Wildstein (26.06.2015)

 

Rebelia za kordonem. Wewnętrzna granica na Ukrainie

Piotr Andrusieczko (Kijów), 26.06.2015
Ukraińskie patrole w pobliżu Artiomowska kontrolują okolice 
między Ukrainą a terenami rebelii w Donbasie. 9 czerwca 2015

Ukraińskie patrole w pobliżu Artiomowska kontrolują okolice między Ukrainą a terenami rebelii w Donbasie. 9 czerwca 2015 (OLEKSANDR KLYMENKO/REUTERS)

Dlaczego Kijów wprowadził blokadę terenu rebelii w Donbasie? Czy to środek nacisku na Rosjan, czy wstęp do pozbycia się tych ziem?
Pociski mają łatwiej. Latają w obie strony, gdzie chcą, bez żadnych ograniczeń. Bez kontroli i bez przepustek. A dla ludzi przepustki wprowadzono w styczniu. Podróżujący ustawiają się więc w kolejce na poboczu drogi, koczują w samochodach stojących w dwukilometrowym sznurze, nocują na polach. Koszmar.

Kordon ma 450 km długości. Po jednej stronie obowiązuje prawo ukraińskie, po drugiej rządzą prorosyjscy rebelianci. Zwykli obywatele coraz częściej mówią o nim po prostu „granica”, jednak oficjalnie na Ukrainie obowiązuje termin „linia rozgraniczenia”.

– Punkt kontrolny to dwa betonowe bloki – opisuje Ołena, która często jeździ pomiędzy Artiomowskiem i Gorłówką w obwodzie donieckim. – Ludzie stoją tu godzinami pod palącym słońcem lub w ulewie. Bez toalety, bez wody. Na ogół wszyscy cierpliwie czekają, ale czasem trafiają się też tacy, którzy chcą ominąć kolejkę. Raz byłam świadkiem bójki. Aby zaprowadzić porządek, jeden z ukraińskich żołnierzy zaczął strzelać w powietrze – opowiada Ołena.

W budce z metalu i plastiku dokumenty podróżnych sprawdza trzech pograniczników. – Robią to dosyć ślamazarnie – mówi Ołena, lecz zaraz dodaje: – Ale trzeba oddać chłopcom, że starają się jak mogą cywilizować tę granicę. Przede wszystkim uspokajają ludzi, z których wielu jest na skraju załamania nerwowego.

Jest sześć takich przejść – pięć w obwodzie donieckim i jedno w ługańskim. Teoretycznie. Obecnie działają tylko dwa w obwodzie donieckim – między Gorłówką i Artiomowskiem oraz Donieckiem i Wołnowachą.

Digitalizacja przepustek

Do niedawna osoba, która chciała wjechać na tereny rebelii, musiała osobiście przynieść podanie. Początkowo przepustki były przypisane do konkretnego przejścia. Sporo się mówiło o korupcji przy ich wydawaniu. 16 czerwca Kijów wprowadził nowe reguły – przepustki papierowe zastąpił elektronicznymi. Teraz dokumenty można wysłać mailem i czekać na decyzję. Jeśli dane przejście jest akurat nieczynne, z cyfrową przepustką można przekroczyć „linię rozgraniczenia” w innym miejscu.

W drugą stronę jest prościej – w sytuacji zagrożenia życia przepustki na teren Ukrainy nie są potrzebne.

Jedną ręką Kijów wprowadził ułatwienia, a drugą – utrudnił ludziom życie, kasując 16 czerwca kursy autobusowe łączące tereny rebelii z pozostałą częścią Ukrainy. Przejazd przez „linię rozgraniczenia” zamienił się w koszmar.

– Teraz autobusy dowożą ludzi tylko do kolejki, czasami do posterunku, i tyle – opisuje Ołena. – Dalej trzeba iść pieszo. I wszyscy idą, dzieci, starcy, z walizkami, torbami.

Kijów tłumaczy to troską o bezpieczeństwo pasażerów, którzy w autobusach są bardziej narażeni na akty terroru. Mogą stać się potencjalnym celem w razie wznowienia walk.

– Przecież ludzie stojący w kolejkach są tak samo narażeni. Albo i bardziej – dziwi się Ołena.

Niektórzy przewoźnicy zaczynają już wprowadzać system podobny do funkcjonującego w połączeniach między Krymem a kontynentalną Ukrainą – do przejścia podróżni dojeżdżają jednym autobusem, potem kawałek idą pieszo i po przekroczeniu linii granicznej odjeżdżają drugim.

Także właściciele samochodów osobowych zwietrzyli okazję do zarobku i oferują usługi transportowe, ale ich cena dla wielu jest zbyt wysoka.

– Koszt przejazdu z Doniecka do Kramatorska na Ukrainie to ok. 70 dolarów od osoby. Wyjazd o 4 rano i nie wiadomo, kiedy dojedziesz – mówi Ołena. – Dlatego wielu jedzie przez Rosję. Jest dalej, ale taniej. A czasowo na jedno wychodzi.

Po pieniądze i na zakupy

Ruch od początku wojny jest duży.

– Jadę po emeryturę i na zakupy – mówi ok. 60-letnia kobieta jadąca z kontrolowanej przez separatystów Gorłówki do ukraińskiego Artiomowska.

Jeszcze jesienią ub.r. Kijów wprowadził częściową blokadę terytoriów rebelii. Zakazał działalności ukraińskich banków oraz wypłacania emerytur. Od tej pory emeryci muszą po pieniądze jeździć na tereny kontrolowane przez ukraińskie władze. Początkowo wystarczyło tylko tam pojechać, później władze zaczęły też domagać się zameldowania na swoim terytorium. Według danych rządowych w maju emerytury dostało ponad 1,1 mln emerytów z terenów rebelii, a nie dostało ponad 330 tys. W praktyce oznacza to, że 1,1 mln emerytów przemeldowało się do miejscowości kontrolowanych przez Kijów, a 330 tys. zostało z miejscowym meldunkiem w paszportach. Rząd zapewnia, że ludzie ci dostaną zaległe pieniądze, kiedy kontrola Ukrainy nad tym obszarem zostanie przywrócona.

Na terenach rebelii nie działają bankomaty, więc po pieniądze za „linię rozgraniczenia” jeżdżą nie tylko emeryci. Można skorzystać z usługi pośrednika – jedna osoba zbiera od chętnych karty bankomatowe i za odpowiedni procent wypłaca pieniądze z bankomatów.

Wielu jeździ również na zakupy. „Wybieram się do Kijowa. Przyjmuję zamówienia na letnie ubrania i kosmetyki” – pisze znajoma z Doniecka na Facebooku. W Doniecku jest znacznie drożej, wybór niewielki, a towary przywożone z Rosji są w powszechnej opinii gorszej jakości.

– Nie mogę się przyzwyczaić do smaku rosyjskich jogurtów i soków – mówi Inna, która spędza dużo czasu na terenach zajętych przez separatystów.

Wkrótce może być jeszcze gorzej. Kijów zakazał przewożenia ciężarówkami praktycznie wszystkich towarów poza pomocą humanitarną. A to oznacza blokadę ekonomiczną. Chociaż niezupełnie – pociągami dostarczany jest węgiel z rebelianckiego Donbasu do elektrociepłowni znajdujących się po stronie ukraińskiej, a także półfabrykaty metalurgiczne i drewno.

– Za dostawami węgla stoją ludzie związani z prezydentem – mówi jeden z oficerów batalionu „Ajdar”.

W rzeczywistości pełna blokada jest na razie niemożliwa. Wiele przedsiębiorstw po obu stronach jest powiązanych wzajemnymi więzami. W ukraińskich elektrociepłowniach wykorzystuje się antracyt. Wszystkie kopalnie, które wydobywają ten rodzaj węgla, znajdują się na terenach kontrolowanych przez rebeliantów.

Blokować czy nie?

Blokada tych terenów jest dla Kijowa przede wszystkim instrumentem nacisku na tzw. republiki ludowe. Jednak nie brakuje również komentarzy, że ukraińska władza prowadzi politykę zmierzającą do faktycznego pozbycia się terenów kontrolowanych przez Rosjan.

Tak czy inaczej, blokada Donbasu wywołuje krytyczne reakcje nie tylko ze strony zwykłych ludzi, ale również części ekspertów i aktywistów społecznych, którzy zwracają uwagę na naruszenie praw mieszkających tu obywateli Ukrainy.

„Męczy mnie tylko jedno pytanie: jak kraj, w którym ponoć dokonała się rewolucja godności, mógł upaść tak nisko i tak upokorzyć własnych obywateli” – napisał na Facebooku Jewgienij Szibałow, dziennikarz i współzałożyciel humanitarnej organizacji Odpowiedzialni Obywatele w Doniecku.

Krytycy polityki Kijowa dodają, że nowe zakazy prowadzą jedynie do wzrostu już istniejącej korupcji na „linii rozgraniczenia”.

Zobacz także

wyborcza.pl

NieDla

prawicowaTęsknota

tuskOstro

Zobacz taniec Jowisza i Wenus. To będzie nieziemskie zbliżenie

Karol Wójcicki, 25.06.2015
Koniunkcja Wenus i Jowisza

Koniunkcja Wenus i Jowisza (-)

Przez najbliższe dni wypatruj o zmierzchu Jowisza i Wenus. Między największą i najpiękniejszą planetą Układu Słonecznego dojdzie do niezwykłego zbliżenia. Widok będzie nieziemski!
Od kilku tygodni mnóstwo ludzi zapewne zachodzi w głowę – co to za dwie jasne gwiazdy widać na niebie tuż po zachodzie Słońca nad zachodnim horyzontem? Świecą zdecydowanie silniejszym blaskiem niż inne punkty na niebie i każdego dnia są jakby bliżej siebie.

To Jowisz i Wenus. Wydają się, jakby były tuż obok siebie, ale to jedynie kwestia perspektywy. Od Wenus dzieli nas dystans ok. 84 mln kilometrów . Do Jowisza jest aż 897 mln kilometrów. Obie planety widzimy jednak w zbliżonym kierunku i stąd efekt ich bliskości na wieczornym niebie. Ziemia obiega Słońce szybciej od Jowisza i powoli oddala się od tej planety. Za to Wenus krąży wokół Słońca szybciej niż Ziemia i przybliża się do nas. Już niedługo znajdzie się między Ziemią i Słońcem – wtedy dojdzie do złączenia dolnego, będzie dzielić nas minimalna odległość 41 mln 400 tys. kilometrów.

Zanim to jednak nastąpi, na skutek perspektywy obie planety miną się wyjątkowo blisko na niebie. Zbliżenie będzie tym bardziej efektowne, że są one obecnie najjaśniejszymi obiektami na nieboskłonie zaraz po Słońcu i Księżycu. Ich obserwacja nie wymaga zatem ani lornetki, ani teleskopu. Jaśniejsza z pary to Wenus, której gęsta atmosfera odbija ponad 70 proc. padającego światła słonecznego. Olbrzymi Jowisz odbija tego światła nieco mniej, a w dodatku jest dużo dalej. Jego rozmiar sprawia jednak, że nadal jest świetnie widoczny, choć wyraźnie od Wenus bledszy.

Do największego zbliżenia między planetami dojdzie rankiem 1 lipca. U nas będzie już dzień. Posiadacze teleskopów przy odrobinie wysiłku mogą jednak próbować namierzyć obie planety nawet na tle jasnego nieba. Gołym okiem największe zbliżenie zobaczymy kilkanaście godzin wcześniej – wieczorem 30 czerwca. Obie planety będzie dzielić już wtedy odległość mniejsza od średnicy tarczy Księżyca, co zagwarantuje niezwykły widok po zachodzie Słońca. Para planet zniknie za horyzontem tuż przed 23.

Warto skierować na nie lornetkę lub teleskop. Bez trudu dostrzeżemy wtedy obok Jowisza cztery jego największe Księżyce – Io, Ganimedesa, Kalisto i Europę. Wenus będzie za to widoczna jako grubszy sierp – zupełnie jak Księżyc przed pierwszą kwadrą. Planety poruszające się wewnątrz orbity Ziemi wykazują fazy, co po raz pierwszy zaobserwował i opisał już w XVII wieku włoski astronom Galileusz. Sierp Wenus w sprzyjających warunkach atmosferycznych powinien być dostrzegalny nawet przez większą lornetkę. Widok będzie jednak zdecydowanie wyraźniejszy, gdy do obserwacji użyjemy małego teleskopu.

Efektowna koniunkcja (czyli zbliżenie) będzie ostatnim akcentem królowania obu planet na wieczornym niebie w ciągu ostatnich miesięcy. Zarówno Jowisz, jak i Wenus znikną wkrótce w blasku Słońca (Wenus przejdzie przed Słońcem; Jowisz przejdzie za Słońcem). Obie planety zobaczymy ponownie po wakacjach nad ranem. Na początku września pojawi się Wenus, a na Jowisza przyjdzie nam poczekać do przełomu września i października.

Kilknij, aby powiększyć grafikę w nowym oknie

Zobacz także

wyborcza.pl

Awantura o imigrantów na szczycie UE

Tomasz Bielecki, Bruksela, 26.06.2015
Brytyjski premier David Cameron, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz i premier Grecji
Aleksis Tsipras wczoraj w Brukseli. Ewentualny Grexit i Brexit to wielki problem Europy

Brytyjski premier David Cameron, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz i premier Grecji Aleksis Tsipras wczoraj w Brukseli. Ewentualny Grexit i Brexit to wielki problem Europy (YVES HERMAN/REUTERS)

Jak „dzielić” uchodźców? Jak utrzymać Londyn w Unii? Jak ratować Grecję przed bankructwem? W Brukseli padło wiele pytań bez odpowiedzi. A na Donalda Tuska spadły zarzuty, że promuje stanowisko grupy wyszehradzkiej, choć nie jest już premierem Polski
Przywódcy UE rozpoczęli w czwartek wieczorem dwudniowy szczyt w Brukseli.

Premier Ewa Kopacz przyjechała tam, by walczyć z projektem obowiązkowego podziału 40 tys. uchodźców z Syrii i Erytrei między kraje Unii. Chodzi o ludzi przybywających morzem do Włoch i Grecji, skąd do wiosny 2017 r. miałyby ich przejąć inne kraje UE. Na Polskę przypadłoby 2659 osób – wedle wyliczeń opartych na naszym PKB, ludności, stopie bezrobocia oraz liczbie azylantów przyjętych w ostatnich pięciu latach. – Gdy toną w morzu, załamujemy ręce i czcimy ich minutą ciszy. Czas zacząć im solidarnie pomagać – tak uchodźczych kwot broni Frans Timmermans, wiceszef Komisji Europejskiej.

Szczyt UE, po długich godzinach sporów, odwlekł wczoraj decyzję. Wprawdzie zgodził się na przejęcie 40 tys. uchodźców od Włoch i Grecji, ale ich podział będzie ustalony dopiero przez szefów MSW krajów Unii do końca lipca – i to „bez obowiązkowości”. Ta akrobacja to po prostu zamrożenie kłótni o co najwyżej kilkanaście dni.

Renzi krzyczy. Tusk krytykowany

Nawet rozmydlony zapis o uchodźcach niezbyt podobał się premier Kopacz i przywódcom innych krajów UE przeciwnych obowiązkowym kwotom. I w pewnym momencie na stole pojawił się nowy projekt postanowień szczytu (napisany przez pomocników Tuska), który – w prawniczych terminach – podkreślał całkowitą dobrowolność w dzieleniu się imigrantami przez kraje UE. Zwolennicy rozdzielnika uznali to za próbę całkowitego wykręcenia się od przyjmowania kwot. I wywołało ostrą kłótnię.

– Nie mogę się pogodzić, by ta dyskusja była tak egoistyczna. Jestem synem historii Europy. Płakałem nad murem berlińskim, płakałem nad Srebrenicą. Wierzę w ideały. Nie mogę się pogodzić z tym , co tu się dzieje – mówił Renzi. Swoje, jak zwykle ciężkie działa, wytoczyła przeciw niemu litewska prezydent Dalia Grabauskaite.

Obowiązkowemu rozdzielnikowi twarde „nie” mówią prócz Polski, Słowacja, Czechy, Litwa, Słowenia, Finlandia i Węgry. Łagodniej sprzeciwiają się Rumunia i Portugalia. Rozdzielnik popierają, choć po modyfikacjach, Niemcy, Francja, Szwecja, Bułgaria, Benelux i oczywiście Włosi oraz Grecy. Hiszpanie są sceptyczni. Irlandczyków, Duńczyków i Brytyjczyków rozdzielnik nie uwzględnia, bo traktat UE gwarantuje im tu wyłączenie ze wspólnej polityki. – Jeśli nie jesteście gotowi przyjąć 40 tysięcy, nie jesteście godni nazywać się Europą – wręcz krzyczał włoski premier Matteo Renzi. Kanclerz Angela Merkel ponoć musiała go uspokajać.

Do sporu włączył się szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker (po stronie obowiązkowego rozdzielnika). Zarzucał egoizm krajom przeciwnym rozdzielnikowi. Niektórzy zachodni dyplomaci skarżyli się, że Tusk promuje „wyszehradzką wersję” kompromisu (od wyszehradzkiej grupy Polski, Czech, Słowacji i Węgier), choć przecież nie jest już premierem Polski. Cała kłótnia skończyła się powrotem do mniej więcej punkty wyjściu – Unia zobowiązuje się do przejęcia 40 tysięcy uchodźców, podział nie jest „obowiązkowy”, ale musi być dokonany do końca lipca…

– Metody pracy nas obu są najwyższej jakości. Nie było konfliktu między nami – mówił potem Juncker na wspólnej konferencji prasowej z Tuskiem. Sam Tusk uznał, że konflikt byłby samobójczy. – W dniu, kiedy ja popełnię samobójstwo, on zrobi to samo – odparł Juncker.

Szczyt UE potwierdził, że kraje UE dobrowolnie (tu od początku nie było sporu) sprowadzą do 20 tysięcy uchodźców, którzy przebywają teraz poza Unią – m.in. w ONZ-owskich obozach w Jordanii czy Libanie.

Polska wykręca się Ukraińcami

Część przeciwników kwot, m.in. Węgrzy, będzie teraz kuszona do zgody m.in. subsydiami. Węgry straszyły ostatnio, że przestaną stosować wspólną politykę azylową UE, czyli m.in. nie będą rozpatrywać części wniosków azylowych.

– To szkodliwy pomysł Viktora Orbána. Ale przyznajmy, że Węgry są pod wielką presją. W tym roku przyjęły do rozpatrzenia już ok. 60 tys. wniosków azylowych, więcej niż Włochy – mówi dyplomata UE. Stosunkowo niska liczba wniosków we Włoszech to efekt „ucieczek” m.in. do Francji. Ale istotnie imigrancki ruch na granicy Serbii z Węgrami wzrósł ponad osiem razy w porównaniu z 2014 r. Przybywają tamtędy m.in. Syryjczycy, Irakijczycy, Pakistańczycy. Docierają do Grecji i Bułgarii, a potem przez Serbię i Węgry dalej na Zachód. Węgrzy przymykają oko na ich „ucieczki” do Austrii, a Austria – do Niemiec.

Polska wykręca się od kwot za pomocą Ukraińców. Przypomina, że przyznała im w „liberalny sposób” ok. 276 tys. wiz „narodowych” (bez prawa podróżowania do innych krajów Schengen) w zeszłym roku. A to pomaga rozładować problem humanitarny na Ukrainie. I winno być uwzględniane jako nasz wkład w rozwiązywanie problemu imigranckiego. Natomiast mniej naciąganych argumentów używają Francuzi, domagając się, by w kalkulacjach kwot bardziej uwzględnić liczbę przyjętych dotąd uchodźców.

Skradziony show Camerona

Brytyjski premier David Cameron oficjalnie poinformował szczyt UE o chęci przeprowadzenia referendum (do końca 2017 r.) o członkostwie Londynu w Unii. Chce zreformować UE bądź uzyskać luźniejsze warunki członkostwa, by poprowadzić kampanię referendalną pod hasłem „Ulepszyliśmy UE, więc w niej pozostańmy!”.

Mało kto się spodziewał, że Brytyjczyk przedstawi konkretne bądź nieznane dotąd żądania. Mówił o nich niecałe dziesięć minut. Nawiązał do ogłaszanych wcześniej priorytetów związanych m.in. z brytyjską suwerennością, zwiększeniem wpływu parlamentów krajowych na Brukselę, pogodzeniem głębszej integracji eurolandu z niedyskryminacją reszty krajów UE, a także – to drażliwe dla Polaków – ograniczeniem „nadużyć zasiłkowych” przez unijnych imigrantów na Wyspach. Przywódcy UE zamierzają powierzyć m.in. Tuskowi prace nad postulatami Camerona, by wrócić do tematu najprawdopodobniej w grudniu.

– Dzisiejszy dzień to kamień milowy! – powiedział Cameron brytyjskim mediom. Ale uwagę Brukseli przykuwał… Grexit.

Grecja. Ciąg dalszy nastąpi

Negocjacje umowy „7 mld euro pożyczki pomocowej za kolejne reformy i cięcia” między Grecją i eurolandem znów skończyły się klapą.

Ministrowie finansów strefy euro spotkają się chyba w sobotę. Premier Tsipras naciskał na zwołanie szczytu przywódców euro (ostatni był w poniedziałek) przy okazji szczytu UE, ale Tusk był niechętny. Kanclerz Merkel miała powiedzieć, że porozumienie musi być zawarte przed otwarciem rynków finansowych w poniedziałek rano, co grozi rokowaniami przez cały weekend. Ateny muszą do końca czerwca zapłacić ponad 1,5 mld euro dla MFW, a grecka kasa jest pusta.

Zobacz także

wyborcza.pl

Prawicowa tęsknota za „hołotą”

Monika Olejnik, „Kropka nad i”, TVN 24, „Gość Radia Zet”, 26.06.2015
Artykuł Stanisława Janeckiego

Artykuł Stanisława Janeckiego (fot. wpolityce.pl)

Nie wiedziałam, że doczekam czasów, w których „niepokorni” będą tęsknić za Sikorskim, Rostowskim, Sienkiewiczem. „Mogli wkurzać, ale byli kimś” – pisze wirtuoz pióra redaktor Janecki w jednym z prawicowych portali.
Bardzo się wkurzył na to, że poczynania Jarosława Kaczyńskiego ocenia doktor ekonomii Joanna Mucha. To przecież nikt inny jak właśnie Kaczyński był twórcą trzech prezydentów – Wałęsy, Kaczyńskiego i Dudy – oraz czterech premierów – Mazowieckiego, Olszewskiego, Marcinkiewicza i siebie samego, czyli JK.

Jak taka „szczebiotka”, doktor ekonomii, może krytykować premier in spe Beatę Szydło. To zapewne zdenerwowało „niepokornego” redaktora. Jak można przypominać wpadki pani wiceprezes, która myślała, że Polska weszła do UE w 1993 r., i myli dług publiczny z deficytem budżetowym. Nie uchodzi też, żeby recenzował Kaczyńskiego „komsomolec” Cezary Tomczyk, nowy rzecznik rządu.

Swoją drogą dziwię się, że jeszcze nie został zlustrowany, bo jak wiemy, prawica ma nieustanny dostęp do IPN, można powiedzieć IPN online z prawicą.

Co to znaczy, że taka „panna Nikt” teraz będzie decydowała o polityce Platformy Obywatelskiej.

Janecki pisze: „Donald Tusk, Jacek Rostowski, Radosław Sikorski czy Bartłomiej Sienkiewicz nie są osobami wypranymi z właściwości i inteligencji. Sikorski, Rostowski czy Sienkiewicz mogą nas skrajnie irytować, także swoim mocno przerośniętym ego, ale przecież to nie są szczebiotki w rodzaju Joanny Muchy”. Widać redaktor zapomniał o tym, że Sikorski chciał dorżnąć watahę, może mu tego brakuje.

Choć wyżej wymienieni byli szkodnikami, ale byli kimś. Mieli wady, ale się znali. Choć Janeckiemu nie podobały się ich występy na wiecach, to wiedzieli, o czym mówią. A taka Mucha, taki Tomczyk, kim oni są!?

Biedny redaktor. Nie wiedziałam, że będzie płakał z powodu odejścia tych, o których prawica pisze, że to „hołota”.

Przecież Tusk to największy szkodnik, doprowadził Polskę do ruiny, Sikorski zepsuł polską dyplomację, a Rostowski sprowadził kraj na dno. I teraz będzie go musiała ratować Beata Szydło.

Jak można żyć z marszałkiem Sejmu Małgorzatą Kidawą-Błońską? Toż to prawnuczka prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i premiera Władysława Grabskiego. Czy więc wypada odbierać prawo do patriotyzmu osobie, która ma takich przodków?

A przecież wiadomo, że najważniejszy w Polsce jest patriotyzm, bo jak powiada Jarosław Kaczyński: „polski patriota musi głosować za odejściem tej władzy”.

Zobacz także

wyborcza.pl

Patrick Macnee nie żyje

J.SZ., 26.06.2015
Patrick Macnee zmarł w wieku 93 lat. Szczyt jego kariery przypadał na lata 50.-80.

Patrick Macnee zmarł w wieku 93 lat. Szczyt jego kariery przypadał na lata 50.-80. (FRED PROUSER / REUTERS / REUTERS)

Patrick Macnee, gwiazdor serialu kryminalnego „Rewolwer i melonik”, zmarł w czwartek w Rancho Mirage, w Kalifornii. Miał 93 lata.
Twierdził, że to on upierał się, żeby John Steed, bohater serialu z lat 1961-69 i 1976-77, nie używał broni, poza ostrzem ukrytym w rączce parasola. Razem z Dianą Rigg poprawiali większość serialowych dialogów.

Jego ojciec Daniel Macnee był trenerem koni wyścigowych, alkoholikiem i hazardzistą, który przepuścił rodzinny majątek. Patricka wychowywała jego matka lesbijka Dorothea Mary Henry ze swą kochanką Evelyn. W czasie wojny służył w Royal Navy.

W połowie lat 50., niezadowolony ze swej kariery w Wielkiej Brytanii, wyjechał do Stanów, gdzie zajmował się produkcją telewizyjną. Zagrał zarówno Sherlocka Holmesa, jak i dr. Watsona, a w Bondzie „Zabójczy widok” (1985) – specjalistę od wyścigów konnych, który udaje służącego 007 (Roger Moore).

Za najbardziej erotyczną rzecz, jaką widział w życiu, uważał nagie plecy Ingrid Bergman, którą zobaczył występującą w teatrze, w sukni bez pleców, w sztuce Somerseta Maughama.

Zobacz także

wyborcza.pl

„Nie” dla honorowego obywatelstwa Wildsteina. Platforma przegłosowała PiS

Maciej Orłowski, 25.06.2015
red. Bronisław Wildstein

red. Bronisław Wildstein (Fot. Rafał Malko / Agencja Gazeta)

Stołeczni radni PO i SLD zablokowali honorowe obywatelstwo dla Bronisława Wildsteina, zgłoszonego przez PiS. Nadali za to taki tytuł Andrzejowi Wajdzie i byłemu rektorowi UW prof. Henrykowi Samsonowiczowi. W ramach sprzeciwu radni PiS wstrzymali się od głosowania nad tymi kandydaturami. Platforma oskarża PiS o jątrzenie przed wyborami, a opozycja Platformę o psucie demokracji.
Tytuł honorowego obywatela to najwyższa godność przyznawana przez stołeczny samorząd. Co roku swoje kandydatury zgłaszają wszystkie kluby obecne w Radzie Warszawy. Do tej pory tradycją było, że nad kandydaturami nie dyskutowano i wszystkie przyjmowano jednogłośnie.

W tym roku PiS zaproponował nadanie tytułu prawicowemu dziennikarzowi Bronisławowi Wildsteinowi. W czasach PRL-u Wildstein był opozycjonistą, współpracował z Komitetem Obrony Robotników i współtworzył krakowskie Niezależne Zrzeszenie Studentów.

Jątrzy, a nie łączy

O Wildsteinie głośno zrobiło się w 2005 r., gdy opublikował w internecie tzw. listę Wildsteina, czyli wyniesiony z Instytutu Pamięci Narodowej katalog nazwisk, którymi interesowały się PRL-owskie służby bezpieczeństwa. Zestawienie było powodem wielu nieporozumień: osoby śledzone przez bezpiekę bywały przedstawiane jako tajni współpracownicy służb PRL.

Część działaczy PO twierdzi, że zgłoszenie Wildsteina miało podnieść temperaturę debaty politycznej. Ich zdaniem PiS, licząc się ze sprzeciwem Platformy, chciał postawić partię rządzącą miastem w niezręcznej sytuacji. Pomysł miał wypłynąć ze środowiska Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA, wiceprezesa partii i zwolennika twardego kursu wobec PO.

Otoczenie prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz od początku sprzeciwiało się nagrodzeniu Bronisława Wildsteina. – Kandydat do tak zaszczytnego tytułu powinien łączyć, a nie jątrzyć. Skala jego zasług zwyczajnie nie odpowiada randze nagrody – mówiła prezydent w „Stołecznej”.

Brak poszanowania demokracji

Dlatego czwartkowe głosowanie nie było zaskoczeniem. Jeszcze przed nim Jarosław Krajewski, przewodniczący klubu PiS, apelował do radnych PO o poparcie wniosku.

– Macie dzisiaj nieznaczną większość, ale nie macie monopolu na przyznawanie najwyższych wyróżnień. Po przegranych wyborach prezydenckich przez Bronisława Komorowskiego nie potrzebujecie awantury, ale ją wywołaliście. Zapowiedź zerwania przez PO tradycji respektowania prawa innych klubów do nadawania tytułu honorowego obywatela to brak elementarnego poszanowania standardów demokratycznych, które panowały w radzie od wielu lat – mówił. I zapewniał, że wyróżnienie dla Wildsteina powodowane jest przede wszystkim jego „działalnością opozycyjną”.

– Ten człowiek jest współtwórcą Telewizji Republika. Dzięki niej można patrzeć szerzej, więcej się dowiadywać, musieć myśleć. To ma znaczenie historyczne, jeśli teraz nie zostanie docenione, to za kilka lat – przekonywała z kolei radna PiS Olga Johann.

PiS się wstrzymuje

Mimo apeli PiS radni Platformy i SLD głosowali przeciw kandydaturze Wildsteina. Ich głosami nadano tytuł dwóm osobom – reżyserowi Andrzejowi Wajdzie i byłemu rektorowi UW i ministrowi edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego prof. Henrykowi Samsonowiczowi. W geście protestu PiS wstrzymało się od głosu nad kandydaturami Wajdy i Samsonowicza. Nic to nie dało, bo Platforma ma w radzie miasta samodzielną większość.

PO głosowało za to za kandydatami PiS do Nagród m.st. Warszawy (to 10 tys. zł): aktorką Anną Chodakowską (o katastrofie smoleńskiej mówi: „To był zamach”), Arkadiuszem Gołębiewskim (twórcą filmów o „żołnierzach wyklętych”), Konstantym Radziwiłłem (b. prezesem Naczelnej Rady Lekarskiej) i Krzysztofem Skowrońskim, prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, zdominowanym obecnie przez zwolenników PiS.

„W przeszłości działy się różne rzeczy”

– To była trudna decyzja. Rzeczywiście, w radzie obowiązują pewne zasady. Pytanie, czy zawsze służą społeczeństwu – mówi jedna z warszawskich radnych. I dodaje: – PiS tyle mówił o wzajemnym szacunku. A czy był pan kiedyś na sesji honorowej, na którą zaprasza się uhonorowanych? W przeszłości ze strony PiS działy się różne rzeczy – tupanie, gwizdanie, ostentacyjne wychodzenie z sali. Mimo że ci sami ludzie w imię tradycji głosowali za tymi kandydaturami.

W historii stołecznej rady tylko dwa razy kłócono się o honorowe obywatelstwo. W 2010 r. PiS sprzeciwiał się kandydaturze byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wcześniej próbował zablokować nadanie tytułu Lechowi Wałęsie. Podczas sesji Rady Warszawy jeden z radnych PiS nazywał byłego prezydenta „Bolesławem Wałęsą”. Sugerował w ten sposób, że Wałęsa był współpracownikiem służb PRL o pseudonimie „Bolek”. Oba weta się nie udały.

Na liście honorowych obywateli Warszawy są m.in. Józef Piłsudski, Jan Paweł II, Władysław Bartoszewski czy Dalajlama XIV. Nagroda jest przyznawana od lat 90., została przywrócona po 70 latach przerwy.

gazeta.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s