Religia (26.03.15)

 

Prof. Chazan odebrał nagrodę na KUL. Rektora nie było, wizyta przemilczana [ZDJĘCIA]

Kacper Sulowski, kad, jack, 26.03.2015

JAKUB ORZECHOWSKI

Profesor Bogdan Chazan odebrał w czwartek nagrodę Towarzystwa Naukowego KUL. Władze katolickiej uczelni oficjalnie inicjatywę towarzystwa – jakby ze wstydu – praktycznie przemilczały
Nagrodę im. ks. Idziego Radziszewskiego przyznaje co roku Towarzystwo Naukowe KUL. Wyróżnienie wręczane jest za „wybitne osiągnięcia naukowe w duchu humanizmu chrześcijańskiego”. Dotychczas laureatami byli m.in. abp Józef Życiński czy ojciec profesor Mieczysław Krąpiec. Do grona uhonorowanych dołączył w czwartek także prof. Bogdan Chazan. Dziennikarz „Wyborczej” wśród ok. 60-70 osób na wielkiej Auli im. kard. Stefana Wyszyńskiego nie zauważył nikogo z władz KUL, w tym rektora księdza profesora Antoniego Dębińskiego. Rzeczniczka uniwersytetu – zwykle aktywnie zapraszająca na uczelniane wydarzenia – nagrodę dla prof. Chazana przemilczała. Nie ma też o tym informacji w rubryce „Aktualności” na stronie internetowej KUL, choć znalazła się w niej choćby notka o konferencji „Badania nad językiem. Nowe wyzwania tematyczne i paradygmatyczne”.

Nagroda wzmocni wszystkich lekarzy

Podczas ceremonii profesor Chazan wielokrotnie uśmiechał się, wysłuchując kolejnych peanów na swoją cześć. Sprawiał wrażenie wyluzowanego i uśmiechniętego. – Zarząd Towarzystwa Naukowego KUL przyznał nagrodę profesorowi w dowód szczególnego uznania za działalność w duchu poszanowania wartości chrześcijańskich w stosowaniu prawa – powiedział ks. prof. Józef Krukowski, wiceprezes towarzystwa. Chazan zaznaczył, że nie czuje, by zasłużył na tak duże wyróżnienie: – Mam nadzieję, że to odznaczenie wzmocni moich młodych kolegów i koleżanki, którzy chcą być lub są ginekologami, a mają trudności w pracy ze względu na swoją postawę etyczną,

Kościół murem za ginekologiem

Profesor wygłosił referat pt. „Dlaczego są potrzebni lekarze sumienia?”. Coś na ten temat już wie. Przypomnijmy: będąc dyrektorem warszawskiego Szpitala im. św. Rodziny, powołując się na klauzulę sumienia. odmówił wykonania aborcji, choć były do tego wskazania medyczne ze względu na poważne wady płodu. Kobieta zgłosiła się do niego w 22. tygodniu ciąży, kiedy zabieg był jeszcze zgodny z prawem. Potem urodziła dziecko, które zmarło niedługo po porodzie. Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zadecydowała o zwolnieniu z pracy prof. Chazana na początku lipca zeszłego roku. W obronę wzięli go duchowni, w tym metropolita warszawski, kardynał Kazimierz Nycz. Niektórzy księża wzywali nawet do ekskomuniki prezydent Warszawy. Obecnie ginekolog przed sądem domaga się przywrócenia na stanowisko dyrektora szpitala.

Anarchizm w Kościele

– To przejaw niespójnego przekazu uniwersytetu – twierdzi prof. Jan Hartman, absolwent uczelni, filozof i bioetyk. – Od dłuższego czasu obserwujemy rozchwianie w Kościele, rozprężenie wynikające z braku silnego przywódcy. Przejawem tego jest niespójny przekaz. Z jednej strony ks. prof. Alfred Wierzbicki (również z KUL) wbrew stanowisku Episkopatu mówi pozytywnie o konwencji antyprzemocowej, z drugiej strony ta sama uczelnia nagradza prof. Chazana – mówi prof. Hartman.

Podkreśla, że wyróżnienie byłego szefa warszawskiego szpitala martwi go szczególnie. Jego zdaniem Chazan symbolizuje anarchizm w Kościele, który uderza w państwo polskie i porządek prawny zapisany w ustawach i konstytucji. Według Hartmana lekarz wzywał do łamania prawa i swoim zachowaniem stwarzał atmosferę przyzwalania do niestosowania się do niego: – Nikt nie nakazuje prof. Chazanowi, żeby wykonywał zabiegi aborcji. Zrobił ich już w swoim życiu sporo. Ale jego przekonania muszą być oddzielone od uprawnień pacjenta, który musi być dostatecznie szybko poinformowany o przekonaniach swojego lekarza.

lublin.gazeta.pl

 

Jarosław Kaczyński: trzeba pilnować wyborów

26.03.2015

– Trze­ba pil­no­wać wy­bo­rów. Mamy prze­cież do­świad­cze­nia z wy­bo­rów sa­mo­rzą­do­wych – po­wie­dział Ja­ro­sław Ka­czyń­ski w roz­mo­wie trans­mi­to­wa­nej w Radiu Ma­ry­ja oraz w TV Trwam. Pre­zes PiS od­niósł się też do wy­da­rzeń sprzed pię­ciu lat, które miały miej­sce przed Pa­ła­cem Pre­zy­denc­kim. – Widać w tym było so­cjo­tech­ni­kę śmier­tel­ne­go wroga Pol­ski. Wspo­mi­nam te ha­nieb­ne wy­da­rze­nia, za­bie­ra­nie zni­czy, mó­wie­nie, że to śmie­ci – wspo­mi­nał szef PiS.

Jarosław Kaczyński

Foto: PAP Jarosław Kaczyński

Ka­czyń­ski za­po­wie­dział zbu­do­wa­nie sys­te­mu kon­tro­li wy­bo­rów przez PiS. – To jest teraz in­ten­syw­nie or­ga­ni­zo­wa­ne. Będą biura kon­tro­li wy­bo­rów. Będą nasi re­pre­zen­tan­ci, in­struk­cje, co robić w nie­któ­rych sy­tu­acjach, gdyby były próby nie­pra­wi­dło­wych za­cho­wań w trak­cie wy­bo­rów. Mam na­dzie­ję, że tym razem uda się upil­no­wać wy­bo­ry. Jest ła­twiej niż w wy­bo­rach sa­mo­rzą­do­wych – oce­nił pre­zes PiS.

Stwier­dził rów­nież, że w przy­pad­ku wy­gra­nych przez PiS wy­bo­rów par­la­men­tar­nych praw­do­po­dob­nie zo­sta­nie pre­mie­rem. Dodał też, że nie widzi moż­li­wo­ści zmia­ny Pol­ski przez par­tie, które obec­nie są w Sej­mie. – Trze­ba za­trzy­mać ofen­sy­wę zła – po­wie­dział. Za­po­wie­dział też, że gdy PiS doj­dzie do wła­dzy, to za­sa­dą bę­dzie: dobry oby­wa­tel, to oby­wa­tel do­brze po­in­for­mo­wa­ny.

Pre­zes PiS przy­po­mniał, że wkrót­ce bę­dzie piąta rocz­ni­ca ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej. – Ta ka­ta­stro­fa nie zo­sta­ła wy­ja­śnio­na. Wrak i czar­ne skrzyn­ki są cią­gle w Rosji. Ta spra­wa musi do­cze­kać się roz­wią­za­nia zgod­ne­go z re­gu­ła­mi przy­zwo­ito­ści i prawa. Je­ste­śmy prze­ko­na­ni po la­tach pracy ze­spo­łu An­to­nie­go Ma­cie­re­wi­cza, że tę praw­dę już znamy, ale musi ona zo­stać ofi­cjal­nie ogło­szo­na – oświad­czył.

Od­niósł się też do wy­da­rzeń sprzed Pa­ła­cu Pre­zy­denc­kie­go, które miały miej­sce pięć lata temu. Cho­dzi o awan­tu­rę o krzyż. – Wspo­mi­nam te ha­nieb­ne wy­da­rze­nia, za­bie­ra­nie zni­czy, mó­wie­nie, że to śmie­ci. Z dru­giej stro­ny widzę nie­by­wa­łą hi­po­kry­zję ludzi, któ­rzy byli bez­po­śred­nio od­po­wie­dzial­ni. Nie by­ło­by awan­tu­ry o krzyż, gdyby nie Bro­ni­sław Ko­mo­row­ski. Przed jego we­zwa­nia­mi tam był spo­kój. Tu cho­dzi­ło o wy­wo­ła­nie kon­flik­tu. Tu był so­cjo­tech­nicz­ny plan, któ­rzy zo­stał prze­pro­wa­dzo­ny – oświad­czył Ka­czyń­ski.

– Od­wo­ła­no się do lum­pen­pro­le­ta­ria­tu. Oku­pan­ci szcze­gól­nie lu­bi­li się do niego od­wo­ły­wać. Je­stem prze­ko­na­ny, że przyj­dzie taki czas, że to zba­da­my. Tam do­pusz­czo­no się prze­stępstw. Trze­ba usta­lić, kto za tym wszyst­kim stał. By­wa­łem pod krzy­żem, tam się nic nie dzia­ło. W pew­nym mo­men­cie spro­wo­ko­wa­no wy­buch. Wie­rzę w to, że bę­dzie­my wie­dzie­li, kto jest za to od­po­wie­dzial­ny, kto się w to an­ga­żo­wał – pod­kre­ślił były pre­mier. – Widać w tym było so­cjo­tech­ni­kę śmier­tel­ne­go wroga Pol­ski – dodał.

Ka­czyń­ski stwier­dził rów­nież, że w Pol­sce re­for­my wy­ma­ga wiele in­sty­tu­cji. – Pol­skie pań­stwo musi być głę­bo­ko zre­for­mo­wa­ne. Pol­ski wy­miar spra­wie­dli­wo­ści musi być zre­for­mo­wa­ny. Po wy­bo­rach sa­mo­rzą­do­wych było widać, jak trój­ka pre­ze­sów mel­du­je się u pre­zy­den­ta – po­wie­dział, do­da­jąc, że sądy po­win­ny być apo­li­tycz­ne.

– Wy­miar spra­wie­dli­wo­ści wy­ma­ga prze­bu­do­wy per­so­nal­nej, także pol­ska dy­plo­ma­cja – dodał po­li­tyk stwier­dza­jąc jed­no­cze­śnie, że może być to nie na rękę Unii Eu­ro­pej­skiej. – Taki stan wy­mia­ru spra­wie­dli­wo­ści bar­dzo wielu siłom od­po­wia­da. Jest wy­god­ny dla in­te­re­sów go­spo­dar­czych in­nych państw. Pol­skie sądy mają ja­kieś kom­plek­sy. Nie po­tra­fią bro­nić pol­skich in­te­re­sów. Wsty­dzą się – po­wie­dział Ka­czyń­ski.

Onet.pl

 

Wybory wygra Bronisław Komorowski. Tak sądzi prawie połowa elektoratu PiS

Wybory wygra Bronisław Komorowski. Tak sądzi prawie połowa elektoratu PiS
Wybory wygra Bronisław Komorowski. Tak sądzi prawie połowa elektoratu PiS Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Aż 66 proc. badanych przez CBOS twierdzi, że majowe wybory wygra urzędujący prezydent Bronisław Komorowski. Co ciekawe, w reelekcję wierzy aż 46 proc. wyborców Prawa i Sprawiedliwości.

Gdyby wybory odbyły się dziś… Byłoby to wiekopomne wydarzenie w historii kraju, przynajmniej z uwagi na deklarowaną frekwencję. Aż 59 proc. pytanych zapowiada, że weźmie udział w wyborach prezydenckich. 11 proc badanych twierdzi zaś, że prawdopodobieństwo stawienia się przez nich przy urnie jest nie większe niż 50 proc.

O tym, że wybory wygra prezydent Bronisław Komorowski przekonanych jest 71 proc. elektoratu PSL oraz 82 proc. wyborców SLD. Zwycięstwo kandydata PiS Andrzeja Dudy stanie się faktem według 10 proc. ogółu biorących udział w badaniu CBOS.

Aż 63 proc. wyborców deklarujących oddanie głosu na Bronisława Komorowskiego jest przekonanych, że nie zmieni zdania w tej kwestii. Gorzej na tym polu wypada Andrzej Duda, bo jedynie 57 proc. osób mówi dziś, że na pewno odda głoś właśnie na niego.

Duda goni Komorowskiego, Ogórek bez zmian
Według sondażu TNS OBOP sprzed kilku dni, kandydat PiS na głowę państwa Andrzej Duda znacznie zmniejszył dystans do głównego konkurenta Bronisława Komorowskiego. Obecnie Duda może liczyć na 24 proc. poparcie; urzędujący prezydent – na 41 proc. 10 maja do urn zamierza pójść prawie co trzeci respondent (32 proc.).

W porównaniu z poprzednim badaniem sondażowym, przeprowadzonym przez OBOP w lutym br., Duda odrobił do Komorowskiego aż 13 punktów straty, przy czym siedem sam zyskał, a sześć stracił jego polityczny przeciwnik. Kandydatka SLD Magdalena Ogórek bez zmian – poparcie dla niej utrzymuje się niezmiennie na poziomie 6 proc.

źródło: Interia

naTemat.pl

Katastrofa airbusa we Francji. Prokuratura: Drugi pilot świadomie zaczął obniżać wysokość lotu i odmówił otwarcia drzwi do kabiny

WB, 26.03.2015
Telewizyjne zdjęcia miejsca katastrofy airbusa linii Germanwings

Telewizyjne zdjęcia miejsca katastrofy airbusa linii Germanwings (DIASTAR/AP)

Kapitan airbusa A320, który rozbił się w Alpach, wyszedł z kokpitu, a później nie został do niego wpuszczony. W tym czasie drugi pilot świadomie spowodował opadanie samolotu. Pilot nie odpowiadał na komunikaty kontrolerów lotu, jednak wiadomo, że był żywy.
Znaleziona przez śledczych czarna skrzynka pozwoliła odtworzyć ostatnie 30 minut lotu. 20 minut przebiegło spokojnie, piloci rozmawiali. – Kapitan przygotowywał procedurę wstępną przed lądowaniem w Duesseldorfie, drugi pilot lakonicznie odpowiedział. Następnie słyszymy kapitana, który prosił drugiego pilota o przejęcie sterów, a równocześnie słychać odgłos odsuwanego fotela i zamykanych drzwi. Można domniemywać, że kapitan wyszedł prawdopodobnie za naturalną potrzebą – mówił prokurator na konferencji w Marsylii.Drugi pilot został sam za sterami airbusa– W tym czasie słychać przełączenia Flying Monitoring System – uruchomiono procedurę schodzenia samolotu. Rozpoczyna się schodzenie maszyny. Manipulowanie przełącznikiem wysokości może być jedynie zamierzonym działaniem – podał prokurator. – Na nagraniu słychać kilka wezwań kapitana proszącego o możliwość wejścia do kokpitu. Nie ma odpowiedzi. Kapitan puka. Słychać odgłos ludzkiego oddechu i słychać go do samego końca, co oznacza, że drugi pilot był żywy – podano w Marsylii.

Przed rozbiciem airbusa poderwano myśliwiec Mirage. Nie zdążył pomóc >>>

Próba kontaktu z pilotem przed katastrofą

Próbę kontaktu podjęła też wieża kontrolna z Marsylii. – Nie było odpowiedzi ze strony drugiego pilota. Kontrolerzy lotniczy proszą wówczas o włączenie komunikatu SOS 7700, nie ma żadnej odpowiedzi, co oznacza, że samolot stałby się priorytetowy wśród wszystkich samolotów, które miały lądować. Wieża kontrolna prosi inne samoloty o próbę kontaktu radiowego z tym samolotem – mówił prokurator.

Drugi pilot świadomie doprowadził do katastrofy

– Uruchomiły się kontakty alarmowe, mające zawiadomić załogę o zbliżającej się ziemi. Słychać gwałtowne uderzenia świadczące o próbie sforsowania drzwi. Są alarmy pull up. Tuż przed ostatecznym uderzeniem słychać coś, co może być uderzeniem o przeszkodę, prawdopodobnie samolot ześlizgnął się ze stoku, zanim uderzył. Nie został wysłany komunikat mayday. Nie było żadnej odpowiedzi na różne zapytania ze strony kontrolerów lotu – dowiadujemy się.

Ekspert o katastrofie: Nie ma systemów, które zabezpieczyłyby przed wszystkim >>>

„Wola zniszczenia samolotu”

– Interpretacja na dzień dzisiejszy, 48 godzin po katastrofie, jest taka, że drugi pilot poprzez świadome zaniechanie odmówił otwarcia drzwi kokpitu kapitanowi i włączył guzik powodujący utratę wysokości i uruchomił przełącznik powodujący opadanie samolotu. Można to zinterpretować jako wolę zniszczenia samolotu – podsumował.

Pilot prawdopodobnie oddychał normalnie. Nie jest to oddech kogoś, kto np. ma zawał. – Pełna cisza, nie powiedział ani słowa – dodaje prokurator. – Ofiary zorientowały się w ostatniej chwili. Na taśmie krzyki pojawiają się tuż przed uderzeniem – mówi prokurator pytany o ofiary.

Śmierć była natychmiastowa. Maszyna spadając na skały z prędkością 700 km na godzinę, po prostu się rozpadła.

Katastrofę spowodował pilot Andreas Lubitz

– Dowiadujemy się wszystkiego na temat życia drugiego pilota. Dostaniemy je od władz niemieckich dziś lub jutro – informuje prokurator. Pochodzenie etniczne pilota i jego wyznanie nie jest znane. Nie był on związany z żadną organizacją terrorystyczną. Drugi pilot miał wszystkie kompetencje i patenty, które są potrzebne do samodzielnego prowadzenia samolotu. Kapitan miał 10 tys. wylatanych godzin i 10-letnie doświadczenie. Drugi pilot pracował od kilku miesięcy i miał około stu godzin wylatanych na tej maszynie. Lubitz miał 28 lat.

Co wiemy o pilocie, który spowodował katastrofę >>>

Druga czarna skrzynka

Jak poinformowała prokuratura, druga czarna skrzynka rejestruje wszystkie pozostałe parametry lotu i będzie ważnym uzupełnieniem informacji. Pozwoli stwierdzić, że żadna inna rzecz nie przyczyniła się do katastrofy – powiedział śledczy.

Katastrofa nie była atakiem terrorystycznym

– Nie wiem, jakie mogą być konsekwencje prawne dla spółki lotniczej. Śledztwo jest otwarte od 48 godzin. Informacje podajemy i tak dosyć szybko. Nagrania odsłuchaliśmy z opóźnieniem, ale kontynuujemy śledztwo – poinformował prokurator. Kwalifikacja śledztwa prawdopodobnie zostanie zmieniona na umyślne spowodowanie śmierci.

Prokurator potwierdził również, że na tym etapie nie ma żadnego elementu, który świadczyłby o ataku terrorystycznym

TOK FM

Radio ZET nieoficjalnie: Katastrofie smoleńskiej są winni polscy piloci i rosyjscy kontrolerzy? „Szykują zarzuty”

AB, PAP, 26.03.2015
Miejsce katastrofy samolotu prezydenckiego w Smoleńsku

Miejsce katastrofy samolotu prezydenckiego w Smoleńsku (Fot. Komisja Badań Wypadków Lotniczych)

Prokuratura wojskowa przygotowuje zarzuty dla kontrolerów lotu ze Smoleńska – podaje Radio ZET. Według nieoficjalnych informacji stacji wojskowi śledczy planują postawić Rosjanom zarzuty nieumyślnego sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu powietrznym.
Prokuratura wojskowa przedstawi jutro wnioski zawarte w kompleksowej opinii biegłych ws. katastrofy smoleńskiej. – Winni są i polscy piloci, i rosyjscy kontrolerzy ze Smoleńska – podaje Radio ZET. Według nieoficjalnych doniesień w dokumencie opisano chaos, jaki panował na wieży kontroli lotów lotniska Siewiernyj. Eksperci mieli także zauważyć błędy pilotów: nieprawidłowy nalot nad lotnisko i nieprawidłowe naprowadzanie samolotu. Konferencja w tej sprawie jest zapowiedziana na godz. 11.
Zespół 21 biegłych, powołany latem 2011 r., miał się wypowiedzieć co do: odtworzenia i rekonstrukcji lotu Tu-154, oceny sprawności technicznej i formalnej samolotu w trakcie lotu i w okresie go poprzedzającym, przygotowania do lotu, stanu wyszkolenia i przygotowania załogi, prawidłowości procesu szkolenia członków załogi, prawidłowości eksploatacji samolotu 10 kwietnia, prawidłowości pracy załogi w czasie lotu, prawidłowości zabezpieczenia meteorologicznego i nawigacyjnego lotu, prawidłowości przygotowania lotniska Smoleńsk-Północny i pracy służb zabezpieczenia lotów na tym lotnisku.

W opinii znalazła się też analiza nagrań z czarnych skrzynek

W opinii znalazła się też m.in. analiza ponownych kopii nagrań z kokpitu Tu-154. Polscy biegli ponownie skopiowali zapisy „czarnej skrzynki” w lutym 2014 r. w Moskwie. Jak informowała wówczas NPW, biegli liczyli, że przy użyciu nowej metodologii i sprzętu uda się dokonać skuteczniejszego odsłuchu zapisu czarnej skrzynki.

Prokuratura dysponuje już wcześniejszą opinią dotyczącą zapisu czarnej skrzynki, która została wydana w grudniu 2011 r. przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie (IES). „Z analizy opinii krakowskiego instytutu wynika, że biegli nie zidentyfikowali części zarejestrowanych na nagraniu wypowiedzi. Powodem takiego stanu rzeczy jest stosunkowo niska jakość dowodowego nagrania” – wskazywała prokuratura.

Prokuratura wystąpiła o opinię biegłych po raporcie Millera

Prokuratura wystąpiła o całościową opinię zespołu biegłych, gdy wpłynął do niej raport Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego pod kierownictwem ówczesnego szefa MSW Jerzego Millera. Prokuratura tłumaczyła, że musi powołać własnych biegłych – z listy biegłych sądowych oraz by były to inne osoby niż członkowie komisji Millera, której zadaniem nie jest ustalanie odpowiedzialności karnej konkretnych osób, ale badanie przyczyn katastrofy.

WPO wszczęła śledztwo w dniu tragedii 10 kwietnia 2010 r. Jest ono prowadzone w sprawie „nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym, w wyniku której śmierć ponieśli wszyscy pasażerowie samolotu TU-154 Sił Powietrznych RP, numer boczny 101, w tym prezydent RP Lech Kaczyński oraz członkowie załogi”.

Śledztwo ws. katastrofy jest przedłużone do 10 kwietnia br.

W sierpniu 2011 r. WPO postawiła zarzuty niedopełnienia obowiązków służbowych dwóm oficerom, którzy w 2010 r. zajmowali dowódcze stanowiska w ówczesnym 36. specpułku. Chodzi o organizację lotu Tu-154 w zakresie wyznaczenia i przygotowania załogi samolotu. Podejrzani nie przyznali się do winy i odmówili składania wyjaśnień. Za zarzucany czyn grozi im do trzech lat więzienia.

Obecnie śledztwo przedłużone jest do 10 kwietnia br. W październiku ub.r. prokurator generalny Andrzej Seremet mówił w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że perspektywa zakończenia śledztwa to „co najmniej jeszcze około roku – jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego”. Prokuratura czeka m.in. jeszcze na pomoc prawną z USA i z Rosji.

Zobacz także

TOK FM

Piotr P. to mały „dziadek z Wermachtu”. Jak bulterier Kurski pokutuje, by wrócić do PiS

Jacek Kurski robi wszystko, by znaleźć się na listach PiS w wyborach parlamentarnych
Jacek Kurski robi wszystko, by znaleźć się na listach PiS w wyborach parlamentarnych Fot. Przemek Wierzchowski / AG

Jest polityk, dla którego trwająca kampania prezydencka to gra o być albo nie być, choć nie kandyduje. To Jacek Kurski, pisowski renegat, który gorliwością w wychwalaniu Andrzeja Dudy i atakach na prezydenta próbuje zasłużyć sobie na rozgrzeszenie u Jarosława Kaczyńskiego. Akcją ze zdjęciem Komorowskiego i szefa SKOK Wołomin znacznie przybliżył się do miejsca na liście PiS w wyborach parlamentarnych.

Prezent dla partii matki
Mówi o sobie „polityk zjednoczonej prawicy in pectore (z łac. w sercu)”. Nikt nie ma jednak wątpliwości, że to stan tymczasowy, bo celem Kurskiego jest powrót na łono PiS. Choć po rozpadzie Solidarnej Polski trwa w zawieszeniu, w ostatnich tygodniach widać jak na dłoni, że przebiera nogami, by ponownie stanąć w pierwszej linii za Jarosławem Kaczyńskim. Dobitnie pokazała to awantura o SKOK-i, która dzięki niemu z oręża PO i sztabu Bronisława Komorowskiego stała się potężną bronią obozu kandydata PiS.

To Kurski pierwszy zapytał, co łączy prezydenta z Piotrem P., byłym szefem SKOK Wołomin. To on sprawił, że politycy PiS mogli pielgrzymować po studiach telewizyjnych ze zdjęciem, mającym rzekomo potwierdzać powiązanie Komorowskiego z aferą w kasach. Dla PiS ta inicjatywa była jak gwiazda z nieba, bo w innym wypadku politycy partii Kaczyńskiego znaleźliby się pod ostrzałem za patronat nad SKOK-ami.

– Jacek wykazał się w tej sprawie refleksem. Platforma od tygodnia przygotowywała się, by uderzyć sprawą SKOK-ów. Dzięki niemu stało się to niemożliwe. Ma doświadczenie w kampaniach, jest członkiem obozu zjednoczonej prawicy, więc trudno by był biernym obserwatorem. Widać, że ciągnie wilka do lasu – mówi naTemat Adam Bielan, były spin doctor PiS.

Pokutnik
Wyciągnięcie tego rodzaju tematu przypomina sprawę „dziadka z Wermachtu” – najbardziej efektowne „osiągnięcie” Kurskiego z wyborów prezydenckich w 2005 roku. Wtedy politycy PiS jak jeden mąż zapewniali, że to inicjatywa własna polityka określanego mianem „bulteriera”. Dziś jest podobnie. Sztabowcy Andrzeja Dudy przekonują, że Kurski robi wszystko na własny rachunek – nie współpracuje ze sztabem, nie doradza i nie konsultuje. Niektórzy nie dowierzają, ale – jak słyszę od członka władz partii – Kurski rzeczywiście nie jest tam mile widziany.

– Myśmy nie mieli na tę sprawę ze SKOK-ami żadnego wpływu. To inicjatywa Jacka. Pewnie tak wyobraził sobie swoje funkcjonowanie. Póki co nie ma jednak mowy o tym, żeby działał przy sztabie. Taka akcja może spowodować poprawę naszych relacji, ale na wszystko trzeba czasu – mówi mi bliski współpracownik prezesa Kaczyńskiego.

Faktem jest jednak, że Kurski wrócił do gry – zarówno tej kampanijnej, jak i tej o powrót na łono partii. Mój rozmówca przyznaje, że pokazał tym samym, iż wciąż „ma to coś” – w sprawie Komorowskiego i Piotra P. skutecznie sprzedał mediom dobrze opakowaną i atrakcyjną historię. Widać, że wziął sobie do serca słowa posła PiS Joachima Brudzińskiego, który kilka miesięcy temu mówił, że „żeby było wybaczenie, musi być pokuta, żal za grzechy, a serce Jarosława Kaczyńskiego jest bardzo miłosierne”. Takiego pokutnika PiS ewidentnie sobie życzy.

Tym bardziej, że Kurski nawrócił się także w innych kwestiach. Kiedy odszedł z PiS, mówił, że nie wierzy w zamach w Smoleńsku i krytykował Antoniego Macierewicza. Po tamtych słowach nic nie zostało.

– Przez lata byłem sceptyczny wobec teorii zamachu, (…) ale po tym czego doświadczyliśmy jako Europejczycy w ostatnich miesiącach, czyli po tym szaleństwie Putina, który jest w stanie mordować taśmowo ludzi w Mariupolu, który jest w stanie zestrzelić malezyjski samolot, który dokonuje agresji widać, że jest to człowiek, który nie cofnąłby się przed zamachem na prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2010 roku – komentował ostatnio w Radiu Zet.

JACEK KURSKI

Wtedy nie widziałem aż tyle, można powiedzieć, że Jarosław Kaczyński był ode mnie mądrzejszy widząc do czego może się posunąć Putin. Putin po moich słowach się dopiero do tego posunął.

W pogoni za listą
Cel gry Kurskiego jest jasny. Na jesieni Polacy pójdą do urn, by zagłosować w wyborach parlamentarnych. Kurski musi być na liście PiS, jeśli chce myśleć o pozostaniu w polityce. Pytany ostatnio przez „Polskę The Times”, czy rzeczywiście zabiega o powrót, stwierdził, że jest „w czyśćcu”. – Jeszcze mi trochę stopy przypieka od dołu, ale w oczach już blask niebiański się mieni – dodał.

Widać więc, że ma nadzieję, iż „mały dziadek z Wermachtu” przybliżył go do celu. Ale czy na pewno? Sprawa jest bardzo skomplikowana. – Sądzę, że przed wyborami prezydenckimi raczej nie ma takiej możliwości. Nie możemy sobie pozwolić, by odtwarzano wypowiedzi Kurskiego przeciwko nam. Przecież on był spiritus movens odejścia z PiS. Łatwo to odgrzać – komentuje polityk z władz PiS.

Zastrzega też, że nawet po wyborach prezydenckich powrót Kurskiego będzie sprawą dyskusyjną. – Jest wiele różnych problemów. On jest bardzo poróżniony ze Zbyszkiem Ziobro, z którym przecież podpisaliśmy umowę. Poza tym on musiałby wrócić do jakiejś struktury, a jego w Gdańsku, skąd startował, nie przyjmą. Musiałby robić za spadochroniarza gdzie indziej – stwierdza.

Byłego bulteriera PiS to jednak nie zniechęca. We wspomnianym wywiadzie dla „Polski” powiedział, że będzie „wyręczał media w mówieniu prawdy”. Można się spodziewać, że takich kampanijnych prawd, jak ta o Komorowskim, będzie więcej. A wszystko w ramach pokuty.

naTemat.pl

Gosiewska przesłała europosłom zdjęcie Tuska z Putinem. „Do świństw PiS-u nie mogę się przyzwyczaić”

Beata Gosiewska wysłała europosłom zdjęcia przedstawiające Donalda Tuska i Władimira Putina
Beata Gosiewska wysłała europosłom zdjęcia przedstawiające Donalda Tuska i Władimira Putina Fot. Róża Thun / Twitter.com

Europosłanka Beata Gosiewska (PiS) rozesłała innym deputowanym zdjęcia przedstawiające Donalda Tuska i Władimira Putina. Wykonane po katastrofie smoleńskiej fotografie mają „ilustrować całą prawdę o tragedii w Smoleńsku”. – Do świństw PiS-u nie mogę się przyzwyczaić – napisała na Twitterze oburzona europosłanka Róża Thun (PO).

Mail wysłany do europosłów przez Beatę Gosiewską był związany z obchodami piątej rocznicy katastrofy smoleńskiej, jakie PiS zorganizowało w Parlamencie Europejskim.

Delegacja partii Jarosława Kaczyńskiego przygotowała m.in. wystawę fotograficzną „Smoleńsk. 10.04.2010. We Remember”. W Parlamencie Europejskim odbyła się także poświęcona katastrofie debata.

doświństwPiS

Rozesłana przez Gosiewską wiadomość była zaproszeniem na dyskusję, podczas której mówiono o tym, „co wiemy o katastrofie smoleńskiej”. Znalezione w internecie zdjęcia miały unaocznić europosłom „całą prawdę o tragedii w Smoleńsku”.

– Zdjęcie to wysłałam, ponieważ moi brytyjscy koledzy byli nim zszokowani. Nie chcieli wierzyć, że obecny szef Rady Europejskiej Donald Tusk w ten sposób zachował się na miejscu katastrofy w Smoleńsku – powiedziała Gosiewska „Rzeczpospolitej”.

naTemat.pl

Artykuł o Polsce sprzed 45 lat idealnie pasuje do… teraźniejszości. Lata mijają, kompleksy pozostają

Czy współcześni Polacy cierpią na takie same kompleksy, jak obywatele PRL-u 45 lat temu?
Czy współcześni Polacy cierpią na takie same kompleksy, jak obywatele PRL-u 45 lat temu? Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

Trafiliśmy na napisany w 1970 roku artykuł o Polsce. Tekst prof. Jana Szczepańskiego „Losy Polski i Polaków” podesłał nam jeden z czytelników. Okazuje się, że mimo upływu czasu, można w nim znaleźć zaskakująco dużo analogii do dzisiejszej sytuacji…

Zamiast uchylać się od ważnych dla nas samych i kraju problemów, tworzyć sztuczne podziały na „my” i „oni”, pogrążać się w „narodowych” kompleksach, powinniśmy porządnie zabrać się do pracy. Prawda, że brzmi aktualnie? A to tekst sprzed 45 lat…

Opublikowany na łamach czasopisma „Życie i nowoczesność” z 4 czerwca 1970 roku artykuł oczywiście trąci starym systemem. Główna teza? Wtedy, w państwie rządzonym jeszcze przez Władysława Gomułkę – „jeszcze”, bo za pół roku jego ekipa dokona krwawej rozprawy z robotnikami na Wybrzeżu, po czym będzie zmuszona oddać władzę – Polacy mieli wiele kompleksów.

Dziś żyje się lepiej, niczego na półkach sklepowych nie brakuje, nikt nam nie mówi, jak i co mają robić, a problemy i kompleksy… pozostały. Polacy są lub chcą być Europejczykami z prawdziwego zdarzenia, żyją w kraju członkowskim NATO i Unii Europejskiej, ale nie wyzbyli się całkowicie mentalności typowej dla obywateli PRL-u, nad którymi państwo roztaczało wieloaspektową kontrolę.

Gdyby jednak problemy tamtego państwa – Polski Ludowej – rozłożyć na czynniki pierwsze, otrzymalibyśmy cały szeroki zestaw zagwozdek i innych utrapień zwykłych obywateli. Ale główną ich bolączką, pisał prof. Szczepański – pominąwszy oczywiście trudności czysto „państwowe” (z jakimi nasi rodzice czy dziadkowie zmagali się żyjąc w tamtej rzeczywistości) – był stosunek do… rodaków.

I tak, czytamy w ponadczasowym chyba artykule, do typowo „polskich” przypadłości należało żywienie na ogół zaciekłej niechęci w stosunku do Polaków, którzy osiągnęli sukces, dajmy na to zagranicą. Nie potrafiliśmy więc cieszyć się ze szczęścia tych, którzy budowali nasz narodowy prestiż. Ta „polskość” jest widoczna także dziś.

To jednak nie wszystko, co wrzucić należy do worka ze swojskimi przywarami. Zarówno w 1970 roku, jak i zresztą dziś, wytyka się Polakom, że potrafią pić na potęgę. – Skoro Polacy decydują się na przepijanie tak wielkiego odsetka swojego dochodu narodowego, to historycy pamiętający, jaką rolę w XVIII wieku odegrał biesiadny styl życia w upadku Polski, skłonni są do daleko idących analogii – przestrzegał profesor. – Polak nie wielbłąd, pić musi – powie dziś niejeden amator kieliszka.

Jak zatem przejść wokół całej tej „polskości” Polaków obojętnie, skoro od nich właśnie, czyli od nas, zależy los kraju? To, jacy jesteśmy na co dzień, jak dbamy o wspólne dobro, wpływa na przyszłość Polski. Problem w tym, że – pisał naukowiec – nasz rozwój hamowały pewne cechy charakteru, które w szczególny sposób rozwinęły się… właśnie u mieszkańców kraju nad Wisłą.

– Istnieje w naszym społeczeństwie silnie rozwinięta skłonność do przerzucania odpowiedzialności za każdą sprawę, każdego Polaka, na innych, przy czym „oni” to może być rząd, partia, administracja, zagranica – w zależności od sytuacji – czytamy w „Życiu i nowoczesności” sprzed 45 lat.

Dowiadujemy się również, rzecz jasna patrząc z perspektywy 1970 roku, że dominujące cechy Polaków to… niechlujstwo i brak energii w kształtowaniu przyjemnego środowiska zewnętrznego. Socjolog wyliczał: nie wykończone podwórka przy blokach, źle utrzymane trawniki, brudne i zniszczone klatki schodowe, odpadający tynk itd. Wielu obywateli po prostu nie dba o otoczenie, w którym żyje. Szkoda, bo – jak zresztą podkreślono na łamach pisma – Polskę buduje się tu i ówdzie, w każdym urzędzie, szkole czy instytucji naukowej.

Autor zastrzegł też: Polakom, tym sprzed 45 lat oczywiście, potrzeba „moralnej mobilizacji”, uświadomienia niebezpieczeństw stanu, w jakim się znaleźli. Konieczne jest też, w przekonaniu badacza, stworzenie systemu sprawnie działających ocen. – Trzeba pobudzić ludzi do konsekwentnego wysiłku i pokazać im perspektywy – konkludował prof. Szczepański. Czy i dziś nie przydałoby się nam, jako narodowi, coś na kształt katharsis?

naTemat.pl

Kowalski z RN: Żyję w państwie totalitarnym. Jechałem pociągiem…

pn, 26.03.2015
Marian Kowalski, kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta RP

Marian Kowalski, kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta RP (Fot. Anna Krasko/Agencja Gazeta)

Dostało się tradycyjnie lewakom, koncernom, totalitarnej Polsce, Dudzie i Komorowskiemu. Ale w końcu Marian Kowalski przyznał, że „my Polacy żyjemy w fajnym, wolnym świecie”. Co go do tego skłoniło?
Marian Kowalski jest kandydatem Ruchu Narodowego w wyborach na prezydenta RP. Ma 51 lat, pochodzi z Lublina. Przez lata ćwiczył kulturystykę. – To już oficjalne. Ruch złożył w PKW prawie 188 tys. podpisów poparcia. Startuję – ucieszył zwolenników w zielonogórskim kinie Newa.

Miał też złą nowinę. Na kampanię planował wziąć urlop z pracy (był trenerem w sieciowym klubie fitness w Lublinie). Tymczasem dostał wypowiedzenie. – Angielskie świry wyrzuciły mnie na zbity ryj. Cóż, przed wami siedzi bezrobotny, bez prawa do zasiłku – nie przebierał w słowach Kowalski. – To kolejny dowód na to, że korporacje traktują Polaków jak parobków. Pomaga się zagranicznym inwestorom, a polskiemu sprzedawcy pietruszki pozwala zbankrutować. Polacy nie mogą być wyzyskiwani we własnym kraju. Jesteśmy zepchnięci do roli murzynów narodu.

Wyzywają nas od faszystów

– Jak ktoś pedałowi porysuje samochód, to wszystkie fundacje biją na alarm, Polaków wyzywa się od faszystów. Ale jeśli Polakowi dzieje się krzywda, nikt szczególnie się nie przejmuje. Żaden z moich kontrkandydatów nie podnosi problemu wyzysku zagranicznych sieci, ale cóż, korporacje mogą się dołożyć do kampanii – przemawiał. Według Kowalskiego, Andrzej Duda i Bronisław Komorowski są z tej samej parafii. – Razem działali w palikotyzującej partii, jaką była Unia Wolności. To jedno wielkie barachło. Obaj wprowadzą euro, tylko jeden się potem wyspowiada, a drugi nie – szydził kandydat narodowców.

„Polak powinien mieć broń”

Kowalski przyznał, że do „przebrzydłego pacyfisty” to mu daleko. Dlatego żąda większego dostępu do broni. – Polacy, którzy są zdrowi psychicznie i niekarani, nie powinni mieć problemu z jej uzyskaniem.

Kandydat RN doszedł do wniosku, że „żyjemy w państwie totalitarnym”. Skąd ten wniosek? – Jechałem pociągiem do Wrocławia, kontroler sprawdzał mi bilet pięć razy. Jakby tylko czyhał na mój błąd. Innym razem obserwowałem, jak straż miejska terroryzuje kierowców, którzy źle zaparkowali. Dlaczego nie mogli tego zrobić, skoro było wolne miejsce? Strażnik nie może być jak egzekutor – objaśniał Kowalski.

Potem było jeszcze ostrzej: – Rządzą nami cyniczne sukinsyny. Fagasy z restauracji, z zegarkami za 20 tys. zł.

Oberwało się też „lewakom”. – Mówią: świat bez granic, wszyscy jesteśmy braćmi. Wiecie, czym to się kończy? Strzelaniną. Taki lewacki mit prezentują bezdomni, którzy żyją z dnia na dzień, nie przejmując się niczym.

Muzułmanie i spódnica mini

Na spotkanie z Kowalskim przyszło kilkudziesięciu ludzi, głównie młodych. Nie rozumieją, dlaczego Marian Kowalski i Janusz Korwin-Mikke nie mogą połączyć sił, skoro obaj reprezentują twardą prawicę.

– W wielu kwestiach się różnimy. On mówi, że trzeba liberalizować rynek pracy, żeby nie było związków zawodowych. Jest mu wszystko jedno, czy ziemia jest polska, czy nie. Ja uważam inaczej. Ale prywatnie złego słowa o nim nie powiem. Byłem u niego na imieninach nieraz, chleb jadłem i wódkę piłem – pochwalił się Kowalski.

Mityng zakończył jednak optymistycznie. – Muzułmanów brzydzi widok rodziny: mąż, żona w mini i pies na smyczy. Dla nas to przykładna rodzina, a oni mówią: patrzeć na to, to tak, jak dla was obserwować dwóch pedałów całujących się na ulicy. No bo jak, kobieta w krótkiej spódniczce? Przecież ona chce się przypodobać innym. Mnie by to do głowy nie przyszło, że moja żona ma takie potworne myśli. I jeszcze pies, najbrudniejsze zwierzę na świecie. Muzułmanin powie: jak można takie bydlę trzymać w domu? Tak że cieszmy się, my – Polacy – że żyjemy w fajnym, wolnym świecie.

zielonagora.gazeta.pl

„Sąd nie powinien zgadzać się na targowanie z Wojciechem G. Decyzja sądu narusza poczucie sprawiedliwości”

Anna Siek, 26.03.2015
Adam Szostkiewicz

Adam Szostkiewicz (Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta)

– Nie mówię, że wyrok w sprawie Wojciecha G. nie jest legalny. Ale moim zadaniem, w tak ohydnej sprawie, sąd nie powinien zgadzać się na ugodę – ocenił Adam Szostkiewicz w TOK FM. Były ksiądz Wojciech G. został skazany przez sąd w Wołominie na siedem lat więzienia.
Wojciech G. był oskarżony o 10 przestępstw, między innymi obcowanie płciowe z małoletnimi i molestowanie. Zarzuty dotyczyły sześciu Dominikańczyków i dwóch Polaków.Na pierwszej rozprawie przed sądem w Wołominie obrońcy byłego księdza złożyli wniosek o dobrowolne poddanie się karze, zaproponowali siedem lat więzienia. Na drugiej sąd ogłosił pozytywne rozpatrzenie wniosku, uznał Wojciecha G. za winnego zarzucanych mu czynów i skazał na siedem lat więzienia. Oskarżonego nie było wczoraj w sądzie podczas odczytywania wyroku.

– Ten wyrok, choć jest surowy, to moim zdaniem narusza poczucie sprawiedliwości – komentował Adam Szostkiewicz w „Poranku Radia TOK FM”.

Niepotrzebne pertraktacje

Jak wyjaśnił publicysta „Polityki”, sprawa Wojciecha G. jest wyjątkowo drastyczna. – Dotyczy wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osobę duchowną. A duchowny kojarzony jest przecież z moralnością. Nie mówię, że wyrok nie jest legalny. W tak ohydnej sprawie sąd nie powinien iść na ugodę.

Tym bardziej że, jak przypomniał Szostkiewicz, były ksiądz od początku zapewniał o swojej niewinności. – Nagle poczuł, że sprawa jest poważna, może mieć kilkanaście lat do odsiedzenia w więzieniu i wymyślił propozycję ugody.

Abp Wesołowski czeka

Były ksiądz Wojciech G. nie był jedynym bohaterem pedofilskiej afery ujawnionej przez media na Dominikanie. Drugim były nuncjusz apostolski abp Józef Wesołowski. Hierarcha czeka na proces w Watykanie. Jest oskarżony o pedofilię i posiadanie materiałów z pornografią dziecięcą. Według watykańskiego prawa grozi mu kara do siedmiu lat więzienia.

Zobacz także

TOK FM

„W sprawie euro Komorowski powinien pogłaskać Dudę po główce i powiedzieć: Panie Duda, głupio pan robisz, ale…”

Piotr Markiewicz, 26.03.2015
Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta RP z wizytą w Stalowej Woli.

Andrzej Duda, kandydat PiS na prezydenta RP z wizytą w Stalowej Woli. (PATRYK OGORZAŁEK)

Komorowski powinien dyskutować o wprowadzeniu euro w Polsce – uważa Paweł Wroński. Publicysta „Gazety Wyborczej” podkreślił, że ten temat jest ważnym zagadnieniem, podniesionym przez Dudę, chociaż wprowadzonym infantylnie do debaty.
– Kandydaci w wyborach prezydenckich zaczęli odczuwać, że prowadzą niepoważną kampanię – uważa Wroński. Jego zdaniem stąd wzięły się poważne tematy, które pojawiły się ostatnio – np. euro.Tę dyskusję rozpoczął Andrzej Duda, kandydat PiS. Jego sztabowcy za pomocą „Bronkomarketu” chcieli pokazać, jak rzekomo miałyby wzrosnąć ceny po przystąpieniu Polski do strefy euro. Problem w tym, że przykładowe ceny towarów podane w euro są po przeliczeniu na złotówki takie jak ceny produktów, które Jarosław Kaczyński kupował podczas słynnej wizyty w sklepie w 2011 roku. Ceny w złotówkach są natomiast dużo niższe niż wtedy.

„Komorowski powinien dyskutować”

Dodatkowym problemem jest też to, że aby wprowadzić euro w Polsce, potrzebna jest zmiana konstytucji. A do tego brakuje odpowiedniej większości w parlamencie. Na to akurat prezydent nie ma wpływu.

– Duda zrobił to infantylnie, ale ci wszyscy kandydaci mają być młodzi, radośni, twitterowi – zauważa Wroński. – Ale moim zdaniem to ważne zagadnienie. Niewłaściwe ze strony sztabu Bronisława Komorowskiego jest unikanie dyskusji o euro poprzez mówienie, że to bicie piany, bo sprawa jest zablokowana ze względu na potrzebę zmiany konstytucji.

– Komorowski powinien pogłaskać Dudę po główce jako ten starszy, poważniejszy i powiedzieć: panie Duda, głupio pan robisz, ale poruszyłeś ważne zagadnienie, więc porozmawiajmy. Jeśli ci sami kandydaci odczuwają własną chęć wymiany poglądów na ważny temat, to chyba dobrze dla tej kampanii, a nie źle – podsumował.

TOK FM

Katastrofa airbusa we Francji. Prokuratura: Drugi pilot świadomie zaczął obniżać wysokość lotu i odmówił otwarcia drzwi do kabiny

WB, 26.03.2015
Telewizyjne zdjęcia miejsca katastrofy airbusa linii Germanwings

Telewizyjne zdjęcia miejsca katastrofy airbusa linii Germanwings (DIASTAR/AP)

Kapitan Airbusa A320, który rozbił się w Alpach, wyszedł z kokpitu, a później nie został do niego wpuszczony. W tym czasie drugi pilot świadomie spowodował opadanie samolotu. Pilot nie odpowiadał na komunikaty kontrolerów lotu, jednak wiadomo, że był żywy.
Znaleziona przez śledczych czarna skrzynka pozwoliła odtworzyć ostatnie 30 minut lotu. 20 minut przebiegło spokojnie, piloci rozmawiali. – Kapitan przygotowywał procedurę wstępną przed lądowaniem w Duesseldorfie, drugi pilot lakonicznie odpowiedział. Następnie słyszymy kapitana, który prosił drugiego pilota o przejęcie sterów, a równocześnie słychać odgłos odsuwanego fotela i zamykanych drzwi. Można domniemywać, że kapitan wyszedł prawdopodobnie za naturalną potrzebą – mówił prokurator na konferencji z Marsylii.Drugi pilot został sam za sterami airbusa– W tym czasie słychać przełączenia Flying Monitoring System – uruchomiono procedurę schodzenia samolotu. Rozpoczyna się schodzenie maszyny. Manipulowanie przełącznikiem wysokości może być jedynie zamierzonym działaniem – podał prokurator. – Na nagraniu słychać kilka wezwań kapitana proszącego o możliwość wejścia do kokpitu. Nie ma odpowiedzi. Kapitan puka. Słychać głos ludzkiego oddechu i słychać go do samego końca, co oznacza, że drugi pilot był żywy – podano w Marsylii.

Próbę kontaktu z pilotem przed katastrofą

Próbę kontaktu podjęła też wieża kontrolna z Marsylii. – Nie było odpowiedzi ze strony drugiego pilota. Kontrolerzy lotniczy proszą wówczas o włączenie komunikatu SOS 7700, nie ma żadnej odpowiedzi, co oznacza, że samolot stałby się priorytetowy wśród wszystkich samolotów, które miały lądować. Wieża kontrolna prosi inne samoloty o próbę kontaktu radiowego z tym samolotem – mówił prokurator.

Drugi pilot świadomie doprowadził do katastrofy

– Uruchomiły się kontakty alarmowe, mające zawiadomić załogę o zbliżającej się ziemi. Słychać gwałtowne uderzenia świadczące o próbie sforsowania drzwi. Są alarmy pull up. Tuż przed ostatecznym uderzeniem słychać coś, co może być uderzeniem o przeszkodę, prawdopodobnie samolot ześlizgnął się ze stoku, zanim uderzył. Nie został wysłany komunikat mayday. Nie było żadnej odpowiedzi na różne zapytania ze strony kontrolerów lotu – dowiadujemy się.

– Interpretacja na dzień dzisiejszy, 48 godzin po katastrofie, jest taka, że drugi pilot poprzez świadome zaniechanie, odmówił otwarcia drzwi kokpitu kapitanowi i włączył guzik powodujący utratę wysokości i uruchomił przełącznik powodujący opadanie samolotu. Można to zinterpretować jako wolę zniszczenia samolotu – podsumował.
Pilot prawdopodobnie oddychał normalnie. Nie jest to oddech kogoś, kto np. ma zawał. – Pełna cisza, nie powiedział ani słowa – dodaje prokurator.- Ofiary zorientowały się w ostatniej chwili. Na taśmie krzyki pojawiają się tuż przed uderzeniem – mówi prokurator pytany o ofiary.

Katastrofę spowodował pilot Andreas Lubitz
– Dowiadujemy się wszystkiego na temat życia drugiego pilota. Dostaniemy je od władz niemieckich, dziś lub jutro – informuje prokurator. Pochodzenie etniczne pilota i jego wyznanie nie jest znane. Nie był on związany z żadną organizacją terrorystyczną.

gazeta.pl

Paradowska rozważa konkurs „kto to powiedział”: „Gdyby było śledztwo ws. Smoleńska, nie doszłoby do aneksji Krymu”

Piotr Markiewicz, 26.03.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,103087,17659662,video.html?embed=0&autoplay=1
– PiS kocha wynoszenie sprawy Smoleńska na forum międzynarodowe. Ale jest to coraz większe samoośmieszanie się – stwierdziła Janina Paradowska w TOK FM. Dziennikarka odniosła się do próby wprowadzenia przez PiS dyskusji o katastrofie w Smoleńsku do Parlamentu Europejskiego. I rozważa konkurs: kto powiedział, że „gdyby było śledztwo międzynarodowe, to nie doszłoby do aneksji Krymu”?
„Gdyby od początku było międzynarodowe śledztwo ws. katastrofy w Smoleńsku, nie doszłoby do aneksji Krymu, wojny w Donbasie, zestrzelenia tam malezyjskiego samolotu i śmierci Borysa Niemcowa” – konkurs w sprawie tego, kto jest autorem tego zdania, rozważała w Poranku TOK FM Janina Paradowska.Publicystka doszła jednak do wniosku, że to zbyt łatwe – oczywiście powyższe zdanie wypowiedział Antoni Macierewicz. A mówił podczas debaty „Pięć lat po katastrofie smoleńskiej. Co wiemy?” w siedzibie Parlamentu Europejskiego w Brukseli. – To głupstwo – zauważyła Paradowska. – PiS kocha wynoszenie tej sprawy na forum w Brukseli, na forum międzynarodowe, ale jest to coraz większe samoośmieszanie się. Chociaż myślę, że ci, którzy to robią, nie mają poczucia samoośmieszania się, mają za to poczucie spełniania jakiejś wielkiej misji – zauważyła dziennikarka.

Brok studzi PiS

Posłowie PiS próbowali wprowadzić we wtorek temat katastrofy w Smoleńsku pod wspólne obrady komisji ds. bezpieczeństwa i obrony, której szefuje Anna Fotyga, oraz komisji spraw zagranicznych kierowanej przez niemieckiego chadeka Elmara Broka.

Brok jednak szybko ostudził entuzjazm Prawa i Sprawiedliwości – został zaproszony na dyskusję na temat „bezpieczeństwa lotów nad obszarami ogarniętymi konfliktem i zagrożeń dla lotnictwa cywilnego”, więc jak tylko usłyszał, o czym mówi Bogdan Gajewski, współpracownik zespołu Macierewicza, to wystąpienie przerwał. – Wykorzystywanie tej sytuacji dla wewnętrznej polskiej dyskusji wydaje mi się nie na miejscu – spuentował.

Zobacz także

 TOK FM

Dupsko

Agnieszka Kublik, 24.03.2015

Fot. Patryk Ogorzałek

Moja przyjaciółka Maryla mówi, że spotkała w jednym szpitalu, na jednym oddziale dwie kompletnie inne pielęgniarki. Obie miały coś. Kasia – powołanie, Mariola – pogardę dla pacjenta.
Maryla obserwowała je przez pół roku dzień w dzień w jednym z warszawskich szpitali. Odwiedzała znajomą chorą, która trafiła tam po udarze.Na tym oddziale same trudne przypadki: starsi ludzie, którzy są sparaliżowani, częściowo lub całkowicie. Wymagają opieki od rana do wieczora: kąpiele, przewijanie, karmienie. Ci, którzy chodzą w miarę samodzielnie, starają się radzić sobie sami. Ale to po prostu niemożliwe. Ich mózg nie daje rady.Pani Aniela, 82-latka, całkiem sprawna fizycznie, ale już nie bardzo ogarniająca rzeczywistość, niemal codziennie, niekiedy nawet kilka razy robiła to samo: albo sikała na zamkniętą klapę, albo przez niezdjęte spodnie, rajstopy i majtki. Nie wiem, czy choć raz się jej zdarzyło zrobić to jak należy. I nie tylko z sikaniem miała takie problemy, niestety.Pani Aniela wychodziła potem z łazienki na korytarz. Zagubiona i nieszczęśliwa, cała mokra i z rozbrajającym uśmiechem obwieszczała wszystkim: Zsikałam się!Gdy dyżur miała Kasia, sytuacja rozwijała się zawsze dalej mniej więcej tak:Kasia (śmiejąc się): – Pani Anielu, a przecież mówiłam, że na sedesie siadamy gołym dupskiem! Majtasy zdejmujemy, zawsze zdejmujemy.Aniela: – No tak, chyba znów zapomniałam. A dlaczego mi pani, pani Kasiu, nie przypomniała?Kasia żartobliwie: – No tak, zapomniałam, że pani znów zapomni.Aniela: – A tak się starałam. Właściwie to mi się wydawało, że ściągnęłam spodnie. Nie ściągnęłam majtasów? Może pani sprawdzi?Kasia: – Nie, nie ściągnęła pani, pani Anielo. Mówiłam: gołe dupsko musi być. Gołe dupsko.W tym czasie szła już po pampersa i po suche ubranie na zmianę. Potem brała panią Anielę pod rękę i dalej tak się przekomarzając, szły pod prysznic.

Pani Aniela zawstydzona. Ale gdy słyszy „dupsko”, uśmiecha się.

Po kilku godzinach pani Aniela znów wymagała kąpieli albo łazienka sprzątania. Nie da rady, zwyczajnie zapomina o „gołym dupsku”.

Za każdym razem Kasia była cierpliwa i pogodna. Nie okazywała cienia znużenia tym, że pani Aniela sobie nie radzi, a ona ma więcej roboty.

Maryla mówi, że wszyscy podziwiali Kasię za to, że z takim taktem – tak, tak, nawet to „dupsko” było tu subtelne – radziła sobie z tą sytuacją. Nie przypięła pani Anieli do łóżka (a mogła, były na tym oddziale specjalne skórzane pasy do zapinania na nadgarstkach). Nie krzyczała na nią. Nie obrażała. Nie strofowała. Nie pouczała. Nie poniżała. Nie ubliżała. Nie szturchała.

Całkiem inaczej niż Mariola. Bo gdy Mariola miała dyżur, pani Aniela nie miała tak milutko. To był koszmar.

Gdy dyżur miała Mariola, sytuacja zawsze rozwijała się dalej mniej więcej tak:

Mariola widzi na korytarzu zasikaną i smutną panią Anielę. Staruszka nie prosi o pomoc. Zwyczajnie nie śmie. Wie, że dyżur ma Mariola. Stoi więc tak i czeka, aż ktoś (Mariola) zwróci na nią uwagę i się nią zajmie.

Marioli uwagę zwróciła, ale się nie zajęła. Na razie. Staruszka musi swoje wyczekać, tak? Jej wina przecież, tak?

Mariola mruczy pod nosem, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, a przede wszystkim pani Aniela: No, starucha znowu się zsikała! Albo nawet „się zesrała”!

Mariola: – A nie mówiłam ci, że masz się rozbierać, gdy srasz! Słowo daję, przywiążę cię w tym twoim barłogu, starucho ty jedna!”Ty” jest częste w naszych szpitalach. Pielęgniarki, salowe, lekarze bez zahamowań „tykają” chorych, starych ludzi. A przecież to jest naruszenie ich godności, okazanie braku szacunku. Demonstracyjne urzeczowiają chorego, pokazują, kto ma władzę. Tak szpital staje się miejscem, gdzie na porządku dziennym jest okazywanie władzy wszystkich nad pacjentem: od pani w rejestracji, poprzez pielęgniarki, po lekarzy i ordynatorów.Mariola okazuje pani Anieli zero szacunku. Pani Aniela mokra i brudna bezradnie stoi na korytarzu kilkanaście minut.Mariola wściekła. Chodząc z sali do sali, demonstruje, jak bardzo jest zajęta.Pokrzykuje: – Sama sobie jest winna. Głupia starucha, tyle razy jej mówiłam! Ale nie, co ją to obchodzi, stara idiotka nic nie rozumie. Teraz ja muszę się narobić w tym twoim gównie!W końcu szarpie panią Anielę za rękę, ciągnie ją do łazienki. I opieprza, że nie ma przy sobie suchego ubrania.Zza zamkniętych drzwi słychać lejącą się wodę, wściekłą Mariolę i płacz pani Anieli.Mariola krzyczy. Obraża. Strofuje. Poucza. Poniża. Ubliża. Że głupia. Że durna. Że idiotka. Że kretynka. I to stara kretynka!- I wiesz – opowiada mi Maryla – że nikt nie reagował. A przecież wszyscy słyszeli. Ani pacjenci, ani ich rodziny, ani inne pielęgniarki, ani lekarze. – Znieczulica jakaś. Tylko ja poszłam do ordynatora. I się tym przejął, tak mi się przynajmniej wydawało. Podobno o niczym nie wiedział. Popytał pielęgniarki i lekarzy. Okazało się, że Mariola dużo wrzeszczy, mało robi. Wezwał ją na dywanik. Nie wiem, czy chciała i czy potrafiła się zmienić. Znajoma wyszła ze szpitala.Nigdy bym nie wpadła na to, że słowo „dupsko” może okazać się całkiem porządnym i skutecznym testem na istnienie u polskiej pielęgniarki powołania. A jednak.

„Czułe słówka Agnieszki Kublik” – obyczajowe felietony publicystki „Gazety Wyborczej” co tydzień na wyborcza.pl/zycieistyl

wyborcza.pl

Jarosław Kaczyński: „Andrzej Duda ma szansę w drugiej turze”

Jarosław Kaczyński liczy na poparcie dla Andrzeja Dudy w drugiej turze
Jarosław Kaczyński liczy na poparcie dla Andrzeja Dudy w drugiej turze Fot. Kuba Atys/Agencja Gazeta

Jarosław Kaczyński przyznaje, że rzadko pojawia się podczas kampanii wyborczej, by nie stwarzać wrażenia, że Andrzej Duda nie jest samodzielnym politykiem.

Jarosław Kaczyński w rozmowie z Łukaszem Warzechą zdradza, że proces szukania poparcia u kandydatów Pawła Kukiza i Magdaleny Ogórek, w razie gdyby doszło do drugiej tury, już trwa. Jego zdaniem to, co mówi Andrzej Duda jest prospołeczne, ale jest on w konflikcie z głównym nurtem.

JAROSŁAW KACZYŃSKI

Elektoraty Magdaleny Ogórek i Pawła Kukiza mogą więc głosować w II turze na Andrzeja Dudę. To już jest nawet przeliczone. Andrzej Duda ma szanse w drugiej turze

Prezes zaprzecza, jakoby myślał o zadeklarowaniu, że nie zostanie premierem po ewentualnym zwycięstwie PiS w wyborach parlamentarnych.

Takie rozwiązanie zaproponował prof. Andrzej Nowak – jego zdaniem, miałoby to pomóc Dudzie w wyborach prezydenckich. Dziesięć lat lat temu Jarosław Kaczyński zadeklarował, że nie zostanie premierem, jeśli jego brat zostanie prezydentem.

JAROSŁAW KACZYŃSKI

Teraz nie ma żadnych oznak, by wyborcy mieliby nie zaakceptować mnie jako premiera i Andrzej Dudy jako prezydenta

W środę Duda, mówiąc o Polsce w Unii Europejskiej stwierdził, że powinniśmy prowadzić swoją politykę, a nie płynąć w głównym nurcie. W jego ocenie, przystąpienie naszego kraju do UE w 2004 roku jest jednym z największych sukcesów ostatniego ćwierćwiecza.

Źródło: Wiadomosci.wp.pl

naTemat.pl

Partyzanci miejscy: Magda. Robot, który został prezydentem

Jędrzej Słodkowski, 25.03.2015
Wiktoria Cukt - kandydatka Centralnego Urzędu Kultury Technicznej na fotel prezydenta RP

Wiktoria Cukt – kandydatka Centralnego Urzędu Kultury Technicznej na fotel prezydenta RP (Fot Jacek Balk/Agencja Gazeta)

Nie mam pewności, że kandydatka Ogórek w ogóle istnieje. Podejrzewam, że to Wiktoria Cukt w wersji 3D.
Grupa artystyczna The Krasnals wystosowała ostatnio list otwarty do Marii Brewińskiej z Zachęty. Kuratorka nie uwzględniła ich obrazów na wystawie o zapożyczeniach i naśladownictwie w sztuce. Anonimowi artyści od lat podrabiają Wilhelma Sasnala, więc miejsce na wystawie należy im się jak psu zupa. Być może Brewińska zapomniała o Krasnalsach, bo nie jest na ich liście mailingowej. Ja średnio raz w tygodniu wygrzebuję ze spamu obraz Krasnalsów: a to portret Niemcowa, a to Durczoka, i dzięki temu nie muszę oglądać telewizji informacyjnych.Prawdziwym skandalem jest jednak to, że Brewińska zapomniała o znacznie głośniejszym xeroboju polskiej sztuki. Nazywa się Leszek Miller, a jego dzieło – „Magdalena Ogórek – kandydatka na prezydenta RP”. Praca ta zdradza łudzące podobieństwo do Wiktorii Cukt, kandydatki z roku 2000. Była piękna i walczyła o wyborców hasłem „Politycy są zbędni”. Program pisali jej internauci – składał się z 500 sprzecznych ze sobą postulatów. „Chciałbym ją widzieć codziennie, jej usta, oczy. Nie muszę jej słyszeć, wystarczy, że ją widzę – na niebieskim tle, na tle nieba” – zachwycał się w „Wyborczej” jeden z niedoszłych wyborców. A dziennikarz dodał od siebie: „Nic dziwnego, urzekająca uroda pani Cukt powoduje, że chętniej spytałbym ją o jej wymiary niż polityczny program”. Jej kampania wyborcza, prowadzona na billboardach w całym kraju i w internecie była pomysłem grupy Centralny Urząd Kultury Technicznej. Cukt została wygenerowana w sposób na wskroś nowoczesny: komputerowo.Chciałoby się powiedzieć, że dawna kpina z polityki okazuje się z dzisiejszej perspektywy prorocza – bo dzisiejsza polityka jest kpiną. Ale nie mam wcale pewności, że kandydatka Ogórek – lewicowa specjalistka od Kościoła powołująca się na Leszka Balcerowicza i radująca się z felietonu w „Rzeczpospolitej” pt. „Ogórek blisko Korwina i Jarubasa” – w ogóle istnieje. Podejrzewam, że to Wiktoria Cukt w wersji 3D, prawdopodobnie zaawansowany robot. Wyjaśniałoby to, dlaczego kandydatka unika mediów – w pracowni Leszka Millera artystyczno-inżynierski think tank w pocie czoła ustawia zapewne ostatnie parametry, dokręca śrubki, podkręca rzęsy. Legendarny już wywiad Ogórek w lubuskim Radiu Zachódbył zapewne testem sprawdzającym, czy dzieło działa. Słusznie, bo od czasów „Alternatywy 4” wiemy, czym kończy się pośpiech przy konstrukcji robotów.Ścieżki sztuki i polityki przecinają się nie od dziś. Premierem Polski był pianista, dramatopisarz – prezydentem Czech, do Białego Domu wprowadził się aktor. Nigdy jednak głową państwa nie było dzieło sztuki. A przecież na tym nie powinno się skończyć, Polska może wylansować nową ikonę popkultury. Światowym hitem mógłby być film science fiction „Magda. Robot, który został prezydentem”. Na Oscarze za czarno-biały film, w którym nic się nie dzieje, nasze ambicje chyba się nie kończą? Niniejszym apeluję do minister kultury o przyznanie Leszkowi Millerowi już teraz medalu Zasłużony Kulturze „Gloria Artis” stopnia III.

W ”Dużym Formacie” czytaj też:

Czy ktoś pamięta? Obóz koncentracyjny dla dzieci w Łodzi
Dzieci jeszcze żywe: Władysław zrozumiał. Krystyna wybaczyła. Maria nie potrafi

U egzorcystów kolejki
Przecież w tym mieszkaniu tyle obrazów świętych, to gdzież szatan by tam wszedł

Tropimy policyjne statystyki. Ten trup się nie liczy
Paweł padł ofiarą statystyki. Komendanci nic nie zyskają na uchronieniu człowieka od samobójstwa. Statystycznie większą wartość ma znalezienie nastolatka z piwem w parku

Jak żyć bez picia i ćpania? Już jutro ten tekst może być nieaktualny
Każdego dnia mogę znaleźć się z puszką piwa na ławce w parku albo na cmentarzu na Wólce

„Stado delfinów” na horyzoncie przemienia się w motorówki z 80 piratami na pokładach
Gdy „Kapitan Phillips” bił rekordy popularności w kinach, Polacy stawali się specjalistami od ochrony statków przed piratami

Walka o Radio dla Ciebie. Nie zamierzamy stąd nigdzie odchodzić, bo to nasze, obywateli, radio
My nie szczujemy, nie obrażamy nikogo, oswajamy ludzi z różnorodnością świata. To trudne. Uczy pokory

Jak się uzależnić od filantropii? 19 milionów dolarów to dla pana dużo?
To duża kwota. Ale muzeum Polin warte jest tych pieniędzy. Rozmowa z Tadem Taubem, konsulem honorowym Polski w Kalifornii, biznesmenem i filantropem, który wsparł budowę Muzeum Historii Żydów Polskich

Po co jest stand-up?
Na imprezach w korporacjach mówię do kotleta. Czasem ktoś przy pierwszym stoliku między ziemniakiem a surówką się zaśmieje

Wyborcza.pl

Syllabusy do religii? MEN ich nie kontroluje, choć lekcje religii finansuje państwo

Liberte chce, by religia nie była finansowana z pieniędzy publicznych.
Liberte chce, by religia nie była finansowana z pieniędzy publicznych. Fot. Artur Kubasik/Agencja Gazeta

Temat nauczania religii w szkołach powraca cyklicznie – ponad dwadzieścia lat temu debatowano nad tym, czy nauczana ona powinna być w szkołach, czy nie. Nie tak dawno przez społeczeństwo przetoczyła się debata na temat obecności oceny z tego przedmiotu na świadectwie. Teraz dyskusja rozpoczęła się na nowo przy okazji akcji „świecka szkoła”, zorganizowanej pod auspicjami środowiska „Liberté”. To dobry pretekst, by przyjrzeć się, jak wygląda nauczanie religii w szkołach.

Religia została wprowadzona do szkół w 1990 roku – bez konsultacji społecznych, bez debaty. Na chwilę przed początkiem roku szkolnego ówczesny minister edukacji narodowej Henryk Samsonowicz po prostu nakazał wprowadzenie religii do programu nauczania. Powód miał dobry, bo naciski na Radę Ministrów ze strony hierarchów Kościoła katolickiego były silne, a Komisja Wspólna Przedstawicieli Episkopatu i Rządu RP okazała się doskonałym forum do stosowania nacisku. Podobnie rzecz miała się z z finansowaniem tych lekcji, zwiększeniem liczby godzin w tygodniu, umieszczeniem oceny na świadectwie i w końcu maturą z religii.

Miliard złotych na religię. Płaci państwo
W świetle art. 53 ust. 1 i 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z dnia 2 kwietnia 1997 r. (Dz. U. Nr 78, poz. 483, z późn. zm.) nauczanie religii stanowi immanentny składnik zagwarantowanej w ustawie zasadniczej wolności religii. Gwarancje nauczania religii katolickiej zostały zawarte także w konkordacie między Stolicą Apostolską i Rzecząpospolitą Polską, podpisanym w Warszawie dnia 28 lipca 1993 r. (Dz. U. z 1998 r. Nr 51, poz. 318). W art. 12 ust. 1 konkordatu państwo zagwarantowało, że szkoły publiczne podstawowe i ponadpodstawowe oraz przedszkola, prowadzone przez organy administracji państwowej i samorządowej, organizują zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych.

Dziś lekcje religii, oparte na Podstawie programowej Katechezy Kościoła katolickiego w Polsce, kosztują, jak pisze w swoim felietonie dla „Gazety Wyborczej” prof. Magdalena Środa, prawie miliard złotych rocznie. Kto płaci? Państwo, choć Ministerstwo Edukacji Narodowej do nauczania religii się nie miesza. To dlatego powstała akcja społeczna, której wolontariusze zbierają podpisy (muszą ich zebrać przynajmniej 100 tys.), by ustawa o zmianie ustawy o systemie oświaty trafiła do Sejmu.

AKCJA „ŚWIECKA SZKOŁA”

Art. 12 otrzymuje następujące brzmienie:

1. Publiczne przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja organizują naukę religii na życzenie rodziców, publiczne szkoły ponadgimnazjalne na życzenie samych uczniów; Kosztów związanych z organizacją nauki religii nie można w części ani w całości finansować ze środków publicznych w rozumieniu przepisów o finansach publicznych.

Kościelna kurtuazja
O tym, czego będą dotyczyły lekcje religii, decydują diecezje, które program przesyłają, w zasadzie kurtuazyjnie, do MEN.

MINISTERSTWO EDUKACJI NARODOWEJ

Nauczanie religii odbywa się na podstawie programów opracowanych i zatwierdzonych przez właściwe władze kościołów i innych związków wyznaniowych i przedstawionych Ministrowi Edukacji Narodowej do wiadomości (MEN ich nie zatwierdza, ani nie opiniuje). Te same zasady stosuje się wobec podręczników do nauczania religii.

Ocenianie kompetencji nauczycieli także leży w gestii Kościoła: „Kwalifikacje zawodowe nauczycieli religii określają właściwe władze zwierzchnie kościoła lub związku wyznaniowego, w porozumieniu z Ministrem Edukacji Narodowej” – czytamy w „Informacji w sprawie zasad organizowania nauki religii i etyki w roku szkolnym 2014/2015″ z czerwca 2014 roku.

Jurysdykcja Kościoła rozciąga się szerzej, bo oto, zgodnie ze stanowiskiem Episkopatu Polski, „możliwość informowania proboszcza przez katechetę o uczęszczaniu dzieci na religię wynika z rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach”. Katecheta ma więc prawo przekazywać informację o uczęszczaniu lub nieuczęszczaniu ucznia na lekcje religii proboszczowi. Jak czytamy, „przekazywania takich informacji proboszczowi przez katechetę nie można traktować jako „donoszenia” na dzieci”.

Podstawa programowa z kolei w dużej mierze opiera się – lub jak czytamy –„powinna czytana być” w świetle Dyrektorium Katechetycznego z 2001 roku. „ Zgodnie ze wskazaniami zawartymi w Dyrektorium ogólnym o katechi­zacji, należy zwrócić uwagę zwłaszcza na następujące zagadnienia: początek świata i sens historii; fundament wartości etycznych; funkcja religii w kulturze; przeznaczenie człowieka; relacja ze środowiskiem naturalnym”.

Analiza biblijna? Pomówmy o in vitro
W dokumencie znajdziemy informacje o kompetencjach nauczyciela religii, zadaniach, jakie ma spełniać katecheza, informacje na temat rodzaju wiadomości, jakie mają znaleźć się w programie oraz treści, jakie powinien przyswoić sobie uczeń na różnych etapach edukacji.

PODSTAWA PRO­GRAMOWA KATE­CHEZY KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO W POLSCE

Katecheza uwzględniać musi właściwości etapu rozwojowego ucznia, poszukując sposobów osiągnięcia celów. Ważne jest wykorzystanie własnej aktywności dziecka, by przez żywy udział i osobisty wysiłek przyswoiło sobie nowe treści kształcenia. Zadaniem katechety jest rozbudzanie moty­wacji oraz inspirowanie ciekawych sposobów asymilacji wiedzy. Czytaj więcej

I tak na przykład w gimnazjum uczeń ma nabyć podstawową wiedzę z zakresu analizy tekstu biblijnego, poznać chronologię, analizę i interpretację historiozbawczą, przygotować się do sakramentu bierzmowania, kształtować sumienie, postawę moralną i samoocenę oraz tworzyć wypowiedzi na tematy religijne. W szkołach ponadgimnazjalnych nacisk kładzie się na analizę i interpretację tekstów o charakterze biblijnym, socjalizację kościelną, interpretację wiedzy religijnej w sposób egzystencjalny.

Jezus na ideologicznej platformie
W Podstawie Programowej znajdziemy też szczegółowe omówienia poszczególnych tematów. W teorii nie brzmi to źle, jak jednak pokazuje praktyka, często lekcje religii są platformą ideologiczną, gdzie uczniowie, jak mówi nam 16-letni Szymon, dostają wykład o tym, że homoseksualizm się Bogu nie podoba, a in vitro to właściwie zabójstwo. Aborcja, oczywiście, to główny element „kultury śmierci”. Obowiązkowy sens w tym temacie to film „Niemy krzyk”. Szymon podkreśla jednak, że choć połowa osób na religii „śpi albo odrabia matematykę”, opowieści i dyskusje o szatanie, opętaniach i egzorcyzmach im się podobają, bo są „jak z horroru”.

– Wiele osób mówi, że woli lekcje z księdzem albo siostrą niż katechetkę – dodaje Szymon. Wykładów o historii religii – nie ma. Lekcji religioznawstwa – nie ma. Rzetelnej analizy Biblii i prób odczytywania jej w kontekście literackim i kulturowym – nie ma. Historii Kościoła czy Watykanu – nie ma. A szkoda, bo tu i lektur pod dostatkiem, i przedmiot fascynujący.

Dotarliśmy do syllabusa religii jednej ze szkół podstawowych na północy Polski. Tematy lekcji w klasie V wydają się dość monotonne: Jezus – Mesjasz, Jezus – umiłowany syn Ojca, Jezus – więcej niż prorok, Jezus –Baranek Boży, Jezus – Nowy Adam, Ludzkie tęsknoty, Jezus żyje, Zwycięzca szatana, Żyć w Duchu, Jezus na Górze Tabor, Jezus przynosi życie… Zgodnie z Podstawą Programową, nauczyciel uczniów w tym wieku powinien „zainteresować przesłaniem bożym”, „pomóc w odkrywaniu wiary jako fundamentalnego czynnika w zrozumieniu świata i własnego życia”, „rozwijać sumienie, „uświadomić przemiany okresu preadolescencji” czy „rozwijać refleksyjne postawy wobec zobowiązań moralnych”. Trudno zrozumieć, jak uświadomić 12-latkowi „przemiany okresu preadolescencji” strasząc go równocześnie szatanem.

naTemat.pl

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: