Lis (13.07.2015)

 

„Krew się we mnie burzy, gdy czytam, że ktoś poczuje na grzbiecie górniczy kilof”

Anna Siek, 13.07.2015
Dominik Kolorz

Dominik Kolorz (Fot. Grzegorz Celejewski/ Agencja Gazeta)

Pawła Kukiza w walce o poparcie wyborców wspiera szef śląsko-dąbrowskiej „S” Dominik Kolorz. Dominikę Wielowieyską zdenerwowała wypowiedź związkowca, że jeśli „ruch Kukiza skręci w złą stronę, to na własnym grzbiecie poczuje górniczy kilof”. „Naprawdę, troszkę opamiętania!” – komentowała w TOK FM.

 

Wielowieyską słowa Kolorza zirytowały tym bardziej, że dziennikarka „Gazety Wyborczej” zalicza go do „rozsądniejszych związkowców”.

– Ale gdy czytam takie rzeczy, że ktoś poczuje na własnym grzbiecie górniczy kilof, to od razu krew się we mnie burzy. Chcę powiedzieć panu Kolorzowi, że w naszym kraju mieszka bardzo wielu ludzi, którzy ciężko pracują. To nie są tylko górnicy. Nie życzę sobie, żeby jakikolwiek związkowiec mówił jakiemukolwiek politykowi, że poczuje górniczy kilof na plecach – mówiła gospodyni „Poranka Radia TOK FM”.

 

Zobacz także

TOK FM

krewSię

Cui bono, czyli PiS i afera podsłuchowa

Wojciech Czuchnowski, 13.07.2015
Restauracja Sowa i przyjaciele, w której podsłuchiwano polityków

Restauracja Sowa i przyjaciele, w której podsłuchiwano polityków (Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta)

Ubiegły tydzień zaczął się od ujawnienia kolejnego podsłuchu z warszawskich restauracji. Tym razem uderzył w szefa MON Tomasza Siemoniaka. Mówi się, że wkrótce na światło dzienne wyjdą podsłuchy rozmów wiceministra skarbu Rafała Baniaka z lobbystą Piotrem Wawrzynowiczem i Jana Kulczyka z Radosławem Sikorskim.
Podsłuchowa destrukcja rządu, zwłaszcza w okresie wyborczym, jest na rękę Prawu i Sprawiedliwości, więc odpowiedź na pytanie: „Cui bono?” wydaje się oczywista. Nie ma innej siły, która tak skorzystała na podsłuchach. Ale rola PiS nie sprowadza się tylko do prostej korzyści z tej afery.

Najmniej chodzi o to, że na nagraniach brakuje jedynie polityków tej partii, a treść rozmów uderza głównie w koalicję. Rzeczywiście w restauracjach, gdzie urządzono podsłuchowisko, stołowali się niemal wyłącznie ludzie z tej strony sceny politycznej. Zaprzyjaźnieni z obsługą (która ich nagrywała) uważali te miejsca za idealne do poufnych rozmów. Srogo się zawiedli. Zapłacili (często nie ze swoich pieniędzy) nie tylko wysokie ceny za wymyślne posiłki. Kolejno ujawniane nagrania wciąż obciążają ich otwarty w tych knajpach rachunek polityczny.

Czy PiS miał coś wspólnego z procederem podsłuchiwania ministrów, biznesmenów i wysokich rangą urzędników państwowych? Dowodów nie ma, ale jest kilka interesujących poszlak.

Zaraz po zatrzymaniu kelnerzy zeznali w prokuraturze, że nagrywali na polecenie biznesmena Marka Falenty i że uspokajał ich on obietnicami „nagrody od PiS” po upadku rządu. Obiecywał bezkarność i bliżej nieokreślone „stanowiska”.

PiS zaprzecza, lecz niedawno wyszło na jaw, że przed aferą kontaktował się z biznesmenem Martin Bożek, działacz partii Kaczyńskiego i były wiceszef CBA w IV RP. W mailach pisał, że Falenta „chce się otworzyć” i że to „poukładany gość”.

Po zatrzymaniu Falenty pod swoje skrzydła wzięła go gdańska kancelaria prawna Gotkowicz Kosmus Kuczyński. Reprezentuje w sądach prezesa PiS, który w 2013 r. płacił jej ponad 36 tys. zł miesięcznie. Teraz wytoczyła 37 pozwów przeciwko mediom piszącym o Falencie. Przedstawiciele tej kancelarii weszli też do władz spółki Hawe, gdzie Falenta miał znaczący pakiet akcji.

Pierwsze zapisy podsłuchów ukazały się w tygodniku „Wprost”. Ale kolejne publikuje już sympatyzujący z PiS tygodnik „Do Rzeczy”. Z kolei Piotr Nisztor, który dostarczył nagrania do „Wprost”, znalazł pracę w „Gazecie Polskiej” związanej ideowo i finansowo z partią Jarosława Kaczyńskiego. Tam też drukuje podsłuchowe rewelacje, łącznie z aktami śledztwa, które dostał zaraz po udostępnieniu ich przez prokuraturę Falencie.

Jest jeszcze Wrocław. W tamtejszej delegaturze CBA są dawni ludzie Bożka i Mariusza Kamińskiego, założyciela tej służby, dzisiaj wiceprezesa PiS. A Falenta był informatorem wrocławskiego Biura. Z ujawnionych materiałów wynika, że agenci mogli wiedzieć o nielegalnym nagrywaniu, a nawet mieć kopie „taśm”. Sugestie, że powiedzieli o tym swoim dawnym szefom, są oczywiście… bezpodstawne.

W 2009 r. to właśnie z tej delegatury wyszedł ogromny przeciek podsłuchanych rozmów polityków PO w aferze hazardowej.

Na razie to tylko poszlaki.

Zobacz także

wyborcza.pl

aferaPodsłuchowaRolaPis

Moja polityka historyczna

Z wielką radością przyjąłem wiadomość, że w niedzielę 2 sierpnia, w najlepszej porze oglądalności, niemiecka publiczna telewizja ZDF pokaże film „Miasto 44”, Jana Komasy. Z dwóch względów. Po pierwsze, Niemcy powinni ten film obejrzeć. Po drugie, wykonałem pewną pracę, by tak się stało.

Kilka dni temu, w czasie sejmowej dyskusji nad sprawozdaniem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, pani Elżbieta Kruk z PiS, powiedziała, że TVP reprezentuje nie polską, ale niemiecką politykę historyczną. Nie, posłanka Kruk nie mówiła o nadawanym przez TVP2 przez kilka lat świetnym serialu „Czas honoru”. Mówiła o tym, że TVP miała czelność nadać na swej antenie film „Nasze matki, nasi ojcowie”.

Całym sercem broniłem decyzji TVP w sprawie nadania w najlepszej porze antenowej niemieckiego filmu. Niezależnie od tego, że rozłożenie w nim akcentów wydawało mi się dla Polaków krzywdzące, a już przedstawiony w tym filmie obraz Armii Krajowej, uznawałem za krzywdzący bardzo. Jednocześnie jednak uważam, że polski widz powinien mieć prawo zapoznania się z tym, jak na wojnę patrzą Niemcy, a w każdym razie jaki obraz wojny Niemcy otrzymują. To nie jest kwestia żadnej niemieckiej polityki historycznej, prowadzonej przez TVP, co umówmy się, jest bzdurą totalną. To po prostu zagwarantowanie polskiemu widzowi dostępu do tego jak myślą i czują inni, w tym wypadku nasi sąsiedzi, partnerzy i sojusznicy. Można się z ich wrażliwością kłócić, ale jest jaka jest, a my powinniśmy wiedzieć jaka jest.

Kilka dni temu europoseł Krasnodębski z PiS, w czasie posiedzenia grupy pracującej nad programem PiS, powiedział, że nasze władze nie mają odwagi uderzyć we wrażliwość Niemców. Otóż mam głębokie przekonanie, że nie idzie o żadne uderzanie w czyjąkolwiek wrażliwość. My musimy, powinniśmy wiedzieć, co czują Niemcy, Niemcy powinni wiedzieć jak historię widzimy my.

To nie powinna być licytacja na rany i krzywdy, w tejże oczywiście Niemcy nas nie pokonają. To nas krzywdzono i nas mordowano. Idzie o to, by ludzie, którzy, choćby jako sąsiedzi, powinni prowadzić ze sobą otwarty, mądry dialog, otwierali się na innych, by otwarcie o przeszłości rozmawiać. Tak jak między partnerami, da Bóg, nie w sensie władz, ale w sensie społeczeństw, przyjaciółmi.

Prawie rok temu byłem na naszym Stadionie Narodowym na premierze filmu Jana Komasy „Miasto 44”. Zaraz potem poszedłem na ten film jeszcze raz, z córkami. I wpadłem wtedy na pewien pomysł. My, i dobrze, mieliśmy szansę obejrzeć film „Nasze matki, nasi ojcowie”. Niemcy z kolei powinni mieć szansę, by obejrzeć film „Miasto 44”.

Skontaktowałem się w tej sprawie z producentem filmu, panem Michałem Kwiecińskim. Uznał pomysł za dobry. Kilkanaście dni później wybrałem się do Berlina, z płytą z filmem Komasy z angielskimi napisami i z wydaną po angielsku świetną książką synowej Władysława Bartoszewskiego, Alexandry Richie – „Warszawa 44”. W Berlinie spotkałem się z szefem wydawnictwa Axel Springer, Mathiasem Doepfnerem. W ostatnich tygodniach wiele słyszę
o strasznych niemieckich mediach, które trzeba repolonizować. Warto jednak wiedzieć, że w tych „złych” niemieckich mediach mamy prawdziwych przyjaciół, takich jak Mathias Doepfner.

Kilka dni po naszej rozmowie, po przeczytaniu książki i obejrzeniu filmu, doktor Doepfner do mnie zadzwonił. Powiedział mi, że film Komasy jest doskonały, i że Niemcy absolutnie powinni go zobaczyć. Po czym dodał, że już rozmawiał o tym z szefem niemieckiej telewizji publicznej ZDF, Thomasem Bellutem, który czeka na mój telefon. Prezes Bellut, gdy do niego zadzwoniłem, powiedział, że jest absolutnie na tak, prosi tylko o kopię filmu. Dostał ją. Co było dalej, co będzie dalej, wiadomo.

Głęboko nie zgadzam się z tym, co PiS mówi o filmach. A mówi, że trzeba wspierać te patriotyczne, krzewiące patriotyczną świadomość narodową. Nie mam nic przeciw polityce historycznej i wspieraniu narodowej świadomości, ale sądzę, że jeśli nasze państwo ma wspierać sztukę, to przede wszystkim dobrą, a niekoniecznie patriotycznie zaangażowaną. Dlatego TVP uczyniła dobrze współsponsorując film „Pokłosie”. Sztuka nie jest od głaskania
narodowego dobrego samopoczucia. Sztuka jest po to, żeby zmuszać do myślenia. A przede wszystkim, żeby rodzić wartościowe dzieła. Wolę film „patriotycznie niesłuszny”, niż słusznego patriotycznego gniota. Oczywiście nurt wspierania kina narodowego i patriotycznego nie jest samoistnym pomysłem PiS-u. Jest pewien kraj, gdzie władza właśnie takie kino wspiera i na takie kino przeznacza pieniądze, inne filmy ze wspomagania finansowego wyłączając. To Rosja Putina. Cóż, ośmielam się twierdzić, że Polacy zasługują na coś więcej.

Jestem wielkim fanem serialu „Czas honoru”. Dlaczego? Bo jest dobry. W tym sensie dobrze wspiera naszą narodową świadomości naszą politykę historyczną. Jestem absolutnie za wspieraniem przez państwo produkcji filmowych o ważnych dla nas aspektach i bohaterach naszej historii, na przykład o rotmistrzu Pileckim. Pod jednym wszakże warunkiem. Ano takim, że będzie to film dobry, a nie wyłącznie słuszny.

„Miasto 44” będzie w niemieckiej telewizji. W dużym stopniu dzięki mądrym ludziom w Niemczech, którzy sympatyzują z Polską, takim jak Mathias Doepfner i Thomas Bellut. I dobrze. Z góry deklaruję, że jak tylko pojawi się kolejny wartościowy polski film, stanę na głowie, żeby pomóc w tym, by kolejne polskie ważne dzieło mogli obejrzeć Niemcy. A jak w Niemczech powstanie kolejny film ważny dla Niemców, to będę wspierał wszelkie decyzje o tym, by Polacy mogli je obejrzeć. Dlaczego? Bo tzw. polityka historyczna nie powinna według mnie polegać na jakimś sztucznym forsowaniu swoich racji. Raczej na tym, by dojrzałym widzom prezentować różne filmy, różne książki, różne punkty widzenia. Państwo bowiem
nie powinno obywateli ideologicznie ustawiać. Ma za to obowiązek, by pomóc ich „wychowywać”, dając im wszystko to co ważne i wartościowe, nawet wtedy, gdy niekoniecznie musimy się z przesłaniem dzieła zgadzać.

Nie ma polityki historycznej bez polityki estetycznej. Propaganda nic tu nie da. Ludziom po prostu trzeba pokazać wszystko co ważne i im samym należy zostawić wyciąganie wniosków. Dlaczego? Bo tak. Dlaczego? Bo są wystarczająco mądrzy, by wnioski wyciągać sami, bez
ideologicznie słusznych suflerów.

naTemat.pl

mojaPolitykahistoryczna

Gdzie się podziały legendarne dwa nagie miecze?

Red, 13.07.2015
Przekazanie grunwaldzkich mieczy polskiemu królowi. Kadr z filmu

Przekazanie grunwaldzkich mieczy polskiemu królowi. Kadr z filmu „Krzyżacy” (Fot. materiały prasowe)

Pod Grunwaldem posłańcy krzyżaccy wręczyli królowi Władysławowi Jagielle dwa nagie miecze.
Gest niepozbawiony arogancji – miały być dla polskiego monarchy zachętą do rozpoczęcia walki. Do kogo należały? Istnieje teoria, że mogły być własnością komtura tucholskiego Heinricha von Schwelborna – miał on bowiem w zwyczaju, że noszono przed nim dwa nagie miecze na znak jego umiejętności rycerskich.

W państwie Jagiellonów oba miecze przyjęte przez króla Władysława stały się insygniami władzy. Przechowywano je w skarbcu koronnym razem ze Szczerbcem Bolesława Chrobrego. Były tam na pewno do jesieni 1775 r. Najwyraźniej przez przeoczenie nie zabrali ich Prusacy, którzy w tym czasie okupowali Kraków i wywieźli polskie insygnia koronacyjne. Miecze znalazły się w rękach austriackich, za zgodą cesarza Franciszka II przejął je historyk i kolekcjoner Tadeusz Czacki. Następnie trafiły do zbiorów Izabelli Czartoryskiej, która trzymała je w Puławach – w Świątyni Sybilli, nieopodal swojego pałacu. Po klęsce powstania listopadowego puławskie muzeum zostało zlikwidowane przez rosyjskie władze. Miecze i inne pamiątki nabył prawdopodobnie proboszcz pobliskiej parafii. W 1853 r. po śmierci księdza miały być zarekwirowane przez żandarmów i rzekomo wywiezione do Zamościa. Tam ślad po nich zaginął.

Czekamy na opowieści jak losy Waszych rodzin przeplatają się z historią Polski:historierodzinne@wyborcza.pl

W ”Objazdowym Muzeum Historii Polski” czytaj:

Krzyżacy. Co Polska im zawdzięcza
Czarna legenda „teutońskich rycerzy” nie ma dzisiaj sensu. Sąsiedztwo z Krzyżakami przyniosło Polsce więcej zysków niż strat. Skąd się u nas wzięli i co im zawdzięczamy?

Czy dałbyś radę zostać Krzyżakiem?
Szlachetne pochodzenie to nie wszystko. Rycerze w białych płaszczach musieli trzymać się surowych zasad

Rusz szlakiem krzyżackich zamków
Zobacz Malbork, Sztum i inne

Trzy miasta Kopernika
Toruń, Olsztyn i Frombork

Malbork od kuchni
Oprócz ryb, bobrzych ogonów, dziczyzny, kur i skowronków na stołach wielkich mistrzów pojawiały się figi, daktyle, kandyzowane fiołki i cukierki w złocie.

wyborcza.pl

Prezes uciekł z worka

liderzyEpiskopatu
Jacek Żakowski (tygodnik „Polityka”), 13.07.2015
Jarosław Kaczyński i Beata Szydło

Jarosław Kaczyński i Beata Szydło (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja)

Było miło. Przyszła premier, poseł Beata Szydło – kulturalna, wyważona, pragmatyczna – mówiła o dobrych rzeczach, które PiS w Polsce zrobi. Szef jej sztabu, senator Stanisław Karczewski – spokojny, cierpliwy, rzeczowy – wyjaśniał wątpliwości. Sam Prezes apelował o „przywrócenie merytorycznego wymiaru polityki”, a PO elegancko nazywał konkurencją.
Można się było spierać, czy oferta PiS jest dopracowana i realistyczna, ale jej kierunek był z grubsza taki jak w innych partiach. W sumie – warta rozważenia alternatywa dla Platformy.

Słuchało się tego przyjemnie, więc politycy PiS triumfalnie kpili: „Wyszło szydło z worka i co?”. Dziecięca rymowanka pasowała jak ulał. Szydło wyszła z (PiS-owskiego) worka i zrobiła (miłego) stworka.

Ale co z tym szczelnie zasznurowanym workiem? Nie trzeba było długo czekać, żeby przez dziurę w worku, którą – jak żartują w PiS – wyszła Beata Szydło, zaczęły wyciekać całkiem inne osoby i narracje.

Nawet tak zdyscyplinowana formacja jak Zjednoczona Prawica nie może wypuścić z worka paru miłych osób, a reszty trzymać tam zasznurowanych bez końca. Ten koniec nadszedł. Ci, których zasznurowano, zaczęli tracić cierpliwość. Tydzień, który minął, przyniósł wielką ucieczkę z worka.

Najpierw w Katowicach mieliśmy brutalny powrót do „rozmawiania inaczej” o wymiarze sprawiedliwości za – jak mówił Zbigniew Ziobro – „chamstwo i butę” prokuratorów i sędziów. Jeszcze nie wiemy, co konkretnie PiS zrobi z sądownictwem i prokuraturą, ale prysło złudzenie, że obejdzie się bez zastraszania, czystek czy ręcznego sterowania.

Potem była kolejna draka o in vitro ze słynnymi frazami o „otwarciu wrót piekieł”, Frankensteinie, traumie „ocaleńców”, czyli dzieci z in vitro, „których życie zostało okupione śmiercią rodzeństwa”, czyli zamrożeniem zarodków.

Wreszcie przyszła miesięcznica smoleńska. Do dawnej formy wrócił Jarosław Kaczyński, który wcześniej sam zasznurował się w worku i bardzo grzecznie tam siedział. „Śpiewamy w katedrze, w wielu miejscach w Polsce: »Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie” – mówił Prezes podczas miesięcznicy. – Są różne tego przyczyny. Ale wierzę, że jakkolwiek byśmy je pojmowali, już niedługo będziemy wszyscy tak jak kiedyś śpiewali: »Pobłogosław Panie «”.

Katowicka jazda ziobrystów na wymiar sprawiedliwości mogła się wydawać wyskokiem przystawki, która nie ma szans o niczym decydować, gdy PiS dojdzie do władzy. Drakę o in vitro można było traktować jak kolejną odsłonę rutynowego spektaklu cyklicznie wystawianego przez religijnych fundamentalistów. Duże partie są z natury rozległe, więc zawsze ktoś z czymś wyskoczy. Tak jak w PO, coraz bardziej wrażliwej społecznie, wciąż wyskakują fundamentaliści rynkowi, tak w cywilizującym się PiS mogą wyskakiwać fundamentaliści religijni. Ta teza upadła w piątek.

Ucieczka Prezesa z worka zamyka wątpliwość, czy PiS Antoniego Macierewicza zostanie zastąpiony przez PiS Beaty Szydło. Sam Prezes rozwiał nadzieje (jednych) i obawy (drugich). Nie bójcie się – powiedział swoim wyborcom. PiS to PiS. I kropka.

Zobacz także

wyborcza.pl

Ekskomunika weszła do kościelnego mainstreamu

Katarzyna Wiśniewska, 13.07.2015
Przewodniczący i sekretarz Episkopatu abp Stanisław Gądecki i bp Artur Miziński

Przewodniczący i sekretarz Episkopatu abp Stanisław Gądecki i bp Artur Miziński (Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta)

„Osoby wierzące w Chrystusa nie mogą – pod żadnym pozorem – popierać godzącej w życie ludzkie ustawy o in vitro, jeżeli chcą pozostać w pełnej wspólnocie wiary” – tak napisali tuż po głosowaniu w Senacie trzej najważniejsi polscy biskupi: przewodniczący Episkopatu abp Stanisław Gądecki, jego zastępca oraz sekretarz Episkopatu.
To nie są zwykłe gromy kościelne na ustawę o sztucznym zapłodnieniu. Liderzy Episkopatu właśnie usankcjonowali ekskomunikę jako straszak na krnąbrnych polityków. W białych rękawiczkach, bo pachnące ponurym średniowieczem słowo „ekskomunika” w komunikacie nie pada. Jest jednak jasne, że właśnie to oznacza niemożność „pozostawania we wspólnocie wiary” dla popierających in vitro.

Hierarchowie oficjalnie zrobili więc coś, co do tej pory było domeną ultrakatolickich działaczy i pojedynczych, najbardziej radykalnych biskupów (których głos nigdy nie ma tej mocy co oficjalny komunikat Episkopatu).

Jeszcze kilka lat temu, gdy internauci na forum prawicowej „Frondy” apelowali o wykluczenie z Kościoła minister zdrowia Ewy Kopacz, bo wskazała szpital, w którym zgwałcona nastolatka mogła dokonać legalnej aborcji, wszystko zakrawało na ponury żart. Adresat apelu bp Zygmunt Zimowski prośbę przemilczał, a abp Józef Życiński – wyśmiał.

Potem głośno było wokół wywiadu abp. Henryka Hosera, szefa Zespołu Ekspertów Konferencji Episkopatu Polski ds. Bioetycznych. Ogłosił, że posłów katolików, którzy opowiedzą się za metodą sztucznego zapłodnienia, czeka ekskomunika: „Posłowie, którzy świadomie poprą ustawy dopuszczające metodę in vitro, mrożenie i selekcję zarodków, automatycznie będą poza wspólnotą Kościoła”. Episkopat nie wsparł wówczas abp. Hosera.

Teraz jednak ekskomunika weszła do kościelnego mainstreamu. Dlatego można mówić, że to najostrzejszy jak dotąd ton Episkopatu w sprawie in vitro. Jeszcze w kwietniu biskupi nie byli tak radykalni. Ostrzegali dość ogólnie, że „pominięcie [granic moralnych przy stanowieniu prawa] rodzi odpowiedzialność moralną za skutki wejścia w życie takiej regulacji i może oznaczać wykluczenie się ze wspólnoty Kościoła”. Właśnie: „może oznaczać”.

Po głosowaniu w Senacie biskupi nie pozostawiają już furtki, lecz ustawiają się w pozycji sędziów. Co się stało? Czy Episkopat aż tak zirytowało to, że politycy nie posłuchali Kościoła i zagłosowali za dopuszczeniem in vitro?

To na pewno, jednak gra toczy się o wyższą stawkę – w wygranej kandydata PiS na prezydenta i dużych szansach partii Jarosława Kaczyńskiego na przejęcie jesienią rządów biskupi widzą szansę na przykład na wyrugowanie „antykatolickiego prawa”. Dlatego zawczasu dają mocny sygnał, co im się nie podoba. I stosują najmocniejsze środki – grożą wykluczeniem z Kościoła. To przecież musi podziałać na tych, którzy solennie deklarują, że myślą „tak jak Episkopat”. Sam prezes Kaczyński w weekend na Jasnej Górze stwierdził zresztą, że Andrzej Duda i Beata Szydło „nie są głusi wobec tego wszystkiego, czego naucza Kościół”.

Tym samym Kościół na własne życzenie stał się jednym z politycznych graczy. Bo niczyjego sumienia biskupi nie zmienią, ale ustawę a nuż się uda.

Zobacz także

wyborcza.pl

Lis: Program gospodarczy PiS – zestaw liczb z sufitu (albo z liSzydła). Może nastać dyktat ciemniaków

zestaw
Anna Siek, 13.07.2015
Tomasz Lis

Tomasz Lis (Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta)

„Nad programem PiS pracowało podobno kilkudziesięciu ekspertów, wygląda jednak tak, jakby autorów było dwóch – Święty Mikołaj i Mieczysław Moczar” – ocenia Tomasz Lis. Wg szefa „Newsweeka”, program jest „narodowy w formie i socjalistyczny w treści”.

 

Zdaniem redaktora naczelnego „Newsweeka”, gospodarczych propozycji Prawa i Sprawiedliwości nie da się po prostu zrealizować. A jeśli, mimo wszystko, zacznie się je wcielać w życie, to doprowadzi to do ruiny państwa. Jak ocenia Tomasz Lis, to po prostu „lista próśb do złotej rybki” i „lipa”.

„Program to zestaw liczb z sufitu (albo z liSzydła), wzbogacony o kłamstwa (jak to, że banki nie płacą podatków) i oblany sosem cynizmu (banki opodatkujemy, ale naszych SKOK-ów nie)” – napisał publicysta w najnowszym numerze „Newsweeka”.

 

Zapachniało Moczarem

Znacznie konkretniejsze są za to propozycje PiS dotyczące innych sfer życia. Ich wprowadzenie wydaje się Lisowi znacznie bardziej prawdopodobne, niż pomysłów dotyczących gospodarki. A kluczowymi słowami są tu „narodowy”, „repolonizacja”, „moralność”, weryfikacja” i „prowokacja”.

„Wzięte razem owe propozycje wprowadzone w życie przyniosłyby po prostu instytucjonalizację zamordyzmu. Będziemy mieć narodowe (już nie publiczne) media, narodowe kino (koniec z niesłusznym „Pokłosiem” czy „Idą”) oraz narodowe seriale, bo narodowego ducha trzeba krzepić. Wszystko jak u Moczara, który też, nie odchodząc od socjalizmu, krzepił” – ocenia Tomasz Lis.

Czy czeka nas „dyktat ciemniaków”?

Zdaniem publicysty, przed propozycjami partii Jarosława Kaczyńskiego trzeba wyborców ostrzegać. „Może nastać dyktat ciemniaków. Ale nie musi. Kapitolińskie gęsi muszą gęgać. Wszystko zależy od nas” – uważa Lis.

Zobacz także

lisOcenia

TOK FM

biskupDoDzieci

Biskup do dzieci z in vitro: Aby się jedno z was narodziło, to kilkadziesiąt innych musiało być zabitych

Biskupi na Jasnej Górze do dzieci z in vitro:by się jedno z was narodziło, to kilkadziesiąt innych musiało być zabitych
Biskupi na Jasnej Górze do dzieci z in vitro:by się jedno z was narodziło, to kilkadziesiąt innych musiało być zabitych Fot. Maciej Kuroń / Agencja Gazeta

Biskupi na Jasnej Górze po raz kolejny dali wyraz temu, co myślą o in vitro i osobach poczętych tą metodą. – Przygotowaliście ustawę zbrodniczą, ponieważ dzieci zamrożone, zatrzymane w rozwoju czekają w lodowatym zimnie, aż im ktoś pozwoli, czy mogą dalej żyć czy nie – mówił abp Andrzej Dzięga, metropolita szczecińsko-kamieński podczas dwudniowej pielgrzymki słuchaczy Radia Maryja.

Na pielgrzymce, oprócz 100 tys. słuchaczy, na Jasnej Górze pojawili się też politycy Prawa i Sprawiedliwości: Jarosław Kaczyński, Mariusz Błaszczak i Antonii Macierewicz. Podczas niedzielnego kazania abp Dzięga zapewniał, że osoby, które urodziły się dzięki metodzie in vitro są przez Kościół uważane za „dar Bożej miłości”. Jednak zaraz potem stwierdził, że „ten dar został przez dorosłych wymuszony gwałtem na naturze, w laboratorium. To nie jest wasza wina, że aby się jedno z was narodziło, to kilkadziesiąt innych dzieci musiało zamrzeć albo być zabitych.”

Zaraz potem dostało się też parlamentarzystom, którzy poparli ustawę regulującą prawne przepisy dotyczące in vitro. Zdaniem duchownego ustawa jest „zbrodnicza” i w przyszłości będzie przyczyną społecznych rozruchów. – To wy pozostaniecie pod nią podpisani na pokolenia, to wasze imiona i nazwiska będą przywoływane przy tej ustawie, tak jak jest przywoływane całe środowisko, które po II wojnie światowej, w 1956 r., wprowadziło ustawę dopuszczającą zabijanie dzieci nienarodzonych. A ta ustawa jest jeszcze gorsza, jeszcze więcej cierpienia zapowiada i jeszcze więcej problemów społecznych będzie rodzić – mówił Dzięga do parlamentarzystów.

Ostatnio ustawa o in vitro trafiła pod obrady Senatu. Senatorowie przez kilkanaście godzin prowadzili gorącą dyskusję o tym, czy nowe przepisy są dobrym rozwiązaniem. Losy ustawy ważyły się do ostatniej chwili. Ostatecznie udało się ją przeforsować w Senacie. Zdaniem abp Dzięga, za przepchnięciem ustawy stoją naciski premier Ewy Kopacz, która zdyscyplinowała senatorów.

– Kiedy w Senacie była nadzieja, że zdrowy rozsądek zwycięży i uczciwość weźmie górę, pani premier odwiedziła senatorów ze swojej partii. Nie wiem, co powiedziała, bo ci, którzy byli gotowi zagłosować zgodnie ze swoim sumieniem, niestety, tak nie zagłosowali. Czy to jest oznaka wolności?– pytał.

Źródło: Gazeta Wyborcza

naTemat.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: