Kukiz (13.07.2015)

 

coPanSądzi

Dewiant z Rostowa

Sebastian Duda, 13.07.2015
Czikatiło podczas procesu. Władze radzieckie długo ukrywały przed społeczeństwem fakt, że w obwodzie rostowskim (a potem także w innych częściach Związku Radzieckiego) krąży seryjny morderca - zdaniem ideologów tacy dewianci nie mogli się rodzić i działać w ZSRR. Tym większy szok wzbudziła skala zbrodni Czikatiły ujawniona po jego ujęciu. Władze zgodziły się na proces przy drzwiach otwartych, ale do chwili jego rozpoczęcia wizerunek zabójcy nie był powszechnie znany. W mediach próbowano go odczłowieczyć, w areszcie zapewne poddano działaniu narkotyków, a w sali sądowej wsadzono do metalowej klatki. Nie udało się jednak ukryć tego, że Czikatiło prowadził podwójne życie: był wzorowym obywatelem i seksualnym maniakiem-zabójcą.

Czikatiło podczas procesu. Władze radzieckie długo ukrywały przed społeczeństwem fakt, że w obwodzie rostowskim (a potem także w innych częściach Związku Radzieckiego) krąży seryjny morderca – zdaniem ideologów tacy dewianci nie mogli się rodzić i działać w ZSRR… (fot. East News / Vladimir Vyatkin)

Major Michaił Fietisow z komendy głównej milicji pierwszy doszedł do wniosku, że sprawcą serii bestialskich zbrodni jest maniak seksualny. Jednak przez całe lata nie przyjmował do wiadomości, że gwałci i zabija kulturalny obywatel, posiadacz trzech dyplomów wyższych uczelni.
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
14 kwietnia 1992 r. w sali nr 5 sądu obwodowego w Rostowie nad Donem tłum czekał w napięciu na sędziego Leonida Akubżanowa i ławników. Uwagę przyciągała metalowa klatka w prawym rogu sali. Wreszcie poproszono zgromadzonych o powstanie i troje członków składu sędziowskiego wkroczyło do sali, trzymając w rękach grube tomy akt. Usiedli za stołem. Sędzia nakazał wprowadzenie na salę oskarżonego Andrieja Czikatiłę.

Myślę, że było ich 56

Po chwili uzbrojeni strażnicy wprowadzili do żelaznej klatki 56-letniego, ogolonego na łyso mężczyznę, na którego widok na sali rozległy się okrzyki i szlochy. Zapłakane kobiety w chustkach na głowach wygrażały mu pięścią, krzycząc: „Oddajcie go nam. To my powinniśmy go osądzić!”. Strażnicy z trudem powstrzymywali tłum, natomiast oskarżony zdjął marynarkę, odsłaniając kolorową koszulę. Pokręcił głową – najwyraźniej szlochy i zawodzenia nieco go zaskoczyły – potem wyciągnął z kieszeni gazetę z artykułem ilustrowanym zdjęciami ofiar zabójstw i z dumą pokazał zebranym papierową płachtę. Kilka kobiet zemdlało. Sędzia Akubżanow nakazał ciszę i wezwanie pomocy medycznej. Mówił, że konieczna w tej sytuacji jest „mądrość sprawiedliwości” i że bardzo chce, by proces miał charakter otwarty, więc zaprosił przedstawicieli mediów, którym pozwolono mieć wgląd w materiał dowodowy (w ZSRR rzecz nie do pomyślenia). – Niech ten proces nauczy nas przynajmniej, by coś takiego nigdy i nigdzie znów się nie powtórzyło – oznajmił na koniec.

Potem kazał oskarżonemu powstać, podać imię, nazwisko, datę i miejsce urodzenia. Mężczyzna spełnił to polecenie i – jak się okazało – był to jeden z nielicznych momentów sensownej komunikacji między sądem a oskarżonym. Prokurator zarzucił mu popełnienie co najmniej 53 zabójstw w latach 1978-90 oraz wielokrotne molestowanie seksualne dzieci obojga płci. Odczytanie aktu oskarżenia zajęło ponad dwa dni i dopiero wtedy sędzia oddał głos oskarżonemu, który mówił przeszło dwie godziny. Opowiadał o swym ciężkim dzieciństwie i problemach seksualnych, jednak z czasem jego wypowiedź stawała się coraz bardziej niezrozumiała i sędzia zaczął podejrzewać, że oskarżony chce na nim zrobić wrażenie człowieka chorego umysłowo. Kiedy zapytał Czikatiłę, ile osób zamordował, ten odparł beznamiętnie: „Nie chcę popełnić błędu, ale myślę, że było ich 56”. Sędzia nakazał wówczas, by oskarżony dokładnie przedstawił okoliczności każdego zabójstwa, i morderca zaczął mówić, wprawiając w histerię kolejne rodziny i przyjaciół ofiar.

Atmosfera w sali nr 5 stawała się coraz bardziej napięta, a Czikatiło z każdym dniem zachowywał się coraz bardziej wyzywająco – odmawiał odpowiedzi, narzekał na stronniczość sądu, krzyczał, że w klatce gryzą go szczury i że ją napromieniowano, by nie mógł spokojnie zeznawać. W pewnej chwili opuścił spodnie i zaczął wymachiwać penisem: „Spójrzcie na tę bezużyteczną rzecz. Co można by z nią zrobić? Powiedzcie!”.

W tej sytuacji sędzia Akubżanow kazał wyprowadzić oskarżonego, który odtąd miał przebywać w sali wyłącznie w kajdankach. Niewiele to dało, bo podczas przedstawiania kolejnych dowodów Czikatiło krzyczał, że należy usunąć protokolantkę, ponieważ wzbudza w nim pożądanie seksualne. Później bredził, że jest w ciąży, a strażnicy biją go w brzuch, chcąc uśmiercić dziecko. Sędzia wielokrotnie nakazywał wyprowadzenie oskarżonego i większość dowodów zbrodni przedstawiono podczas nieobecności Czikatiły, człowieka, który przez lata uchodził za wzór obywatela, męża, ojca i dziadka.

Seryjni mordercy. Dom horroru przy Cromwell Street 25

Chłopski syn i dobry uczeń

Urodził się 16 października 1936 r. we wsi Jabłocznoje w obwodzie sumskim na wschodniej Ukrainie. Rodzice byli kołchoźnikami i podobnie jak innych ukraińskich chłopów ich też doświadczył straszliwie Wielki Głód z lat 1932-33, skutek stalinowskiej polityki rolnej. Matka miała mówić małemu Andriuszy: „Miałeś kiedyś starszego brata Stiepana. Pewnego wieczoru, gdy miał cztery lata, wyszedł pobawić się przed chałupą. Porwali go głodni sąsiedzi i zjedli. Uważaj, by i ciebie coś podobnego nie spotkało”. Po latach, gdy Czikatiło siedział już w areszcie, śledczy nie zdołali zweryfikować tej opowieści, ale być może z przyczyn politycznych nie chcieli tego robić.

W 1941 r. ojciec poszedł do wojska i wkrótce dostał się do niemieckiej niewoli. W 1943 r. matka urodziła córkę będącą najpewniej owocem gwałtu – psychiatrzy badający Czikatiłę w areszcie podejrzewali, że we wczesnym dzieciństwie mógł być świadkiem takiego strasznego wydarzenia. Mieszkał z matką w jednoizbowej chałupie i bardzo możliwe, że widział, jak niemieccy żołnierze gwałcili najbliższą mu osobę.

W szkole, do której chodził od 1944 r., okazał się dobrym uczniem, chwalonym przez nauczycieli i wyśmiewanym przez kolegów – nie podobała im się jego układność i chęć zdobywania wiedzy. W 1949 r. wrócił do domu ojciec, tuż po zakończeniu wojny uznany za zdrajcę, bo dał się wziąć do niewoli – lata pobytu w łagrze zniszczyły mu zdrowie, zachorował na gruźlicę, a po powrocie nie zyskał szacunku syna, który stał się zagorzałym komunistą i przewodniczącym szkolnego Komsomołu. Organizował apele i marsze, w 1954 r. jako jedyny w klasie zdał maturę. Marzył o prawie na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, ale nie dostał się tam z powodu – jak sądził – jenieckiej przeszłości ojca. Prawda była taka, że słabiej niż inni zdał egzaminy wstępne. Niepowodzenie to go podłamało, lecz ostatecznie ukończył inżynierskie studia łącznościowe w Kursku. Gorszy okazał się inny życiowy dramat.

Seryjni mordercy. Karol Szczepan Kot. Maturzysta nożownik

Bez erekcji

Jako 16-nastolatek zaczął się rozglądać za dziewczętami. Był przystojny, miał powodzenie, imponował koleżankom oczytaniem i ogładą, szybko jednak spostrzegł, że nie jest w stanie osiągnąć erekcji. Znienawidził się za to, a po latach w areszcie zwierzył się psychiatrze, że jedyna uzyskana wówczas ejakulacja zdarzyła mu się wtedy, gdy na polu rzucił się na 11-letnią dziewczynkę z klasy młodszej siostry i doznał natychmiastowego wytrysku, gdy ofiara próbowała mu się wyrwać. Jako 19-latek trzykrotnie i bez powodzenia próbował odbyć stosunek z 17-letnią koleżanką; po ostatniej próbie dziewczyna wyśmiała go i rzuciła. Odtąd uznał, że jest impotentem, ale postanowił to ukrywać.

Podczas służby wojskowej (był łącznościowcem w placówce KGB w Berlinie wschodnim) miał szczęście, bo nikt nie odkrył jego słabości seksualnej. W 1960 r. wstąpił do partii komunistycznej, a po zakończeniu służby w wojsku wrócił do rodzinnej wioski, gdzie spróbował się związać z dziewczyną z sąsiedztwa. Po nieudanym stosunku rozpowiedziała ona po wsi o jego impotencji i odtąd przyszło mu znosić docinki kolegów, które doprowadziły go do próby samobójczej – w ostatniej chwili matka odcięła go od stryczka. Wtedy postanowił się przenieść do Rostowa nad Donem, gdzie znalazł pracę łącznościowca. Niebawem wprowadziła się do niego młodsza siostra, która po pewnym czasie zapoznała go z koleżanką z pracy wywodzącą się z górniczej rodziny.

Seryjni mordercy. Potwór z Andów

Andriej i Fieodosja

W tamtych czasach 24-letnia Fieodosja uchodziła już za starą pannę. W 1963 r. po usilnych namowach siostry i ledwie dwóch tygodniach znajomości Czikatiło ożenił się z Fieodosją. Młodej żonie nie bardzo przeszkadzało, że mąż nie ma erekcji. Ponieważ chcieli mieć dzieci, zaczęła go masturbować, doprowadzając do wytrysku, a następnie palcami wkładała spermę do pochwy. W taki oto sposób dorobili się urodzonej w 1965 r. Ludmiły oraz o cztery lata od niej młodszego Jurija. Fieodosja uważała, że tworzą dobrą rodzinę – mieli ładne, jak na radzieckie standardy, mieszkanie, a mąż nie tylko nie pił, ale również jej nie bił, co w ZSRR zdarzało się nieczęsto. W tamtych latach Czikatiło studiował zaocznie literaturę rosyjską i marksizm-leninizm na uniwersytecie w Rostowie nad Donem. Studia ukończył w 1970 r., miał trzy dyplomy i dostał posadę nauczyciela rosyjskiego w szkole średniej w Nowoszachtyńsku. Nie miał, niestety, talentów pedagogicznych – na jego lekcjach uczniowie palili papierosy i przezywali go „gęsią”, co w Rosji jest synonimem idioty. Frustracja Czikatiły rosła.

W 1973 r. doszło do pierwszych znanych przypadków molestowania, których się dopuścił wobec uczennic – w basenie podpłynął do jednej z nich i zaczął dotykać jej piersi oraz genitaliów. Miesiąc później ścisnął za pośladki uczennicę, którą wezwał do tablicy. O tych i pewnie innych przypadkach doniesiono dyrektorowi szkoły, który wezwał Czikatiłę i powiedział mu, że albo sam się zwolni, albo wyleci dyscyplinarne. To ostatnie oznaczałoby hańbę także dla szkoły i dyrektor wolał tego uniknąć. Czikatiło poprosił o posadę w innej szkole w Nowoszachtyńsku i dostał ją, natomiast Fieodosja uznała zachowanie męża za „chwilową niedyspozycję”. Postanowiła przebaczyć i zapomnieć.

Seryjni mordercy. Zbrodnia przy ulicy Le Sueur 21

Mord na Jelenie

W 1978 r. Czikatiłowie przenieśli się do Szachty w obwodzie rostowskim. Andrieja zwolniono ze szkoły w Nowoszachtyńsku (ponoć w ramach redukcji etatów), ale znów podjął pracę jako nauczyciel oraz – w tajemnicy przed żoną – kupił w ustronnej uliczce rozwalającą się drewnianą chałupę. 22 grudnia 1978 r. zwabił do niej dziewięcioletnią Jelenę Zakotnową, na którą kilka dni wcześniej natknął się na przystanku autobusowym. Poczęstował ją wtedy zagraniczną gumą do żucia. Gdy po raz kolejny zobaczyła go na przystanku, nie wahała się iść po kolejną paczkę gum do „małego domku obok”. Co działo się dalej, opowiedział 12 lat później. Po wejściu do chałupy zamknął drzwi, przewrócił Jelenę na podłogę i próbował zgwałcić, ale nie mógł osiągnąć erekcji. Dziewczynka krzyczała, więc przygniótł jej gardło łokciem, usta przykrył szalikiem, potem chwycił nóż i trzykrotnie wbił w brzuch dziecka. Czując absolutną władzę nad ofiarą, doznał potężnego orgazmu.

Ciało wrzucił do pobliskiej rzeki wraz z tornistrem. Zostało znalezione po dwóch dniach, a sekcja wykazała, że Jelena, zanim utonęła w lodowatej wodzie, żyła jeszcze przez jakiś czas. Poszlaki przeciw Czikatile nie były błahe: obok jego sekretnej chałupy (w której, jak zeznali sąsiedzi, przez cały wieczór 22 grudnia paliło się światło) znaleziono ślady krwi, a jakaś kobieta widziała Jelenę oddalającą się z przystanku z mężczyzną w okularach. Milicja uznała jednak, że taki szanowany obywatel i członek partii nie mógł być sprawcą straszliwej zbrodni.

Śledczy nawet przesłuchali Czikatiłę, ale przekonało ich zeznanie Fieodosji i jej słowa, że mąż był z nią w mieszkaniu w chwili morderstwa. Za zabójstwo Jeleny został skazany 25-letni Aleksandr Krawczenko, który dopiero skończył odsiadywać wyrok za rozbój. Miał co prawda mocne alibi – żona i przyjaciel zeznali, że spędzili z nim cały wieczór 22 grudnia – ale śledczy się tym nie przejęli. Uznany za winnego Krawczenko dostał 15 lat łagru, ale po kilku latach pod wpływem nacisków społecznych wyrok zamieniono na karę śmierci i w lipcu 1983 r. go stracono. W tym czasie Czikatiło miał już na sumieniu więcej ofiar.

Przemoc i spełnienie

Zabijając Jelenę, Czikatiło dowiedział się, że stosowanie przemocy i władza nad innymi dają mu spełnienie seksualne, lecz przez prawie dwa lata starał się zwalczać w sobie te pragnienia. Nie potrafił się jednak powstrzymać od molestowania uczniów (tym razem już płci obojga) w szkole, w której uczył. W marcu 1981 r. zwolnił się i prawie od razu zatrudnił jako zaopatrzeniowiec w pewnym rostowskim zakładzie. Miał podróżować między fabrykami, by dokonywać swoistego handlu wymiennego między macierzystą firmą a zakładami dysponującymi materiałami, których w Rostowie brakowało. Praca ta nie była szczytem marzeń Czikatiły, ale pozwalała na częste podróże bez nadzoru i realizację zbrodniczych pragnień.

Kolejną ofiarą stała się 17-letnia Łarysa Tkaczenko, uczennica rostowskiej szkoły średniej, którą spotkał 3 września 1981 r. na przystanku przed biblioteką miejską i której zaproponował spacer nad Donem „z wódką i relaksem”. Dziewczyna nie tylko się zgodziła, ale również nie miała nic przeciw stosunkowi z Czikatiłą. Kiedy w zaroślach okazało się, że ten nie może osiągnąć erekcji, Łarysa zaśmiała się szyderczo. Wtedy mężczyzna rzucił się na nią i udusił. Nie miał noża, więc pogryzł zwłoki i oderwał zębami jeden z sutków ofiary.

Między czerwcem i wrześniem 1982 r. Czikatiło zabił kolejnych sześć osób w wieku od dziewięciu do 19 lat. Opracował system zwabiania ofiar na stacjach kolejowych i dworcach autobusowych, a następnie szedł z nimi do pobliskich lasów, gdzie gwałcił je i mordował. Zwłoki bestialsko kiereszował, często przekłuwał im oczy, podzielając być może dość powszechny w Rosji przesąd, że na powierzchni oka zabijanych utrwala się wizerunek mordercy. W grudniu 1982 r. zabił dziesięcioletnią Olgę Stalmaczienok z Nowoszachtyńska, której zadał ponad 50 ciosów nożem, wyciął z ciała miednicę i macicę. Po latach zeznał, że lubił pogryzać macice, bo były „miękkie i sprężyste”.

Seryjni mordercy. Maruszeczko – zabójca na bańce

Moskiewskie śledztwo

Dopiero na początku 1983 r. komenda główna milicji w Moskwie uznała, że sprawcą zabójstw musi być ten sam morderca lub krąg morderców. Na początku podejrzewano satanistów lub pacjentów wypuszczonych ze szpitala psychiatrycznego. We wrześniu 1983 r., gdy liczba ofiar doszła do 14, major Michaił Fietisow z komendy głównej wysunął przypuszczenie, że za zbrodniami stoi maniak seksualny. W centrali sugestię przyjęto z niedowierzaniem, uznając, że w przeciwieństwie do zgniłego Zachodu w ZSRR nie może być seryjnych morderców. Co gorsza, sowiecka kryminalistyka wciąż pozostawała w powijakach i w sprawie „leśnego zabójcy” z okolic Rostowa śledczy nie dołożyli starań, by porządnie zabezpieczyć dowody zbrodni. Ginęły próbki krwi i spermy pobierane z ciał ofiar. Sądzono tylko, że zabójca ma grupę krwi AB (jak 10 proc. Europejczyków), rozmiar buta 44 i ok. 175 cm wzrostu. Według kilku świadków nosił też okulary.

Milicja zwróciła się do psychiatrów i dr Aleksander Buchanowski wkrótce przedstawił jej profil psychologiczny mordercy, który miał cierpieć na zaburzenia seksualne (choć mógł mieć żonę) i prowadzić podwójne życie dobrego obywatela i bestialskiego zbrodniarza.

W 1984 r. Czikatiło zamordował kolejnych kilkanaście osób, w tym kilku chłopców (milicja poszerzyła zatem krąg podejrzanych o homoseksualistów – zabójcy nie wykryto, ale skazano na więzienie kilkanaście ujętych w śledztwie osób, bo homoseksualizm w ZSRR był karalny). Na dworcach większych miast rozmieszczono więcej patroli, a w mniejszych miejscowościach na stacjach czaili się tajniacy. Jeden z nich w końcu zobaczył, jak na rostowskim dworcu Czikatiło nagabuje dziewczęta, a ponieważ miał w teczce noże, sznurki oraz słoiczek wazeliny, został zatrzymany do wyjaśnienia. W areszcie spędził trzy miesiące (oficjalnie za kradzież akumulatora z fabryki), został zwolniony z braku dowodów, ale śledczy odkryli skłonność Czikatiły do małych dziewczynek i wykazali, że jegogrupa krwi to A. Skazano go za kradzież mienia państwowego i wykluczono z partii, ale już po trzech miesiącach Czikatiło świętował z żoną Nowy Rok 1985. W sierpniu zabił napotkaną w pociągu i opóźnioną w rozwoju 18-latkę oraz kobietę z Szacht, której oferował nocleg za seks.

Dużo jeździł i mordował w różnych częściach ZSRR. W 1987 r. w krótkich odstępach czasu zabił nieletnich chłopców w kaukaskiej Redwie, Leningradzie i ukraińskim Zaporożu. W następnych trzech latach pozbawił życia ponad 20 osób.

Został ujęty dopiero 20 listopada 1990 r., po kilku dniach obserwacji, gdy próbował na różnych dworcach nagabywać młode kobiety i chłopców. W milicyjnych kartotekach sprawdzono, że był notowany w 1984 r. w związku ze sprawą zabójstw. Major Fietisow szybko zlecił dodatkowe dochodzenie i od dawnych kolegów Czikatiły, nauczycieli ze szkół w Nowoszachtyńsku i Szachtach, milicja dowiedziała się, dlaczego musiał zmieniać pracę.

Zdumienie majora Fietisowa

Jednak major Fietisow wciąż nie mógł uwierzyć, że ten kulturalny obywatel mógł się dopuścić takich czynów, ponownie wezwano więc psychiatrę dr. Buchanowskiego. 30 listopada 1990 r. Czikatiło podczas spotkania z żoną rozpłakał się, a gdy przyszedł Buchanowski i zapewnił, że nie wykorzysta tego, co usłyszy, przeciwko niemu, morderca zaczął mówić. Do 5 grudnia szczegółowo opowiedział o gwałtach, morderstwach, piciu krwi, szlachtowaniu zwłok czy obgryzaniu części ciała.

Gdy 15 października 1992 r. sędzia Akubżanow ogłosił wyrok śmierci, w sali nr 5 rozległy się brawa. Czikatiło kopnął pręt klatki i zaczął straszliwie kląć. Sędzia przywołał go do porządku, a brat jednej z ofiar rzucił w skazanego metalową rurką, która lekko zraniła go w szyję.

14 lutego 1994 r. Andriej Czikatiło został zabity strzałem w tył głowy ponad prawym uchem w celi śmierci więzienia w Nowoczerkasku.

Wideo „Ale Historia” to najciekawsze fakty, ciekawostki i intrygujące smaczki minionych wieków i lat. To opowieść o naszych przodkach, a więc i o nas samych, która pozwala lepiej zrozumieć świat, jego kulturę i naszą własną mentalność. Zafascynuj się przeszłością, by lepiej zrozumieć teraźniejszość!

W ”Ale Historia” czytaj też:

Druga wielka emigracja
W trakcie powstania listopadowego i zaraz po nim na terytorium Prus i Austrii znalazło się ok. 50 tys. Polaków, którzy kierowali się później najczęściej do Francji, tworząc Wielką Emigrację. 150 lat później, w epoce „Solidarności” i stanu wojennego, emigrację wybrało ponad milion Polaków. Wyjechali przede wszystkim młodzi i dobrze wykształceni.

Dewiant z Rostowa
Major Michaił Fietisow z komendy głównej milicji pierwszy doszedł do wniosku, że sprawcą serii bestialskich zbrodni jest maniak seksualny. Jednak przez całe lata nie przyjmował do wiadomości, że gwałci i zabija kulturalny obywatel, posiadacz trzech dyplomów wyższych uczelni.

Piękna Polka
Była osobą z wielkim rozmachem i wyobraźnią, a jednocześnie kobietą z krwi i kości – i tak samodzielną, że po śmierci swych mężów, królów, pozostałą część życia spędziła w konkubinacie z ukochanym mężczyzną. A był to początek XIV w.

Gra o „Złotą Adelę”
W latach 90. dziennikarz Hubertus Czernin opisał sprawę zrabowanych przez nazistów dzieł sztuki, których austriackie galerie i muzea ani myślały oddawać spadkobiercom. – Gdyby nie Czernin, niczego bym nie dostała – przyznała Maria Altmann po odzyskaniu słynnego obrazu Gustava Klimta „Złota Adela” przedstawiającego jej ciotkę.

Piłka i wódka
Dwie godziny przed spotkaniem jemy obiad, obok mnie siedzi bramkarz. Przychodzi kelnerka z zupą, a on do niej: „Dla mnie zamiast rosołu setę czystej”. Słucham, oczy wybałuszam, a on mówi: „Trenerze, ja tak zawsze. Zamiast zupy seta”.

przykładnyObywatel

wyborcza.pl

Jan Ordyński: „Nie można trząść się jak galareta z tego powodu, że PiS dojdzie do władzy”

JanOrdyński
ak, 13.07.2015
http://www.gazeta.tv/plej/19,145400,18348764,video.html?embed=0&autoplay=1
– To wszyscy boja się tam PiS, żeby przerwać tą karygodną grę?! Operetka się odbywa! Gdzie jest premier, gdzie jest jakaś narada koordynacyjna, żeby wszystkich za ryj wziąć? – mówił o przedłużającym się śledztwie ws. afery taśmowej.
– Nie można trząść się jak galareta z tego powodu, że PiS dojdzie do władzy – mówił w Poranku Radia TOK FM Jan Ordyński. – Ja pracuję w mediach publicznych, wobec mediów publicznych PiS też zapowiada czystkę. Ale ja się nie trzęsę jak galareta. Bo wiem, że wylecę z mediów publicznych, jak PiS przyjdzie do władzy. Ale nie można kompletnie dezorganizować swojej pracy! – mówił Ordyński.Komentując ślimaczące się śledztwo ws. tzw. afery taśmowej mówił: – Dokonano ewidentnego przestępstwa, państwo jest zagrożone i państwo jest destabilizowane przez te zachowania – i pies z kulawą nogą nie przeciwdziała temu? To wszyscy są tam tchórzami? To wszyscy boja się tam PiS, żeby przerwać tą karygodną grę?! Operetka się odbywa! Gdzie jest premier, gdzie jest jakaś narada koordynacyjna, żeby wszystkich za ryj wziąć?

Dominika Wielowieyska rzuciła: – A może jednak powołać komisję śledczą w Sejmie? Skoro mamy takie problemy ze zidentyfikowaniem…Ordyński: – Za dwa miesiące będzie jeszcze większy bajzel niż dotąd. Nie wiem, może pani premier powinna wezwać szefów służb, zmyć im wszystkim głowę – nie jest to jakieś śledztwo, które nie wiadomo czego ma dotyczyć. Od roku to się toczy i wygląda po prostu na jedną wielką galaretę. Nic więcej.

Zobacz także

TOK FM

RTEmagicC_Dobkowski_cale

„Biskupi działają skrajnie nielogicznie ws. in vitro. Chodzi o to, by nakręcić emocje i wierni głosowali na PiS”

Anna Siek
13.07.2015 , aktualizacja: 13.07.2015 09:24
A A A Drukuj
http://www.gazeta.tv/plej/19,130517,18348579,video.html?embed=0&autoplay=1
– Przyjazne współistnienie Kościoła i państwa jest kluczem do cywilizowanych relacji w naszym kraju. Niestety, widzimy wyraźnie, że to jest konsekwentnie niszczone – mówiła Dominika Wielowieyska w TOK FM. Dziennikarka krytykuje episkopat za stanowisko ws. in vitro, bo jak argumentuje, ustawa chroni zarodki, a to lepsze niż obecny brak jakichkolwiek regulacji.

 

Zdaniem Wielowieyskiej, polscy biskupi w sprawie regulacji dotyczących zapłodnienia pozaustrojowego „działają skrajnie nielogicznie”.

– Wniosek z takiego zachowania może płynąć tylko jeden. Jest kampania wyborcza i episkopat zaangażował się w nią, popierając jedną konkretną partię, która nazywa się PiS. Chodzi o to, by nakręcić emocje, zachęcić wiernych do głosowania na PiS – uważa dziennikarka „Gazety Wyborczej”.

 

Zobacz także

TOK FM

biskupiDziałają

Biskup Marcin Hintz: In vitro jest godziwe

Rozmawiała Dorota Steinhagen, 13.07.2015
Pikieta przeciwko metodzie in vitro zorganizowana przez fundację Pro - Prawo do Życia<br /><br /><br />
przed Centrum Leczenia Niepłodności

Pikieta przeciwko metodzie in vitro zorganizowana przez fundację Pro – Prawo do Życia przed Centrum Leczenia Niepłodności „Pares”. Rzeszów, 11 lutego 2015 r. (PATRYK OGORZAŁEK)

– Wypowiadanie się niektórych hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego w imieniu całego chrześcijaństwa przekracza nie tylko debatę bioetyczną, ale także ramy ruchu ekumenicznego – mówi biskup Marcin Hintz, – teolog, etyk, profesor Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie; biskup pomorsko-wielkopolski Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego*
DOROTA STEINHAGEN: Polscy luteranie uważają, że in vitro to wsparcie dla rodziny. Tymczasem inni katoliccy hierarchowie – ci, którzy uważają to za „wyrafinowaną formę aborcji” – często w sprawie in vitro wypowiadają się w imieniu wszystkich chrześcijan.BP MARCIN HINTZ: W 2009 r. synod Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce przyjął niemal jednomyślnie, przy jednym tylko głosie wstrzymującym, oświadczenie w sprawie dopuszczalności stosowania metody in vitro. Stwierdzamy w nim, że Kościół luterański w RP akceptuje stosowanie metody in vitro jako sposobu leczenia niepłodności i widzi w niej formę wspierania wartości rodzinnych i działania dla dobra rodziny. Oceniamy, że korzystanie z metody in vitro w celu rodzicielskiego spełnienia jest godziwe.Nie tylko luteranie, ale i też część prawosławia akceptuje metodę in vitro. I chociaż Cerkiew uważa, że in vitro to ostateczność, np. w sytuacji, gdy brak dziecka grozi rozpadem rodziny, nie stwierdza, że to metoda niegodziwa i absolutnie nieakceptowalna. Dlatego wypowiadanie się niektórych hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego w imieniu całego chrześcijaństwa przekracza nie tylko debatę bioetyczną, ale też i ramy ruchu ekumenicznego. Przedstawiciel żadnego z Kościołów nie ma takiego prawa, chyba że stanowisko byłoby uzgodnione na forum Światowej Rady Kościołów i Kościoła rzymskokatolickiego.A nie jest to wbrew Janowi Pawłowi II, który działał na rzecz porozumienia między Kościołami?

– Jan Paweł II rzeczywiście wyznaczył drogę ekumenicznego otwarcia dla Kościoła katolickiego, szczególnie w Polsce, który przed jego pontyfikatem był bardzo sceptycznie nastawiony do ekumenizmu. Jednak działania papieża nie doprowadziły do przełomowych zmian w pojmowaniu możliwości budowania wspólnoty między Kościołami. W dalszym ciągu przy formułowaniu dokumentów Jan Paweł II nie przyjmował głosów innych Kościołów.

Nauczanie bioetyczne Jana Pawła II trzeba uznać za zachowawcze, więc opinie głoszone przez polskich hierarchów na temat in vitro są z pewnością z tym nauczaniem zgodne. Papież starał się jednak nie mówić w imieniu całego chrześcijaństwa, więc przypadki, gdy hierarcha jednego Kościoła apodyktycznie wypowiada się w imieniu innych Kościołów, na pewno nie są zgodne z duchem ruchu ekumenicznego jego czasów.

Stanowisko polskiego Kościoła luterańskiego sprzed sześciu lat uznaje in vitro, ale pod pewnymi warunkami. Metoda powinna być przeznaczona dla małżeństw, a zarodek powstawać z komórek przyszłych rodziców, bo nie popieracie dawstwa komórek i zarodków. Coś się przez te lata zmieniło?

– Niezmiennie twierdzimy, że korzystanie z metody in vitro w celu rodzicielskiego spełnienia jest godziwe. Uważamy przy tym, że in vitro jest drogą przezwyciężania niepłodności w małżeństwie, choć ustawa dopuszcza, by korzystały z niej także pary w nieformalnych związkach. Trzeba jednak podkreślić, że dokumenty etyczne tworzone przez synod nie mają mocy oficjalnego nauczania. Ich zadaniem jest pomóc członkom naszego Kościoła w wyrobieniu sobie własnego stanowiska, za które to oni, nie synod, odpowiedzą przed Bogiem. Zgodnie z ewangelicką tożsamością Kościół nie jest pośrednikiem między człowiekiem i Bogiem, nie ma nakazywać, krytykować czy wykluczać, ale nade wszystko głosić Ewangelię i podpowiadać, jak w XXI wieku żyć zgodnie z nauką Jezusa Chrystusa.

A co z mrożeniem zarodków?

– Nigdy nie sprzeciwialiśmy się mrożeniu zarodków jako takiemu. Nasze intencje zostały przez niektórych źle zinterpretowane. Sprzeciw dotyczy, jak to zapisaliśmy w oświadczeniu, tworzenia i przechowywania zamrożonych embrionów nadliczbowych bez wyraźnego celu ich późniejszej implantacji do organizmu matki. Sprzeciwiamy się także wykorzystywaniu embrionów do celów badawczych.

Powiedział ksiądz biskup kiedyś, że „to Bóg obdarowuje ludzi dziećmi, dziecko poczęte w probówce też jest jego dziełem”. Słyszał ksiądz profesor o „bruździe dotykowej”? Mówił o niej ks. Franciszek Longchamps de Bérier, z którym zresztą zasiadaliście wspólnie w komisji bioetycznej powołanej przez premiera Donalda Tuska w 2008 r.

– Bardzo mi przykro, gdy słyszę zdania, które nie mają żadnego poparcia w nauce i są czysto ideologiczne. Nie chcę tego nawet komentować, bo to stwierdzenia niewarte komentarza. Nie ma żadnych dowodów, że dzieci poczęte w wyniku in vitro mają konkretne wady genetyczne, typowe dla dzieci z probówki. Jeśli zresztą występują u nich jakieś zaburzenia i schorzenia, nie wynikają one z metody poczęcia, ale z materiału genetycznego rodziców, który może, ale wcale nie musi być słabszy.

Zastanawiam się, czy to możliwe, że tak nieprzejednany stosunek Kościoła katolickiego wobec in vitro to efekt celibatu? Bo księża, nie mając dzieci, nie rozumieją, jaką tragedią może być ich brak?

– Nie wydaje mi się, by to była przyczyna. Temat jest szczególnie mocny w Polsce, bo papież Franciszek tego typu tematyką się szerzej nie zajmuje i koncentruje się na innych sprawach. Nie jest to także obecnie kwestia pierwszej wagi nawet w państwach tradycyjnie katolickich. Tam jednak już dawno kwestie in vitro zostały prawnie zdefiniowane, tymczasem Polska boryka się z tym dopiero teraz.

A zdaniem księdza biskupa to dobra ustawa? Nie spełnia wszystkich waszych oczekiwań.

– Można ją uznać za kompromis. Reguluje stosowanie procedury in vitro, wiele spraw definiuje, bierze pod ochronę zarodki, bo do tej pory nikt nie monitorował, co się z nimi dzieje. Spełnia także najważniejsze według nas zadanie – umożliwia małżeństwom uzyskanie upragnionego dziecka. Jedyne, co mi się bardzo nie podoba, to fakt, że ustawa nie przewiduje finansowania leczenia przez państwo. Kościół protestancki jest zdania, że małżeństwo, które nie może mieć dzieci i chce skorzystać z in vitro, powinno otrzymać od państwa wszelką pomoc, w tym także finansową. Bez tego in vitro nie będzie prawdziwym i realnym wsparciem dla rodzin, a takie wsparcie jest przecież zapisane w konstytucji.

Ale mimo tych braków nie będzie się ksiądz biskup modlił, by ustawa jednak nie weszła w życie?

– Możemy się nie zgadzać w sprawie adopcji zarodków, dyskutować o dostępności metody nie tylko dla małżeństw, ale nie znaczy to, że jesteśmy jej przeciwni. Osobiście mogę tylko ubolewać, że została tak późno podjęta przez polski parlament. Cieszę się jednak, że i Sejm, i Senat głosowały za ustawą, czekam na podpis prezydenta. Polska wreszcie będzie miała uregulowaną prawnie kwestię zapłodnienia in vitro.

* Bp. Marcin Hintz jest także członkiem Synodu Kościoła luterańskiego, przewodniczącym synodalnej komisji ds. teologii i konfesji, twórcą stanowiska polskich luteranów w sprawie in vitro. Był członkiem komisji bioetycznej powołanej w 2008 roku przez premiera Donalda Tuska

Zobacz także

wyborcza.pl

inVitroWyrafinowaną

magdalenaOgórekRozważa

Kukiz: „Ja chcę iść podobną droga, jak Orban na Węgrzech”

MT, 13.07.2015
„Będę chciał się porozumieć z taką grupą ludzi, która będzie gotowa napisać nową konstytucję służącą temu pokoleniu Polaków i następnym. Z tymi, którzy mają intencje podobne do pomysłów Orbana na Węgrzech” – stwierdził Paweł Kukiz w rozmowie z „Do Rzeczy”. „Ja chcę iść podobną drogą” – podkreślił.
Paweł Kukiz

Paweł Kukiz (Kamila Kubat / Agencja Gazeta)

 

Paweł Kukiz chętnie porozmawiałby przed wyborami parlamentarnymi z Beatą Szydło, ale z wieloma innymi politykami już nie. Zapytany w rozmowie z tygodnikiem „Do Rzeczy” o propozycję debaty ze strony Ryszarda Petru stwierdził, że nie miałby z nim o czym rozmawiać, wytykając mu między innymi współpracę z Leszkiem Balcerowiczem. „Mam iść debatować z facetem, który reprezentuje interesy obcych korporacji i banków?” – pytał. „Powinienem zrobić wszystko, by go jak najbardziej odsunąć, zmarginalizować, a nie debatować i robić mu promocję” – stwierdził.

Jako jedyną osobę, z którą chciałby rozmawiać, wymienił Beatę Szydło. Pomysł rozmowy z premier Ewą Kopacz wydał mu się niedorzeczny. „Osiem lat mieli w dupie Śląsk, jak mówiła Bieńkowska, a Kopacz teraz jedzie na Śląsk prowadzić agitację przedwyborczą, jedzie pendolino, a za nią leci samolot. (…) Jak ja mam rozmawiać z takimi ludźmi? Równie dobrze mógłbym debatować z Kiszczakiem” – powiedział.

Droga Orbana

Na pytanie o to, z kim będzie chciał budować ewentualną koalicję, nie wymieniał konkretnych partii politycznych. Określił jednak kierunek, w jakim chciałby iść. „Będę chciał się porozumieć z tą siłą, z taką grupą ludzi, która będzie gotowa napisać nową konstytucję służącą temu pokoleniu Polaków i następnym. Z tymi, którzy mają intencje podobne do pomysłów Orbana na Węgrzech” – stwierdził. „Ja chcę iść podobną drogą” – dodał.

Kogo zaś można się będzie spodziewać na listach wyborczych Kukiza? Zapytany o przedstawicieli Ruchu Narodowego, nie wykluczył takiej możliwości. „Jeśli będą, to bez sztandaru Ruchu Narodowego” – zaznaczył. „Podobnie jak zaproponowałem współpracę Magdalenie Ogórek, a niebawem będę rozmawiał z Grzegorzem Braunem. Wszelkie środowiska, dla których dobro Polski jest celem nadrzędnym, są dla mnie sojusznikiem” – stwierdził. Współpracy nie podejmie jednak ani z Januszem Korwin-Mikkem, ani z Przemysławem Wiplerem.

Banki „opodatkować i repolonizować”

Paweł Kukiz zaznacza we wszystkich rozmowach, że jego ruch nie będzie miał klasycznego programu politycznego, a jedynie strategię. Powoli przyznaje, jakie pomysły innych ugrupowań są mu bliskie. „Kiedy widzę totalny atak reżimowych mediów, medialnego mainstreamu na plany pani poseł Beaty Szydło dotyczące opodatkowania banków, trzymam kciuki za panią Szydło” – powiedział „Do Rzeczy”. „Uważam, że banki należy opodatkować i repolonizować” – stwierdził.

Popiera też proponowane przez PiS opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych. „W tym ujęciu należałoby również rozważyć podatek katastralny dotyczący tylko wielkich marketów po to, by zmusić je do wyniesienia się poza miasta, żeby mali sklepikarze mieli z czego żyć” – mówił. „W żadnym amerykańskim mieście nie widziałem nigdy w centrum tak potężnych sieci handlowych jak w Polsce. Nigdzie tak nie ma” – stwierdził.

„Działamy jak Armia Krajowa”

W wywiadzie powiedział też, że jest „wielkim zwolennikiem” zwiększenia aktywności wojsk amerykańskich w Polsce, a szczególnie wybudowania w naszym kraju tarczy antyrakietowej. Do tego chciałby nawiązać silniejszą współpracę z krajami nadbałtyckimi.

Wojnę z ustrojem Paweł Kukiz traktuje poważnie. Dziennikarz zapytał go jednak o brak struktur i „dowódców lokalnych”, porównując jego działania do pospolitego ruszenia. „Działamy jak Armia Krajowa” – odparł. „Czy w Armii Krajowej ujawniało się dowódców?” – zapytał.

gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s