PO, PiS

 

„Zakręty krętacza” – największe ściemy Hofmana pod lupą „Newsweeka”

"Newsweek" rozlicza Hofmana z jego największych krętactw.
„Newsweek” rozlicza Hofmana z jego największych krętactw. Fot. Newsweek

Czy da się jednego i tego samego dnia wystąpić w Sejmie, pojechać autem do Londynu, uregulować rachunek za hotel i ruszyć z powrotem do Polski, by rano, całkiem rześkim, stawić się już w radiu? Adam Hofman twierdzi, że tak. „Newsweek” sprawdza i przekonuje, że jednak chyba nie.

Pretekstem do analizy stała się niedawna wizyta byłego rzecznika Prawa i Sprawiedliwości w Sejmie. Adam Hofman, od tygodni będący pod obstrzałem mediów i polityków za liczne krętactwa spośród których największą sławę zyskała tzw. afera madrycka, zaprezentował się w iście spektakularnej formie. Wypoczęty, opalony, spokojny i w bardzo dobrym humorze wyjaśniał, że ani on ani dwóch pozostałych posłów – Adam Rogacki i Mariusz Antoni Kamiński – zamieszanych w aferę madrycką, tak naprawdę nie zrobiło nic złego.

– To, co do tej pory funkcjonowało w mediach, opinii publicznej, było oparte na informacjach, interpretacjach faktów, przepisów, które pochodziły od Radosława Sikorskiego. Robił to ze złą intencją – przekonywał Hofman. – Działaliśmy zgodnie z prawem i udowodnimy to.

Jeden z posłów PiS, cytowany przez „Newsweek”, stwierdził w odpowiedzi na to: – Fakty są nieubłagane, ale Hofman zrobił, co mógł. To było jak wprawne rzeźbienie w pewnej bardzo nieprzyjemnej materii.

Sam „Newsweek” deklaruje, że dotarł do nowych dowodów podważających tłumaczenia posła Hofmana. Materiały dotyczą dwóch zagranicznych podróży – do Paryża i Londynu, jakie Hofman w towarzystwie Rogackiego i Kamińskiego miał odbyć na posiedzenia komisji kultury, nauki, edukacji i mediów Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy w 2013 roku. Wszyscy panowie złożyli w Sejmie deklaracje, z których wynikało, że jadą na obydwa posiedzenia samochodami. Dzięki temu każdy z nich otrzymał osobne zaliczki na pokrycie kosztów podróży. Za Paryż wypadło po 2570 zł na głowę, za Londyn – po 2825 zł. – W wypadku pierwszej delegacji wątpliwości budzi to, czy poseł rzeczywiście pojechał do Paryża samochodem – pisze na łamach tygodnika Michał Krzymowski. – Dotarliśmy do dwóch pasażerów tanich linii lotniczych Wizz Air, którzy mieli wykupione bilety na samolot z Paryża do Warszawy 13 marca, czyli w dniu teoretycznego powrotu posłów samochodami.

Dalej tygodnik cytuje wypowiedzi pasażerów. Obaj potwierdzają, że na lotnisku Beauvais, z którego korzysta Wizz Air, feralnego dnia był i Hofman z żoną i jego dwaj koledzy.

Co ciekawe, jak ustalił „Newsweek”, bilety na lot z Paryża do Warszawy, można było wówczas kupić nawet po 22 zł. – Oznacza to, że pobierając zaliczkę na podróż autem, kupując bilety na lot Wizz Airem i odliczając opłatę za autokar z lotniska (pojedynczy przejazd kosztuje ok. 70 zł), można było zaoszczędzić 2386 zł – wylicza Krzymowski.

Sami posłowie zaś stanowczo utrzymują, że nigdy nie traktowali zagranicznych delegacji jako źródła dodatkowego dochodu. Mówił o tym ostatnio w „Faktach po Faktach” Mariusz Kamiński.

Ale to dopiero początek. W swoim artykule „Newsweek” przypomina także delegację Hofmana do Londynu. – Z deklaracji złożonej w Sejmie wynika, że były rzecznik PiS podróżował samochodem: wyjeżdżając, miał przekroczyć polską granicę o godzinie 20, 20 maja, a z powrotem – o 10 rano 23 maja – pisze tygodnik. – Kłopot w tym, że tego dnia poseł już o ósmej rano gościł w studiu radia RMF FM, gdzie udzielił wywiadu Konradowi Piaseckiemu. Hofman broni się dziś, że dane udostępnione przez marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego są „zmanipulowane”.

Poseł przekonuje mianowicie, że wskutek tajemniczych okoliczności musiał skrócić swój pobyt w Anglii stąd właśnie wynik 1,5 tys. km przejechanych w ciągu zaledwie doby. Tyle tylko, że nierozwiązana pozostaje jeszcze jedna wątpliwość. Z faktury wystawione przez czterogwiazdkowy hotel Cavendish wynika, że poseł miał w nim rezerwację od 20 do 23 maja, ale płatności za pobyt dokonano 22 maja. – Tymczasem – jak ustaliliśmy – w archiwach stacji informacyjnych znajdują się co najmniej trzy różne nagrania z udziałem Hofmana zarejestrowane w Sejmie w dniu, w którym oficjalnie poseł płacił w Londynie – pisze Krzymowski. – Każde z nich pochodzi z innej godziny. (…) Teoretycznie możliwe jest jeszcze jedno: rachunek w hotelu zapłacił kto inny, dzięki czemu poseł – nie ruszając się z Polski – mógł wziąć dietę za wyjazd, którego tak naprawdę nie było.

Do tej pory Hofmanowi udawało się wyjść obronną ręką już z wielu opresji. Zdaniem „Newsweeka” dlatego, że były rzeczniki PiS-u potrafił doskonale postępować z prezesem partii. Jarosław Kaczyński wybaczył mu wiele. Niewykluczone, że za jakiś czas wybaczy mu też aferę madrycką. Nie zanosi się jednak na to, by podobną wyrozumiałością wykazała się prokuratura. – A prokuratura już zapowiedziała, że sprawdzi każdą budzącą wątpliwości delegację: będzie ściągać informacje z linii lotniczych i hoteli – kwituje Krzymowski. – Taka weryfikacja może się okazać dla posła Hofmana i bolesna, i kosztowna.

Źródło: „Newsweek”

naTemat.pl

Czyje słowa były bardziej skandaliczne? Kopacz czy Kaczyńskiego? Politycy roztrząsali to u Olejnik

osi, 14.12.2014
Ewa Kopacz / Jarosław Kaczyński

Ewa Kopacz / Jarosław Kaczyński (Fot. AG)

– Kaczyński po marszu nie będzie musiał niczego podpisywać – te słowa premier Ewy Kopacz oburzyły część polityków będących gośćmi Radia ZET. – Myślę, że Kopacz wyrównała rachunki z Kaczyńskim za określenie jej Urbanem w spódnicy – oceniła prowadząca audycję Monika Olejnik.
Słowa premier Kopacz padły w piątek na dzień przed warszawskim marszem PiS. – Jutro pan Kaczyński nie będzie musiał niczego podpisywać. Jutro pan Kaczyński po swojej demonstracji wróci do domu, by cieszyć się przywilejami posła na Sejm i lidera opozycji – oznajmiła Kopacz na konwencji PO. Odniosła się tym samym do rzekomego podpisania przez lidera PiS tzw. lojalki dla Służby Bezpieczeństwa 13 grudnia 1981 r.Dyskusja dotycząca tego wątku zdominowała program „Siódmy dzień tygodnia” w Radiu ZET. Gośćmi rozgłośni byli Iwona Śledzińska-Katarasińska (PO), Stanisław Żelichowski (PSL), Ryszard Czarnecki (PiS), Barbara Nowacka (TR), Krzysztof Gawkowski (SLD), Jarosław Gowin (PR) i Tomasz Nałęcz (Kancelaria Prezydenta).

Żelichowski unika odpowiedzi

Jako pierwszy głos zabrał Żelichowski poproszony przez Olejnik o ocenę słów Kopacz. – Dość sympatycznie odebrałem ten zjazd, szczególnie rolę Joachima Brudzińskiego jako wodzireja. Jeśli nie wyjdzie mu w polityce, zarobi na pewno dobre pieniądze na weselach – powiedział polityk PSL, unikając odpowiedzi na pytanie, a odnosząc się do „Marszu w Obronie Demokracji i Wolności Mediów”. – Kaczyńskiemu nie bardzo wychodzi wygrywanie przy urnach wyborczych i stara się tę łódkę rozkołysać, by zainteresować ulicę inną Polską niż jest w rzeczywistości. Jeśli się mówi o fałszowaniu wyborów, to trzeba mieć dowody. Jeśli PiS miało najwięcej mężów zaufania, a wybory zostały sfałszowane, to, widać, sfałszował je PiS – dodał.

– Myślę, że nieprzypadkowo Żelichowski uciekł od pani pytania o słowa Kopacz. One są skandaliczne! – ocenił z kolei Czarnecki. – Myślę, że to była odpowiedź Kopacz na sugestie prezesa PiS, że jest Urbanem w spódnicy. Teraz rachunki są wyrównane – powiedziała zgryźliwie Olejnik. – Cieszę, się, że pani odnosi się negatywnie do wypowiedzi Kopacz. Ja mam takie samo zdanie – odparł europoseł.

Chwilę później skomentował słowa Kaczyńskiego, który powiedział, że „ludzie boją się mówić publicznie o fałszerstwach wyborczych”. -Sytuacja, gdzie w małych miasteczkach ludzie rezygnują z kandydowania, bo np. są zatrudnieni w miejscach zależnych od samorządowców innej orientacji politycznej, to są fakty. Z całą pewnością, to co stało się z wyborami, jest skandalem. To były najbardziej kontrowersyjne wybory w ostatnim ćwierćwieczu, a obserwowałem wybory w ciągu 22 lat na czterech kontynentach. I czy to w Gruzji, czy na Ukrainie, te wybory są coraz bardziej transparentne, a u nas jest regres – oświadczył Czarnecki.

„Proszę słuchać uchem, a nie brzuchem”

– Pan jeździ za pieniądze, podejrzewam, podatnika, a więc także i moje po świecie i mówi, że to akurat w Polsce są najbardziej nieuczciwe wybory?! – zdziwił się Nałęcz. – Powiedziałem, że jest regres, proszę słuchać uchem a nie brzuchem – odciął się Czarnecki. – Słucham uchem. Wczorajszy marsz pokazał, ze kłamliwe są słowa Kaczyńskiego, jakoby Polska była taka jak przed 33 laty. Na pewno dzisiejsza Polska taka nie jest. Z Belwederu nie wypadł żaden ZOMO-wiec i go nie zdzielił. Jak można twierdzić, że to Warszawa jak z 13 grudnia 81. roku? Jak PiS może twierdzić, że wybory były sfałszowane, skoro w wielu miejscach organizowały je samorządy z tej partii? – pytał doradca prezydenta. – Mówiąc o podpisywaniu czegoś przez Kaczyńskiego, Kopacz miała na myśli, że ludzi ciągano po komendach i kazano podpisywać lojalki. A Kaczyński na pewno niczego nie podpisał i chwała mu za to – wrócił do poprzedniego wątku.

– Kopacz powinna przeprosić Kaczyńskiego za swoją wypowiedź. Jest różnica między jej słowami a porównaniem jej do Urbana w spódnicy – uważa Gowin. – Ponadto nie ma ani jednej wypowiedzi prezesa PiS, w której mówiłby, że żyjemy w Polsce jak z 81. roku. Podzielam opinię pana Czarneckiego, że nastąpił regres w kwestii wyborów i nie jest to opinia żadnych prawicowych oszołomów. Wolność mediów w Polsce jest ułomna, niestety. Po pierwsze w czasach kryzysu media uzależniły się od sponsorów. Po drugie, przez 25 lat nie było sytuacji, by dziennikarzy wykonujących obowiązki służbowe aresztowano i doprowadzano przed sąd w kajdankach – oświadczył lider Polski Razem, przypominając zatrzymanie dwóch dziennikarzy w siedzibie PKW.

„Była inwigilacja za czasów Kaczyńskiego”

– Ale za czasów premiera Kaczyńskiego inwigilowano dziennikarzy! Przez ponad dwa lata śledziły ich tajne służby – weszła mu w słowo Olejnik. – Z ubolewaniem mogę to skomentować tylko tak, że najwięcej podsłuchów było za Tuska. Inwigilacja dziennikarzy może być usprawiedliwiona zagrożeniem dla kraju – zaoponował Gowin. – To ja byłam zagrożeniem?! Dwa lata sprawdzano moje billingi! – zdziwiła się Olejnik.

– Na marszu było pełno insynuacji porównujących Polskę do tej ze stanu wojennego! Dziwię się słowom Gowina, przecież był na marszu i powinien to słyszeć – powiedziała Nowacka. – Zarówno PO jak i PiS, bawiąc się ostrymi słowami, pozorują, że jest wielki konflikt między nimi. A to jest konflikt czysto teoretyczny. Polacy mają o wiele więcej innych problemów – społecznych! Wszystkie ostre słowwa z jednaj i drugiej strony są haniebne, a partiom chodzi tylko o to, by trwać obok siebie – oceniła polityk Twojego Ruchu.

– Na szczęście wczorajszy marsz nie skończył się zamieszkami, inaczej niż 11 listopada. Mam wrażenie, że PiS rozmywa całkowicie temat, tego, co się zdarzyło 16 listopada podczas wyborów. Nieprawidłowości do wyjaśnienia jest wiele, trzeba zmienić Kodeks wyborczy, a my mówimy o tym, czy wybory były sfałszowane czy nie. Zapominamy o nierzetelnościach tych wyborów. Szanuję premier Kopacz, ale ona swoimi słowami dot. Kaczyńskiego stanęła tam, gdzie stoi prezes PiS. On rozpala nienawiść wśród Polaków – ocenił Gawkowski.

„Kopacz obrażano bez przerwy”

– Porównanie 13 grudnia 2014 r. do tego sprzed 33 lat przez Kaczyńskiego jest nieuprawnione. A to, co powiedziała Kopacz odnośnie prezesa PiS to była figura retoryczna, w której poruszyła to, co było istotą 13 grudnia 81. roku. Ja tak to odebrałam. Panią premier obrażano na marszu PiS bez przerwy – powiedziała Śledzińska-Katarasińska.

– Mnie obraża to, że teraz Kaczyński organizuje marsz w obronie wolności mediów, a za jego czasów podsłuchiwano dziennikarzy – tak Olejnik podsumowała chaotyczną dyskusję, która nastąpiła po słowach Śledzińskiej-Katarasińskiej. – Jeżeli działo się to za jego wiedzą i nie było podstaw do takiej działalności, to były to działania złe. I tak samo wypowiedź Kopacz powinni ocenić politycy PO – uznał Gowin. – Jak dziś słucham pana Gowina, to mi ręce opadają – powiedział Nałęcz, odnosząc się do kolejnego wątku rozmowy, czyli przynależności politycznej Kopacz w latach 80-tych. – Dlaczego pan wypomina, że pani premier nie była 33 lata temu w „Solidarności”? Ona była wtedy studentką, studenci nie zapisywali się wtedy do „S” – powiedział prezydencki doradca. – Sam Kaczyński mówił o Gierku jako patriocie, ale to były wybory. A on był wtedy na lekach przecież – dodał.

– Na marszu było dużo ludzi, widać czują związek z PiS. Marsz był spokojny i ładny, ale po co manipulować historią? PiS sugeruje, że ofiary stanu wojennego byłyby na tym marszu z nim, a tego nie wie! To coś jak próba zawłaszczenia katastrofy smoleńskiej, która była tragedią dla nas wszystkich – oceniła Nowacka. – Żeby móc śpiewać przy różnych okazjach „Jarosław, Polskę zbaw”, trzeba przecież pokazać, że jest co zbawiać – podsumował dyskusję Zlechowski.

10 tys. Niemców przeciw „islamizacji Zachodu”: „Niech wracają do siebie”>>

Zobacz także

TOK FM

Wojtek Szacki

polityka.pl

Adam Malczak – Marsz donikąd

14.12.2014

Jestem gorącym zwolennikiem marszów i protestów. Wymagają one jakiegoś (nawet półświadomego) zaangażowania, wysiłku – wyjścia z domu, dołączenia do grupy, identyfikacji cech wspólnych, przekonań itd. Demonstracje to lepsza forma działalności obywatelskiej, znacznie lepsza od woskowego patriotyzmu palenia świeczek w oknach czy wirtualnego społeczeństwa obywatelskiego wokół eventów na Facebooku.

Dlatego na wstępie należy rozprawić się z dwoma najbardziej bałamutnymi argumentami przeciw marszowi „o wolność słowa i demokrację” organizowanego przez PiS i kluby Gazety Polskiej które dzisiaj czytałem/słyszałem.

Pierwszy z nich głosi, iż Marsz PiS jest wewnętrzną sprzecznością, paradoksem, dowodem na swój własny bezsens. Jak bowiem demokracja i wolność słowa mogą być zagrożone skoro demonstranci mogą w spokoju przemaszerować przez stolicę kraju a ogólnopolskie media transmitują i komentują ten przemarsz?

Oj wielu dziennikarzy i wielu komentatorów rzucało dzisiaj żarcikami z wykorzystaniem tego argumentu. Jednak ten argument należy odrzucić z jednego ważnego, historycznego powodu. Rzadko zdarza się bowiem, by instytucje demokratycznego państwa i wolności obywatelskie znikały z dnia na dzień. Na zasadzie: w piątek maszerować można, a w sobotę już nie. Puf, demokracja była, demokracji nie ma. A przecież jest to niemal zawsze proces stopniowy, czasem nawet niezauważalny. Często mówi się o „erozji demokracji” – i tu to słowo jest najwłaściwsze; erozja to proces długotrwały, powoli wypłukujący lub roztrzaskujący skały.

Drugi argument „na nie” w związku z Marszem PiS był przykładem czysto politycznej narracji, ale wydaje się że wiele osób zaczęło go powtarzać z gorliwym przekonaniem: „marsz ma na celu podpalić Polskę”.

Idąc dalej tą analogią należałoby zapytać zwolenników tego argumentu (i jednocześnie obrońców naszej polskiej demokracji) czy rzeczywiście sądzą że zbudowano w Polsce demokrację drewnianą, którą podpali jeden marsz? I to właśnie jej chcą bronić przed podpalaniem?

To rozumowanie dla tych, co święcie wierzą, iż PiS chciał marszem podpalić Polskę. Odpowiedź prawidłowa jest oczywista i prosta: polskie partie polityczne nie są z reguły przystosowane do zimowania przez 7 lat w opozycji. To nie Wielka Brytania, gdzie ostatnio Torysi musieli wytrwać po złej stronie parlamentu 13 długich lat. Jeśli PiSowi ciężko przychodzi przebijanie się przez szklany sufit ustalonego limitu swojego poparcia, to należy podjąć środki zaradcze – a marsz „w obronie demokracji”, sugerujący że następuje jej erozja (i w konsekwencji – erozja legitymizacji obecnie rządzących), to świetne ku temu narzędzie.

Jednak na marszu było zapewne wielu ludzi, którzy maszerowali równie gorliwie przekonani, że maszerują by obronić polską demokrację i wolność słowa. W tym sensiebył to marsz donikąd. Logika marszu to bowiem logika tłumu, bezwiednie maszerującego z miejsca na miejsce za wodzem. Skoro więc wódz nie maszeruje za niczym konkretnym (poza władzą oczywiście) to marsz traci sens.

Marsz jako instytucja społeczna ma fundamentalną wadę – to nie jest zbiór umysłów analitycznych, zdolnych do diagnozy co jest nie tak z polską demokracją i czy mamy/nie mamy wolności słowa. Takiej diagnozy nie prowadzi żadna z obecnych partii politycznych, takiej diagnozy nie prowadzi się w większości mediów (a przynajmniej nie na poziomie wymaganym do takiej diagnozy). Diagnozy takie coraz rzadziej prowadzi się na uniwersytetach. Ciężko jest, nawet chcąc dopomóc diagnozie stanu polskiej demokracji 25 lat po jej ustanowieniu, włączyć się w taki proces.

Pozostaje więc zapalić świeczkę lub maszerować donikąd.

TOK FM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: