Varga (14.04.2015)

 

9 lutego 2014

OBIERAJĄC CEBULĘ

Okruchy Kultury - Obierając cebulę

Zacznę bez zbędnych słów – zacytuję po prostu jedną z użytkowniczek Twittera (pisownia oryginalna):

@Apsalaar o_o ktos jeszce czyta Grassa? myslalam ze calkiem skompromitowany….
— cosmopolla (@cosmopolla) luty 7, 2014

Czytam Grassa. I zachodzę w głowę, co to znaczy być skompromitowanym. Zawsze wydawało mi się, że kompromitacja polega dziś przede wszystkim na tym, że istnieje pewna obiegowa, powielana przez sporą grupę ludzi opinia mająca wartościujący charakter. A jak jest u mnie z wartościowaniem – wszyscy wiecie doskonale.

Długo się zabierałam do Przy obieraniu cebuli. Może dlatego, że rezonuje we mnie wojna, którą zobaczyłam przez ułamek sekundy na zdjęciu wiszącym w gdańskiej Złotej Bramie. Złamane szczyty dwunastu wież. Upokorzone, rzucone na kolana miasto. Nie myślcie sobie – nie tylko Warszawa. Powiecie mi, że przecież to stolica Polski, a Gdańsk, Danzig – to Niemcy, którzy obrzucali kamieniami jadące do Gdyni pociągi. Prawda. Ale wojna jest wszędzie jedna. I jednako krzywdzi – łamie pojedyncze kręgosłupy, wysusza oczy, odbierając ludziom wszystkie łzy, a nawet więcej – zdolność do płaczu. Tę wojnę właśnie – okrucieństwo, które zburzyło stareńkie, piernikowe mury Gdańska – zobaczyłam i zamknęłam oczy. Uciekłam.

Opowieść Grassa jest jak to zdjęcie. Tyle, że zrobiłam wszystko, by tym razem wytrzymać to spotkanie, wiedząc, że muszę nauczyć się tego bólu, który czai się ciągle na ulicach Wrzeszcza. I uczę się; widząc rozedrganego, siedemnastoletniego chłopaka, którego jedynym marzeniem jest dostać się na front. Przypomina mi się rozdzierający Remarque: młodzi oni, przemłodzi i przepiękni, karmieni przez nauczycieli mitem potęgi i mocy Heimatu, wierzący, że wojna ma sens – a potem gaz wpełzający do okopów i śmierć, śmierć zalewająca im usta błotem, cierpieniem i gnijącymi ciałami kolegów (jeszcze ze szkolnej ławki). I mit, który pada – Grass przecież przechodzi dokładnie to samo. Butny i dumny, nastoletni czołgista, cudem ratuje się od śmierci, a potem w nocy, samotny i przerażony śpiewa piosenkę o małym Hansie, bojąc się, że właśnie uciekł z pola walki. Że zdezerterował. I oto po refrenie tajemniczy głos wśród drzew odpowiada mu, śpiewając kolejną zwrotkę…

Przy obieraniu cebuli dokonują się wszystkie wybory życiowe tego człowieka, umęczonego trzema rodzajami głodu: pierwszym – fizycznym, dojmującym obozowym głodem, opiewającym na 300 kalorii dziennie, drugim – w istocie będącym pożądaniem, pragnieniem bliskości z drugim człowiekiem, znalezieniem ukojenia w kobiecych ramionach, trzecim wreszcie – głodem sztuki, tworzenia, który sublimuje w sobie wszelkie inne głody. I uświadamiam sobie pewnego razu w środku nocy, że przecież Grass to ja – to człowiek, który idzie za własnymi pragnieniami, wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Odkładam tę książkę, kończąc nad ranem i czytam, że oto Grass się skompromitował. No, czym? Przyznaniem się do swojej przeszłości, do własnych błędów, do wyborów, których dokonał? Do wiary w rzeczy, które były złe, do oceny rzeczywistości w taki, a nie inny sposób? Ludzie, dajcie Wy spokój.

Kto jest bez winy niech pierwszy, czy jakoś tak. Wybierajcie nieskazitelnie, wybierajcie dobrze. I nigdy nie oceniajcie innych. Nie ma po co.

okruchykultury.pl

 

Surowy nauczyciel okradał kierowaną przez siebie firmę. Kłamał w żywe oczy

Adam Zadworny, 13.04.2015
Gdy po Świdwinie rozeszła się wieść, że u Schönhofera wybuchła afera gospodarcza, mieszkańcy podejrzewali o przekręty raczej właściciela, opalonego młodziana w porsche, niż szacownego nauczyciela (na zdjęciu bokiem)

Gdy po Świdwinie rozeszła się wieść, że u Schönhofera wybuchła afera gospodarcza, mieszkańcy podejrzewali o przekręty raczej właściciela, opalonego młodziana w porsche, niż szacownego nauczyciela (na zdjęciu bokiem)(CEZARY ASZKIEŁOWICZ / AGENCJA GAZETA)

W ciągu dziewięciu miesięcy były nauczyciel matematyki wydał na Allegro 160 tys. zł, kupując suszone borowiki, filiżanki Rosenthala i płyty Presleya. Płacił pieniędzmi, które zdaniem prokuratury kradł swojemu uczniowi.
Luty 2015 r. W sądzie rejonowym w Świdwinie (Zachodniopomorskie) stawia się świadek Dorota B. – Nigdy nie byłam w Moskwie – zeznaje.

– W aktach jest pani delegacja i pani podpis – zauważa sędzia.

– Ale to nie mój podpis.

Spotkanie w pociągu

Rok 1995. Młody biznesmen Dariusz Schönhofer w pociągu InterCity zauważa swojego nauczyciela matematyki z technikum w Świdwinie.

– Dobrze go wspominałem, choć był bardzo surowy – wspomina przedsiębiorca. – W szkole miałem z nim bliższy kontakt, bo był jej dyrektorem, a ja przewodniczącym szkolnego samorządu. Pamiętam, jak powtarzał: „Ja jestem belfrem, a wy samorządem. Czego byście chcieli?”. My na to: „Siłowni!”. I zrobił siłownię. Uważałem go za człowieka bardzo skutecznego, bardziej menedżera niż belfra.

Działająca od 1995 r. firma Fleisch Mannschaft Polska produkuje mieszanki przypraw dla firm z branży spożywczej, np. producentów wędlin. Kiedy odwiedzam zakład w Świdwinie, muszę założyć fartuch. Nowoczesna linia produkcyjna. Zapach przypraw wierci w nosie. Firma zatrudnia osoby z tytułami naukowymi.

Za ojca jej sukcesu wszyscy uważają twórcę i głównego udziałowca Dariusza Schönhofera. Rosja, Ukraina, Kazachstan, Gruzja, Bułgaria, Mołdawia i Tadżykistan – to tylko niektóre z krajów, w których firma ze Świdwina sprzedaje swoje przyprawy. Schönhofer jeździł dużo po świecie i potrzebował człowieka, który na co dzień pilnowałby interesu na miejscu.

– Wtedy w pociągu pomyślałem, że to zrządzenie losu – opowiada biznesmen. – Sądziłem, że prezes mojej firmy powinien być taki jak nasz nauczyciel. Dystyngowany starszy pan, który wzbudza zaufanie. Do tego uczciwy, sumienny. No i umie liczyć.

Premia dla syna

Lato 2009 r. Właściciel firmy Fleisch Mannschaft Polska i jej prezes spotykają się w gabinecie na terenie fabryki. Właściciel pyta prezesa, ile zarabia u nich jego syn. Pada odpowiedź, która kieruje akcję na nowe tory.

Wcześniej, po spotkaniu w pociągu, Schönhofer zaproponował swojemu nauczycielowi, aby został prezesem, a matematyk zgodził się bez wahania. Przez kilka lat firma funkcjonowała bez zarzutu. W papierach zawsze był idealny porządek.

– Mówiłem do niego „panie prezesie”, tak jak w szkole „panie profesorze” – wspomina uczeń. – Szanowałem go i traktowałem niemal jak ojca.

Ludzie, z którymi rozmawiałem, podkreślają, że Schönhofer darzył swojego prezesa bezgranicznym zaufaniem. Choć były niepokojące sygnały. Np. że prezes wyrzuca niektórych pracowników i otacza się zaufanymi ludźmi, którym daje duże premie.

Paweł Kotrys z zarządu spółki: – Spływały też inne informacje. Np. prezes mówił pracownikom, że właściciel niczym się nie interesuje. I kiedy on, prezes, odejdzie na emeryturę, firma padnie, a ludzie stracą pracę.

Ale i to Schönhofer ignorował, bo przecież Wiesław B. znany był z trudnego charakteru i ciętego języka.

Latem 2009 r. do Schönhofera dotarła wieść o zarobkach syna prezesa.

– Gdy o to zapytałem, prezes, patrząc mi w oczy, powiedział, że to 2 tys. zł – opowiada właściciel firmy. – A ja wiedziałem już, że płaci synowi 16 tys. zł plus 20 tys. zł premii uznaniowej.

Wewnętrzne śledztwo dowiodło, że od lat w firmie istnieje podwójna księgowość – dzieło matematyka.

Tradycyjny boczek z Allegro

Początek 2011 r. Dariusz Schönhofer pojawia się w Ministerstwie Sprawiedliwości. Kiedy dwa lata wcześniej przedsiębiorca odkrył, że jego nauczyciel go okrada, nie było awantury i mocnych słów. Właściciel bez słowa wręczył prezesowi wypowiedzenie, jednocześnie kierując do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie. Ale w białogardzkiej prokuraturze rejonowej w podwójne życie zasłużonego nauczyciela nie chciano wierzyć. Jej przedstawicieli bardziej interesowały przestępstwa Schönhofera. Bo matematyk po rozmowie ze swoim uczniem zawiadomił prokuraturę, że właściciel firmy od lat oszukuje na podatkach i wyprowadza majątek.

– W całej swojej karierze nie spotkałem się z taką perfidią – mówi mec. Marcin Kowalski, były prokurator, a obecnie adwokat przedsiębiorcy.

Schönhofer: – Policjanci przyszli do mnie do domu i sprawdzali kafelki, czy czasami nie ukradłem ich ze swojej firmy. Było im głupio, że muszą to robić.

Po miasteczku rozeszła się plotka o aferze w fabryce. – Tutaj każdy ma w rodzinie kogoś, kto chodził do technikum i poznał Wiesława B. – mówi mieszkanka Świdwina. – A Schönhofer, choć dobrze płaci pracownikom i organizuje bale dladzieci – budzi zawiść. Te garniturki, alpejska opalenizna, porsche. Łatwiej ludziom wierzyć, że to on, ten bogacz, jest złodziejem, a nie dyrektor naszej szkoły.

Musiało minąć wiele miesięcy, zanim prokuratura umorzyła dziewięć wątków śledztwa wszczętego w związku z doniesieniami Wiesława B. A dochodzenie przeciwko nauczycielowi nabrało tempa po interwencji biznesmena w Ministerstwie Sprawiedliwości. Sprawę przejęła Prokuratura Apelacyjna w Szczecinie, w której nie pracują znajomi czy też byli uczniowie Wiesława B.

Z analizy danych służbowego komputera prezesa wynika, że w pracy zajmował się głównie zakupami w internecie. Np. w ciągu dziewięciu miesięcy 2009 r. przeprowadził ponad 1,5 tys. transakcji na Allegro. Na znaczki, monety, stare pocztówki i fotografie wydał ponad 97 tys. zł. Za filiżanki Rosenthala zapłacił prawie 28 tys. zł. Matematyk kupował też na Allegro meble, buty, płyty Presleya i Alibabek, „boczek wiejski tradycyjny” i albumy z podróży Jana Pawła II.

Delegacja do Kijowa

Lipiec 2013 r. Do sądu rejonowego w Świdwinie wpływa akt oskarżenia przeciwko byłemu dyrektorowi. Prokuratura ustaliła, że nauczyciel okradał kierowaną przez siebie firmę na wiele sposobów. Np. fałszował delegacje zagraniczne, które jako prezes sam rozliczał i zatwierdzał. W oryginalnych fakturach zmieniał kwoty na wyższe. Albo tworzył fikcyjne delegacje, posługując się drukarką, którą kupił – oczywiście za pieniądze firmy.

Zdaniem prokuratury Wiesław B., fałszując delegacje, zagarnął ponad 200 tys. zł. Płacąc pieniędzmi firmy za nigdy niewykonane usługi i towary, ukradł kolejne 210 tys. zł. Śledczy podejrzewają także, że przywłaszczył i sprzedał gdzieś transport przypraw za 88 tys. zł. Inny zarzut: „przywłaszczył zakupione na rzecz firmy materiały budowlane warte ponad 35 tys. zł i wykorzystał je do budowy własnego domu w Świdwinie”.

Były też kanty bardziej wyrafinowane. – Wiesław B. chciał sprzedać swoje mieszkanie, a tak się składało, że podobnego mieszkania szukał pracownik naszej spółki – opowiada Piotr Adamczyk z zarządu. – Prezes udzielił mu pożyczki z funduszu socjalnego na zakup. Pracownika nie było stać na spłatę rat, więc B. wypłacał mu co miesiąc dodatkową premię w wysokości raty. W taki sposób pieniędzmi firmy zapłacił sobie za mieszkanie.

Ze śledztwa wynika, że matematyk po kilku latach bezkarnego okradania swojego ucznia poszedł na całość, fałszując umowę o pracę z własnym synem. I dopiero to go zgubiło.

Prokuratura: „W latach 2001-06 oskarżony zlecił wypłacenie zawyżonych o 479 929 zł 80 gr wynagrodzeń zatrudnionemu w firmie członkowi rodziny”.

W akcie oskarżenia prokuratura pisze o wyprowadzeniu z firmy około miliona złotych. Na taką kwotę ma dowody.

– My szacujemy, że w rzeczywistości matematyk ukradł od trzech do pięciu milionów złotych – mówią ludzie z zarządu spółki. – Po latach nie da się tego dokładnie policzyć.

Wiesław B. ma 69 lat. Jest niekarany. Cieszy się dobrą opinią. Ma stałe miejsce zamieszkania. Dlatego „nie było podstaw do jego aresztowania”. Zabezpieczono jego majątek o wartości 1,4 mln zł.

Mieszkaniec Świdwina: – Siedzi w kościele w pierwszym rzędzie. Ludzie nic o jego procesie nie wiedzą, bo lokalne media go nie relacjonują.

– Nikt się tym nie emocjonuje – słyszę w świdwińskiej redakcji.

Byłem lojalny i uczciwy

Marzec 2015 r. Kiedy w sądzie świadek Dariusz B. (kierowca) opowiada o fałszerstwach dokumentów i zniknięciu tira przypraw, nauczyciel Wiesław B. mówi do niego „wysoki świadku!” albo „oskarżony!”. Sędzia go upomina. Wiesław B. niezrażony kontynuuje. Przyznaje się tylko do tego, co jest niepodważalne. Poza tym wszystkiemu zaprzecza. Zadaję mu pytania mailem, za pośrednictwem adwokata. Pytam m.in. o lipne delegacje.

„Niektórzy pracownicy mieli problem z wypełnieniem druków delegacji, więc wykonywałem to za nich…” – odpisuje mi Wiesław B. i dodaje, że „pieniądze tak pozyskane zawsze wykorzystywane były na potrzeby spółki”. Jakie potrzeby? Tego nie wyjaśnia. Słowa właściciela spółki są „wynikiem jego bardzo podejrzliwej natury i skłonności do teorii spiskowych”. Były nauczyciel przekonuje: „Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że byłem lojalny i uczciwy”.

Proces trwa.

Zobacz także

wyborcza.pl

O. Krzysztof Mądel do abpa Marka Jędraszewskiego: czyściec cię za to nie ominie

13.04.2015

Abp Marek Jędraszewski w 5. rocznicę katastrofy smoleńskiej mówił w homilii, że „niewytłumaczalne jest zawieszenie działania praw dynamiki Newtona”. Zakonnik o. Krzysztof Mądel odpowiedział mu w sieci: – Żyj nadal w swoim świecie, ale czyściec cię nie ominie.

Abp Marek Jędraszewski

Foto: Grzegorz Michałowski / PAP Abp Marek Jędraszewski

W pro­wa­dzo­nych w in­ter­ne­cie przez o. Krzysz­to­fa Mądla po­le­mi­kach za­kon­nik ten dziwi się me­tro­po­li­cie łódz­kie­mu, który w swo­jej ho­mi­lii mówił o ka­ta­stro­fie smo­leń­skiej i jej przy­czy­nach. A potem wy­po­mi­na – jego zda­niem – za­nie­dba­nia me­tro­po­li­ty w spra­wach o mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne.

Hierarcha w czasie poprzedniej rocznicy również nawiązywał do 10 kwietnia 2010 r. W tym roku – w 5. rocznicę katastrofy – podważał oficjalne ustalenia ws. przyczyn tragedii i w czasie kazania zarzucił polskiemu rządowi, że oddał Rosji śledztwo smoleńskie.

O. Mądel zareagował na te sugestie ostro: – Czyli co? Ci moi znajomi z komisji Millera i eksperci prokuratury to ruskie pierogi, nie Polacy? A fe, Marku. Miałem dobrego nosa, rezygnując z Twoich wykładów i egzaminu. Żyj nadal w swoim świecie, ale czyściec cię nie ominie – napisał, krytykując łódzkiego metropolitę za kazanie.

W publikowanej choćby przez „Niedzielę” homilii abp. Jędraszewskiego można przeczytać, że hierarcha sporo miejsca poświecił katastrofie smoleńskiej. – Od 5 lat trwają zacięte dyskusje nad przyczynami tej tragedii. Prawda z trudem przebija się przez zasieki kłamstw, które od samego początku były podawane do publicznej wiadomości – stwierdził metropolita.

A w innych zdaniach podkreślał, że prezydent Lech Kaczyński nie nakazał lądować w Smoleńsku, a gen. Andrzej Błasik nie był po spożyciu alkoholu. Duchowny o przyczynach katastrofy, wskazanych przez komisję Millera, powiedział tak: – Niewytłumaczalne jest zawieszenie działania praw dynamiki Newtona, bo przecież bezpośrednie uderzenie samolotu w ziemię musiałoby skutkować ogromnym lejem, a tego leju nie było, mimo że grunt był dość miękki.

Metropolita ocenił też, że „rząd polski świadomie oddał śledztwo w ręce Rosjan, (…) by za nic nie odpowiadać”. – W Polsce jest jeszcze wielu ludzi, którzy za wszelką cenę chcieliby, aby nad Smoleńskiem ciągle utrzymywała się gęsta mgła – konstatował.

W dalszych dyskusjach – już prowadzonych z internautami – o. Mądel radzi, co robić wobec takiej postawy metropolity. – Cierpliwie czekać na następcę. Proszę pamiętać, że jednak Jędraszewski jest ciut lepszy od poprzednika – stwierdził zakonnik. Bo poprzednik abp. Jędraszewskiego – a jest nim abp Władysław Ziółek – według o. Mądla „tolerował straszne mafie w tej diecezji, w tym także homo i pedo”. Temat molestowania seksualnego jest dla zakonnika bardzo istotny, bo – jak sam wyznawał – sam padł ofiarą molestowania przez księdza.

Jednocześnie o. Mądel zarzuca obecnemu metropolicie łódzkiemu zaniedbania jeszcze z czasów, gdy hierarcha pracował w Poznaniu. Dlaczego?

Według zakonnika „w czasie afery z abp. Juliuszem Paetzem chyba wszyscy stracili do niego (Jędraszewskiego – red.) zaufanie”. – Był prawą ręką Paetza, o wszystkim wiedział i praktycznie nic nie robił. Rektor seminarium zrobił sto razy więcej, bo zabronił własnemu biskupowi wstępu do seminarium. Coś podobnego chyba nigdy nigdzie na świecie się nie zdarzyło, a Paetz nie miał innego wyjścia, bo wiedział, że wszyscy wiedzą i nie chcą już dłużej udawać, więc się podporządkował podwładnemu.

Sprawa abp. Paetza dotyczy byłego metropolity poznańskiego, który dziś jest arcybiskupem seniorem. Hierarcha był oskarżany o molestowanie seksualne kleryków z poznańskiego seminarium duchownego. List z informacjami o jego skłonnościach przekazała Janowi Pawłowi II jego przyjaciółka papieża – Wanda Półtawska. Hierarcha zaprzeczał stawianym mu oskarżeniom, złożył jednak prośbę o odwołanie ze stanowiska, a papież pozbawił go zajmowanej funkcji. Duchowny został objęty szeregiem zakazów jak np. zakaz udzielania sakramentów święceń i bierzmowania oraz zakaz głoszenia kazań. Sprawa nie miała konsekwencji karnych.

O. Mądel czyni zarzuty abp. Jędraszewskiemu właśnie w związku ze sprawą abp. Paetza. A to dlatego, że Jędraszewski był biskupem pomocniczym w Poznaniu w latach 1997-2012. Dzisiejszy metropolita łódzki objął swój urząd w roku 2012.

Onet.pl

SKOK do prokuratury

Bianka Mikołajewska, 14.04.2015
Grzegorz Bierecki i Adam Jedliński

Grzegorz Bierecki i Adam Jedliński (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Prokuratura zbada, czy przejęcie majątku fundacji związanej ze SKOK-ami przez spółkę, której głównym udziałowcem jest Grzegorz Bierecki, było zgodne z prawem
O wszczęciu śledztwa poinformowała wczoraj Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku.

Sprawa dotyczy Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych. Założyła ją w 1990 r. Światowa Rada Związków Kredytowych. Przez 20 lat w jej zarządzie zasiadali Grzegorz Bierecki, jego brat Jarosław (obecnie radny PiS w sejmiku pomorskim) i Adam Jedliński (prawnik, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego). Pierwszym przewodniczącym rady Fundacji był Lech Kaczyński.

Według pierwotnych założeń Fundacja miała wspierać organizacyjnie i finansowo Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe, szybko jednak pieniądze zaczęły płynąć w drugą stronę. Kasa Krajowa SKOK, która do 2012 r. sprawowała nadzór nad wszystkimi Kasami działającymi w Polsce, zobowiązała je do współpracy z Fundacją. Prezesem Krajowej SKOK był wówczas Grzegorz Bierecki, a szefem rady nadzorczej – Jedliński.

Kasy przez wiele lat musiały płacić Fundacji za korzystanie z logo, szkolenia pracowników i członków władz, wynajem lokali itd. Dzięki temu jej majątek szybko rósł. W 1990 r. Światowa Rada Związków Kredytowych przekazała na jej działalność zaledwie 70 tys. dol. W 2010 r. Fundacja dysponowała już majątkiem wartym 77 mln zł! Niespodziewanie podjęto wtedy decyzję o likwidacji Fundacji, a jej pieniądze, nieruchomości i udziały w spółkach przejęła prywatna spółka SIN, której wspólnikami są bracia Biereccy i Jedliński. Sprawę ujawnił w 2011 r. tygodnik „Polityka”.

Kilka tygodni temu Komisja Nadzoru Finansowego, która obecnie nadzoruje Kasy, skierowała do premier Ewy Kopacz oraz szefów CBA i ABW pismo z informacją o przejęciu majątku Fundacji przez SIN. Według KNF majątek Fundacji nie powinien trafić do prywatnej spółki, lecz do tzw. Funduszu Stabilizacyjnego, z którego zasilane są Kasy borykające się z kłopotami finansowymi. Z raportów publikowanych wcześniej przez KNF wynika, że tylko co piąta Kasa jest w dobrej sytuacji finansowej, a pozostałe mają większe lub mniejsze problemy. Dwie Kasy, w najgorszym położeniu, ogłosiły upadłość, a Bankowy Fundusz Gwarancyjny musiał wypłacić ich klientom ponad 3 mld zł.

Jak poinformował wczoraj rzecznik gdańskiej prokuratury Mariusz Marciniak, to właśnie pismo KNF do szefów służb specjalnych było podstawą wszczęcia śledztwa dotyczącego majątku Fundacji. Prokuratorzy przeprowadzili już wstępne czynności w tej sprawie. Jak wyjaśniał Marciniak, dalsze działania, m.in. powołanie biegłych i przesłuchanie świadków, można podjąć dopiero teraz – po oficjalnym wszczęciu śledztwa.

Śledczy sprawdzą, czy „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej nie doszło do nadużycia uprawnień w zakresie zarządzania majątkiem Fundacji (…) i wyrządzenia tej Fundacji szkody majątkowej w wielkich rozmiarach”. Czyli czy członkowie władz Fundacji nie popełnili przestępstwa opisanego w art. 296 kk, w paragrafach 2 i 3. Przestępstwo to jest zagrożone karą pozbawienia wolności do 10 lat.

Grzegorz Bierecki oświadczył wczoraj, że z zadowoleniem przyjmuje decyzję prokuratury. I że liczy na szybkie, rzetelne śledztwo, które oczyści go z pomówień.

W marcu, gdy „Wprost” i „Wyborcza” upubliczniły treść pisma KNF ws. Fundacji, Bierecki został zawieszony w prawach członka Klubu Parlamentarnego PiS. Szef klubu Mariusz Błaszczak mówił, że zawieszenie potrwa do czasu, aż senator wyjaśni sprawę.

Parę dni później Bierecki wydał oświadczenie, w którym pisał, że „wszystkie zarzuty podnoszone w tych artykułach [„Wprost” i „Wyborczej”] to kłamstwa”. Że nagłośnienie sprawy to „brudna kampania wyborcza”, a „rzeczywistym celem brutalnego ataku są PiS oraz kandydat tej partii na prezydenta – Andrzej Duda”.

Ten ostatni jako prawnik w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego odpowiadał za skierowanie w 2009 r. do Trybunału Konstytucyjnego ustawy oddającej KNF nadzór nad Kasami. Dzięki temu Bierecki zyskał czas, by przekształcić Fundację w SIN.

Senator PiS zapewniał niedawno, że Fundacja została zlikwidowana, bo zakończyła swą misję. A jej „środki nigdy nie były (…) środkami spółdzielców” i zostały przekazane prywatnej spółce zgodnie z prawem. Później – w wywiadzie dla TVP Info – zmodyfikował wyjaśnienia. Twierdził, że spółka SIN kontynuuje działalność Fundacji, a jej wspólnicy są tylko „powiernikami” majątku.

Zobacz także

wyborcza.pl

Varga: „Nigdy nie mów: już do końca życia nie wypiję ani kropli”

Krzysztof Varga wydaje nową powieść. "Masakra" to historia Stefana Kołtuna, dawnego rockmana, który błąka się po współczesnej Warszawie.
Krzysztof Varga wydaje nową powieść. „Masakra” to historia Stefana Kołtuna, dawnego rockmana, który błąka się po współczesnej Warszawie. fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Stefana Kołtuna budzą syreny. Jest 1 sierpnia, jest godzina 17.00, a on jest po tygodniowym, alkoholowym ciągu: w jego mieszkaniu na Saskiej Kępie brakuje żony, dzieci, a przede wszystkim: telefonu komórkowego i portfela. Rusza więc w Warszawę jak z upiornego snu, byle tylko się napić: podczas swojej odysei spotka tych, którzy wyznaczają ideowy klimat miasta. Tak zaczyna się „Masakra”, najnowsza powieść Krzysztofa Vargi.

Tu było, tu stało
– Tam, po drugiej stronie budynku, była kiedyś inna knajpa. Nazywała się Zaklęte Rewiry i co wieczór spotykałem tam sąsiadów – mówi Krzysztof Varga, gdy spotykamy się w niedzielny poranek w kawiarni kina Iluzjon na warszawskim Mokotowie. Kawiarnia jest pusta, pierwsi hipsterzy jeszcze nie zeszli się na leniwe śniadanie. Lokal powstał mniej więcej rok temu, gdy otworzono wyremontowany budynek kina: o Zaklętych Rewirach nikt już tu nie pamięta. – Kiedy jadę do Budapesztu – stwierdza Varga (o Węgrzech napisał dwa długie eseje, planuje trzeci) – wiem, że miejsca, które dobrze znam, cały czas będą stały tam, gdzie poprzednio. W Warszawie takiej pewności mieć niepodobna.

Ten brak pewności jest także udziałem jego bohatera, dawnej rockowej gwiazdy: Stefana Kołtuna. W latach dziewięćdziesiątych był na szczycie, z lukratywnymi kontraktami, pełnymi salami i pięknymi wielbicielkami. A potem zaczął się powolny upadek: dzisiaj z istnienia Stefana sprawę sobie zdaje niewielu (gdy dawna dziewczyna robi sobie z nim zdjęcie w lokalu Mielonka na placu Zbawiciela, w którym warszawiacy bez problemu rozpoznają Plan Be, i wrzuca na Facebooka, pojawiają się komentarze „nie wiedziałam, że on jeszcze żyje”), a on sam nieczęsto wynurza się ze swojej Saskiej Kępy. – To takie miasto w mieście – mówi o tej dzielnicy Varga. Ma tam Stefan urzędy i apteki, a przede wszystkim: sklep z nieodzownym panem Frankiem z działu alkoholowego.

Po Warszawie – tej prawdziwej, nie tej z „Masakry” – krąży historia o Tadeuszu Konwickim, którego na dwa tygodnie przed śmiercią zatrzymali go policjanci. Nazwisko „Konwicki” nic nie mówiło. – To już nie jest mój świat – rzekł wtedy pisarz odbierającej go z komisariatu córce. Warszawa lewobrzeżna, do której wlecze się Mostem Poniatowskiego Stefan, także nie jest światem byłego rockmana. To bijące źródło wódki, którego alejami i ulicami płynie alkohol, bo chleje tutaj każdy. Zresztą, trudno nie chlać w takich okolicznościach: plotki głoszą, że w nocy do miasta ma przybyć Wrak, a w rozmowach i monologach krąży widmo Czcigodnego Starca – poety, w którym łatwo rozpoznać fantazję na temat Jarosława Marka Rymkiewicza.

Nie mów: już nigdy więcej się nie napiję
Prozę alkoholową można, z grubsza, podzielić na dwa nurty: tę, która daje nadzieję (jak „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber) i tej, w której nawet, jeśli jest bardzo śmieszna (jak „Moskwa-Pietuszki” Jerofiejewa), nadziei nie ma co szukać. – Jeśli mam się opowiedzieć po którejś z tych strategii, wybieram tę drugą, za Malcolmem Lowrym. W tej szkole, która daje nadzieję, tkwi duży potencjał neofityzmu, a neofityzm zawsze może się kiepsko skończyć – twierdzi Varga. – Mówienie: „już do końca życia nie wypiję ani kropli”, to myślenie życzeniowe. Nadziei nie ma, a przynajmniej nie należy się jej spodziewać: nie należy uważać, że jak w „Pod Mocnym Aniołem” Pilcha, z alkoholu uratuje nas miłość.

Czy książki takie, jak debiut Halber czy „Masakra” to znak, że alkohol wraca jaki wielki temat literacki? – W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych także istniało chlanie, tak samo jak istniało pisanie o chlaniu. Wtedy jednak było także przekonanie, że tak czy siak wszyscy piją: za czasów Hłaski, Nowakowskiego i Iredyńskiego było to coś zupełnie normalnego. Dzisiaj natomiast – mówi Varga – ten temat staje się, paradoksalnie, egzotyczny. Nagle: dziwimy się, że w ogóle się pije; z wywiadów ze specjalistami dowiadujemy się, że piją też kobiety, codziennie wieczorem obalają w kuchni butelkę wina. Furorę robią raczej książki o wychodzeniu z picia, niż o samym piciu, czytelnicy zawsze wolą pozytywne historie, zatem opowieść o udanej terapii jest bardziej atrakcyjna niż o pijącym bohaterze. Ale alkohol nie jest głównym tematem tej powieści.

Varga ma rację. Choć alkohol i skutki jego spożywania są w „Masakrze” opisane niezwykle plastycznie (dla przykładu, opis mieszkania Stefana na, jak nazywał to Jacek Kaczmarski, kacu gigancie: „(…) od wielu dni pił prosto z butelki z zachłannością dziecka obejmującego ustami smoczek, pił długimi łykami i odstawiał butelkę, czasami butelka się przewracała i teraz czerwone plamy cuchnęły kwaśno na podłodze (…) Winne kałuże parowały cuchnąco, duchota w tej smrodliwej saunie była nie do opisania”), to chlanie, choć pełnoprawny temat nowej powieści Vargi, jest w niej przede wszystkim metaforą: wielkiej, epickiej klęski.

„Pies jebał społeczeństwo!”
Ci, których w swojej wędrówce po Warszawie w rocznicę Powstania spotyka Stefan, mogliby starczyć za bestiarium współczesnej Polski. Jest Prezes (sam tytułujący się „zawodowym prezesem”), bogacz i beneficjent lat dziewięćdziesiątych, miłośnik lokalu Wódka i Kiełbasa (aluzja do popularnej w Warszawie Mety i Galarety więcej niźli widoczna), jest przesiadujący w Zawodowej (czyli – Amatorskiej) Poeta, który tęskni za czasami, gdy poezja inna, niż barokowe rymy Jarosława Marka Rymkiewicza porywały tłumy; jest patolog Doktor, który, głoszą plotki, robił sekcję zwłok Leppera; jest dyskutujący z Hipster Prawicą na placu Zbawiciela lewak Docent i jest Prorok, snujący nacjonalistyczne wizje w kawiarni Narodowa na Powiślu.

„– Naród, naród! Furda ze społeczeństwem, do bakutilu ze społeczeństwem, pies jebał społeczeństwo, tak jest, panowie, piej je jebał! – Prorok podniósł głos. – Tylko naród czegoś dokonać może, nie społeczeństwo. (…) My jako Polacy musimy wyplenić stąd polskie społeczeństwo i zamiast niego ustanowić naród polski” – czytamy w „Masakrze”. Kiedy wrzuciłem ten fragment na swojego Instagrama, znajomy stwierdził: „Brzmi, jak gdyby Rymkiewicz polemizował z Foucaultem”. Miał rację – nie tylko co do jednego fragmentu, ale do całej „Masakry”, która, jako powieść mocno czerpiąca z publicystyki, jest zawieszona między debatami z łam „Krytyki Politycznej”, „Kultury Liberalnej” i „Pressji”.

– Jako pisarz nie chcę zakładać sobie reakcji czy modelu mojego czytelnika: kto taką reakcję zakłada, ponosi klęskę – mówi Varga. W jego powieści, sytuującej się między „Lalką”, „Emancypantkami”, „Faustem” i „W poszukiwaniu straconego czasu” o literaturze mówi się sporo. Przedostatnia ze spotkanych na drodze przez Stefana postaci, erudyta, alkoholik i cynik magister Wątroba, tęskni za WPP, Wielką Polską Powieścią. „Masakra”, przyznaje Varga, nią nie jest. – By napisać WPP, trzeba by wyjechać poza rogatki Warszawy, napisać współczesnych „Chłopów”. – I, paradoksalnie, w powodzenie „Masakry” u czytelników wątpi. Dlaczego? – Bo czytelnik chce od tego, co dzieje się za oknem uciec, pragnie literatury eskapistycznej. Stąd popularność kryminałów i fantasy. A „Masakra” jest o świecie, który nas dotyczy.

Komfort, który zabija
Tym, co powoli zabija Stefana Kołtuna w „Masakrze”, nie jest alkohol, nie jest nawet diabeł, którego spotyka, i który prowadzi go do eleganckiego zamtuzu, w którym swoje wdzięki rozdaje Albertynka z Prousta i z Gombrowicza. Jest to komfort. Stefan nie zarobił w czasach świetności tyle, żeby żyć w luksusach, ale wystarczająco wiele, by o pieniądze się nie martwić. Czy taki komfort nie jest także udziałem Vargi? Jego książki sprzedają się dobrze, sam jest felietonistą „Dużego Formatu” „Gazety Wyborczej”, prowadzi spotkania literackie.

– Przed 1989 rokiem należałem do grupy kolegów, z którymi żyło się w przekonaniu, że nie ma specjalnych perspektyw. A potem przyszedł nowy świat: banków, reklamy, mediów. Koledzy, z którymi spałem pod namiotem z dnia na dzień stali się beneficjentami tego nowego systemu. Ja wylądowałem wtedy w „Gazecie Wyborczej” – mówi.

– Fajnie się usadowiliśmy – dodaje Varga. Stolik obok zaczyna się rytuał nowego, hipsterskiego komfortu: długich śniadań, które są tu faktycznie znakomite. – Tak, ja mam komfort. Mieszkam w dobrej dzielnicy, stać mnie na różne rzeczy, z drugiej strony: mam bardzo małe mieszkanie i staję przed dylematem, czy w nim zostać, czy żyć z perspektywą dwudziestoletniego kredytu. Mój i Stefana komfort to komfort ze średniej półki, inaczej niż, dajmy na to, w przypadku Muńka Staszczyka. A czy komfort zabija? Tych, którzy nie boją się go stracić, tak. Jako pisarz mam pełną świadomość tego, że ten umowny komfort mnie nie zabije, bo niosę w sobie niepokój. Nie taki, czy będę miał za co żyć, ale – mówi – czy uda mi się cokolwiek w miarę sensownego napisać. To, co zabija, to poczucie absolutnego, artystycznego spełnienia.

naTemat.pl

 

 

 

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: