PiS (06.06.2015)

Czym są „oddziały szturmowe”, którym dziękował Jarosław Kaczyński?

06.06.2015

Jarosław Kaczyński mówi do nich, że są „oddziałami szturmowymi” armii idącej po zwycięstwo dla PiS. Czym są Kluby „Gazety Polskiej”? – Wszyscy bierzemy udział w nowej przygodzie, która jest elementem walki o IV RP – pisał w 2005 r. ich pomysłodawca Tomasz Sakiewicz. Dziś liczą 10 tys. osób i pomogły Andrzejowi Dudzie wygrać prezydenturę.

Jarosław Kaczyński

Jarosław Kaczyński

– „Oddziały szturmowe”? Nie – broń Boże! – mówi Onetowi szef Klubów „GP” Ryszard Kapuściński. To jak? Prezes się zagalopował? – Ja bym powiedział „oddziały wspomagające”. Robiliśmy wszystko, aby Andrzej wygrał.

Kaczyński dziękuje nieprzypadkowo

W kampanii przed jesiennymi wyborami do Sejmu – tak jak w wyborach prezydenckich – też będą na pierwszej linii. A co miesiąc – każdego 10. dnia – są przed Pałacem Prezydenckim.

Prezes PiS przyjechał na X Zjazdu Klubów Gazety Polskiej w Piotrkowie Trybunalskim, aby osobiście podziękować ich członkom. Prezydent elekt Andrzej Duda napisał do nich list z wyrazami wdzięczności za „ogromne zaangażowanie i wysiłek”. Nieprzypadkowo, bo Kluby „GP” z roku na rok rośną w siłę.

Andrzej Duda podziękował klubom „Gazety Polskiej”

W miniony weekend klubowicze „Gazety Polskiej” spotkali się na urodzinowym zjeździe dziennika. Wśród gości, którzy odwiedzili wydarzenie, był Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz. Mimo że Andrzej Duda nie mógł się pojawić, wystosował list do uczestników – podaje „Gazeta Polska Codziennie”. Za udział w spotkaniu trzeba było zapłacić 250 zł.

Już szykują się na kampanię parlamentarną. Na wrzesień planowany jest kolejny zjazd Klubów „GP”, aby dograć swoje działania przed wyborami.

A jak się zaczęło?

Rok 2005. W redakcji „GP” konflikt pomiędzy twórcą „Gazety Polskiej” Piotrem Wierzbickim, który jest redaktorem naczelnym, a Tomaszem Sakiewiczem – szefem działu krajowego.

Duża część redakcji – tu cytat z tekstu „Przejąć Gazetę Polską” z 2005 r. na jej łamach – wystąpiła przeciwko „pogłębiającemu się od kilku lat napadowi michnikofilii”, którą zbuntowanej załodze miał ordynować Wierzbicki.

Wybuchł ostry spór, na który nałożyła się też sprawa inwestycji firmy King&King w „GP”. Ostatecznie Wierzbicki zostaje usunięty z „GP”. A jej wydawca – w atmosferze oskarżeń o agenturalne motywy inwestora i chęć „zin­fil­tro­wa­nia pra­wi­cy” – pozbył się niechcianego udziałowca. W takiej sytuacji powstały w 2005 r. pierwsze trzy kluby. – Ale policzyliśmy się w 2006 r. Była wtedy duża demonstracja PiS, a PO zrobiła swój „błękitny marsz”. Okazało się, że jest nas bardzo dużo – kilkaset osób pod sztandarem „GP” – mówi szef Klubów.

Kluby „GP” elementem „arki”

Szef „GP” Tomasz Sakiewicz tak opisał narodziny. Jego tekst z 2005 r.: – Wczesne popołudnie 30 czerwca 2005 r. Wychodziłem właśnie ze spotkania z członkami zarządu King&King, którzy bez ogródek przedstawili mi plan przejęcia „GP”. Nie ukrywali, że nie w smak im współpraca z niektórymi osobami z redakcji. (…) Zbierało się na potworną awanturę, którą chciałem opóźnić, jak się tylko da. Potrzebowałem sojuszników, a tych było bardzo niewielu.

Jednak wobec – jak pisał – głosów wsparcia wpadł na pomysł: odtworzyć istniejące przed laty kluby „GP”. I tak zrobił. Najpierw były Kielce i do dziś bardzo istotna komórka w Krakowie. – Kluby zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu – pisał Sakiewicz.

Kluby działają w prosty sposób: spotkania raz na tydzień, wykłady prawicowych polityków, naukowców, ludzi kultury i dziennikarzy. A jak kampania, to agitacja za PiS.

„Przygoda: IV RP”

Kluby powstały także po to, aby zapewnić środowisku „GP” przetrwanie w razie utraty tego tytułu i odrodzenie się pod szyldem „Niezależnej Gazety Polskiej” (tę „arkę” zamknięto w 2009 r.).

Kto zakłada kluby? Czytelnicy „GP”, którzy zgadzają się z jej linią programową. Na posługiwanie się nazwą i logiem należy mieć zgodę red. nacz. pisma. Kluby mają też pozyskiwać nowych czytelników dla pisma i sprawdzać, czy jest ono w kioskach dostępne i właściwie eksponowane. Sakiewicz podsuwał klubom inicjatywy takie jak walka o dekomunizację nazw ulic i piętnowanie komunistycznych zbrodniarzy.

Wedle Karty Klubów „GP” mają się one kierować i krzewić patriotyzm oraz wartości tradycyjne – górnolotnych słów w tym dokumencie jest zresztą dużo. Jest też o zwalczaniu totalitaryzmu w życiu publicznym i cenzury. – Od 10 kwietnia (2010 r.) celem działania Klubów „GP” stała się walka o wyjaśnienie wszystkich przyczyn katastrofy w Smoleńsku oraz o godne upamiętnienie jej ofiar – czytamy w ich „konstytucji”.

Inicjując falę ich powstawania Tomasz Sakiewicz (od 2005 r. szef „GP”) pisał jasno: – Wszyscy bierzemy udział w nowej przygodzie, która jest elementem walki o „IV Rzeczpospolitą”.

Aktualna władza? Z „konstytucji” Klubów „GP”: – Bezpardonowo demoluje każdą dziedzinę życia.

Rosną po 10 kwietnia

Kluby „GP” formalnie nie rejestrują się jako stowarzyszenia, ale zgłaszają do swojej centrali. Dziś liczą ok. 10 tys. aktywnych członków. Do tego dochodzą kolejne tysiące wiernych sympatyków i bywalców spotkań, które organizują. Są rozsiane po całej Polsce, ale i po świecie. Wszystkich jest 390, z czego ponad 70 za granicą – ok. 20 w USA, ale są i w Australii. Liczą miedzy 20 a 100 członków. Bywa, że zaczyna się od raptem trzech osób, a potem komórka pęcznieje. W dużych miastach są 2-3.

Lawina ich powstawania ruszyła w 2010 r. Powód? Oczywisty – katastrofa smoleńska. Najwięcej wyrosło ich w 2010 i 2011 r.

Ryszard Kapuściński, szef Klubów „GP”: – Wtedy powstawały po dwa kluby tygodniowo i to w małych miejscowościach, gdzie ludzie wcześniej nigdy nic sami nie organizowali – a nawet się bali, bo struktury władzy istnieją tam z pokolenia na pokolenie. Ale wtedy mieli inne zdanie o Smoleńsku i chcieli pogadać z ludźmi o podobnym spojrzeniu.

O tym świadczą choćby nazwy: Krakowski Klub Gazety Polskiej im. Janusza Kurtyki i Poznański Klub Gazety Polskiej im. gen. Andrzeja Błasika.

– Zaczęła się budowa społeczeństwa obywatelskiego w tych małych miejscowościach – cieszy się Kapuściński. Jest to jednak struktura sprzęgnięta z PiS i nie raz kooperująca z parafiami. Na przykład klub z Poznania spotyka się co tydzień w auli przy kościele pallotynów.

Szef Klubów zapewnia jednak, że jeśli działają w lokalach – biurach poselskich – zajmowanych przez polityków PiS, to wynikać to ma z tego, że innych pomieszczeń czy restauracji nikt im nie chce wynająć.

Drugi obieg

Co ciekawe, w „konstytucji” Klubów wprost napisano, że ich członkowie nie mogą wystawiać swoich własnych list w wyborach. Kapuściński: – Nie, nie, nie mogą… – Ale startować już tak? – Tak. Przed wyborami samorządowymi 2014 r. nawet opublikowaliśmy listę kandydatów, którzy są związani z Klubami „GP”. Większość się dostała i dziś są radnymi, wójtami, burmistrzami.

Kluby popierają PiS? – To nie tajemnica.

Wspierają też wizję świata, która jest bliska tej partii. Organizują spotkania i wykłady. Goście? Są ich setki, ale z wszyscy z prawa. To – po pierwsze – cała plejada polityków. Są też dziennikarze jak np. Cezary Gmyz, Rafał Ziemkiewicz, Wojciech Sumliński, Bronisław Wildstein, Dorota Kania. Naukowcy: prof. Andrzej Zybertowicz, prof. Andrzej Nowak, ks. Dariusz Oko.

– Na początku to ja załatwiałem klubom, żeby jakiś polityk czy pisarz raczył przyjechać. I różnie z tym było: „bo nie”, „bo nie ma czasu”. Gdy jednak ruch zrobił się duży – po 2010 – to nie ma już z tym żadnego problemu, a goście przyjeżdżają na własny koszt. A jeśli w 10-tysięcznym miasteczku pojawia się znany polityk czy dziennikarz, to na spotkanie przychodzi po 300-400 osób. I jest to wydarzenie, o którym mówi się tam miesiącami. Ci ludzie nigdy by nie mieli możliwości spotkać takich gości – mówi Kapuściński.

Dodaje też: – Myśmy nawet stworzyli cały drugi obieg filmów o Smoleńsku – i nie tylko zresztą. Także promocje książek odbywają się w naszych klubach.

Jak pomogły Dudzie

W tych filmach pojawia się też Andrzej Duda. Ale to nie w taki sposób oddziały „szturmowe” pomogły dzisiejszemu prezydentowi elektowi wygrać wybory.

Z setek stron www Klubów „GP” można wyczytać informacje jak choćby takie: – Jeżeli nasz sąsiad, koleżanka, szwagier nie są zadowoleni z sytuacji w naszym kraju, warto podsunąć im refleksję, że po urzędującym prezydencie raczej nie powinni się spodziewać zmian. – W niedzielę po mszy przy parafii Św. Rodziny w Wyszkowie członkowie Klubu „GP” zachęcali do oddania głosu na Andrzeja Dudę. – W niedzielę członkowie Klubu „GP” przed kościołem św. Anny w Lubielu Nowym rozdawali materiały informacyjne Andrzeja Dudy. Ludzie chętnie rozmawiali, brali gazety i ulotki i obiecywali po zapoznaniu się z nimi przekazywać innym osobom.

Wkład Klubów „GP” w zwycięstwo Andrzeja Dudy był istotny? Kapuściński z dumą mówi, że udało się im zorganizować setki akcji i spotkań, rozkleić i rozdać tysiące plakatów i ulotek. – Była pełna mobilizacją. Robiliśmy wszystko, aby Andrzej wygrał. Mieliśmy materiały od PiS, ale członkowie Klubów „GP” drukowali też swoje własne ulotki i je rozdawali.

Jarosław Kaczyński miał im zatem za co dziękować. Prezes PiS – siedząc obok Antoniego Macierewicza – czuł się na X zjeździe tej organizacji wyjątkowo swobodnie, żartując przy tym. Duda – może dbając o umiarkowany wizerunek – osobiście się nie pojawił, ale klubowiczom podziękował listownie.

Kluby „GP” szykują nową ofensywę

Duda wygrał. Kaczyński o władzę będzie walczył na jesieni. – Jesteście takim oddziałem szturmowym tej armii, która ma maszerować ku zwycięstwu – tak zwrócił się do klubowiczów. To po części prawda, a po części życzenie. Bo szef Klubów „GP” woli określenie „oddziały pomocnicze”, a nie „szturmowe”.

Kaczyński zabiega i dowartościowuje Kluby „GP”, bo dziś niewiele jest takich struktur w Polsce. Nieco podobną stworzył o. Tadeusz Rydzyk – to Rodzina Radia Maryja. I ta struktura dla PiS też stanowi oparcie.

Kluby pomogą PiS na jesieni? – Obiecaliśmy prezesowi, że będziemy robić wszystko, aby mu pomóc. Aby PiS wygrało wybory – mówi Kapuściński.

A mają już na koncie spektakularne wydarzenia. W 2008 r. przez tydzień w Krakowie stali pod konsulatem Rosji. 3 lata temu pojechali w sile ok. 10 tys. osób na Węgry, by wesprzeć premiera Wiktora Orbana. Stałym punktem w ich kalendarzu są miesięcznice katastrofy. W czerwcu 2010 r. zorganizowano duży marsz w Krakowie. Teraz marsze odbywają się na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, ale uroczystości każdego 10. dnia miesiąca odbywają się w ok. 200 miastach. – A jak się nie odbywają, to odczytywany jest na mszy list, który rozsyłam do klubów – zapewnia Kapuściński.

Dla Jarosława Kaczyńskiego w Klubach „GP” mają wielkie uznanie. Na jubileuszowym zjeździe działacze chcieli mu przypinać swoje odznaki w klapę jego marynarki. Prezes się śmiał: – Do ruskich marszałków mi daleko.

Onet.pl

 

Grzegorz Braun w Poznaniu: Potrzebujemy króla, wprowadzą go komandosi

Piotr Żytnicki,. 06.06.2015
Politechnika Poznańska. Kongres

Politechnika Poznańska. Kongres „Dla społecznego panowania Chrystusa Króla” (A?UKASZ CYNALEWSKI)

– Komandosi w wozach opancerzonych wjeżdżają do Krakowa, budzą biskupa i na Wawelu następuje koronacja króla Polski – taką wizję zaprowadzenia w Polsce monarchii przedstawił w Poznaniu polityk i reżyser Grzegorz Braun
Braun, którego w niedawnych wyborach prezydenckich poparło 124 tys. Polaków, był jednym z gości Międzynarodowego Kongresu dla Społecznego Panowania Chrystusa Króla. To spotkanie zwolenników intronizacji Chrystusa na króla Polski. W sobotę wykładom poświęconym tej idei przysłuchiwało się w auli Politechniki Poznańskiej ponad 100 osób.Replika w podzięceProf. Joseph Sladky z Uniwersytetu Katolickiego w Waszyngtonie mówił, że „dzisiejsze społeczeństwa są niszczone przez antykoncepcję, aborcję, eutanazję, inżynierię genetyczną i prawa gejów”. Receptą na to ma być Chrystus, który „poprzez intronizację ponownie zacznie zdobywać duchowe królestwo nad światem”. Prof. Sladky ubolewał, że w amerykańskich kościołach rzadko słyszy kazania poświęcone tej idei. – Bo nie jest nauczana w seminariach, zdejmuje się z niej nacisk – żalił się. Organizatorzy kongresu w podziękowaniu za wystąpienie wręczyli mu miniaturową replikę figury Chrystusa ze Świebodzina.Teresa Drapińska, przedstawicielka Warszawskich Środowisk Intronizacji Jezusa Króla Polski, opowiadała o wizjach mistyczki Rozalii Celakówny. W 1939 r. Jezus miał jej powiedzieć, że tylko jego intronizacja uchroni Polskę przed drugą wojną światową. Jako że do intronizacji nie doszło, Polskę spotkała kara.

– Fakt, że władze państw zrezygnowały z uznania szczególnej roli Kościoła i istnienia prawa naturalnego, otworzył drogę do rozprzestrzeniania się relatywizmu i innych religii takich jak islam – mówił prof. Roberto de Mattei, włoski historyk Kościoła. – Islam w imię wolności religijnej domagał się budowania meczetów, których liczba przekraczała liczbę budowanych kościołów. Porzucano je i przekształcano w meczety.

Katolicy żyją dziś w przestrzeni laickiej, ale muszą mieć pragnienie życia w państwie i społeczeństwie katolickim, gdzie Chrystus panowałby nad całością społeczeństwa – pouczał profesor. Jego zdaniem stworzenie państwa katolickiego nie jest rzeczą łatwą, ale to nie oznacza, że nie należy do tego dążyć: – Jest to bowiem jedyny model, do którego katolik może aspirować. I jedyna normalna sytuacja, w której ludzie i społeczeństwa mogą normalnie żyć i prosperować.

Włoch wyraził też przekonanie, że „dzisiaj w samym Kościele niewielu zachowało prawdziwą wiarę”.

Niepospolity i jedyny

Grzegorza Brauna, polityka i reżysera, organizatorzy kongresu przedstawili jako „męża niepospolitego” i „jedynego kandydata na prezydenta, który głośno upomniał się o intronizację Chrystusa i zapisał to w swoim programie”. Braun swoje wystąpienie zaczął słowami „szczęść Boże” (na sali było kilkunastu duchownych). Potem stwierdził, że intronizacja Chrystusa na króla Polski jest w demokratycznym państwie niemożliwa: – Byłoby cudem, gdyby posłowie padli na kolana przed Panem Bogiem. Ale to się nie zdarzy. Według Brauna oczekiwanie, że Chrystus mógłby zostać królem Polski w wyniku demokratycznego głosowania, jest zresztą nieporozumieniem. Bo Jezus nie może „być wybrany”. Co zatem proponuje Braun? Zastąpić demokrację monarchią. Wtedy to król Polski mógłby intronizować Chrystusa. No dobrze, ale skąd wziąć króla? Braun każe czekać na dogodny moment, gdy „odmieni się koniunktura polityczna”. Na razie trzeba edukować społeczeństwo, w czym pomóc ma hasło Brauna: Kościół-szkoła-strzelnica.- Zadbajmy, by nie wychowało się kolejne pokolenie polskich dzieci, dla których msza święta będzie kompletną egzotyką – mówił Braun, podkreślając znaczenie wychowania w tradycji katolickiej. A po co nauka strzelania? – Bo nie da się tego na dłuższą metę załatwić gawędzeniem – wyjaśnił.

Ale Braun poszedł jeszcze dalej i opowiedział, jak mogłoby wyglądać przejęcie władzy i przywrócenie w Polsce monarchii: – Wizja jest taka, że pod koniec trzeciej wojny światowej z jakiegoś bunkra w rejonie Doliny Chochołowskiej rusza kolumna wozów opancerzonych w kierunku Krakowa. Komandosi – jak w amerykańskim filmie „Helikopter w ogniu” – mają noktowizory i karabiny. Wcześniej musieliby modlić się przykładnie, chodzić do szkoły i na strzelnice. I wjeżdżają na Wawel, bo władza upadła. Pytanie, czy biskup jest już gotowy, czy trzeba go wyciągnąć do krypty św. Leonarda. Komandosi muszą zapukać do furty. I następuje koronacja – Kazimierza Odnowiciela III. Idzie potem król na Skałkę, ochraniany przez komandosów.W wizji Brauna rządzący Polską odlatują w tym czasie „do ciepłych krajów z walizkami pełnymi pieniędzmi”. Jego wystąpienie zakończyły oklaski.

Zobacz także

poznan.gazeta.pl

Pierre Brice nie żyje. Filmowy Winnetou zmarł we Francji

olg, PAP, 06.06.2015
Pierre Brice, filmowy Winnetou

Pierre Brice, filmowy Winnetou (HEINZ DUCKLAU / ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK)

Pierre Brice, francuski aktor, który największą sławę zdobył jako odtwórca roli szlachetnego Indianina Winnetou, zmarł w podparyskim szpitalu na skutek zapalenia płuc – poinformował menedżer artysty. Miał 86 lat.

Zanim został Indianinem przeniesionym na ekran z kart powieści Karola Maya, w latach 50. Brice występował we francuskich filmach i sztukach teatralnych, kilkakrotnie odnosił pomniejsze sukcesy we Włoszech i Hiszpanii, a z hiszpańskim filmem „Los Atracadores” w 1962 r. zawędrował na Berlinale. Dla szerszej publiczności pozostawał jednak anonimowy, a niektóre gazety w kraju pisały o nim „sławny nieznany francuskiego kina”.

To rola prawego wodza Apaczów, który u boku swego druha Old Shatterhanda występuje w obronie sprawiedliwości i pokoju, przyniosła Brice’owi popularność i zawodowy sukces. Jego sławę ugruntowały zwłaszcza trzy z ogółem 11 filmów o Winnetou, wyreżyserowane przez Haralda Reinla, które w latach 60. w Niemczech ściągnęły do kin ok. 10 mln miłośników Dzikiego Zachodu. Pierwsza część przygód Winnetou i Old Shatterhanda, „Skarb w Srebrnym Jeziorze”, weszła na ekrany w 1962 r.

 

Śmierć Indianina w filmie w 1965 r. wywołała wśród fanów falę protestów, dzięki której Winnetou został na krótko „wskrzeszony”; ostatni film kinowy z jego udziałem ukazał się trzy lata później. W telewizji puszczano tymczasem seriale z jego udziałem, a w Niemczech powstały dwa festiwale poświęcone twórczości Maya.„Dzięki Winnetou stałem się idolem milionów”W wywiadzie przed kilkoma laty Brice opowiadał, że przed kamerą stawał w sumie ok. 80 razy, ale za najważniejsze uznaje 11 filmów o Winnetou. – Winnetou otworzył mi drzwi do ogromnego sukcesu, dzięki niemu dla milionów widzów stałem się idolem – mówił. Wielokrotnie podkreślał, jak ważny jest dla niego kontakt z fanami.W rozmowie z agencją DPA sugerował, że niezwykła popularność ekranizacji książek Karola Maya akurat w Niemczech brała się stąd, że mieszkańcy tego kraju po drugiej wojnie światowej tęsknili za romantyzmem i pochwałą szlachetnych wartości. We Francji i Wielkiej Brytanii twórczość niemieckiego pisarza i jej ekranizacje są do dziś szerzej nieznane.Jak poinformował rzecznik prasowy Brice’a, artysta zostanie pochowany w Niemczech – kraju, gdzie święcił największe triumfy. Krótko przed śmiercią Brice kazał zbudować dom w bawarskim Garmisch-Partenkirchen, gdzie ze swoją żoną Hellą zamierzał spędzić ostatnie lata życia.

Zobacz także

TOK FM

Kard. Nycz apeluje o datki na budowę Świątyni Opatrzności. „Nasi przodkowie zobowiązali się przed Bogiem”

Kard. Nycz apeluje o finansowe wsparcie budowy Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.
Kard. Nycz apeluje o finansowe wsparcie budowy Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta

– Świątynia Opatrzności Bożej to wotum wdzięczności całego naszego narodu za wolną Polskę i za codzienną opiekę Boga nad każdym z nas – czytamy w liście do wiernych autorstwa kard. Kazimierza Nycza, który ma być odczytany podczas niedzielnych nabożeństw. Hierarcha apeluje o wsparcie finansowe na rzecz budowy wilanowskiej świątyni.

W opinii duchownego, ponad dwa stulecia temu – w czasie obrad Sejmu Wielkiego – „nasi przodkowie zobowiązali się przed Bogiem i historią do budowy Świątyni jako wotum wdzięczności”.

Dlatego też – jak podkreśla kardynał – budowa okazałego kościoła na stołecznym Wilanowie to podziękowania dla samego Boga. Budowla – choć już przyjmuje wiernych – wciąż pozostaje niedokończona. Ukończenie budowy Świątyni Opatrzności planowane jest w przyszłym roku, jednak ostateczny termin jest uzależniony od hojności wiernych.Pomóc może każdy i właśnie do tego namawia w swym najnowszym liście warszawski hierarcha.

List kard. Kazimierza Nycza do wiernych:

Świątynia powstaje w warszawskim Wilanowie dzięki wsparciu tysięcy ofiarodawców. Dziś mówimy im wielkie „dziękuję”. W ciągu ostatnich 12 miesięcy nastąpił dzięki wam, naszym darczyńcom, znaczny postęp prac. Została zakończona elewacja Świątyni, wstawiono okna, położono granitowe płyty na placu przed Świątynią i przed jej wejściem. W planach na najbliższe półtora roku jest posadzka Świątyni, drzwi i oświetlenie. Zakres prac będzie jednak uzależniony od wielkości zebranych środków. Dlatego chciałbym pokornie prosić o pomoc i wsparcie w budowie tego naszego narodowego wotum Opatrzności Bożej”.

Docelowo w gmachu mają powstać muzeum poświęcone Janowi Pawłowi II i Stefanowi Wyszyńskiemu. To właśnie im – papieżowi-Polakowi i Prymasowi Tysiąclecia – dziękuje arcybiskup w swoim liście. Dziś nie żylibyśmy w wolnym kraju – podkreśla – gdyby nie ci wielcy rodacy. – Nie byłoby dziś wolnego kraju bez opieki Boga, który dał nam Maryję na Królową i Orędowniczkę – tłumaczy hierarcha.

Budowa Świątyni Opatrzności Bożej ciągnie się od 2002 roku i ciągle nie może doczekać szczęśliwego końca. Wielki projekt prymasa Józefa Glempa stał się studnią bez dnia i ogromnym obciążeniem dla jego następcy – kardynała Kazimierza Nycza. Koszty budowy rosną bez opamiętania i już znacznie przekroczyły pierwotny plan. Do tej pory wydano ten projekt ok. 130 mln złotych – część z kieszeni podatników.

Źródło: Archidiecezja Warszawska

naTemat.pl

Dzieci z Poronina przeszły piekło „dzięki”… proboszczowi. Wierni chcą odwołania księdza, bo „sieje zgorszenie”

Dzieci z Poronina zapamiętają swoją Pierwszą Komunię Świętą na długo...
Dzieci z Poronina zapamiętają swoją Pierwszą Komunię Świętą na długo… Fot. Dorota Polaczek / Agencja Gazeta

Dzieci zazwyczaj pamiętają Pierwszą Komunię Świętą jako ważne wydarzenie, nie tylko z powodu otrzymywanych wówczas od bliskich prezentów. Młodzi wierni z Poronina nie będą mieli jednak w związku z majowymi wydarzeniami pozytywnych wspomnień. Wszystko za sprawą miejscowego księdza, który naraził ich na spory stres. Teraz mieszkańcy zabiegają o jego odwołanie – pisze „Gazeta Wyborcza”.

Pamiętna spowiedź
Mieszkańcy podhalańskiej miejscowości nie zamierzają dać proboszczowi parafii Stanisławowi Parzygnatowi za wygraną. Wszystko przez to, że duchowny zafundował ponad 60 dzieciom przystępującym w tym roku do komunii traumę. Przed przyjęciem sakramentu najmłodsi musieli się wyspowiadać – zgodnie z zaleceniem księdza przyszli w umówionym terminie w towarzystwie rodziców do kościoła.

Tam zebrani byli świadkami gorszących scen. Nie wszyscy zdążyli podejść do konfesjonału, bo ci nieznacznie spóźnieni zostali przez księdza ostro skrytykowani. Mieli publicznie przepraszać, mówiąc na głos przy użyciu mikrofonu ustawionego na ołtarzu. Duchowny miał zagrozić, że inaczej spowiedzi nie będzie. A bez spowiedzi, wiadomo, nie Pierwsza Komunia nie może się odbyć.

Wierni piszą skargę, kuria milczy
Według relacji świadków, duchowny był agresywny, miał szarpać najmłodszych oraz krzyczeć na rodziców. Tego już było jednak za wiele – także dla przejętych pierwszą spowiedzią w życiu dzieci. Omal nie doszło do samosądów. Proboszcz nie przyznaje się jednak do winy. Tymczasem parafianie wskazują, że duchowny, który od trzech lat zarządza miejscową plebanią, ingeruje w prywatne sprawy wiernych; zajmuje się sprawami, które nie powinny go interesować.

Chcą odwołania duchownego, który poniżył ich dzieci. Wysłali nawet pisemną skargę do krakowskiej kurii, w którym duchownego określono jako człowieka „bez honoru, który sieje zgorszenie w parafii”. Ale odzewu ze strony kard. Stanisława Dziwisza nie było, sprawa utknęła w martwym punkcie. Jedno jest pewne: wierni z Poronina nie chcą już kłopotliwego kapłana na swojej ziemi.

Źródło: „Gazeta Wyborcza”

 

Sprawiedliwość nadzwyczajna a la PiS

Ewa Siedlecka, 06.06.2015
Sąd

Sąd (Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta)

Przywrócić rewizję nadzwyczajną i wprowadzić „kasację prezydencką”, czyli prawo prezydenta do unieważnienia prawomocnego wyroku sądowego – to może być program PiS we flagowej dziedzinie tej partii: prawa i sprawiedliwości.

Takie pomysły zgłosił w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Janusz Wojciechowski, b. sędzia, europoseł PiS i pomysłodawca biura porad prawnych „Dudapomoc”.

Kasowanie przez prezydenta wyroków byłoby naruszeniem konstytucyjnej zasady sądowego wymiaru sprawiedliwości. I wymagałoby zmiany konstytucji. Miałoby być uzupełnieniem aktu łaski. Bo ułaskawia się kogoś uznanego za winnego, a kasacja wyroku sprawi, że osoba przestaje być winna.

Zapewne pierwszym beneficjentem nowego prawa byłby Mariusz Kamiński, b. szef CBA w czasach IV RP, skazany przez sąd za nadużywanie władzy do celów politycznych (w tzw. aferze gruntowej). Ten wyrok trzeba by skasować, bo jeśli PiS przejmie rządy, to jego funkcjonariusze mogą mieć skrupuły w stosowaniu zasady skuteczność przed prawem.

Pomysł pierwszy – rewizja nadzwyczajna – wynika z ideologii PiS, który zawsze kontestował władzę sędziów jako niepochodzących z wyboru. Oznaczałby upolitycznienie wymiaru sprawiedliwości: władza wykonawcza (prezydent) decydowałaby, kto zostanie uznany za winnego, a kto nie. A na wymierzenie sprawiedliwości w powtórnym procesie należałoby czekać do zmiany władzy.

Natomiast drugi pomysł Wojciechowskiego – kasacja prezydencka – wynika z rzeczywistego deficytu sprawiedliwości w sądach. Więc warto mu się przyjrzeć.

Rewizja niesprawiedliwości

Rewizja nadzwyczajna w PRL-u miała polityczny kontekst: władza dawała sygnał sądowi, że powinien zmienić rozstrzygnięcie. Oczywiście wybiórczo, bo rewizja jest nie prawem każdego, tylko łaską władzy. Zniesiono ją w 1995 r. i zastąpiono kasacją. Kasacja jest bardziej demokratyczna: każdy może ją wnieść w swojej sprawie do Sądu Najwyższego, bez niczyjej łaski.

Po co więc dodatkowo przywracać rewizję nadzwyczajną? Janusz Wojciechowski mówi, że dla sprawiedliwości. Jako sędzia wie bowiem, że bywają wyroki niesprawiedliwe. Potwierdza to dr Łukasz Chojniak, który dla Forum Obywatelskiego Rozwoju przygotował raport o przyczynach pomyłek sądowych. Chojniak szacuje, że rocznie niewinnie skazywanych może być ok. 250 osób. Tylko w niewielkim procencie tych spraw pomyłka jest naprawiana. W sprawach karnych można zmienić prawomocny wyrok, ale tylko jeśli pojawią się nowe dowody. To się zdarza rzadko, bo to sąd musiałby uznać dowód za „nowy”. A to oznacza nowy proces i więcej pracy.

W sprawach cywilnych wzruszenie prawomocnego wyroku to naruszenie stabilności prawnej. Np. sąd przyzna komuś spadek, a po latach go odbiera. Jak skomplikowane i toksyczne bywa przywracanie sprawiedliwości po latach, widać w sprawach nieruchomości zabranych w Warszawie dekretem Bieruta. Sprawiedliwość dla jednych bywa krzywdą dla innych.

Ale z drugiej strony kasacja jest węższa, niż była rewizja nadzwyczajna. Można się skarżyć tylko na naruszenie przez sąd prawa, a nie np. na błąd w ocenie dowodów. A wiele rodzajów spraw w ogóle nie podlega kasacji. Np. nie można wnieść kasacji od nadania przez sąd komorniczego tytułu wykonalności. Nawet wtedy, gdy komornik na tej podstawie skonfiskował traktor komuś innemu niż dłużnik, jak to było niedawno.

Prawdą jest też, że Sąd Najwyższy wybiera sobie sprawy do kasacji w tzw. przedsądzie: jeden sędzia ocenia m.in., czy w sprawie występuje „istotne zagadnienie prawne”. I często go nie dostrzega, bo dzięki temu ma mniej roboty. Np. SN nie dopatrzył się takiego zagadnienia w sprawie, w której podkarpacki ZUS odebrał setkom osób przyznane wcześniej świadczenie związane z przejściem na wcześniejszą emeryturę, by opiekować się chorym dzieckiem. Wygrały one sprawę w Strasburgu. Wiele spraw przed tym Trybunałem to odrzucone skargi kasacyjne. Strasburg stał się dla Polaków instancją rewizyjną.

Kasacja czy szybkość

Prawdą jest też, że dziś rozlicza się sędziów przede wszystkim ze sprawności orzekania. Sprawiedliwość trudno zmierzyć, szybkość – i owszem. Więc sprawiedliwość schodzi na drugi plan. A szybkość osiąga się m.in. dzięki systemowi LEX, z którego można kopiować uzasadnienia wydane w podobnych sprawach przez inne sądy, najlepiej apelacyjne. Napisanie uzasadnienia to spora praca, więc bywa, że wyrok dostosowuje się nie do dowodów, tylko do uzasadnienia z LEX-a. „Czytam uzasadnienie wyroku w sprawie o wypadek drogowy. 30 stron, 25 cytatów z orzecznictwa Sądu Najwyższego, 16 cytatów z literatury prawniczej i tylko brakuje wyjaśnienia, dlaczego sąd uznał, że do wypadku doszło na lewej stronie jezdni, choć ślady zderzenia były na prawej” – mówi „Rzeczpospolitej” Wojciechowski.

Protezą przywrócenia sprawiedliwości miał być przepis kodeksu cywilnego (4171) dający prawo do odszkodowania za bezprawny wyrok. Ale nikomu do tej pory nie udało się takiego odszkodowania uzyskać. Trzeba by najpierw na podstawie art. 4241 uzyskać wyrok uznający tamten wyrok za niezgodny z prawem. A tego nie da się zrobić, bo Sąd Najwyższy w orzecznictwie zawęził ową niezgodność, uznając, że musi być „oczywista, rażąca i przybierać postać kwalifikowaną”. Oczywiście to on decyduje, kiedy niezgodność jest oczywista i rażąca. W 2012 r. Trybunał Konstytucyjny usankcjonował taką interpretację tego przepisu.

Skoro są w Polsce (jak wszędzie na świecie) niesprawiedliwe prawomocne wyroki, to może rewizja nadzwyczajna, wymuszająca na sądzie ponowne zajęcie się sprawą, ma sens? Mimo że tylko nieliczni jej dostąpią: prokurator generalny, minister sprawiedliwości i RPO będą sobie sprawy arbitralnie wybierać. Na tym polega rewizja nadzwyczajna.

Niewątpliwie jednak najwięcej sensu miałoby wyczulenie sędziów na sprawiedliwość. I odblokowanie istniejących dziś w prawie narzędzi jej dochodzenia. A to zależy wyłącznie od sędziów. Chyba że wolą, aby politycy wzięli sprawiedliwość w swoje ręce.

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: