Kk (10.07.2015)

 

W Senacie są „lepsi” politycy niż w Sejmie? Debata o in vitro pokazała, że trzeba się wziąć za Senat

Czy Senat powinien być zlikwidowany?
Czy Senat powinien być zlikwidowany? Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta

„Izba wyższa”, „izba refleksji”, „izba zadumy” – to najczęściej używane synonimy słowa „Senat”. Dlatego powszechnie wydaje się, że to miejsce, gdzie likwiduje się błędy Sejmu, prowadzi poważne dyskusje i rozważa nad przyszłością państwa. Nic bardziej mylnego. W Senacie są tacy sami politycy, jak w Sejmie. Tylko mniej znani, bo nikogo nie interesuje to, co robią. To bardzo dobra okazja, by w końcu zastanowić się, co dalej z Senatem. I czy jego istnienie ma w ogóle sens.

Debata senatorów o in vitro trwała 12 godzin i jak wszystkie posiedzenia Senatu została niezauważona. Ale przygotowany przez naTemat filmik z najbardziej absurdalnymi wypowiedziami „wybrańców” narodu w ciągu kilkunastu godzin obejrzało ponad pół miliona internautów. Komentarze pokazują, jak wielkim szokiem było dla nich to, co działo się przy Wiejskiej.

„Co oni tam biorą?”
„Włos na głowie się jeży !!! co oni tam biorą ?” – mówi najpopularniejszy komentarz z naszego fan page’a. „Ludzie wybrani do senatu powinni sobą coś reprezentować” – mówi inny. „Czyżby to byli sabotażyści pracujący na rzecz likwidacji senatu?! Jeżeli tak, to życzę im powodzenia!” – dodaje nasz czytelnik.

Wydźwięk komentarzy jest podobny. Bo w powszechnej świadomości Senat to miejsce nieco obok polityki, poza codzienną walką PiS-u i PO, bez awantur przed głosowaniami (bo tylko wtedy jest transmisja). Zresztą wskazują na to nawet synonimy, którymi określamy Senat: „Izba wyższa”, „izba refleksji”, „izba zadumy”. Taka opinia wynika z konstytucyjnej roli tego organu.

Maszynka do głosowania
Senat to w założeniu autorów ustawy zasadniczej miejsce, które patrzy na ręce Sejmowi. Po przegłosowaniu przez posłów ustawa trafia właśnie tam, senatorowie mogą zgłosić poprawki usuwające błędy posłów. Mają na to czas, bo nie piszą ustaw (choć oczywiście też mają inicjatywę), ale recenzują pracę Sejmu. Mogą też blokować podyktowane partyjnymi interesem niekorzystne rozwiązania.

Jak jest naprawdę? Senat jest całkowicie zdominowany przez Platformę Obywatelską (z jej list wybrano 63 senatorów), co jest efektem Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Swoich przedstawicieli ma jeszcze PiS (31), PSL (2) i Komitet Rafała Dutkiewicza (czyli inicjatywa Obywatele do Senatu). Do tego Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz i Kazimierz Kutz, którzy startowali ze swoich komitetów.

Tupnąć nogą
Efekt jest jednak taki, że Senat to w jeszcze większym stopniu maszynka do głosowania niż Sejm. Czasami senatorom udaje się usunąć jakieś defekty ustaw, nad którymi pracują. Czasami też stawiają opór partii-matce. Tak było w przypadku głosowania nad konwencją antyprzemocową – senatorowie wynegocjowali wtedy sfinansowanie przez rząd programu wsparcia dla opozycjonistów z czasów „Solidarności”.

Dlatego też obrady Senatu nie są interesujące dla opinii publicznej, a więc i mediów – wiadomo, że i tak zagłosują zgodnie z wolą rządu. Dlatego do Senatu dziennikarze chodzą tylko na kawę (jest tania i smaczna) albo na posiedzenia klubu PO (partia używa jednej z dużych sal do spotkań przed głosowaniami). Senatorowie więc przypominają posłów do Parlamentu Europejskiego: po prostu są. Raz na kilka lat głosujemy na nich, kierując się logiem partyjnym, bo nazwiska zazwyczaj nic nam nie mówią.

Senat spokojnej starości
Chcą więc podnieść swoją rozpoznawalność, pokazać wyborcom, że są aktywni, że walczą o ich interesy. Dlatego wykorzystali nośny temat in vitro, by się pokazać. Nieważne jak. Byle się pokazać. Senatorowie są jednak takimi samymi politykami jak cała reszta. Zresztą wielu z nich to byli posłowie lub ministrowie.

Podczas debaty równie księżycowe teorie przedstawiali Bogdan Pęk czy Jan Maria Jackowski. Obaj to senatorowie PiS i byli politycy LPR. Izabela Kloc, była posłanka PiS mówiła w debacie, że „koszty duchowe” in vitro są nie do oszacowania, a ponoszą je nie tylko rodzice, ale także politycy, którzy głosują nad ustawą. Izba to miejsce zsyłki polityków zepchniętych na margines lub zmierzających do emerytury (Kazimierz Kutz, Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz).

Po co nam taki Senat?
Utrzymanie Senatu kosztuje nas rocznie ok. 100 mln zł. Po co nam więc Senat? Jeszcze do niedawna izba wyższa zajmowała się rozdzielaniem pieniędzy dla Polonii, ale przegrała z ambicjami Radosława Sikorskiego, który wywalczył przejęcie tych kompetencji przez MSZ.

Debata taka, jak te o in vitro, daje argumenty tym, którzy Senat chcą zlikwidować. Wskazują, że wystarczającą blokadą dla lekkomyślności Sejmu jest prezydenckie weto. Pojawiają się też głosy, że prezydent nie powinien go mieć, a Senat wystarczy. W każdym razie dzisiaj zadania prezydenta i Senatu w tej dziedzinie się dublują. Zupełnie niepotrzebnie.

Warto więc zacząć nie od likwidowania Senatu, ale jego dogłębnej reformy. Popularny jest postulat przekształcenia jej w izbę samorządową, będącą głosem poszczególnych regionów. Tylko czy to podniesie poziom senatorów? Patrząc na środową debatę o in vitro mam poważne wątpliwości.

naTemat.pl

Głosujmy roztropnie, bo będziemy żałować

Piotr Beniuszys, 10.07.2015
Jarosław Kaczyński i Beata Szydło

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja)

Stawka wyborów jest duża. To groźba zmiany konstytucji
Platforma Obywatelska zasługuje na karę przy urnach. Pytanie brzmi, na ile warto, karząc ją, odmrozić sobie uszy, strzelić w stopę czy uciąć gałąź, na której spoczywają własne cztery litery. Bo aktualne sondaże pokazują, że nasza tegoroczna decyzja w wyborach do Sejmu może nie być tylko wyborem polityki szczegółowej, bieżącej i codziennej: między kontynuacją technokratycznego zarządzania modernizacją w stylu PO a gromko konserwatywnym, szarpiącym się w niektórych newralgicznych dziedzinach, acz pragmatycznym w innych, werbalnym radykalizmem PiS.

Młodzi wyborcy lat 2005-07 nie pamiętają, niektórzy starsi mówią, że nie były one wcale takie straszne, po czym cytują gospodarcze statystyki. Zgoda, mogło być gorzej, a nie było. Nie było, bo w 2005 r. podjęliśmy tylko decyzję na płaszczyźnie bieżącej polityki, a większość, którą PiS mógł skonstruować, była nieduża, a przede wszystkim bardzo chybotliwa.

Tymczasem jednak wydaje się, że nasz wybór w roku 2015 może mieć inną naturę. Może być wyborem na płaszczyźnie konstytucyjnej – ustrojowej. Wspomniane sondaże zaczynają prognozować powstanie w Sejmie większości konstytucyjnej PiS i listy Pawła Kukiza.

Oczywiście, są tu trzy niewiadome.

Po pokazaniu list z udziałem „judeosceptycznych” narodowców i słabo zakamuflowanych starych politycznych wyjadaczy ze stażem w czymś takim jak PPChD (Polska Partia Chrześcijańskich Demokratów) Kukiz może stracić nawet ponad połowę elektoratu i skończyć z 8 proc. (Oby tak się stało!).

Do żadnej współpracy PiS – Kukiz na płaszczyźnie konstytucyjnej może nie dojść, bo PiS odrzuci JOW-y, a Kukiz zbuntuje przeciwko Kaczyńskiemu swoich posłów, skazując PiS nawet na rządzenie mniejszościowe.

Zbieranina Kukiza rozsypie się podobnie jak Palikota i Sejm zmieni się w mozaikę, w której większość konstytucyjna będzie niemożliwa.

Co jednak, jeśli im się uda zawiązać solidny sojusz na cztery lata? I to na bazie obecnie prognozowanych wyników, w których PiS i Kukiz razem dostają 52 proc. głosów, a ich jedyna opozycja PO – 23 proc.? Przy takim wyniku powstaje większość konstytucyjna zagrażająca samej esencji liberalno-demokratycznego ustroju.

Nowa ustawa zasadnicza zapewne musiałaby przejść test referendalny, ale byłaby to być może jedyna bariera przed wprowadzeniem dokumentu, którego zręby znamy z wcześniejszych przedłożeń PiS.

Dokumentu wzorowanego na niedemokratycznej, antyobywatelskiej i antywolnościowej konstytucji kwietniowej z 1935 r. Ograniczającej narzędzia obrony obywatela przed omnipotencją państwowej machiny biurokratycznej i organów ścigania. Zawężającej wolność słowa poprzez koncesje, kontrole, nękanie i zastraszanie. Czyniącej iluzorycznym trójpodział władzy poprzez kastrację pozycji Trybunału Konstytucyjnego. Otwierającej drogę do rujnowania gospodarki przez socjalistyczny populizm rządów, poprzez zniesienie niezależności RPP w kreowaniu polityki monetarnej. W końcu, wprowadzającej jaskrawo czytelne zręby katolickiego państwa wyznaniowego.

Dlatego pytam Cię, Wyborco. Może nie Ciebie, Wyborco PiS, który najprawdopodobniej chciałbyś właśnie takiej konstytucji, ale Ciebie, Wyborco Kukiza. Czy aby na pewno chcesz żyć w kraju, w którym umocowanie w prawie dostaną różne „autorytety” i instytucje, państwowe i kościelne, tak aby: + wyznaczać Ci styl życia, + wyręczać Cię w życiowych wyborach, + standaryzować Twoją osobowość, + wciskać propagandę „jedynie słusznej drogi” i jedynych słusznych wartości, + stępiać Twój zmysł krytyczny i samodzielne myślenie, + pozbawiać Cię wrażliwości, tolerancji i empatii wobec Innego, + w końcu szczuć na nieprawomyślne mniejszości, a także ludzi o niepożądanych poglądach, czyli np. na mnie?

Czy aby na pewno ta prawicowa wizja, która materializuje się na Węgrzech, w kraju, gdzie elementem codzienności stały się paramilitarne bojówki, a w parlamencie robi się „listy Żydów”, to coś dla Ciebie?

Jedno jest pewne, od tego wszystkiego nie przestaniesz być prekariatem.

Podejdźmy do tych wyborów odpowiedzialnie, rozważnie i roztropnie. A przede wszystkim znajmy stawkę! W nich nie waży się bowiem tylko przyszłość Ewy Kopacz i jej niewydarzonych najczęściej kolegów partyjnych, ale przyszłość obywateli.

Realnym celem w tym roku musi być wybranie Sejmu, w którym nikt nie będzie mógł zmienić konstytucji. Być może PiS powinien przejąć odpowiedzialność za kraj. Ale nie dajmy mu przy okazji wolnej ręki w decydowaniu o naszym życiu prywatnym i osobistym, bo pisanie nowej konstytucji to właśnie może oznaczać. Inaczej będziemy gorzko żałować i pytać: „Jak mogliśmy być aż tacy głupi?”.

Piotr Beniuszys – politolog i socjolog, członek zespołu redakcyjnego i autor licznych publikacji w „Liberté!”

Zobacz także

wyborcza.pl

Rusza watykański proces byłego arcybiskupa Józefa Wesołowskiego. Pierwsza rozprawa w sobotę

z Watykanu Sylwia Wysocka, mkd, PAP, 10.07.2015
W sobotę w Watykanie rozpocznie proces karny byłego nuncjusza na Dominikanie Józefa Wesołowskiego. Były biskup jest oskarżony o pedofilię i posiadanie materiałów z pornografią dziecięcą. Wszystko wskazuje na to, że swój proceder kontynuował nawet po odwołaniu ze stanowiska i zatrzymaniu w Watykanie. Grozi mu od 7 do 9 lat więzienia.
Watykan

Watykan (Wikimedia Commons / CC-BY-SA-3.0,2.5,2.0,1.0 / Monchelsea)

 

Proces otwiera nowy rozdział w historii walki Kościoła z pedofilią i w sądownictwie Watykanu. To pierwszy za Spiżową Bramą proces karny w sprawie tych ciężkich zarzutów.

Na ławie oskarżonych zasiada były wysoki rangą dostojnik, do niedawna watykański dyplomata, już pozbawiony immunitetu i przedstawiany nie jako arcybiskup, lecz z imienia i nazwiska. Należy to wiązać z zeszłorocznym wyrokiem trybunału kanonicznego przy Kongregacji Nauki Wiary, który wymierzył mu najcięższą karę, czyli wydalenie ze stanu kapłańskiego. W sierpniu minionego roku złożył on apelację od tego wyroku i nadal czeka na jej rozpatrzenie, jednak fakt pomijania godności arcybiskupa przy jego nazwisko dowodzi, iż decyzja jest przesądzona.

Pierwsza rozprawa bez byłego biskupa?

Nie jest jasne, czy były 67-letni nuncjusz przyjdzie na rozprawę. Wcześniej rzecznik Watykanu ksiądz Federico Lombardi nie wykluczył jego nieobecności.

Pierwsza rozprawa będzie miała charakter publiczny, ale biorąc pod uwagę delikatność rozpatrywanych kwestii następne posiedzenia sądu być może będą odbywać się już za zamkniętymi drzwiami. Do sali sądowej wejdzie kilku dziennikarzy akredytowanych w watykańskim biurze prasowym; nie będzie jednak ani operatorów kamer, ani fotografów.

Proces – zwycięstwem Franciszka?

Otwarcie procesu nastąpi w chwili, gdy papieża Franciszka nie będzie w Watykanie; przebywa z pielgrzymką w Ameryce Południowej. Postawienie przed watykańskim sądem najwyższego rangą w historii Kościoła dostojnika oskarżonego o pedofilię interpretowane jest jako zwycięstwo linii Franciszka, zainicjowanej jeszcze przez Benedykta XVI. To zarazem, jak dodają watykaniści, największa plama na pontyfikacie niesłychanie popularnego papieża, na który przypadło też rozliczenie jednego z największych skandali w historii Kościoła.

Opóźnienie. Powód? Ogrom dokumentów

Proces zostanie otwarty pół roku później niż pierwotnie planowano. Opóźnienie wynika z ogromu materiałów, jakie były przez wiele miesięcy przedmiotem dochodzenia, w trakcie którego pomocy Watykanowi udzielił wymiar sprawiedliwości Dominikany, gdzie były arcybiskup był nuncjuszem do sierpnia 2013 roku i gdzie dopuścił się czynów pedofilskich wobec chłopców.

Dominikana, która chciała sama najpierw go osądzić i rozważała nawet wniosek o jego wydanie, odstąpiła od tego zamiaru w związku z procesem za Spiżową Bramą. Prokuratura z Santo Domingo wysłała natomiast zeznania ofiar czynów pedofilskich oskarżonego.

100 tys. pedofilskich plików

Nie wyklucza się, że konieczne będą dalsze ekspertyzy techniczne w sprawie tysięcy plików z pornografią dziecięcą, znalezionych w komputerach Wesołowskiego; włoska prasa pisała o 100 tys. takich plików.

W grudniu 2014 roku doszło do wydarzenia o dużym symbolicznym wymiarze; papież spotkał się w Watykanie z prokuratorem generalnym Dominikany Francisco Rodriguezem Brito, z którym rozmawiał krótko o sprawie oskarżonego. Franciszek zachęcił wymiary sprawiedliwości Watykanu i Dominikany do współpracy w dążeniu do prawdy – poinformowano potem w komunikacie. Było to pierwsze takie spotkanie w historii zmagań Kościoła i Watykanu z problemem pedofilii w szeregach duchowieństwa.

Odroczenie do jesieni?

Wiele wskazuje na to, że zaraz po sobotnim otwarciu proces może zostać odroczony na przełom września i października, czyli po zakończeniu letniej przerwy. Ile potrwa całe postępowanie – nie wiadomo; być może nawet rok.

Wyjątkowość tego procesu wynika również z tego, że po raz pierwszy były arcybiskup Kościoła katolickiego będzie sądzony przez skład sędziowski złożony wyłącznie z osób świeckich. Przewodniczącym składu będzie prezes trybunału Giuseppe Dalla Torre, a obok niego zasiądą sędziowie Piero Antonio Bonnet i Paolo Papanti Pelletier. Oskarżycielem będzie Gian Piero Milano oraz wspomagający go prokuratorzy Alessandro Diddi i Roberto Zannotti.

Obrońcą Wesołowskiego jest mecenas Antonello Blasi, specjalista prawa cywilnego i kanonicznego, związany z trybunałem Roty Rzymskiej i Papieskim Uniwersytetem Laterańskim. Został on mianowany jego adwokatem z urzędu w chwili aresztowania we wrześniu 2014 roku, a następnie potwierdzony jako jego obrońca.

Nagła dymisja dyplomaty

Skandal wybuchł na początku września 2013 roku, kiedy media ujawniły, że kilkanaście dni wcześniej, 21 sierpnia, abp Wesołowski został zwolniony ze stanowiska nuncjusza apostolskiego na Dominikanie i delegata w Portoryko, które zajmował przez ponad 5 lat z nominacji Benedykta XVI, po długiej wcześniejszej karierze dyplomatycznej za czasów Jana Pawła II w różnych krajach świata.

Decyzję o jego natychmiastowym zdymisjonowaniu podjął papież Franciszek po tym, jak do Watykanu dotarły informacje od przedstawicieli Kościoła na Dominikanie. Ale już wcześniej o jego podwójnym życiu informowały tamtejsze media.

Podwójne życie nuncjuszaPrawdę o nim pierwsza ujawniła dziennikarka śledcza Piera Nuria, która dowiedziała się o pierwszych podejrzeniach w 2012 roku. Po miesiącach prywatnego śledztwa, rozmów i poszukiwań telewizja na wyspie nadała reportaż, w którym pokazano nagrane z ukrycia sceny z udziałem ówczesnego nuncjusza na deptaku, cieszącym się ponurą sławą jako miejsca prostytuowania się nieletnich.

Na jaw wyszło, że watykański dostojnik zmuszał młodych chłopców do czynów seksualnych, a jego komputer zawierał ogromne ilości materiałów z pornografią dziecięcą. Jedną z jego ofiar był 13-letni epileptyk, który otrzymywał leki od arcybiskupa w zamian za usługi seksualne.

Diakon zeznaje przeciw biskupowi

Największym „oskarżycielem” Wesołowskiego, ujawniającym sekrety przestępczej działalności, stał się miejscowy diakon Francisco Javier Occi Reyes – jego asystent, a potem wspólnik w całym procederze – aresztowany pod zarzutem pedofilii w czerwcu 2013 roku. Opowiedział, że był zmuszany przez arcybiskupa do rekrutacji dzieci, które on potem seksualnie wykorzystywał.

Emisja materiałów w dominikańskiej telewizji, a także protesty części miejscowych biskupów nakłoniły Watykan do zajęcia się tą sprawą, bo – jak się zauważa – mimo kolejnych oskarżeń kierowanych pod adresem nuncjusza dalej pełnił on swą funkcję.

Minęły miesiące zanim miejscowy Kościół zdystansował się od nuncjusza, przeciwko któremu prokuratura na Dominikanie już wtedy prowadziła śledztwo w rezultacie zeznań byłego diakona.

Szybka reakcja Franciszka

Gdy papież Franciszek dowiedział się o skandalu po powrocie z pielgrzymki do Brazylii, zdymisjonował nuncjusza i wezwał go do Rzymu. Były dyplomata zamieszkał w domu dla księży w centrum Wiecznego Miasta, w którym do chwili konklawe w marcu 2013 roku nocował także kardynał Jorge Mario Bergoglio.

W Watykanie nadal gromadził pornografię

Jak wynika z ogłoszonego w czerwcu tego roku komunikatu podczas pobytu w Rzymie, najpierw w tym hotelu, a następnie w opactwie benedyktynów przy bazylice Świętego Pawła za Murami, Józef Wesołowski kontynuował przestępczy proceder, polegający na gromadzeniu materiałów zawierających pornografię dziecięcą.

Wyznaczając w połowie czerwca termin rozpoczęcia procesu Watykan bowiem wyjaśnił: „byłemu dostojnikowi postawiono zarzuty dotyczące przestępstw popełnionych zarówno podczas jego pobytu w Rzymie od sierpnia 2013 roku do aresztowania 22 września 2014 roku, jak i pięcioletniego okresu spędzonego w Republice Dominikany, gdy pełnił urząd nuncjusza apostolskiego” .

Skandal na cały świat

Nieoczekiwane aresztowanie Wesołowskiego, wezwanego do Watykanu pod pretekstem dochodzenia, było wydarzeniem sensacyjnym. Były nuncjusz przybył w związku z toczącą się sprawą, ale nie domyślając się, że watykański prokurator przedstawi nakaz aresztowania.

Watykan wytłumaczył wtedy, że ze względu na stan zdrowia, dostojnik nie trafił do celi żandarmerii za Spiżową Bramą, lecz do aresztu domowego w domu franciszkanów, spowiedników z bazyliki Świętego Piotra. Po dwóch miesiącach areszt ten formalnie zdjęto, ale były nuncjusz ma ograniczone możliwości poruszania się i kontaktowania ze światem, choć wychodził poza teren Watykanu i był widywany w jego okolicach.

„Przesiadywał codziennie, obserwując dzieci”

W grudniu 2014 roku na łamach magazynu dziennika „La Repubblica” ukazał się obszerny reportaż, który ujawnił dalsze kulisy przestępczej działalności Wesołowskiego na Dominikanie. Pracownicy restauracji na nabrzeżu w Santo Domingo opowiedzieli, że przesiadywał u nich codziennie, obserwując dzieci, a swoje zainteresowanie nimi tłumaczył tym, że im pomaga prowadząc fundację zbierającą pieniądze.

Według włoskich mediów nie wyklucza się, że obrona Wesołowskiego podczas procesu wystąpi o ekspertyzę psychiatryczną oskarżonego. Oskarżenie będzie zapewne domagać się przesłuchania świadków. Po wydaniu wyroku Wesołowski będzie mógł się on od niego odwołać.

gazeta.pl

ruszaProces

Misja do ostatniej (eks)planety

Karol Wójcicki, 10.07.2015
Sonda New Horizons zbliża się do Plutona - wizja artysty.

Sonda New Horizons zbliża się do Plutona – wizja artysty. (JOHNS HOPKINS UNIVERSITY APPLIED PHYSICS LABORATORY)

Gdy 9,5 roku temu wystrzelono sondę New Horizons, Pluton był jeszcze planetą. Od tamtej pory sporo się zmieniło. W najbliższy wtorek w ciągu kilku godzin dowiemy się o tej planecie karłowatej więcej niż przez ostatnie 85 lat.
Mam go do dziś. Certyfikat, który potwierdza, że 19 kwietnia 2005 r. moje nazwisko zostało nagrane na płycie CD, która na pokładzie sondy New Horizons nieco ponad pół roku później ruszyła w stronę Plutona – ostatniej planety Układu Słonecznego.Dziś mało kto używa tego typu nośnika danych, ale wtedy był całkiem popularny. Na przestrzeni 10 lat zmieniło się całkiem sporo. Najważniejszą zmianą jest jednak to, że Pluton był wtedy jeszcze planetą i miał tylko jeden księżyc – Charona. Parafrazując stare powiedzenie: „Astronomowie redefiniują pojęcie planety, a sonda leci dalej”. No i po 9 latach doleci we wtorek. Jednak już nie do planety, lecz planety karłowatej Pluton.

Nieznane (i dziwaczne) wody

Pluton zawsze był nieco egzotyczny i tajemniczy. Już jego przydomek – Planeta X – nadany mu jeszcze przed odkryciem – sugerował, że w jego przypadku zawsze będzie więcej pytań niż odpowiedzi. I tak faktycznie było przez ostatnich 85 lat, choć sama planeta miała być właśnie odpowiedzią na nieregularności w ruchu Neptuna. Obserwacje ósmej planety nie pokrywały się z teoretycznymi wyliczeniami jej pozycji, co pozwalało astronomom sądzić, że gdzieś w ciemnościach skrywa się kolejna planeta zaburzająca ruch gazowego olbrzyma.

W 1915 r. Percival Lowell ustalił dwie potencjalne pozycje Planety X. Po długich poszukiwaniach w 1930 r. amerykański astronom Clyde Tombaugh odnalazł na zdjęciach tajemniczy glob. Okazał się on jednak nie odpowiedzią, ale kolejną zagadką! Jego obserwacje pozwoliły stwierdzić, że ma on zbyt małą masę i jest zbyt daleko, aby mógł wpływać na ruch Neptuna. Dopiero pod koniec lat 80. za sprawą obserwacji sondy Voya- ger 2 okazało się, że „nieregularności” w ruchu Neptuna były wynikiem przeszacowania jego masy.

Po tej całej historii pozostała nam nowa, dziewiąta planeta Układu Słonecznego. Pluton nazwany został na cześć rzymskiego boga podziemi i krainy umarłych. Odległe, ciemne i mroźne peryferia Układu Słonecznego, w których się poruszał, pasowały jak ulał do tej nazwy. Nie pasowało jedynie to, że jej propozycję wysunęła 11-letnia dziewczynka – Venetia Burney.

Obserwacje Plutona w 1978 r. pozwoliły odkryć jego pierwszy księżyc. Otrzymał on nazwę Charon od mitologicznego przewoźnika dusz przez rzekę Acheron (Styks). Odkrycie Charona sprawiło, że Pluton stał się jeszcze dziwniejszy! Okazało się, że Charon jest niezwykle duży w stosunku do obieganej planety – Pluton jest niecałe dwa razy większy od Charona. To nawet więcej niż stosunek rozmiarów i tak podejrzanie dużego Księżyca do naszej Ziemi. Charon obiega planetę w 6 dni 9 godzin i 17 minut. Tyle samo trwa obrót Plutona wokół własnej osi. W wyniku tego oba ciała są do siebie zwrócone zawsze tą samą stroną. Prędkość biegu Charona wokół Plutona oraz stosunek ich mas i rozmiarów stwarzają jeszcze jeden precedens wśród planet Układu Słonecznego – oba ciała krążą wokół wspólnego środka masy, który wypada nad powierzchnią Plutona! Pozwalało to niektórym astronomom przypuszczać, że nie mamy tu do czynienia z typowym układem planeta – księżyc, ale że jest to planeta podwójna. Takie określenie nigdy się jednak oficjalnie nie przyjęło.

Poza odkryciem w 2005 r. dwóch dodatkowych księżyców Plutona (dziś wiemy o istnieniu łącznie pięciu naturalnych satelitów tej planety) o samym globie wiedzieliśmy wyjątkowo mało. Był on zbyt odległy dla ziemskich, a nawet kosmicznych teleskopów. W każdym wyglądał jak mała gwiazdka. Były nawet pomysły, aby Plutona w 1986 r. zbadała bliżej sonda kosmiczna Voyager 1, która badała Jowisza i Saturna. Jednak plany zmieniono na korzyść Tytana – największego księżyca Saturna.

Do Plutona i jeszcze dalej!

Na przełomie lat 80. i 90. coraz głośniej zaczęto dyskutować o potencjalnej misji, która miałaby zbadać najodleglejszą planetę Układu Słonecznego. Do nacisków na NASA poza nieformalną grupą astronomów nazywających się „plutonowym podziemiem” dołączyła również amerykańska poczta. Wypuściła ona znaczek pocztowy z wizerunkiem Plutona i dopiskiem „Pluton – jeszcze niezbadany”. Jedyna planeta odkryta przez Amerykanina była oczkiem w głowie narodu. Jej znanym na całym świecie swego rodzaju ambasadorem stał się pies Myszki Miki Pluto, nazwany tak na cześć planety.

NASA prace nad koncepcją misji do Plutona rozpoczęła na początku lat 90. Skłoniło ją do tego odkrycie Pasa Kuipera – zewnętrznego pasa planetoid znajdującego się poza orbitą Neptuna, którego Pluton mógł być częścią. Kilka propozycji misji zostało odrzuconych i dopiero w 2001 r. NASA ogłosiła decyzję o realizacji projektu New Horizons, która stała się pierwszą misją nowego programu NASA – New Frontiers (Nowe Granice). Założenia programu pozwalały na zbudowanie misji, której łączny koszt na przestrzeni 15 lat miał zamknąć się w 650 milionach dolarów.

Do wystrzelenia sondy doszło na pokładzie rakiety Atlas V 19 stycznia 2006 r. Stało się to na pół roku przed redefinicją przez Międzynarodową Unię Astronomiczną znaczenia planety. Dlatego w chwili startu Pluton był jeszcze dziewiątą planetą Układu Słonecznego, jednak od końca lipca 2006 r. sonda podróżuje już do planety karłowatej Pluton.

W chwili startu New Horizons była najszybciej opuszczającą Ziemię sondą kosmiczną w historii – poruszała się z prędkością 16,26 km/s! Wystarczy wspomnieć, że astronauci w ramach misji Apollo podróżowali do Księżyca ok. 3 dni. New Horizons minęła naszego satelitę po ok. 9 godzinach lotu. Skierowana została od razu na orbitę transferową do Plutona z planowanym przelotem obok Jowisza w 2007 r. Pozwoliło to na przelot obok eksplanety po 9 latach podróży.

Prochy na pokładzie

Na pokładzie sondy znajdują się instrumenty naukowe pozwalające na dokładne sfotografowanie Plutona i jego księżyców, zbadanie mineralogiczne powierzchni globów oraz pomiary ciśnienia i temperatury atmosfery Plutona. Do tego, korzystając z obecności w zewnętrznych rejonach Układu Słonecznego, sonda zbada między innymi gęstość wiatru słonecznego w tym miejscu.

Na pokładzie sondy znajduje się ponadto pojemnik z prochami odkrywcy Plutona Clyde’a Tombaugha oraz wspomniana płytka CD z nazwiskami 435 000 osób, które wpisały się na listę chętnych.

Głównym celem misji New Horizons jest dokładne zbadanie układu Plutona i jego księżyców, Pasa Kuipera i zmian zachodzących we wczesnym Układzie Słonecznym. Sonda ma przelecieć obok Plutona w odległości zaledwie 12 500 km 14 lipca o godzinie 13.50 czasu polskiego. Moment jest podwójnie historyczny – w kolejnych latach będziemy tego dnia wspominali nie tylko pierwszy przelot sondy obok Plutona, ale również obok Marsa. Dokładnie 50 lat temu, 14 lipca 1965 r., sonda Mariner 4 jako pierwsza w historii przeleciała obok Marsa, dostarczając nam jego pierwsze fotografie. Przelot sondy obok Plutona będzie więc pięknym uczczeniem innego ważnego momentu w historii badań kosmosu.

W chwili największego zbliżenia sonda minie planetę z prędkością 13,78 km/s! Nie ma więc mowy o wejściu na orbitę. W trakcie trwającego kilka godzin przelotu New Horizons będzie miała jedyną szansę na wykonanie zdjęć i pomiarów, a następnie pomknie dalej na zewnątrz Układu Słonecznego. Kilkanaście godzin po przelocie skieruje swoją antenę w stronę Ziemi i zacznie przesyłać zgromadzone dane. Szacuje się, że ich pełne przesłanie może potrwać nawet rok – sonda komunikuje się z Ziemią z zawrotną prędkością od 600 do 1200 bitów na sekundę. Sam sygnał radiowy podróżuje do naszej planety ponad 4,5 godziny.

Na przelocie obok Plutona jednak się nie skończy. Po jakimś czasie naukowcy odpalą jeszcze raz silniki sondy, aby lekko zmodyfikować jej orbitę. Pozwoli to przed 2020 r. przelecieć w bliskiej odległości obok jeszcze jednego obiektu Pasa Kuipera. Znajdujący się na pokładzie generator termoelektryczny pozwoli sondzie na działanie do ok. 2020 r. Później zamilknie na zawsze i pomknie poza Układ Słoneczny.

Dlaczego Pluton nie jest już planetą?

Dzieciaki urodzone po 24 sierpnia 2006 r. przyszły już na świat, w którym Układ Słoneczny miał tylko osiem planet. Tego dnia Międzynarodowa Unia Astronomiczna podczas obrad w Pradze zdecydowała o utworzeniu nowego rodzaju obiektów w Układzie Słonecznym – planet karłowatych.

Stało się to w wyniku odkrycia w styczniu 2005 r. obiektu o rozmiarach większych od Plutona, który krążył poza jego orbitą. Wywołało to nie lada konsternację. Czy nowy obiekt powinien stać się dziesiątą planetą? A może to Pluton – dziwaczna niby-planeta podwójna – nie powinna zasługiwać na ten tytuł?

Debatowano do momentu, aż zdano sobie sprawę, że w zasadzie nikt dokładnie nie potrafi odpowiedzieć, czym w zasadzie jest planeta. Postanowiono więc pochylić się nad tym problemem i ustalono, że planeta to obiekt spełniający jednocześnie trzy kryteria: znajduje się na orbicie Słońca, posiada wystarczającą masę, by w procesie powstawania przyjąć kształt kulisty, oraz oczyszcza sąsiedztwo swojej orbity z innych względnie dużych obiektów.

Szybko okazało się, że Pluton nowej definicji nie spełniał. Co prawda krąży wokół Słońca i na pewno ma kształt kulisty, ale jednocześnie jest jednym z wielu niewielkich ciał Układu Słonecznego krążących poza orbitą Neptuna. Dla ciał, które, podobnie jak Pluton, spełniają jedynie dwa pierwsze kryteria nowej definicji planety, wyznaczono nową nazwę – planety karłowate. Świetnie podpadał pod nią nie tylko Pluton, ale też Ceres – największa planetoida krążąca w pasie planetoid między Marsem i Jowiszem. Ma ewidentnie kulisty kształt i, co ciekawe, po odkryciu w 1801 r. została ogłoszona planetą. Dopiero kilkadziesiąt lat później spotkał ją podobny los jak kilka lat temu Plutona i stała się planetoidą.

Odkryty za Plutonem obiekt, który wywołał całe zamieszanie został nazwany Eris – na cześć greckiej bogini niezgody, chaosu i nieporządku.

Zobacz także

wyborcza.pl

planetaX

Czy Kopacz się wyciszy, a Szydło przebudzi? Strategie PiS i PO na kampanię wyborczą

Renata Grochal, Agata Kondzińska, 10.07.2015
Ewa Kopacz, Beata Szydło

Ewa Kopacz, Beata Szydło (fot. SŁAWOMIR KAMIŃSKI, CZAREK SOKOLOWSKI)

W PO cieszą się z tego, że dzięki starciu Kopacz – Szydło wraca polaryzacja, która służy partii, a może być śmiertelna dla Kukiza. PiS stawia na gospodarkę, a chowa sprawy światopoglądowe.
Wybory parlamentarne będą starciem premier Ewy Kopacz i Beaty Szydło desygnowanej na premiera przez PiS. Obie jeżdżą po kraju i przekonują do siebie wyborców.- Kopacz jest trochę nadpobudliwa, w trudnych sytuacjach niepewna siebie. Przez drżący głos sprawia wrażenie, jakby miała się zaraz rozpłakać. Szydło przeciwnie – jest za mało energiczna, jej głos wręcz usypia – ocenia socjolog z UJ Jarosław Flis.

Dla PO najgorsza buta

Kopacz przez całe wakacje ma się spotykać z wyborcami. Jeśli weźmie urlop, to krótki. Odwiedziła już Śląsk, Łódzkie, Pomorze, była na Mazowszu. Chce odzyskać społeczne poparcie.

Jej strategia będzie oparta na dwóch filarach: podkreślanie pokory, że PO wyciągnęła wnioski z kary wymierzonej przez wyborców, i pokazywanie, że alternatywą dla Platformy jest koalicja PiS z Kukizem. PO zleciła duże badania fokusowe (pogłębione wywiady grupowe), z których wynika, że Polacy bardziej boją się koalicji PiS i Kukiza niż samodzielnych rządów PiS. Widzą w tej koalicji źródło klerykalizacji Polski i nieodpowiedzialnej polityki gospodarczej. To czynnik mobilizujący elektorat Platformy.

Dlatego Ewa Kopacz powtarza, że realizacja obietnic PiS to prosta droga do scenariusza greckiego. Na tym tle Platforma będzie się prezentować jako partia, której dalsze rządy mają oznaczać stabilność i bezpieczeństwo rozumiane nie tylko w kontekście militarnym, ale także ekonomicznym.

Co ciekawe, z badań wynika, że Polacy mniej boją się antyeuropejskości PiS, gdyż ich zdaniem Polska jest na tyle zakorzeniona w UE, że nawet rządy niechętnych Unii populistów nie zawrócą jej z tego kursu. To trudne dla Platformy, która dotąd w kampaniach eksploatowała wątek eurosceptycyzmu PiS.

Bliski współpracownik Ewy Kopacz mówi, że głównym problemem PO nie jest dziś wcale afera podsłuchowa, tylko – jak wynika z badań – wizerunek partii butnej i oderwanej od problemów zwykłych Polaków.

– Ludzi najbardziej irytuje przekonanie, że PO i tak wygra. To zdecydowało o przegranej Komorowskiego – ocenia nasz rozmówca.

Mniej tlenu dla Kukiza

Współpracownicy Kopacz uważają, że jej ofensywa i spotkania z wyborcami już przynoszą efekty.

– Udało się zatrzymać trend spadkowy, bo przegrane wybory prezydenckie były wielkim ciosem wizerunkowym dla PO – mówi Michał Kamiński, sekretarz stanu w kancelarii Kopacz. Przypomina, że Platforma spadła poniżej 20 proc. W ostatnich sondażach PO wyprzedziła Kukiza i jest na drugim miejscu za PiS.

– Wraca śmiertelna dla Kukiza polaryzacja PO – PiS. Przez to, że są dwie kandydatki na premiera, w sposób naturalny uwaga opinii publicznej koncentruje się na starciu dwóch kobiet. Brakuje tlenu dla Kukiza – cieszy się polityk PO.

Ale notowania rządu i samej Kopacz są najgorsze od czasu, gdy została premierem. W majowym sondażu CBOS rząd popierało zaledwie 25 proc. badanych (-6 pkt). Aż 51 proc. badanych nie jest zadowolonych z rządów Kopacz. W majowym sondażu zaufania do polityków Kopacz zajęła czwarte miejsce, ale od marca straciła 9 pkt proc. – ufa jej 42 proc. badanych. Nieufność do Kopacz wzrosła aż o 11 pkt proc. (do 38 proc.).

– Jest duża szansa, że ten nastrój się zmieni, bo Szydło jest słaba. Korzysta na tym, że PiS jest na fali, a Kopacz ma minus za przegrane wybory prezydenckie. To wkurzenie na PO jeszcze jest, ale do ludzi coraz bardziej dociera, co będzie, jak wygra PiS. Ziobro już chce usankcjonować prowokacje, badać prokuratorów i sędziów wariografem i wprowadzić okresowe badania moczu. IV RP wróci – mówi polityk PO.

Szydło błędy nie szkodzą

Z kolei w PiS przekonują, że wystawienie Beaty Szydło jako kandydatki na premiera było słuszną decyzją. Powołują się na czerwcowy sondaż Millward Brown dla TVN, w którym 43 proc. ankietowanych uznało, że Szydło będzie lepszą szefową rządu niż Kopacz (34 proc.). 23 proc. badanych nie wie, na kogo głosować. – O te głosy musimy zawalczyć. W cień pójdą sprawy światopoglądowe i Smoleńsk, a na pierwszy plan wyjdą gospodarka i sprawy społeczne – mówi nam jeden ze sztabowców.

Dodaje, że ideologiczne kwestie dla PiS załatwia Kościół: – Każdy zamach PO na wartości konserwatywne od razu jest komentowany przez Kościół. My, jako partia mu poddana, już nie musimy nic mówić.

Szydło ma się koncentrować na gospodarce, mimo że jej programowy debiut w Katowicach eksperci skrytykowali za błędne wyliczenia kosztów obietnic PiS. W partii panuje przekonanie, że Kopacz na tym polu jest słabsza. Szef sztabu Szydło Stanisław Karczewski mówi nam, że w planach są konferencje tematyczne kandydatki: o opodatkowaniu banków, supermarketów i trzecia – o systemie podatkowym.

Socjalne obietnice (500 zł na dziecko, podniesienie kwoty wolnej od podatku) mają podebrać elektorat lewicy uśpiony milczeniem PiS w sprawach światopoglądowych. – Dyskusje ideologiczne tylko pogłębiają emocjonalne podziały, nam się to nie opłaca – kalkuluje poseł PiS. Jego zdaniem taka strategia byłaby niemożliwa, gdyby kandydatem na premiera był Kaczyński, który wcześniej czy później dałby się sprowokować. – Szydło, nawet jak ją atakują, odpowiada ze spokojem – mówi.

W PiS nie obawiają się, że taka postawa odstraszy ich żelazny elektorat. – Bo oni chcą zmian. A innej alternatywy niż PiS nie ma – mówi nasz rozmówca.

Według Jarosława Flisa, chociaż sondaże wskazują na PiS, to wygrana tej partii wcale nie jest pewna.

– Wyborcy ciągle się wahają, bo widać, że Kukiz nie ma pomysłu na wykorzystanie potencjału zmiany. Poza tym PO przestała udawać, że nic się nie stało, tylko zaczyna się starać – mówi socjolog. Jego zdaniem wiele będzie zależało od tego, czy do gry wkroczy Jarosław Kaczyński. – Prezes będzie startował do Sejmu z jedynki w Warszawie. Nie będzie tak łatwo go schować jak w wyborach prezydenckich, w których był tylko jeden kandydat – dodaje Flis.

Zobacz także

wyborczeStrategie
wyborcza.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: