KP

 

NOWACKA: BLUE HOTEL

BARBARA NOWACKA, 13.12.2014

Polscy politycy bronią działań, których w Waszyngtonie nie broni już prawie nikt.

Z każdego kryzysu demokracja z zasady powinna wyjść wzmocniona o wnioski i doświadczenia wyciągnięte z porażek, a nawet zbrodni, popełnionych w jej imieniu. Takie przynajmniej można odnieść wrażenie, wsłuchując się w wystąpienie senator Feinstein, która prezentowała raport na temat więzień CIA.

 

Jednakże samo przetrwanie demokracji nie gwarantuje, że w jej ramach przetrwa parlamentarna lewica. Trudno nie zgodzić się tu z tezami przedstawionymi przez Jakuba Majmurka w ostatnim felietonie. Jednak samo pochowanie SLD niczego nie zmieni, jeśli skupimy się wyłącznie na potępieniu byłego premiera i prezydenta oraz pozostałych polskich akolitów amerykańskich akcji w ramach wojny z terrorem. A pamiętajmy, że to poparcie dla akcji państw Zachodu wobec krajów islamu było wśród polityków mainstreamu powszechne (ze słynnymi słowami Kaczyńskiego, że to także nasza wojna).

 

I trudno sobie wyobrazić, że tylko nasi politycy nie słyszeli i nie czytali o bazie Guantanamo, o porwaniach, torturach itd. Forma im nie przeszkadzała, przeszkadza jedynie miejsce akcji (Stare Kiejkuty) i napiwek przekazany w kartonach.

 

Zatem mamy państwo występujące w roli taniego hotelu dla sadystów, którzy działają poza terenem swojego kraju ze strachu przed prawnymi konsekwencjami naruszenia systemu konstytucyjnego USA. Z drugiej strony administratorzy hotelu okazują dla swojego systemu prawnego dezynwolturę godną latynoamerykańskich karykatur polityków ubranych w mundury.

 

Polski kompleks szukania oparcia w mocarstwie (przykryty narracją o liderze Europy Wschodniej, kraju, z którym liczą się w Unii, czy też oniryczną fantazją o Polsce jagiellońskiej, porzuconą prawie sto lat temu w Rydze) niszczy naszą politykę. Niszczy kolejnym „kompromisem”, tym razem w polityce zagranicznej: bezwzględne poddanie się agresywnej polityce USA z czasów Busha doprowadził do takiego absurdu, że polscy politycy bronią działań, których w Waszyngtonie nie broni już prawie nikt.

 

Zatem jak przekuć doświadczenie katowni Starych Kiejkut we wnioski, które nas od nich uchronią w przyszłości?

 

Należy w debacie publicznej określić faktyczną siłę i rolę Polski na arenie międzynarodowej. Rolę, przyznajmy to szczerze, która odbiega od haseł wtłaczanych nam do głów przynajmniej od czasów Gierka: dziesiątej gospodarki, jednej z najsilniejszych armii etc. To te fantazje doprowadziły Polskę do osamotnienia, czego symbolem będące w stanie rozkładu Trójkąt Weimarski i Grupa Wyszehradzka. Kto oprócz Niemiec budujących potęgę Unii (i naturalnie własną przy okazji, co jest dziejowym dobrodziejstwem Polski) chce konsultować działania międzynarodowe w Polsce? Czesi? Słowacy? A może Litwini?

 

Zamiast machać szabelką, popisywać się nie swomi ciężkimi dywizjami NATO i nie swoimi rakietami Patriot, należy budować współpracę opartą na bazie Unii Europejskiej. Tylko siła wspólnoty może dać nam gwarancje pokoju i bezpieczeństwa. Wspólnoty opartej na wartościach demokracji i wolności, zawartych w traktatach i konwencjach.

 

Należy skierować działania Unii na przywrócenie roli ONZ w polityce międzynarodowej. Przecież dalsza destabilizacja i osłabianie tej ogólnoświatowej platformy dialogu i działania coraz bardziej będzie przypominać kopniaki rozdawane przez wszystkie strony coraz słabszej Lidze Narodów w latach 30. ubiegłego wieku. Uwaga naszych wojskowych powinna się skupić na obronnych pracach NATO i wspólnym uczestnictwie z pozostałymi krajami UE w misjach pokojowych ONZ. Należy przywrócić pozycję, którą mieliśmy w tej organizacji.

 

Polska powinna modernizować swoją armię, jednak zamiast kolejnych Afganistanów czy Iraków środki publiczne powinny być przekazywane na rządowe i pozarządowe działania w tych krajach: budowę szkół, szpitali, studni itd. I na fundowane przez rząd studia dla młodzieży z krajów dotkniętych konfliktami, w które tak czy inaczej się angażujemy czy też gdzie możemy się zaangażować. Budowanie długofalowego kontaktu z natury rzeczy bezinteresowne nie jest, ale przynosi lepsze efekty niż nawet najpiękniejsze zdjęcie polskiego polityka w hełmie koloru khaki na tle zakurzonego czołgu.

 

I najważniejsze: należy powtarzać, czym jest demokracja, czym są prawa człowieka.

 

Pamiętając o ofiarach w Nowym Jorku, Londynie, Madrycie, Bagdadzie, nie należy zapominać, że źródeł terroryzmu nie wypleni się nawet najwymyślniejszą torturą.

 

W Norymberdze prawdziwym ludobójcom zapewniliśmy sąd, prokuratora, adwokata, proces. I nie wszyscy oskarżeni skończyli na szubienicy.

 

 

 

 

Barbara Nowacka od dziś wśród stałych komentatorów Dziennika Opinii!

 

Barbara Nowacka – informatyczka, kanclerz Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych, wiceprezeska Fundacji im. Izabeli Jarugi-Nowackiej. Działalność społeczną zaczynała w 1993 r. w Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. W latach 1997-2005 w Federacji Młodych Unii Pracy i w Unii Pracy. W 2005 r. współzakładała organizację Młodzi Socjaliści. W maju startowała do Parlamentu Europejskiego jako bezpartyjna kandydatka popierana przez Kongres Kobiet z list Europa Plus Twój Ruch.

 

 

Czytaj także:

Co politycy mówili o więzieniach CIA w Polsce od roku 2005?

Dziennik Opinii KP

RUCHY MIEJSKIE NIE CHCĄ BYĆ KONSERWĄ 2.0

JOANNA ERBEL, 11.12.2014

Jaki następny ruch ruchów? Kongres w Słupsku.

Ruchom miejskim należą się wielkie i gorące gratulacje. Coś zmieniły w polskiej polityce samorządowej (i nie tylko samorządowej, sądząc po reakcjach partii i mediów). Dwa najbardziej spektakularne i nieoczekiwane zwycięstwa – Roberta Biedronia w Słupsku, Jacka Jaśkowiaka w Poznaniu – należały do kandydatów mocnych bardziej poparciem lokalnym niż partyjnym. Podobnie niespodzianki miały też miejsce w Gorzowie Wielkopolskim czy Wadowicach: okazało się, że „miasto papieża” nie jest papieża, tylko wadowiczan i wadowiczanek, którzy wybrali Mateusza Klinowskiego, zwolennika legalizacji marihuany.

 

Oczywiście, drobiazgowi krytycy i krytyczki zaraz wytkną, że komitet Biedronia, Nareszcie Zmiana, nie określał się wyraźnie jako ruch miejski, a jego lider jest politykiem spoza miasta, krajowego, a nawet europejskiego formatu. Ale to żadna różnica: wokół komitetu, który wysunął postulaty typowe dla ruchów miejskich (najważniejsze punkty programu Biedronia wymienia Bartłomiej Kozek), narodził się prawdziwy ruch, który zmienił świadomość społeczności miasta.

 

Jeśli już, to raczej wypadałoby zapytać, czy prawdziwymi ruchami miejskimi mają być jedynie te, które startują pod etykietą Porozumienia Ruchów Miejskich albo są z nimi w koalicji (jak np. warszawscy Ochocianie). Warto też zauważyć, że Jacek Wójcicki – nowy prezydent Gorzowa Wielkopolskiego – wcześniej był znany jako wójt sąsiedniej gminy Deszczno, a nie jako miejski aktywista. A Jacek Jaśkowiak odwrotnie: chociaż cztery lata temu był kandydatem My-Poznaniaków, to teraz startował z Platformy Obywatelskiej.

 

Ale czy ma sens wydawanie certyfikatów prawdziwego „ruchu miejskiego”? Zamiast tego lepiej zastanowić się nad działaniami komitetów, które tak się określają.

 

Na ile są ruchami miejskimi tylko z nazwy? Na ile są ruchami zmiany? Na ile mają postulaty warte dalszej walki? A na ile wykorzystują parę społecznych haseł, żeby uprawiać „starą dobrą” – czyli bardzo przestarzałą i złą – politykę konserwatywną?

 

Niestety, odcinanie się od postulatów socjalnych (a szczególnie od tych korzystnych dla innych grup niż względnie uprzywilejowani mieszczanie i mieszkanki) zdarzało się w tych wyborach często. Większość komitetów określających się jako miejskieodżegnywała się od „ideologii” (po tym właśnie poznaje się ideolożki oraz ideologów), a nawet od wszelkiej ideowości. W Polsce deklaracje w rodzaju „ani prawo, ani w lewo, tylko prosto do celu” znaczą tak naprawdę: „właściwie to w prawo, tylko trochę modniej” (a dzieje się tak właśnie za sprawą dominującej, a więc zwykle niedostrzegalnej ideologii: tej konserwatywnej).

 

Mam ogromny szacunek dla ludzi działających w PRM i wyznających lewicowe ideały. Wykonali ogromną robotę. Ale uwierzyli, że trzeba udawać, żeby nie spłoszyć wyborcy. Jak to w judo: przygiąć się, aby zwyciężyć. Czy jednak po tym przygięciu będą mogli się wyprostować? Czy po tych przygiętych plecach nie wdrapali się na stołek kolejni konserwatyści? Czy ci konserwatyści dadzą nam przedszkola, żłobki, zieleń, mieszkania komunalne, pieniądze na walkę z wykluczeniem? Co zrobią, kiedy deweloper przedstawi im wspaniałą ofertę przerobienia parku na kolejny pusty i nikomu niepotrzebny Business Park?

 

I konkretnie: na ile rządy Jaśkowiaka będą nową erą rządów ruchów miejskich? Można mieć pewne obawy sądząc po tym, jak silnie na wybór wiceprezydentów Poznania wpływał konserwatywny ideolog PO, Rafał Grupiński. Na pewno jakaś zmiana będzie będzie (lepsza polityka transportowa, w końcu to prezydent na rowerze), ale co z innymi postulatami, których PO łatwo nie przełknie? Czy Jaśkowiak, który bał się nawet użyć niektórych lewicowych postulatów jako obietnic wyborczych, teraz podejmie ryzyko ich spełniania?

 

Ruchy miejskie muszą wybrać. Jeśli wybiorą pseudoapolityczność (przypomnę znowu: apolityczność nie istnieje), to istotne problemy socjalne, ekologiczne i obyczajowe zostaną zepchnięte pod dywan. I zadeptane, bo po dywanie będzie tupać polski konserwatywny żubr.

 

A jeśli ruchy miejskie nie chcą być Konserwą 2.0, powinny wziąć przykład ze Słupska. Tam komitet nie ukrywał swych poglądów „obyczajowych” (byłoby zresztą trudno), ale nie kamuflował też „socjalności”.

 

Biedroń i jego ludzie przedstawili mieszkańcom bardzo lewicowe postulaty: socjalne i ekologiczne, a zarazem rzeczowe i konkretne. I przedstawili im je na ulicach, poniekąd nawet na stadionie.

 

Ale Słupsk jest ważny nie tylko dlatego, że tam naprawdę zwyciężyła lewica. Słupsk jest ważny, bo nie jest metropolią. A większość Polaków żyje poza metropoliami lub poza nimi ma korzenie.  Przede wszystkim jednak dla lewicy mniejsze miasta są ważne, bo mają trudniej. Bezrobocie, emigracja zarobkowa, niskie pensje, do tego katolicki fanatyzm. Najzdolniejsze i najzdolniejsi uciekają. Wygrywają najbardziej bezwzględni. Trudniej tam walczyć o przedszkola, parki, ścieżki rowerowe, boiska, transport publiczny i inwestycje dobre dla ludzi, a nie dla wyzyskiwaczy. Trudniej i niebezpieczniej. Czasem ktoś się powiesi w Kutnie albo tajemniczo zniknie w Toruniu.

 

Oczywiście, działacze i działaczki w większych miastach są wciąż na początku drogi. Ale mają obowiązek pomóc koleżankom i kolegom z mniejszych miast. Także we własnym interesie. Wielkie miasta nieraz ciągną do przodu mniejsze, ale mniejsze też mogą ciągnąć większe. Nieraz to one wyznaczają trendy. Mniejszemu czasem łatwiej testować rozwiązania (a potem więksi „się wstydzą”, że nie mają czegoś, co z sukcesem przetestowali mniejsi). Budżet obywatelski nie wyrósł w metropolii, ale w 38-tysięcznym Sopocie. Może kolejnym przełomem będzie zielony przemysł w 94-tysięcznym Słupsku?

 

No właśnie, Słupsk. W Słupsku wygrał Robert Biedroń, który nie ukrywał ani homoseksualizmu, ani prosocjalnego nastawienia. To pokazuje, że jedno nie kłóci się z drugim. To pokazuje, jaką drogą powinniśmy iść, jeśli chcemy zmieniać Polskę. Także i przede wszystkim tę lokalną.

 

Dlatego proponuję: zorganizujmy IV Kongres Ruchów Miejskich w mniejszym mieście. W mniejszym mieście, które daje początek wielkiej zmianie. W Słupsku.

 

Wyślijmy stamtąd innym mniejszym miastom znak nadziei na zmianę polityki miejskiej. Ale przede wszystkim wyślijmy konkretne propozycje. Zorganizujmy sesję z prezydentem Biedroniem i jego sztabem wyborczym: podczas niej będziemy mogli przeanalizować program, kampanię i wszystkie działania, dzięki którym Słupsk dobrze wybrał. Wymieńmy się doświadczeniami: wielkie miasta z mniejszymi i mniejsza miasta między sobą. Zaprośmy działaczki i działaczy politycznych, społecznych i kulturalnych z zagranicznych małych miast i społeczności, nie tylko zachodnich. Zaprośmy badaczki i badaczy, których interesuje specyfika mniejszych wspólnot, animatorki i animatorów, artystki i artystów, którzy działają w takich wspólnotach. Wesprzyjmy prezydenta Biedronia oraz mieszkanki i mieszkańców Słupska. Oni się nie bali postawić na zmianę. My też się nie bójmy.

 

Jeśli naszym ideałem jest miasto otwarte na inność, wrażliwe społecznie, gdzie nie trzeba ukrywać lewicowych poglądów, orientacji seksualnej czy feminizmu, musimy raz na zawsze odrzucić zachowawcze odruchy. Zadaniem ruchów miejskich powinna być walka o takie miasto, a nie łykanie konserwatywnego knebla. Ci, co pragną nas uciszyć, zarzucając nam „nadmierne lewactwo” czy „przesadną kontrowersyjność obyczajową”, chcą odciągnąć naszą uwagę od Słupska. Nie dajmy im.

Dziennik Opinii KP

IBSEN NIE NABRAŁ SIĘ NA „KLASĘ ŚREDNIĄ”

JAROSŁAW PIETRZAK, 12.12.2014

Nowa/stara „Dzika Kaczka” Ibsena to opowieść o zniewoleniu i osaczeniu nie jednej klasy, ale wszystkich.

Ibsen na przestrzeni kilkunastu dramatów odmalował wszechstronny i przenikliwy krajobraz kapitalizmu i portret klasy społecznej, która go stworzyła i narzuciła światu. Dzięki szczególnej perspektywie mieszkańca kraju na obrzeżach kontynentu, do którego kapitalizm w skonsolidowanej postaci przyszedł późno i przeszedł kilka etapów swojego rozwoju w przyspieszonym tempie, burżua Ibsena reprezentują wszystkie stadia i warianty mieszczańskiej kondycji: od „pozytywistycznego” optymizmu, że cały świat uda się ulepszyć, zracjonalizować, uwydajnić i wycisnąć z niego zysk, właściwego okresom wzrostu, po mroki irracjonalizmów spadające na mieszczański świat w okresach długotrwałych, strukturalnych kryzysów. Na całej przestrzeni tego spektrum mieszczańskiej kondycji właściwe jest poszukiwanie dróg ekspansji (dla własnego ego mieszczanina i dla stojącego za nim procesu akumulacji kapitału) przez wyprawy w sferę swego rodzaju mroku, obszar moralnej szarości. Na tereny, które są nie do końca legalne, nie do końca nielegalne, niekoniecznie zakazane, ale na pewno nieuczciwe.

 

To dlatego Ibsen jest tak popularny ponad sto lat po śmierci i wciąż obecny na scenach Londynu. To popularność szczególna, na tle miasta, które wciąż jest drugą światową stolicą kapitalizmu finansowego. Miasta, którym rządzą banksterzy z City, mistrzowie ekspansji przez robienie rzeczy na pewno nieuczciwych, co do których odruchowe etyczne intuicje sugerowałyby, że powinny być nielegalne, ale które jakoś mimo to prawie nigdy nie okazują się z punktu widzenia prawa przestępstwami, nawet w tych nieczęstych sytuacjach, kiedy sprawę decyduje się zbadać prokuratura. Kariera Ibsenowskiego starego Ekdala załamała się co prawda przed laty, bo jego akurat sprawiedliwość wysłała do więzienia, ale on był tylko wykonawcą poleceń Haakona Werle, którego nigdy nic za to nie spotkało.

 

Tej jesieni Barbican Theatre zorganizował, przy wsparciu ambasady Norwegii, poświęcony Ibsenowi międzynarodowy sezon, na którym można było obejrzeć między innymi fenomenalną adaptację Dzikiej kaczki wystawianą przez australijski teatr Belvoir Sydney. Simon Stone wyreżyserował sztukę, którą na potrzeby współczesnego widza „przepisał” z Chrisem Ryanem. Napisaną w 1884 roku Dziką Kaczkę przenieśli we współczesność, usunęli kilka drugoplanowych postaci, pozostawiając tylko sześć najważniejszych, które pozostały ze swoimi norweskimi imionami. Hjalmar i Gina są tu drobnymi przedsiębiorcami, organizują jakieś eventy i przyjęcia, często widzimy przynajmniej jedno z nich przy laptopie. Hedvig jest dyskretnie upodobniona do współczesnych nastolatek, w wersji geek. Zainteresowana Gregersem, żeby dodać mu odwagi, informuje go, że nie jest już dziewicą. Gregers, w pierwszej po latach rozmowie z Hjalmarem, o życiu osobistym w ostatnich kilku latach, o związkach i kobietach, z którymi nic trwałego mu nie wyszło (zostawił kobietę, która go kochała i zaszła w nim w ciążę), żartuje, że myślał nawet, że jest gejem, „ale podobno do tego trzeba czuć pociąg do mężczyzn”.

 

Nic w tych zmianach wobec oryginału nie jest na siłę, nic nie jest przesadzone, przeciwnie wszystko ma sens w ramach i pozostaje w związku z projektem artystycznym i intelektualnym Ibsena. Rozwija jego kluczowe wątki i pokazuje, jak żyjemy wciąż w tym samym świecie, który Norweg poddawał takiej krytyce. Choć na pierwszy rzut oka tyle tyle się zmieniło – np. w przetasowaniach w moralności seksualnej (imperatyw kolekcjonowania wrażeń zamiast purytańskiej represji) – to wciąż żyjemy w tym samym świecie, którego Realnym jest kapitał, a klasą panującą burżuazja. Artyści z Belvoir Sydney pokazują swoimi zmianami wreszcie kontynuację procesów społecznych i kulturowych, którymi w swoich kilkunastu sztukach zajmował się brodacz ze Skien.

 

Australijscy twórcy zachowali podstawową strukturę dramatu, który rozwija się ku tej samej kulminacji, ale skondensowali historię do nieco poniżej półtorej godziny: sceny są krótsze, dynamiczne, „zmontowane” trochę jak w filmie, ale historia zasadniczo pozostaje ta sama. Sztuki Ibsena wystawiane w całości trwają zwykle około trzech godzin. Ta kondensacja to coś znacznie więcej niż tylko obawa o uwagę współczesnego widza, czy gest zabiegania o widza młodego, przyzwyczajonego do szybko migających obrazów. Ta kondensacja problematyzuje samo nasze przyzwyczajenie do szybkiej narracji, naszą niezdolność do wygospodarowania trzech godzin uwagi dla jednej odgrywanej na scenie historii.

 

Nasz czas to bowiem jeszcze jedna płaszczyzna, w której kapitalizm i jego logika, po tym, jak zawłaszczyły już przestrzeń geograficzną (choćby tę z map, o których mówi stary Ekdal w rozmowie z Hjalmarem, w odniesieniu do przekrętów, w które Ekdala wepchnął niegdyś Haakon Werle), podbijają całość naszego świata, jego kolejne wymiary i kolejne płaszczyzny naszego doświadczenia świata, kolonizują krok po kroku każdy zakątek naszego życia. Dziś Internet – z którego Hjalmar i Gina korzystają, by zdobywać klientów dla swojego małego biznesu, a Hedvig z jego pomocą dowiaduje się, co jest nie tak z jej wzrokiem – zwielokrotnił wydajność i tempo komunikacji, tak jak częstotliwość przepływów kapitału, zwiększył także wydajność wielu procesów produkcyjnych.

 

Wydawać by się na chłopski rozum mogło, że takie postępy w wydajności powinny skutkować większą ilością czasu wolnego dla nas wszystkich.

 

W końcu chyba o to powinno chodzić z tym całym wzrostem produktywności: żeby więcej można było zrobić mniejszym nakładem pracy i ogólnego czasu pracy, czego logicznym, matematycznym rezultatem powinno być więcej czasu na życie poza pracą. Na życie po prostu.

 

Na bycie wolnym. Choćby na to, żeby spędzić czasem cztery godziny na pięcioaktowej sztuce w teatrze. A jednak wszyscy mamy coraz mniej czasu na życie, coraz mniej czasu, w którym jesteśmy wolni: pracujemy coraz więcej, sami prosimy o nadgodziny, łapiemy dodatkowe zlecenia na weekendy, na wieczory. Jednocześnie niewielu czuje, że zarabia na tym wszystkim coraz więcej. Nawet, kiedy w naszym własnym, prywatnym czasie zajmujemy się czymś niezarobkowym, jesteśmy wdrożeni, wytresowani do tego, by z wachlarza dostępnych nam możliwości wybierać takie formy spędzania czasu, które jakoś się – niekoniecznie teraz, ale w przyszłości – „opłacą”, choćby dostarczając kilku intrygujących, wyróżniających nas z tłumu zapisów w CV. Nawet kiedy nie robimy już nawet tego, kontaktując się ze starymi przyjaciółmi przy pomocy mediów społecznościowych, wrzucając tam zdjęcia, uzupełniając informacje o naszym ulubionym filmowcu na IMDB czy na Filmwebie, wciąż wykonujemy pracę zwiększającą rynkową wartość usług, których jesteśmy „użytkownikami” – świadczymy ich dostawcom darmową pracę.

 

A teraz wróćmy do Ibsena, i do Dzikiej kaczki Belvoir Sydney według Ibsena. Make no mistake: przy całym zróżnicowaniu społecznych i zawodowych ról, które wykonują bohaterowie sztuk Norwega, nie nabrał się on nigdy na takie ideologiczne ściemy jak kategoria „klasy średniej”. Jego bohaterowie, z wyjątkiem kilku krzątających się po domu służących, to burżua, choć nie wszyscy są udziałowcami fabryk, stoczni czy ubezpieczalni. Zgodnie z uzupełniającą Marksa definicją Immanuela Wallersteina, podział na burżuazję i proletariat wciąż jest aktualny, również w rzeczywistości przedstawionej przez Belvoir Sydney, o ile tylko zrozumiemy, że burżuazja to przede wszystkim klasa żyjąca z dostępu do wartości dodatkowej przechwyconej z pracy innych ludzi, którzy wynagradzani są jedynie częścią wartości produktu swojej pracy, bez jej wartości dodatkowej (oni stanowią proletariat).

 

Skoro już padło nazwisko Wallersteina, wraz z jedną z wielu jego propozycji, wyciągnijmy też inną, bo ma znaczenie dla odczytania tego przedstawienia. Wallerstein podkreśla, że z rozwojem kapitalizmu toczą się dwa równoległe procesy społeczne. Obok – albo raczej ponad – dobrze od dawna marksistom znanej proletaryzacji mas skazanych na sprzedaż jedynego, co im zostało do wymiany na rynku, czyli własnej siły roboczej, toczy się równoległy proces burżuazyfikacji, formowania się i ekspansji specyficznie kapitalistycznych klas dominujących, oraz asymilacji klas dominujących pochodzących z innych formacji społecznych. Proces burżuazyfikacji jest jednym z wielkich tematów Ibsena, wyciągniętym przez twórców z Belvoir Sydney szczególnie wyraziście na wierzch zmianami w tekście i pomysłami inscenizacyjnymi.

 

Oprócz stopnia, do jakiego czas naszego życia skolonizowany jest przez służące ekspansji burżuazji mechanizmy akumulacji kapitału, wskutek którego nikt już sobie nie pozwala na wystawianie sztuk w pełnych pięciu aktach, nie przegapmy szklanych ścian, za którymi toczy się (prawie) całe przedstawienie. Niczym w akwarium. Pomysł narodził się pewnie w odpowiedzi na praktyczny problem: jak bez wyrządzania krzywdy zwierzęciu osiągnąć pewność, że kaczka (żywy ptak występuje w przedstawieniu) nie wymknie się spod kontroli, nie przestraszy się, albo nie zapragnie po prostu polatać sobie nad publicznością?

 

Ale rozwiązanie to ma daleko posunięte konsekwencje dla ostatecznego odczytania Ibsena przez Stone’a, Ryana i ich kolegów z Belvoir Sydney. Potęguje bowiem wrażenie osaczenia, ograniczenia, uwięzienia bohaterów w wąskich ramach czegoś na kształt akwarium (szklanej klatki), odcinającego ich od szerszej przestrzeni, od tlenu nawet. Okazuje się, że proces burżuazyfikacji, proces ekspansji kapitalizmu i podboju świata przez burżuazję i jej „wartości” nawet klasie beneficjentów tego procesu nie daje żadnej wolności naprawdę wartej tego słowa. To dlatego, że skuteczny proces burżuazyfikacji, wraz z coraz efektywniejszym wyciskaniem ze świata i z życia wartości dodatkowej, wymaga obracania dosłownie wszystkiego na obraz i podobieństwo burżuazji jako klasy oraz procesu waloryzacji kapitału jako podstawy istnienia tej klasy. W doskonale zburżuazyfikowanym świecie każdy staje się kartą w księdze rachunkowej, bilansem zysków i strat, przychodów i rozchodów, wydatków i zwrotów, aktywów i zobowiązań. Każdy staje się saldem, różnicą między „winien” i „ma”.

 

Hedvig popełnia samobójstwo, bo zrozumiała, że w takich kategoriach – jako córka innego mężczyzny, niż ten, który ją wychował; jako tracąca bezpowrotnie wzrok; jako „dowód winy” swojej matki – jest dla świata tylko źle ulokowaną, chybioną inwestycją, wydatkiem, który się nie zwróci, jednym wielkim niespłacalnym debetem. Dominujący także są zdominowani przez własną klasową dominację. Jej zniesienie wyzwoliłoby wszystkich ludzi.

 

 

The Wild Duck, reż. Simon Stone, scen. Simon Stone i Chris Ryan wg Dzikiej kaczki Henrika Ibsena. Występują: Brendan Cowell (Hjalmar Ekdal), John Gaden (Haakon Werle), Anita Hegh (Gina Ekdal), Richard Piper (Ekdal), Sara West (Hedvig Ekdal), Dan Wyllie (Gregers Werle). Produkcja: Belvoir Sydney.

Dziennik Opinii KP

POCHWAŁA POZNAŃSKICH MIESZCZAN

CEZARY MICHALSKI, 01.12.2014

Analizując wyniki wyborów samorządowych – arbitralnie, ideowo, namiętnie, bez PR-owego bełkotu mającego osłaniać porażkę Kaczyńskiego albo publicystycznego bełkotu, który żadnego sensu ze sobą nie niesie w ogóle – zacznę od ruchów miejskich, bo to najłatwiejsze.

 

Góra urodziła mysz. Przynajmniej w Warszawie. Jedyne przedsięwzięcie, z którym warto by się na jakichś warunkach utożsamiać, Joanna Erbel i jej lista wspierana przez Zielonych, nie przeszło wyborczego testu. Przeszli go Guział i Śpiewak, ale dlaczego utożsamiać się z indywidualnymi ambicjami dwóch panów, którzy są gotowi przebrać się w dowolny ideowy kostium, poprzeć PiS w zamian za drobne wziątki, krzyczeć o sfałszowanych wyborach, a nawet promować na swoich listach ludzi od Korwina i Wiplera – a wszystko w zamian za miraż albo nawet realną perspektywę „zostania burmistrzem Śródmieścia” albo „zostania jakimś burmistrzem w ogóle”. Pozostawia mnie to obojętnym nawet, a może szczególnie w kontekście polityki samorządowej.

 

Drugie w kolejności do analizy jest PiS. Po tych wyborach Jarosław Kaczyński nadal znajduje się – mówiąc jego własnymi słowami – „w długim marszu po władzę”.

 

Szczęśliwie ten marsz jest tak powolny, że cel nie wydaje się możliwy do osiągnięcia nawet do roku 2027, którą to datę Jarosław Kaczyński bierze pod uwagę jako moment, w którym być może pomyśli o politycznej emeryturze.

 

Nie sądzę jednak, aby tak długo chciały czekać finansujące polską prawicę SKOK-i, które nie dożyją 2027 roku pod władzą Platformy, nawet gdyby wysyłały tuziny ludzi z gazrurkami do kontrolujących je urzędników Komisji Nadzoru Finansowego.

 

Na obecnym etapie swego marszu po władzę PiS i Kaczyński stracili prezydentów Radomia (na rzecz Platformy, dla której, jak widać, władza PiS-u lub chociażby miraż tej władzy wciąż pozostaje najlepszym wyborczym napędem, jak to kiedyś zaprogramował Tusk) i Elbląga. Nawet prezydenta Nowego Sącza PiS obronił dzięki przewadze zaledwie 188 głosów. W dodatku na obecnym etapie „długiego marszu Kaczyńskiego do władzy” podciął mu niespodziewanie nóżkę PSL Janusza Piechocińskiego. Cały ten marsz jeszcze bardziej spowalniając, a osiągnięcie celu czyniąc mniej prawdopodobnym.

 

PSL-owi życzę w kolejnych wyborach (parlamentarnych, a nie prezydenckich, bo tutaj Piechociński powinien wystąpić w kampanii Komorowskiego jako ktoś w rodzaju wiceprezydenta, a Komorowski powinien prowadzić tę kampanię jako kandydat całej koalicji już w pierwszej turze, to się obu panom politycznie opłaci) ponownego pokonania PiS-u w elektoracie rolniczym. Wówczas bowiem zarządzana przez Kaczyńskiego i Rydzyka populistyczna rewolucja wsi przeciw miastom, prowincji przeciw metropoliom, okaże się dla tradycjonalistycznej prawicy długim marszem donikąd.

 

Ta rewolucja wsi przeciw miastom, prowincji przeciw metropoliom, bazowała na realnych niesprawiedliwościach polskiej transformacji. Tyle że tak jak kiedyś antysemityzm był marksizmem dla głupców, dziś marksizmem dla głupców jest prawicowy populizm Kaczyńskiego, Rydzyka, Gowina i Ziobry. Natomiast PSL, przy wszystkich swoich wadach, reprezentuje jednak modernizacyjne, wyemancypowane (także spod bezpośredniej władzy proboszczów, choć oportunistycznie niechcące z tymi proboszczami otwartego konfliktu, bo uważające, nie bez racji, że by go dzisiaj nie przeżyły) elity wiejskie. PSL jest faktycznie proeuropejskie, choćby dlatego, że obsługuje gigantyczne, trafiające do rolników i w otoczenie rolnictwa fundusze unijne. I nawet jeśli radiomaryjni proboszczowie i radiomaryjni biskupi nazwą Brukselę Szatanem, to ani PSL-owcy w to nie wierzą, ani ci rolnicy czy ludzie z bezpośredniego zaplecza polskiego rolnictwa, których PSL politycznie reprezentuje.

 

Oczywiście jest w tym wszystkim PSL-owska renta władzy, są agencje, korupcja, nepotyzm. Tu jednak standardy PSL-u w niczym nie różnią się od standardów PO, od standardów PiS-u z Wołomina czy od standardów Marka Lasoty z IPN-u, który jako drobną wziątkę towarzyszącą swemu przejściu z PO do PiS-u wziął od Andrzeja Dudy stanowiska asystentek europosła dla dwóch swoich córek-studentek (bo utalentowane). Ten typ używania UE i szerzej – polityki europejskiej – do prywatnych biznesów nie różni Lasoty od Hofmana, chyba że na gorsze. Mam nadzieję, że nie wszyscy historycy z IPN-u są tacy, ale moralizowanie na temat przeszłości wspomagające załatwianie drobnych biznesików i karierek w teraźniejszości to niestety pokusa prawie nie do odparcia.

 

Na tym tle standardy PSL-u nie są ani niższe, ani wyższe od standardów reszty polskiej klasy politycznej, podczas gdy społeczna i polityczna funkcja ludowców stała się kluczowa. Mogą utrudnić albo nawet uniemożliwić PiS-owi przejęcie władzy w Polsce, a nawet jeszcze więcej – mogą utrudnić trwałe zakorzenienie się na wsi najbardziej patologicznej kulturowej prawicy.

 

Jeśli chodzi o Platformę Obywatelską, to zgodzę się udawać, że Ewa Kopacz jest mocną liderką, a nawet zgodzę się udawać, że rozumiem, co ona mówi i co jej Michał Kamiński napisał. Ale zgodzę się na to wyłącznie pod jednym warunkiem: jeśli Platforma Obywatelska wystąpi z jakimkolwiek spójnym projektem – wcale nie radykalnym, choćby najbardziej realistycznym – wyraźnie zaadresowanym do nowego polskiego mieszczaństwa, do tej jego części, która chce być wolna, która nie chce żyć pod władzą abp. Gądeckiego, nawet zachwalanego jako umiarkowany hierarcha przez Dominikę Wielowieyską.

 

To nie jest mieszczaństwo antychrześcijańskie, to nie jest nawet mieszczaństwo jakoś radykalnie antyklerykalne. A jednak odrzuciło ofertę trzech panów G (Grobelnego, Gądeckiego, Gowina). I wybrało prezydenta Poznania z Platformy. Nawet jeśli na szczeblu centralno-telewizyjnym ta sama Platforma uparcie usiłuje ich obsługiwać czwartym panem G, czyli Romanem Giertychem. Zamiast odwołać się do tego, co jest w jej własnym elektoracie najlepsze. Do twardego tropizmu nowego polskiego mieszczaństwa na wolność, na świeckość i na Europę.

 

Dziś Platforma propozycji dla tego nowego polskiego emancypującego się mieszczaństwa nie ma żadnej. Pozostaje nadal wyłącznie partią negatywnego, antypisowskiego, antyprawicowego wyboru dla ludzi, którzy żadnego innego wyboru nie widzą. Tak dalej się nie da.

 

Demobilizacja elektoratu PO będzie narastać. I albo Platforma stanie się faktycznie polskim odpowiednikiem amerykańskich demokratów, w ich starciu z prawicową społeczną i kulturową rekonkwistą Tea Party, albo oberwie w kolejnych wyborach tak mocno, że nawet PSL tych strat nie zbuforuje.

 

Jeśli chodzi o wszystko, co znalazło się na lewo od PO-PiS-u, to w przeciwieństwie do Macieja Gduli uważam, że 2,4 procent głosów Erbel i Zielonych w Warszawie nie wystarczy, nawet jako początek (zresztą, ile już było takich początków). Będzie to miało sens wyłącznie, jeśli zostanie dodane (nie o algebrę mi chodzi, ale o polityczną organizację) do zwycięstwa wyborczego Matyjaszczyka w Częstochowie; do zwycięstwa wyborczego Biedronia w Słupsku; do zwycięstwa w Wadowicach (tych Wadowicach) związanego z Twoim Ruchem Mateusza Klinowskiego, zwolennika depenalizacji narkotyków miękkich; do 46 procent osiągniętych przez Agnieszkę Łuczak w drugiej turze wyborów prezydenta Tomaszowa Mazowieckiego (reprezentantka Kongresu Kobiet, kandydatka Twojego Ruchu w wyborach do europarlamentu, niepokorna lokalna dziennikarka „zdemaskowana” jako lesbijka przez miejscową parafialną prawicę, co nie przeszkodziło jej wejść do drugiej tury i prawie ją wygrać). Itp. itd.

 

W 2011 roku elektorat na lewo od PO-PiS-u, ten ustrukturowany w SLD i RP (przypomnijmy, że Zieloni i przedstawiciele mniejszości startowali wówczas z list SLD albo Ruchu Palikota), to było prawie 20 procent głosów. Donald Tusk, uprzedzając ten narastający wówczas nacisk z lewej flanki, zaimportował w rejon zbliżony do PO Borowskiego, Rosatiego, Arłukowicza, Piniora… Potem zaczęły się jednak importy z prawicy (Giertych, Kamiński, Szeremietiew…), bo elektorat centrolewu przestał być efektywnie politycznie reprezentowany. A Donald Tusk przestał się go bać i go obsługiwać. Ale ten elektorat wciąż jest. To gigantyczny i efektywny kontratak prawicy i Kościoła, a także błędy polityczne Millera i Palikota doprowadziły do jego demobilizacji. Choć na usprawiedliwienie Millera trzeba powiedzieć, że nawet dziś, kiedy on sam stał się zakładnikiem słabego wyniku SLD do sejmików wojewódzkich i został rozegrany przez Kaczyńskiego, to i tak Napieralski czy Gawkowski są od niego politycznie mniej energiczni, mniej rozgarnięci, dużo łatwiej mogliby się stać zabawką Kaczyńskiego. Już przy Smoleńsku się wahali, czy nie stać się zabawką Kaczyńskiego. A przy „sfałszowanych wyborach” nawet się nie wahają, chcą nią zostać jak najszybciej, mając nadzieję na ochłapy władzy.

 

Matyjaszczyk sam ciężko i ryzykownie zapracował na swoje zwycięstwo w Częstochowie, robiąc żmudnie politykę świecką, politykę społeczną, finansując nawet in vitro pod ogniem dział z jasnogórskiego klasztoru. Wielu mniej utalentowanych i bardziej leniwych od Matyjaszczyka działaczy Sojuszu ma jednak nadzieję, że dostanie władzę z rąk Kaczyńskiego na trupie Platformy. Jakże się mylą. Miller do nich nie należy, nawet dziś, kiedy znowu walczy o podstawowe polityczne przeżycie. Właśnie dlatego nie uważam go za najgorsze, co się mogło Sojuszowi przydarzyć.

 

Z kolei Palikot błędy popełnia liczne, jednak nie byłoby Biedronia jako prezydenta Słupska, gdyby wcześniej Palikot nie zaryzykował i nie uczynił go celebrytą ogólnopolskiej polityki. Co wymagało od niego większego nawet wysiłku i ryzyka niż antyklerykalizm, bo „drobnomieszczańska samoobrona”, którą Palikot politycznie starał się zorganizować, była i pozostała wobec homoseksualistów nieufna, o ile nie gorzej.

 

Przepraszam, że tak mało jest w tym felietonie o polityce faktycznie samorządowej. Ale żyję w mieście, które jak na polskie standardy (PKW, Smoleńsk, dziadowskie państwo Platformy i jeszcze bardziej dziadowska opozycja PiS-u) rozwija się zupełnie nieźle. Cieszy mnie w tym mieście każdy nowy rower do wynajęcia i każda ścieżka rowerowa, żeby tym rowerem jeździć. Cieszy mnie w nim każdy kilometr obwodnicy pomagającej mi uciec z tego miasta, gdy mam na to ochotę. Cieszy mnie każdy drapacz chmur w miejsce postpeerelowskich ruin; każda stacja metra; każdy mall w miejsce rdzewiejącego PRL-owskiego supermarketu z blachy falistej; każdy stadion narodowy w miejsce „jarmarku Europa”; każdy bar mleczny, jeśli zamiast być wyłącznie logiem PRL-owskiej nostalgii (nienawidziłem brudnych, zaszczanych, zdychających PRL-owskich barów mlecznych, bo musiałem w nich jeść przez całą dekadę lat osiemdziesiątych), staje się miejscem dla ludzi, którzy zamiast logo szukają taniego jedzenia w czystym i bezpiecznym miejscu.

 

Niemieccy Zieloni zmienili niemiecką politykę bardzo głęboko, nawet jeśli sami na tym nie skorzystali. Joanna Erbel zmieniła politykę miejską Hanny Gronkiewicz-Waltz, nawet jeśli sama na tym nie skorzystała. Reszta jest populizmem, który nie jest moją bajką. Ani ten UKiP-u, Frontu Narodowego i Jobbiku, ani ten Podemos, Syrizy i Die Linke. Inaczej musiałbym uznać – tak jak „antysystemowa” lewica europejska – że w Kijowie rządzi faszystowska junta osadzona tam przez amerykańskich generałów, Putin i jego najemnicy w Donbasie są wyrazicielem emancypacyjnej woli ludu, a Grecja, Hiszpania i Niemcy powinny wystąpić z NATO, pozostawiając Europę i Ukrainę jeszcze bardziej bezbronnymi wobec wszystkich militarnych ryzyk globalizacji. To jednak, całe szczęście, nie jest linia Krytyki Politycznej. A ja nie lubię być schizofrenikiem.

 

Słabość dzisiejszego chadecko-socjaldemokratycznego europejskiego Weimaru nadal mnie martwi, a w niektóre dni przygniata mnie nawet do ziemi (wtedy zawalam pisanie felietonów i przeprowadzanie wywiadów, ale potem wychodzę z tego bez użycia piguł). Tryumfy Podemos, UKiP-u, Syrizy, Frontu Narodowego i Die Linke, zamiast budzić we mnie entuzjazm, przypominają mi raczej lata 30. ubiegłego wieku w Europie. Kiedy „antysystemowi” stalinowcy i „antysystemowi” faszyści ganiali się z kastetami i rewolwerami po ulicach europejskich miast, a chadecja i socjaldemokracja słabły wraz ze wszystkimi siłami społecznego i mieszczańskiego centrum. Jaki był finał tej zabawy, też niestety pamiętam. Na pewno nie było nim „stworzenie europejskiej polityki skutecznie broniącej społeczeństwa przed dyktatem rynków”.

 

Ja zatem stoję przy chadecko-socjaldemokratycznym Weimarze, bo inaczej nie mogę. Opłakuję jego słabości, pokładam nadzieję w jego próbach przejścia do ofensywy, na przykład w planie Junckera. Dlatego zresztą Donald Tusk nie jest moim faworytem w polityce europejskiej, bo jest nim właśnie Jean-Claude Juncker i jego socjaldemokratyczni sojusznicy. Tusk, jak na razie, pozostawił po sobie w Polsce trupa Platformy Obywatelskiej złożonego z Andrzeja Biernata, Jacka Protasiewicza i innych podobnych. A Ewie Kopacz pozostawił w spadku jako doradców, nauczycieli i adwokatów Michała Kamińskiego i Romana Giertycha. Po drodze Donald Tusk mocno jeszcze uszkodził wiarę i optymizm historiozoficzny Sienkiewicza i Sikorskiego (wierzę, że oni naprawdę je mieli, choćby odrobinę, zanim dostali się w łapy Donalda i zostali ze swego historiozoficznego optymizmu zupełnie wyprani).

 

Mam oczywiście jakąś drobną nadzieję, że „uwolniwszy się od polskości” (parafraza, źródło oczywiste), Donald Tusk potrafi zrozumieć, także dla dobra Polski, że Unia Europejska jest wizją, jest projektem. Że jest nierozstrzygalnym Pascalowskim zakładem postawionym na zdolność etycznego samorozwoju ludzkości. Choćby ten projekt był najbardziej ostrożny i realistyczny, choćby był długim marszem odbywającym się w tempie milimetra na jedno stulecie, ani Donald Tusk, jakiego znamy z późnej Platformy, ani polski makiawelizm-underwoodyzm za trzy grosze do zarządzania tym projektem w ogóle się nie nadają. Ale może jest jakiś inny Tusk, który się przed polskością w jej obecnym stanie musiał się ukrywać, szczególnie od kiedy z hanzeatyckiego Gdańska przeniósł się do Kongresówki, który musiał się ukrywać przed polskim Kościołem w jego obecnym stanie, przed polską substancję w jej obecnym stanie. I ten Donald Tusk gdański i hanzeatycki wyjdzie w Brukseli z ukrycia.

 

Nawet jednak w Polsce Tusk był zbyt wielkim pesymistą, bo jak pokazały wybory w Poznaniu, wybory w Słupsku, wybory w Częstochowie, wybory w Wadowicach… istniało i wciąż istnieje polskie mieszczaństwo i drobnomieszczaństwo, które jednak marzy o emancypacji. Nie o jakichś antyklerykalnych szaleństwach, nie o sprawiedliwości społecznej (niestety), ale o zupełnie podstawowej suwerenności, wolności i rozwoju jednostek i całej warstwy społecznej.

 

Adwokatem tych ludzi nie będzie Roman Giertych, haseł dla nich nie napisze Michał Kamiński. Ta część nowego polskiego mieszczaństwa jest już dalej niż Platforma, którą pozostawił po sobie Donald Tusk.

 

Ich nadzieje są większe. Jeśli nie zaspokoi ich lub choćby nie wyartykułuje PO, mam nadzieję, że zdoła to zrobić ktoś inny.

Dziennik Opinii KP

 

DUNIN: OFE, HISTORIA WIELKIEGO PRZEKRĘTU

KINGA DUNIN, 13.12.2014

Pożytecznych idiotów, gotowych powtarzać w mediach: rząd ukradł mi moje pieniądze, te, które sobie w OFE uskładałem, wciąż łatwo jest znaleźć. I to wśród elity.

Należę do roczników, które mogły wybierać, czy chcą przystąpić do OFE, czy pozostać w tym okropnym ZUS-ie. Mało kto wiedział, o co w tym naprawdę chodzi, i bardzo dbano o to, żeby nikt się nie dowiedział. Niewiele z tego wszystkiego rozumiałam, wybrałam jednak ZUS.

 

Co o tym zadecydowało? Lenistwo i beztroska? Nieumiejętność podjęcia decyzji, jaki fundusz wybrać? Niechęć do nachalnej reklamy obiecującej rozkoszne życie emeryta? Nie są To zbyt racjonalne powody, ale racjonalne chyba też miałam. Z racji zainteresowań zawodowych orientowałam się, jak wyglądają prywatne ubezpieczenia zdrowotne. Nie chcę tu budować analogii, która nie jest całkiem prosta, wystarczy powiedzieć, że miałam dystans do instytucji, których rolą jest odpowiadanie na ważne potrzeby społeczne, a celem zysk finansowy. No i jednak wierzyłam w państwo. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze coś było z Polską nie tak (komunizm, długi, braki), a jednak jakieś emerytury powszechnie wypłacano. Czemu miałam więc w tym samym zakresie nie zaufać państwu demokratycznemu, przy wszystkich jego wadach? Z kolei uzależnienie świadczenia od kaprysów rynków finansowych wyglądało na ryzykowne. Jako rasowa pesymistka zapewne sądziłam, że nawet jeśli ktoś na tej grze może zyskać, to ja na pewno stracę. Bezpieczniej, jako homo sovieticus, czułam się pod skrzydłami państwa.

 

To, czego potem dowiadywałam się o OFE, potwierdzało moje intuicje. Wyczerpująca książka Leokadii Oręziak OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce dostarcza nie tylko potwierdzeń, ale także mocnych faktograficznych podstaw do krytyki przeprowadzonej w 1999 roku reformy systemu emerytalnego i wprowadzenia filara kapitałowego, wymarzonego modelu na przyszłość. Wystarczająco wiele, żeby za cytowanymi przez nią autorytetami powiedzieć, że był to wielki przekręt. I nadal jest – tylko na dużo mniejszą skalę.

 

Przypomnijmy, na czym ten przekręt polegał. Państwo zbierało składki (organizowało, ściągało od płatników) i przekazywało dużą ich część prywatnym funduszom. Ponieważ wciąż obowiązuje system, w którym ze składek obecnie pracujących opłaca się emerytury starszego pokolenia,  powstawała w nim luka wielkości przekazanych sum. Aby ją zapełnić, państwo pożyczało pieniądze od funduszy, emitując obligacje, a następnie płacąc od nich odsetki. Czyli stale powodując zwiększenie długu publicznego. Im gorsza sytuacja państwa, tym mniej pewne są jego długi, a więc i odsetki rosną, a dzięki temu – doraźnie – fundusze mogą wykazać się większym zyskiem. Obligacje stanowiły około połowy ich aktywów. Gdyby ktoś chciał oszczędzać w ten sposób, kupno obligacji nie byłoby specjalnie trudną operacją, ale nie musiałby płacić prowizji zarządzającym jego składkami instytucjom. Możę jednak lepiej było zaufać prywatnym podmiotom? Cóż, gdyby państwo miało zbankrutować i przestać wypłacać emerytury z innych źródeł, to ten dług zaciągnięty w OFE również byłby nieściągalny.

 

Poza tym każda składka przenoszona do OFE była pomniejszana o stałe opłaty i prowizje pobierane przez fundusze – bez względu na osiągane przez nie wyniki. Jednym słowem, złoty interes: niewielki kapitał początkowy, stały dopływ pieniędzy, którymi można operować przez lata, mało wydając, póki nie nadejdzie czas wypłacania emerytur. A jeśli po drodze jakiś kryzys czy wysoka inflacja zjedzą zgromadzone na indywidualnych kontach środki, to mówi się – trudno.

 

Oręziak odpowiada też na argumenty zwolenników OFE, takie jak umożliwienie rozwoju giełdy, rynków finansowych, inwestycje. Czyli, jej zdaniem, przepompowywanie pieniędzy z budżetu państwa do prywatnych właścicieli, którzy mogą użyć ich do tworzenia baniek finansowych albo transferować z Polski. Zarabiają na tym korporacje i finansjera oraz ci, którzy stoją blisko pompy. Ale załóżmy, że był w tym też jakiś efekt rozwojowy, jednak mniejszy, niż nam się to przedstawiało.

 

Kwestie te omawiam skrótowo, bo jak się wydaje, stały się one powszechnie znane. Wzrosło zadłużenie państwa, znacznie obniżyły się emerytury, trzeba było wydłużyć wiek emerytalny, co nie jest popularną decyzją. Dziś udział w OFE nie jest już obowiązkowy i odebrano funduszom możliwość inwestowania w pożyczki państwowe. Reformę przeprowadziło PO, a minister Rostowski nazwał OFE rakiem toczącym polskie finanse. Poza Solidarną Polską (cóż za paradoks!) właściwie cała opozycja była za, choć głosowała przeciw.

 

Wydaje się, że walka z kapitałowym filarem emerytalnym mogła być ważnym motywem lewicowych kampanii, dobrze zdefiniować konflikt polityczny i przy okazji uświadomić społeczeństwu różne problemy i możliwe warianty rozwiązań. Tak jednak się nie stało. SLD, które podobno zawsze było przeciwne tej formule, u szczytu swojej potęgi milczało na ten temat, podobno po to, żeby umożliwić nam wejście do UE. Ale potem również nie eksponowało nadmiernie swoich przekonań.

 

Można powiedzieć, że dwa i pół miliona Polaków, którzy bez przymusu wybrali OFE, robi to teraz na własne ryzyko. Nadal jednak są to spore pieniądze, których ubytek trzeba jakoś rekompensować.

 

W każdym razie pomysł tak daleko idącej prywatyzacji emerytur na szczęście przeszedł do przeszłości. Możemy więc zadać sobie pytanie: po cośmy tę żabę jedli? Straty znacznie przewyższyły korzyści, a straconych środków już nigdy nie odzyskamy.

 

Odpowiedź jest znana, staliśmy się, podobnie jak inne słabe państwa południowoamerykańskie czy środkowoeuropejskie, ofiarami globalnego kapitalizmu i ekspansji międzynarodowych instytucji finansowych. Bank Światowy od wprowadzenia takich rozwiązań uzależniał redukcję naszego zadłużenia, a to było warunkiem integracji europejskiej. Zostaliśmy skolonizowani, ale też tak bardzo źle na tym nie wyszliśmy, zresztą nie było lepszej opcji, więc może to była cena, którą trzeba było zapłacić.

 

Są jednak jeszcze inne straty, mniej wymierne, a dotyczące społecznej świadomości. W latach poprzedzających wprowadzenie OFE miała miejsce niesłychanie intensywna kampania propagandowa finansowana w dużej mierze przez Bank Światowy i Amerykańską Agencję ds. Rozwoju Międzynarodowego. Zapamiętana została jako mamienie „emeryturą pod palmami”, jednak poza tym ta oszukańcza obietnica niosła w sobie też inny przekaz.

 

Uderzała w osiągnięcie cywilizacyjne, jakim są instytucje powszechnych, opartych na solidaryzmie zabezpieczeń społecznych, podważała zaufanie do państwa, uczyła indywidualizmu, niszczyła międzypokoleniową solidarność.

 

Zamiast tego mówiono ludziom, że każdy ma zarobić sam na siebie, i to jest właśnie dobre i sprawiedliwe. Dla wielu dogmat ten nadal jest nienaruszalny, chociaż wiadomo – można to było zobaczyć na przykładzie innych krajów – że w wypadku emerytur dla ludzi biednych i średniozamożnych, czyli dla absolutnej większości społeczeństwa, to się nie sprawdza. Akcja przekonywania Polaków do zalet kapitalistycznych emerytur związana też była z intensywnym lobbingiem i korumpowaniem klasy politycznej oraz mediów.

 

Jeśli dziś pytamy, skąd wziął się sukces wyborczy Korwin-Mikkego, to może to także jest część odpowiedzi. Przy pomocy ogromnych środków i zmasowanej propagandy tak nas wychowano – do życia w dżungli, w której tyle masz, ile sobie upolujesz. W pogardzie do państwa jako gwaranta bezpieczeństwa. Jeśli nawet udałoby się całkowicie zlikwidować OFE, budowa solidarności społecznej jest teraz trudnym zadaniem. A pożytecznych idiotów, gotowych powtarzać w mediach: rząd ukradł mi moje pieniądze, te, które sobie w OFE uskładałem, wciąż łatwo jest znaleźć. I to wśród elity.

 

 

 

Leokadia Oręziak, OFE. Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce, Książka i Prasa 2014

 

 

Czytaj także:

Leokadia Oręziak: OFE to dzieło sztuki propagandy medialnej [rozmowa Roberta Kowalskiego]

 

***

Artykuł powstał w ramach projektu Europa Środkowo-Wschodnia. Transformacje-integracja-rewolucja, współfinansowanego przez Fundację im. Róży Luksemburg

 

Dziennik Opinii KP

KTO UKRADŁ MARIĘ JANION?

SZCZUKA/JANION, 13.12.2014

Fragment Prof. Misi, wywiadu-rzeki Kazimiery Szczuki.

Kazimiera Szczuka: Trzeba w ogóle przypomnieć najważniejsze wieści od czytelników [od czasu ukazania się pierwszego tomu wywiadu-rzeki z Marią Janion – przyp.red.], niektóre przekazane tylko ustnie, inne także pisemnie. Na przykład Andrzej Franaszek, przychylnie oceniwszyNiedobre dziecię, dostrzegł jednak w pierwszym tomie nadmiar Krytyki Politycznej i Kingi Dunin, do której się ponoć ciągle odnosimy. A uczynieniePrzewodnika po Miłoszu głównym źródłem refleksji też chyba mu się nie bardzo podobało.

 

Maria Janion: Książkę Franaszka o Miłoszu bardzo cenię.

 

Jego zdaniem właśnie za łatwo oddalamy temat religii, Kościoła. Sięgnęłam więc do rozmowy o Mickiewiczu, drukowanej w „Tygodniku Powszechnym” w 1998 roku, gdzie mówiła Pani Profesor tak: „Mickiewicz reprezentuje pewien typ żywej wiary religijnej, wybiegający nawet poza nasz wiek XXI, o którym wiemy, że albo będzie religijny, albo nie będzie go wcale”. Więc jak to jest? Są prawdy dla Krytyki Politycznej i prawdy dla „Tygodnika Powszechnego”? I prawdy, których mędrzec nie mówi nikomu? 

 

Dzisiaj bym pewnie nie zacytowała tej frazy o wieku religii. Ale wtedy, a było to już 15 lat temu, ulegałam Mickiewiczowi, nim się zajmowałam. Znów mnie zaczarował, tym razem wizją wspólnoty polsko-żydowskiej, wyobrażeniem, że Opatrzność w jakimś celu zetknęła Żydów i Polaków na terenach dawnej Rzeczpospolitej. Jeszcze będziemy sprawy te omawiać i rozliczać, bo sama względnie późno się tym zajęłam.

 

Środowiska LGBT, w osobie Mariusza Kurza z pisma „Replika”, dopytywały o Pani Profesor doświadczenie homofobii. Czy stykała się Pani z tym w całkiem dawnych czasach i później. A jeśli tak, to jak, gdzie, kiedy?

 

Nie przypominam sobie, aby język homofobii był obecny na uniwersytecie. Może to wyparłam, ale po prostu nie mam takich wspomnień. Na pewno mówiono różne rzeczy za moimi plecami, ale do mnie to nie docierało. Owszem, w jakiejś gazecie, która była organem komitetu wojewódzkiego partii, ukazała się recenzja zTransgresji i była tam mowa o tym, że szerzymy kult homoseksualizmu i w ogóle wszelkich zboczeń. Nie bez powodu, bo ważnym bohaterem Transgresji był Jean Genet. Ale jakichś większych represji w moim środowisku nie było.

 

Gdańskie środowisko uczniów Pani Profesor było chyba dość niezadowolone po ukazaniu się Niedobrego dziecięcia. Nie całe na pewno, ale pani profesor Czermińska wystosowała nawet na piśmie taką opinię, odczytaną publicznie w mojej obecności, że nasze rozmowy to ideologiczna wycinanka, w której ginie fenomen Mistrzyni. To gdańszczanie ochrzcili Panią Profesor Mistrzynią. A ja ukradłam Marię Janion prawowitym spadkobiercom, wciąż rozwijającym idee humanizmu polonistycznego i przekabaciłam na stronę lewicowości i feminizmu. I odnoszę się do Pani bez należytej czci. Takie zarzuty powstały.

 

Cóż, lata gdańskie mamy teraz przed sobą. Cała epoka mojego życia, trzydziestoletnia z górą, choć z dwiema przerwami.

 

Nie czuje się Pani Profesor ukradziona? Tak serio?

 

Jakoś nie. Na pewno gdański krąg uczniów był w mojej pracy czymś szczególnym. Na tle tego, co robiłam w Warszawie, przecież i tu miałam studentów i doktorantów, tamte relacje były… no nie wiem. Nie mogę powiedzieć, że dla tamtejszych ludzi ważniejsze, bo przecież byłoby to niesprawiedliwe, ale z kilku powodów tam panowała większa intensywność. Oczekiwań, wpływu mojego, emocji. Tak chyba rzeczywiście było. Chociaż starałam się nie robić różnic między uczniami, traktować ich jednakowo, to jednak z ich strony wyglądało to zupełnie inaczej. Byli bardzo zaangażowani, mogę powiedzieć oddani pracy ze mną.

 

Niektórzy ludzie do tej pory myślą, że Pani mieszka tam na stałe. Tak się Pani im kojarzy, zwłaszcza że w Trójmieście osiadło wielu potomków wileńskiej inteligencji. Zawsze kiedy tam jestem, pławię się w legendzie Pani Profesor, tam jest ona naprawdę żywa. I wygląda na to, że wszyscy, którzy robią coś istotnego, to Pani dawni uczniowie i uczennice. No może prawie wszyscy. Dyrektor Festiwalu Filmowego w Gdyni, Leszek Kopeć, opowiadał jak pisał u Pani Profesor pracę magisterską o honorze u Josepha Conrada.

 

Pamiętam go, oczywiście. Nie chciał zostać na uczelni, pisać doktoratu. Nie chciał, czy nie mógł. Bardzo się lubiliśmy.

 

Opowiadał, że wymagała Pani Profesor zakonnego poświęcenia, wyrzeczenia się wszystkich doczesnych dóbr, przywiązań, czasu wolnego, rozrywek. Zarobki na uczelni były żadne. Chciał założyć rodzinę, nie uzyskał zgody Mistrzyni. Z wyraźnym rozrzewnieniem to wspominał. Ale tam na wybrzeżu snuje się legenda o Pani wymaganiach, przewracaniu młodzieży w głowach, oschłym fukaniu na tych, którzy byli wczoraj wychwalani pod niebiosa, a dziś nie mogli sprostać oczekiwaniom. 

 

Starałam się uczyć po prostu, rozbudzać ambicje, owszem i jakoś prowadzić każdego z osobna. Na pewno studenci nie byli przyzwyczajeni do poświęcania im tak wielkiej uwagi. Nawet narzekali na mnie znajomi, bo miałam takie powiedzenie „Co ty jesteś student, żebym ja się z tobą spotykała?”. Bo dla studentów miałam czas, a dla znajomych nie. Błędy pedagogiczne jakieś popełniałam niewątpliwie. Ale przejmować się tym już dziś nie mogę. Jeśli idzie o Małgorzatę Czermińską, to zdaje mi się, że miedzy mną a nią zawsze było porozumienie i zarazem nieporozumienie jakby. Czułam jej zastrzeżenia do mnie i sama miałam do niej zastrzeżenia. Zawsze była zdecydowaną katoliczką. Ale podobało mi się, że mimo tej różnicy poglądów potrafiłyśmy pracować razem bardzo dobrze, niezmiennie przez lata. To jedna z bliskich, ważnych osób w moim życiu. Z wieloma uczniami dzieliła mnie różnica poglądów. Ceniłam to sobie. Wydawało mi się, że praca seminaryjna właśnie na tym polega, żeby nikomu nie ograniczać możliwości wypowiedzi. Taka był moja zasada.

 

Poseł PiS-u, teraz europoseł, Kosma Złotowski z Bydgoszczy napisał na swojej stronie internetowej, że owszem, obronił u Pani magisterkę na polonistyce UW, że wówczas była Pani wielką humanistką, specjalistką od romantyzmu, że to było ważne i cenne, i że dopiero w ostatnich latach została Pani „lewacką feministką”.

 

Świetne! Pamiętam go, zdaje mi się, że wszystkich studentów pamiętam, na pewno tych, którzy pisali prace u mnie. To może dobry przykład – Kosma Złotowski, bo już w dawnych czasach był związany z prawicą, ale miał swoje miejsce na seminarium warszawskim i chyba je sobie cenił. Sporo słuchaczy i uczniów, zwłaszcza z tych dawniejszych roczników, ma, powiedzmy, konserwatywne upodobania, chociaż PiS-owców w tym gronie nie ma aż tak wielu. Zdaje mi się, że gdańszczanie w ogólności czują się spadkobiercami idei humanistyki rozumiejącej. Dziś to wszystko jest w odwrocie. Albo niszczone przez antyhumanistyczny walec, albo przejmowane przez prawicę, która rozumie paradygmat romantyczny jako arsenał walki o anachroniczną polską tożsamość.

 

Stanisław Rosiek w „Gazecie Wyborczej”, w wywiadzie udzielonym Markowi Górlikowskiemu mówi tak: „Humanista nie ma żadnych narzędzi przymusu i instytucjonalnych form działania. Może tylko przedstawić innym swoje stanowisko. Czy to zostanie przyjęte czy nie, czy będzie powtarzane przez media, nie od humanistów to zależy”.

 

Na pewno tak. Takie jest nasze położenie wobec mediów. Ta władza, „okupacja mediów”, jak ją nazywa Dorota Sajewska, według Rośka ma charakter niemal zbrodniczy. Sajewska pokazuje, jak ten proces jest złożony i wyalienowany, poza czy ponadludzki właściwie, choć spełnia w jakimś stopniu rolę dawnej propagandy. Nie jest zadaniem humanistów szukanie dla swoich idei medialnego poparcia, to na pewno. Ale instytucja uniwersytetu miała, w założeniu, cieszyć się suwerennością, a uczeni pewnym statusem niesprowadzalnym do sławy, władzy czy bogactwa. Rosiek wspomina o moim wpływie, „naznaczeniu”, jak powiada, a to właśnie odbywało się dzięki instytucji uniwersytetu. Nauczyciel akademicki jakąś władzę ma, jakieś narzędzia przymusu stosuje. Jasne, w tamtych czasach miało to wszystko dużo większe znaczenie niż dziś. Nigdy zresztą nie stosowałam represji administracyjnych wobec studentów, starałam się jedynie ich zjednywać, opętywać może, aby mieli odwagę myślenia i stawiania pytań. Rosiek w tym wywiadzie jak zawsze potrafi być i oryginalny, odrębny, i okazywać mi, mogę chyba tak powiedzieć, lojalność, przyjaźń. To bardzo dla mnie ważne. Czegoś chyba jednak nie rozumie jego rozmówca. Pyta Rośka o gender, o całą tę absurdalną, kościelno-polityczną nagonkę. Rosiek tłumaczy, w jakim sensie wykształcenie humanistyczne, takie jakie proponowałam, tu chodzi oczywiście o seminarium Transgresje, mogło stać się źródłem rozumienia i wrażliwości wobec tematyki wykluczenia, piętnowania i prześladowania odmienności, w tym również seksualnej. Oczywiście, część gdańszczan woli widzieć we mnie badaczkę romantyzmu, wpajającą patriotyczne porywy. Ale dla innych, jak Rosiek, no i Ewa Graczyk przede wszystkim, Transgresje były miejscem oporu wobec form opresji mniej jawnych niż te narodowo-niepodległościowe. Tak, można powiedzieć, że była to kulturowa lewicowość. Mówi się dziś, że prawa kobiet i mniejszości seksualnych nie mają znaczenia dla bezrobotnych czy wyzyskiwanych na rynkach pracy, i dlatego masowe poparcie dla lewicowych idei tego rodzaju jest niemożliwe. Krótko mówiąc, cała ta humanistyczno-rewizjonistyczna rewolucja, pokłosie zachodniej studenckiej rewolty końca lat 60. zdaje się raczej ciążyć ku liberalizmowi, a lewica znalazła się w impasie. To jakoś nierozstrzygnięty problem.

 

A czego nie zrozumiał dziennikarz?

 

Takie jego pytanie na przykład: „To, że myśli z państwa seminarium nie przedostały się poza krąg humanistów, jest klęską humanistyki czy państwa klęską?”. A przecież dopiero co sam odpytywał Rośka z gender, a gender ma być największym zagrożeniem cywilizacji wedle Kościoła i jego politycznych reprezentantów! Więc coś tu się nie zgadza. W ogóle te pytania, szalenie prowokacyjne w zamyśle, w rodzaju „Ile osób przeczyta Baudelaire’a i Schulza?”, no naprawdę, to rzeczywiście jest jakoś zbrodnicze. Dobrze się stało, że wytyczaliśmy wtedy te pregenderowe ścieżki. Oczywiście, nie jest to jedynie naszą zasługą, bo wiele należało do nauk społecznych i klasyki antropologii, na to też powołuje się Rosiek. Jednak przygotowanie pewnej wrażliwości i otwartości, tego innego myślenia o zniewoleniu i dążeniach do jego przekraczania, to było cenne.

 

Ale problem z nieużytecznością humanistycznego wykształcenia na rynkach pracy jest realny. Profesor Ewa Nawrocka ogłosiła jakiś czas temu „alarm dla uniwersytetów”, wobec tych wszystkich oskarżeń, że humanistyka produkuje absolwentów nieposiadających żadnych umiejętności, często „studiujących dla papierka”. System zarządzania nauką to urzędnicze „papiery, protokoły, liczby i granty”. A kadra naukowa zamknęła się w wieży z kości słoniowej, „pisze kolejne książki, których nie czytają nawet studenci”. Tak mówiła profesor Nawrocka i proponowała, aby w takim razie zamknąć bezużyteczne uczelnie i założyć nowe. Powoływała się przy tym właśnie na majową rewoltę ’68 roku. O kondycji nauk humanistycznych sporo w ogóle dyskutowano, na przykład profesor Małgorzata Kowalska zabierała głos w sprawie zamykania jej Wydziału Filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku. Ale nie tylko. Organizowano spotkania, debaty, przygotowywany był pakt dla humanistyki, na wzór paktu dla kultury, sformułowanego wcześniej przez twórców. Władze resortu szkolnictwa wyższego zapewniały z kolei, że humaniści nie powinni narzekać, bo nakłady finansowe na nich są duże. Co Pani o tym myśli? 

 

Jeśli idzie o kondycję uczelni i system nauczania, to znów powołam się na Rośka, który na pewno nie porzuca wiary w możliwość kształcenia humanistycznych elit. No i nie przenosi winy na młodzież, to mi się podoba. Niezależnie od ponurych konstatacji o naszej marginalizacji, twierdzi, że ma wielu świetnych studentów, że wśród nowych pokoleń sporo jest znakomitych ludzi. Cieszy mnie to. Ale w ogólności kryzys humanistyki widzę jako nierozwiązywalny, wymagałoby to głębokiej zmiany systemu, woli politycznej. Na pewno powszechność wyższej edukacji, sformatowanej i okrojonej, często ograniczonej do licencjatu, rozmija się z oczekiwaniami rynków pracy. Tak. No i nie daje młodym większej satysfakcji chyba. Ewa Nawrocka, przecież też bliska moja uczennica z dawnych gdańskich czasów, przemówiła w sposób dość gorączkowy, w sensie romantycznej gorączki, rzuciła parę barwnych oskarżeń pod adresem systemu i własnego środowiska. Nie oczekiwała, że będzie to wszystko przyjęte dosłownie, ale odchodząc na emeryturę, zdaje się, dała upust złości i frustracji, którą na pewno wielu pracowników naukowych podziela. To jest też kwestia uznania, szacunku, tego, o czym pisze jeden z moich ulubionych socjologów, Richard Sennett, w książce Szacunek w świecie nierówności. Fachowość badaczy literatury nie zapewnia im pozycji gwiazdorskich, mistrzowskich, ale pewnie łatwiej bylibyśmy skłonni się z tym pogodzić, gdyby istniało większe instytucjonalne uznanie, gdyby ten pakt państwa z uczonymi był traktowany jako trwała wartość. A nie jest. Zastąpił ją system ścisłej normalizacji i kontroli produktywności.

 

W humanistyce to metoda zabijająca.

 

Niektórym jednak przysługuje pozycja mistrzowska. Przytoczę jeszcze raz Rośka, jego słowa o kręgu gdańskich uczniów Marii Janion. „Mamy pewien rodzaj skazy. Ślad jej dotknięcia jest w nas, choć niektórzy chętnie by udawali, że go nigdy nie było. Zadziwia mnie, że wychodząc z tego samego środowiska intelektualnego, z seminarium Janion, doszli w zupełnie inne miejsca niż pozostali – do mrocznego fundamentalizmu, do humanistycznej ambony”.

 

No, pięknie. Wolę nie wiedzieć, o kim mowa, chociaż mam swoje podejrzenia, ale na pewno nie o Ewę Nawrocką. Ona wykazała się, jak powiadam, dużą dawką szału romantycznego. Cóż mogę tym z ambony powiedzieć? Ich prawo. Pozycja mistrzowska też, jak widać, bywa w gruncie rzeczy ulotna. Wolę sobie na starość wspominać, jak ci wszyscy, wówczas młodzi i dzielni, chłonęli wiedzę w upojeniu, nie troszcząc się o to, czy to będzie im przydatna na rynku pracy. I słusznie, bo zostali profesorami, nauczycielami, pisarzami. Więc do czegoś się im przydałam.

 

To teraz coś przyjemnego. Daniel Passent napisał w felietonie w „Polityce” o naszych rozmowach, przesłał mi potem fragment listu, który otrzymał od znajomej z Londynu. Jej mama była Pani studentką, wspólnie przekazały takie wspomnienie:

 

Magdalena Karkosinska-Deneault 

To: Daniel Passent 

Sent: Sunday, February 17, 2013 11:42 AM

Subject: Fw: Maria Janion 

 

Profesor Janion była specjalistą od Romantyzmu i była tak mądra i fenomenalna, że dziewczyny POŁYKAŁY jej wykłady. Jak omawiała np. Mickiewicza czy Słowackiego, to szeroko prezentowała te osoby, na kanwie wszystkich wydarzeń europejskich – malarstwo, muzyka etc. Miała głęboką, szeroką wiedzę. Poruszała się swobodnie we wszystkich innych dziedzinach, nie tylko w literaturze. Mówiła piękną polszczyzną, sugestywnie, ciepło. U niej na wykładzie zawsze było 100% obecności.

 

Jak się kończył jej 2-godzinny wykład, to nie chciało się im wyjść z tych wykładów. Były zaczarowane. Zachwycone. Moja Mama ma 78 lat i ciągle je pamięta!

(To, co Ci w tej chwili piszę, to są słowa mojej Mamy, z którą akurat rozmawiam przez telefon i zapisuję – na żywo!)

 

Pani Janion powodowała, że dziewczyny zapominały, że żyją w komunie. Nie podkreślała swojego statusu, chociaż była już wówczas po doktoracie. Występowała chyba jako dr Janion. Ubrania nie było widać. Widać było tylko wiedzę. Włosy miała krótkie. Dużo się uśmiechała. Była pogodna i była przyjazna młodzieży i była wobec nich bardzo ciepła, co w czasach komunizmu było przecież ewenementem. Ewenementem do tego stopnia, że nie bali się chodzić do niej na egzaminy. Na egzamin szło się do niej z radością, z przeświadczeniem, że się przeżyje jakąś fajną przygodę, bo się posiedzi z nią vis a vis, bo na wykładzie to ona była daleko. Możesz to Pani Marii Janion opowiedzieć. Ta kobieta miała wówczas 30 lat, a spowodowała rewolucje w duszach dziewczyn.

 

Kobieta z ogromnym talentem. Danym od Boga. Moja Mama ciągle o niej mówi i na niej się wzoruje. A ja na Mamie. Tak więc Maria Janion „posiała ziarna”, z których wyrosły „owoce pokoleń”…

 

 

Na tym fragment e-maila się kończy.

 

Hmm, zadziwiające! Przyznam, że nie bardzo wiem, jak mam to skomentować, ale to jedna z miłych chwil w życiu starca. Możliwa dzięki komunikacji elektronicznej, jak rozumiem.

 

Zatrzymywała się Pani Profesor w Gdańsku na dłużej? Jakoś się tam zasymilowała?

 

Nie bardzo. Kursowałam pociągami, co drugi tydzień, potem po latach nieco rzadziej. W końcu miałam już jakąś traumę na tle dworców i pociągów, może nawet wyrosłą z dzieciństwa, kiedy przed wojną byłam rozdzielona z mamą i Mirkiem, moim bratem. Często wtedy przesiadywałam na dworcu w Siedlcach, wyglądając ich przybycia, oswobodzenia mnie spod kurateli ciotki i zabrania do Wilna. Potem duże wrażenie robiły na mnie obrazy Paula Delvaux, surrealisty, który malował kobiety na dworcach. W dziwny sposób jego wizja zawiera coś z mojej dziecięcej tęsknoty za matką, przykuwały mnie te obrazy. W każdym razie jako wykładowczyni akademicka byłam tym tłuczeniem się pociągami tam i z powrotem przez całe lata kompletnie wykończona. Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych, może nieco później, po prostu padłam, odstąpiłam od tego jeżdżenia. Ale, jak powiadam, robiłam to przez ponad trzydzieści lat.

 

 

***

 

Jest to fragment książki Janion. Transe – traumy – transgresje. Tom 2:prof. Misia

 

O książce:

 

Profesor Janion jako „poeta krajowy”, „kloszard metafizyczny”, Pluszkin z powieści Gogola, „pracownica morza” z Wiktora Hugo, wreszcie – niezłomny starzec trwający na stanowisku w romantycznej bibliotece. Janion opowiada o życiu po katastrofie marca 68 tu, w kraju, na przekór projektowi emigracji. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to epoka gdańskich „Transgresji”, czas Güntera Grassa, Wernera Herzoga, czas „nowej prywatności”, przekuwanej w projekt polityczny. Jarosław Iwaszkiewicz i – przede wszystkim – Miron Białoszewski pojawiają się w II tomie rozmów jako partnerzy tamtych poszukiwań. Duch zmarłego Kazimierza Wyki nawiedza mieszkanie Janion. Poczciwy język polonistyczny pęka pod naporem interpretacji demonicznych i wampirycznych. Powstaje nielegalne Towarzystwo Kursów Naukowych. Wybucha Sierpień.

 

Zapraszamy na premierę długo oczekiwanego drugiego tomu wywiadu-rzeki Kazimiery Szczuki z prof. Marią Janion pt.: Janion. Transe-traumy-transgresje. 2: Prof. Misia

16 grudnia, godz. 19.00, Krytyka Polityczna ul. Foksal 16

 

Goście: 

Kazimiera Szczuka (Krytyka Polityczna), Justyna Sobolewska (Polityka), prof. Marek Zaleski (IBL PAN)

 

Spotkanie poprowadzi Paweł Goźliński (Gazeta Wyborcza).

Dziennik Opinii KP

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s