Cisza wyb. (24.05.2015)

 

Katastrofa nadciągnie szybciej. Potężna Andromeda już się wbija w Drogę Mleczną

Piotr Cieśliński, 24.05.2015
Tak będzie wyglądała Andromeda na naszym niebie za 3,5 mld lat

Tak będzie wyglądała Andromeda na naszym niebie za 3,5 mld lat (NASA; ESA; Z. Levay and R. van der Marel, STScI; T. Hallas; and A. Mellinger)

Wielka Mgławica Andromedy, która pędzi w kierunku naszej Galaktyki, jest dużo większa, niż przypuszczano. Gazowe atmosfery obu galaktyk zapewne już się stykają. To pierwszy akt wielkiej kosmicznej katastrofy, której możemy nie przetrwać.
W pierwszej połowie maja amerykańscy astrofizycy pod kierunkiem Nicolasa Lehnera z Uniwersytetu w Notre Dame opublikowali w „The Astrophysical Journal”analizę obserwacji teleskopu Hubble’a, z której wynika, że Wielka Mgławica Andromedy ma gazową atmosferę, tzw. halo, o średnicy aż 2 mln lat świetlnych. Jest więc dziesięć razy szersza niż obszar jasnego dysku, który zajmują gwiazdy.

Jest to o tyle niespodziewane odkrycie, że Andromeda jest naszym sąsiadem, wydawałoby się, dobrze już poznanym. To najbliższa galaktyka, która przypomina Drogę Mleczną spiralnym kształtem oraz rozmiarem, choć ma nieco więcej gwiazd. Według najnowszych szacunków – bilion. I zbliża się do nas z prędkością 120 km na sekundę.

Zderzenie jest nieuniknione, ale szacowano, że obie galaktyki zetkną się dopiero za kilka miliardów lat. Od centralnego zgrubienia Andromedy (gęstego i sferycznego zgrupowania gwiazd) dzieli nas jeszcze 2,2 mln lat świetlnych. Możliwe jednak, że jej zaskakująco rozległa gazowa atmosfera już się styka z Drogą Mleczną albo lada chwila się z nią zetknie.

Astrofizycy jej dotąd nie widzieli, bo składa się z ciemnego gazu. To głównie zjonizowany wodór, ale także cięższe pierwiastki wyprodukowane we wnętrzach gwiazd i wyrzucone w kosmos w końcowych etapach gwiezdnej ewolucji. Ta gazowa otoczka to nie chucherko – jej masa jest równa połowie masy wszystkich gwiazd Andromedy.

Amerykanie odkryli ją, obserwując kilkanaście odległych kwazarów. Kiedy ich światło przechodziło przez halo Andromedy, nieduża część była pochłaniana i w pewnym niewielkim zakresie fal świetlnych te kwazary były nieco ciemniejsze.

Poniższa grafika pokazuje, na czym polegały obserwacje:

.

Gdzie jest obecnie Andromeda?

Andromeda znajduje się na niebie po przeciwnej stronie Gwiazdy Polarnej niż Wielki Wóz. Wygląda jak mgiełka, niewprawne oko może ją przegapić (łatwiej ją dostrzec przez lornetkę). Gdyby świeciła jaśniej, widzielibyśmy na niebie jej wydłużoną elipsę o rozmiarach kątowych sześć razy większych niż Księżyc. A gdyby świeciła także jej właśnie odkryta atmosfera, to wypełniałaby sobą dziesięć razy większy wycinek nocnego nieba.

Porównanie rozmiarów na niebie Księżyca, Wielkiej Mgławicy Andromedy oraz jej atmosfery (mała galaktyka widoczna z prawej strony i nieco poniżej Andromedy to galaktyka w Trójkącie oznaczana jako M33, trzeci pod względem wielkości gracz w lokalnej grupie galaktyk)

.

Jak będzie wyglądało zderzenie?

Dziś Andromeda jest tylko słabą mgiełką, ale w przyszłości, kiedy się bardziej zbliży, stanie się najjaśniejszym obiektem na nocnym niebie. Astrofizycy dotychczas prognozowali, że do bezpośredniego kontaktu dojdzie za 2-4 mld lat i wtedy zacznie się proces zlewania się obu galaktyk. W jego wyniku powstanie jedna większa galaktyka eliptyczna, która nie będzie miała pięknych spiralnych ramion. Wstępnie nawet ochrzczono ją imieniem Mlekomeda.

Ale już na długo przed tym, nim dojdzie do zderzenia, grawitacja zacznie zniekształcać obie galaktyki. Będzie to skutek takich samych sił, które wywołują przypływy na Ziemi ze strony Księżyca i Słońca. Siły pływowe grawitacji zdeformują kształt Andromedy i Drogi Mlecznej, wyciągając z nich długie ogony gwiazd i galaktycznego gazu.

Tak wygląda komputerowa symulacja zderzenia Andromedy z Drogą Mleczną:

.

A co się stanie z Układem Słonecznym?

Jesteśmy na obrzeżach Drogi Mlecznej i po ostatecznej fuzji obu galaktyk nasz Układ Słoneczny wyląduje raczej na dalekich peryferiach nowej galaktyki. Jak wyliczyli kilka lat temu T.J. Cox oraz Avi Loeb z harwardzkiego Centrum Astrofizyki w USA z dużym prawdopodobieństwem Słońce znajdzie się w odległości większej niż 65 tys. lat świetlnych od centrum Mlekomedy (dziś do środka Drogi Mlecznej mamy blisko 28 tys. lat świetlnych).

Czy kolizja nas unicestwi? Podczas połączenia galaktyk nie dochodzi do bezpośrednich zderzeń gwiazd ani też do zakłócenia ruchu planet, ale stykają się i sprężają międzygwiazdowe obłoki gazów, co staje się zapalnikiem narodzin nowych gwiazd i eksplozji supernowych. Ich promieniowanie, które może dosłownie wysterylizować Ziemię, to jeden z najgroźniejszych skutków galaktycznych kolizji.

Ale nie ma się co martwić na zapas. Od pierwszych efektów kolizji dzieli nas jeszcze sporo czasu. Kto wie, czy wcześniej nie będziemy mieli znacznie bliższego kłopotu – z własnym Słońcem, gdy wypali wodór i stanie się czerwonym olbrzymem. Jeśli nasza cywilizacja przetrwa do tych czasów, to będzie musiała poszukać sobie nowej planety. A wtedy być może uratuje nas jakiś układ planetarny, który przywędruje w nasze okolice z Wielkiej Mgławicy Andromedy.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Generał z ziemiańskiego dworu. Jaruzelski „dla władzy zaprzeczył swoim korzeniom, wierze, tożsamości”

Wojciech Jaruzelski w mundurze LWP w czasach II wojny światowej.
Wojciech Jaruzelski w mundurze LWP w czasach II wojny światowej. Fot. IPN

Wojciech Jaruzelski dzielił, dzieli i dzielić będzie, bo postać, która przez lata pociągała za sznurki władzy w komunistycznej Polsce, ma tak bogaty życiorys, że niejednoznaczność w jego ocenie wydaje się być naturalna. Zwłaszcza dzieciństwo i młodość generała mówią wiele o jego życiowej drodze. A wszystko wskazywało na to, że pójdzie w ślady przodków…

Młodość w cieniu przodków
– Jak to możliwe, że potomek zacnej ziemiańskiej rodziny stanął na czele PZPR? – pytają Paweł Kowal i Mariusz Cieślik, autorzy najnowszej biografii zmarłego przed rokiem generała. „Życie paradoksalne” – tytuł publikacji – już sam w sobie jest znamienny, bo dobrze oddaje rzeczywistość, a raczej rzeczywistości, w której żył człowiek, którego połowa Polaków nienawidzi, połowa – ceni. Pierwsi wytykają mu krew na rękach, drudzy – hołubią za „uratowanie” kraju przed sowiecką agresją. Ale mało kto zadaje sobie pytanie o czynniki, które ukształtowały młodego Wojciecha. Nic nie zapowiadało, że będzie komunistą.

Gdy 6 lipca 1923 roku przychodził na świat, jak podkreślają autorzy poświęconej mu książki, rodziła się nowa Polska – II Rzeczpospolita. Właśnie mijało 60 lat od wybuchu powstania styczniowego, które w szczególny sposób doświadczył rodzinę Jaruzelskich. Dziadek Wojciecha, jego imiennik, walczył w tym największym w dziejach Polski niepodległościowym zrywie; co więcej, na własnej skórze zaznał później gniewu rosyjskiego cara. Ceną za pragnienie wolności było zesłanie oraz kontrybucja pieniężna, nałożona na rodzinny majątek w Rusi Starej.

Jaruzelscy herbu Ślepowron
Ale ród Jaruzelskich, legitymujący się herbem Ślepowron, sięgał daleko dalej niż XIX stulecie. Najstarsze wzmianki o przodkach przyszłego prezydenta, przedstawicielach stanu rycerskiego, pochodzą z XIII wieku. Inny przodek Wojciecha – Wacław Jaruzelski, poseł ziemi bielskiej na sejm elekcyjny 1704 roku, odważnie sprzeciwił się „ustawionemu” wyborowi na króla Stanisława Leszczyńskiego, popartego przez Szwedów. „Wyprzedził” legendarnego już Rejtana o blisko 70 lat, ale rodacy o nim zapomnieli.

– Tutaj oddamy gardło za wolność Ojczyzny naszej; porąbcie mnie w sztuki, jeżeli chcecie, wolimy śmierć ponieść, niż przeżyć utratę swobód naszych – mówił Jaruzelski, ten sprzed 300 lat. Choć wcześniej walczył u boku Jana III Sobieskiego z Turkami pod Wiedniem, nie zapisał się na kartach historii…

Największy wróg? Bolszewik
Ale żeby znaleźć w swej rodzinie bohaterów, młody Wojciech nie musiał szukać daleko. Jego ojciec – Władysław, jako ochotnik walczył z bolszewikami w 1920 roku. – Rosyjscy bolszewicy mogli się ludziom pokroju Jaruzelskich przyśnić jedynie w koszmarach, bo nie tylko chcieli odebrać im tożsamość, ale też zrzucić z wierzchołka drabiny społecznej na dno. Walczyli z religią, polskością, ziemiaństwem, czyli ze wszystkim, co dla małego Wojciecha było ważne – czytamy w najnowszej biografii generała.

Jako weteran wojny polsko-bolszewickiej, Władysław poślubił Wandę. Niebawem przyjdzie na świat dziecko, które wychowywano w patriotycznym duchu. Innego w rodzinie Jaruzelskich po prostu nie znano. – Wojciech Jaruzelski wyniósł z rodzinnego dworu kindersztubę, której tak często brakowało jego kolegom z Ludowego Wojska Polskiego i elicie władzy PRL. A także patriotyzm, religijność, przywiązanie do tradycji, szacunek dla munduru i antyrosyjskość – piszą Kowal i Cieślik.

Niedługo później Jaruzelscy przeniosą się z Kurowa, gdzie urodził się Wojciech, do majątku w Trzecinach, należącego do rodziny Zarembów. Tam „panicz” Jaruzelski dorastał uczestnicząc w polowaniach, jeżdżąc konno, obserwując spotkania z miejscową elitą. Jako młody chłopiec z ciekawością przysłuchiwał się opowieściom o walecznym dziadku. Rodziło się w nim pragnienie bycia żołnierzem. W końcu nim zostanie, nie zapomni o tym nawet w chwili ogłaszania stanu wojennego w pamiętnym przemówieniu telewizyjnym. Na jego grobie na Powązkach Wojskowych wyryto przecież skromne „żołnierz”.

Ministrant z duszą endeka
Zanim jednak stał się wojskowym, kształcił się w elitarnym Kolegium Księży Marianów w Warszawie – tam uczęszczał m.in. wraz z świetnie zapowiadającym się poetą Tadeuszem Gajcym (zginie w czasie powstania warszawskiego). „Przedwojenny” Wojciech nie tylko odmawiał codzienne modlitwy, ale i służył do mszy jako ministrant; zaczął też przygodę z harcerstwem. Chłopiec był zwolennikiem haseł narodowych, zresztą Podlasie, gdzie dorastał, uchodzi za bastion Narodowej Demokracji. W jednym z młodzieńczych tekstów Jaruzelski pisał o „służbie Bogu i Ojczyźnie”. Latem roku 1939 zdał małą maturą. Ale wakacje w rodzinnych stronach przerwał wybuch wojny…

Rozpoczęła się gehenna. Jaruzelscy tułali się tu i ówdzie – najpierw próbowali schronić się na wschodzie, ale po 17 września – i agresji Sowietów na Kresy – zawrócili. W końcu trafili na Litwę, gdzie znaleźli schronienie u miejscowych gospodarzy. W czerwcu 1941 roku zostali rozdzieleni przez NKWD, po czym wywiezieni w głąb Związku Sowieckiego. To tam, w syberyjskiej tajdze, ciężko pracując przy wyrębie lasów, młody wciąż Wojciech nabawił się choroby oczu. Przeżył też śmierć schorowanego ojca i własnoręcznie go pochował. Miał wtedy 19 lat i rodzinę na utrzymaniu.

Przerwana młodość
Trudy codziennego życia sprawiły, że w końcu przyjął sowiecki paszport, choć początkowo odmówił – z tego powodu był nawet więziony przez NKWD. To był czas, gdy Jaruzelski bardzo szybko z chłopca stał się mężczyzną. Początkowo miał być żołnierzem gen. Andersa, ale skończyło się na powołaniu do formującego się właśnie Ludowego Wojska Polskiego.

Jaruzelski, jako „obszarnik”, musiał ukrywać swe szlacheckie pochodzenie. Udało mu się – ukończył szkołę oficerską w Riazaniu, niebawem miał walczyć z Niemcami. Poddawany indoktrynacji, stopniowo wierzył w to, co mówili przełożeni. Ziemianin szedł na Berlin w otoczeniu synów chłopów i robotników.

Jego późniejsze losy są dobrze znane. Wysoko urodzony, patriotycznie i religijnie usposobiony człowiek, szybko piął się w wojskowej karierze, aż został generałem. Jako polityk walczył z Kościołem, którego był wychowankiem. Za wszelką cenę – nawet krwi rodaków – starał utrzymać się na szczycie.

– Przeżył kilkadziesiąt lat w głębokim rozdarciu, bo dla władzy zaprzeczył swoim korzeniom, wierze, tożsamości – piszą autorzy biografii Jaruzelskiego. To było długie życie pełne paradoksów.

naTemat.pl

 

Były poseł PiS straszy “kalifatem w Europie Zachodniej”. Powód? W Irlandii zalegalizowano małżeństwa homo

Poseł Girzyński uważa, że Europie grozi kalifat
Poseł Girzyński uważa, że Europie grozi kalifat Fot. Mikołaj Kuras / Agencja Gazeta

– Być może ktoś z mojego pokolenia, jeśli będzie dłużej żył, niestety zobaczy kalifat w Europie Zachodniej – mówi w rozmowie z serwisem braci Karnowskich poseł Zbigniew Girzyński, do niedawna członek PiS. To komentarz do wyników referendum w Irlandii, w którym mieszkańcy tego kraju opowiedzieli się za legalizacją małżeństw homoseksualnych.

W sobotę Irlandia Irlandia stała się pierwszym krajem na świecie, w którym małżeństwa jednopłciowe zostały zalegalizowane w ogólnokrajowym referendum. Za legalizacją zagłosowało aż 62 proc. obywateli, a frekwencja przekroczyła 60 proc.. Dla środowisk konserwatywnych i katolickich to powód do zmartwień i dyskusji o chrześcijańskich wartościach w Europie.

„Czy zwijanie się cywilizacji europejskiej przyśpieszy po referendum w Irlandii?” – zapytał posła Girzyńskiego dziennikarz wPolityce.pl. Jak stwierdził poseł, „cywilizacja europejska jest już w zaniku i odwrocie”. – W wielu obszarach. Myślę, że za 50 lat Europa na Zachodzie nie będzie już istniała. Oczywiście nie w sensie geograficznym, a kulturowym – dodał.

Girzyński uważa, że krajom zachodu Europy zagrażać może nawet kalifat – ustrój, który dziś narzuca na Bliskim Wschodzie Państwo Islamskie. – Być może nawet ktoś z mojego pokolenia, jeśli będzie dłużej żył, niestety zobaczy kalifat w Europie Zachodniej. To dla nas ważna rzecz, aby w naszym bezpośrednim sąsiedztwie, w krajach Europy Środkowej szukać szerokiego porozumienia, bo najprawdopodobniej jądro cywilizacji europejskiej do nas się przeniesie – przekonuje polityk.

Pytany o to, dlaczego właściwie Irlandczycy opowiedzieli się za legalizacją małżeństw osób tej samej płci, wskazuje na media.

ZBIGNIEW GIRZYŃSKI

A media wszędzie są lewicowo-liberalne. Pewnie w Irlandii nie jest inaczej i może to mieć większe znaczenie niż np. w Polsce.

Girzyński to poseł niezrzeszony, który do niedawna był członkiem PiS. Wystąpił z partii po kontrowersjach dotyczących rozliczeń jego wyjazdów służbowych.

Źródło: wPolityce.pl

 

Uwodziciel dusz zaprasza do piekła, a tam… [TAJEMNICA CZARCIEJ ŁAPY]

PAWEŁ P. RESZKA, KACPER SULOWSKI, 22.05.2015
Czarcia Łapa

Czarcia Łapa (JAKUB ORZECHOWSKI)

Najsłynniejsza lubelska legenda i tajemniczy stół. Marszałek sądu diabelskiego miał na nim zostawić swój ślad. Jak i kiedy go zrobiono? Najpoważniejsza dotychczas teoria wyjaśniająca powstanie śladu pokazuje, że w całej historii o diable jest wiele ludzkiej podłości
Najsłynniejszy lubelski stół od 1972 r. stoi na zamku lubelskim. Od lat wywołuje niezmiennie ogromne zaciekawienie zwłaszcza u najmłodszych zwiedzających. Tym co intryguje dzieci, jest tajemniczy odcisk lewej dłoni znajdujący się na blacie. Jak mówi popularna w Polsce legenda, w 1637 r. lubelski Trybunał Koronny zajmował się sprawą ubogiej wdowy skonfliktowanej z magnatem. Spór dotyczył majątku kobiety. Możnowładca przekupił sędziów trybunału i wyrok zapadł na jego korzyść. Zrozpaczona kobieta krzyknęła: „O, gdyby mnie diabli sądzili, osądzili by bardziej sprawiedliwie!”. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Tej samej nocy w budynku trybunału, na rynku Starego Miasta, odbył się kolejny sąd. Tym razem skład stanowili czarci.SPRAWDŹ SIĘ QUIZIE O CZARCIEJ ŁAPIE„Na podstawie aktów diabli rozpatrywali sprawę ubogiej wdowy, aż po wysłuchaniu głosów pro i contra wydali naprawdę sprawiedliwy wyrok. Akta podpisywali, przykładając zamiast pieczęci płonące ogniem wiecznym łapy. Ślad jednej łapy pozostał na stole trybunalskim” – legendę przytaczał Józef Czechowicz.

Ślad wypalony żelazem?

Co ciekawe stół nigdy nie doczekał się szczegółowego badania przez ekspertów – choć jest jedynym eksponatem w zbiorach Muzeum Lubelskiego, który wiąże się z funkcjonowaniem w Lublinie Trybunału Koronnego, najwyższego sądu apelacyjnego Korony Królestwa Polskiego dla szlachty (1578-1793). Oto, co o nim wiemy: blat zbudowany jest z sosny, na podstawie gwoździ, których użyto do konstrukcji blatu specjaliści z Muzeum Lubelskiego przyjęli, że powstał pod koniec XVIII (a więc mógł służyć sędziom trybunału, w schyłkowym okresie funkcjonowania sądu) lub początku XIX wieku. Paradoksalnie legenda zaszkodziła zabytkowi, bo jak w rozmowie z „Wyborczą” przyznała Katarzyna Mieczkowska-Czerniak, dyrektor Muzeum Lubelskiego, do tej pory nie było pomysłu na to, jak uzasadnić potrzebę badania tego mebla – wypaloną łapą, rzekomo zostawioną przez czarta? Stół pracownicy muzeum traktowali z lekkim dystansem.

LEGENDARNY STÓŁ, CZARCIA ŁAPA I NOWE FAKTY. CZAS TO WYKORZYSTAĆ

Postanowiliśmy więc sprawdzić, w jaki sposób powstał ślad widoczny na stole? Włodzimierz Wójcikowski, redaktor i regionalista, w swojej książce „Tamte lata, co minęły… O Lublinie drugiej połowy XX wieku i dawniejszym”, przytaczając historię „porwania” stołu w 1957 r. przez dziennikarzy „Kuriera Lubelskiego” (pisaliśmy o tym przed dwoma tygodniami), stwierdza wprost, że Czarcia Łapa była wypalona żelazem. Czy tak było faktycznie?

Diabli palec z ubytkiem

Udział w naszej zabawie wzięło trzech ekspertów: Dariusz Szewczuk, zastępca naczelnika laboratorium kryminalistycznego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie, Sławomir Kędrak, ekspert badań mechanoskopijnych laboratorium, oraz Michał Badach z Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Lublinie, biegły w zakresie pożarnictwa.

Eksperci policyjni obejrzeli ślad pod powiększeniem i zwrócili uwagę, że jego cechy indywidualne zniekształcają wyraźne słoje drewna. Bez dalszych badań, nie można stwierdzić, w jaki sposób powstał. Specjaliści zaproponowali wykonanie repliki silikonowej. Silikon stosowany jest powszechnie w kryminalistyce, za jego pomocą utrwala się niektóre ślady na miejscu przestępstw – materiał zapewnia niezmienność ich cech.

Po wykonaniu repliki należałoby obejrzeć ją za pomocą mikroskopu stereoskopowego. To powinno dać odpowiedź na nurtujące nas pytania. Niestety, na badanie silikonem nie zgodzili się pracownicy muzeum. Argumentowali, że nie jest jasne, jak mógłby on wpłynąć na zabytkowe drewno. Ekspert policyjny zwrócił uwagę, że czarci ślad jest uszkodzony – na palcu wskazującym widać wyraźny ubytek drewna. Istnieje ryzyko, że przy zdejmowaniu silikonu, czarcia łapa mogłaby ulec uszkodzeniu.

Z kolei Michał Badach uznał, że by ocenić przebarwienia ciemnego koloru widoczne przy odcisku – i odpowiedzieć na pytanie, czy powstały pod wpływem temperatury, a nie np. w wyniku działania chemicznego – należałoby obejrzeć struktury drewna pod wyspecjalizowanym mikroskopem. Ślady zwęglenia, charakterystyczne dla procesu spalania drewna, widoczne powinny być już przy powiększeniach ok. 100-200-krotnych jednak ze względu na wiek śladu pewność dałoby dopiero badanie mikroskopem elektronowym. Wtedy otrzymalibyśmy również odpowiedź na pytanie, jaką temperaturą została potraktowana powierzchnia – oczywiście, powtórzmy, zakładając, że ślad został wypalony, a nie na przykład wyrzeźbiony dłutem i „dopracowany” czernidłem. Nawiasem mówiąc biegły z zakresu pożarnictwa zauważył, że teoretycznie samo odciśnięcie takiego śladu na stole nie byłoby możliwe – sosnowa deska po prostu by się złamała.

Jest jednak szansa, że wkrótce tajemnica diabelskiego odcisku zostanie wyjaśniona. Katarzyna Mieczkowska-Czerniak, kierująca muzeum od 1 stycznia, zapowiada, że blat zabytku zostanie zbadany specjalnym skanerem.

Dokumenty diabelskie

„Początek a raczej źródło tej tradycyi udało mi się, jak sądzę wyśledzić. Początek tradycyi oznaczyć można na rok 1637 a to na zasadzie niżej przytoczyć się nadających dokumentów. Archiwum Akt Dawnych w Lublinie, Relationum Anno, 1637, page 179”.

To zdanie miało oznaczać koniec kariery Władysława Kornela Zielińskiego jako historyka – regionalisty. Nauczyciel w jednej z lubelskich szkół, w 1887 r. zakończył pracę nad II tomem „Monografii Lublina”. Jej rękopis, przechowywany jest w Bibliotece Łopacińskiego. Praca nigdy nie ukazała się drukiem, ale szybko stała się w Lublinie znana, a jej autor stał się pośmiewiskiem.

Tak przynajmniej uważa Łukasz Fiuta, przewodnik miejski. Przez rok badał różne wersje legendy, starając się ustalić jej genezę oraz to, kiedy powstał ślad. Tak dotarł do pracy Zielińskiego. Dlaczego jest ona tak ważna? XIX-wieczny historyk również podjął próbę – pierwszą w historii Lublina – naukowego wyjaśnienia legendy. Sygnatury do dokumentów, które podaje, dotyczą… dokumentów diabelskich. Zieliński, w swojej pracy szczegółowo je opisuje. Mają pochodzić z 1637 r. Pierwszy z nich to dokument podpisany przez „Syxtusa Octawiusa z Rakowa, uwodziciela dusz chrześcijańskich, starszego Kakademona na wielkim sejmowym zgromadzeniu wszystkich piekieł”, drugi z kolei miał sygnować „Pulton Władca i Król Piekieł”. W obu mowa o zasługach lubelskich protestantów dla piekła, „zachowali dusze swoje czyste w najbrudniejszej wierze” – z satysfakcją pisał diabeł. W nagrodę za działanie na rzecz sił nieczystych mieli oni mieć zapewnione miejsca w „pierwszych miejscach piekieł” oraz transport gratis: „Charont, przewoźnik na łódce piekielnej”, miał ich tam dowieźć bez opłaty.

Kompromitacja regionalisty

Zieliński trzeźwo zauważył, że oba dokumenty są efektem walki katolików z protestantami (m.in. z braćmi polskimi), jaka toczyła się w Lublinie w pierwszej połowie XVII w. Przyjął, że paszkwile miały zostały sprokurowane przez jezuitów. Ale jak to wszystko łączy się z czarcią łapą? Otóż historyk uznał, że legenda powstała z połączenia popularnej opowieści o wdowie i chciwym magnacie oraz właśnie, cytowanych przez niego, diabelskich dokumentach przechowywanych w archiwum, o których przecież musiało być bardzo głośno.

Jest tylko jeden problem. Dokumenty, na które się powołał, nie istnieją. Dowodzi tego Łukasz Fiuta, który mówi wprost: – Przypuszczam, że ktoś podłożył regionaliście „świnię” po to, by go skompromitować. Historyk dostał sygnał o diabelskich materiałach, i sygnatury wyglądające na wiarygodne. Nie sprawdził ich, opisał w swojej pracy. Lublin pewnie pękał ze śmiechu.POD TRYBUNAŁ WJEŻDŻA CIĘŻARÓWKA… TAJEMNICE CZARCIEJ ŁAPYKto odpowiada za kompromitację Zielińskiego? W swej pracy podaje on, że dokumenty „odnalazł” niejaki Detmerski, pracownik Archiwum Akt Dawnych w Lublinie. I tu ważna informacja – obaj panowie kilka lat wcześniej ostro polemizowali ze sobą na łamach prasy lubelskiej, chodziło o zabytki.

– Wygląda na to, że Detmerski, podsuwając koledze nieistniejące dokumenty, zakpił sobie z niego. Zieliński potem już nigdy nic o Lublinie nie napisał – mówi Fiuta. – I teraz dochodzimy do samego śladu. Przypuszczam, że w tym samym okresie został wypalony lub wyrzeźbiony na stole. Gdy po mieście rozeszła się informacja o dokumentach diabelskich, które mają być w archiwum, ruszył do niego tłum lublinian. Niewykluczone, że archiwiści, którzy mieli dość natrętów, stworzyli ślad na stole trybunalskim, który kilka lat wcześniej został przeniesiony z dawnej sali trybunału do przedsionka budynku na Starym Mieście. Pojawiła się nowa atrakcja.

Łukasz Fiuta zwraca uwagę na kluczową jego zdaniem rzecz – Władysław Kornel Zieliński w swojej książce pisze, że stół zmienił lokalizację 13 lipca 1876 r. Ale nie wspomina, by wówczas znajdował się na nim jakiś ślad.

Tajemnica dalej nie wyjaśniona

Hipoteza Łukasza Fiuty jest najpoważniejszą obecnie teorią wyjaśniającą powstanie diabelskiego śladu. Niestety, jest błędna. W „Gazecie Lubelskiej” z 2 lipca 1876 r., a więc 11 lat przed tym nim Zieliński opisał w swojej książce diabelskie dokumenty i stół, na którym wówczas miało nie być śladu czarta, ten sam Zieliński opublikował artykuł o Trybunale Koronnym. Pisze w nim też o legendzie i samym stole: „Nazajutrz [po diabelskich obradach – red.] pana pisarza znaleziono w sali sądowej – leżącego na ziemi bez pamięci, a na stole przed krzesłem marszałka, wyrok zaopatrzony w liczne podpisy podobne do odcisku kurzych łapek, a tuż obok wyroku na stole ujrzano wyraźnie wypalony ślad ręki Marszałka, którą się podpierał, podpisując ten wyrok”.

To oznacza, że tajemnica śladu wciąż pozostaje niewyjaśniona.

NARYSUJ LEGENDĘ, WYGRAJ ROWER

WIELKIE ZAINTERESOWANIE KONKURSEM!

Przed dwoma tygodniami, rozpoczynając cykl redakcyjny poświęcony lubelskiej legendzie, ogłosiliśmy konkurs plastyczny dla przedszkolaków i uczniów szkół podstawowych. Zadaniem uczestników było przedstawienie w formie plastycznej legendy o Czarciej Łapie. W czwartek (21 maja) minął termin, do którego czekaliśmy na prace. Otrzymaliśmy 731 prac!

W poniedziałek (25 maja) zbierze się jury, które wyłoni zwycięzców. Listę laureatów opublikujemy w lubelskiej „Wyborczej” w piątek 29 maja i dzień później na stronie lublin.wyborcza.pl. Uroczyste wręczenie nagród nastąpi 12 czerwca w Muzeum Lubelskim na zamku, towarzyszyć mu będzie otwarcie wystawy prac konkursowych. Na laureatów czekają trzy rowery, przewidzieliśmy też 15 wyróżnień.

W skład jury wchodzą: nasz dziennikarz, nauczyciel plastyki oraz przedstawiciele partnerów konkursu.

Partnerem akcji i fundatorem nagród jest SKOK Chmielewskiego.

Drugim partnerem akcji jest Muzeum Lubelskie.

lublin.gazeta.pl

 

Nasza polska klasa. Rozmowa z Tadeuszem Słobodziankiem

zamiastKrólówCzcimy

Aleksandra Klich, 22.05.2015
Tadeusz Słobodzianek

Tadeusz Słobodzianek (Albert Zawada)

Gdybyśmy mieli świętego króla, to szanowalibyśmy instytucje państwa. A tak mamy świętych biskupów. I padamy na twarz przed Kościołem – instytucją, która zbudowała swoją siłę na spowiedzi, czyli na donosie
Z dramaturgiem Tadeuszem Słobodziankiem rozmawia Aleksandra KlichTadeusz Słobodzianek – ur. w 1955 r., dramaturg, reżyser teatralny. Autor m.in. „Obywatela Pekosiewicza”, „Proroka Ilji”, „Merlina” i „Naszej klasy”. Trzy lata temu został dyrektorem Teatru Dramatycznego. Pod jego kierownictwem połączyły się trzy warszawskie sceny: Laboratorium Dramatu, Teatr na Woli i Teatr Dramatyczny. Laureat m.in. Paszportu „Polityki” (1993), nagrody Fundacji im. Kościelskich oraz Nagrody Literackiej „Nike” za „Naszą klasę”. Kilka tygodni temu skończył pisanie dramatu opartego na historii księdza Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, który jako dorosły człowiek odkrył, że jest Żydem ocalonym przez polską rodzinę z Holocaustu.ALEKSANDRA KLICH: Będzie wojna?TADEUSZ SŁOBODZIANEK: Nie wiem, nie jestem prorokiem. Ale jeśli będzie, to mamy kilka scenariuszy wyćwiczonych w przeszłości – Rosjanie wiedzą, że ani wytłuczenie nas, ani okupacja nie będą proste. Co prawda w czasach powstania styczniowego milion Polaków kolaborowało z Rosjanami jako urzędnicy, a tylko kilkadziesiąt tysięcy powstało przeciw caratowi, ale nawet te kilkadziesiąt tysięcy może napsuć krwi.

Jak się zachowam, gdy przyjdzie wojna? Może trzeba będzie walczyć i zginąć? A może pojadę do Ameryki, jak Gombrowicz, żeby móc pisać, co się chce? Albo przeniosę się do piwnicy, sprowadzę potrzeby do chleba, cukru i wody, jak Białoszewski? Też, żeby móc pisać. Ale może być i tak, że pod okupacją będzie jakieś życie i da się prowadzić teatr. Rosjanie kochają teatr.

To nie będzie zdrada?

– Polski teatr narodowy wiele zawdzięcza carycy Katarzynie, która zamiast na wojsko dała pieniądze królowi Stasiowi na teatr.

Podczas okupacji sowieckiej były świetne sceny we Lwowie i w Wilnie. Nawet w Białymstoku. A w PRL? Dejmek, Swinarski, Jarocki, Grotowski, Kantor – to była niemalże religia. Okupanci pozwalali zakładać teatry, żeby inteligencja miała się gdzie wyszumieć. Ale myślę, że Rosjanie mają problem nie z nami, tylko z islamem i z Chińczykami.

To może jednak nie dopadnie nas ze wschodu przekleństwo historii, które miało twarz carów i Stalina, a dziś ma twarz Putina?

– Nie ma żadnego przekleństwa.

Jak to? To po co wystawia pan w Teatrze Dramatycznym „Króla Edypa”?

– „Król Edyp” jest nie tylko o losie i przeznaczeniu. Również o wolności. O wolności wyboru i o poznawaniu samego siebie.

Jak siebie poznamy, to przełamiemy przekleństwo?

– Przełamiemy, gdy będziemy wybierać takich polityków, którzy potrafią myśleć i analizować sytuację. Dbać o polskie interesy. Także w kontaktach z Rosją. Kiedy nie będziemy dawać się prowokować, wrzeszczeć i machać szabelką, czyli spuszczać z łańcucha tego czarnego psa polskiej anarchii i głupoty.

Lubi pan rosyjską literaturę?

– Bardzo. Zostałem nawet rusofilem na złość mamie, która nie znosiła całej tej filozofii cierpienia. Wolała Orzeszkową i Prusa od Dostojewskiego. Mama stała przed plutonem egzekucyjnym za działalność w białostockiej Armii Krajowej. W ostatniej chwili zamienili jej karę śmierci na zsyłkę. Przeżyła to, co młody Dostojewski, ale wyciągnęła odwrotne wnioski: do końca życia miała w sobie wściekłość i bunt przeciwko niewoli i poniżeniu.

A ja przeczytałem po rosyjsku wszystko, co było do przeczytania, moimi bohaterami byli dekabryści, bohaterowie Dostojewskiego i Czechowa. Uważałem, że literatura rosyjska lepiej pokazuje problemy egzystencjalne człowieka niż polska. Ale potem na studiach odkryłem, że ten wielki egzystencjalny ból to ćwiczenie rosyjskiej inteligencji w życiu pod stołem. To nie znaczy, że przestałem mieć wątpliwości, jednak swoim studentom z upodobaniem pokazywałem różnicę między Szekspirem i Dostojewskim.

Szekspir to piewca wolności. Człowiek ma obowiązek poznawania siebie i sprawdzania siebie, to go wyzwala z klinczu predestynacji i wolności. Stabilizuje demokrację i rozwój społeczny. A Dostojewski powiada: skoro nigdy nie będziemy wolni, znajdźmy winę w sobie, zagłębmy się w nią; życie duchowe nas, niewolników, może być piękne, po co nam wolność, skoro mamy taki piękny i bogaty świat wewnętrzny. Każda władza umie to wykorzystać.

W pana „Śnie pluskwy” jednym z bohaterów jest inteligentny kagebista.

– To było profetyczne. Inteligentny kagebista, który na końcu zostaje demokratycznie wybranym prezydentem. Rosjanie zawsze tęsknili za kimś takim. Za Iwanem Groźnym, Piotrem I, Stalinem. Twardzielem, który potrafi rządzić tym wielkim krajem i w dodatku zachowuje się jak rosyjski Bond czy Rambo – albo przynajmniej potrafi pokazać w mediach, jak bierze za mordę głupotę, bandytyzm i złodziejstwo. Biedna inteligencja jest bezradna.

Robi „Lewiatana”.– Który powstał za państwowe pieniądze dla gromadki kinomanów.Putin świetnie się bawi, pozwalając inteligencji na takie rzeczy. Wpuszcza troszkę powietrza, a wszyscy myślą, że to wolność. Szczególnie Zachód: o, skoro Putin pozwala na takie filmy, to znaczy, że jest demokratą. Taktyka ćwiczona od pokoleń. Inna rzecz, że Rosjanie kochają wielkie talenty i znają się na sztuce. Władze też. Stalin prywatnie zachwycał się Bułhakowem czy Płatonowem.A Rosja prawdziwa? 20 lat temu jechałem pociągiem z Jenisejska, gdzie się urodziłem, do Krasnojarska. Otworzyłem bułgarski koniak, zaraz się dosiadł żołnierz, który wracał z przepustki. No i zaczął opowiadać, jak wygląda życie rosyjskiej armii. Kartofle kończą się u nas już w październiku, od października do połowy listopada jemy roztłuczone gotowane zboże. Jak się kończy, dostajemy kanadyjskie sztuczne kartofle, takie w blaszanych puszkach, do zalania ciepłą wodą. Wiesz, ja koniom w oczy nie mogę patrzeć, bo im podjadam owies. Główna rozrywka oficerów to wysyłanie nas po wódkę bez pieniędzy. Masz na wieczór skombinować butelkę. Inaczej mogą choćby i zastrzelić.

A dziesięć lat temu pojechałem do Moskwy zobaczyć, jak wygląda zoo po wielkiej przebudowie Jurija Łużkowa. Zamiast krat – wielkie pancerne szyby, bo podobno wnuczki mera źle reagowały na kraty, ale największą atrakcją była bajkowa ekspozycja dla dzieci. Z jednej strony siedem przerażonych koźląt, z drugiej trzy trzęsące się ze strachu świnki, a pośrodku, odgrodzony szybą, oszalały wilk. Kolejna baśń, o Żar-pticy – pusto, bo ptak akurat zdechł. I jeszcze wielkie akwarium, w którym siedzi obżarty kocur, a w kącie zbite w gromadkę myszy. Jak kot zgłodnieje, łapie mysz i zjada.

Dzieci przyglądające się szklanym więzieniom – to właśnie Rosja. I te złote wrota na Kremlu, przez które idzie i idzie Putin. Jak rycerz przez siedem gór i siedem rzek.

W ciągu dziesięciu lat mogło się poprawić.

– Jasne, lepiej doposażono jednostki specjalne, te, które wysyłają na Ukrainę.

Rozmowy kuchenne w Rosji – a mam tam wspaniałych i mądrych przyjaciół – wyglądały zawsze tak, że ech, nie gadajmy o polityce, porozmawiajmy o teatrze i o sztuce. W najgorszym razie o historii. Teraz jest jeszcze gorzej, w ogóle nie chcą rozmawiać. Strach znowu przeniknął do moskiewskich kuchni.

Boi się pan charyzmatycznych przywódców, którzy manipulują otoczeniem i je uwodzą. Jak młody Stalin z pana sztuki pod tym tytułem.

– Nie boję się, dopóki demokratycznie nie uwiodą klasy średniej. Ale akurat w Rosji w ogóle trudno mówić o klasie średniej. Tam jest odwieczny bój między tymi, którzy się dorobili, i tymi, którym się nie udało, więc jak przyjdzie tam prawdziwy kryzys ekonomiczny, wszystko może się zdarzyć. W końcu rewolucja październikowa to była walka o podział łupów między drobnomieszczaństwo i mieszczaństwo.

Natomiast w Polsce ta walka o klasę średnią, która jaka jest, taka jest, ale już jest, zaczyna być coraz bardziej pasjonująca.

A jak PiS dojdzie do władzy?

– To się będziemy zastanawiać. Może ministrem kultury zostanie Wanda Zwinogrodzka, niegdyś wybitna intelektualistka, która stała się ideologiem partyjnym? Będzie się działo.

Trumienna retoryka PiS może być dla pana inspirująca?

– Trumienna retoryka to polska tradycja od baroku. Od portretu trumiennego, który był najbardziej oryginalnym przejawem malarstwa w polskiej tradycji. Śmierć, katastrofa, apokalipsa, ofiara, mesjanizm odradzają się niczym Feniks z popiołów w pokoleniach najmłodszych twórców. To specjalność naszego zakładu.

Trudno uwierzyć, by trafiała do klasy średniej.

– W jakiś przedziwny sposób jednak trafia. A to celebrowanie irracjonalności powstania warszawskiego? Z drugiej strony – fascynacja Holocaustem? Nie mówiąc już na przykład o Apokalipsie według młodych polskich artystów, którzy przechodzą od socjologii do wizji Sądu Ostatecznego.

A spiritus movens tego trumiennego teatru jest polski Kościół, który podkręca tę mesjanistyczną retorykę, bo to jego być albo nie być. Internet zalewają kazania setek młodych księży, w których Apokalipsa i mesjanizm są lekiem na całe zło. To jest prawdziwe paliwo dla prawicy.

Prawie wszyscy myślący, wywodzący się z tradycji oświecenia księża już dawno są poza Kościołem, a jego istotą jest nawet nie ojciec Rydzyk, który prowadzi twardy biznes, ale ksiądz Natanek – symbol katolicyzmu barokowego, kontrreformacyjnego, gotowego egzorcyzmować i palić na stosie wszystko, co się da. Żeby zrozumieć, jaka nowa energia zaczyna napędzać dziś katolicyzm, oglądałem na YouTubie Natanka i ten cały jego barokowy teatr śmierci. Więcej w tym grozy niż śmiechu.

Kościół odciął się od Natanka. Został on suspendowany.– Ale miliony ludzi to oglądają i wierzę Natankowi, kiedy twierdzi, że jest idolem młodych księży. Nie przyjeżdżają co prawda do tego jego Biskupina, który zbudował w swojej rodzinnej wsi, ale kibicują mu w walce z szatanem, masonami, Żydami, Vaticanum II i wszystkim, co ma jakikolwiek związek z cywilizacją. Z wyjątkiem YouTube’a.Nie dostrzega pan w chrześcijaństwie żadnych wartości? Nawet w Biblii?– Biblia, którą jak każdy heretyk zacząłem czytać na własną rękę we wczesnej młodości, to wielka wartość kulturowa, moralna, społeczna i literacka. Wciąż jest jednym z kilku podstawowych źródeł wiedzy o naszej cywilizacji.

Problem mam z Kościołem w Polsce. Moim zdaniem u zarania naszego katolicyzmu tkwi dramat: nie mieliśmy świętego króla. Prawie wszystkie europejskie państwa czyniły świętym władcę, który ochrzcił ich kraj. Chrobry powinien zrobić świętym Mieszka. Wtedy mielibyśmy władzę religijną i świecką z jednego źródła.

I co by nam to dało?

– Religia wiązałaby się z szacunkiem do państwa. Jak w Europie Zachodniej albo w Skandynawii. Łączyłaby powinności moralne i obywatelskie. A u nas co? Bolesław Chrobry, zamiast uczynić świętym swego ojca, tego, który ochrzcił Polskę, wypędził wdowę po nim Odę i ich synów, a że młode państwo potrzebowało świętego, wykorzystał tego socjopatę z Pragi czeskiej.

Biskup Wojciech trafił do Polski, gdy go Czesi wypędzili za wyjątkowo krwawe prześladowania w imię chrześcijaństwa. Poszedł prześladować w Prusach i zginął właściwie przez przypadek – zabili go wierni rozwścieczeni nagabywaniem podczas obrzędu religijnego. Dla Chrobrego to był prezent z nieba: wykupił ciało Wojciecha i umieścił w katedrze w Gnieźnie. Zrobił fundament ideowy Polski z obcego świętego, odbierając siłę krajowi i pokazując, że państwo nie jest niczym ważnym, że można nim manipulować i wykorzystywać do swoich ambicji.

Ale to było nic w porównaniu z tym, co zrobiono z drugim świętym, Stanisławem, który działał przeciwko swojemu państwu za niemieckie pieniądze i podkopując Bolesława Szczodrego, zlikwidował je jako królestwo na kilkaset lat. I dziś na Wawelu, w świętym miejscu narodu, upokorzeni wielcy królowie leżą u stóp grobowca zdrajcy.

Gdybyśmy mieli świętego króla, to szanowalibyśmy instytucje państwa. A tak padamy na twarz przed Kościołem – instytucją, która zbudowała swoją siłę na spowiedzi, czyli na donosie.

Ależ spowiedź to donos nie na innych, tylko na siebie…

– Zaczyna się od siebie, kończy na innych. Tak działa psychika człowieka.

Kościół za pomocą donosicielstwa panuje nad państwem, a jak państwa nie ma – to nad społeczeństwem. Co jest nawet wygodniejsze, bo nikt nie przeszkadza. Niech pani spojrzy, my nieustannie zajmujemy się donoszeniem – nie tylko prawica – na sąsiadów, rodzinę, nauczycieli, polityków, władzę. A oni na nas. Na tym polega brak kośćca moralnego Polaków od tysiąca lat. Dlatego tak trudno nam zbudować więzi społeczne.

Podobnie zbudował swoje państwo-anty-Kościół Stalin: na samokrytyce i donosicielstwie. Nieprzypadkowo wychował się w seminarium, tam się tego nauczył.

Szarżuje pan…

– Jest gorzej: Kościół uczy korupcji. No bo po co jest Matka Boska? Przecież to ktoś, kto ma się wstawiać za kimś do Pana Jezusa, żeby się nie trzymać sztywno przepisów. A za tym zawsze kryje się jakaś łapówka…

Nie łapówka, ale miłosierdzie.

– Ale za miłosierdzie też trzeba jakoś zapłacić. Wszędzie tam, gdzie się uprawia kult Matki Boskiej – w Polsce, Ameryce Łacińskiej, w prawosławiu – tam jest taca. A na niej niezaksięgowane pieniądze. Na tym właśnie polega Kościół.

Pierwsza próba wprowadzenia chrześcijaństwa skończyła się masakrą. Znikło z Polski na długie lata. Dopiero Kazimierz Odnowiciel obudował Kościół według modelu niemieckiego, z probostwami, plebaniami jako podstawowymi jednostkami administracyjnymi. Liczono w nich nie tylko wiernych, ale też podatki.

Kościół to nie tylko taca i plebanie. Kościół to wiara w Boga, który jest miarą wszystkiego, i w sumienie, w którym rozsądzamy, czy robimy dobrze, czy źle.– O, przepraszam, Kościół nie ma z tym nic wspólnego. Jest bardzo wiele dowodów, że ludzie niewierzący lepiej rozsądzają, czy coś jest dobre, czy złe. Nie mówiąc już o religiach, które doskonale obchodzą się bez tak rozbudowanych instytucji.Czyli religia jest pana zdaniem niepotrzebna? Zlikwidowałby ją pan, tak?– Wielu ludziom jest potrzebna. Religie są wszędzie, na całym świecie ludzie mają potrzebę duchowości, próbują znaleźć swoje miejsce we wspólnocie emocji metafizycznych. Tylko że religie są używane do sprawowania kontroli nad społeczeństwem. Dlatego trzeba ich pilnować.

Jak?

– Przede wszystkim trzymać jak najdalej od państwa. Państwo powinno być świeckie. W Polsce państwo daje na Kościół dużo – utrzymuje katechetów, kapelanów, rozmaite formacje duszpasterzy, łoży na Świątynię Opatrzności. Ciekawe, kto i za co ją w przyszłości utrzyma.

I kto to mówi? Człowiek, o którym teatralni recenzenci, nawet „Gazety Wyborczej”, piszą, że ze swoimi przekonaniami śmiało może zostać premierem prawicowego rządu.

– Jestem romantycznym konserwatystą – jak Witkacy. Radykalny, jeśli chodzi o formy artystyczne i obyczajowość, i bardzo konserwatywny, jeśli chodzi o światopogląd, podejście do aksjologii. Był absolutnym centrystą, nie znosił skrajności, ani prawicy, ani lewicy. Uważał, że Stalin i Hitler to jedna para kaloszy, i tego się trzymał. Nie jestem prawicowcem. Trzymam się środka, uznaję, że to jest najzdrowsze. Bliska jest mi lewicowa wrażliwość. Jestem po stronie wykluczonych i wszelkich mniejszości. Ale jednocześnie uważam, że wartością jest rodzina i to, co działa w jej szeroko pojętym systemie, czyli na przykład ojczyzna.

Idealny polityk?

– W młodości fascynowałem się de Gaulle’em: antyklerykałem, który trzymał się z daleka od wszelkich ekstremów, prawicy, lewicy. I był ekonomicznym liberałem, ale też realistą, który rozumiał powinności państwa, na przykład wobec kultury. Nie miało to jednak nic wspólnego z marnotrawstwem. Strasznie mnie denerwuje ta odradzająca się saska Polska, która nie tylko w weekendy bawi się do upadłego.

Tęskni pan za powściągliwością? Nie jesteśmy luteranami, jesteśmy katolikami.

– Powinniśmy być powściągliwi, bo ciągle jesteśmy biednym krajem. Jak nauczymy się oszczędzać, czyli wydawać mniej, niż zarabiamy, to możemy zacząć mówić np. o różnych społecznych funkcjach państwa.

W Polsce mamy 500 festiwali teatralnych organizowanych za państwowe pieniądze. Czyli dziennie odbywa się półtora. Kto na tym zarabia? Na pewno nie artyści, bo większość ciągle bieduje. Dlaczego mamy tak dużo publicznych szkół aktorskich i dlaczego za pieniądze podatnika produkujemy tłumy aktorów do seriali i reklam w prywatnych telewizjach?

Państwo jest od tego, żeby utrzymywać kulturę. Ale nie po to, by wyrzucać pieniądze w błoto. A w Polsce coraz częściej mylimy wspomaganie z rozdawnictwem. Nie znoszę kawiorowej lewicy, cyników, którzy przetaczają się z jednej knajpy do drugiej ze sztandarami, na których mają wypisane skrajnie lewicowe hasła. I zagrzewają do rewolucji.

Świat pęka, potrzebuje zmian: solidarności społecznej i wspólnoty.

– Wierzy pani, że świat uratujemy, wracając do socjalizmu? Czy ci, którzy za patrona obierają sobie Lenina, nie wiedzą, że od niego jeden krok do totalitaryzmów i zbrodni?

Chyba jednak teraz większym zagrożeniem niż totalitaryzm są niesprawiedliwość i nierówność. Lepiej więc szybciej zmienić świat, niż czekać na despotę, który obieca wykluczonym, że zrobi porządek.

– Ale świat zmienia ewolucja. Każda rewolucja to miliony urzędników więcej. A potem zostaje i tak ewolucja, mozolne budowanie.

Mówiąc o kawiorowej lewicy, pije pan do recenzentów i tych reżyserów, którzy zarzucają panu, że w Teatrze Dramatycznym i na Woli, w „slobopleksie”, robi pan nieciekawy drobnomieszczański teatr, któremu „dramatycznie brakuje sukcesów”. Nie marzy się panu spektakl, który podbije festiwale? Jak sztuki Klaty, Strzępki, Kleczewskiej?

– Dziś wiele krajowych festiwali zaprasza przede wszystkim spektakle eksperymentujące, które cieszą oko krytyków i uspokajają sumienia urzędników od kultury. Jest sporo teatrów, które robią dobry, ambitny teatr repertuarowy, mają widownię, a nie brylują na festiwalach.

A moim zadaniem jako dyrektora teatru miejskiego nie jest jeżdżenie na festiwale – chociaż Dramatyczny zaczyna być zapraszany za granicę, na Węgry, Słowację czy do Izraela – ale robienie przedstawień dla warszawskich widzów. I dbanie, żeby było ich jak najwięcej.

Peter Brook mówi, że reżyserem jest ten, kto zrobi przedstawienie, na które przyjdzie publiczność. Wierzę w wolny rynek. Teatr musi się na nim sprawdzić. Za bilet widz musi zapłacić, choćby 20 zł. Jeśli chce to zrobić, to sztuka jest coś warta. Bezmyślne dotowanie wszystkiego jak leci przez socjalistów wykończyło kulturę we Francji, Hiszpanii i we Włoszech. A tam, gdzie artyści muszą walczyć o widzów, słuchaczy, czytelników, kultura kwitnie – jak w Niemczech czy Anglii.Chcę robić teatr bez polityki, taki, do którego można przyjść z rodziną. Dla inteligencji. Również dla – jak ich niektórzy określają – „jesionek”. Ludzie 50 plus, czyli stara inteligencja, lekarze, prawnicy, nauczyciele, często już na emeryturze, którzy są podstawą repertuarowego teatru, bo wychowali się na świetnych spektaklach w czasach, gdy do teatru chodziło się regularnie, a nie od święta. Tę grupę brutalnie wypędzono z teatrów w całej Polsce, bo mieli ich zastąpić młodzi. Ale młodzi nie przyszli i jest klops.Młody człowiek potrzebuje chleba, pracy, trochę igrzysk. Lewicowy teatr opowiada o tym, o czym ludzie gadają na grillach: o kredytach we frankach, dziadkach, którzy zostali na wsi, ukraińskich sprzątaczkach. Czyli o godności, poszukiwaniu tożsamości, relacjach z obcymi…– Ale teatr nie ma zastępować publicystyki. I tak jest zawsze spóźniony wobec gazet, telewizji, nie mówiąc już o internecie. Ten teatr, o którym pani mówi, jest bliższy happeningowi czy wiecowi, na który przychodzą przekonani. Do czego przekonywać przekonanych? Że jesteśmy strasznie odważnymi artystami, którzy głośno krzyczą, bo wolno? A jeszcze wszyscy mamy z tego pożytek, bo władza może pokazać, jaka jest otwarta, a artyści jacy są niezależni.

Z dwóch podstawowych funkcji, które dziś przypisano teatrowi, wolę edukację od propagandy. W kraju, w którym edukacja leży, a indoktrynacje katolicka i globalistyczna walczą o rząd dusz, potrzebujemy sensownej interpretacji Sofoklesa, Szekspira czy Gombrowicza. Refleksji nad kondycją człowieka we współczesnym świecie.

Teatr nie zmienia świata?

– Teatr powinien objaśniać świat, a nie go zmieniać. Zmieniać może nas, artystów, widzów. Bo teatr zaangażowany w doraźne sprawy żyje dzień, tydzień, rok, góra kilka lat. Kto dziś pamięta scenę studencką lat 70. czy literaturę zaangażowaną z czasów stanu wojennego? To były przeżycia pokoleniowe, które wychowały ciekawych obywateli, ale nie zmieniły świata.

Najlepsi ludzie teatru w PRL to byli właściwie twórcy reżimowi. Robili fenomenalne przedstawienia, bo im pozwoliła na to władza, która na wzór rosyjski traktowała teatr jako wentyl bezpieczeństwa. A artyści rozsadzali te ramy, które dostali, bo mówili właśnie o kondycji człowieka.

Ale gdyby nie zaangażowany Dejmek, nie byłoby marca 1968 roku.

– To był samozapłon. Dejmek nie przerobił „Dziadów” na publicystyczną agitkę. Sam był najbardziej zaskoczony, że tak się to potoczyło.

Jest pan wielbicielem polskiej klasy średniej?

– Doceniam, że powstaje. Po raz pierwszy w polskiej historii mamy ludzi, o których można powiedzieć: mieszczaństwo.

Na razie interesuje ich koniec własnego nosa, czyli grodzone osiedla, SUV-y, wakacje w Egipcie i posyłanie dzieci na balet.

– Ale przyjdzie taki moment, że gdy dzieci będą wyedukowane, a Egipt i SUV-y ich znudzą, przyjdą do teatru. Bo już nie dadzą rady wytrzymać tego telewizyjnego syfu. Przecież oni już tłumnie przychodzą do Jandy, bo tam są aktorzy, z którymi się identyfikują. To oni czekają na kolejny jubileusz „Metra” Stokłosy. Zaczynają przychodzić do nas.

Rzadko czytają książki…

– Dlatego wierzę w teatr, który bawiąc, uczy, a ucząc, bawi. A przy okazji opowiada pasjonujące historie. Nie chcę robić na scenie tylko multimedialnych zabaw z mikroportami.

Ale pana młodzi widzowie nie znają niczego innego. Siedzą w multimedialnym świecie internetu.

– I tracą wyobraźnię. A teatr może pomóc im ją odzyskać. Teatr to literatura, obraz, muzyka – najlepszy sposób na jej odrodzenie.

Po co jest właściwie teatr?

– Żeby oczyszczać i wyzwalać emocje, a jednocześnie myśleć i rozmawiać o tym, co jest wolnością, a co przeznaczeniem.

Mój ojciec był opowiadaczem. Wzięło mu się to z czasów, gdy siedział, jak matka, w łagrze za AK.Żeby zapanować nad błatnymi – po naszemu: zawodowymi kryminalistami, którzy grali w karty o cudzą głowę – opowiadał im Biblię, mity greckie, Sienkiewicza, Dumasa, przedwojenne filmy. A oni słuchali. I to ojcu zostało. W dzieciństwie, żeby opanować mnie i brata, robił to samo: Biblia z „Trylogią”, „Winnetou” z piratami, mity greckie z „Hrabią Monte Christo” i „Hamletem”. Do tego miałem jeszcze ciotkę pół-Rosjankę, która opowiadała mi rosyjskie baśnie, ale też Tołstoja, Gogola i Czechowa.Jak poszedłem do przedszkola, to panie zostawiały mnie z dziećmi, którym nawijałem jak ojciec tym łagiernikom, a same szły na zakupy. Na godzinę, dwie.Teatr to taka właśnie niekończąca się opowieść o tym, po co żyjemy, skąd idziemy, dokąd zmierzamy. Oczarowywanie.

W Magazynie Świątecznym:

Święta wojna na słowa
Polityczna poprawność pierze ludziom mózgi. Nie mają odwagi przyznać, że w krajach muzułmańskich kobiety są upadlane, a islamofobia to słowo stworzone, by zamykać nam usta

Prof. Marek Dziekan: Obcy islamu nie zrozumie
Demokracji nie da się wprowadzić na Bliskim Wschodzie z tych samych powodów, dla których nie da się w Polsce wprowadzić szariatu

Rodrigo Baggio: geek, który zmienia świat
Geniusz komputerowy, zamiast zarabiać miliony w Dolinie Krzemowej, podłączył brazylijskie fawele do internetu. Teraz przekonuje biznes, że zysk to nie wszystko

Nasza polska klasa. Rozmowa z Tadeuszem Słobodziankiem
Gdybyśmy mieli świętego króla, to szanowalibyśmy instytucje państwa. A tak mamy świętych biskupów. I padamy na twarz przed Kościołem – instytucją, która zbudowała swoją siłę na spowiedzi, czyli na donosie

Kapitalista w krainie bandytów
Jak wnuk szefa Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych uprawiał gospodarkę rynkową w imperium Putina

Tajemnica milczenia Umberta Eco
Co chciałby pan robić, zamiast odpowiadać na moje pytania? Bawić się z wnuczką, która ma 15 miesięcy – z Umbertem Eco (naprawdę i w myślach) rozmawia Jarosław Mikołajewski. Właśnie ukazuje się siódma powieść naukowca-pisarza „Temat na pierwszą stronę”

Terapia Laozi
Leczy z nadużywania siebie i innych, wynoszenia się ponad bliźnich, urojeń i ciągłej walki z życiem

Lenore Skenazy. Najgorsza mama świata
Dorośli mają popęd seksualny, a dzieci – pęd do zabawy, ich orgamem jest frajda. A teraz my, rodzice, postanowiliśmy własne dzieci z tej frajdy obrabować. Z założycielką ruchu Free Range Kids – Dzieci na Wolnym Wybiegu, rozmawia Maciej Jarkowiec

Wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: