Piłka (13.07.2015)

 

Właściciel kamienicy przy ul. Stolarskiej ma być aresztowany na 30 dni

Tomasz Nyczka, 13.07.2015
Proces

Proces „czyścicieli” kamienic (ŁUKASZ CYNALEWSKI)

Grzegorz Liberkowski, jeden z właścicieli budynku przy ul. Stolarskiej, znów nie pojawił się na rozprawie „czyścicieli” kamienic. Gdy rano przyszła po niego policja, nie było go w mieszkaniu. – Zostanie aresztowany – postanowiła sędzia Magdalena Adamiec.
Prokuratura oskarża „czyścicieli” o nękanie lokatorów pięciu poznańskich kamienic. Najbardziej znana była kamienica przy ul. Stolarskiej. „Czyściciele” dewastowali budynek, odcinali gaz i wodę, podrzucali robaki. Wszystko po to, by zmusić mieszkańców do wyprowadzki.

„Czyścicieli” wynajmowali właściciele kamienic. Czy wiedzieli o nękaniu? Lechosław Gawroński, jeden z właścicieli budynku przy ul. Stolarskiej, mówił przed sądem, że dowiedział się o tym z mediów. Opowiadał, że to drugi z właścicieli – Grzegorz Liberkowski – zaproponował mu wspólny zakup kamienicy i umówił spotkanie z „czyścicielem” Piotrem Ś. Sąd od kilku miesięcy próbuje przesłuchać Liberkowskiego, ale ten nie stawia się na rozprawach. Przedstawiał zwolnienia lekarskie, innym razem miał być w interesach za granicą – usprawiedliwiał go w ten sposób „czyściciel” Piotr Ś.

Sędzia: zarządzam aresztowanie

Sędzia Magdalena Adamiec postanowiła, że Liberkowskiego przyprowadzą na rozprawę policjanci. Ale w poniedziałek okazało się, że policjanci nie zastali Liberkowskiego w mieszkaniu. – Świadek wie o toczącym się procesie, bo dostarczał do sądu zwolnienia lekarskie. W tej sytuacji zarządzam jego aresztowanie na 30 dni od momentu zatrzymania – poinformowała na rozprawie sędzia Magdalena Adamiec.

– Z tego, co wiem, policji nie było w miejscu, w którym przebywa pan Liberkowski. Mój klient nie może też odpowiadać za to, że poczta ma problemy z doręczeniem mu wezwania. Nie znam poniedziałkowej decyzji sądu, mój klient się ze mną w tej sprawie nie kontaktował. Ale jeśli rzeczywiście tak jest, to jest to poważna sprawa i będziemy podejmować odpowiednie kroki – komentuje Tomasz Olech z kancelarii Olech, Babik i Wspólnicy, który reprezentuje Liberkowskiego.

Piotr Ś. na badaniach

Podczas rozprawy adwokat „czyścicieli” Mirosław Martyn atakował „Wyborczą”, która opisywała nękanie lokatorów. Nie spodobało mu się, że fotoreporter „Wyborczej” poprosił sąd o zgodę na robienie zdjęć podczas rozprawy. – Ten organ narusza zasady dobrego smaku i prawa prasowego. W sposób tendencyjny opisuje proces i stara się wpływać na jego przebieg – stwierdził Martyn.

– Pan mecenas żyje chyba jeszcze w poprzednim systemie, bo to wtedy używano określenia „organ prasowy”. Teraz, na szczęście, mamy wolne media i mają one prawo informować czytelników o przebiegu procesu. Tym bardziej że pokrzywdzonych w tej sprawie jest wielu, a sama sprawa jest przedmiotem zainteresowania opinii publicznej. Jeśli pan mecenas twierdzi, że gazeta kłamie, niech korzysta z możliwości prawnych – odpowiedziała Agnieszka Rybak-Starczak, prawniczka reprezentująca nękanych lokatorów.

– Gdyby chcieć wyliczyć te kłamstwa, to nie wyszlibyśmy przez cały dzień z sądu – odparł Martyn.

Sędzia Adamiec zgodziła się na robienie zdjęć. – Sąd od początku procesu kładzie nacisk na to, by był on transparentny. Przemawia za tym interes społeczny – stwierdziła.

Rozprawa jednak się nie odbyła, bo nie przyszedł na nią oskarżony Piotr Ś. Rano zgłosił się do szpitala. Sędzia Adamiec zadzwoniła do lecznicy, by to potwierdzić. Usłyszała, że „czyściciel” przechodzi „badania diagnostyczne”.

Kolejna rozprawa 3 sierpnia.

poznan.gazeta.pl

sędziaDecyduje

Chcą zablokować in vitro. Szybka odpowiedź: „Prezydencie, rodzicielstwo to nie ideologia, ale radość dla społeczeństwa”

chcąZablokować1
chcąZablokować
Paweł Kośmiński, 13.07.2015
Bronisław Komorowski

Bronisław Komorowski (Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta)

„Niezamierzona bezdzietność nie rozwiąże się sama i nie zniknie, nawet jeśli zamkniemy oczy i będziemy mówić, że nas nie dotyczy” – zwraca uwagę stowarzyszenie Nasz Bocian, które przygotowało apel do prezydenta Bronisława Komorowskiego z prośbą o podpisanie ustawy o in vitro. To odpowiedź na petycję środowisk, które nie chcą do tego dopuścić.
Po długiej i burzliwej dyskusji w ubiegłym tygodniu senatorowie przegłosowali w końcu ustawę o leczeniu niepłodności, która reguluje in vitro w Polsce. Nie obeszło się jednak bez kuriozalnych wypowiedzi, odwołań do Sądu Ostatecznego i rozważań, jak ustawa „ma się do obchodzenia roku 2015 jako Roku św. Jana Pawła II”.Ustawa czeka teraz na podpis prezydenta, który jeszcze przed głosowaniem podkreślił, że uzależnia swoją decyzję od konstytucyjności dokumentu. Ale podkreślił: – Zawsze byłem i jestem za życiem, a metoda in vitro uporządkowana w sensie prawnym to jest właśnie opowiedzenie się za życiem, za szansą na posiadanie dzieci.

Przeciwnicy in vitro straszą „niszczeniem dziecka w fazie zarodkowej”

Przeciwko ustawie od początku wypowiadali się biskupi. W komunikacie Episkopatu wydanym tuż przed głosowaniem stwierdzono, że „w procedurze in vitro ceną urodzenia jednego dziecka jest śmierć jego rodzeństwa na etapie przed urodzeniem”. W kolejnym – już po głosowaniu – biskupi stwierdzili krótko: „Cel nigdy nie uświęca środków”.

Przeciwnicy in vitro zaapelowali już do prezydenta Komorowskiego, by nie podpisywał ustawy. Zabrania ona tworzenia zarodków w celach innych niż zapłodnienie pozaustrojowe, a za niszczenie zarodków zdolnych do prawidłowego rozwoju przewiduje kary (od sześciu miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności). Ponadto zezwala na zapłodnienie maksymalnie sześciu komórek jajowych.

Mimo to autorzy petycji sugerują, że ustawa zezwala na „zniszczenie życia dziecka w fazie zarodkowej dlatego, że zostało poczęte jako ‚nadliczbowe'”.

„Apelujemy do Pana Prezydenta o moralną solidarność z życiem każdego dziecka poczętego pozaustrojowo i o obronę jednego z najważniejszych osiągnięć prawodawstwa niepodległej Polski, które tak korzystnie wyróżnia nas na tle współczesnego świata. Jego przekreślenie byłoby aktem podporządkowania prawa roszczeniom ideologii i polityki. Tego nikt nie powinien robić, niezależnie od poglądów na temat in vitro” – czytamy w petycji podpisanej przez ponad 20 tys. osób.

Radość z rodzicielstwa i problem bezdzietności, który sam się nie rozwiąże

Od momentu otrzymania ustawy prezydent ma 21 dni na podjęcie decyzji. Może ją podpisać, zawetować albo posłać do Trybunału Konstytucyjnego. Wiadomo już, że prezydent elekt Andrzej Duda by jej nie podpisał.

Dlatego Stowarzyszenie na rzecz Leczenia Niepłodności i Wspierania Adopcji „Nasz Bocian” przygotowało petycję, w której wzywa urzędującego prezydenta do podpisania ustawy. „Na tę ustawę czeka 1,5 mln niepłodnych Polek i Polaków, którzy mają prawo leczyć się bezpiecznie po 28 latach braku krajowej regulacji metody in vitro” – podkreślają inicjatorzy apelu.

„Rodzicielstwo jest wartością ponadświatopoglądową. Daje radość rodzicom, ale także całym rodzinom, przyjaciołom i społeczeństwu” – tłumaczą.

Pomysłodawcy apelu zwracają uwagę, iż przyjęcie ustawy „będzie świadectwem, że niepłodne Polski i niepłodni Polacy są chronieni przez polskie prawo”, a „ich bezpieczeństwo i zdrowie jest dla prezydenta RP tak samo ważne jak zdrowie pozostałych milionów polskich obywateli”.

Jak zwraca uwagę stowarzyszenie, na ustawę czekają również ci, „u których niepłodność dopiero zostanie zdiagnozowana”. „Z każdym rokiem przybywa osób dotkniętych problemem niepłodności i z każdym kolejnym rokiem niezałatwione dziś problemy będą nabrzmiewać coraz bardziej. Niezamierzona bezdzietność nie rozwiąże się sama i nie zniknie, nawet jeśli zamkniemy oczy i będziemy mówić, że nas nie dotyczy” – czytamy w apelu.

Biskupi o „ustawie zbrodniczej”. Urodzona in vitro: „Jeśli macie cień empatii…”

Mimo to podczas niedzielnego kazania wygłoszonego na Jasnej Górze metropolita szczecińsko-kamieński abp Andrzej Dzięga mówił o „ustawie zbrodniczej”. Osoby urodzone tą metodą przekonywał, że „są darem Bożej miłości dla świata, chociaż ten dar został przez dorosłych wymuszony gwałtem na naturze, w laboratorium”. – To nie jest wasza wina, że aby się jedno z was narodziło, to kilkadziesiąt innych dzieci musiało zamrzeć albo być zabitych – oznajmił.

Homilii wysłuchali m.in. politycy PiS, bo msza była zwieńczeniem dwudniowej pielgrzymki słuchaczy Radia Maryja. Za te słowa – w imieniu całej Polski – podziękował Jarosław Kaczyński, bo, jak podkreślił, nie „nie ma w Polsce innej nauki moralnej niż ta, którą głosi Kościół”, „nie ma Polski bez Kościoła”.

„Dzisiaj po raz pierwszy w moim całkiem już długim życiu (60+) nie byłem na mszy niedzielnej nie z powodu siły wyższej (choroba, podróż itp.), ale dlatego, że po lekturze urywków kazania abp. Dzięgi nie byłem w stanie tego zrobić” – odpowiedział Adam Ziółkowski, ojciec najstarszego znanego w Polsce dziecka z in vitro.

Wcześniej zareagowała Agnieszka Ziółkowska. „Jeśli macie choć cień ludzkiej empatii, to pamiętajcie, że jeśli ktokolwiek będzie cierpiał i miał problem z tego powodu, że urodził się dzięki in vitro, to przez WAS. A jeśli dojdzie do tragedii z tego powodu, jak w Bieżuniu, to krew będzie na Waszych rękach” – zwróciła się do hierarchów kościelnych i senatorów.

Jak wynika z ostatniego sondażu CBOS, korzystanie z metody in vitro przez małżeństwa akceptuje 76 proc. Polaków, przez związki nieformalne – 62 proc.

Zobacz także

wyborcza.pl

 

Incydent na konwencji PiS. Kobieta wyprowadzona siłą. Krzyczała: „To dyktatura!”

glińskiPrzemawia
Marcin Batóg
13.07.2015
– To, co proponujecie, to dyktatura! Chcecie ręcznie sterować całym krajem, jak Putin. Tak się nie da rządzić – krzyczała kobieta na poniedziałkowej regionalnej konwencji programowej Prawa i Sprawiedliwości w Kielcach. Po jej słowach działacze partyjni siłą wypchnęli kobietę z sali.
Andrzej Pruś

Andrzej Pruś (PAWEŁ MAŁECKI)

Konferencja Prawa i Sprawiedliwości odbyła się w poniedziałkowe popołudnie na małej scenie Kieleckiego Centrum Kultury. Przebiegała pod hasłem: „Dobra zmiana jest możliwa”. Do Kielc specjalnie przyjechał szef rady programowej PiS, prof. Piotr Gliński.Przekonywał, że jego ugrupowanie ma pomysł na odbudowę polskiego przemysłu i uczynienie go bardziej konkurencyjnym na arenie międzynarodowej. – Trzeba w tym celu podnieść stopę inwestycji z 20 do 25 proc. Wiemy, jak zainwestować środki europejskie, środki publiczne oraz środki prywatne, by zwiększyć PKB – twierdził Gliński.

„Chcecie sterować jak Putin”

W pewnym momencie jedna z kobiet na widowni wstała i zaczęła krzyczeć: – To, co proponujecie, to dyktatura! Chcecie ręcznie sterować całym krajem, jak Putin. Tak się nie da rządzić.

Gliński nie zareagował. Zrobił to natomiast prowadzący spotkanie z kandydatem na „technicznego premiera” Krzysztof Lipiec, poseł PiS i szef struktur partii w regionie. – Proszę nie przerywać, to ja jestem gospodarzem tej konwencji – uciszał kobietę.

Wzburzeni działacze partyjni, na czele z sekretarzem świętokrzyskiego PiS Andrzejem Prusiem, zaczęli się szarpać z kobietą i siłą wypchnęli ją z sali.

 

Gazeta.pl

 

W Pile polityczny skandal z krzyżem w tle. Wszystko przez wpis Szejnfelda

13.07.2015

AdamSzejnfeld

W Pile polityczny skandal z krzyżem w tle. Na facebookowym profilu europosła PO Adama Szejnfelda pojawił się kontrowersyjny rysunek.

Przedstawia wbity w Polskę krzyż z logo PiS oraz hasłem Paranoja i Schizofrenia. To nie spodobało się internautom i innym pilskim politykom.

Grzegorz Piechowiak z Polski Razem złożył w tej sprawie do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Chodzi o obrazę uczuć religijnych. Takie postępowanie jest niedopuszczalne – powiedział Piechowiak. – Ja jako katolik nie mogę się zgodzić, żeby wykorzystywała jakakolwiek partia czy osoba symbole religijne do walki politycznej – dodał.

Pod zawiadomieniem do prokuratury podpisały się jeszcze dwie inne osoby. Nie wiadomo jednak czy rysunek zamieścił Adam Szejnfeld czy zrobiła to inna osoba zajmująca się profilem społecznościowym europosła. Szejnfeld nie odbiera telefonu. Podobnie jego partyjni koledzy z Piły.

Członkowie Prawa i Sprawiedliwości są rysunkiem oburzeni. Oficjalny komentarz pilskich struktur partii w tej sprawie prawdopodobnie pojawi się jutro.

Onet.pl

Kopacz do Kaczyńskiego i górników: Bez obaw. Pieniędzy nie zabraknie

13.07.2015

PiS, ustami prezesa Jarosława Kaczyńskiego, ostrzega, że pod koniec roku w górnictwie może nie wystarczyć pieniędzy na wypłaty. Według Prawa i Sprawiedliwości, jest to przemyślana taktyka, by wywołać poważny kryzys już dla nowego rządu.

Pieniądze na restrukturyzację są i nie ma zagrożenia dla wypłat – zapewniła. Premier zarzuca PiS-owi, że był przeciwny programowi naprawczemu, który realizuje jej rząd. Jak zapewnia, ma w tej kwestii poparcie górników.

Premier Kopacz dodała, że kwestia górnictwa jest zbyt ważna, aby ją rozgrywać politycznie.

Ewa Kopacz przypomniała, że dwa tygodnie temu w Katowicach odbyło się posiedzenie rządu, na którym Rada Ministrów przyjęła kompleksowy program dla Śląska. Wiceprzewodniczący sejmowej komisji nadzwyczajnej do spraw energetyki i surowców energetycznych, Piotr Naimski powiedział, że po upływie pół roku od wprowadzenia przez rząd planu ratunkowego dla kopalń zarządy spółek węglowych zaciągają nowe długi na wypłaty.

– Dyspozycja wydana przez Skarb Państwa dla zarządów spółek, że mają dążyć do uniknięcia niepokojów społecznych do wyborów jest realizowana – uważa poseł PiS.

dziennik.pl

Italian poster for Some Like It Hot, 1959

pół

Piłka i wódka

piłkaNożna
Paweł Czado, 13.07.2015
ERNEST WILIMOWSKI (1916-97) Napastnik Ruchu Chorzów. Jedyny piłkarz, który w polskiej ekstraklasie zdobył dziesięć goli w meczu. Uwielbiał zabawę w damskim towarzystwie. Po wojnie wyklęto go w Polsce za podpisanie volkslisty oraz grę w niemieckich klubach i reprezentacji III Rzeszy. Osiadł w Karlsruhe, karierę zakończył w 1953 r. w wieku 43 lat.

ERNEST WILIMOWSKI (1916-97) Napastnik Ruchu Chorzów. Jedyny piłkarz, który w polskiej ekstraklasie zdobył dziesięć goli w meczu. Uwielbiał zabawę w damskim towarzystwie. Po wojnie wyklęto go w Polsce za podpisanie volkslisty oraz grę w niemieckich klubach i reprezentacji III Rzeszy… (fot. Archiwum)

Dwie godziny przed spotkaniem jemy obiad, obok mnie siedzi bramkarz. Przychodzi kelnerka z zupą, a on do niej: „Dla mnie zamiast rosołu setę czystej”. Słucham, oczy wybałuszam, a on mówi: „Trenerze, ja tak zawsze. Zamiast zupy seta”.
Tuż przed wojną najlepszy wówczas polski piłkarz Ernest Wilimowski, nazywany „Ezim”, w przeddzień meczu reprezentacji leżał pijany na stole bilardowym w jednym z katowickich lokali. Rankiem jeszcze nie całkiem przytomny wsiadł do pociągu do Warszawy, a potem zdobył dla biało-czerwonych trzy gole. Może to tylko legenda, ale faktem jest, że 27 sierpnia 1939 r., cztery dni przed niemiecką agresją, Polacy pokonali w Warszawie 4:2 ówczesnych wicemistrzów świata – Węgrów – a „Ezi” zdobył trzy gole. W czasie okupacji Górnoślązak Wilimowski zdecydował się kontynuować karierę w niemieckich klubach i reprezentacji Niemiec, za co w Polsce został wyklęty. Po wojnie dorobiono mu m.in. etykietkę pijaka, choć ponoć jeśli pił, to zwykle słabsze alkohole, ale rzeczywiście bywał widziany w stanie wskazującym na spożycie. Po latach tłumaczył, że to przez słabą głowę. Ile piłek widział „Ezi”?W czerwcu 1936 r. Ruch Chorzów Wilimowskiego pokonał w lidze rywalizującą z nim o mistrzostwo Wisłę Kraków, by nazajutrz przegrać mecz towarzyski z Cracovią 0:9. Ruch był aktualnym mistrzem Polski, Cracovia występowała w klasie A. Jak się okazało, po meczu z Wisłą piłkarze Ruchu tak zabalowali, że ich napastnik Teodor Peterek przyznał potem dziennikarzom, iż w meczu z „Pasami” nie widział piłki, a Wilimowski – że widział cztery. PZPN zawiesił drużynę Ruchu i jej największego asa, który nie chciał się kajać przed działaczami, bo uważał, że nie miał za co, i za karę nie pojechał na igrzyska olimpijskie do Berlina. W turnieju piłkarskim biało-czerwoni zajęli czwarte miejsce. Kto wie, ile zwojowaliby z „Ezim” w składzie. Ostatecznie kilka miesięcy później PZPN po cichu i bez słowa wyjaśnienia odwiesił Wilimowskiego, który dwa lata później, w 1938 r., na mistrzostwach świata we Francji strzelił Brazylii cztery gole. W tym niezwykłym meczu z dogrywką Polacy przegrali 5:6 i odpadli z mistrzostw.Na mistrzostwa te pojechał 17-letni bramkarz Ruchu Walter Brom, rewelacja rozgrywek ligowych, który otrzymał powołanie po zaledwie dziesięciu meczach ligowych. – Nie wiem, czy widziałem kiedyś lepszego bramkarza – mówił po latach Fryderyk Skrzypiec, przedwojenny piłkarz Ruchu. – Ale Brom miał słaby charakter i już jako junior pociągał. Po wojnie z powodu wódki stracił najpierw miejsce w kadrze, a potem w klubie. Zmarł, mając 47 lat (w 1968 r.), w wyniku zatrucia gazem i do dziś nie wiadomo, czy był to wypadek, czy samobójstwo.Wódko, pozwól graćZaraz po wojnie zamiłowanie polskich piłkarzy do gorzałki stało się takim problemem, że we wrześniu 1947 r. Okręgowy Związek Piłki Nożnej w Katowicach zwołał w tej sprawie nadzwyczajne zebranie delegatów śląskich klubów z klas A, B i C. Zgromadzeni wysłuchali jedynie dwóch referatów: „O wpływie nadużywania napojów wyskokowych na organizm” oraz „O używaniu alkoholu przez graczy”.

Następnie odbyła się burzliwa dyskusja o tym, jak ograniczyć pijaństwo wśród piłkarzy i działaczy, a jej efektem był komunikat, w którym zarząd OZPN informował o swoich staraniach doprowadzenia do tego, by raz nareszcie zawodnicy zrozumieli, że sportowiec nie może być w żadnym wypadku alkoholikiem.

W specjalnych uchwałach zarząd zalecał, by nie podawać wódki na kolacjach i bankietach oraz nie organizować zebrań w restauracjach. Do sędziów, którzy również nadużywali alkoholu (w 1945 r. zdyskwalifikowano z tego powodu trzech arbitrów), apelował zaś, by w dniu meczu powstrzymali się od picia. Działacze OZPN próbowali też wypracować plan działania, na wypadek gdyby sędziowie mający prowadzić mecz okazali się jednak pijani.

Zupa bramkarza

Już jednak przed wojną picie wśród polskich piłkarzy było sprawą powszechną i naturalną, a niepicie traktowano zwykle jako odstępstwo od normy. Kiedy w 1938 r. na mecz towarzyski przyjechała do Polski angielska drużyna zawodowa Wolverhampton Wanderers, reporter „Polski Zachodniej”, musiał się zdumieć, obserwując wyspiarzy, skoro w jego relacji znalazło się takie oto stwierdzenie: Wszyscy bez wyjątku są dobrze wygimnastykowani, rośli, o fizjonomiach wybitnie angielskich. Wszyscy nie piją ani piwa, ani wódki i nie palą!

16 lat później Kazimierz Górski przegrał walkę z piciem swoich zawodników. W 1954 r. trenował Marymont Warszawa walczący wówczas o awans do II ligi. Pierwszy mecz graliśmy w Lesznie. Dwie godziny przed spotkaniem jemy obiad, a obok mnie siedzi bramkarz. Przychodzi kelnerka z zupą. A on do niej: „Dla mnie zamiast rosołu setę czystej”. Słucham, oczy wybałuszam i nie wiem, co robić. On spojrzał na mnie i mówi: „Trenerze, ja tak zawsze. Zamiast zupy seta”. To ja mu na to, że tym razem nie wypije. Wstał od stołu i poszedł do baru. Ja za nim. Przy mnie wypił setkę. Miałem dylemat. Wstawić bramkarza po secie, który będzie widział dwie piłki, czy dać szansę niedoświadczonemu juniorowi? Wstawiłem „pijaka”, wygraliśmy 3:2. W poniedziałek na zarządzie klubu złożyłem rezygnację. Mówię, że ta drużyna to grupa drobnych pijaczków. A prezes Marymontu na to: „Wiemy, panie Kaziu. Ale walczymy o II ligę. Jak wejdziemy, zrobimy porządek”. Po awansie odszedłem z Marymontu. Porządku nie zrobiono – wspominał Górski, który właśnie w Marymoncie debiutował jako trener.

Miles Davis. Bokserski odwyk mistrza trąbki

Drybler

Edmund „Epi” Kowal, piłkarz Wawelu Kraków, Legii, Górnika Zabrze, naprawdę nazywał się Erwin Ernest Schmidt, w 1949 r. jednak, mając 18 lat, przyjął typowo polskie imię i nazwisko. Miał wielki talent piłkarski, ale też prowadził bardzo swobodny styl życia. Początkowo nie chciał grać nawet w klubie, bo wolał na podwórkach – zdarzało się, że wracając z pracy, rzucał torbę i grał z chłopcami pięciu na jednego. Wtedy mógł sobie pokiwać, ile chciał, bo jego żywiołem był drybling. Grając w Legii, z którą w latach 50. zdobył dwa mistrzostwa Polski (wystąpił też osiem razy w reprezentacji kraju), kilka razy popisał się niewiarygodnymi wyczynami dryblerskimi – w meczu z francuskim Valenciennes kilka razy zrezygnował ze strzelenia gola z bliskiej odległości, bo założył się z kolegami, że puści bramkarzowi piłkę między nogami. Cofał się więc i dryblował tak długo, aż dopiął swego. W spotkaniu z Garbarnią Kraków mimo utrzymującego się remisu rozpoczął drybling w stronę własnego bramkarza, byle tylko ośmieszać przeciwników.

Niestety oprócz dryblowania Kowal uwielbiał też alkohol i w 1957 r. niedługo po jego przejściu wraz z innym gwiazdorem Ernestem Pohlem z Legii do Górnika Zabrze wybuchł potężny skandal z ich udziałem. Po drugim ligowym występie w barwach zabrzańskiego klubu, który zaskakująco przegrał u siebie aż 1:5 z ŁKS, na łamach ukazującego się w Katowicach dziennika „Sport” trener Górnika Zoltán Opata oświadczył, że jeśli jego podopieczni nie zmienią trybu życia, to on nie bierze odpowiedzialności za wyniki. W sierpniu 1957 r. Opata odsunął Kowala i Pohla od pierwszej drużyny, a klub za niesportowy tryb życia zawiesił ich na pół roku. Byli jednak bezcenni i już po dwóch miesiącach Kowal wrócił do składu, a Pohl tylko z powodu grypy trochę później.

Kowal, choć pił coraz bardziej, wciąż potrafił zadziwić na boisku. W towarzyskim wygranym 5:1 meczu ze Standardem Liege przedryblował, kogo się dało, i usiadł na piłce ustawionej na linii bramkowej. Kiedy rywale rzucili się w jego kierunku, po prostu klapnął na trawę, a piłka wtoczyła się do bramki.

Przed finałem Pucharu Polski w 1959 r. działacze zapewniali, że Kowal się zmienił, przestał pić i zajął się rodziną. Nie była to prawda, a w Święta Wielkanocne 1960 r. na zabrzańskim Zaborzu doszło do tragedii. Kowal próbował w biegu wskoczyć do pędzącego tramwaju, ale poślizgnął się na resztkach zlodowaciałego śniegu i upadł. Za pazuchą miał flaszkę wódki, która rozbijając się, poraniła go. W miejscowym szpitalu nie było odpowiedniego sprzętu medycznego, więc Kowal został przewieziony do kliniki w Poznaniu. Lekarze nie zdołali go jednak uratować.

„Pan piłkarz się bawi”

Grzegorz Lato, jedna z największych gwiazd w historii polskiego futbolu, powiedział kiedyś, że gdyby w latach 70. sprawdzać, jak prowadzą się piłkarze reprezentacji, i karać ich za rozmaite wyskoki, to drużyna narodowa nigdy nie osiągnęłaby sukcesu. W czerwcu 1975 r. skandal wywołali słynni zawodnicy reprezentacji Kazimierza Górskiego – Andrzej Szarmach i Jerzy Gorgoń. Wracając z Francji ze swoim klubem Górnikiem Zabrze, w stanie nietrzeźwym wszczęli awanturę w pociągu. Gorgoń został ukarany półroczną bezwzględną dyskwalifikacją, wyrzucono go też z reprezentacji, w której nie grał do końca stycznia 1976 r. Szarmach został zdyskwalifikowany na sześć miesięcy, ale w zawieszeniu. Pierwszy gracz miał się zachowywać jak chuligan wobec współpasażerów, a drugi jedynie kłócił się z kierownikiem sekcji piłkarskiej Górnika. Także klub poniósł karę w postaci bezwzględnego zakazu wyjazdów zagranicznych, a afera skłoniła PZPN do ogłoszenia przed sezonem 1975/76 listu otwartego do środowiska piłkarskiego. W piśmie tym działacze uczulali kierownictwo klubów na zjawisko zbyt liberalnego i pobłażliwego traktowania przypadków łamania dyscypliny.

Jak się zdaje, na piłkarzach list ten nie zrobił wielkiego wrażenia, bo kolejna afera wybuchła już w następnym sezonie, a jej bohaterami okazali się tym razem piłkarze GKS Tychy Lechosław Olsza i gwiazda tego klubu Roman Ogaza. W mieszkaniu Olszy drużyna świętowała urodziny Ogazy i niestety dla zawodników sąsiadka, której hałaśliwa impreza mocno dała się we znaki, poskarżyła się w klubie. Potem tygodnik „Piłka Nożna” opisał imprezę w artykule zatytułowanym „Pan piłkarz się bawi” i Ogaza został zawieszony.

Afera na Okęciu Najsłynniejsza afera alkoholowa z udziałem reprezentantów wybuchła 29 listopada 1980 r. na lotnisku Okęcie, skąd prowadzona przez trenera Ryszarda Kuleszę reprezentacja Polski miała lecieć na mecz z Maltą w ramach eliminacji do mistrzostw świata 1982 r. Józef Młynarczyk stawił się nietrzeźwy i Kulesza postanowił odesłać go do domu, ale za bramkarzem wstawiły się największe gwiazdy: Zbigniew Boniek, Władysław Żmuda i Stanisław Terlecki. Jak opowiadał Marian Ryba, ówczesny prezes PZPN i generał WP, w kraju się zagotowało i domagano się surowego ukarania winnych. – W nocy, po wylocie do Rzymu, zadzwonił trener Kulesza i poinformował mnie, że panuje taki nastrój, że cały zespół może zostać za granicą. Włosi liczyli, że Boniek u nich zostanie (oni już wtedy na niego zachorowali), a Boniek, im bliżej powrotu do kraju, tym bardziej stawał się nerwowy. W końcu wypalił: „Panie generale, boimy się wracać. Oni nas tam zlinczują”. Cała czwórka wróciła do kraju, a reprezentacja zagrała bez nich na Malcie [wygrała 2:0] – wspominał Ryba. Po aferze na Okęciu Kulesza stracił posadę, a Młynarczyk, Boniek i Żmuda zostali usunięci z reprezentacji, ale karę szybko im skrócono i w 1982 r. na mistrzostwach w Hiszpanii zdobyli brązowy medal. Tylko Terlecki nigdy już nie zagrał w reprezentacji.Stracone pieniądze i talentyW latach 80. alkohol w polskim futbolu lał się strumieniami. O Mirosławie Okońskim, jednym z najlepszych piłkarzy w historii Lecha Poznań, mawiano, że jak się bawi, to razem z nim bawi się całe miasto. „Oko”, zwany też „Mundkiem”, przez całą karierę nie stronił od alkoholu i hazardu, ale gdy w latach 1986-88 występował w Bundeslidze w Hamburgerze SV, niemieccy dziennikarze uważali, że to piłkarz klasy światowej. Okoński przyznał się, że przepił i przegrał ok. 2 mln dol. zarobionych na boisku. W 2006 r. stanął przed sądem za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu i posługiwanie się prawem jazdy z podrobioną pieczątką. Dostał za to rok i trzy miesiące więzienia w zawieszeniu.Do dziś warszawscy kibice wspominają talent Krzysztofa Barana, który wraz z Dariuszem Dziekanowskim i Markiem Banaszkiewiczem tworzył niezwykle groźny tercet napastników Gwardii Warszawa. – Średnia krajowa wynosiła wówczas mniej więcej 3 tys. zł, a ja potrafiłem zarobić 8 tys. Można zwariować? I zwariowałem. Zawsze znalazłem czas, żeby wyskoczyć na piwko czy wódeczkę. Najczęściej do Hybryd. To studencki klub, tam było ciemno, a gdzie ciemno, tam człowieka nie poznają. Piłem piwo i szampany – opowiadał Baran. Po występach w Gwardii grał jeszcze w ŁKS Łódź i Górniku Zabrze, a w 1989 r. wyjechał do greckiej Larissy, ale był już wówczas tak uzależniony, że jego kariera rychło się załamała.Andrzej Iwan, jeden z najlepszych piłkarzy w dziejach Wisły Kraków, imprezował podobnie jak większość kolegów spod znaku „Białej Gwiazdy”, którzy bardzo lubili się zabawić. Gdy urodziła mu się córka, pępkowe trwało 18 dni. Gdyby nie alkohol i kontuzje, ten niezwykle utalentowany piłkarz z pewnością osiągnąłby w futbolu znacznie więcej. W 2002 r. trafił na odwyk do ośrodka dla psychicznie chorych. Ma za sobą próby samobójcze. We wstrząsającej autobiografii Iwan, który oprócz choroby alkoholowej popadł jeszcze w uzależnienie od hazardu, podaje, że w trakcie swojej kariery na Zachodzie na przełomie lat 80. i 90., grając przez półtora roku w VfL Bochum, zarobił blisko 400 tys. marek, a będąc przez dwa lata piłkarzem Arisu Saloniki – 800 tys. marek. Stosując ówczesne czarnorynkowe przeliczniki marek na złote, była to kwota astronomiczna, pozwalająca – jak twierdzi Iwan – ustawić co najmniej cztery pokolenia rodziny albo kupić ok. 70 mieszkań. I to przy założeniu, że płaciłoby się po najwyższych cenach na czarnym rynku, czyli po 15 tys. marek. Dalej były piłkarz konkluduje tak: Mam jedno mieszkanie. Te kupione za 400 marek. Jedyne 400 marek, które udało mi się rozsądnie zainwestować. 60 m kwadratowych, cztery pokoje i kuchnia, na pierwszym piętrze w bloku na czerwonym Prądniku w Krakowie. W zasadzie to jedyne 400 marek, których nie straciłem.

Korzystałem z Archiwum Państwowego w Katowicach, tekstów Joachima Waloszka, Piotra Zawadzkiego, Wojciecha Todura, Dariusza Wołowskiego, Roberta Błońskiego, Izabeli Urazińskiej i Jerzego Walczyka w „Gazecie Wyborczej” oraz „Encyklopedii piłkarskiej FUJI” Andrzeja Gowarzewskiego, a także autobiografii Andrzeja Iwana „Spalony”, którą napisał wspólnie z Krzysztofem Stanowskim.

Wideo „Ale Historia” to najciekawsze fakty, ciekawostki i intrygujące smaczki minionych wieków i lat. To opowieść o naszych przodkach, a więc i o nas samych, która pozwala lepiej zrozumieć świat, jego kulturę i naszą własną mentalność. Zafascynuj się przeszłością, by lepiej zrozumieć teraźniejszość!

W ”Ale Historia” czytaj też:

Druga wielka emigracja
W trakcie powstania listopadowego i zaraz po nim na terytorium Prus i Austrii znalazło się ok. 50 tys. Polaków, którzy kierowali się później najczęściej do Francji, tworząc Wielką Emigrację. 150 lat później, w epoce „Solidarności” i stanu wojennego, emigrację wybrało ponad milion Polaków. Wyjechali przede wszystkim młodzi i dobrze wykształceni.

Dewiant z Rostowa
Major Michaił Fietisow z komendy głównej milicji pierwszy doszedł do wniosku, że sprawcą serii bestialskich zbrodni jest maniak seksualny. Jednak przez całe lata nie przyjmował do wiadomości, że gwałci i zabija kulturalny obywatel, posiadacz trzech dyplomów wyższych uczelni.

Piękna Polka
Była osobą z wielkim rozmachem i wyobraźnią, a jednocześnie kobietą z krwi i kości – i tak samodzielną, że po śmierci swych mężów, królów, pozostałą część życia spędziła w konkubinacie z ukochanym mężczyzną. A był to początek XIV w.

Gra o „Złotą Adelę”
W latach 90. dziennikarz Hubertus Czernin opisał sprawę zrabowanych przez nazistów dzieł sztuki, których austriackie galerie i muzea ani myślały oddawać spadkobiercom. – Gdyby nie Czernin, niczego bym nie dostała – przyznała Maria Altmann po odzyskaniu słynnego obrazu Gustava Klimta „Złota Adela” przedstawiającego jej ciotkę.

Piłka i wódka
Dwie godziny przed spotkaniem jemy obiad, obok mnie siedzi bramkarz. Przychodzi kelnerka z zupą, a on do niej: „Dla mnie zamiast rosołu setę czystej”. Słucham, oczy wybałuszam, a on mówi: „Trenerze, ja tak zawsze. Zamiast zupy seta”.

wyborcza.pl

Reklamy
Komentarze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s