, doradcę i najbliższego współpracownika.

Wojna secesyjna. Krwawa jatka Amerykanów

Washington pracował w ojcowskiej fabryce kabli w Trenton (stolica stanu New Jersey) i kiedy wybuchła wojna secesyjna, natychmiast zaciągnął się do armii Północy, a jego głównym zadaniem stało się projektowanie mostów i przepraw do celów wojskowych. Na dziesięć dni przed bitwą pod Gettysburgiem stoczoną na początku lipca 1863 r. Roebling i jego przełożeni zdali sobie sprawę, że nikt w sztabie nie miał szczegółowej mapy topograficznej Pensylwanii. Washington mógł ją zdobyć tylko w jednym miejscu – w domu ojca w Trenton. Przeszedł przez terytorium opanowane przez konfederatów i wrócił z mapą rankiem pierwszego dnia bitwy. Podczas wojny poznał Emily Warren, siostrę jednego z generałów, z którą się ożenił. Wbrew obawom Washingtona apodyktyczny ojciec polubił synową za inteligencję i oddanie rodzinie.

Bez znieczulenia

W dniu, w którym obaj Roeblingowie poszli dokonać oględzin miejsca usytuowania wieży po stronie Brooklynu, John przysiadł na drewnianej belce blisko brzegu pomostu i noga utknęła mu pomiędzy platformą a odbojnikiem. Nie zdążył się cofnąć i nadpływający prom zmiażdżył mu stopę. Washington wspominał, że ojciec instruował towarzyszącego im geodetę, dopóki nie stracił przytomności.

W gabinecie chirurga ranny ocknął się i zażądał natychmiastowej amputacji palców, a obecny przy operacji asystent konstruktora prawie zemdlał, słysząc, że szef krzyczy: „Tylko bez znieczulenia!”. Po operacji sam obwiązał sobie nogę ręcznikiem i kazał się zanieść do powozu. Amerykański historyk David McCullough pisał o Roeblingu, że był to „człowiek z żelaza” – pewny siebie, władczy, surowy i dumny.

Ponieważ konstruktor wierzył, że jedynym lekarstwem na wszystkie dolegliwości jest hydroterapia, zwolnił prawie wszystkich lekarzy i leczył się, polewając rany wodą. 22 lipca 1869 r., po trzech tygodniach cierpień, zmarł na tężec bez słowa skargi. Brooklyn pogrążył się w żałobie, flagi opuszczono do połowy masztów, a tłumy ludzi oddawały hołd zmarłemu inżynierowi.

Miesiąc później nadzór nad budową mostu powierzono Washingtonowi, człowiekowi, który dokładnie znał plany ojca i współuczestniczył w ich tworzeniu.Tak oto w wieku 32 lat zostałem nagle sam na czele największego przedsięwzięcia inżynieryjnego XIX w., tylko z garścią planów w ręce, bez ostatecznych ustaleń czy decyzji. Mogłem polegać tylko na sobie – pisał we wspomnieniach młodszy Roebling.

Dno piekła Dantego

Pierwszy i najtrudniejszy etap budowy rozpoczął się od postawienia dwóch kesonów ważących po 3 tys. t. Te puste bloki z żelaza, przypominające odwrócone do góry dnem skrzynie, miały zostać opuszczone na dno rzeki i zalane betonem, by stworzyć fundament obu wież. Roebling oglądał budowy kesonów w Europie, dokąd wcześniej wysłał go ojciec, ale nie miał z nimi większych doświadczeń. Na dachach kesonów położono obciążające je kamienie i żelazne bloki wbiły się w muł rzeki, a następnie, żeby zapobiec wlewaniu się wody, wpompowano do środka powietrze. Do tak przygotowanych kesonów wchodzili robotnicy z szuflami i kilofami wykopywać muł, piasek, kamienie i żwir. Im więcej wykopywali, tym bardziej kesony zagłębiały się w ziemi, a proces ten miał trwać, dopóki nie osiądą na skalnym podłożu.

Z powodu wysokiego ciśnienia w kesonie praca okazywała się nie do zniesienia. Rozebrani do pasa robotnicy, w upale sięgającym 40 stopni C, przy słabym świetle lamp wapiennych, prawie nie widzieli, gdzie kopią. W kesonach puls nagle przyspieszał albo spadał, głos miał nienaturalny dźwięk, wypowiedzenie słowa było problemem. W bladym świetle, które ukazywało wyłaniające się z mroku półnagie sylwetki, przy ogłuszającym huku młotów i kilofów można było odnieść wrażenie, że trafiło się na dno piekła Dantego – pisał E.F. Farrington, szef mechaników.

Praca wykonywana tylko siłą ludzkich rąk była tak trudna, że kesony zagłębiały się w ziemi w tempie zaledwie 30 cm na tydzień.Męka Franka HarrisaIrlandzki emigrant i dziennikarz Frank Harris, który jako 15-latek pracował przy budowie tego mostu, wspominał: Kiedy w drewnianej szopie przygotowywaliśmy się do zejścia na dół, robotnicy wyjaśnili mi, o co w tym wszystkim chodzi – pracowaliśmy w ogromnym żelaznym pudle, do którego wchodziło się przez pokój zwany śluzą. Poddawano nas tam „kompresji” – wpuszczano sprężone powietrze, krew zaczynała absorbować znajdujący się w nim gaz i w ten sposób poziomy gazu we krwi i w powietrzu wyrównywały się. Potem można już było pracować w kesonach przez wiele godzin bez poważniejszego dyskomfortu. Dopóki oczywiście wpompowane powietrze było czyste. Gdyby zawsze dawali nam dobrej jakości powietrze, co pewnie kosztowałoby trochę więcej, nie byłoby kłopotów, ale ludzkie życie jest tańsze – mówili mi koledzy. Zauważyłem, że chcą mnie ostrzec, myśląc, że jestem zbyt młody do tej pracy.Kiedy weszliśmy do śluzy i zamykały się za nami kolejne zamki, mężczyźni przyłożyli dłonie do uszu. Szybko poszedłem w ich ślady, czując bardzo ostry ból. Słyszałem wcześniej, że wielu robotnikom popękały od tego bębenki.

Na dole wyposażeni w szufle wzięliśmy się do pracy, ale już po chwili ból zaczął rozsadzać mi czaszkę. Po 5 min wszyscy ociekaliśmy potem, stojąc w lodowatej wodzie, której dostęp do kesonu blokowało ciągle podwyższane ciśnienie. Mężczyźni byli w stanie pracować 10 min, potem musieli odpocząć, ale mnie bardzo zależało na pracy, więc starałem się nie przerywać. Szef naszej grupy Szwed Anderson powiedział mi potem, że mogę tu zostać, jak długo zechcę, ale radzi mi odejść z końcem miesiąca, bo to zajęcie zdecydowanie niezdrowe.

Po dwóch godzinach w kesonie wyszliśmy na powierzchnię i znowu znaleźliśmy się w śluzie, gdzie tym razem odbyła się dekompresja. Cały się trząsłem. Pomógł mi trochę kubek gorącego kakao i wkrótce byłem gotowy zjechać na popołudniową zmianę.

Kiedy pewnego dnia kończyliśmy dekompresję, Włoch Manfredi upadł, z nosa i ust popłynęła mu krew, a nogi skręciły się jak pasma warkoczy. Słyszałem od innych, że nie da się tu pracować i nie dostać „pokrzywienia” [the bends ]. Ciało zwija się wtedy w supeł, a człowiek staje się inwalidą na resztę życia. Kiedy Manfrediego zabrali do szpitala, postanowiłem, że odejdę .

Każdego tygodnia z pracy rezygnowało 100 pracowników, ale na ich miejsce przychodzili nowi, najczęściej przybysze z Irlandii, Włoch i Niemiec zachęceni stałą płacą wynoszącą 2 dol. dziennie.

Choroba kesonowa

Pod wpływem tajemniczej choroby (nazywanej the bends lub chorobą kesonową) robotnicy padali jak muchy. Jej skutkami były przeszywający ból mięśni, stawów i głowy, ślepota, głuchota, paraliż i śmierć. Zdawano już sobie sprawę, jak różnica ciśnień działa na ludzki organizm, ale prawdziwe przyczyny choroby dekompresyjnej wciąż pozostawały nieznane. Początkowo obwiniano pompowane do kesonów i rzekomo zanieczyszczone powietrze, gazy z błota i złe odżywianie, a lekarze zalecali nacieranie bolących stawów spirytusem, stawianie baniek lub noszenie srebrnych bransolet na nadgarstkach.

Widząc, co się dzieje (zachorowań nie odnotowywano zbyt skrupulatnie i zapewne dlatego doliczono się tylko 20 przypadków śmiertelnych), Washington Roebling zatrudnił doktora Andrew Smitha. Spisał on kilka zasad „bezpieczeństwa”: nigdy nie wchodź do kesonu z pustym żołądkiem, przejdź na dietę mięsną, wychodząc, zakładaj ciepłe ubranie, śpij osiem godzin na dobę i jeśli to możliwe, ruszaj się jak najmniej podczas wynurzania.

Krok po kroku kolejni naukowcy odkrywali zasady postępowania w pracach na głębokości oraz przy wysokim ciśnieniu i jeszcze przed ukończeniem budowy mostu, w 1878 r., Paul Bert opisał mechanizm choroby dekompresyjnej oraz zalecił wolne i jednostajne rozprężanie nurków. W 1907 r. John Scott Haldane wprowadził dekompresję stopniową.

Jednak w połowie XIX w. na chorobę kesonową zapadał co dziesiąty pracownik, a 3 proc. chorych umierało. Dziś wiemy, że osiem godzin pracy na głębokości 15 m powinno się zakończyć kilkugodzinną dekompresją, tymczasem – jak pisał Frank Harris – wychodzenie na powierzchnię po całym dniu pracy w kesonie trwało najwyżej półtorej godziny.

Roebling w agonii

We wrześniu 1869 r. w jednym z kesonów wybuchł pożar, który ugaszono po wielu godzinach, kiedy Washington Roebling zarządził zalanie go wodą. Tamtego dnia główny inżynier spędził pod ziemią 20 godzin i zasłabł – jako kolejna ofiara choroby dekompresyjnej znalazł się prawie w agonii. Odratowano go, ale od tamtej pory regularnie pojawiały się ataki bólu i paraliżu.

W połowie marca 1871 r. pracę w kesonie od strony Brooklynu zakończono, osiągając skalne dno na głębokości 14 m, i już w maju rozpoczęto roboty po stronie Nowego Jorku. Nie było tam głazów, które trzeba było wysadzać jak przy osadzaniu pierwszego kesonu, za to pojawił się inny problem: niekończący się piach. Po roku prac nowojorski keson znajdował się już 21 m poniżej poziomu morza, a dna nadal nie było widać. Większość pracowników straszliwie cierpiała z powodu choroby kesonowej i Roebling zredukował czas pracy z ośmiu do pięciu godzin dziennie, ale na niewiele się to zdało. W obawie, że stawianie kesonu zajmie kolejny rok, pochłonie następny milion dolarów i życie setki ludzi, postanowił przerwać prace.

Keson spoczął na głębokości 23 m na podłożu z piasku, jednak decyzja była mniej ryzykowna, niż wielu myślało, bo piasek w tym miejscu okazał się stabilny i wystarczająco twardy, by utrzymać metalowe kraty stanowiące podstawę fundamentu. – A skoro nie ruszył się stąd od miliona lat, to nie ruszy się pewnie kolejny milion – miał powiedzieć Roebling.

Kobieta na mostku kapitańskim

Budowa fundamentów pylonów zakończyła się po trzech latach, ale Roebling nie był już zdolny do dalszej pracy. Częściowo sparaliżowany, prawie głuchy, z osłabionym wzrokiem nie wrócił na budowę. Twardy jak ojciec zamknął się w domu w Trenton i stamtąd nadzorował kolejny etap polegający na wzniesienia dwóch 82-metrowych wież z piaskowca i granitu, wyższych wówczas niż jakakolwiek inna budowla w USA. Wieże miały podtrzymywać stalowe kable mostu wiszącego.

Jego prawą ręką, asystentką i osobą do kontaktów z inżynierami stała się żona Emily, która w ciągu kolejnych 11 lat pracy przy budowie opanowała wyższą matematykę oraz wiedzę dotyczącą wytrzymałości materiałów, siły napięć, obliczania krzywizn i konstrukcji kabli. Opiekowała się mężem i synem, ale przede wszystkim zarządzała budową – odpowiadała na pytania inżynierów i podejmowała decyzje. Jej oddanie przeszło do legendy. Z czasem musiała sobie radzić z politykami, którzy próbowali odebrać mężowi stanowisko głównego inżyniera. Dzięki jej taktowi i dyplomacji Washington pozostał głównym budowniczym mostu.

Razem z mężem zmagali się z dostawcą kabli J. Lloydem Haigh, który przekupił wytwórców i dostarczył druty znacznie gorszej jakości, niż zapisano w umowie. Wymiana nie wchodziła w grę, więc Roebling kazał dołożyć po 250 drutów do każdej liny. Za wszelką cenę starał się dotrzymać standardów wyznaczonych przez ojca. Ostatecznie, z pomocą żony, wybudował most o nośności sześciokrotnie większej, niż było to potrzebne na owe czasy.Mężczyzna w oknieWashington Roebling wrócił z Trenton do domu w Brooklynie, kiedy obie wieże były na ukończeniu, i z okna sypialni obserwował przez lornetkę mocowanie kabli, przytwierdzanie ich do bloków kotwiących, rozpinanie pajęczyny lin, a potem budowę pomostów dla pojazdów i ludzi. Nazywano go „mężczyzną w oknie”.Most Brookliński otwarto z wielkim hukiem 24 maja 1883 r. Władze miasta ogłosiły dzień wolny od pracy i szkoły, żeby wszyscy mogli się cieszyć z wybudowania największego mostu wiszącego świata.

Podkreślając zasługi Emily Roebling, przemysłowiec i polityk Abram Hewitt stwierdził, że przysługuje jej pełne zawodowe uznanie na równi z głównym budowniczym i pozostałymi inżynierami. Most zaś nazwał „wiecznym pomnikiem ofiarnego poświęcenia kobiety i możliwości zdobycia przez nią wyższego wykształcenia, które było jej zbyt długo wzbraniane”. Na otwarciu obecny był prezydent Chester Arthur, ale to Emily pierwsza przejechała po moście, na znak zwycięstwa trzymając na rękach koguta.

Kiedy 21 lipca 1969 r. Neil Armstrong postawił stopę na Księżycu, dziennikarz na Long Island zapytał pewną kobietę, co czuje. Odpowiedziała, że lądowanie na Księżycu to nic w porównaniu z tym, co się tam działo, gdy otwierano most Brookliński.

Rok po otwarciu doszło tam do wypadku – jakaś kobieta złamała obcas i krzyknęła, a tłum wpadł w panikę, że most się wali. 12 osób zostało stratowanych, dziesiątki zostały ciężko ranne. Znany właściciel cyrku P.T. Barnum skorzystał wtedy z okazji, by się zareklamować i przy okazji udowodnić, że przeprawa jest wytrzymała – za zgodą władz Nowego Jorku po moście przeszło 21 afrykańskich słoni.

W ”Ale Historia czytaj też:

Rugi pruskie
Między 1885 a 1886 r. ze wschodnich prowincji Niemiec Prusacy wysiedlili około 30 tys. poddanych cara Aleksandra III i cesarza Franciszka Józefa I, Polaków i Żydów. Kanclerzowi Bismarckowi chodziło o powstrzymanie żywiołu polskiego w Rzeszy, ale niewiele zdziałał

Seryjni mordercy (4). 964 ofiary zbója z Frassberga
W drugiej połowie XVI w. okropieństwa popełniane przez seryjnych morderców tłumaczono sobie jako skutek paktowania z diabłem. Christman Gnipperteinga mógł być pierwszym zwyrodnialcem, którego zbrodni nie wiązano z działaniem szatana

Czarny rynek PRL-u
Pokątny handel, zwany czarnym rynkiem, nie zaczął się w Polsce ani za PRL-u, ani podczas okupacji, lecz znacznie wcześniej. Po raz pierwszy rozkwitł w czasie I wojny światowej, gdy Rosjanie wprowadzili prohibicję, a Niemcy – kartki. Z prof. Jerzym Kochanowskim rozmawia Adam Leszczyński

Icchak „Antek” Cukierman: człowiek, który zrobił więcej, niż było możliwe
„W latach Zagłady byłem jak cyrkowiec idący po cienkiej linie i niespadający na arenę” – napisał we wspomnieniach Icchak Cukierman, jeden z dowódców Żydowskiej Organizacji Bojowej w warszawskim getcie

Tajemnica „Anody”
Wydawałoby się, że o historii Jana Rodowicza ps. „Anoda”, jednego z największych bohaterów konspiracji akowskiej w Warszawie, nic nowego nie da się już napisać. A jednak tę książkę przeczytałem z wielkim zainteresowaniem

wyborcza.pl/alehistoria

 

Wiedzą, ale klepią

Jacek Żakowski, 13.04.2015
Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz

Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

Macierewicz mnie nie rusza. „Bo paraliż postępowy/ Najzacniejsze trafia głowy”, jak pisał Boy-Żeleński. Niektórzy chodzą z fiksacjami przez lata. Na każdym możliwym punkcie. Boy: „Takiej dostał dziwnej manii/ Że chciał tylko od Stefanii”. Jak takiego trafi – to mu nie pomożesz.
To, co o katastrofie smoleńskiej opowiada Jarosław Kaczyński, jest dla mnie poza oceną. Trauma, jaką przeżył, wiele wyjaśnia i usprawiedliwia. To nieeleganckie pastwić się nad jego słowami i czynami po 10 kwietnia 2010 r.Nie dziwi mnie to, co senator Grzegorz Bierecki, twórca SKOK, i prezes Andrzej Sosnowski, szef Kasy Stefczyka, mówią o katastrofie ich tworów. Każdy się broni, jak może, jak potrafi – na obu ciążą potężne zarzuty.Nie dziwi mnie nawet wiceprezes i poseł Mariusz Kamiński, który obficie oskarża sąd i sędziów, a o prowokacji w Ministerstwie Rolnictwa ma do powiedzenia same dobre słowa. Po nikim nie oczekuję, że sam wsadzi się do więzienia, choćby było to najbardziej słuszne w świecie.Nie każdego warto mierzyć powszechnie stosowaną miarą. Wyjątki są oczywiste. Ich stosowanie nie ma nic wspólnego z lekceważeniem, pogardą, poczuciem wyższości ani z pobłażliwością, odpuszczaniem, taryfą ulgową. Podpowiada je zwykły realizm. Tak bywa. Nie ma co marnować energii – unosić się, nakręcać, emocjonować.Ale zrozumiałe czy usprawiedliwione wyjątki to jedno, a klepanie po nich, udawanie, że wszystko z nimi w porządku, że dobrze gadają i robią, że mają rację albo „może mają rację” – to drugie. Bo dla każdego, kto choć trochę się interesuje, jest oczywiste, że nie są w porządku, głupio gadają i nie mają racji.

Bezkrytyczne klepanie rusza mnie jak diabli. Wkurza mnie i podłamuje. Bo jestem dziwnie pewien, że wśród blisko dwóch setek członków Klubu Parlamentarnego PiS, wśród ponad 30 członków Komitetu Politycznego partii, wśród dziesiątek PiS–owskich dziennikarzy, biskupów i innych działaczy znakomita większość rozumie, że żadnego wybuchu nie było, żaden spisek smoleński nie istniał, Kamiński łamał prawo, a SKOK-i wykończyła mieszanka nieudolności i nieuczciwości – nie wrogowie i nie obcy kapitał.

Wiedzą to, a jednak klepią wedle partyjnej czytanki. Nie wiem, co robią politycy PiS na spowiedzi, gdy przychodzi wyznać, czy „dają fałszywe świadectwo”. Wiem, co by było, gdyby pod takim przywództwem oraz w takim stanie cywilnej odwagi znów doszli w Polsce do władzy. Byłoby tak, jak wtedy, kiedy poprzednio rządzili. Na boku by szeptali, że im się nie podoba, że mają zastrzeżenia itp., a publicznie robiliby to, co każą. Dopóki za sprawą jakiegoś donosu nie wyrzuciliby ich z partii. Wtedy zaczęliby wyznawać prawdę jak wielu skruszonych PiS-owców. Chyba że nie znaleźliby posad poza PiS. Bo wtedy zaczęliby się podwójnie podlizywać staremu szefowi, by ich na nowo przygarnął.

Groza PiS nie polega dziś na tym, że główni liderzy w niektórych sprawach się mylą lub kłamią, a trochę prostych ludzi daje się nabierać. Ta groza polega na tym, że między nimi jest masa funkcjonariuszy gotowych zrobić wszystko, byleby nie ryzykować kariery. Znam tę grozę z młodości. Dlatego ciarki przechodzą mi po plecach.

Zobacz także

wyborcza.pl

Jak rozpętała się wojna ukraińsko-rosyjska? 6 punktów

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/56,114944,17480636,Jak_rozpetala_sie_wojna_ukrainsko_rosyjska__6_punktow,,1.html#MT 

Lis: Do zamachu doszło. Dokonał go Jarosław Kaczyński. Ale i prawica ma rację, że państwo zawiodło

Krzysztof Lepczyński, 13.04.2015
„Uznaliśmy Smoleńsk za pretekst, żeby nienawidzić się bardziej, gardzić sobą intensywniej” – pisze w najnowszym „Newsweeku” Tomasz Lis. Publicysta wskazuje, że prawdziwego zamachu – na polskim społeczeństwie – dokonał Jarosław Kaczyński. Przyznaje jednak, że i prawica ma rację, złorzecząc na bezradność państwa wobec „rosyjskich matactw”.
„Do zamachu rzeczywiście doszło. Ale nie w Smoleńsku, lecz po Smoleńsku. Do perfidnego zamachu na Polskę i wspólnotę Polaków. Dokonał go Jarosław Kacvzyński” – pisze we wstępniaku do najnowszego numeru „Newsweeka” Tomasz Lis.„Cała Polska zanurzyła się na lata w sztucznej mgle”Publicysta wskazuje, że akcja zaplanowana była „na zimno”. Pozwoliła wepchnąć prezydenturę Lecha Kaczyńskiego ze sfery drwin w sferę legendy. Zsakralizować przywództwo Jarosława Kaczyńskiego. I odhumanizować Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego.

„Po drugiej stronie reakcja była idiotycznie defensywna” – wskazuje Lis. „I tak cała Polska zanurzyła się na lata w helu, sztucznej mgle i odmętach szaleństwa” – wskazuje.

„Smoleńsk zafundował nam narodowe Verdun”

Lis w kilku miejscach zwraca uwagę na podziały, jakie w społeczeństwie wyryła katastrofa i kwestia jej interpretacji. „Smoleńsk zafundował nam narodowe Verdun, ideologiczno-propagandową wojnę pozycyjną z użyciem gazów trujących. Można się przed nimi bronić, zakładając maski gazowe, ale jak tu prowadzić dialog z maskami na głowie” – zastanawia się publicysta. I podkreśla: „Uznaliśmy Smoleńsk za pretekst, żeby nienawidzić się bardziej, gardzić sobą intensywniej”.

Jednocześnie jednak Lis podkreśla, że prawica, choć jej reakcje są być może nazbyt intensywne, w kilku kwestiach ma rację. Publicysta zaznacza, że państwo nie przeciwstawiło się „rosyjskim matactwom”, a sama katastrofa nie została wyjaśniona z wystarczającą starannością, skoro po pięciu latach pojawiają się nowe stenogramy z kokpitu tupolewa.

„Nieznośnemu Jareczkowi należy wybaczyć każdy eksces”

„Państwo zawiodło i zawodzi. Ale może najbardziej wtedy, gdy robi uniki ze strachu przed jazgotem PiS oraz bredniami i oskarżeniami generowanymi przez Macierewicza” – pisze publicysta.

Lis dziwi się też, że bez większej reakcji przeszło nazwanie przez Jarosława Kaczyńskiego wyborców PO ignorantami, a nawet kretynami. I zaznacza, że pod adresem wyborców PiS takie inwektywy nie padają. „W naszym narodowym przedszkolu nieznośnemu Jareczkowi należy wybaczyć każdy eksces” – kwituje.

TOK FM

Polityka na Podkarpaciu pod rękę z Kościołem

Małgorzata Bujara,13.04.2015
Biskup Kazimierz Górny, prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc (SLD) i poseł Jan Bury (PSL) podczas uroczystości otwarcia łącznika ulicy Podkarpackiej i Przemysłowie w Rzeszowie, 5 sierpnia 2011 r.

Biskup Kazimierz Górny, prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc (SLD) i poseł Jan Bury (PSL) podczas uroczystości otwarcia łącznika ulicy Podkarpackiej i Przemysłowie w Rzeszowie, 5 sierpnia 2011 r. (MACIEJ RAŁOWSKI)

To tu sejmik zaapelował o zakaz sprzedaży tabletki „dzień po”, radni modlą się przed sesjami, a biskup pomagał SLD-owskiemu prezydentowi zmieniać granice miasta.
Tydzień przed Wielkanocą podkarpacki sejmik poza dyskusją o wałach przeciwpowodziowych i szansach na budowę Via Carpatii pochylił się także nad procesem, który pewna feministka wytoczyła abp. przemyskiemu Józefowi Michalikowi za kontrowersyjne wypowiedzi nt. pedofilii w Kościele. Sejmik w specjalnym oświadczeniu uznał, że proces jest formą cenzury. Pod oświadczeniem podpisali się tylko radni PiS, ale to wystarczy – w sejmiku mają absolutną większość. Ostatecznie 9 kwietnia sąd powództwo przeciwko arcybiskupowi oddalił.Dyskretne wsparcie biskupaPrezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc (SLD) mimo PZPR-owskiej przeszłości dziś ma wyśmienite relacje z Kościołem. Księża są zapraszani do ratusza, święcą drogi, uświetniają miejskie uroczystości.On sam regularnie do 2013 r. bywał w biskupim pałacu. Biskup rzeszowski Kazimierz Górny wspierał go m.in. w walce o powiększanie miasta. Taktyka była ustalana na spotkaniach, które szybko nazwano „obiadami czwartkowymi”. Teraz Rzeszów ma nowego biskupa – Jana Wątrobę. Relacje są poprawne, ale bez zażyłości. Bp Wątroba, mówią mi ludzie z otoczenia prezydenta, jest bardziej Franciszkowy i stroni od kontaktów z politykami.A ci, niezależnie od przynależności partyjnej, starają się je pielęgnować. Taki przykład: 2006 r., bernardyni otrzymują od miasta prawie hektarowy plac w centrum Rzeszowa, na którym jest parking. Proszą miasto o dwadzieścia parę arów, ale dostają całość. Tak chcą radni prawicy, sprzeciwiają się tylko dwaj z SLD. Prezydent Ferenc milczy. Ojcowie dostają teren wart 2,7 mln zł za 30 tys. zł. A wraz z nim słynny pomnik Czynu Rewolucyjnego, kojarzony złośliwie z kobiecymi genitaliami. Odtąd lewica nie ma gdzie 1 maja składać kwiatków.Siła tradycji

W Rzeszowie na Ferenca nie ma mocnych. W wyborach startuje jako kandydat ponadpartyjny, ludzie go uwielbiają. To, plus dyskretne wsparcie Kościoła, nie było mu jednak w stanie zapewnić sukcesu w wyborach na senatora w 2011 r. W podrzeszowskich powiatach przegrał z Kazimierzem Jaworskim. Jaworski – akcje przeciwko in vitro, aborcji, stały gość Radia Maryja. No i kandydat PiS.

Kiedy w 2007 r. był radnym sejmiku, zaraził większość pomysłem, by na sesjach modlić się słowami ks. Piotra Skargi: „Boże, Rządco i Panie narodów, z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać…”. Choć to było osiem lat temu, to podkarpaccy radni do dziś modlą się na sesjach. Podkarpacie jest jedynym województwem w kraju rządzonym przez PiS. – Mój apel ma poparcie biskupów – podkreślała na początku roku radna Dorota Chilik. Apel dotyczył zakazu handlu tabletką „dzień po”. Na sesji prezentował go sam marszałek województwa Władysław Ortyl (PiS). Apel został przyjęty niemal jednogłośnie.

– Dlaczego Podkarpacie jest tak mocno związane z Kościołem? Gdybyśmy się cofnęli o 40-50 lat, zobaczylibyśmy województwo rzeszowskie jako czerwony bastion rządzony przez towarzysza Władysława Kruczka. Być może teraz mamy formę odreagowania? – zastanawia się doktor Hubert Sommer, socjolog z Uniwersytetu Rzeszowskiego.

– W większości domów na Podkarpaciu od pokoleń wychowuje się dzieci w tradycyjnym, katolickim modelu. Sam od maleńkości byłem straszony Bozią, że się będzie gniewać, jak zrobię coś złego. Także wszyscy moi koledzy pochodzą z takich domów i nie wyobrażają sobie wychowania swoich dzieci w innej kulturze. Tutaj ciągle obowiązuje zasada, że bez Boga ani do proga – mówi dr Sommer.

Polityk, startując w wyborach, ma tu ułatwione zadanie. Odwoła się do wartości katolickich, a trafi do niemal całego podkarpackiego elektoratu: ze wsi i miast, młodych i starszych, wykształconych i tych mniej.

Poseł powiatowy

Jak księża wspierają kandydatów? – Nie rozdają ulotek. Ale jest rada parafialna, są stowarzyszenia katolickie. To one działają w imieniu księdza – opowiada mi jeden z posłów PiS, który dostaje takie wsparcie.

– PiS jest partią, która bez Kościoła i ojca dyrektora by nie istniała. Na Podkarpaciu widać to najwyraźniej. Proszę spojrzeć na marszałka. Jest na wszystkich uroczystościach kościelnych, wydaje się uzależniony od Kościoła – ocenia poseł PO z Jarosławia Tomasz Kulesza, doktor nauk teologicznych.

Politycy PO na Podkarpaciu z jednej strony chcą mieć w swoich środowiskach poprawne relacje z księżmi, a z drugiej są przedstawicielami tego „złego, liberalnego rządu”. Elżbieta Łukacijewska, europosłanka PO z Cisnej w Bieszczadach, opowiada, że zawsze przyjmowała zaproszenia na spotkania u biskupa Górnego. – Zapraszał wszystkie partie i wszyscy przychodzili. Mówiliśmy np. o konieczności powołania w Rzeszowie wydziału lekarskiego. Namawiał, by walczyć o to ponad partyjnymi podziałami – mówi. Kilka lat temu poprosiła o spotkanie z abp. Michalikiem. – Byłam szefową PO na Podkarpaciu. A ciągle słyszałam, jacy to jesteśmy źli, jacy z nas liberałowie bezwzględni. Przykro było słuchać. Opowiedziałam, jak wiele Platforma zrobiła, ile pieniędzy udało się ściągnąć, jakie inwestycje. Arcybiskup przy kolejnych przykładach powtarzał: „Aaa, o tym nie wiedziałem” – relacjonuje europosłanka.

Politycy innych partii, widząc sukcesy PiS, próbują tych samych metod. W 2009 r. listę PSL do europarlamentu otwierał Mieczysław Janowski, były europoseł PiS i były prezydent Rzeszowa. Z doskonałymi relacjami z Kościołem. W rozmowie z „Wyborczą” przyznawał, że prosi duchownych o wsparcie. Nie wystarczyło. Dostał 18,3 tys. głosów, gdy ci, którzy weszli, mieli 60 i 85 tys. Wyraźnie zabrakło pisowskiego sztandaru.

– Żeby dowiedzieć się, dlaczego Kościół na Podkarpaciu ma tak duże wpływy, trzeba najpierw naszkicować sylwetkę podkarpackiego parlamentarzysty. Otóż 90 proc. tych polityków to posłowie powiatowi – tłumaczy mi polityk prawicy z Rzeszowa, który od kilku lat pracuje w Warszawie.

Poseł powiatowy – jak wykłada – dzień po wygranych wyborach zaczyna walkę o to, by na jego podwórku nie wyrósł żaden konkurent.

– Po to, by takiej konkurencji nie dopuścić do głosu i zapewnić sobie za cztery lata reelekcję, buduje relacje z miejscowym proboszczem, wójtem, starostą, komendantem. Jest na wszystkich uroczystościach kościelnych. Zawsze siada w pierwszej, góra drugiej ławce. Po to, żeby ogrzać się w kościelnym anturażu. Zawsze jest po stronie proboszcza, obroni, gdy atakują złe media. W ten sposób tworzy się powiatowa klika. Kościół, który jest instrumentem w tej grze, woli trzymać z przychylną mu władzą, bo kto wie, kim byliby konkurenci takiego posła. I tak koło się zamyka.

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s