Zdradził (08.06.2015)

 

Zbrodnia przy ulicy Le Sueur 21

Sebastian Duda, 08.06.2015
Marcel Petiot (1897-1946) uważany jest przez Francuzów za jednego z najbardziej odrażających seryjnych zabójców, którzy działali nad Sekwaną. Liczba zamordowanych przez niego osób nie została dokładnie ustalona. Wiadomo natomiast, że problemy psychiatryczne miał już w młodości, po odniesieniu ciężkiej rany podczas I wojny światowej. Mimo to dostał zezwolenie na praktykę lekarską, którego nigdy mu nie odebrano mimo licznych udowodnionych mu przestępstw pospolitych i medycznych. Pierwszą zbrodnię popełnił najpewniej w latach 20. Na zdjęciu zrobionym wiosną 1946 r.: Petiot w otoczeniu prawników i reporterów przed wejściem na salę rozpraw.

Marcel Petiot (1897-1946) uważany jest przez Francuzów za jednego z najbardziej odrażających seryjnych zabójców, którzy działali nad Sekwaną. Liczba zamordowanych przez niego osób nie została dokładnie ustalona. Wiadomo natomiast, że problemy psychiatryczne miał już w młodości, po… (Fot. AP)

W paryskiej kamienicy policjanci odkryli makabryczne dowody zbrodni, ale też 90 sukienek, 120 spódnic, 26 torebek damskich, 21 wełnianych płaszczy, 28 garniturów, 33 krawaty, 57 par skarpet, 43 pary butów. Komisarza Massu zainteresowała garderoba damska: czy istotnie należała do funkcjonariuszek gestapo i zdrajczyń narodu?

W poniedziałek rano, 6 marca 1944 r., z komina budynku przy ulicy Le Sueur 21 w prestiżowej 16. dzielnicy Paryża zaczął się wydobywać smrodliwy, gryzący w gardło dym. Nieco zniesmaczeni mieszkańcy sąsiednich kamienic mówili między sobą, że właściciel posesji użył jakiegoś nietypowego opału do ogrzania imponującego, trzypiętrowego domostwa z oficynami i wewnętrznym dziedzińcem, które w XIX w. zbudowała sobie pewna arystokratka. Od 1941 r. budynek miał nowego właściciela, który stale go remontował. Śmierdzący dym nie budził specjalnego zdziwienia, w końcu w okupowanym Paryżu różnie radzono sobie z brakami opałowymi.

Seryjni mordercy. Maruszeczko – zabójca na bańce

Właściciel wyjechał na miesiąc

Przez kilka dni mieszkańcy ulicy Le Sueur nie szli ze skargą do właściciela, ale w sobotę 11 marca jeden z lokatorów sąsiedniego domu już nie wytrzymał i udał się pod nr 21, uznawszy wcześniej, że dym wydobywa się teraz także z trzeciego piętra i z poddasza budynku. Na bramie wjazdowej zastał kartkę: „Właściciel wyjechał na miesiąc. Proszę przesyłać pocztę na adres: 18 rue des Lombards, Auxerre”. Zirytowany postanowił zawiadomić policję i wkrótce zjawiło się dwóch stróżów porządku. Dozorczyni sąsiedniego budynku poinformowała ich, że właścicielem kamienicy pod numerem 21 jest Marcel Petiot, lekarz prowadzący praktykę w innej paryskiej dzielnicy przy ulicy Caumartin, niedaleko dworca Saint-Lazare. Tam też zwykle pomieszkiwał. Dom przy Le Sueur 21 wciąż nie był, jak się zdawało dozorczyni, gotów do zamieszkania.

Inni sąsiedzi powiedzieli policjantom, że w ciągu ostatnich miesięcy coś się jednak działo w tej niby-niezamieszkanej posesji: w nocy co najmniej kilkakrotnie podjeżdżał pod bramę wóz konny z tragarzami, którzy hałasowali i wynosili z domu doktora Petiota pakunki i skrzynki. Niektórzy miejscowi żalili się ponoć doktorowi osobiście, gdy pojawiał się na ulicy Le Sueur, ale niewiele sobie z tego robił.

Policjanci postanowili najpierw zadzwonić do gabinetu Petiota na ulicy Caumartin i ustalili, że lekarz jest jednak w Paryżu, a nie w Auxerre. Powiedział, że zjawi się na Le Sueur w ciągu kwadransa, i prosił, by do tego czasu nie taranować bramy i nie wchodzić do jego domu. Policjanci i gapie czekali kolejną godzinę, a że doktora nie było, wezwali strażaków. Ci nie zamierzali jednak taranować drzwi wejściowych – weszli do domu przez okno balkonowe na drugim piętrze, a stamtąd dostali się na wyższe kondygnacje, sądząc, że tam jest źródło pożaru. Po dłuższej chwili dwóch z nich otworzyło od wewnątrz bramę wejściową. Jeden wymiotował, a drugi powiedział policjantom: „Byliśmy w piwnicy. Czuję, że będziecie tu mieli dużo roboty”.

To jest sala egzekucji

Wezwany inspektor policyjny wszedł z kilkoma podwładnymi do piwnicy, gdzie ujrzeli piec węglowy, z którego wciąż unosił się gryzący, smrodliwy dym i z którego drzwiczek wystawała sczerniała ręka. Wokół walały się niedopalone kości. Po wyjściu na ulicę policjanci zastali tam Petiota siedzącego na rowerze z pokrytą lnianą plandeką przyczepką. Lekarz zsiadł z siodełka i wziął stróżów porządku na stronę. Zapytał ich najpierw, czy są Francuzami. Upewniwszy się, że tak, oznajmił im, iż jest ważną figurą w ruchu oporu, a znalezione w piwnicy szczątki to fragmenty zwłok Niemców i – jak się wyraził – „zdrajców narodu”. Zarzekał się, że musi natychmiast udać się do gabinetu przy ulicy Caumartin, gdzie – jak utrzymywał – znajdowała się dokumentacja dotycząca ponad 300 członków ruchu oporu. Skoro zaś przy Le Sueur 21 odkryto „salę egzekucji”, niedługo zjawi się po niego gestapo. Skonsternowani policjanci pozwolili mu odjechać, i najpewniej rzeczywiście bali się ewentualnych reperkusji ze strony Résistance.

Seryjni mordercy. Dusiciele bogini Kali

Dochodzenie komisarza Massu

Śledztwo w sprawie znalezisk przy Le Sueur 21 objął komisarz Georges Victor Massu, paryski detektyw policyjny, który w swej ponad 30-letniej pracy aresztował 3,2 tys. przestępców. Zarządził dokładne przeszukanie posesji Petiota, a jego ludzie znaleźli w garażu na dziedzińcu wielką kupę palonego wapna z dającymi się wyodrębnić szczątkami ludzkimi: górną częścią czaszki i żuchwą. W jednej z oficyn policjanci natknęli się na szeroką rynnę z palonym wapnem i ludzkimi zwłokami w różnych stadiach rozkładu. Pod schodami leżała bezgłowa połowa ciała pozbawiona wnętrzności oraz stopy. W innym pomieszczeniu – lniany worek, z którego wysypały się ludzkie szczątki.

Znaleziska te wstrząsnęły policjantami, ale komisarz Massu zwrócił także uwagę na inne rzeczy znalezione w domu, m.in.: 90 sukienek, 120 spódnic, 26 damskich torebek, 21 wełnianych płaszczy, 28 garniturów, 33 krawaty, 57 par skarpet, 43 pary butów. Szczególnie zainteresowała go garderoba damska: czy istotnie należała do funkcjonariuszek gestapo i zdrajczyń narodu? Massu powątpiewał. Poinformował Niemców o odkryciu i o 1 w nocy w poniedziałek 13 marca dostał wiadomość z paryskiego gestapo: „Rozkaz władz niemieckich. Natychmiast aresztować Petiota. To niebezpieczny lunatyk”. Komisarz nabrał wtedy podejrzeń, że doktor Petiot musiał być inwigilowany przez gestapo, które nie zajmowało się przecież sprawami kryminalnymi.

Nie mylił się. Od maja 1943 r. do 13 stycznia 1944 r. Petiot był przetrzymywany i torturowany przez gestapo w więzieniu Fresnes, a Niemcy istotnie podejrzewali go o współpracę z Résistance. W 1942 r. ktoś im doniósł o tajnym szlaku przerzutowym przez Hiszpanię i Portugalię do Argentyny dla Żydów oraz ludzi związanych z ruchem oporu. Ucieczki miał organizować „doktor Eugene”, a gestapo szybko uznało, że za tym pseudonimem kryje się Marcel Petiot, który jednak bardzo dbał o alibi. W połowie 1942 r. Niemcy wysłali do Petiota żydowskiego konfidenta Iwana Dreyfusa – ten prędko ustalił, że za pomoc w ucieczce do Argentyny Petiot przyjmuje walizki z biżuterią, srebrami i cennymi bibelotami, a dla rodzin żydowskich ma specjalne „zniżki grupowe”. Gestapowcy bardzo chcieli złapać Petiota na gorącym uczynku wraz ze współpracownikami i na ten cel przekazali Dreyfusowi znaczną sumę. Konfident jednak wkrótce znikł bez śladu i Niemcy podejrzewali, że Petiot pomógł mu wyrwać się z ich szponów lub też Dreyfus wykorzystał przekazane mu pieniądze i zorganizował sobie nową tożsamość.

Po pewnym czasie gestapo urządziło nową prowokację, wysyłając do śledzonych wspólników Petiota Francuza o nazwisku Beretta. Wspólnicy połknęli przynętę, a kiedy na torturach wyznali, że ich szefem jest Petiot, Niemcy zatrzymali lekarza. Poddali go okrutnemu śledztwu, ale nie zdołali wyciągnąć żadnych sensownych informacji na temat kanału przerzutowego do Argentyny, i uznali w końcu, że Petiot to mitoman bądź zwykły oszust. Po ośmiu miesiącach wypuścili go z aresztu.

Trucizny i narkotyki

Komisarz Massu rozważał różne hipotezy. Skoro gestapo torturowało Petiota, to możliwe, że istotnie należy do Résistance . Jednak czy konspiratorzy z chęci zemsty popełnialiby aż takie okrucieństwa? W domu Petiota śledczy zebrali szczątki co najmniej 10 ofiar, ale powołany do zbadania sprawy główny koroner paryskiej policji Albert Paul stwierdził, że mogło być ich znacznie więcej. Na miejscu zbrodni znaleziono ok. 16 kg spalonych kości, ok. 12 kg niespalonych fragmentów ciał i ponad 5 kg ludzkich włosów (w tym 10 skalpów). Ponadto śledczy natknęli się jeszcze na trzy wielkie worki pełne drobnych szczątków ludzkich, których szczegółowa identyfikacja nie była możliwa. Na podstawie „identyfikowalnych” szczątków Albert Paul stwierdził, że najstarszą ofiarą był 50-letni mężczyzna, a najmłodszą – 25-letnia kobieta. Zwłoki nie nosiły śladów ran postrzałowych ani kłutych, wykluczono też zatrucie metalami ciężkimi. Jak zatem zginęły ofiary?

Komisarz Massu zlecił przeszukanie mieszkania Petiota przy ulicy Caumartin, gdzie policjanci znaleźli duże ilości chloroformu, ekstraktu z naparstnicy purpurowej, strychniny i innych trucizn. Doktor miał też wielkie pojemniki z morfiną i heroiną (ilość tych narkotyków 50 razy przekraczała normy ówcześnie dozwolone dla lekarzy).

Massu zaczynał być pewny, że Petiot truł ofiary, a następnie starał się niszczyć zwłoki, do czego przygotował się dość solidnie, o czym świadczyły znalezione w piwnicy domu przy Le Sueur 21 szerokie wanny, w których mógł drenować zwłoki z krwi. Komisarza zainteresowało też ośmioboczne pomieszczenie na pierwszym piętrze z hakami przymocowanymi do ściany. Prowadziły do niego żelazne, podwójnie zbrojone drzwi z wizjerem.

Po sprawdzeniu, czy Marcel Petiot figuruje w aktach francuskiej policji, okazało się, że od lat raz po raz popadał w konflikt z prawem. Przyjechał do Paryża w 1933 r., mając 36 lat. Wcześniej był jakiś czas merem Villeneuve-sur-Yonne w Burgundii, gdzie dopuścił się wielu malwersacji finansowych. W miasteczku mówiono też o kleptomanii Petiota, co najmniej kilkakrotnie wnoszono przeciw niemu akt oskarżenia, ale skorumpowani sędziowie za każdym razem oddalali pozwy. W Villeneuve-sur-Yonne Petiot ożenił się z córką paryskiego restauratora Georgette Valentine Lablais, z którą miał syna Gerhardta. Gdy nie udało się ukryć kolejnego skandalu – Petiot, już jako były mer, fałszował dane z licznika elektrycznego we własnym domu – rodzina wyjechała z Burgundii.

Seryjni mordercy. Gilles de Rais: marszałek Francji i seryjny morderca

Paryska praktyka

W Paryżu otworzył gabinet lekarski nad znanym sklepem z dewocjonaliami przy ulicy Caumartin. Rzeczywiście miał dyplom lekarski, choć studia medyczne zajęły mu zaledwie osiem miesięcy w 1921 r. – prawo do wykonywania zawodu uzyskał tak błyskawicznie nie dlatego, że był wyjątkowo zdolny, ale dzięki rządowi, który po I wojnie światowej postanowił umożliwić weteranom wojennym szybkie ukończenie studiów i podjęcie pracy. Petiot istotnie był ranny w czasie wojny, ale jej ostatnie dwa lata spędził w więzieniu wojskowym (oskarżony o kradzież koców wojskowych) oraz w szpitalu psychiatrycznym, gdzie stwierdzono u niego „głęboką psychozę mentalną”. Nie przeszkodziło mu to, jak widać, w ukończeniu studiów medycznych. Co więcej, zarówno w Villeneuve-sur-Yonne, jak i w Paryżu był w pewnych kręgach lekarzem znanym i cenionym, a to dlatego, że wykonywał po kryjomu nielegalne wtedy aborcje. Swój gabinet reklamował jako „ośrodek elektroterapii i detoksykacji”, a pod tą nęcącą nazwą krył się sklepik z narkotykami, gdzie mogli się zaopatrywać paryscy morfiniści.

W 1936 r. Petiot został aresztowany za kradzież książki z księgarni w Dzielnicy Łacińskiej; podczas rozprawy oznajmił sędziemu, że takiego jak on „geniusza nie zajmują niskie sprawy materialne”, a książkę wziął, bo była mu potrzebna „do rozwoju duchowego”. Sąd skierował go na leczenie w szpitalu psychiatrycznym, gdzie przebywał przez siedem miesięcy. Lekarze nie byli pewni, czy Petiot symuluje chorobę, by uniknąć więzienia, czy też – jak się wyraził jeden z psychiatrów – jest „odrażającym indywiduum pozbawionym zmysłu moralnego”. Petiot ostatecznie został wypisany ze szpitala i już po kilku tygodniach dyskretnie wrócił do wykonywania nielegalnych aborcji i sprzedaży narkotyków. Stał się bogaty i po kilku latach kupił drogi dom przy ulicy Le Sueur.

Komisarz Massu stopniowo dowiadywał się o kompromitujących faktach z życia Petiota i zamierzał skonfrontować swoje informacje z tym, co wiedziało paryskie gestapo, ale nie zdążył. Niemcy nie ufali mu i w końcu odsunęli go od śledztwa, dzięki czemu Petiot mógł przebywać na wolności jeszcze przez kilka miesięcy.

Dochodzenie gestapowca Jodkuma

Po Massu śledztwo przejął gestapowiec Robert Jodkum. Wcześniej Massu aresztował dwóch wspólników Petiota: René-Gustave’a Nézondeta (przyjaciela lekarza z dzieciństwa) i Rolanda Porchona. Obaj przyznali się, że od początku 1942 r. raili Petiotowi klientów na wyjazd do Ameryki Południowej. Jodkum ustalił, że prawdopodobnie pierwszą ofiarą lekarza był żydowski kuśnierz Joachim Guschinov – wedle Nézondeta i Porchona człowiek ten za przerzut do Argentyny miał ofiarować Petiotowi pół miliona franków, pięć futer z norek, srebro, złoto oraz diamenty za ok. 700 tys. franków (dziś byłoby to ponad 300 tys. euro). Guschinov zniknął niedługo po przekazaniu zapłaty.

Porchon i Nézondet zeznali, że w późniejszym okresie średnia stawka za „wyjazd do Argentyny” wynosiła 25 tys. franków. Petiot kazał ofiarom przychodzić nocą do domu przy Le Sueur z walizkami, które znikały potem bez śladu. Obaj wspólnicy lekarza od samego początku znali los nieszczęśników, którzy z pomocą Petiota chcieli się wyrwać z okupowanej Francji – już w 1942 r. widzieli kilkanaścioro zwłok w piwnicach przy Le Sueur 21.

Petiot zwabiał ofiary do ośmiobocznego pomieszczenia na piętrze pod pretekstem „szczepień”, wstrzykiwał im truciznę, wychodził i przez wizjer obserwował agonię. Później starał się jak najszybciej pozbyć zwłok – początkowo z pomocą innych wrzucał je do Sekwany, a jesienią 1942 r. zaczął niszczyć ciała palonym wapnem.

Jodkum stopniowo demaskował siatkę Petiota, nakazał aresztować jego żonę, a także sześć innych osób, które przyznały się do trzymania w swoich domach rzeczy ofiar oraz do pomocy lekarzowi w transporcie walizek z ulicy Le Sueur do skrytek na mieście. Dla gestapo stało się jasne, że Petiot wykorzystywał i mordował nie tylko Żydów próbujących uniknąć deportacji do obozów zagłady, lecz także pospolitych przestępców poszukiwanych przez policję, m.in. znanych sutenerów i prostytutki. Oni także przepadali bez śladu.

Śledztwo Jodkuma rozwijało się, ale nie zdołał już pochwycić Petiota. 6 czerwca 1944 r. alianci wylądowali w Normandii, a Petiot w tym czasie dzięki swoim pacjentom-narkomanom ukrywał się w Paryżu pod nazwiskiem Henri Valéri. Na wszelki wypadek zapuścił brodę i unikał spotkań ze swoimi wyzwolonymi z więzienia wspólnikami – Porchonem, Nézondetem i innymi. Czuł się jednak na tyle pewnie, że w sierpniu 1944 r. skontaktował się z jednym z oddziałów Résistance i niemal od razu uzyskał rangę kapitana – jako taki zajmował się wykrywaniem szpiegów w jednej z dzielnic Paryża, a akcją tą dowodził także po wyzwoleniu stolicy.

Seryjni mordercy. 964 ofiary zbója z Frassberga

Prowokacja komisarza Soutifa

Paryska policja jednak nie rezygnowała. Po wyzwoleniu śledztwem chciał się ponownie zająć komisarz Massu, ale został uwięziony „za współpracę z gestapo” i sprawę przejął komisarz Henri Soutif. I to on spowodował, że we wrześniu 1944 r. w piśmie „Résistance” ukazał się artykuł pt. „Petiot – żołnierz Rzeszy” podpisany przez porucznika Jacques’a Yonneta. Zakonspirowany Petiot połknął haczyk i wysłał do redakcji napisany ręcznie list, w którym dowodził, że od lat współpracował z ruchem oporu i jest jego oficerem. Pismo „Résistance” wydawane i dystrybuowane było tylko w Paryżu i regionie paryskim, a zatem policja dowiedziała się, że Petiot przebywa w stolicy bądź w jej okolicach. Soutif zlecił porównanie próbek pisma wszystkich oficerów pracujących dla władz w Paryżu z listem wysłanym przez Petiota do „Résistance”. Aresztowanie doktora stało się już tylko kwestią czasu – został zatrzymany 31 października 1944 r. na stacji metra Saint-Mandé, ale proces rozpoczął się dopiero 18 marca 1946 r.

Doktor „Szatan”

Prasa okrzyknęła go „doktorem Szatanem”, a on sam od początku procesu wyraźnie chciał zabłysnąć. Twierdził, że żona i (wskazani przez policję) wspólnicy nic nie mają wspólnego z jego zbrodniami. Oznajmił, że w akcie oskarżenia doszło do rażącej pomyłki, ponieważ nie zabił, jak utrzymywał prokurator, 27 osób, ale 63. Zapewniał, że wszystkie jego ofiary były „obrzydliwymi kolaborantami” oraz „nazistowskimi ciemiężycielami” i Francja winna jest mu wdzięczność za ich eliminację. Utrzymywał też, że przeprowadzał tylko egzekucje w imieniu ruchu oporu i za to był więziony i torturowany przez gestapo.

Sąd stwierdził, że doktor nie należał do żadnej z organizacji liczących się w Résistance, ale faktem było, że od 1940 r. Petiotowi istotnie zdarzało się wystawiać fałszywe świadectwa choroby ludziom zagrożonym wywózką na roboty do Niemiec. W czasie procesu oskarżony naigrawał się z sędziów i prokuratorów, a zdarzało mu się nawet ostentacyjnie zasnąć, gdy przemawiali. 4 kwietnia 1946 r. sąd uznał, że oskarżonemu dowiedziono dokonanie 24 zabójstw, i skazał go na śmierć.

Dom przy ulicy Le Sueur wystawiono na licytację, a nowi właściciele rozebrali go do fundamentów i wybudowali nowy budynek – w Paryżu pojawiła się plotka, że bezskutecznie szukali skarbów. Marcel Petiot został zgilotynowany 25 maja 1946 r. w jednym z paryskich więzień. Wedle świadków po ścięciu na jego twarzy wciąż widniał drwiący uśmieszek.

Wideo „Ale Historia” to najciekawsze fakty, ciekawostki i intrygujące smaczki minionych wieków i lat. To opowieść o naszych przodkach, a więc i o nas samych, która pozwala lepiej zrozumieć świat, jego kulturę i naszą własną mentalność. Zafascynuj się przeszłością, by lepiej zrozumieć teraźniejszość!

W ”Ale Historia” czytaj:

Przesłuchania na UB
W stalinowskim systemie prawnym samooskarżenie stanowiło kluczowy dowód, a śledztwo zmierzało do dwóch rzeczy: przyznania się do zarzutów i uzyskania informacji o grupie. Oskarżony musiał się sam unicestwić, o to chodziło śledczym. Rozmowa z prof. Andrzejem Friszke

Seryjni mordercy. Zbrodnia przy ulicy Le Sueur 21
W paryskiej kamienicy policjanci odkryli makabryczne dowody zbrodni, ale też 90 sukienek, 120 spódnic, 26 torebek damskich, 21 wełnianych płaszczy, 28 garniturów, 33 krawaty, 57 par skarpet, 43 pary butów. Komisarza Massu zainteresowała garderoba damska: czy istotnie należała do funkcjonariuszek gestapo i zdrajczyń narodu?

Droga na szafot gauleitera Greisera
– Tu nie może bić żadne polskie serce! – głosił w 1943 r. na wiecu w Ostrzeszowie Arthur Greiser, hitlerowski namiestnik Rzeszy w Kraju Warty. Na jego nieszczęście w tłumie stojącym na rynku była Maria Michalak

Jak baron de Stoeckl sprzedał Alaskę
Alaska to „lodowa pustynia” i „już wyciśnięta cytryna” – twierdziła prawie 150 lat temu gazeta „New York World”. I pytała, po co Ameryce nowe terytorium, skoro ma tyle terenów, że nie może ich zaludnić, a kupno Alaski zwiększy jeszcze liczbę Indian, z którymi i tak jest dość kłopotów

Złote lata kina Kima
Pod koniec lat 70. Kim Dżong Il, poprzedni władca Korei Północnej i znany skądinąd kinomaniak, postanowił tchnąć życie w północnokoreański przemysł filmowy. W dziele tym pomogli mu, choć nie całkiem z własnej woli, uznany reżyser i aktorka z Korei Południowej

 wyborcza.pl

 

Paweł Kukiz minimalnie wyprzedza partię Jarosława Kaczyńskiego i staje się liderem sondażu partyjnego

Nieistniejący formalnie ruch Pawła Kukiza zdobywa pierwsze miejsce w sondażu partyjnym dla "Rzeczpospolitej".
Nieistniejący formalnie ruch Pawła Kukiza zdobywa pierwsze miejsce w sondażu partyjnym dla „Rzeczpospolitej”. Fot. Łukasz Głowala / Agencja Gazeta

Nieistniejący formalnie ruch Pawła Kukiza zajmuje pierwsze miejsce w sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej”, choć przewaga nad Prawem i Sprawiedliwością jest minimalna, wynosi zaledwie 0,2 proc. Niedoszły prezydent staje się coraz większym zagrożeniem nawet dla samego Jarosława Kaczyńskiego. Partia Ewy Kopacz niezmiennie zdobywa za to 21 proc. i nadal znajduje się na trzeciej pozycji.

Bez Kukiza – zwycięstwo dla PiS
W badaniu dla „Rzeczpospolitej” IBRiS zaproponował respondentom dwa warianty list wyborczych. Jedna – bez formacji Kukiza oraz NowoczesnejPL Ryszarda Petru i druga – z uwzględnieniem tych ugrupowań. W pierwszym wariancie wybory parlamentarne z wynikiem 33 proc. wygrałaby Zjednoczona Prawica. Różnica nad Platformą nie jest duża, ta powiem zdobywa 30 proc.

Na PSL, SLD oraz Partię Korwin chce głosować po 4 proc. badanych. Natomiast Twój Ruch i narodowcy – oscylują wokół 1 proc. poparcia, co pokazuje, że nie mają szans na znalezienie miejsca w sejmowych ławach.

W sondażu uwzględnieniem Ruchu Kukiza to on jednak staje się liderem. Na wejście do Sejmu liczyć mogłoby również stowarzyszenie Ryszarda Petru.NowoczesnaPL plasuje się na czwartym miejscu z wynikiem 8 proc. Przy takim rozdaniu niższe poparcie uzyskuje Sojusz oraz ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego, na które zagłosowałoby zaledwie 3 proc.

Kukiz zagrożeniem dla Kaczyńskiego
To nie pierwszy sondaż, w którym były lider zespołu Piersi zdobywa ponad 20 proc. poparcia. Sam Kukiz wyraźnie deklaruje, że nie zamierza zakładać żadnej partii ani tworzyć struktur, mimo to Polacy chcą widzieć w sejmie jego ludzi. Badanie powinno dać również do myślenia politykom Prawa i Sprawiedliwości. Pokazuje bowiem, że Kukiz staje się zagrożeniem także dla nich i taktyka, którą obrali, polegająca m.in. na schlebianiu mu i jego inicjatywie – nie przynosi dobrych efektów.

Źródło: „Rzeczpospolita”

naTemat.pl

Katarzyna Lubnauer: Hejt niech się hejtem odciska!

08.06.2015

Hejt niech się hejtem odciska!

Jesteśmy już po wyborach prezydenckich, a kilka miesięcy przed parlamentarnymi, a w Internecie narasta fala hejtu. Obie partie w walce o rząd dusz, szczególnie młodych Polaków nie przebierają w środkach. Zdjęcia pokazujące przeciwników w najbardziej niekorzystnych pozach, domy konkurencji kłujące Polaków swoją zasobnością. Cytaty z rzeczywistych i wyimaginowanych wypowiedzi konkurentów zalewają Facebooka, Demotywatory, a nawet portale internetowe mediów.

Strach od dłuższego czasu otworzyć komputer, bo w oczy rzucają się wilcze oczy Kukiza, wypowiedzi Szejnfelda o krytykach PO jako wynajętych s…synach (język rynsztoków stał się językiem klasy politycznej) , koszmarna mina Burego, skrzywiony Duda wycofujący się z obietnic, wykpiwanie Komorowskiego za rzeczywiste i wyimaginowane wpadki.

Niestety ostatnia kampania pokazała, że taka strategia działa, że Komorowski w dużej mierze przegrał w Internecie dzięki napisom Bronisław Bul Komorowski, zdjęciom na krześle, które było tak naprawdę podestem, obrazom drzemki w czasie obrad. Hejterzy PIS odnieśli sukces na miarę prezydentury.

PO wyciąga wnioski, na Fb widzimy coraz więcej zdjęć domu Kukiza i jego samego z odpowiednimi podpisami, koszmarnych min Dudy z napisami o oszukiwaniu Polaków, rysunków nowej konkurencji – NowoczesnaPL jako świni.

Tylko gdzie w tym zalewie hejtu zostanie miejsce na dyskurs polityczny? Czy jeszcze kiedyś porozmawiamy o programach, wizji Polski, pomysłach na przyszłość? Nie, wygra ten, kto boleśniej ugodzi przeciwnika celnym memem, bardziej go zhejtuje.

Tylko Polski jakby żal.

TOK FM

Lis: Komorowski mógł przegrać przez falę internetowego hejtu. To zmasowana operacja zniesławiania

Krzysztof Lepczyński, 08.06.2015
Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. Maciej Zienkiewicz / AG)

Tomasz Lis przekonuje w najnowszym „Newsweeku”, że „fantastyczna” kampania Andrzeja Dudy była w istocie niczym innym jak „miesiącami obrzucania Bronisława Komorowskiego wszelkimi możliwymi obelgami”. Była to wręcz „najbardziej zmasowana operacja zniesławiania i demolowania czyjegoś wizerunku”.

Co więcej, zdaniem publicysty Komorowski mógłby nie przegrać wyborów, gdyby nie agresywne działania oponentów w internecie. Lis pisze o hejterskiej koalicji, która zatopiła okręt z Komorowskim na pokładzie, a wcześniej oczerniała choćby Macieja i Jerzego Stuhrów za ich filmy czy Krystynę Jandę za obawy względem PiS. Koalicję tę tworzą portal wPolityce.pl, „pozornie apolityczny pudelek” i „expressowy superbrukowiec”.

Internetem rządzą obciachowi politycy?

Lis ubolewa, że opinie zaczerpnięte z sieci traktowane są w swej masie jako obiektywne i nie ma od nich apelacji. Zwraca też uwagę, że wiele z tych opinii wcale nie jest spontanicznych i oddolnych, ale są kreowane i roznoszone po sieci. „W efekcie okazuje się, że obciachowy jest Komorowski, a bełkoczący bez ładu i składu Kukiz albo składający kuriozalne obietnice Duda są nieobciachowi” – wskazuje publicysta.

 

Lis pisze też o paradoksie polskiej polityki, który polega na tym, że im bardziej obciachowa jest partia, tym bardziej „fantastyczna” okazuje się jej internetowa emanacja. „Sądząc po efektywności owej operacji, Polska przestałaby być obciachowa, gdyby tylko pełnię władzy przejęli Kaczyński, Kukiz i Korwin, bo właśnie ich ugrupowania są w internecie najsprawniejsze” – zauważa.Cały felieton w najnowszym „Newsweeku” >>>O tym samym mówiław Poranku Radia TOK FM Dominika Wielowieyska.

Zobacz także

TOK FM

Zdradził żonę. Kochanka i jej chłopak zastawili na niego pułapkę [CYKL „WYBORCZEJ” – cz. 1]

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski, 08.06.2015
Cezary: - Żona zaproponowała, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Obiecałem, że nigdy więcej jej nie zdradzę.

Cezary: – Żona zaproponowała, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Obiecałem, że nigdy więcej jej nie zdradzę.(Ryan McVay / Getty Images)

CYKL REPORTERSKI „OSACZENI PRZEZ TABLOID”. Kochaliśmy się w motelu jak wariaci. Dwie godziny później siedziałem już w swoim pokoju w urzędzie. A po kolejnych 15 minutach zadzwonił do mnie na komórkę jej chłop.
Rok 2010. Opole. Cezary M. ma 52 lata, z wykształcenia jest romanistą po Uniwersytecie Wrocławskim. W Urzędzie Miasta Opola pracuje od 1999 roku. Żona – księgowa w prywatnej spółce, dorosłe dzieci – syn i córka.Zakres obowiązków Cezarego M.: współpraca z zagranicą i kontakty z miastami partnerskimi.- Często wyjeżdżałem w delegacje, a w związku z tym miałem mnóstwo nadgodzin. W urzędzie za nadgodziny nie otrzymuje się dodatkowych pieniędzy, ale można skorzystać z tak zwanych wyjść prywatnych w czasie pracy.To będzie istotny szczegół.28 sierpnia 2010 r. Cezary M. wchodzi na stronę komunikatora internetowego o2 i pisze wiadomość do „Anji”. Jest przekonany, że to jego dawna znajoma, która wcześniej posługiwała się tym nickiem. Traf chce, że tym razem na o2 zalogowała się inna „Anja”. Ta ma 21 lat i sprzedaje telefony komórkowe w galerii handlowej w Opolu. W trakcie internetowej konwersacji Cezary szybko orientuje się w pomyłce, ale nie zrywa kontaktu. Zaczyna klawiaturowy flirt.

– Nie wiem, dlaczego pisałem do niej dalej. Stabilny mężczyzna ze szczęśliwą rodziną, mieszkaniem w bloku, kilkuletnim samochodem. Klasyczny przedstawiciel urzędniczej klasy średniej, choć kiedy byłem młodszy, wydawało się, że zrobię większą karierę. Byłem świetnym uczniem, dobrym studentem, do perfekcji opanowałem język francuski i dzięki temu udawało mi się dość łatwo przechodzić przez życie. Może po pięćdziesiątce jakieś niespełnienie zaczęło mi doskwierać? Jakbym sam szukał guza. Byłem zawsze nieśmiały, skryty. A tu internet… Odkryłem, że wirtualnie jestem w stanie doprowadzić kobietę do zainteresowania sobą, mogę ją rozpalić, namówić na erotyczne zwierzenia. I to młodszą ode mnie o ponad 30 lat!

W CYKLU „OSACZENI PRZEZ TABLOID”

We wtorek, 9 czerwca: *Cezary M. podrywa „Wiolę 73”. Zaczynają się prawdziwe kłopoty. *Pudelek uśmierca aktorkę Annę Przybylską
W środę, 10 czerwca: *Cezary poznaje prawdę; *”Fakt” drukuje zdjęcie gwałtu na czternastolatce, dziewczynka idzie do sądu
W czwartek, 11 czerwca w „Dużym Formacie”: *Córki oczernionej biorą rewanż na „Superaku”; *Dzieje grozy. Historia polskich tabloidów w pigułce


Po wymianie kilkudziesięciu maili Cezary i Anna – bo tak ma na imię sieciowa „Anja” – spotykają się w kawiarni. On widzi niewysoką dziewczynę o przeciętnej figurze. Włosy ufarbowane na rudo, krótkie, niezbyt gęste. Małe piersi, dżinsy. Ona ma przed sobą typowego urzędnika: twarz zdradzająca wiek, strój schludny – koszula, marynarka, krawat, spodnie wyprasowane.

– Tych kawiarnianych spotkań było kilka. Wychodziłem w godzinach pracy, wykorzystywałem w ten sposób zaoszczędzone nadgodziny, wszystko zgodnie z regulaminem. Szybko doszliśmy z Anną do tego, o co tak naprawdę nam chodziło – o seks.

Pierwszy raz do łóżka idą w motelu Pod Kasztanami na przedmieściach Opola. Dwójka z łazienką i prysznicem kosztuje 80 złotych. Anna wczesnym przedpołudniem przychodzi do urzędu, wsiadają do auta Cezarego, jadą do pokoju.

– Uprawialiśmy seks przez jakieś dwie godziny i wróciłem do pracy. Taka sytuacja powtórzyła się kilkanaście razy. Ona nie wnikała w moje życie prywatne, mnie też zbytnio nie interesowało, czy z kimś jeszcze się spotyka.

Błąd.

W urzędzie trwa modernizacja sieci teleinformatycznej. Pracuje przy niej Grzegorz, chłopak Anny. Wysoki blondyn przed trzydziestką. Wcześniej udzielał się w Emiterze – radiu Politechniki Opolskiej. Skończył informatykę, jest serwisantem firmy T.

Po miesiącu romansu, pod koniec września 2010 roku, Anna oznajmia Cezaremu, że nie chce się więcej spotykać, bo o znajomości dowiedział się jej chłopak. Odczytał elektroniczną korespondencję między urzędnikiem i „Anją”, bez trudu namierzył numer IP kochanka swojej dziewczyny.

– Ale ja nie chciałem przerywać tego związku. Było nam z sobą dobrze w łóżku, odżyłem, czułem się o 20 lat młodszy. Miałem wyrzuty sumienia, bo przecież wracałem do domu, do żony i dzieci, ale z drugiej strony wygrywało poczucie satysfakcji, że jeszcze jestem facetem, że tak atrakcyjna młoda kobieta mnie pragnie, że potrafię ją zadowolić. Przekonałem ją więc do kolejnych spotkań i dalej uprawialiśmy seks, zawsze w tym samym motelu.

 

 

Na początku listopada Grzegorz wchodzi do gabinetu Cezarego w ratuszu. Koleżanka, z którą urzędnik dzieli pokój, jest akurat na urlopie. Są sami.

– Spojrzeliśmy sobie w oczy. Facet był wściekły i zdeterminowany. Krzyczał, że rozwaliłem mu życie. Zapytałem, czego ode mnie chce. Odpowiedział, że chce pieniędzy. Żeby „naprawić ich relacje”, miałem sfinansować im obojgu zagraniczną wycieczkę za 10 tys. złotych. Zagroziłem, że jeśli jeszcze raz będzie próbował mnie szantażować, zawiadomię policję. Poskutkowało, wyszedł.

Nazajutrz Grzegorz wysyła mailowy donos do szefowej Cezarego. Informuje, że urzędnik romansuje w godzinach pracy z jego dziewczyną. M. musi przeprowadzić z przełożoną trudną rozmowę, ale udaje mu się wyjaśnić, że wychodzi z ratusza legalnie, a prywatnie życie to jego sprawa.

Zdesperowany Grzegorz wydzwania do urzędnika. Grozi: „Załatwię cię!”. Telefony powtarzają się przez kilka tygodni. Potem – pod koniec listopada – zapada cisza. Cezary już nie spotyka się z Anną. Stara się być jak najmilszy dla żony, której przez ostatnie trzy miesiące nie zauważał.

 

– Wydawało mi się, że wszystko wraca do normy.Rok 2011. W czerwcu Cezary dostaje niespodziewanie SMS od Anny. Dziewczyna pisze, że zerwała z Grzegorzem. Chce odnowić kontakt.- Nie zgodziłem się. Odpisałem, żeby dała mi spokój. Ale nalegała, pisała. W końcu uległem, myślałem, że będziemy potrafili się opanować. Że zostaniemy tylko znajomymi. Z perspektywy czasu widzę, że sam siebie oszukiwałem. W gruncie rzeczy wiedziałem, że wylądujemy w łóżku. Tylko chciałem jakoś to wyprzeć. Jak alkoholik, który idzie do baru na kawę. Ale w końcu wybiera wódkę.14 lipca 2011 roku Anna – tak jak kiedyś – czeka na Cezarego przed urzędem.On już wpisał się do ewidencji wyjść. Wsiadają do auta, bez zbędnych słów jadą Pod Kasztany. Ten sam pokój, to samo łóżko.- Kochaliśmy się jak wariaci. Dwie godziny później siedziałem już w swoim pokoju w urzędzie. A po kolejnych 15 minutach zadzwonił do mnie na komórkę ten jej chłop.

Grzegorz wie wszystko – że byli w motelu i od której do której godziny się kochali. Teraz grozi, że poinformuje nie tylko szefa, ale również żonę. W oddali – w słuchawce – Cezary słyszy głos Anny. – Pierwszy raz przeszło mi przez myśl, że wspólnie zastawili na mnie pułapkę.

Informatyk wysyła kolejny mail do naczelniczki wydziału Cezarego. Pyta, jaki nadzór jest sprawowany nad pracownikami. Naczelniczka zarządza kontrolę. Kontrola potwierdza, że M. nie złamał regulaminu. Czas prywatnych wyjść pokrywa się z liczbą zaoszczędzonych nadgodzin. W nieoficjalnej rozmowie szefowa pyta Cezarego: „Co pan wyprawia?”.

– Przyznałem się, że zdradziłem żonę z młodszą kobietą i mam stalkera, jej faceta. Po ludzku kazała mi się pohamować. Nie była to dla mnie miła rozmowa. W kwestii służbowej niczemu nie uchybiłem. Nie było więc powodu do kary. Ale było mi wstyd. Przez kolejne 18 miesięcy nie miałem żadnych kontaktów z Anną. Sparzyłem się tak, że zlikwidowałem konto na komunikatorze, żeby nie kusić losu.

Rok 2012. 17 marca Cezary jedzie z żoną i córką na zakupy do centrum handlowego. Idą alejką. On – czujny – widzi już z daleka, że w ich stronę biegnie Anna ze swoim facetem.

– Dopadli do nas jak zbiry. On wyciągnął legitymację dziennikarską z radia Politechniki Opolskiej.

Grzegorz ze szczegółami opowiada żonie urzędnika o jego wyjazdach do motelu. Kobieta stoi sparaliżowana wstydem. Córka odchodzi na bok, nie wie, jak się zachować. Gdy młody mężczyzna kończy opowieść, włącza się Anna. Potwierdza szczegóły, dodaje, że kochali się z Cezarym w różnych pozycjach, mówi o seksie oralnym.

Żona wybiega na ulicę, mąż za nią. Potem wielogodzinna awantura. On opowiada szczerze o wszystkim. Wyprowadza się z mieszkania, ale po dwóch tygodniach wraca.

– Żona zaproponowała, żebyśmy spróbowali jeszcze raz. Obiecałem, że nigdy więcej jej nie zdradzę.

Ciąg dalszy we wtorek, 9 czerwca.

„PEDOFIL W SPÓDNICY”

Agnieszka K. ma 36 lat, z zawodu jest nauczycielką fizyki i matematyki. Uczyła w gimnazjum w Godzieszach Wielkich pod Kaliszem.

Dzieci ją uwielbiały: pani z miasta, wyluzowana, nowoczesna. W przeciwieństwie do większości swoich koleżanek potrafiła pójść w tany na szkolnej dyskotece. Dyrektorka szkoły, żona wójta, wzywała ją do siebie i prosiła o powściągliwość. Po reprymendzie Agnieszka przychodziła do szkoły w jeszcze bardziej obcisłych spodniach. Wzdychali do niej wszyscy chłopcy z Godzieszy, szczególnie 14-letni Patryk. Pani od fizyki dała mu numer swojej komórki. Wysyłał jej śmiałe SMS-y. Zaprosiła go do mieszkania w Kaliszu. Pojechał. W efekcie Agnieszka K. zaszła w ciążę. Koledzy Patryka podejrzewali, że jest ojcem dziecka. Ktoś zadzwonił do redakcji „7 Dni Kalisza”.


To lokalny tabloid. Wydawca, Krzysztof Ścisły, były kapitan SB, nie cofa się przed drukowaniem na pierwszej stronie ociekających krwią zwłok. Pierwszym piórem jest jego wspólniczka w interesach Ewa Bąkowska.

To ona odbiera telefon z Godzieszy. Jest październik 2013 roku. Bąkowska postanawia zrobić prowokację. Dzwoni do Agnieszki K. i podaje się za psycholożkę z miejskiej poradni psychologicznej. Mama dwutygodniowej Lenki w trakcie karmienia otwiera się przed „terapeutką”. Przyznaje, że ojcem dziecka jest jej uczeń Patryk. – Kiedy do niego zadzwoniłam i mu to powiedziałam, chciał się powiesić, żebym nie miała problemów – mówi, nie wiedząc, że Bąkowska nagrywa rozmowę. Opowiada, jak okłamała dyrektorkę szkoły. – Pytała, czy ojcem dziecka jest uczeń naszej szkoły. A ja mówię, że nie. Ona na to, że kamień spadł jej z serca.

9 października 2013 roku nakład „7 Dni Kalisza” rozchodzi się do ostatniego egzemplarza. Na jedynce tytuł żółtą czcionką „Skandal obyczajowy w szkole pod Kaliszem. Pedofil w spódnicy”. Na drugiej stronie zapis rozmowy „psychoterapeutki” Bąkowskiej z Agnieszką K.

Tekst wywołuje poruszenie nie tylko w Kaliszu. – To przekroczenie granic etyki dziennikarskiej, podawanie się za psychologa, który wykonuje zawód zaufania społecznego. Żaden dziennikarz nie chciałby przecież, by policjant podawał się za dziennikarza, zbierając materiały do śledztwa – mówi do portalu Gazetylokalne.pl Dominik Księski, wydawca tygodnika „Pałuki”.

Dominika Wielowieyska z „Wyborczej”: – Dziennikarka miała poważne argumenty, aby opisać tę historię. Ale nie miała prawa wcielać się w rolę psychoterapeutki! Nie wolno w ten sposób oszukiwać swoich rozmówców. Oni wierzyli, że rozmawiają z osobą, która z racji swojej funkcji jest zobowiązana do tajemnicy.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przyznaje Bąkowskiej tytuł Hieny Roku za „wykorzystanie zaufania, jakim się obdarza osoby wykonujące zawód psychologa, w sytuacji gdy bohaterka tekstu takiej pomocy oczekiwała i potrzebowała”.

Agnieszka K. zostaje oskarżona o pedofilię, grozi jej 12 lat więzienia. W czerwcu 2014 roku zostaje skazana na rok z zawieszeniem na trzy lata. Do dziś mieszka z Patrykiem, pomaga mu w nauce. Chłopak dobrze wywiązuje się z roli ojca.

***

Właściciele „7 Dni Kalisza” – Krzysztof Ścisły i Ewa Bąkowska – poszli w politykę. Ścisły startował z ramienia SLD w wyborach do rady miasta Kalisza, Bąkowska – na wójta gminy Żelazków. Oboje wciąż redagują tygodnik.

MKO

 

 

WWW Polsce. Cykl „Wideo Witamy W Polsce” bada polskie realia, odkrywa nowe zjawiska i podgląda Polaków w pracy oraz w domu. To niezwykłe historie o ludziach i ich potyczkach z losem – o radościach, smutkach, skandalach i fenomenach.


 

 

Zobacz także

wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: